1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Björk – wiedźma z generacji Z

Björk – wiedźma z generacji Z

Björk (Fot. Felipe Santiago/Getty Images/Gallo Images)
Björk (Fot. Felipe Santiago/Getty Images/Gallo Images)
Była elfem z islandzkiego lasu. Przebojową królową parkietów w londyńskich klubach. histeryczką. Porzuconą desperatką. Dziwaczką, bo przyszła na Oscary przebrana za łabędzia... Na wszystkie twarze Björk składa się także kilka gęb, które jej doklejono. W kolejnym odcinku cyklu „Ikony popkultury” – artystka totalna, której przekaz i wpływ na współczesną scenę muzyczną w pełni wybrzmiewa dopiero teraz.

Jako dorosła, samodzielna twórczyni debiutowała 30 lat temu, w lipcu 1993 roku. Wydała dziesięć studyjnych solowych albumów. Każdy inny, każdy ważny, każdy na swój sposób rewolucyjny. Każdy wzmacniał jej status bezkompromisowej wizjonerki. Tylko czy na pewno doceniamy potęgę Björk? Czy zdajemy sobie sprawę, że…

Bez niej nie byłoby Beyoncé. Ostatnie albumy królowej R’n’B to wymyślne interdyscyplinarne przedsięwzięcia, łączące muzykę z filmem i modą, ale to przecież Björk pierwsza pokazała moc harmonijnego dialogu dźwięku i obrazu, tak samo ważnych dla opowieści – niezależnie od tego, czy to akurat opowieść o początku miłości, czy o końcu świata. Okładki płyt, teledyski, wizualna oprawa koncertów. Wszystko jest informacją. Wszystko jest sztuką.

Bez niej nie byłoby Taylor Swift, muzycznej rekordzistki, której nieraz wymyślano od histeryczek i królowych dram za piosenki o byłych partnerach. Ale to Björk dużo wcześniej doprowadziła do perfekcji poetycką przesadę, gdy próbowała rozgryźć przewrotną naturę zakochania, czego mistrzostwo osiągnęła na płycie „Vulnicura”, rozdzierającym studium bólu po rozstaniu.

Bez niej nie byłoby Grimes czy Janelle Monáe, muzyczek podobnie jak ona oddanych futurystycznym wizjom, poszukujących złotego środka między organicznością a technologią. Bez Björk nie byłoby FKA twigs z jej melancholią w charakterystycznych, nieprzewidywalnych melodiach.

Bez Björk nie byłoby wielu wokalistek, kompozytorek i producentek muzyki rozrywkowej, które dziś śmiało eksperymentują, wymykają się upraszczającym twórczość kobiet klasyfikacjom, piszą żarliwe protest songi albo epickie ballady o miłości – tak jak ona uprawiając awangardowy pop prosto z serca.

Bezwstydnie inna

Od początku potrafiła zwrócić na siebie uwagę. W pierwszym teledysku, który wypuściła jako Björk – do piosenki „Human Behaviour” – ucieka przed wielkim pluszowym niedźwiedziem. Śpiewała z zaangażowaniem, niemal dziecięcym entuzjazmem, i z islandzkim akcentem, którego nie ukrywała, charakterystycznym twardym „r”. Brzmiała inaczej, wyglądała inaczej, a jej bezwstydna inność okazała się tyleż błogosławieństwem, co przekleństwem. Bo szybko upupiono Björk do roli bytu nie z tego świata, postaci z surrealistycznej bajki, kosmitki. Dobrze ujął to amerykański dziennikarz muzyczny Rob Harvilla w swoim podcaście „60 Songs That Explain The ’90s” o przełomowych piosenkach z lat 90. „Björk nie jest z tej Ziemi i jednocześnie bardzo stąd, choć trzeba czasu, by pogodzić się z tą myślą. Przez lata mieszkałem w tej samej okolicy, na Brooklynie, ale długo upierałem się, że to niemożliwe, bo przecież Björk mieszka na Księżycu albo jednym z pierścieni Saturna” – opowiadał. „Ale takie teorie krzywdzą Björk. Zaprzeczają jej człowieczeństwu. Jest różnica pomiędzy uznaniem jej za nieziemską wizjonerkę a protekcjonalnym umniejszaniem do poziomu dziwadła z kosmosu”. Dziwnych nie trzeba traktować poważnie, a szalone nie mają racji. Podkreślanie dziwności, jak słusznie zauważa Harvilla, odsuwa uwagę od esencji twórczości Björk – a tą jest niezwykła empatia i precyzja w opisywaniu uniwersalnego ludzkiego doświadczenia.

W 2011 roku wydała płytę „Biophilia” – której można słuchać jak klasycznego albumu z muzyką, ale można też pobrać w formie aplikacji mobilnej na tablet – i nagrała ją, zanim tablet trafił do powszechnego użytku. W 2019 roku wyszła po raz pierwszy na scenę z olbrzymim widowiskiem „Cornucopia”, w którym grają instrumenty zbudowane specjalnie do tego show, a pytana w wywiadach, jaki efekt chciała uzyskać, odpowiadała, że zależało jej, by flety brzmiały (cytując za „The New York Times”) „jak albinoskie żyrafiątka. Futrzaście i czysto, ale nie za czysto, bo to w końcu żyrafy”. Ale nawet gdy tworzy piosenki z algorytmów albo wychodzi na scenę w asyście fletów brzmiących jak żyrafy albinosy, a więc gdy może się wydawać, że Björk już całkowicie odleciała – treść jej utworów pozostaje mocno osadzona w rzeczywistości. Zarówno tej w skali mikro, gdy śpiewa o osobistych doświadczeniach odrzucenia, straty czy macierzyństwa, jak i tej w skali makro, gdy pochyla się nad największymi wyzwaniami współczesności, jak postęp technologiczny czy katastrofa klimatyczna.

Zuchwale eklektyczna

Podczas pandemii, gdy granie koncertów nie było możliwe, wróciła na Islandię – na nowo zapuściła korzenie i nagrała podcast. „Sonic Symbolism” to cykl rozmów z przyjaciółmi, które pozwalają wgryźć się w każdy z dziewięciu albumów, wydanych jeszcze przed zeszłoroczną płytą „Fossora”. Björk dopowiada konteksty, wyjaśnia, co ukształtowało każdą z płyt, kim była, gdy je nagrywała, co ją zajmowało, wkurzało, nakręcało, bolało. Pomaga spojrzeć na swoją wyjątkową dyskografię jak na drogę artystki kompletnej i jednocześnie całkowicie osobnej, dla której muzyka jest formą przetrwania.

Śmieje się, że do tej pory wymyśla melodie utrzymane w jednakowym tempie 80 bitów na minutę, bo w takim tempie chodziła do szkoły, a ponieważ w trakcie tych długich spacerów komponowała swoje pierwsze utwory, tak już jej zostało. „Trasa zajmowała jakieś 40 minut. Nie było ważne, jaka jest pogoda, zawsze szło się do szkoły. A gdy akurat szalała zamieć śnieżna, spacer hartował charakter.

Pamiętam momenty, gdy strasznie się bałam, byłam sama, tylko ja kontra żywioły. Dlatego śpiewałam. Im gorsza pogoda, tym głośniej. To dawało mi pocieszenie” – wspominała w podcaście, w odcinku poświęconym swojej pierwszej solowej płycie. O wydanym w 1993 roku albumie „Debut” mówi, że choć „wydaje się odrobinę schizofreniczny” (mieszają się tu jazz, elektronika, nawet soul), to jest fantastycznym manifestem wolności nagranym przez dziewczynę, która jeszcze do niedawna śpiewała w zespołach punkowych. I równie doskonałą przedmową do wszystkiego, co wydarzy się później. Do takich płyt jak euforyczna i wielkomiejska „Post”, którą nagrywała w „wyjątkowo ekstrawertycznym okresie życia”, gdy mieszkała w Londynie i tańczyła do rana. Jak aktywistyczna „Volta”, czyli wołanie o sprawiedliwość społeczną, ekonomiczną i klimatyczną. Czy jak konfesyjna „Vulnicura”, na której Björk leczy rany po rozstaniu z artystą Matthew Barneyem i niechętnie, ale odważnie mierzy się z figurą kobiety odrzuconej. „Pamiętam mój szok, gdy przesłuchałam wszystkie piosenki: to jest album o złamanym sercu. Miałam dwa wyjścia. Udawać, że to nieprawda, że się nie wydarzyło. Albo pójść w potężny melodramat, czyli oddać szacunek piosenkom, odpowiednio je aranżując i produkując. Wybrałam drugą możliwość, choć była bardziej bolesna dla mnie i mojej rodziny. Nie chciałam nikogo niepotrzebnie krzywdzić” – mówiła w podcaście.

Trudna, problematyczna, nieobliczalna?

Tuż po premierze „Vulnicury” opowiadała, że album pokazał, jak tendencyjnie odbiera się sztukę kobiet. „Na aktywistycznej »Volcie« śpiewałam o ciężarnych terrorystkach w samobójczych zamachach, domagałam się uznania niepodległości Wysp Owczych i Grenlandii” – pisała na swojej stronie na Facebooku.

„Na pedagogicznej »Biophilii« śpiewałam o galaktykach i atomach. Ale dopiero »Vulnicura«, na której podzieliłam się doświadczeniem złamanego serca, przyniosła mi akceptację mediów”. Ironizowała: „Mężczyźni mogą skakać po tematach. Kręcić science fiction i dzieła kostiumowe. Mogą być dowcipni i mogą być nerdami zagubionymi w nieskończonym rzeźbieniu dźwiękowych krajobrazów. Kobiety nie. Jeśli nie wykrwawiamy się na temat mężczyzn i dzieci, oszukujemy publiczność”.

Artystkom nadal na niewiele pozwalano. Jak spuentowała swego czasu Anne Powers, dziennikarka muzyczna związana m.in. z redakcjąopiniotwórczej platformy NPR: „Lata 90. to był niezły rok dla kobiet w muzyce”. Tak, to nie przejęzyczenie, rok. Muzyczki, związane z rockową alternatywą czy sceną elektroniczną, odnosiły sukcesy, były obecne na listach przebojów i w mediach, grały duże trasy koncertowe, ale wciąż traktowano je jak egzotyczną ciekawostkę, notorycznie przywoływano do porządku, nie traktowano poważnie. „Kobieta zajmująca się muzyką mogła mieć tylko jeden wymiar. Mogła być albo poważną pieśniarką, albo seksowną frontmenką w zespole” – opowiadała Björk w podcaście. „Czytając swoje dzienniki z tamtych czasów, widzę, że często podkreślałam, iż chcę mieć prawo, by jednego dnia się wygłupiać, a drugiego się mądrzyć. Że mogę być szczęśliwa, smutna i zła. Raz wyglądać jak błazen, innym razem jak matka, a jeszcze innym włożyć coś seksownego, jeśli mam na to ochotę. Potrzebowałam dostępu do różnych wymiarów kobiecości. Nie chciałam dać się uwięzić w jednej roli”.

A jednak pewna rola okazała się więzieniem... W 2000 roku do kin trafił film „Tańcząc w ciemnościach” Larsa von Triera z Björk w roli głównej. To w związku z tą produkcją pojawiła się na gali rozdania Oscarów w łabędziej sukience, z której jeszcze długo szydziły magazyny mody. Tymczasem Björk weszła na targowisko próżności i zniosła jajo na czerwonym dywanie, by pokazać zadowolonym z siebie, samozwańczym geniuszom, czym jest dystans do siebie i twórcza kreacja. Za rzadko doceniamy jej znakomite poczucie humoru. Może dlatego, że po „Tańcząc w ciemnościach” dorobiła się reputacji kobiety trudnej, roszczeniowej, przewrażliwionej na swoim punkcie, z którą nie da się pracować. Dopiero kilkanaście lat później, ośmielona wyznaniami kobiet, które doświadczyły przemocy seksualnej, opowiedziała ze szczegółami, co działo się wtedy na planie filmu. O obłapianiu po każdej scenie czy propozycjach seksualnych, które składał jej von Trier. „Gdy po dwóch miesiącach powiedziałam, że mam dość bycia dotykaną po każdej scenie, wpadł w szał i połamał krzesło przy wszystkich. Zachował się jak ktoś, komu zawsze było wolno spoufalać się z aktorkami” – pisała w oświadczeniu zamieszczonym na Facebooku. Gęba nieobliczalnej wariatki miała służyć tylko temu, by ją uciszyć.

Ekofeministyczna i matriarchalna

Dziś Björk chętnie i często wchodzi w polemikę z kulturą nastawioną przeciwko kobietom, ale w wywiadach, których udzielała w latach 90., często dystansowała się od ruchów feministycznych. Potrafiła powiedzieć: „Feministki mnie męczą. Śmiertelnie mnie nudzą” – to cytat z magazynu „Bust”. „Uważam, że jeśli kobiety mają wygrać jakąkolwiek bitwę, to muszą przestać słuchać bzdur, które wciskają im feministki. Za każdym razem, gdy kobieta zaczyna narzekać na swoją sytuację, zbiera mi się na ziewanie” – to z kolei z wywiadu dla fińskiej telewizji. Lata później będzie się usprawiedliwiać, że te problematyczne wypowiedzi to konsekwencja wyniesionego z domu (matka Björk była aktywistką ekologiczną) przekonania, że działanie jest ważniejsze niż gadanie. Inna sprawa, że wprawdzie w wywiadach dystansowała się od feminizmu, ale na płytach pozostawała wierna jego ideałom.

Najnowszy, wydany jesienią zeszłego roku album „Fossora” to hołd złożony walecznym przodkiniom, zmarłej kilka lat temu matce, transgeneracyjnym kobiecym kręgom i potędze przyrody. Islandka nieprzerwanie snuje swoją wizję lepszego świata, w którym – tak jak na jej płytach – technologia i natura funkcjonują w symbiotycznym uścisku, a „Fossorą” dodatkowo wpisuje się w aktualne postulaty renesansu ekofeminizmu – idei zakładającej równość nie tylko płci, ale wszystkich żyjących stworzeń. Björk jest wiedźmą. To ważna i mocna feministyczna figura mądrej matronki, przebudzonej seksualnie i żyjącej w harmonii z naturą przewodniczki duchowej.

„Generacja Z jest otwarta na matriarchalną muzykę. Nie utożsamia jej ze starymi czarownicami na miotłach” – mówiła w wywiadzie dla „The Atlantic”. „Zetki są bardzo radykalne, a dobro środowiska jest dla nich priorytetem. Bardzo mi się to podoba! Za 20 lat większość rzeczy, o których czytamy dziś w gazetach, nie będzie miała znaczenia. Liczy się tylko to, jak poradzimy sobie z wyzwaniami klimatycznymi” – dodawała na łamach „NME”. Czy 57-letnia dziś Björk ma szansę stać się wyrocznią, mentorką, idolką dla osób z pokolenia swoich dzieci? Kto, jeśli nie ona?

Björk Guðmundsdóttir urodziła się w 1965 roku w Reykjaviku. Wokalistka, autorka tekstów, producentka, kompozytorka. Zaczęła śpiewać jako 11-latka. Laureatka wielu nagród muzycznych oraz Złotej Palmy za „Tańcząc w ciemnościach”. Mama Sindriego i Isadory. 18 listopada wystąpi w krakowskiej TAURON Arenie z muzycznym spektaklem „Cornucopia”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze