fbpx

Seryjni monogamiści. Czy szukanie miłości ma sens?

Seryjni monogamiści. Czy szukanie miłości ma sens?

Według prof. Bogdana Wojciszke miłość się nam po prostu przydarza. Czy szukanie jej ma zatem jakiś sens? I czy to dobrze, że dzisiaj głównie na uczuciu opieramy nasze związki?
To my szukamy miłości czy miłość sama nas znajduje?

Powiedziałbym, że to drugie. W naszym szeroko pojętym kręgu kulturowym od 50 do 60 proc. ludzi wyznaje, że to się po prostu stało, zakochali się. Nie chodzimy po świecie z zamiarem i silnym postanowieniem zakochania się – to po prostu nas dopada.

Czy można zrobić coś, żeby zwiększyć swoje szanse w tej materii? Może być bardziej uważnym, otwartym?

Miłość to bardziej stan ducha tego, kto kocha, niż rezultat tego, jacy są ci, których kochamy. Czyli to nie cechy charakteru obiektu decydują o naszym zakochaniu. Jeśli miałbym sformułować tu jakieś zalecenie, to mogłoby ono brzmieć tak: Jeżeli chcesz się zakochać, to rób coś ekscytującego. Wtedy jest duża szansa, że dostrzeżesz kogoś, kto cię zauroczy. Jest jednak jeden warunek – ta osoba już na samym początku musi ci się spodobać. W stanie ekscytacji pierwsze wrażenie się potęguje i łatwiej może przerodzić się w zakochanie. Jesteśmy wtedy bardziej „podatni” na miłość. I są na to dowody w postaci wielu badań.

Ma pan na myśli eksperyment z mostkiem? To dosyć znane badanie, w którym mężczyźni przechodzili przez chwiejny mostek, na końcu którego czekała na nich piękna modelka. W nagrodę dawała im swój numer telefonu. Okazało się, że im mniej stabilny był mostek, tym uczestnicy częściej do niej dzwonili. Adrenalina, jaką odczuwali, zwiększała atrakcyjność dziewczyny.

Ten eksperyment, jak wiele innych podobnych, pokazał, że ekscytacja biologiczna w konsekwencji wysiłku fizycznego powoduje u badanych podniesienie atrakcyjności już i tak atrakcyjnych kobiet, jakie spotykali podczas eksperymentów. Co ważne, jeśli przed badaniem uczestnicy uznali dane kobiety za ładne, to ich atrakcyjność pod wpływem adrenaliny się zwiększała, a jeśli uznali je za mało atrakcyjne, to po przejściu przez most bardziej się im nie podobały.

Czyli uprawiajmy sport, podróżujmy, podejmujmy różne aktywności – będziemy mieli więcej okazji, by spotkała nas miłość. Ale też nie rozglądajmy się za daleko. W książce „Alfabet miłości“ przywołuje pan inny eksperyment: okazało się, że ludzie, którzy siadali obok siebie na wykładach, częściej się później zaprzyjaźniali. Rozwojowi uczucia sprzyja bliskie sąsiedztwo?

Kiedyś ludzie byli znacznie mniej kochliwi niż teraz, bo występowało ograniczenie terytorialne. Poruszali się przede wszystkim pieszo lub na rowerach, o wiele rzadziej przemieszczali się zorganizowanym transportem i nieczęsto podróżowali w dalekie zakątki kraju czy świata. Dlatego też ponad połowa małżeństw w latach 60. była zawierana między osobami, które mieszkały mniej niż 10 kilometrów od siebie. Ta bariera geograficzna obecnie w ogóle zniknęła, głównie dzięki Internetowi.

Dzięki nowym technologiom mamy o wiele więcej szans na spotkanie tego jedynego czy tej jedynej, dlaczego więc coraz mniej osób uznaje, że im się to przydarzyło?

Owszem, obecnie straszliwie poszerzyła się pula osób, spośród których można wybierać, ale o wiele częściej okazuje się to problemem niż szansą. Badania konsumenckie wyraźnie pokazują, że jeśli liczba dostępnych opcji przekracza pewien próg, to wybór staje się dla nas trudniejszy, jeśli nie niemożliwy. Jeśli mam cztery smaki dżemów, to mniej więcej wiem, który bym chciał, ale jeśli mam do wyboru 40, to moja decyzyjność spada. Wybór partnera różni się oczywiście od wyboru dżemu, ale zasada jest taka sama. Kiedyś w jednej wsi były, powiedzmy, dwie panny na wydaniu, które ze względu na atrakcyjność i pochodzenie stanowiły najlepszą partię i tylko spośród nich dobrze sytuowani kawalerowie mogli wybierać. W jakimś stopniu było im łatwiej niż na dzisiejszym rynku matrymonialnym.

Dziś trudniej jest kobietom, zwłaszcza tym wykształconym, zdolnym i atrakcyjnym, bo jest niewielu mężczyzn, którzy potrafią im dorównać. Wyzwanie, przed którym stoją, określa pan sam jako „współczesny mezalians“.

Kiedyś typowym zjawiskiem było coś, co się nazywało over-marriage – kobieta wychodziła za mąż trochę powyżej swojego statusu, wynikającego z urodzenia, coś na zasadzie związku Kopciuszka i Księcia. Kobieta wnosiła w związek coś, za co mężczyzna musiał zapłacić: pozycją społeczną lub dobrami materialnymi. Teraz na skutek emancypacji, jest coraz mniej mężczyzn, którzy są w lepszej od niej sytuacji. Zwykle kobieta musiała patrzeć trochę wyżej, a teraz musi patrzeć trochę niżej. Dużo wykształconych kobiet jest obecnie znacznie mniej zależnych od zasobów męskich, bo same mogą sobie je zgromadzić, i choć finansowo wychodzą na tym lepiej, to w kwestii związku już nie bardzo. To poważny społeczny problem.

Ale skoro nie musimy się wiązać, by mieć zapewnione finansowe czy jakiekolwiek inne bezpieczeństwo, i jesteśmy sobie równi, to może nas połączyć ze sobą wyłącznie miłość. To chyba dobrze?

Dobrze czy niedobrze, na pewno ma to swoje konsekwencje. Żyjemy w świecie, w którym – szczególnie dla ludzi w średnim wieku – wybory matrymonialne przestały być ostateczne. To znaczy są ostateczne, ale tylko na pewien okres. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że o związek trzeba dbać, ale z drugiej strony mamy poczucie, że jak się nie uda, to się rozstaniemy. Szacuje się, że połowa zawieranych dziś małżeństw za kilka lat się rozpadnie. Małżeństwo nie jest już – jak kiedyś – gwarantem stabilizacji finansowej czy posiadania i wychowania dzieci. To możemy mieć dziś poza nim.

Czy w tej kwestii potrzeby kobiet i mężczyzn się od siebie różnią?

Zarówno mężczyźni, jak i kobiety mają potrzeby wspólnotowe, czyli doznawania i udzielania wsparcia, ale jednak się między sobą różnimy. Najlepiej widać to na przykładzie podejścia do seksu, choć przekłada się to także na różne sposoby zaspokajania potrzeby kontaktu.

Kobietom zależy na tym, żeby ich związki były głębsze, ale może ich być niewiele – podobnie z seksem. Natomiast mężczyźni są za bardziej licznymi związkami, ale za to płytszymi. Dlatego też nasze dążenia trochę się rozmijają. Wynika z tego, że kobiety bardziej szukają partnera, a mężczyźni partnerek.

A kompromisem okazuje się seryjna monogamia. Czyli będziemy mieli wiele związków, ale za to z jednym partnerem?

Wszystko na to wskazuje. Ale seryjna monogamia to wcale nie nowy koncept. Nasi przodkowie znali już taki model, tylko on inaczej się nazywał. Także mieli po kilka żon czy mężów, tylko o końcu związku decydowały raczej przyczyny naturalne niż potrzeba szczęścia bądź przyjemności – ich partnerzy życiowi po prostu umierali, dziś częściej umiera miłość.

Można powiedzieć, ze Henryk VIII też był seryjnym monogamistą.

(Śmiech). Zgadza się. I większość małżeństw zawierał z miłości.

Bogdan Wojciszke profesor psychologii, prodziekan sopockiego wydziału Uniwersytetu SWPS, zajmuje się badaniem dynamiki bliskich związków, autor 11 książek.

I_OK-1
Artykuł pochodzi z wydania specjalnego miesięcznika „SENS” – „Sens o miłości”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze