Szantażyści emocjonalni: jak wzbudzają poczucie winy?

fot. iStock

Manipulowanie poczuciem winy? Zdarza się naszym bliskim. Ulegamy im, rezygnujemy z siebie i myślimy, że kieruje nami cnota. Jednak w świecie kwantów nie rządzi prawo przyczyny i skutku. A skoro tak, to poczucie winy związane z jakimś naszym działaniem nie ma sensu. Czy to znaczy, że nie ma też kary? Hulaj dusza, piekła nie ma? Czym różni się owo poczucie winy od poczucia odpowiedzialności – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Zrobiłam coś bardzo, bardzo złego…

Zrobiłaś czy ci się wydaje?

A jeśli… mi się wydaje?

Jeśli tylko ci się wydaje, to kara ze strony innych cię nie spotka. Ale możesz sama sobie ją wykrakać, bo wymyślone, neurotyczne poczucie winy działa jak samospełniająca się przepowiednia. Możesz zafundować sobie „śmierć wudu”, czyli sprowadzić na siebie nieszczęście, karę na zasadzie autohipnozy. Bo gdy wmówisz sobie, że zrobiłaś coś bardzo złego, to za tym pójdzie przekonanie, że dla tak złej osoby jak ty nie ma miejsca na świecie. A wtedy albo sprokurujesz sobie autoagresywną chorobę, albo wpadniesz w uzależnienie, albo zostaniesz męczennikiem, albo trafisz do więzienia – czyli popełnisz stopniowe lub nagłe samobójstwo

Poczucie winy aż tak pragnie kary?

Oczywiście. Dążymy wówczas do tego, aby inni nas ukarali, albo karzemy sami siebie. Karanie siebie jest społecznie nagradzane, bo gdy „dobrowolnie poddamy się karze”, sąd jest łaskawszy, kara kodeksowa mniejsza niż dla sprawcy nieodczuwającego skruchy. Gorzej, gdy karzemy siebie dobrowolnie za winę urojoną jak średniowieczni biczownicy raniący i okaleczający się, ponieważ uznali za grzeszne swoje naturalne seksualne lub agresywne impulsy. Samobiczowanie ma swoje współczesne zamienniki w postaci anoreksji i bulimii, zamęczania ciała wyczerpującymi eksperymentami dietetycznymi, uzależnieniami od używek i pokarmów, a także obsesyjnym uprawianiem różnych ćwiczeń.

Myślę po prostu, że szczęście mi się nie należy, skoro zrobiłam coś tak złego…

Tak myślimy, gdy mamy wmówione, wyuczone neurotyczne poczucie winy. Czujemy się wtedy winni wszystkiemu, nawet złej pogodzie i stanowi świata… Stoją za tym rodzice obwiniający nas w dzieciństwie o wszystko, za co sami nie chcieli brać odpowiedzialności: za swoje uczucia, zachowania, decyzje, a nawet losy. W ten sposób nauczyliśmy się być odpowiedzialni za to, co się wydarza, a nawet za to, co może się wydarzyć! W parze z obwinianiem dzieci idzie często ich dewaluowanie. W rezultacie w naszej psychice instaluje się syndrom chronicznego poczucia winy z niską samooceną, autoagresją i nieświadomym sabotowaniem wszelkiego dobra, które nam życie niesie, np. dobrego związku z kochającą nas osobą.

Aż strach mieć wyrzuty sumienia

No właśnie, bo też lęk jest związany z poczuciem winy. Tam, gdzie jest wina, tam i kara, a więc także lęk przed nią. Dlatego częste u przeżywających poczucie winy fantazje: że samolot, którym lecą, zaraz spadnie, że ktoś ich napadnie albo zgwałci: „Jestem złym człowiekiem, więc z pewnością spotka mnie coś złego. Na nic innego nie zasługuję”. To też może mieć moc samosprawdzającej się przepowiedni. Co więcej, gdy naszym życiem kieruje nieadekwatne poczucie winy, to popełniamy kolejne błędy. Na przykład depresyjni rodzice czują się winni temu, że przypadkiem powołali swoje dziecko na świat: „Co myśmy zrobili?! Będzie się męczyć tak jak my całe życie, a w dodatku na koniec umrze!”. Ponieważ na ogół trudno nam przychodzi kochanie tych, wobec których czujemy się winni, więc ci rodzice będą nieświadomie ograniczać zaangażowanie serca w relację z dzieckiem lub zaleją je nadopiekuńczością. Oba warianty – w ekstremalnym nasileniu – mogą rzeczywiście uczynić życie takiego dziecka „nie za bardzo wartym przeżycia”.

Tacy rodzice to dopiero powinni mieć poczucie winy!

Tymczasem karzący siebie „biczownicy” często są pełni nieuświadamianej narcystycznej pychy. Przecież mianowali się sędziami samych siebie, wyręczając Boga. A poza tym mogą czerpać narcystyczną satysfakcję z tego, że „takich grzeszników jak oni to nie ma nigdzie na świecie”. Nie widzą, że celebrowanie permanentnego poczucia winy i dręczenia się jest pseudocnotą i często prowadzi do kolejnego nieszczęścia. Tak jak w przypadku ojca dwóch synów, który w trakcie kąpieli w rzece nie upilnował jednego z nich i chłopak utonął. A ojciec, zamiast zadbać o drugie dziecko, w odruchu rozpaczy i karania siebie tak się spił, że sam zmarł z powodu zatrucia alkoholem.

Straszne…

I jednocześnie w ukryty sposób wygodne. Bo czucie się winnym i zadręczanie się to ucieczka przed odpowiedzialnością, która – w przeciwieństwie do tarzania się w samoudręczeniu – zmusza nas do tego, by czynić zadość, czyli starać się naprawiać błąd lub zadbać o to, by go ponownie nie popełnić. To znacznie trudniejsze od samobiczowania. A nawet niemożliwe. Urojone, nadmierne czy wymyślone poczucie winy może przygnieść nas tak wielkim ciężarem, że nabieramy przekonania, że nic się nie da odkupić, że przeprosiny i zadośćuczynienie na nic się zdadzą. Nie próbujemy nawet wówczas naprawić krzywdy, którą myślimy, że wyrządziliśmy, wycofujemy się ze świata i z życia, chcemy ukryć się przed pełnymi potępienia spojrzeniami, choć te są naszym wyobrażeniem.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »