1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Mity, które psują nasz seks

Mity, które psują nasz seks

fot.123rf
fot.123rf
Jakie mamy często przekonania na temat seksu, a jak jest naprawdę?

1.

Seks tylko z miłości

Fakt: Seksualność to popęd, który trudno kontrolować.

2.

Pożądanie wygasa po dwóch latach”

Fakt: To styl życia, jaki prowadzimy, nie służy libido.

3.

Bliskość i intymność zabijają pożądanie”

Fakt: Bliskość i intymność pozwalają odsłonić nasze pragnienia.

4.

Seks w związku powinien być spontaniczny, a nie zaplanowany”

Fakt: To popularna wymówka, żeby unikać tematu.

5.

„Seks w związku nie jest najważniejszy”

Fakt: Jest bardzo ważny. Umniejszanie jego wagi prowadzi do problemów w komunikacji, nadwyręża zaufanie i intymność.

(na podstawie książki „Sekrety kobiecej seksualności” Karo Akabal)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Nie bój się mówić mężczyźnie, czego od niego chcesz

Żeby on zrozumiał, czego od niego potrzebujesz, i żeby ci to dał, wyłóż mu to w jakiejś pogodnej, spokojnej chwili. (Fot. iStock)
Żeby on zrozumiał, czego od niego potrzebujesz, i żeby ci to dał, wyłóż mu to w jakiejś pogodnej, spokojnej chwili. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Wiadomo o kobietach, że czekają, aby ich mężczyźni domyślili się, czego one chcą. Skazują się tym samym na dramatyczne rozczarowanie. Czekają, czekają, przeważnie się nie doczekują… i zaczyna się: żal i pretensja.

Ogłupiały chłop słyszy: „Ty mnie wcale nie rozumiesz! Nie spełniasz moich potrzeb!”. A skąd on ma znać jej potrzeby? Jeszcze pół biedy, kiedy ona sama zna je jako tako. „Ale o co ci chodzi? Co ty byś chciała, żebym ja robił? Wytłumacz mi” – dopytuje, jeszcze otwarty na spełnianie życzeń ukochanej mężczyzna. „Ach tak, ty, oczywiście, nie wiesz!” – stwierdza z gryzącą ironią ona. „A skąd mam wiedzieć, jeśli ty mi nie mówisz!” – On jest coraz bardziej zły. „Wszystko mam ci mówić jak dziecku, tak? To taka sztuka pomyśleć, czego potrzebuje twoja kobieta?!” – Rozżalona partnerka czuje się coraz bardziej niekochana. Jemu opadają ręce, a ponieważ nienawidzi czuć się bezradny, dobija ją: „No nie, wy jesteście nie do wytrzymania. W ogóle nie można się z babami dogadać!”.

Uwaga na boku – zdarzają się męskie wyjątki, które same z siebie odczytują kobiece pragnienia, bo je znają: są to bracia licznych sióstr (ale ilu takich można spotkać w przyrodzie?) lub wychowani w symbiozie z matką (ale ile z nas chciałoby mieć takiego partnera?). No i jeszcze oszuści matrymonialni, którzy żyją z tej wiedzy.

No więc nadchodzą ciche dni, potem zgoda. Później on znów się czegoś nie domyśla. Nawet próbuje i się stara, ale nie trafia i po jakimś czasie (różne osobniki męskie poddają się w różnym tempie) przestaje nawet próbować. Wtedy ona, obolała od tego oczekiwania, donosi mu: „Ja już cię wcale nie obchodzę!”. A on zaczyna się zastanawiać, czy tak jest naprawdę…

Tak, tak, jest to obraz jednostronny. Świadomie dotykam tu tylko jednego kawałeczka tkającego się nieustannie gobelinu pt. „Trudne życie we dwójkę”. A propozycję rozwiązania przedstawię też tylko na przykładzie jednej, ale, sądzę, dość symptomatycznej sytuacji. Nazwijmy je „Instrukcją obsługi płaczącej kobiety”.

Nadchodzi taki dzień, że kobieta zamyka się w pokoju i znienacka zaczyna: płakać, siąpać nosem, nie słyszeć, co się do niej mówi, patrzeć nieprzytomnie (niepotrzebne skreślić). On, zaniepokojony, pyta: „Czy to przeze mnie?”. Ona fuka: „Mam swoje sprawy”. On, z ulgą, że to nie o niego chodzi, wkracza w rolę doradcy: dopytuje, zbiera dane, wyciąga wnioski, co ona ma z tym zrobić, i na koniec zadowolony, że rozwiązał jej problem, oświadcza: „No już, już się nie przejmuj. Nie ma powodu”. Czeka na pochwałę, a tu baba w bek. „No nie, znowu?! Ja już nic nie rozumiem”. I to jest właśnie prawda.

Żeby on zrozumiał, czego od niego potrzebujesz, i żeby ci to dał, wyłóż mu to w jakiejś pogodnej, spokojnej chwili, mniej więcej tak:

Mój kochany, chcę cię poprosić o coś, co będzie dla ciebie łatwe, a dla mnie ważne i miłe. Powiem ci, jak potrzebuję być przez ciebie traktowana, kiedy płaczę. Otóż chcę móc wtedy złożyć główkę na twoim męskim ramieniu i chlipać bez żadnych rad ani pytań z twojej strony. „Jak to bez rad i pytań?!” – zapyta on wtedy. (Mój spytał). – „Przecież chcę wiedzieć, co się dzieje!” To ja ci potem opowiem, jak mi już przejdzie albo jak załatwię sprawę. Ja chcę się przy tobie móc tylko wypłakać. Czuć się wtedy zaopiekowana, a nie wypytywana. Nie musisz się wcale skupiać na powodach mojego stanu. Możesz myśleć, o czym chcesz, nawet o meczu, byłeś mnie mocno objął i może trochę pogłaskał. „Naprawdę?!” – zdumiał się mój mężczyzna. – „Ja ci się zawsze staram pomóc!” Ale ja jestem duża dziewczynka, jeśli chodzi o radzenie sobie, ja tylko chcę się poczuć małą dziewczynką, która ma się komu wypłakać.

A jak już ucichnę, to jeszcze mógłbyś zapytać czule: „Może jeszcze trochę zostało?”, i poczekać, aż powiem: „Już”.

„I to wszystko?!” – on ma okrągłe oczy ze zdziwienia. Tak, kochanie, to wszystko, a ja będę ci bardzo wdzięczna i zachwycona, że mam takiego kochanego mężczyznę, opokę. „Ja będę mógł myśleć o meczu, a ty mną będziesz zachwycona?!” Dokładnie tak, tylko mnie słodko obejmuj. „Kochanie, masz to u mnie od dziś”. A po chwili: „A gdy będziesz płakała przeze mnie?” – zapyta przytomnie. A to już będzie całkiem inna historia.

Katarzyna Miller - psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym

  1. Psychologia

Związek, żeby przetrwać, musi się rozwijać. Nie bójmy się zmian!

Pewne wzorce i zachowania w każdym związku dopełniają się i nadchodzi czas na nowe. (fot. iStock)
Pewne wzorce i zachowania w każdym związku dopełniają się i nadchodzi czas na nowe. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Pracując psychoterapeutycznie z parami szybko nabiera się poczucia, że każdy związek stanowi o wiele więcej niż tylko sumę dwóch osób – jest też podmiotem samym w sobie. I każdy jest niepowtarzalny, z własną charakterystyczną atmosferą, historią… i potrzebami.

Aby związki były szczęśliwe muszą się – tak jak jednostki – przekształcać, zmieniać, realizować swój potencjał. Sztuką jest umiejętność rozpoznawania nie tylko własnych pragnień, ale również potrzeb całej relacji. I jest to zadanie na wiele lat!

Często występuje przekonanie, że wartością związku jest jego niezmienność. I że celem relacji jest realizacja dążeń i planów obojga partnerów. Ale wiele par, z perspektywy lat, patrząc na to, co ich łączy, stwierdza, że ich relacja przybierała różne, często zaskakujące formy i odpowiadała na potrzeby, z których istnienia nie zdawali sobie wcześniej nawet sprawy.

Gdyby relacje nie potrzebowały się przekształcać to wystarczałoby raz określić „jak ma być” i gwarantowałoby to powodzenie związku. A przecież wszyscy wiemy, że to, co satysfakcjonowało nas kilka lat temu, już teraz tego nie czyni. Pewne wzorce i zachowania w każdym związku dopełniają się i nadchodzi czas na nowe. I to jest krytyczny moment w rozwoju relacji.

Większość z nas boi się zmian. Dlatego na nowe wyzwania, jakie stawia przed ludźmi związek reagują oni początkowo obronnie. Reakcje te zwykle opierają się na różnych – często zawoalowanych – próbach zmuszania drugiej osoby, aby to ona zmieniła się wedle naszych oczekiwań. Postawienie sobie pytania: „jakie zmiany we mnie i w nas jako całości są teraz potrzebne?” jest trudne i czasami bolesne. Bardzo często pokazuje nasze delikatne miejsca, niemożności, zranienia.

Więc dopóki wierzymy w możliwość utrzymania własnego status quo powstrzymujemy zmiany i nie interesujemy się ich naturą.

W związku przychodzi jednak czas, kiedy staje się jasne, że zmiany są już nieuniknione, ich dalsze powstrzymywanie jest niemożliwe - nawet rozpaczliwe próby obrony swojej pozycji nie przynoszą satysfakcjonującego rozwiązania. Czasami te wyzwania przerastają możliwości danej relacji i związek się rozpada. Na szczęście jednak często dzieje się wręcz przeciwnie – następuje moment, kiedy naprawdę otwieramy się na drugą stronę i wartość, jaką stanowi nasza więź.

Pojawia się wtedy swoista kapitulacja, zrozumienie, że coś już „nie żyje” i nie da się tego przemocą czy fortelem utrzymać. I kiedy ludzie naprawdę chcą być sobie bliscy i walczyć o związek robią miejsce na obserwację i zadawanie pytań: „Co właściwie się dzieje?” „W jakim kierunku prowadzą zmiany?” „Dlaczego są dla nas tak trudne do przyjęcia?”

Partnerzy mogą wtedy odkryć, przed jakimi indywidualnymi wyzwaniami stają, a przed jakimi – jako para. I kiedy ta nowa ścieżka zaczyna się wyłaniać pojawia się też przestrzeń na dialog, na decyzje, na podmiotowe traktowanie siebie i partnera: idziemy razem tą drogą czy każdy z nas wybiera inną?

Jak podkreślała Marion Woodman, kanadyjska pisarka, poetka, psycholożka analityczna: „Mawiamy z Rosem, że przeżyliśmy już wspólnie cztery małżeństwa.”

Kolejne „małżeństwa”, które ludzie wspólnie przeżywają stanowią wyraz potencjału ich relacji. Jednocześnie dostarczają okazji dla każdego z partnerów do ich indywidualnego wzrostu –  żywe zaangażowanie w związek jak nic obnaża nasze wewnętrzne konflikty, pokazuje nasze zasoby i obszary rozwoju.

Warto podkreślić, że to nie jest jednorazowy proces – rozwój relacji obejmuje wiele transformacji. Podczas każdej z nich można utknąć, ale też bardzo dużo się nauczyć o sobie i o naszej drugiej połowie. I im więcej takich „cykli” się razem przeszło tym większego nabiera się zaufania do związku. Pojawia się ciekawość: do czego nas on zaprowadzi? Powoli zaczynamy wierzyć, że zmiany będą dobre, że nie są wymierzone przeciwko nam, że nie musimy próbować wszystkiego kontrolować. Z czasem dokonuje się to szybciej i w atmosferze większej otwartości, a nawet ekscytacji.

Agnieszka Serafin i Mikołaj Czyż są psychoterapeutami Instytutu Psychologii Procesu, założycielami Centrum Rozwoju dla Par, w którym wspólnie prowadzą terapię par.

  1. Psychologia

Przejdziemy przez to razem. Gdy w związku pojawia się choroba

Towarzyszenie w chorobie i odchodzeniu nie wymaga wielkich deklaracji, wzniosłych słów pożegnania. Wystarczy być obok, uszanować uczucia chorego i swoje własne. (Fot. iStock)
Towarzyszenie w chorobie i odchodzeniu nie wymaga wielkich deklaracji, wzniosłych słów pożegnania. Wystarczy być obok, uszanować uczucia chorego i swoje własne. (Fot. iStock)
Wczoraj jeszcze: plany na wakacje, seks, zakupy. Dziś: leki, szpital, niewiadoma. Kiedy w związku pojawia się choroba, nic już nie będzie takie samo.

Obiecujemy sobie: być razem ,,na dobre i na złe”, ale wierzymy, że to złe nas ominie. Kiedy się pojawi, na przykład jako ciężka choroba, złorzeczymy na niesprawiedliwy los: ,,Dlaczego to spotkało właśnie nas?, Co teraz będzie?”. Zmienia się wszystko- harmonogram dnia i hierarchia wartości. Zmienia się miłość. Jak? To zależy – bo choroba jest bolesnym, ale najbardziej wiarygodnym testem siły związku i każdego z nas z osobna.

Jedziemy do lekarza

Kilka tygodni temu mąż mnie zapytał, czy zawiozę go na badania. Od jakiegoś czasu miał problemy z jelitami. Lekarka zleciła kolonoskopię. Poprosił o badanie w znieczuleniu, po którym nie mógł prowadzić samochodu. W naszej rodzinie to ja – jak typowa kobieta – przyznawałam sobie prawo do migren, jesiennych infekcji czy gorszego samopoczucia przed miesiączką. On był tym twardym, opiekuńczym i unikającym (prawdopodobnie z lęku) ,,gadania” o chorobach. Kiedy patrzyłam po badaniu na tego silnego faceta, teraz spoconego ze strachu, zmęczonego, z wyrazem bezradności w oczach czekającego na diagnozę – miałam mieszane uczucia. Był lęk, czy to na pewno nic poważnego, przerażenie: "a co, jeśli okaże się najgorsze?", bezradność: "jak mam się zachować, co powiedzieć, jak go wesprzeć?" i… trochę wściekłości: "jak on mógł mi to zrobić?", buntu: "to ja jestem ta słabsza, a on mocniejszy, to niesprawiedliwe".

Badania nie wykazały niczego poważnego. Na szczęście. Ale zadałam sobie pytanie: ,,Czy znalazłabym wystarczającą siłę do walki z poważną chorobą? Czy coś zaniedbałam?”.

Mariola Kosowicz, psychoonkolog, codziennie pracuje z ludźmi dotkniętymi takim problemem, osobami, dla których diagnoza zabrzmiała jak wyrok. Pytam ją, jak dbać o kogoś bliskiego. Zauważa, że w związku umawiamy się na wiele ważnych rzeczy: podział obowiązków, sposób wychowywania dzieci, zarządzania domowym budżetem itp., ale rzadko świadomie bierzemy odpowiedzialność za nasz – swój i partnera – stan psychofizyczny. Nie pamiętamy na przykład o tym, że mąż wszedł w okres, kiedy powinien robić badania pod kątem prostaty. Bagatelizujemy swoje migreny, bo tyle jest ważniejszych spraw! Gorsze samopoczucie? Odsuwamy ten ,,przykry” temat, wypieramy niepokojące objawy, zrzucając wszystko na kark zmęczenia, upływu lat. Tracimy czujność albo próbujemy zaczarować bolesne fakty. Mariola Kosowicz przytacza przykłady ze swojej praktyki.

Pacjentka w okresie okołomenopauzalnym od jakiegoś czasu lekko krwawi. Mąż zauważa to przy stosunku. Pyta, czy była u lekarza. Ona uspokaja go, że w jej wieku takie dolegliwości się zdarzają. Gdy po ciężkim krwotoku trafia do szpitala, słyszą: zaawansowane stadium raka jajnika, z przerzutami.

Albo inny: czterdziestolatek umiera na ulicy na zawał. Zrozpaczona żona tłumaczy znajomym: "Zawsze po pracy był zmęczony. Czasami narzekał na bóle w klatce piersiowej. Gdybym wiedziała…".

– Nie chodzi o to, żeby być nadwrażliwym, ale żeby nie zatracać wrażliwości – wyjaśnia psychoonkolog.

Trzeba odejść od sztywnych ról, że w naszej rodzinie to zawsze on biega po lekarzach, a ona jest ta silna. Mieć odwagę podzielić się z partnerem niepokojem: "Wiesz, ostatnio pobolewa mnie podbrzusze. Boję się, co to może być". I dobrze, kiedy on odłoży wtedy gazetę, wyłączy telewizor i powie: "To pewnie nic poważnego, ale lepiej sprawdzić. Zapisz się do lekarza, zawiozę cię". Albo odwrotnie: kiedy on w nocy kilka razy wstaje do łazienki, ona mówi, żeby zrobił badania. A potem, konsekwentnie, o tym nie zapomina. Pyta znajomych o dobrego lekarza, pomimo protestów jedzie z mężem na wizytę. Bo w obliczu choroby, zwłaszcza w tym pierwszym momencie, gdy słyszy się diagnozę, człowiek nie powinien być sam.

Test dla dwojga

Choroba to nie wyrok, nawet ta przewlekła czy śmiertelna. Wola walki, a nade wszystko wsparcie osób bliskich mają ogromny wpływ na jej przebieg i pomyślne rokowania. Nowotwór, cukrzyca, zawał – to potrafi zaburzyć poczucie bezpieczeństwa, wygenerować potworny lęk, niepewność oraz postawić na głowie bliższe i dalsze plany. Ale też obnaża prawdę o życiu – tym wspólnym i każdego z nas z osobna. Pokazuje, jakie role pełnimy w związku, jak radzimy sobie z emocjami, czy potrafimy rozmawiać o tym, co trudne i przerażające. Testuje rodzinny system, to, jak reaguje na zmiany. Zmusza do uważności, skończenia z małżeńskimi grami, konfrontuje z prawdziwym życiem. Pytasz: "Dlaczego to przydarzyło się właśnie nam?". A dlaczego miałoby właśnie was ominąć?

Najpierw pojawia się szok, z którym każdy z partnerów radzi sobie na swój własny sposób. Być może on – z rozpoznaniem poważnej choroby – udaje, że jego to nie dotyczy. Zaraz po chemii idzie do pracy, nie przestrzega zaleceń lekarza i magicznie chce wierzyć, że nie jest tak chory, jak to widzą inni. Za to ona rzuca się w wir działania, bo tak redukuje napięcie. Załatwia kolejnego lekarza, sprowadza lek z zagranicy, na forach internetowych czyta, co napisano na temat tej choroby. Czasami jest wściekła, że on to bagatelizuje, może nawet robi mu okrutny wyrzut: "Jasne. Ty sobie umrzesz i zostawisz mnie samą z tym wszystkim". Tymczasem z psychologicznego punktu widzenia, osoby, które określają swoją tożsamość na podstawie działania w świecie: pracę, konto bankowe, troskę o rodzinę – wolą zaprzeczać chorobie. On mówi: "Daj mi spokój. Jeszcze nie jest ze mną tak źle". A ona – określająca swoje "ja" przez relacje – ma poczucie, że ich świat rozpada się jak domek z kart i musi walczyć za oboje.

 
Z kolei, jak wynika z badań, mężczyźni na wieść o chorobie żony częściej reagują ogromnym niepokojem, złością, bezradnością... Tym bardziej kiedy mąż mówi: "Nienawidzę szpitali, ale pójdę z tobą na te badania, bo nie powinnaś być wtedy sama" – daje tym dowód prawdziwej odwagi i dojrzałej miłości. I nawet jeśli ona odpowie: "Dam sobie radę. W czym ty mi pomożesz?" – jego zdecydowana postawa w takiej chwili będzie naprawdę ważna. To naturalne, że obydwoje przeżywają lęk. Najpewniej nigdy wcześniej o tym nie rozmawiali.

Choroba to dobry moment, żeby zdobyć się na szczerość. Bo mąż na przykład unika zbliżenia, bojąc się, że jego żonę będzie za bardzo bolało, a ona jest przekonana, że po mastektomii przestała być kobietą, że on jej nie kocha. Może być też tak, że na poszczególnych etapach choroby każde z partnerów jest w innym miejscu. Osoba zdrowa, wspierająca musi uznać decyzje i zwyczajowy sposób reagowania chorego w sytuacjach stresowych. Może jednak powiedzieć: "Wiem, że ty zawsze w takich chwilach się wycofujesz, ale tym razem sprawa jest poważna i nie możemy jej zbagatelizować", albo: "Moim zdaniem, powinieneś pójść na zwolnienie. Ale jesteś dorosły i zrobisz, jak zechcesz". Bardzo ważne jest takie werbalizowanie potrzeb partnera, nawet kiedy im zaprzeczamy.

Bywa jednak, że wszystkie próby spokojnej rozmowy są odrzucane i wówczas z bezradności, lęku, rozpaczy, partner wykrzykuje wszystko to, czego nie mógł wyrazić inaczej. Dla niektórych związków to jedyny sposób wyrażania trudnych myśli. Za chwilę można przecież powiedzieć: "Wcale tak nie myślę. Byłam zdenerwowana". Są też chwile, kiedy krzyk nie wyraża złości, lecz niewyobrażalny lęk. Mamy do tego prawo. Podobnie jak do kłótni, awantur, chwil zwątpienia czy łez. Byle nie zaprzeczać chorobie i uczuciom, które nami targają.

– Kiedy patrzysz na tego niegdyś silnego mężczyznę, który leży blady w łóżku i jest bezradny jak dziecko, i chce ci się płakać, nie oszukuj go, nie hamuj łez, powiedz: "Czasami jest mi tak ciężko, że muszę sobie popłakać, ale razem sobie z tym poradzimy". W dojrzałym stosunku do choroby jest miejsce i na siłę, i na słabość – mówi psychoonkolog.

Stary dom, nowe meble

W obliczu sytuacji kryzysowych każdy system rodzinny dąży za wszelką cenę i za pomocą znanych sobie sposobów zaradczych do przywrócenia równowagi sprzed problemu. A tymczasem poważna choroba nie da się przykryć „normalnością”. Przekonanie, że: "jak nic nie zmienimy, będziemy żyć tak jak dawniej, to może choroba zniknie" – jest nierealne. Życie z chorobą w związku można porównać do kupna nowych mebli do starego mieszkania. Po prostu musimy zrobić miejsce na nową kanapę.

Żmudny, często bolesny proces leczenia, skutki uboczne, zmieniające się samopoczucie chorego, pobyt w szpitalu, badania kontrolne i oczekiwanie, na poprawę – to wszystko zmienia życie, decyduje nawet o tym, czy i gdzie wyjedziecie na wakacje. Jesteście z tym razem, ale też każde z osobna: ze swoimi emocjami, lękami, nadziejami…

To może doprowadzić do nieporozumień czy wzajemnego krzywdzenia się. Jak w tej historii – on po operacji raka prostaty, widząc, jak ona wychodzi do pracy, rzuca mimochodem: "Nie spiesz się, poradzę sobie. Idź na kawę z tym swoim szefem. Niedługo umrę, nie będę stał na drodze do twojego szczęścia". Co odpowiedzieć w takiej sytuacji? Że jego słowa bolą. Czyli mówić o swoich uczuciach, pragnieniach: "Wiesz, kiedy mnie tak odtrącasz, jest mi przykro", "Pamiętasz, kiedyś tak lubiliśmy siedzieć przytuleni na kanapie. Brakuje mi tego" albo "Bardzo chciałbym się z tobą kochać, ale boję się, że ty nie chcesz".

Przede wszystkim jednak trzeba dać sobie czas i dużo wzajemnego zrozumienia i ciepła. Oczekiwanie, że z chwili na chwilę wszystko samo powróci do normalności, generuje napięcie, oczekiwania i frustrację, gdy tak się nie dzieje.

Zdaniem Marioli Kosowicz, umiejętność towarzyszenia w chorobie, to także umiejętność nabywania nowych ról – kiedyś on zawsze płacił rachunki, dziś ona musi przejąć tę rolę, zwykle to partnerka dawała sygnał: "musimy porozmawiać", teraz zamknęła się w swoim milczeniu, które on szanuje, ale nie może przecież pozwolić, by w nim trwała bez końca, więc zaczyna być tym, kto zachęca do konfrontacji.

Najwięcej wysiłku wkłada się zwykle w to, żeby wszystko działo się po staremu, żeby święta były takie jak dawniej – nie w mniejszym gronie czy minorowym nastroju, ale na wesoło i z rozmachem. Ale przecież gdzieś z tyłu czai się strach, obawa, którą czasem werbalizują dzieci, pytając "Tato, czy mama umrze?".

Nawet jeśli potraficie rozmawiać o trudnych sprawach, zwykle wspólnie podejmowaliście ważne decyzje, to słowa: "gdy ty umrzesz…" z trudem przechodzą przez gardło. "My o takich strasznych sprawach nie rozmawiamy" – powiedział mi niedawno znajomy, którego żona umiera na raka piersi.

Gdy mówię o tym Marioli Kosowicz, ona odpowiada, że to ich prawo. – Nikogo nie można zmusić do rozmów o śmierci. Często odwiedzam moich przewlekle chorych pacjentów, bywa że towarzyszę im w procesie odchodzenia. Zdarza się też, że po śmierci dzwoni do mnie mąż pacjentki i pyta: "Czy pani wie, w czym żona chciała być pochowana?", bo on ją o to nigdy nie spytał. Umieramy samotnie, pomimo tylu ludzi dookoła – konstatuje.

Towarzyszenie w chorobie i odchodzeniu nie wymaga wielkich deklaracji, wzniosłych słów pożegnania. Wystarczy być obok, uszanować uczucia chorego i swoje własne. Powspominać wspólnie spędzone chwile i podziękować za wszystko, co dobre.

  1. Seks

W seksie również należy się szkolić

Lubimy porównywać seks do jedzenia: obie dziedziny odwołują się przecież do zmysłów. Skoro więc kupujemy książki kucharskie z daniami kuchni całego świata, próbując wprowadzać nowe smaki, czemu nie poszukać inspiracji w sferze erotyki? (Fot. iStock)
Lubimy porównywać seks do jedzenia: obie dziedziny odwołują się przecież do zmysłów. Skoro więc kupujemy książki kucharskie z daniami kuchni całego świata, próbując wprowadzać nowe smaki, czemu nie poszukać inspiracji w sferze erotyki? (Fot. iStock)
Lubimy porównywać seks do kuchni. Dobrze! Życie erotyczne powinno być jak nieustająca uczta. Czemu nie jest? Może do sypialni zakradł się jakiś błąd w sztuce?

Kto sięga po poradniki seksualne? Badania przeprowadzone wśród sprzedawców w amerykańskich księgarniach pokazują, że ponad 80 procent czytelników stanowią kobiety. Czyżby wiedziały o seksie mniej niż mężczyźni? Niekoniecznie. Za to częściej uważają, że w tej sferze można – a nawet trzeba – się doskonalić.

– Panowie stawiają wyjątkowy opór w kwestii dokształcania seksualnego. Jakąkolwiek sugestię, że mogliby się czegoś douczyć, uważają bowiem za ujmę na honorze – mówi Małgorzata Zaryczna, seksuolożka, psycholożka i terapeutka. Tymczasem, zdaniem seksuologów, poradniki seksualne powinna czytać każda para kochanków. Bo choć różni ich być może wiedza na temat seksu, własne doświadczenia, oczekiwania i potrzeby, to jednak z pewnością oboje mogliby się czegoś nowego nauczyć. I to wspólnie.

Lubimy porównywać seks do jedzenia: obie dziedziny odwołują się przecież do zmysłów. Skoro więc kupujemy książki kucharskie z daniami kuchni całego świata, próbując wprowadzać nowe smaki, czemu nie poszukać inspiracji w sferze erotyki? Przecież seks jest kuchnią pożądania...

Lekcja pierwsza: wiedza o partnerze

– Czy na pewno wiemy, co lubi nasz partner, czy tylko tak nam się wydaje? – pyta Małgorzata Zaryczna. – Często bywa tak, że upodobania kochanka lub kochanki wnioskujemy z wyglądu, min, gestów, westchnień… Zgadujemy. I raczej rzadko mamy odwagę weryfikować tę wiedzę, bo a nuż okaże się, że coś jest jednak nie tak albo że do tej pory wszystko robiliśmy źle.

Takie ryzyko powstrzymuje przed pytaniami i zmianami. Schematycznie to wprawdzie bez fajerwerków, ale za to bezpiecznie. Tylko że wyjście poza rutynę nie musi być od razu skokiem na głęboką wodę. Zacznijmy od dodatkowej szczypty uwagi wobec kochanka i uruchomienia wyobraźni.

Kobiety narzekają nieraz, że mężczyźni traktują je jak roboty: znają tylko trzy przyciski: dwa na górze i jeden na dole. Podotykają je trochę i... ot, cała gra wstępna. A współcześni mężczyźni, przytłoczeni wiedzą o sposobach dostarczania kobiecie rozkoszy, przerażeni, czy podołają, wolą w gąszczu niepewności swoje sprawdzone trzy przyciski. Dość częsty błąd kochanków to tendencja do dawania drugiej osobie tego, co sami chcielibyśmy dostać. Dlatego kobiety pieszczą mężczyzn subtelnie, muskając ich skórę, podczas gdy oni woleliby mocniejsze pieszczoty, bo ich skóra jest słabiej unerwiona. Dokładnie odwrotnie postępują panowie – ich dotyk bywa dla kobiet zbyt mocny i gwałtowny.

Podobnie dzieje się z łóżkowymi rozmowami: mężczyźni, którzy sami chcieliby usłyszeć, że są świetnymi kochankami i że ich partnerkom z nikim dotąd nie było tak dobrze, jak z nimi – właśnie to dają im do zrozumienia. Tymczasem kobieta wolałaby usłyszeć „jesteś piękna” lub „kocham cię”.

Kolejny błąd: wygodnictwo. Z czasem nie chce nam się już szukać, sprawdzać, starać się. Skoro coś do tej pory działało, będzie działało zawsze – myślimy.

– Często próbujemy stosować triki sprawdzone w poprzednich związkach – w kolejnych relacjach. To nie jest dobry pomysł. Każdy jest przecież inny, każdy ma swoje potrzeby i upodobania. Nie ma sensu porównywać obecnego partnera z poprzednim – twierdzi Małgorzata Zaryczna. – A w stałych związkach nie ulegajmy przyzwyczajeniom. Na drugą osobę trzeba być uważnym przez cały czas. To, co sprawiało nam przyjemność dziesięć lat temu, dziś może być irytujące. I odwrotnie: coś, czego nie lubiliśmy i kiedyś nas odstraszało, dziś możemy postrzegać jako nęcące.

 

Lekcja druga: geografia mężczyzny

Jest taki dowcip: Ile stref erogennych ma mężczyzna? I do wyboru trzy odpowiedzi: a) jedną, b) jedną, c) jedną. Śmieszne? Przede wszystkim bardzo nieprawdziwe.

– Uważa się, że aż 60 procent ciała kobiety to strefy erogenne – mówi Zaryczna. – W porównaniu z tym 12 procent ciała mężczyzny to niewiele. Ale to wciąż dużo więcej niż tylko penis i jądra.

Manuela Gretkowska powiedziała kiedyś, że mężczyzna jest łatwy w obsłudze, bo ma tylko jedną dźwignię. Niektóre kobiety obrały to zdanie za drogowskaz, jak sprawiać przyjemność swojemu partnerowi. Niestety, ten sposób grozi skazaniem się na nudę w sypialni. Prawda jest taka, że każdy centymetr kwadratowy ludzkiej – zarówno męskiej, jak i kobiecej – skóry jest bogaty w receptory nerwowe wrażliwe na stymulację. – A strefy erogenne mężczyzny pokrywają się mniej więcej ze strefami erogennymi kobiety – dodaje seksuolog. – Należą do nich nie tylko genitalia, ale także wewnętrzna część ud, brzuch, podbrzusze, sutki, pośladki, uszy czy kark.

Jeśli oczekujemy od partnera indywidualnego podejścia do naszego ciała, to nie ma powodu, by nie zrewanżować mu się tym samym. – Kiedy znamy już jego „podręcznikowe” strefy erogenne, poznajmy pozostałe, te „prywatne”. Ich odkrycie może okazać się niespodzianką, a dla partnera – źródłem głębszych rozkoszy – mówi seksuolog.

Lekcja trzecia: sztuka odmawiania

Nie masz ochoty na seks – to zdarza się każdemu. Pytanie: czy potrafisz o tym zakomunikować swojemu partnerowi lub partnerce? Czy umiesz odmawiać?

A cóż to za trudność?! Chyba jednak duża, skoro z takim problemem zmaga się coraz więcej małżeństw. Zwykle mechanizm wygląda następująco: ten kto odmawia ma poczucie winy, bo myśli, że partner czuje się odrzucony, zraniony. Żeby się lepiej poczuć – świadomie lub podświadomie – zarzuca mu, że to on jest winny, bo chce seksu. Gdyby nie chciał, nie byłoby odmowy, a więc i poczucia odrzucenia. Z kolei druga osoba zaczyna oskarżać partnera lub partnerkę o brak uczuć i oziębłość, zwłaszcza gdy odmowa zdarzyła się kilka razy…

– A przecież tu nie ma miejsca na ocenę czy oskarżenia – uważa seksuolog. – To, że mamy potrzebę seksualną, nie jest ani gorsze, ani lepsze od tego, że jej nie mamy. Oba stany są jednakowo w porządku. Gdy kobieta swoje poczucie winy za to, że odmawia seksu, umieszcza w mężu, on czuje się potępiony za swe naturalne potrzeby. To błędne koło, które zatruwa życie wielu parom.

– Byłoby idealnie, gdybyśmy umieli powiedzieć „nie” w taki sposób, by nie karać drugiej strony za jej potrzeby – radzi Zaryczna. – Zamiast dwóch mielibyśmy jeden problem. A być może i żadnego, bo jak się mówi „nie” bez oskarżania, to druga strona ma znacznie mniejsze powody do niezadowolenia. Zamiast zmuszać się do seksu „dla dobra sprawy”, można przecież powiedzieć: „nie mam ochoty, ale postaram się w inny sposób zaspokoić twoje potrzeby” i zaproponować na przykład pieszczoty. Pamiętajmy przy tym, że seksualność kobiety jest tak skonstruowana, że pożądanie może pojawić się dopiero podczas pieszczot, na które wcześniej nie miała ochoty. To kolejny argument za uczciwością wobec swoich potrzeb.

Druga strona nie może też nalegać zbyt mocno. Trzeba się spotkać w pół drogi. Zaopiekować nawzajem swoimi potrzebami. Kiedy oddzieli się odmowę od oceny, nie ma presji. Ta jest zawsze zabójcza dla udanego życia erotycznego.

Zajęcia praktyczne: kuszenie i uwodzenie

Co najczęściej powtarzają mężczyźni? „Jesteśmy wzrokowcami”. Co robią kobiety? Słyszą to i… niewiele z tego wynika. Kiedy on proponuje ukochanej, by włożyła seksowną bieliznę, pończochy czy koronkową koszulkę, ona uważa to za co najmniej niestosowne, ma poczucie, że mąż traktuje ją jak dziwkę lub w najlepszym przypadku bezosobowy obiekt seksualny!

– Nie ma nic złego w tym, że w kawałku koronki wyglądasz seksownie, a twój partner ma na ciebie większą ochotę – uważa Zaryczna. – Przecież w sypialni ma być seksownie! To, że działasz na niego w wyuzdanej bieliźnie, wcale nie znaczy, że nie będzie cię kochał w dżinsach na wycieczce.

Przebieranki i eksperymenty od czasu do czasu mogą ożywić, a wręcz uzdrowić życie seksualne w stałych związkach. Bo gdy jesteśmy razem wystarczająco długo, by być pewnymi swoich uczuć, przestajemy się nawzajem kusić, uwodzić, zabiegać o siebie. Traktujemy partnera, jakby nosił nalepkę „zaklepany”. A to kolejny, dość powszechny błąd!

Na początku znajomości kobiety bawi noszenie atrakcyjnej bielizny czy właśnie jej nienoszenie. Mężczyźni kupują swoim dziewczynom kwiaty i czekoladki, zabierają je na randki w romantyczne miejsca, prawią komplementy… Dlaczego to nie trwa wiecznie? Nie tylko z powodu lenistwa. Wieloletnie pary często mają niszczące poczucie, że już nie będzie tak, jak na początku. Porównują stan obecny z okresem, kiedy pomiędzy nimi iskrzyło od rana do… rana. A skoro „to se ne vrati”, to po co się trudzić?

– W dodatku kobiety nie chcą eksperymentować, bo się boją, że jeśli raz założą koronkowe body, partner będzie tego oczekiwał już zawsze – a może ona nie będzie mieć akurat na to ochoty? – dodaje Zaryczna. – Mężczyzna podobnie: przechodząc koło kwiaciarni, nawet wpadnie na pomysł, by kupić żonie kwiaty, ale na myśl, że zamiast „dziękuję”, usłyszy zarzut: „czemu tak rzadko?” – woli wrócić z pustymi rękoma.

A bynajmniej nie o to chodzi, kto, ile i jak często. Naprawdę liczy się, że partner pamięta, myśli, pragnie właśnie mnie, że nadal chce się dla mnie starać. Że celebruje spędzony wspólnie czas.

  1. Seks

Jak pokonać rutynę w seksie?

Warto, aby para z długim stażem porozmawiała o pogłębianiu doznań w różnych wymiarach życia seksualnego. (Fot. iStock)
Warto, aby para z długim stażem porozmawiała o pogłębianiu doznań w różnych wymiarach życia seksualnego. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Po wielu latach związku nie będziemy czuć dokładnie tego samego, co na początku. Ale może się pojawić inny, nowy zakres wspólnych przeżyć, których byśmy nawet się nie spodziewali – mówią edukatorka seksualna dr Izabela Fornalik i psychoseksuolog Bianca-Beata Kotoro.

Patrycja i Rafał są małżeństwem od ośmiu lat, zanim się pobrali, spotykali się przez trzy lata. Przyjaciele żartują, że są jak papużki nierozłączki. – Rzeczywiście, bardzo lubimy ze sobą przebywać – potwierdza Patrycja. Kochamy się i świetnie rozumiemy, podobne rzeczy nas interesują i podobne bawią. W seksie też jesteśmy dobrani, po 11 latach znamy swoje ciała doskonale i bardzo szybko potrafimy się wzajemnie zaspokoić. To może dziwne, bo choć czuję się spełniona i szczęśliwa, to z drugiej strony bywam trochę znużona tym, że nasza bliskość jest tak przewidywalna. Jest w niej rozkosz, ale brakuje ekscytacji i niespodzianki. Wszystko jest takie oczywiste i powtarzalne, że pomału wkrada się do naszego łóżka nuda. Kocham męża i chciałabym coś zrobić, żeby znowu poczuć motyle w brzuchu, jak kiedyś…

Izabela Fornalik:
Nawet najsmaczniejsze lody, często jedzone, przestają smakować tak jak za pierwszym razem. Bez wątpienia warto, aby para z długim stażem porozmawiała o pogłębianiu doznań, ale w różnych wymiarach życia seksualnego. Są pary, które potrzebują pogłębienia doznań w sferze stricte fizycznej, począwszy od prostych rozwiązań, jak użycie różnego rodzaju gadżetów typu prezerwatywy z wypustkami czy wypróbowanie nowej pozycji seksualnej, aż po zapisanie się na zajęcia, np. warsztaty waginalne lub te dla par, które chcą czerpać większą radość z seksu. Ciekawym pomysłem jest też coaching seksualny. Jest on uzupełnieniem, a czasem alternatywą dla terapii, która diagnozuje i zajmuje się konkretnym problemem. Nasza para mogłaby skorzystać z oferty coachingu, który umożliwi rozszerzenie palety technik seksualnych. Zajęcia tego typu pozwalają odkryć potrzeby i możliwości własnej seksualności. Uczą też mówienia o intymnych potrzebach i przeżyciach. Takie pary jak Patrycja i Rafał nie potrzebują terapii, ale rozwinięcia i odkrycia nowych przestrzeni w swoim życiu seksualnym.

Może temu służyć również poznanie tao seksu albo jogi, która dzięki uaktywnieniu ciała poprawi oddech, a ten ma przecież związek z osiąganiem przyjemności. Różnego rodzaju nowe doznania w obszarze fizyczno-psychicznym, jak chociażby medytacja według Osho, przekładają się na większą świadomość ciała i jego otwarcie na zmysłowe doznania.

Bianca-Beata Kotoro:
Dobrym pomysłem będzie pójście na kurs masażu. Potem można zacząć wypróbowywać na sobie to, czego się nauczyło. Jeśli związek ma długi staż, ludzie przestają rozmawiać ze sobą o pewnych rzeczach, bo one stają się oczywiste. Wiele osób błędnie myśli: „skoro wiem, jaki rodzaj dotyku lubi mój partner i potrafię go uszczęśliwić, to nie ma potrzeby pytać go, jak sprawić mu przyjemność”. I tak seks staje się obszarem bez słów, bo uważamy, że już wszystko o sobie wiemy. Warto wrócić do rozmowy, do pytań o doznania i do mówienia o odczuciach. Można nawet się umówić, że ta osoba, która jest pieszczona, opowiada o tym, co czuje. Dzięki temu tworzy się nowy obszar intymnej relacji. A słowo staje się na powrót afrodyzjakiem. To naturalne, że para, która jest już ze sobą 11 lat, potrafi porozumiewać się bez słów, ale naprawdę warto odkryć na nowo magiczną moc słowa.

I.F.:
Trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że po wielu latach związku nie będziemy czuć dokładnie tego samego, co na samym początku, czyli przysłowiowych motyli w brzuchu. Początkowa fascynacja i ekscytacja jest czymś wspaniałym, wyjątkowym, lecz nie liczmy na to, że jakimiś sztuczkami ten stan przywrócimy. Ale może się pojawić inny, nowy zakres wspólnych przeżyć, których byśmy nawet się nie spodziewali.

B.B.K.:
W miarę trwania związku dojrzewamy, nie tylko przybywa nam lat, mamy inne doświadczenie, ale też zmieniają się nasze upodobania, fascynacje i zainteresowania w każdym względzie. I jeśli ktoś lubi pieszczoty pleców, a ma np. obiekcje wobec stosunków oralnych, to nie znaczy, że po 10 latach będzie preferował dokładnie to samo. Dlatego tak ważna jest wymiana myśli – werbalnie, bo nikt z nas nie jest jasnowidzem. Nie łudźmy się, że wiemy o partnerze wszystko – to po prostu niemożliwe. Jednak, żeby rozmawiać o seksie, trzeba umieć rozmawiać o innych rzeczach, a to oznacza, że trzeba razem spędzać czas. Zadbać o to, żeby bliskość zaistniała przy wspólnym działaniu w innych niż tylko sypialnia obszarach. Nie traktujmy też tego, że mamy orgazm, jako ostatecznej wyroczni, że wszystko jest wspaniale i nic nie trzeba zmieniać.

I.F.:
Bywa, że partnerzy z czasem w różnych sferach życia zaczynają się rozmijać, tracąc ze sobą kontakt, a w sypialni jeszcze odnajdują porozumienie, z tym że na zasadzie wyrobionych nawyków. Wtedy warto zainwestować w czas poświęcony nowym doświadczeniom. Cenne mogą się okazać oferty różnych warsztatów ogólnorozwojowych. Dzięki takim doświadczeniom dajemy sobie wspólny czas, otwieramy się na nowe przeżycia i odnajdujemy w sobie inne możliwości.

B.B.K.:
Często kobiety fantazjują o romantycznym kochanku, bo ich orgazmy z mężem nabrały mechanicznego charakteru. Udany seks to nie taki, w którym za każdym razem dochodzi do ekstazy, ale ten, który ma satysfakcjonującą aurę, spełniający nas we wszystkich wymiarach.

I.F.:
Polecam bardzo ciekawą publikację Dagmar O’Connor „Jak kochać się z tą samą osobą do końca życia i wciąż to lubić”.

B.B.K.:
To lekka lektura, a przy tym bardzo praktyczna, bo przedstawia liczne, łatwe do zastosowania pomysły. Przy czym mając wieloletnie doświadczenie pracy w gabinecie, domyślam się, że na takie lektury czy warsztaty dotyczące seksualności znacznie częściej gotowe są kobiety, mężczyźni chyba lepiej zareagują na konkretne propozycje, np. kurs tańca czy masażu, a mniej odnoszące się do seksualności, które mogą odebrać jako aluzyjną krytykę swoich możliwości.

Mężczyzn, którzy przychodzą do mojego gabinetu, ale mają wyraźny problem z mówieniem o swojej seksualności, pytam zazwyczaj, czy lubią tańczyć i w jaki sposób. I nie chodzi mi bynajmniej o umiejętności techniczne, ale o przyjemność płynącą z ruchu w rytm muzyki, nawet jeśli ten ruch sprowadza się do kilku kroków i nie jest oczywiście pod wpływem alkoholu ani innych substancji. Jest to ważny wskaźnik tego, jak dana osoba zachowuje się w obrębie życia seksualnego i jej otwartości na cielesne doznania. Ci, którzy nie mają problemów z poddaniem ciała rytmowi, o wiele łatwiej poddają się poszukiwaniom seksualnych doznań. Dlatego polecam parom kurs tańca, żeby odkryły w nim nowy rodzaj fizycznej bliskości.

I.F.
: Warto też wspomnieć o tym, że pogłębienie doznań w obszarze duchowym wpływa na jakość bliskości fizycznej między partnerami. Głębszy, filozoficzny namysł nad istotą związku, siebie i partnera pozwala uzmysłowić sobie, jak unikalne jest to, że się spotkaliśmy, że możemy sobie coś nawzajem dać, przeżyć wspólnie ważne dla nas obojga chwile. Jeśli przestaniemy patrzeć na partnera jak na dobrze znany i przewidywalny obiekt codziennego obcowania, mamy szansę odkryć w nim tajemnicę i wyjątkową niepowtarzalność, a w ślad za tym jego ciało, reakcje, uczucia nie będą już tak oczywiste. Seksualność często kojarzy się jedynie z fizjologią, a to jest doświadczenie obejmujące wszystkie aspekty ludzkiego istnienia, a więc też emocjonalny i duchowy. Nie wolno o tym zapominać.

Dr Izabela Fornalik, pedagog specjalny, edukatorka seksualna, nauczycielka akademicka, autorka pierwszych w Polsce praktycznych poradników na temat seksualności osób z niepełnosprawnością intelektualną.

Bianca-Beata Kotoro, psychoseksuolog, psychoonkolog, terapeutka, prowadzi terapię w Instytucie BEATA VITA, jest prezesem Stowarzyszenia Europacolon Polska oraz Fundacji Edukacji Seksualnej PO PROSTU.