1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło poleca
  4. >
  5. Marsz Żółtej Wstążki. Pokażmy solidarność z osobami z zaburzeniami psychicznymi 

Marsz Żółtej Wstążki. Pokażmy solidarność z osobami z zaburzeniami psychicznymi 

(Fot. materiały prasowe Fundacji eFkropka)
(Fot. materiały prasowe Fundacji eFkropka)
Idziemy #pogodność. Takie jest hasło czwartego już Marszu Żółtej Wstążki. Pokażmy osobom doświadczającym kryzysu psychicznego, że jesteśmy z nimi. Maszerujmy wirtualnie. W całej Polsce. Zaczynamy w sobotę 30 maja.

Każdemu człowiekowi należy się szacunek. To naturalne. To wszyscy wiemy. Są ludzie, którzy z brakiem szacunku, z pogardą, wyszydzaniem, protekcjonalnym traktowaniem spotykają się na co dzień – z powodu choroby. Osoby doświadczające kryzysu psychicznego to nie „wariaci” czy „szaleńcy”. To ludzie chorzy, którym należy się i pomoc, i poszanowanie ich godności. 

Fundacja eFkropka, zajmująca się wspieraniem osób z zaburzeniami psychicznymi i monitorująca stan polskiego systemu ochrony zdrowia psychicznego, od lat o tę godność walczy. Walczy o to, by ludzi dotkniętych zaburzeniami psychicznymi widzieć. I by ich odpowiednio leczyć. Od jakiegoś czasu mówi się głośno o tym, że psychiatria jest niedofinansowana. Pora to zmienić. Zwłaszcza dziś. „Doświadczenia izolacji społecznej ostatnich tygodni bardziej niż  kiedykolwiek wcześniej uwidoczniły znaczenie zdrowia psychicznego dla codziennej egzystencji. Eksperci z zakresu psychiatrii są zgodni, że wydarzenia związane z pandemią koronawirusa przyczyniły się do istotnego wzrostu poczucia lęku, nasilających się stanów depresyjnych, obniżonego nastroju u wielu osób. Pokazało to, jak ważna jest całościowa, dostosowana do potrzeb pacjenta opieka psychologiczna i psychiatryczna oraz konieczność działania na rzecz jej poprawy” – mówią organizatorzy Marszu Żółtej Wstążki.

Marsz miał się odbyć 30 czerwca. Planowano, że uczestnicy przejdą po raz czwarty ulicami Warszawy i po raz pierwszy ulicami kilku innych miast. Pandemia koronawirusa te plany zmieniła. Marsz odbędzie się wirtualnie. Ale dzięki temu może w nim wziąć udział każdy z nas. Jak to zrobić?

Mówią organizatorzy: „Zapraszamy do nałożenia na Wasze zdjęcia profilowe naszej nakładki #pogodność. Jeśli możecie, to do zdjęcia z nakładką, które automatycznie pojawi się w poście, dodajcie hasztag #pogodność lub #PoGodność Czekamy na Wasze filmiki (ok. dwuminutowe), mogą być nagrane choćby telefonem, przedstawiające Was, kiedy idziecie na spacer, chodzicie w miejscu na swoim balkonie albo w pokoju, jedziecie na rowerze w okolicach parku albo na takim stacjonarnym ustawionym w sypialni lub salonie. Koniecznie z żółtym elementem ubrania albo choć z przypiętą do niego kokardką z żółtej wstążeczki. Na filmiku nie trzeba pokazywać twarzy. Można sfilmować tylko fragment sylwetki albo siebie od tyłu. Filmiki zmontujemy we wspólny marsz i pokażemy w trakcie wydarzenia. Na filmiki czekamy do 5.06.2020 pod adresem: marsz@ef.org.pl

Można też zrobić sobie zdjęcie z żółtym elementem ubioru lub żółtą wstążką. Na zdjęciu można trzymać kartkę z hasztagiem #pogodność, udostępnić je w swoich social mediach, a w opisie dodać hasztag #pogodność ewentualnie link do wydarzenia”

Pokażmy naszą solidarność z chorymi. Przypnijmy żółtą wstążkę. Bądźmy razem.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Zadbaj o swoje życie wewnętrzne - inspiracje na listopad

Listopadowe wieczory warto przeznaczyć na praktykowanie duńskiej filozofii hygge, która oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także cieszenia się drobnymi przyjemnościami. (Fot. iStock)
Listopadowe wieczory warto przeznaczyć na praktykowanie duńskiej filozofii hygge, która oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także cieszenia się drobnymi przyjemnościami. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Listopadowe dni spędzamy raczej stacjonarnie (i w pobliżu źródła ciepła). Warto wykorzystać ten czas na zrobienie porządków oraz gruntownych remontów we wnętrzu dosłownym i metaforycznym.

Ćwiczenie 1. Rozmyślania w fotelu

Jesienna aura może wprawiać nas czasami w melancholijny, a nawet depresyjny nastrój. Szarość na zewnątrz konfrontuje z niewyrażonymi emocjami i „uwierającymi” stanami: smutkiem, żalem, rozczarowaniem i poczuciem, że utraciliśmy coś bezpowrotnie. Może również aktywować w nas lęk przez zmianami i starzeniem się. To, co możesz zrobić, kiedy dopadnie cię jesienna melancholia, to uświadomić sobie i nazwać to, co dokładnie teraz czujesz. Następnie zadaj sobie kolejno pytania: Co jest prawdziwą przyczyną mojego smutku (żalu, rozczarowania, lęku etc.)? Czego obecnie potrzebuję? Jak mogę o siebie teraz zadbać? Jeśli w tej chwili w życiu doświadczasz niespodziewanej zmiany, spróbuj spojrzeć na tę sytuację z szerszej perspektywy. Jak powiedział Dalajlama: „Kiedy coś tracisz, pamiętaj, aby nie stracić tej lekcji”. Zadaj sobie pytanie: Jaka ważna lekcja pojawiła się dzięki tej zmianie? Jak mogę to wykorzystać pozytywnie? A teraz pomyśl o tym, że kiedy tracisz jedno, robi się przestrzeń na coś nowego. Weź kilka głębokich oddechów i spróbuj poczuć ciekawość związaną z tym, co nowego może się teraz wydarzyć w twoim życiu.

Ćwiczenie 2. Uwolnij się od nadmiaru

Rozejrzyj się dookoła. Czy naprawdę potrzebujesz wszystkiego, co cię otacza? Takie pytanie proponuje zadać sobie propagatorka minimalizmu, japońska pisarka Hideko Yamashita. Jej autorska metoda Dan-Sha-Ri (opisana w ksiażce pod takim tytułem) to sztuka ustanawiania porządku w otoczeniu poprzez eliminację wszystkiego, co nie jest niezbędne. Może być szczególnie inspirująca, jeśli należysz do plemienia zbieraczy, którzy latami chomikują przedmioty i mają problem z rozstaniem się z nimi. Trzy filary Dan-Sha-Ri oznaczają kolejno: odmowę (mówienie „nie” kolejnym nowym, a bezużytecznym rzeczom, które chcą stać się częścią naszego życia); wyrzucanie (pozbywanie się przedmiotów, które przepełniają naszą przestrzeń) i odcięcie się (rezygnację z przywiązania do rzeczy).

Aby zrobić przestrzeń na coś nowego w życiu, niezbędna jest umiejętność pożegnania się z tym, co nie jest użyteczne. Robiąc gruntowne porządki w domu, wykreujesz stan wewnętrznej równowagi w sercu i umyśle. Warto spróbować i podelektować się stanem określanym jako Ri – uczuciem wolności i lekkości, poczuciem wewnętrznej harmonii. Uzyskasz go tylko dzięki regularnemu powtarzaniu Dan i Sha.

Ćwiczenie 3. Sięgnij po marzenia!

Mary Reynolds, projektantka ogrodów, bohaterka filmu „Dzika jak natura”, marzy o udziale w prestiżowym konkursie. Zapisuje na kartce: „Dziękuję za przyznanie mi głównej nagrody w konkursie”, a potem wykonuje pierwsze kroki na drodze do realizacji tego marzenia. Nie załamuje się, kiedy pojawiają się niespodziewane komplikacje. Jest zmotywowana, ponieważ realizuje swoje pragnienie z dzieciństwa. Zainspiruj się jej historią. Pomyśl, o czym marzyłeś w dzieciństwie? Jakie pomysły odłożyłeś „na później”? Wybierz jedno marzenie i zastosuj metodę małych kroków. Codziennie pielęgnuj w sobie to marzenie, myśl o nim pozytywnie rano i tuż przed zaśnięciem. Wejdź w uczucia i emocje, jakie się wtedy w tobie budzą. Trwaj w tym procesie „karmienia” marzenia, aż poczujesz gotowość do kolejnego kroku – działania. Jesień i zima to znakomity czas na sadzenie ziarenek marzeń, pielęgnowanie ich i troszczenie się o nie.

Ćwiczenie 4. Zadbaj o swój hygge time

Listopadowe wieczory są też idealne na praktykowanie bardzo modnej duńskiej filozofii hygge. Hygge oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także bezpieczeństwa i cieszenia się drobnymi przyjemnościami. To wszystko, co wprawia nas w dobry nastrój i stan relaksu. Istotą hygge jest uczucie więzi, jaką odczuwasz, przebywając z bliskimi, z naturą, ale również sam ze sobą. Oto przykłady sytuacji, które pomogą ci wejść w stan wewnętrznego ukojenia: Owinięty kocem siedzisz na fotelu z pyszną herbatą w ulubionym kubku lub filiżance. Słuchasz muzyki, czytasz ciekawą książkę, kontemplujesz chwilę obecną, jest ci ciepło, błogo, po prostu dobrze.
  • Spotykasz się w przytulnym miejscu z grupą przyjaciół. Panuje atmosfera luzu, radości, wzajemnego szacunku i troski.
  • Jesz kolację z ukochaną osobą. Za oknem szaro, a ty delektujesz się uczuciem więzi z kimś bliskim oraz pysznym jedzeniem.
  • Spacerujesz po lesie, jesteś w kontakcie z przyrodą, cieszysz się ciszą i tym, że możesz oddychać świeżym powietrzem i naładować wewnętrzne baterie.

Ćwiczenie 5. Moc muzyki

Jesienią zwykle mamy obniżony nastrój związany z niedoborem słońca. Jednym ze sposobów na poprawę samopoczucia jest terapeutyczna moc muzyki. Ścieżka dźwiękowa powinna być radosna i słoneczna. Zaprzyjaźnij się z flamenco, brazylijską sambą, muzyką z Afryki czy Karaibów. Jeśli rano brakuje ci energii, nagraj kilka ulubionych utworów na telefon i słuchaj ich po przebudzeniu oraz w trakcie drogi do pracy. A wieczorem, aby nastroić się do snu, nastaw spokojną bossa novę, muzykę instrumentalną albo relaksacyjną, która wywołuje w mózgu fale alfa, związane z odprężeniem i kreatywnością.

Ćwiczenie 6. Kreatywny zeszyt

Jak jeszcze bardziej uruchomić kreatywność? Na przykład prowadząc twórcze notatki. Wybierz zeszyt z okładką, która najbardziej ci się spodoba. Umów się ze sobą, że codziennie napiszesz cokolwiek, choćby jedno zdanie, które odzwierciedla to, jak się czujesz, czego potrzebujesz, co masz w planach czy co właśnie przyszło ci do głowy. Możesz również malować lub rysować, a nawet wklejać obrazki wycięte z pism. Zapisuj wszystkie, nawet z pozoru bezsensowne myśli i pomysły. Kreatywny zeszyt zachęca do ekspresji, wyrażania tego, co w danej chwili krąży w twoim umyśle i sercu. Już samo przeglądanie takich zapisków bywa inspirujące.

Ćwieczenie 7. Rozgrzewający napój

Deszcz i zimno to nie najlepsza aura dla układu immunologicznego. Aby wzmocnić odporność, polecam oczyszczający i rozgrzewający napój na bazie naturalnych składników. Weź 1/2 łyżeczki kurkumy, 1/2 łyżeczki imbiru, szczyptę czarnego pieprzu lub pieprzu cayenne oraz 1/2 łyżeczki cynamonu. Wsyp wszystkie składniki do kubka i zalej je wrzątkiem. Po minucie dodaj sok z 1/2 cytryny. Wymieszaj wszystko. Możesz dodać odrobinę ksylitolu, syropu z agawy lub miodu. Pij taki napój co rano na czczo oraz między posiłkami. Dobry humor i zdrowie gwarantowane!

  1. Psychologia

Przyzwyczajenia wzmacniają psychikę. O dobrych i złych nawykach opowiada Tatiana Mindewicz-Puacz

Tatiana Mindewicz-Puacz (Fot. Maciej Zienkiewicz)
Tatiana Mindewicz-Puacz (Fot. Maciej Zienkiewicz)
Wiele codziennych czynności wykonujemy automatycznie. Dzięki temu odciążamy mózg, który może koncentrować się na ważniejszych zadaniach. Warto jednak zadbać o to, by nawyki nas wspierały, a nie zdominowały. Jak to osiągnąć – wyjaśnia psychoterapeutka Tatiana Mindewicz-Puacz.

Słyszymy słowo „nawyk” i od razu mamy jedno skojarzenie – „zły”. Tak jakby nawyki były wyłącznie czymś, co utrudnia nam życie.
Tak nam się rzeczywiście wydaje, bo najczęściej mówi się o złych nawykach, natomiast to, co dobre albo neutralne, umyka naszej uwadze. Nawyki są różne: złe, dobre, ale też takie „zwyczajne”, bo przecież nawykiem jest choćby mycie zębów. Nie zdajemy sobie sprawy, że ogromną część rzeczy robimy automatycznie. Czytałam wyniki badań mówiące o tym, że około 40 procent naszych zachowań to zachowania nawykowe! Sądzę, że gdybyśmy do tego dołożyli nawykowe reakcje emocjonalne i myśli, statystyka by się jeszcze podniosła.

A jaka jest w zasadzie najważniejsza funkcja nawyku?
Bardzo pozytywna – chodzi o to, by odciążyć mózg, zwolnić go z ciągłego wysiłku. Nawyki upraszczają funkcjonowanie, redukują ilość wysiłku, który musimy włożyć w codzienne życie. Gdybyśmy za każdym razem, kiedy myjemy zęby albo naciskamy sprzęgło w samochodzie, chcieli robić to w pełnej koncentracji, to przy dzisiejszym tempie życia bardzo szybko byśmy eksplodowali. Zatem – im większy postęp technologiczny i cywilizacyjny, tym więcej nawyków, dobrych, złych i neutralnych.

Ile wysiłku potrzeba, by wyrobić w sobie dobry nawyk?
Nad każdym nawykiem trzeba popracować, nad złym także. Aby dana czynność stała się nawykiem, musimy wykonać kilka rzeczy. Najpierw stworzyć, a potem świadomie powtarzać pewną sekwencję zdarzeń czy zachowań. By taka „procedura” mogła się utrwalić, potrzeba – jak mówią statystyki – od 20 do 70 dni, dopiero potem powstaje automatyzm, czyli nawyk.

A w jaki sposób można przyjrzeć się swoim złym nawykom, a potem coś z nimi zrobić?
Na pewno warto im się w ogóle przyglądać. Bo w przypadku każdego nawyku prawidłowość jest następująca: najpierw to my tworzymy nasze nawyki, a potem w pewnym sensie to one tworzą nas, kierują nami. I jak twierdzy bronią swojej funkcji. Kiedy chcemy zmienić nawyk, włączają się wszystkie możliwe mechanizmy obronne.

Bo już wszystko było poukładane, a tu burzy się porządek?
Dokładnie tak, już nie myślimy, tylko działamy. Jest coś takiego jak pętla nawyku. Każdy nawyk ma trzy główne składowe. Najpierw musi być jakaś wskazówka, wyzwalacz, coś, co nas uruchamia. Czyli na przykład jeśli nawykowo sięgamy po papierosa w momencie zdenerwowania czy ekscytacji, wyzwalaczem będzie jakieś zdarzenie, choćby spięcie z szefem. Potem, i to druga składowa, pojawia się konkretne zachowanie, w tym przypadku sięgnięcie po papierosa, aż w końcu trzecia składowa, czyli nagroda. Czy ta nagroda jest rzeczywiście nagrodą, czy nie, to już nie ma większego znaczenia – w pętli „zapisano”, że jest to gratyfikacja. W tym konkretnym przypadku jest nią rozładowanie napięcia.

Najłatwiejszym sposobem, żeby zmienić nawyk, jest przerwanie tego łańcucha, pętli. Ludzie zwykle próbują od początku tworzyć na miejsce starych i złych nawyków nowe i dobre. Tylko że po pierwsze to trudne, po drugie – zanim wyrobimy nowy nawyk, zostaje puste miejsce po starym, a nasza naturalna konstrukcja nie lubi pustki. Dlatego najlepiej pokombinować, by zmodyfikować dawny nawyk.

Jak to zrobić?
Jeśli pojawia się pierwsza składowa, czyli wyzwalacz, trzeba zastanowić się, jakim innym zachowaniem mogę zastąpić to dawne, aby także otrzymać nagrodę. I to jest jedna z metod na zmianę nawyków. Jest jeszcze inna, którą bardzo lubię, ale wiem, że nie wszystkim się ona podoba. Mianowicie to metoda: „za dużo nie myśleć”. Z moich osobistych doświadczeń, a także tych z pracy zawodowej, wynika, że czasem zastanawianie się, jakim nowym zachowaniem zastąpić stare, przypomina wojnę – musimy zderzyć się z armią mechanizmów obronnych! Dlatego łatwiej jest zamiast rozmyślania wprowadzić działanie, i zrobić jak najszybciej, w kilka sekund, zanim „głowa się zorientuje”! Na przykład wielu z nas, kiedy jest ranek i w telefonie dzwoni budzik, otwiera oczy i nawykowo włącza funkcję drzemki. Telefon zadzwoni za pięć minut, a my mamy nadzieję, że przez ten czas „bardziej” się wyśpimy. Dzieje się inaczej, bo kolejne minuty zwiększają jedynie ochotę na sen, a nie na wyskoczenie z łóżka. Metoda, o której mówię, polega na tym, żeby po przebudzeniu natychmiast się podnieść, nie myśleć o tym, że mam wstać – tylko to zrobić. Jak już jestem na nogach i działam – nagrodą jest satysfakcja, że to zrobiłam, a nie obietnica, jak w przypadku kolejnej drzemki.

A gdyby ten sam nawyk spróbować zmienić za pomocą tej pierwszej metody? Od czego zacząć?
Na przykład możemy nie zabierać do sypialni telefonu (przy zmianie nawyku pierwszą metodą ważne jest, żeby nie mieć pod ręką dostępnego „starego” narzędzia: telefonu, papierosa itd.), tylko postawić zwykły analogowy budzik bez funkcji drzemki. Niestety, mogą włączyć się wtedy mechanizmy, o których wspomniałam: one podpowiedzą nam tyle argumentów za tym, że ten telefon jest jednak nam przy łóżku potrzebny, że się im w końcu poddamy.

Rozmawiamy o zmianie złych nawyków na dobre, a jakie dobre nawyki możemy w sobie wykształcić od A do Z, by żyło nam się na co dzień łatwiej?
Zawsze zachęcam do tego, by najpierw popracować nad tym, co już mamy, zmodyfikować to, a nie od razu zabierać się do tworzenia zupełnie nowej jakości. Ludzie boją się już samego hasła: „zmiana nawyku”. Mają poczucie, że przed nimi gigantyczny wysiłek, że trzeba będzie przewrócić życie do góry nogami. A to mit. Nawyki można, a nawet należy, zmieniać metodą małych kroków. Czyli nie: „zmienię nawyk, będę zdrowo żyć”. To jest takie samo przedsięwzięcie jak postanowienia noworoczne – energii starcza nam na kilka dni, a potem jesteśmy tak wyczerpani, że albo wracamy do punktu wyjścia, albo wręcz spadamy jeszcze niżej.

Czyli nie: „Zmienię nawyk, będę zdrowo żyć”, tylko…?
Na przykład: „będę ćwiczyć pięć minut dziennie”, a nie „pół godzinny”; „zacznę jeść śniadania przed wyjściem do pracy”, a nie: „będę zdrowo się odżywiać”.

Czyli małe kroki i niewielkie wyzwania.
To o wiele lepsza metoda, bo największym motywatorem do zmiany nawyku jest najcenniejsza z nagród – zadowolenie z siebie, poczucie satysfakcji. Nic innego nas tak nie wzmacnia. Jeśli porwiemy się z motyką na słońce, szybko nie zobaczymy efektu i wyłożymy się. A jeśli zrobimy mały kroczek, to zobaczymy zmianę, dostaniemy nagrodę w postaci zadowolenia z siebie, a wtedy nasza motywacja do kolejnego kroku poszybuje w górę. Dlatego zachęcam najpierw do małych zmian złych nawyków, które już mamy.

Potem łatwiej nam będzie wprowadzać w życie zupełnie nowe dobre nawyki?
Jak najbardziej. Trening czyni mistrza. Już mamy ugruntowane poczucie sprawczości, wiemy, że mamy wpływ na własne życie i możemy rozwinąć w tej materii skrzydła! Przychodzi mi do głowy przynajmniej kilka takich nawyków, które warto wprowadzić. Na przykład nawyk medytowania czy modlenia się – każdy ma swoją ścieżkę. Chodzi o wyciszenie, które pozwala złapać dystans do tempa, w jakim żyjemy. Kolejna sprawa to wsłuchanie się w siebie. Chodzi o to, żeby poświęcić dwa razy dziennie po pięć minut na rozmowę z samym sobą (po przebudzeniu i przed zaśnięciem). Oczywiście, nie ma tu miejsca na narzekanie, umartwianie się czy użalanie nad sobą – to czas na refleksję, budowanie siebie od wewnątrz. Warto wyrobić w sobie nawyk doceniania tego, co mamy, tego, co jest i cieszenia się tym, co osiągnęliśmy. Na przykład codziennie mam za zadanie znaleźć rano trzy powody do wdzięczności, a wieczorem trzy rzeczy, które zrobiłam dobrze, z których jestem zadowolona. Nawet wtedy, kiedy dzień był „do kitu”, sam fakt, że sobie z takim dniem poradziłam, jest ważny.

Jaki jeszcze nawyk wart jest wprowadzenia?
Z pragmatycznej strony bardzo dobrym nawykiem, który pomaga nam zmniejszać obciążenie głowy, a jednocześnie poczucie winy, jest  to, żeby wszystkie konieczne rzeczy – te, które i tak musimy wykonać, posegregować w zależności od czasu potrzebnego do ich zrobienia. I następnie wszystkie te, które nie trwają dłużej niż trzy minuty, zrobić natychmiast, automatycznie, bez odkładania w czasie. Czyli zamiast mówić sobie: „Włożę te buty do szafy wieczorem” czy „Zapakuję zmywarkę za godzinę”, po prostu to zrobić. Taka selekcja bardzo ułatwia funkcjonowanie. Świetnym nawykiem jest także wykonanie codziennie przynajmniej dwóch telefonów do ludzi, którzy wnoszą w nasze życie coś fajnego, dobrego, i którym my także możemy dać coś z siebie.

Lepsze niż łykanie suplementów!
Gwarantuję! Innym nawykiem, który doskonale się sprawdza, jest robienie notatek. Każdego dnia warto przelać choćby kilka swoich przemyśleń na papier. To pomaga się rozwijać, działa terapeutycznie. Ważne, żeby zapisywać nasze osiągnięcia – bo to skarb na przyszłość. Kiedy poczujemy się słabi, można sięgnąć do „archiwum” i sprawdzić, że nie z takimi kłopotami sobie już poradziliśmy. Aż w końcu genialny nawyk dzielenia spraw i zdarzeń na te, na które mamy wpływ, oraz te, z którymi nic nie możemy zrobić. Zanim zaczniemy się martwić, zróbmy selekcję, wtedy będziemy wiedzieć, czym należy się pomartwić i w jakiej sprawie trzeba działać. To bardzo odciąża nasze akumulatory, pomaga zachować spokój, równowagę. A przecież nawyki właśnie temu mają służyć.

Tatiana Mindewicz-Puacz, psychoterapeutka, trenerka rozwoju osobistego, coach, ekspertka  ds. kampanii społecznych, tatianamindewiczpuacz.pl.

  1. Styl Życia

Urządź się zdrowo. Co zmienić, by w czterech ścianach kwitło zdrowie psychiczne i fizyczne?

Ważne jest, aby nasze wnętrze było funkcjonalne i korzystne dla naszego organizmu. (Fot. Getty Images)
Ważne jest, aby nasze wnętrze było funkcjonalne i korzystne dla naszego organizmu. (Fot. Getty Images)
Kiedy myślimy o tym, jaki powinien być nasz dom, skupiamy się głównie na warstwie wizualnej – kolorach, fakturze mebli czy konkretnych sprzętach. Tymczasem równie ważne jest, aby wnętrza były funkcjonalne i korzystne dla naszego organizmu. Jak sprawić, by między czterema ścianami kwitło zdrowie fizyczne i psychiczne?

Oddziaływanie otoczenia warunkuje wiele zmian w naszym organizmie – pozytywnych i negatywnych. Wiedza o tej zależności stała się podstawą architektury wellness, polegającej na takim projektowaniu przestrzeni wokół człowieka, aby była ona dla niego przyjazna – czytamy w książce „Zdrowy dom” Katarzyny Dwornik. O tym, czy nasze domy są zbudowane zgodnie z tą ideą, mogliśmy się przekonać podczas ostatnich miesięcy. Z powodu lockdownu stały się bowiem główną albo jedyną przestrzenią, w której przebywaliśmy. Dla jednych stanowiły przystań i bezpieczny kokon, dla innych – więzienie. Niektórzy z nas z przyjemnością zaczęli o nie dbać, a inni przekonali się, że do tej pory żyli w miejscu, które jest niefunkcjonalne, depresyjne i wymagające remontu. Na szczęście są sposoby na to, by przestrzeń, która do tej pory była źródłem frustracji, stała się oazą radości, relaksu i zdrowia.

Powietrze czyste jak kryształ

Choć wydaje się, że wystarczy zamknąć okna i drzwi, by schronić się w bezpiecznym wnętrzu czterech ścian, prawda jest taka, że nawet w takiej sytuacji przenikają do środka chemikalia, gazy i bakterie. Dlatego dla naszego zdrowia dobrze zaopatrzyć się w oczyszczacz powietrza – najlepiej taki z filtrem HEPA o poziomie głośności do 20 decybeli, a także rośliny doniczkowe (patrz: ramka na następnej stronie). Poza tym powinniśmy częściej odkurzać nie tylko podłogę, ale także ściany i sufity. Spreje, wtyczki i inne zapachowe gadżety wprawdzie odświeżają powietrze, ale będzie to sztuczne odświeżenie – potrwa jedynie chwilę. Lepiej postawić na naturalne źródła zapachu: bawełniane woreczki z lawendą, bukiety kwiatów w wazonie czy zioła i przyprawy podgrzane na patelni.

Ważna jest jeszcze kwestia wietrzenia. Latem najlepiej otwierać okna rano, wieczorem i w nocy, kiedy na zewnątrz jest chłodniej. Raz dziennie warto zrobić też przeciąg, otwierając okna po przeciwnych stronach mieszkania, a gdy mamy je tylko z jednej strony – otwierając na chwilę drzwi wejściowe. Z kolei uchylone okno w nocy zapewni zdrowszy sen.

Bakterie i zarazki mogą też dostać się do naszego domu na podeszwach butów. Dlatego, jak radzi Katarzyna Dwornik, warto przekonać domowników, by pozbywali się obuwia tuż za drzwiami. W swojej książce pisze też o zasadzie trzech wycieraczek – dwóch przed wejściem i jednej w środku (w ten sposób ograniczamy przedostawanie się zanieczyszczeń z zewnątrz aż do 85 proc.).

Jasno i słonecznie

Kolejną istotną sprawą jest naturalne oświetlenie. Dzięki promieniom słonecznym jesteśmy bowiem zdrowsi i lepiej funkcjonujemy. – Gdy zbyt długo przebywamy w pomieszczeniach bez dostępu do naturalnego światła, zaczynamy odczuwać spadek energii – pisze autorka „Zdrowego domu”. Dlatego żeby cieszyć się jak największą ilością naturalnego oświetlenia, zrezygnujmy z rolet i ciężkich zasłon – lepiej zastąpić je lżejszymi tkaninami, przepuszczającymi promienie słoneczne (a przy okazji ograniczyć liczbę roztoczy).

Wrażenie dziennego światła może nam zapewnić także żarówka. Aby wybrać najlepszą, warto – zamiast na jej moc – zwrócić uwagę na barwę światła. Określa się ją w jednostkach zwanych kelwinami (K), a stosowną informację znajdziemy na opakowaniu każdej żarówki. Klasyczne oświetlenie żarowe dawało kiedyś światło o barwie około 3000 kelwinów, miało ono ciepłą tonację, przypominającą kolor zachodzącego słońca. Tymczasem dla naszego dobrego funkcjonowania lepsze jest światło najbardziej zbliżone do naturalnego, czyli o barwie chłodnej 4600–6500 kelwinów. Takiego oświetlenia możemy używać w miejscach, w których zależy nam na koncentracji i produktywności, ale też w salonie, czyli tam, gdzie spędzamy najwięcej czasu. Z kolei dla relaksu i dobrej atmosfery idealne będzie oświetlenie ciepłe o lekko żółtej, a nawet bursztynowej barwie (2700–3200 kelwinów), w takie żarówki można wyposażyć kinkiety i lampy wolno stojące. Do czytania i pracy najlepsza będzie barwa neutralna, czyli 3300–4500 K.

Zdrowo i świeżo

Badania wykazują, że wciąż kupujemy dużo, wręcz za dużo jedzenia, przy czym większość wyrzucamy, bo zbyt szybko staje się niezdatne do spożycia. Warto więc zadbać o przechowywanie żywności w odpowiednim miejscu i temperaturze, tak by dostarczała nam jak najwięcej składników odżywczych. Jak czytamy w książce Katarzyny Dwornik, optymalna temperatura w lodówce powinna wynosić od dwóch do czterech stopni Celsjusza. Dzięki temu produkty dłużej pozostaną świeże, a urządzenie sprawne. Przy zbyt niskiej temperaturze żywność ulegnie zamrożeniu, a na ściankach zacznie się zbierać lód. Przy zbyt wysokiej – może się pojawić woda. W dodatku jeśli lodówka jest przepełniona po brzegi, trzeba zachować przestrzeń między produktami i delikatnie obniżyć temperaturę, bo każdy z nich oddaje ciepło.

Dobrze jest też zapamiętać, do czego służą poszczególne półki. Najniższe szuflady to właściwe miejsce do przechowywania warzyw i owoców (najlepiej w dwóch osobnych szufladach, których dno wyłożymy papierowym ręcznikiem kuchennym i codziennie będziemy go wymieniać, żeby pozbyć się nadmiaru wilgoci). Co do reszty zawartości lodówki, to im niższe półki – tym zimniej. Dlatego żywność, która psuje się najszybciej, jak świeże mięso i ryby, dobrze ustawić na najniższej, koniecznie w zamkniętych pojemnikach. Półki znajdujące się pośrodku są przeznaczone na artykuły z krótkim terminem przydatności: sery, wędliny, zupy, a także pojemniki z resztkami. Według zaleceń warszawskiej SGGW na najwyższej półce należy przechowywać dżemy, mleko, kefiry i jogurty. Panuje tam temperatura potrzebna do rozwoju przyjaznych ludzkiemu organizmowi bakterii kwaszących. No i wreszcie półki i balkoniki na drzwiach – wkładajmy tam produkty, które powinny być tylko nieco schłodzone: otwarte soki, butelki i słoiczki z sosami oraz przetwory. Jest to bowiem najcieplejsze miejsce w lodówce. Jeśli trzymamy tam jajka, odizolujmy je od reszty żywności (skorupka szybko absorbuje wszystko z zewnątrz).

Senna atmosfera

Gdyby wskazać najważniejszą – obok ochrony przed działaniem warunków atmosferycznych – funkcję domu, byłoby to chyba zapewnienie odpoczynku, zwłaszcza tego nocnego. Według lekarzy konieczne minimum snu wynosi siedem godzin na dobę, a optymalny czas to między siedmioma a dziewięcioma godzinami. Na sen najlepiej przeznaczyć osobny pokój, w którym nie praktykujemy innych aktywności. Nie trzymajmy tam sprzętów do ćwiczeń, biurka, urządzeń AGD, ale też stosu książek, chałd ubrań czy tablic z listą zadań do wykonania... Warto zrobić wszystko, by panująca tam atmosfera była… senna. Światło powinno mieć barwę czerwoną, bursztynową lub złotawożółtą. Wszelkie sprzęty elektroniczne odłączajmy na noc od prądu lub zaklejajmy czarną taśmą świecące diody czuwania. Jeżeli za oknem stoi latarnia uliczna, zainstalujmy

światłoszczelne rolety lub żaluzje. Ale też zadbajmy o miękką, miłą w dotyku pościel oraz relaksujący ziołowy zapach, np. lawendy (latem jej zapach odstraszy mole i komary) czy rumianku. W sypialni nie powinno być za ciepło. Idealna temperatura do snu wynosi 18 stopni Celsjusza. Jeśli nie możemy jej wyregulować, przed położeniem się spać wietrzmy pokój i bierzmy letni prysznic. Dobrym pomysłem jest też zainwestowanie w nawilżacz powietrza – przyda się zwłaszcza zimą.

Wilgoć nie ma wstępu

„Wydaje ci się, że grzyb i pleśń nigdy nie zagoszczą w twoim mieszkaniu, bo jest w dobrym stanie, a ty dbasz o czystość? To nic pewnego. Nie trzeba wcale mieszkać w zawilgoconej suterenie, żeby pewnego dnia odkryć w łazience niespodziewanych „gości” – czytamy w „Zdrowym domu”. Mykotoksyny produkowane przez pleśnie atakują układ oddechowy i odpornościowy. Dlatego dobrze, by drzwi łazienkowe miały otwór wentylacyjny, a w środku był sprawny wywietrznik. Postarajmy się też nie trzymać w widocznym miejscu zbyt wielu kosmetyków – trudno będzie nam utrzymać je w czystości i suchości. I tak jak wszystkie inne pomieszczenia – łazienkę też wietrzmy.

Jak widać, aby mieszkało nam się dobrze, trzeba stworzyć w domu coś na kształt idealnego miejsca na łonie natury – sprawić, by było nam tu ciepło, ale nie za gorąco, jasno, ale nie bez przerwy, wilgotno i sucho na przemian, a do tego czysto, spokojnie, po prostu normalnie.

  1. Psychologia

Czemu służą emocje? Czy możliwy jest „stan zero”?

Dziś oczekujemy od siebie nie tylko kontrolowania zachowań, ale też nieczucia. (Fot. iStock)
Dziś oczekujemy od siebie nie tylko kontrolowania zachowań, ale też nieczucia. (Fot. iStock)
Czy gdyby jakaś wróżka powiedziała ci, że może zabrać twoje emocje, te złe, „negatywne”, ale też te dobre, „pozytywne”, sprawić, byś przestała doświadczać bólu, lęku, złości, ale też radości, miłości – poprosiłabyś ją o to? Psycholog Ewa Klepacka-Gryz wyjaśnia, z czego wynika nasza tęsknota za emocjonalnym resetem i czy jest w ogóle możliwa do zaspokojenia.

Człowiek sukcesu jawi nam się jako osoba spokojna, zrównoważona, potrafiąca zachować zimną krew w każdej sytuacji, opanowana, nieulegająca szantażom emocjonalnym, kierująca się w życiu rozumem, a nie emocjami, silna, odporna psychicznie, niebojąca się zmian. Przy takim kimś czujemy się bezpieczni. Ba! Sami chcielibyśmy tacy być. A gdyby tak to „w środku”, tę wrażliwą, miękką część, także utwardzić albo – jeszcze lepiej – ukryć, nawet przed samym sobą?

O emocjonalnym zerostanie po raz pierwszy usłyszałam na spotkaniu AA, kiedy pisałam książkę o emocjach towarzyszących trzeźwieniu. „Jeśli nie chcesz wrócić do picia – przestań czuć: nie wczuwaj się w emocje innych ludzi, a swoje utrzymuj na poziomie linii prostej – nie bądź smutny, ale też zbyt wesoły”. Wtedy pomyślałam, że to jakiś terapeutyczny chwyt, stan przejściowy pomagający wyjść z najtrudniejszego stanu emocjonalnego rozchwiania. Jednak minęło kilka lat i w moim gabinecie zaczęli pojawiać się pacjenci, którzy oczekują, że zresetuję ich serca.

Po co mi te emocje?

– Kiedy odchodziłam z poprzedniej firmy, usłyszałam, że jestem zbyt emocjonalna. Merytorycznie super, ale kilka razy zdarzyło mi się chlipać w łazience albo wybiec z gabinetu prezesa bez słowa. Czy możemy coś z tym zrobić? – żali się Marta.

– Co chciałaby pani z tym zrobić? – pytam.

– No nie wiem, chyba żebym tak się wszystkim nie przejmowała.

Kamila ma na terapii swój rytuał: przychodzi, siada w fotelu i płacze.

– No widzi pani, znowu. Dlaczego ja jestem taką beksą? Przecież wcale nie chcę płakać. Ta terapia wcale mi nie pomaga – chlipie.

Kiedy tłumaczę jej, że to dobry znak, że czuje się u mnie bezpiecznie, że płacząc, obniża nagromadzone napięcie emocjonalne, nie chce mi uwierzyć. Jest wściekła na mnie, na siebie i dopytuje, ile jeszcze potrwa to jej „rozmemłanie”.

Bywa, że pacjenci już na pierwszej wizycie ostrzegają, że nie chcą zajmować się emocjami. Jak pewna młoda 30-latka. – Ostatnia terapeutka kazała mi mówić o dzieciństwie, a kiedy opowiadałam o jakichś trudnych wydarzeniach, komentowała: „Nie czuje pani smutku, pani emocje są z głowy, proszę poczuć to, o czym pani mówi”. Dlatego teraz chcę rozmawiać o swoich problemach, a nie o emocjach – powiedziała.

Trafiają do mnie ludzie, którzy starają się „trzymać w ryzach”, raz w tygodniu siadają przede mną i beznamiętnym głosem opowiadają o tym, co im się przydarzyło, i wierzą, że sam akt uczestniczenia w terapii pomoże uleczyć ich cierpienie. Szanując ich opór, nie pytam, co czują, przynajmniej na początku, ale sama staram się być bardziej żywa i spontaniczna niż zwykle. – Kiedy przychodzę, pani mnie zawsze wita uśmiechem, czy pani nigdy się nie smuci? – pytają wtedy. – Jasne, że bywa mi smutno, przykro, źle, tak jak każdemu, ale tutaj zajmujemy się tym, co w pani – tłumaczę.

Czasami po takim dialogu następuje przełom, pacjent zaczyna mi ufać. Ale bywa, że więcej się nie pojawia albo próbuje „skontrolować” swoje cierpienie na przykład antydepresantem. Ta „pigułka szczęścia” bywa bardzo pomocna, czasami człowiek nie jest w stanie bez niej funkcjonować. Jednak często zaczyna z lekami zbyt wcześnie.

Edyta przeżyła bolesne rozstanie. Na pierwszej sesji trzymała się z całych sił, żeby się nie rozpłakać. – Jestem bardzo silna i dzielna – przekonywała, nie wiem, czy mnie, czy bardziej siebie. Kolejny raz pojawiła się dopiero po miesiącu, kiedy leki zapisane przez psychiatrę zaczęły działać. Ale wcale nie była silna, raczej zamrożona, zdezorientowana, zatrzymana.

– Nie mogę się rozkleić ani załamać – tłumaczyła. – Nie mnie jedną zostawił facet. Inni ludzie przeżyli większe tragedie i wcale po nich tego nie widać.

To smutne, bardzo smutne, że dziś oczekujemy od siebie nie tylko kontrolowania zachowań (nieujawniania uczuć), ale też nieczucia. Wielu z nas spokój, opanowanie czy radzenie sobie ze stresem kojarzy z zamrożeniem emocjonalnym, brakiem czucia, otępieniem, obojętnością. Emocje wydają nam się niepotrzebne, a wręcz niepożądane. Wiadomo, że świat jest, jaki jest. Grunt to nie reagować, nie przejmować się. Dajemy sobie prawo do przeżywania emocji jedynie w kontrolowanych warunkach, na przykład w kinie.

Naprzeżywać się na zapas

– Jestem po trzech rytuałach ayahuaski, jestem czysta emocjonalnie, jak biała kartka, teraz chcę się dalej rozwijać – poinformowała mnie na pierwszej sesji Beata. – Wie pani, to było jak zejście do najczarniejszych podziemi podświadomości. Przeżyłam to, teraz czuję jedynie spokój.

Coraz częściej przychodzą do mnie pacjenci, którzy za pomocą roślinnych psychodelików leczą swoje cierpienie. Najmodniejsza z nich to ayahuaska, zawierająca psychoaktywną substancję DMT i MAOI, która wywołuje intensywne efekty wizualne, euforię i halucynacje. Mniej znana jest iboga – wywołująca najpierw wizje podobne do marzeń sennych, a potem introspekcje: podniesienie nastroju, uspokojenie, zrelaksowanie, jasność psychologiczną. Obydwie rośliny podobno nie uzależniają. Zażywane są w trakcie uroczystego ceremoniału, pod okiem kapłana – szamana, uzdrowiciela. Przez niektórych owe ceremonie nazywane są przyspieszoną terapią. „Załaduj wszechświat do działa. Wyceluj w mózg i strzelaj” – takie podobno jest działanie roślinnych psychodelików. Za jedyne 400 do 800 zł za sesję możesz mieć odlot, w trakcie którego spotkasz się z samą sobą, poczujesz wszystkimi swoimi zmysłami, skonfrontujesz z własnym cieniem, zrozumiesz sens życia i wyjdziesz poza kontrolę. Po co? Po to, by wrócić do swojego pancerza ze stali, odcięta od czucia, czujna w głowie, gotowa na wszystko, co ci się przydarzy, z miną pokerzysty w każdej sytuacji.

Czy da się poprzeżywać na zapas? Raz na kwartał, w doborowym towarzystwie, bez lęku z powodu braku kontroli, bez wstydu (jednym ze skutków zażywania ayahuaski są silne wymioty)? No cóż, raczej nie.

Emocje pojawiły się w rozwoju filogenetycznym bardzo wcześnie, co świadczy o ich szczególnej roli dla człowieka. Pełnią funkcję identyfikatora relacji pomiędzy nami i otoczeniem. Dzięki nim albo za ich pomocą oceniamy wszystko, co nam się przydarza, a także nasze szanse uporania się z tym. Emocje pozwalają nam zachować życie, ustrzec się przed tym, co niebezpieczne, w odpowiednim momencie, adekwatnie do sytuacji uruchomić pierwotny mechanizm: walcz albo uciekaj. Są przez nas nie tylko przeżywane, ale także zapamiętywane i odtwarzane, nierzadko jako niespodziewane i niepożądane doznanie typu nagły lęk bez wyraźnego powodu.

W procesie doświadczania i zapamiętywania emocji biorą udział dwie struktury w mózgu: hipokamp – odpowiadający za pamięć deklaratywną, tzn. zapis przebiegu emocjonalnego zdarzenia, i ciało migdałowate, które przechowuje ukrytą pamięć emocjonalną, tzn. doznanie emocjonalne doświadczane w sytuacji danego wydarzenia. Wiele naszych lęków (zwłaszcza tych bez powodu) ma swoje korzenie w doświadczeniach z wczesnego dzieciństwa, kiedy hipokamp jeszcze nie funkcjonował, ale ciało migdałowate zarejestrowało doświadczane wtedy emocje. Jeśli dodać do tego ostatnie doniesienia naukowców, że w komórkach dziedziczymy pamięć emocjonalną naszych przodków… osiągnięcie zerostanu emocjonalnego jest raczej niemożliwe. Możemy kontrolować swoje emocje na poziomie działań, jednak w sferze doświadczania emocji – nie. Choć wielu z nas próbuje. Efekt? Coraz mocniejszy pancerz mięśniowy i paniczny lęk przed rozluźnieniem, pomimo bólu i napięcia w ciele.

Pacjenci przychodzący na sesje łączone, które prowadzę razem z terapeutą manualnym, coraz częściej boją się położyć na stole do masażu, a ci którzy się kładą, w trakcie sesji rozluźniającej czują zawroty głowy albo sztywność, w momencie kiedy napięcie puszcza. W rozluźnionym ciele z napięć uwalniają się zamrożone emocje, a to dla wielu jest przerażające. Pacjenci z dwojga złego wolą rozmawiać o emocjach, aniżeli je czuć.

  1. Psychologia

Kryzys ma kilka faz, ostatnia może być dla nas szansą. Rozmowa z psycholożką Marią Rotkiel

To od nas zależy, czy kryzys będzie okazją do uporządkowania pewnych spraw, nie bójmy się z niej skorzystać. (Fot. iStock)
To od nas zależy, czy kryzys będzie okazją do uporządkowania pewnych spraw, nie bójmy się z niej skorzystać. (Fot. iStock)
Każdy kryzys to sprawdzian dla nas samych, naszych relacji, stosunku do pracy i świata. To dobra okazja, by przyjrzeć się sobie i rzeczywistości wokół. 

 

Kryzys bywa szansą dla wielu związków, nie tylko miłosnych. Ale bywa też ich końcem. Sądzisz, że koronakryzys okaże się papierkiem lakmusowym dla ważnych relacji w naszym życiu? Pokaże, na ile są one istotne, ale też dla nas dobre? Każdy kryzys, także ten, którego teraz doświadczamy, jest swoistym sprawdzianem dla relacji, a przede wszystkim dla nas samych. Na pewno może pomóc nam zdiagnozować najsłabsze punkty – czyli jeżeli czegoś w danej relacji nie potrafiliśmy pokonać albo jeśli coś w niej zaniedbaliśmy – to nam to w czasie kryzysu wyjdzie. I dobrze. Bo dostaniemy szansę, by nad tym popracować. Jeśli na przykład podczas tygodni spędzonych w domu okaże się, że w dłuższej perspektywie się ze sobą nudzimy – to o czymś to przecież świadczy i coś ważnego nam komunikuje. Może zobaczymy, że mamy do siebie mniej cierpliwości, albo że nie możemy na siebie liczyć. Może być też tak, że kryzys pozwoli nam uświadomić sobie, że coś było puste, powierzchowne, że nie wnosiło już do naszego życia żadnej wartości. 

Kryzys, przez który przechodzimy, wymaga od nas bycia bardziej osadzonymi w tu i teraz, w dodatku skoszarowanymi na mniejszej przestrzeni – a to motywuje do tego, by się sobie bardziej przyjrzeć. Moim zdaniem to przyniesie nam bardzo dużo dobrego. Umożliwi zrobienie porządków w naszym życiu. To, co było wartościowe, ale zaniedbane – wzmocnimy. Rzeczy niepotrzebne i bezwartościowe będziemy mogli pożegnać, w dodatku wzmocnimy siebie, bo nigdy wcześniej nie mieliśmy na to tyle czasu. 

Obserwuję innych, obserwuję siebie, ale też obserwuję swoich pacjentów i widzę różne zmiany, w zależności od tego, w jakiej fazie kryzysu jesteśmy. 

Właśnie, opowiedzmy o tych fazach... W kryzysie, tak jak w procesie żałoby, wyróżniamy kilka charakterystycznych faz. Pierwsza faza to niedowierzanie i wypieranie. Wydaje nam się, że to jest jakiś żart albo że wszystko jest wyolbrzymione i na pewno za chwilę minie. Potem przychodzi faza lęku i niepokoju. Następnie, paradoksalnie może pojawić się faza rozprężenia i euforii na zasadzie: „no fajnie, to wykorzystajmy ten czas”, ale chwilę potem witamy fazę znużenia, apatii, zmęczenia i smutku. Wreszcie przychodzi ostatnia faza: faza korzyści. Pora na zebranie tego wszystkiego, czego się dowiedzieliśmy o sobie i o innych w tym czasie, czego się nauczyliśmy. Gdy rozmawiam ze swoimi pacjentami, widzę, że oni już wyciągają wartościowe wnioski. Na przykład mają o wiele częstszy kontakt ze swoimi rodzicami i dziadkami – mówię tu głównie o dwudziestoparolatkach. Do tej pory spotykali się z nimi raz na miesiąc czy raz na dwa tygodnie, a teraz codziennie rozmawiają przez telefon. Przecież to jest cudowne! Albo trzydziestoparolatkowie mówią, że zaczynają grać z dziećmi w gry planszowe czy zgadywanki i odkrywają, że zabawa z kilkulatkiem może być bardzo odprężająca. Brawo!

Ja myślałam o jeszcze innej korzyści: mianowicie takiej, że to może być dla nas detoks od wielu osób, które na co dzień nas bardziej osłabiają niż wzmacniają. Jestem przekonana, że jak sytuacja wróci do tzw. normalności, wiele osób wprowadzi bardzo pozytywne zmiany. Na przykład przeorganizuje swoje relacje, znajdując w sobie pewność i siłę potrzebną do tego, by pożegnać te, które były toksyczne, przemocowe i nam szkodziły. Wiele osób przeorganizuje swój sposób funkjonowania – przestaną robić rzeczy bezsensowne, które ja nazywam kręceniem się w kółko. Mam tu na myśli na przykład niekończące się spotkania w pracy, które można by skrócić do 20 minut wymiany konkretnymi informacjami. Zobaczymy, że traciliśmy na to mnóstwo czasu i energii. Teraz, kiedy wielu rzeczy nie robimy, jesteśmy w stanie zweryfikować, które z nich wnosiły coś do naszego życie – i do nich wrócimy, a które nie – i trzeba będzie je wyeliminować. Ja na przykład podjęłam wiele bardzo ważnych postanowień na temat tego, co zrobię nowego, do czego wrócę, a do czego już nigdy w życiu. To jest dla nas bezcenny czas kontempalcji, o tyle trudny, że nam narzucony. I nawet jeśli mieszkamy z wieloma domownikami, a każdy z nich przeżywa swoje frustracje, to z pewnością i tak dociera do nas mniejsza ilość bodźców. Orientujemy się, że byliśmy przebodźcowani. Za dużo było informacji, niekonstruktywnych aktywności, za dużo bezsensownych relacji. I jestem przekonana, że to zmienimy. Bo wrócimy do codzienności z większą energią, może trochę zmęczeni, ale na tyle stęsknieni za aktywnością, że jeśli tę energię dobrze wykorzystamy, to naprawdę odnowimy swoje życie. 

Ten czas może sprzyjać introwertykom, a być wyzwaniem dla ekstrawertyków. Ci pierwsi czują się jak ryby w wodzie. Ci drudzy cierpią z powodu zbyt małej ilości bodźców, i to wywołuje w nich dodatkowe napięcie. Obecnie jest wiele źródeł napięcia, są nimi też różnice temperamentalne. Jedna osoba może czuć się przebodźcowana, druga może chcieć się właśnie dobodźcować. Ja widzę w tym jeszcze takie zagrożenie, że introwertycy mogą się zbytnio obudować w swoich samotniach, za bardzo wymościć w strefie komfortu i może im być trudno wrócić potem do codzienności po wirusie. Ekstrawertycy przerzucili obecnie całą swoją działalność na media społecznościowe i Internet. Czy będa umieli zmniejszyć tę aktywność po pandemii?  Tak samo trudno może być osobom z nerwicą natręctw, która objawia się kompulsją mycia rąk – one teraz są w swoim żywiole. Tyle że intensyfikacja tego objawu może być nie do wygaszenia w czasie, gdy mycie rąk nie będzie już tak często zalecane. Jak widać odmienna rzeczywistość może być też wodą na młyn dla różnych naszych problemów. 

Ludzie mają bowiem taką tendencję, że łapią to, do czego jest im najbliżej, co na dłuższą metę może być dla nich destrukcyjne. Osoby, które nadużywały alkoholu, teraz nadużywają go bardziej. Ci, którzy nadużywali mediów społecznościowych, podwójnie przesadzają z byciem on line. A ci, którzy potrzebowali izolacji, mogą się odizolować w sposób, który sprawi, że zatracą równowagę. Kryzys jest więc okazją, ale niesie też za sobą zagrożenie. Ryzyko, że zatrzymamy się na jakimś jego etapie, utkniemy w pewnych wzorcach zachowań i nowych nawykach, które nam się na tyle utrwalą, że z nami zostaną. To tak jak ludzie po wojnie, którzy cały czas mają poczucie zagrożenia albo zawsze starają się mieć zapasy jedzenia w domu. Czy żołnierze, którzy wracają z frontu z objawami stresu pourazowego. Zespół stresu pourazowego polega między innymi na tym, że my się kotwiczymy w jakimś schemacie, który na okoliczność, kiedy byliśmy poddani traumie, był adaptacyjny. Czyli: broń się, atakuj, bądź czujny, uważaj, nie pozwalaj sobie na słabości. Ale jak wracamy do normalności, ten schemat nie jest już przydatny, a z nami zostaje. 

Dlatego to będzie duże wyzwanie, żeby z tego kryzysu wyciągnąć to, co dobre, ale też zauważyć, czy nie przenosimy czegoś, co nam jakoś w kryzysie służyło albo wydawało nam się, że służy, a tylko maskowało pewne rzeczy – do codzienności, w której nie jest już nam potrzebne. Dlatego trzeba się sobie w tym kryzysie uważnie przyglądać i odróżniać: na co mam wpływ a na co nie, co jest konstruktywne, a co jest ryzykiem. 

Olga Tokarczuk w felietonie dla „Frankfurter Allgemeine Zeitung“ napisała, że poza korzyściami, jakie ten kryzys nam da – np. będziemy pamiętać o tym, jak delikatni są nasi dziadkowie i rodzice – może też uświadomić nam to, do czego wcale nie chcielibyśmy się przyznać: że rodzina nas męczy, że więzi małżeńskie dawno już zetlały. Tak, to są te ryzyka. Natomiast konkluzja, że rodzina nas męczy, ustawia nas dopiero w połowie drogi. Bo sama refleksja nie wystarcza, żeby coś się zmieniło. Potrzebne jest pytanie: co my z tym zrobimy? Powiemy: „do widzenia państwu, ja mam was dosyć”? Czy może zastanowimy się, dlaczego ta rodzina tak męczy i co wymaga zmiany. Albo co ja sama mogę zmienić i do czego mogę zmotywować bliskich. Świadomość, że ktoś mnie denerwuje i życie z nim jest trudne, jeszcze nie musi nic oznaczać. Ważne jest, jak ja to zakomunikuję, jak się zachowam i co ta druga osoba z tym zrobi. Mogę się też zastanowić, co takiego ja robię, że mój małżonek odpowiada zachowaniem, które mnie denerwuje. Z relacją jest jak z tańcem – potrzebne są do niej dwie osoby. Ty też możesz zaproponować zmianę rytmu czy stylu tego tańca. Ja bym się więc nie bała trudnych refleksji, bo one nam podpowiadają, co można naprawić. Tak jak patrzę na swoje mieszkanie i myślę sobie teraz: tu pomaluję ścianę, a tu przesunę komódkę i wreszcie będzie trochę miejsca. 

A jeżeli się okaże, że jakaś relacja, ta najbliższa, straciła rację bytu, że nie jesteśmy siebie nawzajem ciekawi, że nie darzymy siebie głębokimi uczuciami, że nasze dotychczasowe życie polegało na w miarę dobrze zorganizowanej współpracy, ale było puste i nic pod spodem się nie tliło – to dajmy sobie szansę na coś nowego. To od nas zależy, czy kryzys będzie okazją, nie bójmy się z niej skorzystać.

Maria Rotkiel - terapeutka, psycholożka, trenerka rozwoju zawodowego, autorka poradników