1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Ten Typ Mes: Zamach na przeciętność

Ten Typ Mes: Zamach na przeciętność

Ten Typ Mes, fot. Wiktor Franko
Ten Typ Mes, fot. Wiktor Franko
Powiedzieć o nim, że jest jednym z najbardziej znanych polskich raperów, to jednak mało. Bo Ten Typ Mes swobodnie przekracza granice gatunków, a lista artystów, z którymi współpracuje, jest imponująca. Ten rozmach nie ogranicza się zresztą do muzyki. Przyznaje: – Potrzebuję odpowiedniej dawki silnych wrażeń, żeby czuć, że żyję.

Ten Typ Mes jest dla polskiego hip-hopu tym, czym Alexis dla »Dynastii«”, to słowa jednego z twoich współpracowników. Brzmią złowieszczo. To, że wziąłem sobie za cel być w kontrze i staram się kilofem swojego warsztatu, talentu i poglądów robić wyłom, wynika raczej z dobroci serca niż z niecnych zamiarów. Mam radykalne poczucie sprawiedliwości zarówno społecznej, jak i artystycznej, i nie mieści się w nim to, że osoby, które mają problemy z wysławianiem się i poczuciem rytmu, piszą teksty, wydają płyty i znajdują odbiorców. Za dużo ludzi się do sukcesu hiphopowego pcha, wartość artystyczna kłóci się z możliwością zarobienia dużych pieniędzy. Dlatego jeśli pytasz mnie o polski hip-hop, będę występował raczej z pozycji opozycji.

Co ci chodziło po głowie, kiedy przy słynnym projekcie „Albo inaczej” zapraszałeś do współpracy Krystynę Prońko, Ewę Bem czy Zbigniewa Wodeckiego? Skąd wziął się tamten pomysł, żeby tacy artyści śpiewali klasykę polskiego hip-hopu w nowych, głównie jazzowych aranżacjach? Poza pierwszą myślą, żeby to zrobić, bo to będzie ciekawe i odświeżające, chciałem połączyć świat dobrych tekściarzy i ludzi, którzy zajmują się wokalem. Pamiętam, że na początku była konsternacja. Musiałem odpowiadać na pytania, po co te wszystkie przekleństwa, czy na pewno są konieczne. Tłumaczyłem, że chodzi o swobodę wypowiedzi, nie ma barier, żadnej autocenzury, coś, co dla mnie samego, kiedy byłem nastolatkiem i ciągnęło mnie do hip-hopu, było najbardziej atrakcyjne. Ale już w czasie nagrań widziałem zmianę – łączność między asami pokroju Krystyny Prońko czy Zbigniewa Wodeckiego a tekstami, przez które mieli się przedrzeć. Widziałem, jak się w nich coś otwiera, że to czują. Byli w stanie wyrzucić z siebie mnóstwo słów w odpowiednim rytmie, słychać było, że dostrzegają podobieństwo do tych wszystkich jazzowych standardów wypełnionych ciasno sylabami.

Jesteś chyba na naszym rynku rekordzistą, jeśli chodzi o liczbę muzycznych kooperacji. Nagrywałeś choćby z Dawidem Podsiadłą, Marią Peszek, Moniką Borzym, pisałeś teksty dla Korteza i Mroza. To sprawa wrodzonej nadpobudliwości czy ambicji łączenia muzycznych światów? Ktoś, kto zna tylko moją jedną imprezową piosenkę, może myśleć, że nie robię nic, tylko piję wódę od rana, a ja właśnie nie chcę grać ciągle tej samej piosenki przez 50 lat. Nie chcę jak artysta folkowy zap.....lać tego samego utworu na bandżo przy akompaniamencie fletu. Pewnie można tak żyć, ale mnie od jednego instrumentarium już po trzech latach odpadłby mózg. Za to nie mam nic przeciwko, żeby z takim folkowym artystą współpracować. Jest tyle pięknych dźwięków. Chciałbym je mieć, okiełznać. To, że nagrywam ballady, muzykę elektroniczną, jazz, wynika z mojego głodu muzyki, chcę zrobić jak najwięcej, zanim umrę.

Ta chęć, ten głód są także pozamuzyczne? Powiedzmy, że potrzebuję w skali roku odpowiedniej dawki silnych wrażeń, żeby czuć, że żyję.

Komu pierwszemu powiedziałeś, że chcesz być raperem? Nie pamiętam, byłem jeszcze przed liceum. Słyszałem skandaliczny rozdźwięk między tym, jakie to wszystko jest profesjonalne i piękne, świetnie napisane, doskonale zmiksowane i nagrane w Stanach, czyli jak to powinno brzmieć, a jak brzmi u nas. Próbowałem słuchać Liroya czy pierwszego Kalibra 44 i nie mogłem, nie słyszałem, co mówią. Więc zakasałem rękawy i wraz z przyjaciółmi postanowiłem przełożyć ten amerykański profesjonalizm na polski realizm.

To właśnie oznajmiłeś rodzicom? Że tym masz zamiar zajmować się w przyszłości? Nadmiar ambicji nie jest w naszej rodzinie niczym dziwnym. Ale też jestem z domu, w którym dopóki się czegoś nie osiągnie, nie ma o czym mówić. Poza tym warto pamiętać, że chodziło o czasy, w których to, że nie pisałem piosenek o tym, jak przetrwać na ulicy albo ile blantów jaram, było zasadniczym problemem. Problemem, który niejednokrotnie musiałem rozwiązywać pięścią, w defensywie, o czym zresztą świadczą moje liczne hospitalizacje i blizny.

Mama radiolog, ojciec chirurg. Ty też miałeś zostać lekarzem? Bylebym studiował, to było najważniejsze, już w mojej gestii było co. Mama uważała, że wyższe wykształcenie jest gwarantem, że wyjdę na ludzi. Nie winię jej za to, jest trochę z innej epoki, urodziła się w powstaniu warszawskim. Mnie przyszło żyć w czasach, kiedy mnóstwo ludzi, którzy mogli zająć się czymś bardziej pożytecznym, poszło na różne turystyki, hotelarstwa, nie wiadomo po co tracili pieniądze i czas. No więc miałem się uczyć, ale się nie uczyłem i w momencie, kiedy rzuciłem studia – byłem przez sekundę studentem reklamy, a potem przez drugą sekundę studentem dziennikarstwa na prywatnych uczelniach – nastąpiło pewne tąpnięcie. Drugie tąpnięcie nastąpiło po tym, jak wyprowadziłem się z domu w wieku lat 20. Dla mnie ani wcześnie, ani późno, ale mama myślała chyba, że zostanę z nią trochę dłużej, mój brat i siostra już dawno wyszli z domu. Całe szczęście w naszej rodzinie niezależność była przyjmowana raczej dobrze niż źle, nikt mnie nie prowadził na rodzinnej smyczy. Nie udawałem przed mamą, że jednak chodzę na te studia, nie bałem się powiedzieć, że się wyprowadzam, czyli jednak dobrze mnie wychowała.

Ojciec? Miałem z nim ograniczony kontakt. Pewnie dowiedział się od kogoś z rodziny, że wydałem płytę, a kilka miesięcy później ja mu tę płytę wręczyłem.

Jak sobie wyobrażałeś cały ten hip-hop? Że to coś, co przyniesie ci pieniądze, sławę, tłumy zapatrzonych w ciebie dziewczyn? Raczej zakładałem plan minimum. Żebym nie miał długów, nie był dla nikogo ciężarem, miał na jedzenie i na flaszkę, mógł żyć z muzyki. Dziewczyny? Młodzieńczą wersję siebie zapamiętałem raczej jako kogoś, kto obsesyjnie boi się odrzucenia. Gdybym miał najkrócej wytłumaczyć, dlaczego nie należy zostawiać własnych dzieci, tobym powiedział, że właśnie dlatego – żeby ich nie spier....ć. Niektóre blokady, nawet jak je przepracujesz, i tak w tobie zostają. Oczywiście, moi dzietni rozwiedzeni znajomi odpowiedzą, że nie wiesz, jak fatalnie mogłoby być w domu, gdyby jednak rodzice zostali razem, i pewnie obie strony mają rację.

Mówisz o nieobecnym ojcu, jakie w takim razie były twoje wzorce męskości? Brat, przez te lata, kiedy jeszcze z nami mieszkał, i popkultura. No wiesz, goście z „Miami Vice”, „Vabanku”. Zajebistą postacią był mój dziadek ze strony mamy, założył lotnictwo ratunkowe w Polsce, ale jego nie poznałem, umarł, zanim się urodziłem.

A teraz? Masz poczucie, że twoja rodzina jest z ciebie dumna? Myślę, że coś się ruszyło 10–12 lat po moim debiucie. Fajnie, natomiast o ile w życiu osobistym i emocjonalnym miałem problemy z różnymi rzeczami, o tyle nigdy nie miałem wątpliwości, że jestem dobry w tym, co robię. Więc kiedy moja mama czy brat zorientowali się, że może coś ze mnie jednak będzie, to moją reakcją nie było: „Mój Boże, tyle lat starałem się wam to udowodnić!”. Tylko raczej: „A nie mówiłem?”. Dzieci mojej siostry znają moje teksty mimo przekleństw. Z adnotacją, że tak się nie mówi.

Odwołujesz się do Etgara Kereta, Mariny Abramović, Marka Edelmana. Zwracasz się do słuchaczy wielkomiejskich i dobrze wykształconych? Gdybym mierzył kogoś wykształceniem, byłby to chyba największy chichot losu. Chodzi raczej o pewien rodzaj wrażliwości. O tego chłopaka w klasie, który czuje się tak, jakby był sam na świecie.

W piosence „Codzienność” z Dawidem Podsiadłą śpiewacie o horrorze wspólnego życia na kredyt w złotówkach lub frankach. Na płycie „Zamach na przeciętność” wspominasz o chłopaku, który jest najsmutniejszym gościem na swoim ślubie. Nie jesteś fanem stabilizacji? Moje życiowe sprawy są ustabilizowane od jakichś 15 lat. Wspomniałem, jaki plan zakładałem sobie, mając lat naście. Że będę sam, bez długów, nie będę od nikogo finansowo zależny, co mi się udało, a teraz to samo udaje nam się we dwoje. Nie jesteśmy dla nikogo ciężarem, tworzymy niezależną komórkę społeczną, płacimy podatki i wysoko cenimy pracę z sensem. Moja dziewczyna jest nauczycielką, uczy dzieci, ja staram się swoją muzyką dokładać coś sensowego do rzeczywistości.

Na ślubach podobno nigdy nie gratulujesz parom. Bo nie jestem fanem ślubów, zwłaszcza jeśli mówimy o sakramencie. Za to jestem fanem miłości. Nie walczę z tym, że jakiś Paweł z Magdą się kochają i chcą mieć dzieci, i też nie sądzę, żebym kogoś zdołał zakrzyczeć ani komuś popsuć radość ze ślubu.

Zawód, który uprawiasz, ma skutki uboczne? Dziesiątki. Jeszcze nie zwariowałem, ale już kilka razy byłem na granicy. Oczywiście, znam swoje miejsce w społeczeństwie, wiem, jak moje zawodowe obciążenia mają się do 12-godzinnej zmiany pielęgniarki czy do pracy strażaka, który jedzie na akcję, bo metan ulatnia się w kopalni. W porównaniu z nimi moja robota jest spoko, mogę narzekać na mechanizmy rządzące show-biznesem, ale na swoje życiowe wybory już nie. A jednocześnie trudno wytłumaczyć komuś, kto zajmuje się czymś innym niż ja, że jednak ta robota mąci w głowie. Że dochodzi do przedziwnego sprzężenia. Najpierw wychodzisz na scenę, wcześniej się strasznie tremujesz, czy dobrze wyjdzie. Załóżmy, że wychodzi nawet spoko, i publiczność, i ja dobrze spędzamy czas. Idziemy więc się po koncercie napić, porozmawiać, bo zawsze częścią moich koncertów jest after z ludźmi, i ja jestem całkowicie do ich dyspozycji. Można podejść, macać mnie, zrobić sobie ze mną zdjęcie, pić ze mną alkohol. Ta sama rzecz, która mnie karmi, jednocześnie powoduje, że at the end of the day odklejam się od rzeczywistości. I kiedy bus zawozi mnie pod dom i teoretycznie napięcie powinno ze mnie ujść, nie jestem w stanie wrócić do normalnego rytmu. Czasem wystarczy to przespać, wyrównać gospodarkę chemiczną organizmu. Czasem nie.

Dobrze zrozumiałam? Serio mówiłeś o tremie? Miałem jakiś czas temu szybkie spotkanie z Katarzyną Nosowską, zostaliśmy zaproszeni na występ zespołu Xxanaxx w Stodole. I w tej Stodole, na tym backstage’u, chodzimy oboje jak struci, widać po nas, że w tym konkretnym momencie chcielibyśmy być wszędzie, tylko nie tam, nienawidzimy tej sekundy. No więc patrzę zdziwiony na Nosowską: „Myślałem, że z tego się wyrasta!”. A Katarzyna na mnie: „Ni cholery!”. No właśnie, nie wyrasta się.

To, że w tekstach się odkrywasz, przynosi ulgę? Jest dla ciebie czymś w rodzaju sesji terapeutycznej czy, jak kto woli, spowiedzi? Spowiedzi w to nie mieszajmy, ale tak, to dość skuteczny zrzut emocji, porównywalny do terapii. Na scenie, ale też już w procesie pisania, kiedy nazywam rzeczy po imieniu. Zostawmy ogólniki, niech inni piszą tępym ołówkiem, ja jestem zajarany, że dotkniemy jakiejś prawdy o człowieku. Bo wcale nie czuję się wyjątkowy i myślę, że dotykając prawdy o sobie, dotykam też prawdy o innych, którzy te same problemy będą mieli przede mną czy po mnie.

W tym roku będziesz kończył 37 lat. Robi ci różnicę, że powoli dobijasz do czterdziestki? Robi. Nie mam wątpliwości, że w moim przypadku nadejdzie kryzys wieku średniego, zresztą przecież nie ja ukułem ten termin, tylko ludzie mądrzejsi ode mnie. Uważam to za jednocześnie zabawne i żenujące, że coś się jednak bezpowrotnie skończy.

Na przykład co? Z cyklu „problemy pierwszego świata” – uważam, że gość powyżej czterdziestki w czapce typu full cap, czy jak kto woli garnek (prosty daszek i duża kopuła), to jest skandal. Drugą skandaliczną rzeczą są buty do koszykówki, za kostkę. Jeśli nie jesteś młody albo nie jesteś koszykarzem, to ich nie noś! Jak to możliwe, że kobiety wypuszczają tak mężczyzn z domu na miasto? Teraz to się wymądrzam, ale czy aby sam nie stracę trzeźwej oceny sytuacji w okolicach 40. urodzin? Będę się musiał wszystkich naokoło pytać, czy to, co wyprawiam pozamuzycznie, nie jest przypadkiem skrajnie żałosne. Efekt może też być inny, lepszy; zacznę z większym luzem przyjmować krytykę. I może przewrotnie o to chodzi gościom w tych czapkach i gigabutach – nie o lans, ale o manifest luzu i zdrowej obojętności? Przekonam się niebawem.

Ten Typ Mes, fot. Wiktor Franko Ten Typ Mes, fot. Wiktor Franko

TEN TYP MES (właśc. Piotr Szmidt) - rocznik 1982. Raper, wokalista, producent muzyczny, autor tekstów (m.in. dla Korteza) i felietonów do magazynu kulturalnego „Co Jest Grane 24”, jest też współwłaścicielem wytwórni muzycznej Alkopoligamia. Ma na koncie dziesięć albumów, w tym trzy, które zdobyły status złotej płyty. Był dwukrotnie nominowany do nagrody Fryderyki.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Barbara Krafftówna: "Uśmiech pomaga mi w wielu sytuacjach"

Barbara Krafftówna w sesji dla Zwierciadła, fot. Adam Pluciński / MOVE
Barbara Krafftówna w sesji dla Zwierciadła, fot. Adam Pluciński / MOVE
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Legendarna aktorka. Laureatka tegorocznej nagrody specjalnej przyznawanej co roku przez miesięcznik "Zwierciadło". Stworzyła role, które zachwycają całe pokolenia widzów. Zawsze wierna aktorstwu najwyższej próby. Nigdy nie poddawała się życiowym trudnościom. Jest przykładem, jak mocować się z przeciwnościami losu i akceptować upływ czasu. Zapisała się w pamięci widzów rolami w Kabarecie Starszych Panów, serialu „Czterej pancerni i pies” oraz arcydziele filmowym „Jak być kochaną”. Barbara Krafftówna obchodzi dziś 91 urodziny.

Barbara Krafftówna obchodzi dziś 91 urodziny. Ta legendarna aktorka stworzyła role, które zachwycają całe pokolenia widzów. Zawsze wierna aktorstwu najwyższej próby. Nigdy nie poddawała się życiowym trudnościom. Jest przykładem, jak mocować się z przeciwnościami losu i akceptować upływ czasu.

Aktorka zapisała się w pamięci widzów rolami w Kabarecie Starszych Panów, serialu „Czterej pancerni i pies” oraz arcydziele filmowym „Jak być kochaną”. W tym roku została uhonorowana nagrodą specjalną Kryształowych Zwierciadeł, wyróżnień przyznawanych co roku przez miesięcznik "Zwierciadło". Barbara Krafftówna nie mogła odebrać jej osobiście, a swoje podziękowania przekazała czytelnikom w formie pięknego nagrania.

https://www.youtube.com/watch?v=0fxvT2G0qow

Z okazji urodzin Barbary Krafftówny przypominamy wywiad, który przeprowadził z aktorką Remigiusz Grzela, opublikowany w "Zwierciadle" w styczniu 2018 roku.

Widzę po uśmiechu, że miała pani wielką frajdę z grania. Lubi pani wracać do Gombrowicza? Ubóstwiam! Cała jestem z Gombrowicza i Witkacego, ich postrzegania rzeczywistości w deformacji, przesadzie. Granie Gombrowicza jest jak lot w kosmos. Grałam przed laty hrabinę Kotłubaj, teraz Starą Markizę. Te próby i nagrania były jak za dawnych lat, kiedy cała ekipa, również techniczna, była absolutnie skupiona na współpracy.

Kiedy myślę o pokoleniu wspaniałych artystów, choćby z Kabaretu Starszych Panów, widzę same osobowości. Trzeba było mieć coś poza talentem. Nie było między wami zazdrości? Mogła być o rolę, ale nie o osobowość. Kalina Jędrusik, Wiesław Michnikowski, Wiesław Gołas, Jan Kobuszewski… Myśmy byli siebie ciekawi. Na scenie byliśmy partnerami, a zderzenie osobowości musiało eksplodować.

Naprawdę bez zazdrości? Pamiętam taką sytuację. Przerwa w nagraniu telewizyjnym. Ktoś mówi, że w bufecie jest ta zjawiskowa dziewczyna z burzą loków, lwica o niezwykłym sopranie. Biegniemy ją wszyscy obejrzeć. Ma welon włosów, niskie czoło, gęstą grzywę. To Violetta Villas. Przyjechała ustrojona według własnego gustu – koronki, falbanki. Miała mieć próbę generalną przed wywiadem u Ireny Dziedzic. Telewizja szła na żywo, a Dziedzic chciała mieć pewność, że nie wydarzy się w czasie emisji coś nadzwyczajnego. Kiedy zobaczyła Villas, nie zgodziła się ani na jej fryzurę, ani na ubranie. Elżbieta Czyżewska pobiegła po taksówkę, złapała Violettę za mankiet i zawiozła do siebie. Zgoliła jej grzywę, odsłoniło się czoło. Zrobiła przedziałek. Dała jej swoją bluzkę. Słowem, zmieniła ją w elegancką młodą kobietę. Takie wspólne bufetowe akcje były naturalne. Poza tym myśmy naprawdę lubili ze sobą przebywać.

Pani nie musiała wybierać zawodu. Starsza siostra zabierała panią na zajęcia teatralne do Iwona Galla, dzięki któremu stała się pani aktorką. To szczęśliwy układ. Ale ważne są okoliczności. Zaczynałam w czasie wojny, w zakonspirowanym mieszkaniu przy ulicy Tamka w Warszawie, gdzie na tajnych kompletach Iwo Gall uczył nas zawodu. Naprzeciwko była siedziba niemieckiej organizacji Todt. Wchodziliśmy dla bezpieczeństwa w odstępach czasu. Dozorca był nam przychylny. Słyszeliśmy wrzeszczących Niemców: Halt! Raus!, biegali po schodach, w górę, w dół, tłukli w drzwi, robili przeszukania… Uczyłam się zawodu w przestrzeni, w której musiało się przetrwać. A przetrwanie to istnienie, codzienność. Nie jest łatwo przetrwać. Ale tego też można się nauczyć. I tego nauczyłam się także w domu.

Co pomaga przetrwać? Uważność, obowiązkowość, reżim. Byłam mu poddana, odkąd pamiętam. Miałam cztery lata i byłam ubrana jak lalka w fantazyjne kompozycje kolorystyczne. Matka chciała złagodzić wygląd, nad którym dominowały rude włosy i piegi. Bardzo dbała o mój ruch. Chodziłam w szytych na zamówienie trzewiczkach na cienkiej podeszwie, sznurowanych do kostek, by nauczyć się baletowego stawiania stóp. Byłam tresowana w wielu kierunkach, a wówczas zwracano uwagę na to, jak się siedzi, jak się chodzi, jak się mówi. „Nie marszcz czoła, bo będziesz miała zmarszczki” – powtarzała mama. Ale miała hiszpański temperament, tańczyła kankana na stole. Opowiadała, że w sylwestra panowie pili szampana z jej trzewiczków. Miała słuch i pięknie grała na skrzypcach, na pianinie. Miała męskie uderzenie, męską ekspresję gry.

A ojciec? Był architektem, skrupulatnym analitykiem, bardzo łagodnym – kołki można było mu ciosać na głowie. Nigdy nie wybuchał.

Mamie się zdarzało? W domu tak. Ale nie na zewnątrz. Reżim obejmował też emocje. Smutki, nerwy, nieporozumienia, ba, tragedie zostają w domu. Wychodzę, zamykam drzwi i nikogo już nie obchodzi, że jest mi źle. Nie dzielę się tym.

Jak się żyje w takim reżimie? On się utrwala w charakterze. Nie czuje się go.

Dlatego widzimy panią zawsze uśmiechniętą, pełną energii? Różne stany można maskować wdziękiem. Pomaga mi w wielu sytuacjach. Jestem dość mendliwa dla reżyserów, mam zawsze masę propozycji, pytań, niuansików, z którymi przychodzę, ale używam też wdzięku, który ich rozbraja.

Sam często dostaję od pani różne rady i lekcje. Choćby lekcja o podeszwach… Bo zobaczyłam, że będąc na scenie, pokazuje pan widowni podeszwy butów. Powiedziałam, że trzeba tak siedzieć, aby publiczność ich nie widziała. To, co na scenie, nie może być przypadkowe. Wszystko musi mieć swoją formę, kompozycję, obraz.

Barbara Krafftówna w sesji dla Zwierciadła, fot. Adam Pluciński / MOVE Barbara Krafftówna w sesji dla Zwierciadła, fot. Adam Pluciński / MOVE

Kiedy wyszła nasza książka „Krafftówna w krainie czarów”, przez ponad rok jeździliśmy razem na spotkania z czytelnikami. Podziwiałem pani siłę. Czy zawsze chce się pani wyjść z domu? O, nawet niech pan o to nie pyta. Najczęściej się nie chce.

Widząc panią na scenie, zawsze widzę żywioł. Przecież jestem dla publiczności. W finale pana monodramu „Błękitny diabeł” o ostatnich latach Marleny Dietrich parafrazowałam jej piosenkę: „Bo ja też jestem tylko po to, aby kochać mnie, i to się o mnie wie, i nic więcej”.

Trochę opowiedziała mi pani o sobie w naszej książce. A jest pan pewien?

Nie do końca. Hanna Krall po jej lekturze, a zna panią rodzinnie, powiedziała: „Ładnie Basia panu zagrała Krafftównę w tej książce”. Zagrała mi pani Krafftównę? Na to właśnie panu nie odpowiem. Poza tym kobieta zmienną jest i raz mogę panu powiedzieć jedno, a innym razem…

Jak wyglądają te dni, kiedy pani gra? W życiu? Czy w teatrze? Są wielkim technicznym przygotowaniem. Muszę mieć cały egzemplarz sztuki przeczytany na głos, a najlepiej powiedziany z pamięci. Pamięć wzrokowa jest silnym atutem, daje spokój na scenie. Zawsze proszę, aby w egzemplarzu teksty partnerów były oddzielone, czyli mój tekst – pauza – następna kwestia. Pamiętam każdą stronę, a zwłaszcza tę, na którą mucha nasrała. Więc ten dzień spektaklu, a nawet dwa dni przed, to skupienie. Mobilizuję się: „Odłóż wszystko inne, zrobisz to już po spektaklu”.

Nie boi się pani, że któregoś dnia przyjdzie do teatru i nie będzie pamiętała tekstu? Jeszcze nie i spokojnie uczę się swojej sklerozy.

Co to znaczy? To proste. Biorę trzy rodzaje pigułek. Bywało, że nie wiedziałam: „Wzięłam już?”. Wymyśliłam metodę. Najpierw pigułki leżą z prawej strony, a te opakowania, z których biorę, od razu kładę po lewej. Jeśli leżą po lewej, znaczy wzięłam.

Tak pani opracowuje codzienność? To konieczność. Samoobrona.

Co czuje pani, stojąc w kulisie, czekając na wejście na scenę? Gram w Och-Teatrze Krystyny Jandy „Trzeba zabić starszą panią”. Trochę w tym spektaklu biegam, więc płuca i mięśnie muszą mi pracować. Zanim wybiegnę na scenę, już biegnę w miejscu. Ćwiczę oddech i mięśnie.

A astma? Na co dzień używa pani inhalatora, który nazywa „dymadełkiem”. Ten wysiłek jest bolesny. Ale koledzy za kulisami dbają, abym miała jak najmniejszy trud fizyczny. Przeprowadzają mnie sprawnie w ciemności. Kiedy zbiegam ze sceny, widzę białe przedramię, ktoś świeci latarką, chwytam się tego przedramienia jak drążka. Kolega mnie przytrzymuje. Ktoś mi podaje wodę. Chwytam łyka przed wejściem do kolejnej sceny. Poprawiam usta, bo mam tak zjedzoną szminkę, jakbym nic nie mówiła, tylko ją jadła. Garderobiane mnie przebierają. Jestem całkowicie zaopiekowana, więc w tym miejscu chciałabym publicznie kolegom podziękować za czułość, za ich pomoc. Koledzy śmieją się ze mnie, że po ukłonach najszybciej zbiegam za kulisy, wyprzedzając innych, mówią, że jestem Emil Zátopek, słynny biegacz. W garderobie bardzo długą chwilę nie mogę nic powiedzieć. Czasami już zaczynam zdzierać z siebie kostium, bo czuję ból w przeponie i jakby mnie żebra rozsadzały. Uspokajam się. Głos wraca. Oj, ciekawe jest to nasze zakulisowego życie jak z „Garderobianego”…

…który pokazuje też, jak nie mając siły, postawić siebie do pionu, wejść na scenę i zwyciężyć po raz kolejny. Niedawno dostała pani propozycję od wybitnego rosyjskiego reżysera Iwana Wyrypajewa. Chciał obsadzić panią w sztuce Czechowa. Była pani taka szczęśliwa, a jednak odmówiła. Nie bała się pani, że podobna propozycja może się nie powtórzyć? Póki jestem na chodzie, mam jeszcze tyle pomysłów na siebie samą… Bez takiego czy innego spektaklu. W ogóle się tym nie martwię, idę. Zawsze wyzwania same do mnie przychodziły, i, jak pan widzi, przychodzą, a ja idę za nimi. Ucieszyłam się z samego faktu, że to się zdarzyło. Spotkaliśmy się, były długie rozmowy. Poprosiłam o czas do namysłu. Zważyłam siły, PESEL. Nie mogę być nieobecna na próbach. Mało tego, nie chcę. Chcę być w tym zamieszaniu, wejść w ten krwiobieg. A żyję w wielkiej obsesji braku czasu. Chcąc podjąć się tej współpracy, musiałabym oddać wszystkie siły. A tego się bałam. Jako aktorka i człowiek jestem ciągle nienasycona, bez opamiętania wpadam w nowe. Jednak nie wiem, co będzie jutro, za miesiąc... Nie chciałam ryzykować ze względu na kolegów z obsady, na reżysera.

Ile kosztuje taka decyzja? Dużo. Podejmowałam ją z żalem, ale kiedy ją podjęłam, żal minął.

Widziałem na Facebooku zdjęcie, jakie zrobiła sobie z panią młoda aktorka i wokalistka Natalia Sikora. Młode aktorki chcą się od pani uczyć warsztatu? Może ja dla nich jestem eksponat?

Eksponat?! Pani łamie schematy. Pamiętam panią ze spektakli Pawła Miśkiewicza, pani aktorstwo było przekorne, młode.

A jest pan pewien tego, co mówi? Jeśli tak, to bardzo dziękuję. Sama powiedziałabym, że są w moim aktorstwie poszukiwanie i precyzja. Tak długo będę dłubała, przyglądała się, próbowała, aż znajdę. Nie sięgam do tego, co wyuczone, zastane. Dostaję nową rolę i jakbym zaczynała od zera.

Felicja w filmowym arcydziele „Jak być kochaną” działa w przekorze, jakby się odcięła od logiki, od własnych emocji. Zagrała pani postać, którą trudno zracjonalizować. Cały czas się wymyka. Mnie uderza zawsze scena gwałtu, choć przecież nie jest pokazana. Ale wszystko możemy przeczytać na twarzy Felicji, kiedy już jest po. Do tej sceny zdjęłam pantofle. A mam fobię bosych stóp. Zawsze muszę coś mieć na stopach, nawet na plaży. W tej scenie chodziłam boso po zimnej i brudnej posadzce planu filmowego. Widać przymus, wstręt… Bywa, że aktor musi coś intymnego obnażyć. Ale to on podejmuje decyzję. Był pomysł, abym w „Biesiadzie u hrabiny Kotłubaj” tańczyła z Bohdanem Łazuką do nagrania naszej piosenki „Przeklnę cię” z Kabaretu Starszych Panów. Stoczyłam wojnę, bo pomijając, że ta piosenka nie jest „z Gombrowicza”, to byłoby niezdrowym odcinaniem kuponów od przeszłości. A we wszystko wchodzę od zera. Zanim coś zrobię, muszę mieć stuprocentowe przekonanie, że to właściwe. Zawsze grałam w perukach, by nie być na scenie prywatnie. Dałam się „rozdziewiczyć” tylko raz, w „Alicji” Pawła Miśkiewicza w Teatrze Dramatycznym. U Roberta Glińskiego poprosiłam o perukę. Pani fryzjerka szykowała mnie do jej założenia. Spinała mi włosy, żeby przylegały do głowy, i nagle zobaczyłam w lustrze taką gładką głowę, włosy ni to przylizane, ni to mokre. Już nie chciałam peruki. To było to! Stara Markiza z Gombrowicza. Reżyser zgodził się bez słowa… Dzięki Bogu! Na każdą rolę składają się setki drobiazgów, które muszę odnaleźć, czasem przenosząc je z życia, z obserwacji. Ale na życie też składają się drobiazgi i trzeba poświęcić im uwagę.

Pamiętam z podróży, że w jednej z pani toreb brzęczało szkło. Zapytałem, co pani wiezie. A to były słoiczki z pestkami awokado, zanurzonymi w wodzie, które postanowiłam wyhodować. Pestka to życie. Kiedy po śmierci ojca na Wołyniu zostałyśmy z mamą same, a wojna była i głód był, zdobyła trochę ziemniaków, niedużo. Kroiła je w tych miejscach, gdzie były kiełki. Wsadzałyśmy do ziemi. I już miałyśmy na chwilę zapewniony byt. Niedawno znalazłam w lodówce ziemniaki, o których zapomniałam. Puściły pędy. Zapakowałam je i zawiozłam do koleżanki, jeszcze z Wołynia, bo ma ogródek. Wiedziałam, że zrozumie.

Zdarza się pani jeszcze nocą wychodzić na lody? Zlikwidowali mi McDonalda. Noce zawsze mam bezsenne. Ostatnio nocami dobra jest maca. Ba, genialna [śmiech]. Nie mylić z macaniem!

Co powiedziałaby pani sobie młodej? Ależ ja się charakterologicznie nie zmieniłam. Wiek się zmienił, z nim szczegóły, ale w głowie mam to samo, co miałam. Nadal potrafię się histerycznie śmiać, bez opanowania. Nadal mam tę samą ciekawość. Wokół zrobiło się pusto, tamten świat mojej młodości zupełnie znika. A ja idę. Czy to nie jest szczęście? I jakbym miała umrzeć, to poproszę na scenie. W takim biegu jak w spektaklu w Och-Teatrze. Na razie nie planuję, chcę dożyć trzech kaktusów, czyli 111 lat! Dopóki czuję się młoda, żadnych planów nie zmieniam! Kraina czarów, panie Grzemiku, wsysa mnie, oj, wsysa [śmiech].

  1. Kultura

Agnieszką Holland: "Za rzadko wychodzimy poza nasz własny punkt widzenia"

Agnieszka Holland (Fot. BeW)
Agnieszka Holland (Fot. BeW)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dzisiaj urodziny ma Agnieszka Holland, z tej okazji przypominamy wywiad z archiwalnego numeru "Zwierciadła". W szczerej rozmowie reżyserka wyznaje, czy w pracy bywa tyranem, jakie ma zdanie o psychoterapii i jak ocenia polskie kino.

Dostała pani kiedyś lanie? Raz mama uderzyła mnie ścierką. Nie pamiętam już nawet za co, ale bardzo się wtedy na nią obraziłam, bo w gruncie rzeczy zostałam przez nią wychowana w poczuciu, że mam rację, a także prawo do afirmacji oraz samorealizacji.

Ojciec wychowawczo się nie udzielał? On zawsze był mniej obecny, poza tym dość szybko umarł – miałam wtedy 13 lat. W domu nie było przyzwolenia na nielojalność, kłamstwo – tu moja mama była bardzo krytyczna, miałam za to dużo swobody opartej na wzajemnym zaufaniu – tak rodziła się moja wiara w to, że mogę i potrafię.

Czy była pani kiedykolwiek pacjentką psychoterapeuty? Tak, w pewnym momencie życia, w Paryżu, udałam się do psychoterapeuty. To był, pamiętam, bardzo trudny dla mnie okres, niemal depresyjny, i pomyślałam sobie: „Może taka pomoc mi się przyda?”. Ale od razu muszę powiedzieć, że ta historia po prostu nie bardzo wypaliła.

Jako reżyser przejęła pani rolę terapeuty? Pewnie trochę tak (śmiech). Była to, owszem, dosyć ciekawa pani psychoterapeutka, ale Francuzka. I szybko wyszło na jaw, że trudno leczyć się u cudzoziemca. Gdy zaczęłam opowiadać jej o mnie i o historycznych okolicznościach, które sprawiły, że moje życie potoczyło się tak, a nie inaczej, zauważyłam, że ona słucha tych wszystkich egzotycznych nowinek z ogromnym zainteresowaniem. Po dwóch sesjach, chcąc utrzymać jej uwagę, zaczęłam kontynuować to, co potrafię najlepiej, czyli opowiadać jej o ciekawych sekwencjach ze swojego życia, i obserwowałam, jak ona jako zainteresowany widz bierze udział w moim „filmie”.

A po trzeciej sesji? Pomyślałam sobie: „jak to jest możliwe, żebym to ja płaciła za to, za co normalnie płacą mnie?” (śmiech). Odniosłam wrażenie, że nie jestem w tej relacji szczera, ponieważ zamiast w rolę pacjenta weszłam w rolę dobrego opowiadacza. To był mój ostatni raz. Czy cokolwiek mi to wszystko dało? Być może pomogło mi to w uruchomieniu w sobie pewnego mechanizmu, swego rodzaju gotowości na spotkanie terapeutyczne z drugą osobą. Do psychoterapii nigdy już nie powróciłam, ale myślę, że jest to dziedzina pożyteczna, mogąca pomóc wielu osobom.

Trzeba jednak bardzo rzetelnie sprawdzać, kogo się wybiera? Oczywiście, bo to jest bardzo delikatna materia, a możliwości kontroli np. ze strony Towarzystwa Terapeutycznego ograniczone. Widziałam, głównie w Stanach, przykłady, kiedy niekompetentny czy też osobowościowo niewłaściwy dla danego człowieka terapeuta albo wręcz wykorzystujący sytuację do nabijania sobie kasy, żeruje mniej lub bardziej świadomie na człowieku. I zamiast pomóc, może zaszkodzić.

W serialu „Bez tajemnic”, którego reżyserii się pani podjęła, terapeuta niesie na swoich plecach potężny życiowy bagaż. Poszłaby pani do takiego? Pewnie nie (śmiech). Ale... jednocześnie taki terapeuta, w związku z tym, jak ciężki bagaż niesie, sprawia wrażenie, że jest w stanie zrozumieć więcej. W „Bez tajemnic” pokazany jest ważny problem: na ile uprawianie psychoterapii stygmatyzuje czy też stwarza kłopoty psychologiczne i życiowe u samego terapeuty. Widać, że Andrzej – w tej roli świetny Jerzy Radziwiłowicz – średnio radzi sobie ze swoim własnym życiem, w myśl przysłowiowego „szewc bez butów chodzi”. Myślę jednak, że wbrew pozorom może być skuteczny.

A nie ma pani poczucia, że w Polsce bezkrytycznie zachłysnęliśmy się psychoterapią? Chyba nie, choć nie prowadziłam badań socjologicznych. Wydaje mi się, że Polakom psychoterapia jest bardzo potrzebna, zarówno ta zbiorowa, jak i indywidualna, dlatego, że ani nasza szkoła, ani kultura, ani również Kościół nie są osadzone na introspekcji, a sama spowiedź nie zawsze wystarcza. Mimo tej naszej katolickości widzę zbyt mało rozliczania się człowieka samego ze sobą. Za rzadko wychodzimy poza nasz własny punkt widzenia, więc nasza empatia, zrozumienie kontekstu, korzeni własnych problemów – jest niedorozwinięta. A dobra psychoterapia właśnie tego potrafi nauczyć, bo poza zadaniem terapeutycznym pełni także funkcję pedagogiczną, poznawczą. O ile się orientuję, a rozmawiałam z paroma polskimi psychoterapeutami, są to ludzie świadomi i kompetentni, na dość wysokim poziomie zawodowym. Nie sądzę więc, żeby po Polsce hulała banda hochsztaplerów. Takich „specjalistów” widzę raczej w dziedzinie znachorstwa bądź opracowywania wizji katastrof lotniczych. Na pewno więcej narcyzów możemy spotkać wśród polityków niż wśród psychoterapeutów. Narcyzm uważam zresztą za jeden z głównych naszych współczesnych psychicznych mankamentów, prawdziwie niebezpieczny.

Na jakim fundamencie buduje pani relacje z ludźmi? Ja mam specyficzny zawód – nie można go uprawiać bez automatycznego autorytetu, to troszeczkę – tak jak mówił kiedyś Andrzej Wajda – mieszanka dwóch komponentów, kaprala i poety. To znaczy trzeba być człowiekiem twórczym i mieć wizję dzieła, które się tworzy, a jednocześnie siłę, która pozwoli narzucić ludziom swoją wolę i do pewnego stopnia nimi manipulować.

Prosta droga do szaleństwa? Tak, choć, jak widać, jeszcze się jakoś trzymam (śmiech). Ale to jest tak, że ludzie świadomie poddają się tej manipulacji, ponieważ wiedzą, że praca filmowa, zwłaszcza na linii reżyser–aktor ma swoje reguły, które, dodam, nie są sztywne, bo każdy wypadek jest zawsze trochę inny. Niemniej uczestnicy tej gry akceptują pewną hierarchię, w której ja jestem jak dowódca w jednostce wojskowej i nie ma szans na to, że każdy może przyjść i stwierdzić: „nie no, ja bym to zrobił zupełnie inaczej, bo mi się to w ogóle nie podoba”. Nie ma takiej możliwości, bo wtedy po prostu wszystko by się rozpadło. Jest to zatem stosunek hierarchiczny, ale z zachowaniem silnego działania zbiorowego, w którym każdy może odcisnąć swoje piętno na efekcie końcowym i od każdego mniej lub więcej coś zależy, co widać na ekranie. Chodzi o to, by wydobywać z ludzi najlepsze, co mają do zaoferowania. Jeżeli mają jakieś talenty i właściwości, to trzeba spowodować, żeby wyszły one na jaw, a ludzie na ogół dają z siebie to, co najlepsze, jeżeli mają poczucie sensu i czują się docenieni. W związku z tym obowiązkiem reżysera, producenta czy kierownika produkcji jest stworzenie takiej atmosfery, w której ekipa się otwiera.

Agnieszka Holland, Michalina Olszańska oraz James Norton. Na planie filmu 'Obywatel Jones'. (Fot. BeW)
Agnieszka Holland, Michalina Olszańska oraz James Norton. Na planie filmu "Obywatel Jones". (Fot. BeW)

A co pani robi z anarchistami? Anarchista nie może zmieścić się w ekipie filmowej. Nie ma dla niego szans. Musi znaleźć sobie inną pracę.

Często mówi pani ludziom „do widzenia”? Nie, bo na ogół oni idą do tego zawodu ze świadomością, gdzie i jakie są granice, a ja również o tym nie zapominam. Oczywiście, zdarzają się reżyserzy, którzy wykorzystują swoją władzę, powodując tym samym, że ludzie stają się strasznie nieszczęśliwi.

Wypatraszając ich do rosołu? Tak. Albo żerują na ludziach, przekraczając granice ich bezpieczeństwa prywatnego, zachowując się chamsko, bardzo arbitralnie i tyrańsko. Co ciekawe, czasami osiągają przy tym świetne rezultaty, co widać wyraźnie np. w teatrze. Ale taka postawa jest dla mnie nie do przyjęcia, wierzę, że ludzkie życie jest cenniejsze niż efekt, który się osiąga.

Gdy przyjmowała pani propozycję reżyserowania „Bez tajemnic”, co panią targnęło? Rozsądek? Szósty zmysł? Na pewno u mnie jest to zawsze instynktowne, muszę czuć, że mam coś do powiedzenia w sprawie i że będzie to dla mnie ciekawe doświadczenie, bo wtedy jest nadzieja, że zainteresuje także innych. „Bez tajemnic” to jest trochę takie ćwiczenie stylistyczne, eksperyment: bardzo dobrze napisany scenariusz, dużo ludzkich spraw i minimalistyczna forma, w której wyraźnie można skupić się na aktorze i tekście. Jurka Radziwiłowicza, który od początku jest z tym serialem związany, cenię, Maćka Stuhra, który zastąpił teraz Krysię Jandę, znam i bardzo lubię. Doszły dwie kobiety – Agata Kulesza jako życiowa partnerka terapeuty i Karolina Kominek jako histeryczna pacjentka Maćka. Agata ma w sobie taki rodzaj wolności, humoru i światła, a jednocześnie jest tak świetną i inteligentną aktorką, że może zagrać wszystko. Wybierając ją do tej roli, wiedzieliśmy, że swoją ludycznością na pewno rozrusza Jurka. Wyszło to naprawdę fajnie i cieszę się, że się na ten serial zdecydowałam.

A jak dużo propozycji pani odrzuca? Bardzo często odmawiam amerykańskim producentom ze względu na nieciekawe scenariusze. Jeśli chodzi o serial, to warunkiem są też fajni ludzie, którzy go robią. To mała inwestycja, miesiąc życia, np. w Stanach, za to można popróbować innego stylu. Natomiast jeśli chodzi o film fabularny, to są na ogół już trzy lata życia – wtedy muszę mieć dodatkowo jakąś motywację wewnętrzną, szczególnie w moim wieku, gdy ten czas robi się już taki krótki. To musi być naprawdę coś ważnego.

A czy w polskiej filmografii powstaje jeszcze coś, co jest w stanie panią ubawić? Myślę, że humor jest najbardziej osobistą rzeczą w człowieku. „Rejs” jest dla mnie śmieszny, w „Misiu” są bardzo zabawne kawałki. Być może PRL bardziej się do tego nadawał? Mam wrażenie, że śmiech w tamtych czasach bardzo nam wszystkim pomagał. A teraz? Bierze mnie raczej purnonsens, humor anglosaski czy tradycyjny żydowski, którego kontynuatorem jest Billy Wilder, potem Woody Allen. Na pewno nie jestem w ogóle wrażliwa na tzw. rechot męski, czyli coś tam o jajach, cycach, pedałach. To mnie w ogóle nie bawi. Nie jestem pewna, czy przez ostatnie 10 lat choć raz uśmiechnęłam się na jakimś polskim kabarecie. O współczesnych polskich komediach już w ogóle nie wspomnę. Są żenujące, choć na pewno robią je czasem zdolni ludzie. Problemem jest chyba fakt, że prawdziwy humor wymaga pracy wielu osób. Mało jest takich pojedynczych geniuszów. Przy amerykańskim Saturday Night Show pracuje ogromny team ludzi. U nas na pewno zdolnym do stworzenia komedii człowiekiem jest Julek Machulski, ale jeśli on sam jest sobie żeglarzem, sterem i okrętem? Nigdy nie widziałam całego „Świata według Kiepskich”, ale te strzępki, które podejrzałam w Internecie, mają potencjał, chociażby ze względu na obecność tak świetnych aktorów, jak Rysio Kotys czy Andrzej Grabowski. Wie pani, komedia filmowa to ambitne zadanie, trudno utrzymać poziom przez dłuższy czas.

Podjęłaby się pani takiego zadania? Podjęłabym się. To nie byłaby komedia „uhahaha”, a pewnie lekki wczesnoallenowski absurd. Miałam nawet ze dwa takie projekty, ale nigdy nie udało mi się ich sfinansować. Nikt nie da mi pieniędzy na komedię. Mam łatkę tragika. I żadna terapia tu nie pomoże (śmiech).

 

  1. Zwierciadło poleca

Martyna Wojciechowska: Wierzę, że odwaga to kwestia decyzji

Martyna Wojciechowska w sesji dla
Martyna Wojciechowska w sesji dla "Zwierciadła", fot. Marta Wojtal / #projektmiłość
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jestem najszczęśliwsza, odkąd pamiętam – mówi i nie boi się zapeszyć. Minęło ponad 20 lat, od kiedy po raz pierwszy pojawiła się na okładce "Zwierciadła".  Wiele się od tamtego czasu zmieniło. Jak wiele?

Jestem najszczęśliwsza, odkąd pamiętam – mówi i nie boi się zapeszyć. Minęło ponad 20 lat, od kiedy po raz pierwszy pojawiła się na okładce "Zwierciadła".  Wiele się od tamtego czasu zmieniło. Jak wiele?

Czerwiec 1997 roku. Pozujesz w letniej sukience, z liśćmi fantazyjnie wpiętymi we włosy. Dziewczyna malująca usta we wstecznym lusterku miejskiego skutera. Pamiętasz, jak powstawała ta okładka „Zwierciadła”? Pierwszych okładek się nie zapomina. Chwilę wcześniej wystąpiłam w piśmie „Filipinka” jako dziewczyna, która kocha motocykle, tu akurat jestem na skuterze.

Co to za moment w twoim życiu? Jeszcze studiowałam, w dużej firmie pracowałam jako marketing manager, jak to się wtedy szumnie nazywało, i zajmowałam się właśnie promocją jednośladów. Miałam też za sobą epizod pracy jako modelka. Z jednej strony to ważne doświadczenie, buduje świadomość ciała, nie mówiąc o tym, że poznałam wtedy mnóstwo osób, które tworzyły podwaliny dzisiejszej branży medialnej. Makijażyści, którzy nas wtedy malowali, fryzjerzy, którzy uczyli się fachu na naszych włosach, to teraz gwiazdy. Przy tamtych niewielkich możliwościach finansowych i głodni wielkiego świata robiliśmy przeróżne eksperymenty. Część z nich wydaje mi się dziś trochę zabawna, a trochę żenująca, ale fajnie, że razem dorastaliśmy, wymyślaliśmy, jak to ma docelowo wyglądać. Z drugiej strony – to czas, który mocno podkopywał moje poczucie własnej wartości. Wciąż słyszałam, że powinnam być jakaś.

Czyli jaka? Inna niż byłam. Że powinnam schudnąć, zoperować nos, mieć długie włosy, krótkie. Długo tego nie wytrzymałam. W „Zwierciadle” wystąpiłam jako modelka, ale ponieważ odpowiadałam za promocję tych skuterów, można powiedzieć, że była to trochę sesja służbowa. Nie chodziło o mnie, nie ja byłam tematem tej okładki, nie ma na niej mojego nazwiska, ale ja ją organizowałam. Pamiętam, że to właśnie wtedy pomyślałam, że następnym razem, kiedy pojawię się na okładce jakiegokolwiek magazynu, to nie z powodu tego, jak wyglądam, ale kim jestem i co mam do powiedzenia. Dosłownie chwilę potem zaczęłam współtworzyć program o motocyklach dla łódzkiej telewizji kablowej ATV, a niecały rok później pracowałam już w telewizji TVN i prowadziłam program motoryzacyjny „Automaniak”. W tamtych czasach to było coś – kobieta opowiada o samochodach, ściga się motocyklami, przygotowuje materiały z rajdów i Formuły 1. Obyczajowy przełom.

Miałaś jasno wyznaczony cel? Chciałam zajmować się motoryzacją, bo to była moja pasja od dziecka. Ale przede wszystkim chciałam być szanowana za to, że znam się na tym, co robię. I miałam nadzieję, że wreszcie nie będę się musiała tłumaczyć z tego, że jestem dziewczyną. Ciekawostką przyrodniczą, która nie przystaje do tego męskiego świata.

Tamta młoda, ambitna dziewczyna była sympatyczna? Zależy dla kogo [śmiech]. To był czas buntu i naporu. Czasem nawet arogancji, która – jak wierzyłam – była potrzebna, żebym mogła cokolwiek osiągnąć w męskim świecie. Szarpałam się. W sumie burzliwy, trudny i męczący dla mnie okres. Choć ważny, bo nie byłabym dzisiaj tym, kim jestem, gdyby nie tamta buntowniczka z wyboru. Świętując 44. urodziny, myślałam sobie: „Jakie to wspaniałe, że to 44., a nie 24. czy nawet 34. urodziny!”. Bo poziom świadomości, spokoju, pewności siebie płynącej z doświadczenia daje jednak niesamowite poczucie komfortu.

Zrobiłaś sobie jakiś wyjątkowy prezent? Zostałam skoczkiem spadochronowym. Wcześniej skakałam w tandemie, ale kiedy myślałam o samodzielnym skoku, czułam ścisk w żołądku. Jednocześnie wiedziałam, że chcę skakać ze spadochronem – właśnie dlatego, że tak bardzo się boję. Tylko że za każdym razem, kiedy próbowałam to zrobić, coś stawało mi na przeszkodzie. Kulminacyjny moment nastąpił latem 2016 roku – byłam zapisana na kurs, ale w wypadku złamałam obojczyk i konieczne były dwie skomplikowane operacje. Straciłam władzę w lewej ręce, wciąż czułam ból, nie wiedziałam nawet, czy odzyskam pełną sprawność. Pomyślałam, że to już na pewno koniec marzeń o lataniu. I tak mnie to irytowało, że zrobiłam wszystko, żeby jednak latać. Wiesz, jak to jest, jeśli naprawdę chcesz coś zrobić…

No właśnie chyba nie do końca wiem. Jak to możliwe, że jeśli coś wykracza poza twoją strefę komfortu, to ty właśnie wtedy najmocniej ciśniesz? Po prostu wierzę, że odwaga to kwestia decyzji. Im bardziej się czegoś boję, tym uważniej się temu przyglądam. Nie chcę mieć poczucia, że to moje lęki decydują za mnie.

Więc chodzi o poczucie kontroli. Z tą kontrolą to nie szalejmy. Nie wymyśliłabym sobie tego, co przyniosło mi życie. I absolutnie nie mogę powiedzieć, że mam pełną kontrolę nad moim życiem. Nikt z nas nie ma. Ale chciałabym wpływać na to, na co mogę, tam, gdzie mogę. To kwestia szlifowania charakteru, sprawdzania się w różnych wymagających sytuacjach, kiedy możesz świadomie przesunąć granice swoich możliwości. Stoisz w otwartych drzwiach samolotu i masz poczucie, że skok w chmury to coś wbrew instynktowi samozachowawczemu, prawda? A jednak wiesz, że tyle osób skakało przed tobą i że to sport mniej urazowy niż jazda konno czy ostre narciarstwo. Zdecydowana większość wypadków spowodowanych jest błędem ludzkim, a nie awarią sprzętu. Brawura, nieuwaga, rutyna, gubią nas różne rzeczy. A tu masz procedury, ćwiczenia na sucho. Więc jak już jesteś w samolocie, bierzesz trzy głębokie wdechy i skaczesz.

A potem? Potem jest wspaniale.

Na jak długo starcza tej euforii? To uzależniające? Oczywiście. Przeżywam etapy fascynacji różnymi dziedzinami. Najbardziej stała jestem w miłości do gór, bo to coś wyjątkowego – wspinam się nie po adrenalinę, ale po spokój. A skoki spadochronowe to czysta dziecięca radość. Przez prawie minutę lecisz swobodnie z wysokości czterech kilometrów. A potem otwierasz czaszę spadochronu i obserwujesz świat z lotu ptaka. Ostatnim razem, kiedy skakałam, był zachód słońca. Mówiłam sama do siebie: „Martyna, sama popatrz, jakie cudowne jest życie!”.

Ile znasz kobiet, które skaczą ze spadochronem? No właśnie to moje marzenie o lataniu to też opowieść o kobietach w świecie pozornie męskiej przygody. Siedem lat temu podczas realizacji programu „Kobieta na krańcu świata” poznałam Heather Swan, która stała się dla mnie inspiracją. Kobieta, która całkowicie przewartościowała swoje życie w wieku blisko 40 lat. Miała wtedy kilka kilogramów nadwagi, dwoje dzieci z różnych związków i pracę w korporacji, której nie lubiła. Zaczęła zmiany w życiu od truchtania dookoła ogródka, bo nigdy wcześniej nie uprawiała sportu. Dziś jako skoczek spadochronowy ma na koncie wiele rekordów, ostatnio przesłała mi zdjęcia swoich lotów nad Antarktydą! Kiedy siedem lat temu poznałam Heather, miała prawie 50 lat, a jak poszłyśmy razem na trening, to zostałam daleko w tyle. Dziesięć kilometrów biegu, sto pompek, podciągnięcia na drążku… Pełen szacunek. Teraz, kiedy zaczęłam latać w tunelu aerodynamicznym, poznałam świetną trenerkę Kasię Bereskę. Potem trafiłam na Martę Molińską, instruktorkę, która prowadziła mój kurs spadochronowy. Mój spadochron składa – bo ja jeszcze nie mogę tego robić sama – także kobieta, Gośka Marciniak. I ja za każdym razem z pełnym zaufaniem powierzam jej życie. Gdzie się obejrzę – wszędzie kobiety wysokich lotów.

Martyna Wojciechowska w sesji dla 'Zwierciadła', fot. Marta Wojtal / #projektmiłość Martyna Wojciechowska w sesji dla "Zwierciadła", fot. Marta Wojtal / #projektmiłość

Pracujesz w mediach od ponad 20 lat. To wystarczająco dużo, żeby traktować show-biznes jak coś oswojonego, przyjaznego? Wierzę, że mam za sobą jednak te 22 lata ciężkiej pracy i to jest coś, co trudno stracić z dnia na dzień. Ale też zdaję sobie sprawę z zagrożeń. Show-biznes to żywioł. Jestem świeżo po kilku historiach, którymi może nadmiernie się nie ekscytuję, ale też nie powiem, że są mi zupełnie obojętne. Media ostatnio bardzo zaczęły się interesować moim życiem, a dotąd udawało mi się rozgraniczać sferę prywatną i zawodową. Po raz pierwszy poszłam na przyjęcie z moim partnerem. Oboje poruszamy się w tej samej sferze zawodowej, on dostał zaproszenie na to samo wydarzenie, więc naprawdę dziwne byłoby, gdybyśmy poszli osobno. Stanęliśmy na tzw. ściance, próbowałam wcześniej tłumaczyć, że będzie dużo fleszy, dziennikarzy, zamieszania i tak też się stało. Ale Przemek, jednak zaskoczony tym tłumem naprzeciwko nas, powiedział pod nosem coś, czego zdecydowanie nie mogę tu przytoczyć, ale znaczyło coś w stylu: „Skąd tu tyle tych fotoreporterów?” [śmiech]. Nachyliłam się do niego i powiedziałam na ucho: „Słuchaj, ludzie potrafią czytać z ruchu warg”, i zaczęłam się śmiać. To był ułamek sekundy. Następnego dnia przeczytałam, że zamiast stanąć jak człowiek, to wieszałam się na nim „rozpalona do czerwoności”. Że Martyna Wojciechowska sprzeniewierzyła się wszystkim wyznawanym do tej pory wartościom.

Czytasz coś takiego i… …w jakimś sensie, przewrotnie, wzbudza mój podziw to, że dziennikarze ze sfery internetowej potrafią wyczarować takie historie. Jestem w stanie też przyjąć na klatę komentarze, że dla lansu adoptowałam chorą na albinizm dziewczynkę z Tanzanii. Uważam je za krzywdzące, ale tłumaczę sobie, że świadczą one o tych, którzy je piszą. Mnie coś takiego w ogóle by nie przyszło do głowy – z góry zakładam, że ludzie mają dobre intencje. Kabula wychowała się w Tanzanii, gdzie osobom z albinizmem odrąbuje się części ciała, żeby wyprodukować z nich magiczne amulety. Dziś jako moja adoptowana córka jest bezpieczna i uczy się w prywatnej szkole, żeby zostać prawniczką i pomagać innym pokrzywdzonym ludziom. Do tego potrzeba zaangażowania wielu osób dobrej woli, Stowarzyszenia Misji Afrykańskich, Fundacji „Między Niebem a Ziemią”, pieniędzy, czasu. Nie mam siły tłumaczyć, że to wieloletni projekt wymagający ogromnej pracy, więc trudno mówić o „lansie”. Bo wiem, że cokolwiek powiem, to tylko woda na ten młyn. Najlepiej po prostu robić swoje. Wierzę, że dobre rzeczy, sumiennie wykonywane, bronią się same.

Także Kabulę poznałaś podczas realizacji programu „Kobieta na krańcu świata”. Tworzysz go od dekady, z tej okazji powstał nie tylko nowy sezon, ale i odcinki specjalne. Jak to się stało, że zamiast motoryzacją zajęłaś się kobietami poznanymi w podróży? Jako dziennikarka jeździłam komentować zawody Formuły 1, rajdowe mistrzostwa świata, rajdy Szwecji, Cypru, Argentyny. Czułam się spełniona, ale zaczęło do mnie docierać, że wszystko, co najciekawsze, dzieje się wokół, a nie na samych zawodach. Po Rajdzie Dakar w 2002 roku, w którym wystartowałam też jako zawodniczka, byłam już pewna, że bardziej fascynujące są kulisy tej morderczej imprezy, walka o przetrwanie, ludzie spotkani w drodze i przyroda naokoło niż sama sportowa rywalizacja. I o tym chciałam robić reportaże. Najpierw powstał pomysł na program „Misja Martyna”. A potem… Potem dużo się w moim życiu wydarzyło. Dużo ważnych, trudnych momentów. Przede wszystkim wypadek i śmierć mojego przyjaciela i operatora kamery Rafała. Szukałam sensu w tym, że przeżyłam ten wypadek, że ocalałam. Postanowiłam przeżyć dwa życia, dać z siebie więcej. Nie chciałam już robić programów o swoich podróżach, tylko o niezwykłych ludzkich historiach, które zainspirują innych. W 2008 roku zostałam mamą i to był punkt przełomowy. Od dziesięciu lat przemierzam świat, realizując filmy o kobietach z krańców  świata i o tym, czego możemy się od nich nauczyć. To dokładnie tyle, ile ma moja córka.

Nie czułaś presji? Że powinnaś coś wybrać, z czegoś zrezygnować. Mówię o odwiecznym dylemacie: na ile matka dla dobra dziecka musi zrezygnować z siebie. Każdego dnia próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie, czy moje wybory są słuszne. I czy z perspektywy czasu będę to widziała tak samo. Ja akurat postanowiłam być mamą i realizować pasje, choć daleka jestem od tego, żeby twierdzić, że to jedyny słuszny wybór. To też trochę rozmowa o feminizmie, choć unikam tego słowa. Uważam, że ciąży na nim jakieś piętno wypaczenia, podczas kiedy nieuznawanie feminizmu jest po prostu seksizmem. Na potrzeby tej rozmowy załóżmy, że równouprawnienie ludzi powinno być rzeczą oczywistą. No więc nie każda nowoczesna kobieta, która żyje w XXI wieku i ma możliwość wyboru, musi godzić pracę, macierzyństwo, wyglądać super i dawać radę na każdym polu. Feminizm to dla mnie wolność wyboru, nawet jeśli oznacza to zostanie w domu z dzieckiem i rezygnację z dotychczasowych pasji. Ważne, czy wybierasz tę drogę dlatego, że tego właśnie chcesz, czy dlatego, że takie są oczekiwania otoczenia wobec ciebie. I tutaj znowu wrócę do Heather Swan, bo zawdzięczam jej dużo więcej niż to, że skaczę ze spadochronem. Heather dużą część życia poświęciła wyłącznie wychowywaniu dzieci. Po czym zaczęła robić różne bardzo niemądre, obiektywnie rzecz biorąc, rzeczy – bo to, na co się porywa, to momentami rzeczywiście czyste szaleństwo. Robi to, bo – jak powiedziała – poczuła, że stać ją na więcej niż wożenie dzieci do szkoły i ze szkoły oraz gotowanie im obiadów. Że to jest, oczywiście, ważne, ale znacznie ważniejsze, co może im dać, to inspiracja. Kiedy ją poznałam, byłam świeżo upieczoną mamą, która próbowała stworzyć własny model macierzyństwa. W ogóle zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, bijąc się wciąż z wyobrażeniami, jak moje macierzyństwo powinno wyglądać i czego świat ode mnie oczekuje. Zdecydowałam, że chcę spróbować znaleźć balans między pracą, pasją a wychowywaniem dziecka. Że to jest moja droga. Nie wiem, czy dobra, czy zła, ale moja. Jednak nie wyobrażam sobie, żeby się co jakiś czas nie zatrzymywać i nie robić podsumowań. To takie moje punkty kontrolne. Jak na razie widzę, że z kilku rzeczy bardzo ważnych zrezygnowałam, kilka rzeczy mogłam sobie darować, kilka zrobić inaczej, ale ogólnie bilans wychodzi na plus.

Martyna Wojciechowska w sesji dla 'Zwierciadła', fot. Marta Wojtal / #projektmiłość Martyna Wojciechowska w sesji dla "Zwierciadła", fot. Marta Wojtal / #projektmiłość

Jaki model macierzyństwa wyniosłaś z domu? Zupełnie inny. Nasz dom pachniał obiadem, mama zawsze była na miejscu. Z wyboru. Każdy ma jakąś misję życiową, moja mama miała i ma taką: nakarmić cały świat, przytulić wszystkich do piersi, wziąć pod swoje skrzydła. Miałam cioteczne rodzeństwo – siostrę i brata, ich rodzice umarli, a moja mama przejęła znaczną część opieki nad nimi. Były okresy, że mieszkali u nas, były też takie, że żyliśmy na dwa domy. W ogóle nie pamiętam z dzieciństwa takiego czasu, żeby ktoś u nas nie pomieszkiwał, żeby rodzice komuś nie pomagali. Mama jest pod tym względem niemożliwa. Żyje bardziej dla innych, mniej dla siebie.

Byłaś późnym dzieckiem? Mamy nie, ale taty – późnym. Kiedy miałam siedem lat i szłam do podstawówki, tata miał 47 lat. Rodzice koleżanek byli jeszcze przed trzydziestką.

Gdzie mieszkaliście? Na robotniczej Woli. Wtedy to bardziej były przedmieścia Warszawy. Przy trasie wylotowej na Poznań.

Podwórko z trzepakiem czy z porządnymi drabinkami? Był trzepak, ale trenowałam wyczynowo sport i nie miałam czasu wisieć na trzepaku, bo spędzałam czas na sali gimnastycznej. A kiedy byłam młodsza, czas spędzałam głównie z dorosłymi. Lubiłam malować, rysować, lepić, kleić. Takie dziecko raczej introwertyczne, refleksyjne, niezbyt odważne. Bardziej obserwujące niż uczestniczące.

Jakim cudem z tego introwertycznego dziecka stałaś się nieustraszoną dziewczynką, która w wieku dziesięciu lat oznajmiła, że będzie ścigać się na motocyklach, i dopięła swego? Duża w tym zasługa mojej mamy. Pewnie miałam potencjał, skoro go we mnie dostrzegła, ale też ona sama ma jakąś niezwykłą umiejętność, która jest teraz dla mnie, kiedy wychowuję Marysię, niedoścignionym wzorem. Mama z jednej strony inicjowała różne rzeczy, a jednocześnie wspierała mnie w najbardziej szalonych pomysłach. Nigdy nie spotkałam się z sytuacją, nawet zupełnie błahą, kiedy podcięłaby mi skrzydła. Wyobraź sobie, że dziesięciolatka przychodzi do domu i mówi: „Mamo, będę wyścigowym kierowcą motocyklowym”. I co robi wielu rodziców? Zaczyna, nawet w dobrej wierze, przekładać te słowa na racjonalne przesłanki. Żyjemy w Polsce, w komunie, nie ma pieniędzy, sprzętu, sponsorów. „Dziecko, co ty mówisz, gdzie ty się będziesz ścigać, co ci chodzi po głowie?”. Ja tego nie usłyszałam. Zamiast tego mama wykrzyknęła: „Świetnie!”. Albo kiedy przyszłam do domu i powiedziałam, że będę gitarzystką. Zamknęłam się w pokoju i ćwiczyłam tak długo, aż wystąpiłam na festiwalu piosenki młodzieżowej Młyn z moim zespołem i zajęliśmy pierwsze miejsce. Wyrastałam w przekonaniu, że chcieć to móc. Rodzice pozwalali mi popełniać błędy. Na drodze tych doświadczeń nabrałam dużej pewności siebie i odwagi. Odwaga to ważna rzecz. Nie rozumiem, dlaczego na święta Bożego Narodzenia Mikołaj pyta dzieci, czy były grzeczne. Ja zawsze pytam Marysię, czy w tym minionym roku była odważna. Wielki wpływ miał na mnie też mój tata. Nadodpowiedzialny, nadpracowity, widzący w tamtych siermiężnych czasach możliwości tam, gdzie nikt ich nie widział. Miał warsztat samochodowy w podwórku, obok naszego domu. I fascynujących klientów. Wanda Rutkiewicz, profesor Bardini, Violetta Villas, filmowcy, ambasadorzy. Nie chodziłam do przedszkola, więc pewnego dnia dostaliśmy pismo, że obejmuje mnie już „obowiązek szkolny”. To był dramat, bo warsztat samochodowy taty był dla mnie rajem. Wszyscy byli przyzwyczajeni, że gdzieś tam się plączę.

W podstawówce rozbijałaś się motorynką po okolicy. Mama podjęła wywrotową jak na tamte czasy decyzję, że będę uczęszczać na prywatne lekcje angielskiego. Nie docierałam na nie, bo wymyśliłam sobie, że pieniądze będę odkładać właśnie na motorynkę. A jak już ją zdobyłam, to wciąż znikałam. Jeździłam jak szalona po wojskowych fortach, które były w okolicy, i w pocie czoła uczyłam się kolejnych ewolucji, na przykład palenia gumy i jazdy na jednym kole.

Nikt nie wyrzucał ci, że to za bardzo chłopackie? Rodzice nigdy. Ale w kółko to słyszałam, chłopaki bez przerwy mnie podpuszczali. A ja się dawałam podpuszczać. Testy na odwagę – rozbijałam tę swoją motorynkę albo kolana. A im bardziej mi coś nie wychodziło, tym bardziej się zacinałam, że chcę być lepsza od nich.

Jak przetrwałaś okres dojrzewania? Piersi rosły zdecydowanie za wolno jak na mój ówczesny ogląd sprawy [śmiech]. Przez jakiś czas byłam wypłoszem, tu miałam za dużo, tam za mało. Miałam też ogromne problemy z cerą, co bardzo mnie krępowało. Byłam między czasem beztroskiego chłopackiego dzieciństwa a okresem, kiedy konstytuowałam się jako kobieta, co też owocowało dość kuriozalnymi eksperymentami. Epatowaniem kobiecością. Podkreślanie jej rozumiałam w zupełnie inny niż dzisiaj sposób. Nazwijmy rzeczy po imieniu: bardzo dosłownie. Kiedy patrzę na zdjęcia z tamtego okresu, widzę, że wszystkiego jest tam za dużo. Albo za mało. Za mocny make-up, za głębokie dekolty, za krótkie spódniczki.

Martyna Wojciechowska w sesji dla 'Zwierciadła', fot. Marta Wojtal / #projektmiłość Martyna Wojciechowska w sesji dla "Zwierciadła", fot. Marta Wojtal / #projektmiłość

W wywiadach nieraz przyznawałaś, że kobiety cię irytowały, że lepiej dogadywałaś się z facetami. Denerwowało mnie plotkowanie, mówienie o niczym, rozkładanie błahych spraw na elementy pierwsze. Dla mnie liczył się konkret, żeby popchnąć sprawy do przodu. Dopiero później zrozumiałam, że nie chodzi o to, żeby przyjąć męski sposób widzenia i model działania, tylko wypracować własny. Zaczęłam inaczej postrzegać ten kobiecy zestaw cech, zrozumiałam, że on wcale nie oznacza rozkładania błahych spraw na elementy pierwsze, tylko większą uczuciowość i empatię. Że pozorne niezdecydowanie to po prostu większa refleksyjność. Ta kobieca energia, siostrzana miłość, którą teraz czuję z fajnymi, mądrymi kobietami, które mnie otaczają, napędzają mnie do działania.

Dużo czasu zajęła ci ta wolta w myśleniu? Wiele się zmieniło, kiedy zostałam mamą. Czysta fizjologia. Nabrzmiałe piersi, płaczące dziecko, zmęczenie, bezsilność, ale też ogromne poczucie wspólnoty z innymi kobietami.

Co daje ci poczucie bezpieczeństwa? Wewnętrzne przekonanie, że potrafię nawet w trudnych warunkach przetrwać. I zadbać o najbliższych. Czuję, że można mi zabrać wszystko, a ja i tak przetrwam. Wiem to.

A umiesz określić, skąd bierze się u ciebie nieustanna potrzeba adrenaliny? Jest udowodnione, pisaliśmy o tym w „National Geographic”, kiedy jeszcze pełniłam tam funkcję redaktor naczelnej, że jest coś takiego jak D4DR – gen sprawiający, że ludzie, którzy go mają, znacznie chętniej podejmują ryzyko. Ten gen sprawia też, że masz większą niż inni potrzebę przemieszczania się. Mniej więcej się zgadza.

Spakowałabyś życie w walizkę? Pewnie chciałabym odpowiedzieć twierdząco i dodać filozoficznie, że jestem wiecznym wędrowcem. Ale jednak nie. Obrosłam rzeczami, które lubię, szczególnie książkami, jestem dość sentymentalna, przechowuję notatki, pamiątki, wycinki. Zbieram stroje z krańców świata z myślą o stworzeniu kolekcji muzealnej. Są posegregowane, przełożone pergaminem, opisane. Bhutan, Indie, Samoa, Papua. Byłabym w stanie porzucić wszystko tylko wtedy, gdybym naprawdę musiała. Lubię surowe warunki życia, takie jak moja drewniana chata w górach i piec kaflowy zamiast centralnego ogrzewania – serwuję je sobie regularnie, ale dobrze mi też, kiedy wracam do naszego mieszkania na warszawskim Żoliborzu.

W trudnych sytuacjach od razu idziesz na czołowe zderzenie? W tych najtrudniejszych potrafię zachować totalny spokój. To trochę cecha wrodzona, nie mam skłonności do panikowania. Ale też nauczyłam się tego w domu. Mama nigdy by nie powiedziała: „To straszne! Co my teraz zrobimy?!”. W naturalny sposób nie jestem szczególnie ekspresyjna, jeśli chodzi o strach i złe emocje. Łatwo przychodzą mi wybuchy radości, zapalam się do czegoś, ale negatywne emocje potrafię trzymać na wodzy. Czy to coś złego i będę miała z tego powodu wrzody żołądka? Po prostu wierzę, że mówiąc coś na głos, nadajemy temu energię. Dlatego tak bardzo zwracam na to uwagę: „Nie mówcie, że mamy problem. Nie, nie mamy problemu, mamy wyzwania. Nie mów, że ci się udało. Mów, że to zrobiłaś”. Poza tym bardzo ufam intuicji. Zawsze zrobię coś bardziej z serca niż z racjonalnej analizy.

W relacjach sprawdza się to tak samo dobrze jak podczas zdobywania szczytu? Generalnie ufam ludziom, jestem otwarta. I jak każdy mam różne doświadczenia w życiu zawodowym i prywatnym. Także takie, że ktoś mnie zawiódł, zdradził. Ale też nigdzie nie jest powiedziane, że ludzie mają być z nami na zawsze. Nie żałuję żadnej relacji, choć być może nie każda mnie szczególnie wzbogaciła. Na różnych etapach życia potrzebujemy różnych rzeczy. Jestem przekonana, że teraz żyję w odpowiednim miejscu, czasie, otoczona właściwymi ludźmi. Ale jeśli spotkamy się za pięć lat i ten zestaw ludzi wokół mnie będzie nieco inny, to nie znaczy, że teraz jest zły. Po prostu przyjmuję, że sytuacja może się zmienić, że świat się zmienia i my też się zmieniamy.

Potrafisz o tym myśleć bez smutku? Straciłam bardzo bliskie osoby w dosłownym znaczeniu tego słowa. Umarły, zginęły w tragicznych okolicznościach. Pewnie, że w takich momentach zastanawiasz się, dlaczego świat się nadal kręci, jak to możliwe. Ale też wiem, że potem nastaje codzienność, budujesz inne relacje. Utrata, ta dosłowna i ta bardziej w przenośni, kiedy nasze drogi się rozchodzą, już mnie tak bardzo nie przeraża.

Jesteś szczęśliwa? Jestem najszczęśliwsza, odkąd pamiętam.

To czego ci można życzyć? Nie zabrzmi to spektakularnie, ale zdrowia. Resztę sobie jakoś ogarnę.

 

  1. Kultura

Tom Hanks o mediach, szukaniu prawdy i fiacie 126p

Tom Hanks (fot. BEW PHOTO)
Tom Hanks (fot. BEW PHOTO)
Tom Hanks, wybitny aktor znany z takich filmów jak "Zielona mila", "Forrest Gump", "Szeregowiec Ryan", "Terminal", "Cast Away: Poza światem" i "Masz wiadomość" kończy dziś 63 lata. Z tej okazji przypominamy rozmowę Anny Tatarskiej z aktorem. Dzięki roli w „Czwartej władzy” miał okazję walczyć w obronie wolności słowa i po raz pierwszy spotkać się na planie z Meryl Streep. Jeden z najsympatyczniejszych aktorów Hollywood opowiada nam o mediach, szukaniu prawdy i – oczywiście – o fiacie 126p.

Grał pan u Stevena Spielberga już pięć razy, ale podobno przy "Czwartej władzy" było inaczej. Tak, bo na planie rozbrzmiewał dźwięk maszyn do pisania. Dla mnie to wciąż dźwięk kojarzący się z atmosferą pracy. Zdaję sobie sprawę, że dziś odgłosy z nią wiązane to raczej gwar zatłoczonego Starbucksa, ale według mnie praca wciąż brzmi jak to charakterystyczne „taka-tadam-ciak-ciak-tabadamdam!” [z zaangażowaniem naśladuje maszynę do pisania].

Jak to się stało, że choć pracowaliście już z Meryl Streep razem poza ekranem, to w „Czwartej władzy” po raz pierwszy spotykacie się przed kamerą? Naprawdę nie wiem! Całą moją karierę modliłem się: „Dobry Boże, uśmiechnij się do mnie i ześlij mi film z Meryl Streep”. Jedyne wytłumaczenie jest takie, że ona miała we wszystkich swoich kontraktach antyhanksowską klauzulę. Byliśmy jak orzeł i mangusta – jedno żyje w nocy, drugie za dnia. Marzyliśmy o spotkaniu, ale nie udawało nam się do niego doprowadzić. Oczywiście, to ja jestem mangustą, a Meryl – orłem.

Podobno niechcący wpuścił pan na planie Meryl w maliny. Otóż Meryl nie wiedziała, że Steven nie uznaje prób. Miałem nad nią przewagę, bo pracowałem już ze Stevenem i znałem jego metody. Podzieliłem się uwagami na temat jego techniki z kolegami, którzy grali reporterów, ale zapomniałem wtajemniczyć Meryl. Może chodziło mi o to, żeby utrudnić jej pracę i zdobyć więcej zbliżeń dla siebie?! A tak na poważnie, to założyłem, że wszyscy wiedzą, jak on pracuje, tym bardziej Meryl, ta Meryl. Przecież ona wie wszystko. I jakoś nie przyszło mi do głowy, że ona może chcieć próbować sceny. Uznałem, że się odnajdziemy gdzieś w toku pracy.

Znaleźliście wspólny język. Są w filmie cudownie zagrane sceny, gdzie gadacie jedno przez drugie z ogromną naturalnością. Improwizacja czy doświadczenie? Kiedy scena kręcona jest w szerokim planie, aktorzy mogą sobie pozwolić na to, by wchodzić sobie w słowo. Steven uwielbia swoich aktorów i w ogóle ludzi, z którymi pracuje. Często pyta ich o opinię, zawsze szuka jakiejś iskry, czegoś, gdzie nie sięga wyobraźnia. Na moje pytanie: „Gdzie jest ustawiona kamera?”, potrafi odpowiedzieć: „Nieważne, grajcie, moja w tym głowa, żeby było dobrze”. Steven to prawdziwy magik.

Wciela się pan w legendarnego wydawcę „The Washington Post”, Bena Bradlee. Tę postać unieśmiertelnił Jason Robards, który zagrał go we „Wszystkich ludziach prezydenta”. Inspirował się pan jego rolą? Występowałem u boku Jasona milion lat temu [w „Filadelfii” – przyp. red.]. Zdaję sobie sprawę, że wielu osobom z Benem Bradlee kojarzy się właśnie on. Ale tym razem nie było potrzeby studiować jego występu. Bradlee funkcjonuje w pewnym stopniu jako mit. Uznałem, że grać go to tak, jakby podchodzić do postaci Ryszarda III czy innego Frankensteina.

Bradlee to rzeczywiście postać symbol, ale pan miał szansę go spotkać. Poznałem go dzięki Norze Ephron [scenarzystka i reżyserka, m.in. „Bezsenności w Seattle” i „Masz wiadomość”]. Do spotkania doszło w Waszyngtonie, gdzie przyjechałem na otwarcie pomnika Drugiej Wojny Światowej, a on, jako były żołnierz, też tam był. Na galowej kolacji posadzono mnie obok Sally Quinn [dziennikarka „The Washington Post” i ostatnia żona Bena Bradlee – przyp. red.]. Z czasem atmosfera się rozluźniła, wszyscy się poprzesiadali i wreszcie mogłem z nim porozmawiać. W każdym klipie, wywiadzie, jaki potem obejrzałem, przygotowując się do filmu, był właśnie taki, jakiego pamiętam z tamtego spotkania przy drinku.

Poznał pan też Kay Graham, którą gra Meryl. To było dzień przed tym, jak zmarła. Przedziwne zdarzenie, trudno mi o tym mówić. Zrobiła na mnie wrażenie osoby wyważonej, która nie wygłasza opinii, ot tak, z marszu. Rozmawialiśmy o filmach, zasugerowałem, że kiedyś wszyscy będą je oglądać w domowym zaciszu, na komputerach i wypasionych telewizorach. „O nie – odpowiedziała. – Głupota! Ludzie zawsze będą chodzili do kina”. Nie dowiedziałem się o niej zbyt wiele, ale moje wrażenia pokrywają się z materiałem, który znalazł się w jej autobiografii, nagrodzonej Pulitzerem „Personal History”.

„Czwarta władza” opowiada o Pentagon Papers – tajnym raporcie rządu USA dotyczącym wojny w Wietnamie, i o kwestii wolności prasy. To wciąż ważne i aktualne? Na planie codziennie rano oglądałem wywiad, którego Ben Bradlee udzielił The Poynter Institute, centrum nauki o dziennikarstwie. Opowiada w nim o doświadczeniu, które zaważyło na jego życiu. Był młodym dziennikarzem, kiedy na jego oczach szef lokalnej policji bezczelnie skłamał na temat toczącej się sprawy. Ben nie mógł pojąć, jak ten człowiek może to robić. Wprost, patrząc w oczy, kiedy wszyscy wiedzą, że jest inaczej. Ben uważał, że kiedy na twoje pytanie ktoś odpowiada kłamstwem, trzeba się zastanowić, dlaczego to robi. Co to znaczy? To też jest materiał. Ta potrzeba dociekania prawdy zawiodła go w dziennikarskie kręgi. Miał głębokie poczucie odpowiedzialności za bycie przedstawicielem czwartej władzy. Uważał, że należy kopać tak długo, aż się człowiek dokopie do faktów, które pozwalają bezdyskusyjnie udowodnić tezę. Nie można twierdzić, że dwa plus dwa to pięć. I że Richard Nixon nie próbował powstrzymać „The New York Timesa” i „The Washington Post” przed opublikowaniem dokumentów obnażających winę Pentagonu. W 1971 roku rząd chciał ukryć swoje postępki, bo gdyby obywatele odkryli, że ich okłamywano, nie można by było ich dalej oszukiwać. To było podwójne nadużycie tego, czym ma być demokracja, zamach na samą podstawę idei wolności. Wolność oparta jest na pewnej transparentności działań. Dlatego tamto śledztwo „The Washington Post” i tamten wyrok Sądu Najwyższego były tak ważne. Sąd uznał, że prasa służy rządzonym, a nie rządzącym. Samo podważanie tej zasady byłoby de facto zamachem na pierwszą poprawkę, a bez niej Ameryka nie może istnieć w kształcie, w jakim została powołana do życia.

Pilnuje tego właśnie prasa, czyli tytułowa czwarta władza. Jako człowiek mający częstą styczność z mediami jak ocenia pan ich ewolucję? Dziś artykuł nie może być już luźnym zbiorem anegdot czy opinii, musi być poszukiwaniem prawdy. To ważniejsze niż kiedykolwiek, bo otacza nas wodolejstwo i werbalna przemoc. Wiele wątpliwości wzbudza też we mnie fakt, że dziś każdy, kto prowadzi podcast czy stronę internetową, może się nazywać dziennikarzem, mieć swoją opinię i przekonywać do niej odbiorców. Oczywiście każdy ma prawo do własnej opinii, ale nie do własnych faktów – tu nie ma miejsca na subiektywizm.

Internet to idealne środowisko dla kombinatorów i mitomanów. Ben Bradlee szybko zrozumiał, że ludzie kłamią. Kłamie hycel, szef policji, szef drukarni. Wszyscy. Internet wypełniony jest kłamstwami. Kolejnym newsowym postom na Facebooku można ufać mniej więcej tak jak napisom na ścianach w męskiej toalecie. Trudno się z tym konfrontować. Moja rada? Bądź czujny, ale nie stawaj się cyniczny. Prawda istnieje. Możemy się z nią nie zgadzać, ale ona istnieje, choć jest wciąż celem ataków. Kiedy prawda zaczyna być podważana, rozmywana przez władzę, to znaczy, że rozpoczął się proces legitymizacji fałszu. Dół staje się górą, czarne – białym, a dwa plus dwa już nie równa się cztery. Kiedy tak się dzieje, to znaczy, że znaleźliśmy się w rzeczywistości będącej dziwną kombinacją anarchii i „Big Brothera”.

Ostatnio przed wywiadami regularnie sprawdzam listy płac. Też odnosi pan wrażenie, że w kwestii równouprawnienia film jest kilka kroków za telewizją? W telewizji kobiety naprawdę dają czadu. Są tam reprezentowane o wiele lepiej niż w tradycyjnym kinie. To bardziej zróżnicowana gałąź branży filmowej, także rasowo i etnicznie. Ekonomia branży filmowej jest dyktowana przez mężczyzn, którym wydaje się, że bilety do kina kupują ojcowie, synowie i bracia. Ja tego nie rozumiem. Pracowałem z wieloma kobietami i nigdy nie miałem wątpliwości, kto rządzi na planie. Jestem przekonany, że w tych salach konferencyjnych, na radach i za biurkami, na których wypisywane są czeki, proporcja płci będzie się zmieniała. Swoją drogą na początek przydałyby się konkretne zapisy o obowiązkowej równowadze płci. Tak, żeby te składy odzwierciedlały proporcję, jaka istnieje w społeczeństwie.

Kiedy media donosiły o kolejnych przypadkach molestowania w branży, o panu krążył następujący dowcip: „Tom Hanks oskarżony przez kolejną kobietę o bycie miłym gościem”. Czy jakieś kobiety o to mnie posądzają? Ja pamiętam to inaczej!

Wspomógł pan swoim wizerunkiem akcję charytatywną na rzecz polskiego szpitala. W rezultacie w pana garażu zaparkował fiat 126p. Przyznaję, że prowadziłem go tylko raz. Zmieściłem się do środka! Przysięgam, hamowanie przypomina udeptywanie gąbki…

Od lat ta sama żona, przyjaciel kobiet, szalenie kulturalny, miły człowiek – tak pana widzą, czy pan tego chce, czy nie. A jak pan widzi to, co się dzieje w branży w konsekwencji afery Weinsteina? Są i tacy, którzy biją na alarm, że zwariowaliśmy, że teraz nie będzie już się można podrywać, że to koniec flirtu… Minie trochę czasu, zanim cała ta burza się uspokoi. Jeszcze trochę posłuchamy tego typu obaw. Ale tu nie chodzi o flirt! Nie ma żadnego prawa zabraniającego flirtu, a nawet zakochiwania się w koledze z planu. Ale musi istnieć rodzaj etosu, zasad mówiących, że osoba mająca władzę nie może podrywać podległych mu kolegów czy koleżanek, którzy nie są w stanie powiedzieć „nie” ze strachu przed utratą pracy. Nie ma, oczywiście, prawa zabraniającego bycia dupkiem, ale wydaje mi się, że istnieje pewna etyka zawodowa wskazująca, że nie można być dupkiem w pracy. Spokojnie, jestem pewny, że flirtowanie nigdy nie zostanie zakazane. Ale seksualne drapieżnictwo – owszem. Z czasem powstaną konkretne narzędzia prawne, by je klasyfikować i zwalczać. Zmiana wciąż trwa, na pewno część wydarzeń jeszcze przed nami, ale przekroczyliśmy już Rubikon.

 

  1. Kultura

Brigitte Bardot walczy o prawa zwierząt. "Teraz wiodę życie wojowniczki"

Brigitte Bardot od lat walczy o prawa zwierząt (1998), fot. BEW PHOTO
Brigitte Bardot od lat walczy o prawa zwierząt (1998), fot. BEW PHOTO
Gdy porzuciła karierę aktorki, zajęła się tym, co było dla niej naprawdę ważne: walką o prawa zwierząt. I trwa w tym od 46 lat. – Kiedyś uważano słowa, które wypowiadałam w ich obronie, za błahe, głupie i płytkie. Dziś los zwierząt i nasz do nich stosunek stały się w końcu przedmiotem debaty publicznej – pisze Brigitte Bardot w swojej książce „Łzy walki”.

Kiedy zagrała w filmie „I Bóg stworzył kobietę”, wywołała skandal. Kiedy porzuciła karierę aktorki i życie gwiazdy, wszyscy osłupieli. A ona zajęła się tym, co było dla niej naprawdę ważne: walką o prawa zwierząt. I trwa w tym od 46 lat. – Kiedyś uważano słowa, które wypowiadałam w ich obronie, za błahe, głupie i płytkie. Dziś los zwierząt i nasz do nich stosunek stały się w końcu przedmiotem debaty publicznej – pisze Brigitte Bardot w swojej książce „Łzy walki”.

– Bonjour, Ania! – w słuchawce słyszę miły głos. – Tu Bernard d’Omale, mąż Brigitte (czwarty i z najdłuższym stażem, bo od 27 lat). Miło cię słyszeć. Dostałem twój mejl. Więc chcesz zrobić wywiad z Brigitte? Strasznie przerywa, kiepsko cię słyszę, jakaś burza przewala się nad Saint-Tropez. Może zdzwońmy się wieczorem?

– Ania? O, teraz lepiej. No, więc wywiad na razie się nie odbędzie. Brigitte jest wstrząśnięta aferą z mięsem chorych polskich krów importowanym do Francji. Tyle lat jej walki o prawa zwierząt i wszystko na nic. Przykro mi, Aniu.

Przekonuję, że poczekam, że zadzwonię pod koniec miesiąca, może emocje opadną. W końcu to Brigitte Bardot. Warto czekać.

– Bonjour, Ania! Tak, tak, pamiętam. A co powiesz na to, żeby wysłać pytania mejlem? Nie? Ale Brigitte ma niezwykle żywe pióro, zresztą wiesz, bo czytałaś książkę. Poza tym kiedy pisze, łatwiej jej zebrać myśli. Wyjdzie ciekawiej. Że bez rytmu rozmowy i nienaturalnie? Nic się nie martw. Poza tym mieszkamy w takim miejscu, że telefoniczne połączenia się co chwilę urywają. Nawet teraz, jak z tobą rozmawiam, muszę łapać zasięg, co chwilę chodzić a to trzy metry w prawo, a to w lewo. Brigitte ma chore nogi, nie może tak wędrować. Przez Skype’a? No nie, my już jesteśmy na to za starzy. Brigitte wszystko pisze ręcznie. Komórkę owszem, ma, ale tylko po to, żeby jej nigdy nie używać. Z mojej? Ale przecież przerywa (choć nie przerywa nic a nic). Najlepiej będzie mejlem. No, chyba że tu przyjedziesz.

Od razu widzę, jak otwiera się przede mną niebieska brama prowadząca do willi La Madrague, przez którą wciąż wyglądają wielbiciele Bardot, mimo że karierę aktorską gwiazda zakończyła w 1973 roku. Paparazzi nieraz starali się prześwietlić obiektywami osłaniające posiadłość od strony morza pinie. Szłam zresztą kiedyś, dawno temu, ścieżką biegnącą przy jej willi. Płot jak płot. Ale brama kultowa. A przed nią zawsze miska wody dla spragnionych psów.

– Mogę przyjechać, z wielką chęcią. Jutro? Pojutrze? – odpowiadam, starając się nie myśleć o cenie biletu do Nicei na ostatnią chwilę. Liczę na to, że Bernard zmięknie, gdy zobaczy, że zależy mi na rozmowie tak bardzo, że jestem w stanie stawić się z notesem w ręku pod bramą chociażby i jutro. On zamiast tego stara się elegancko wykaraskać z propozycji, którą rzucił, by mnie przekonać do wywiadu mejlowego, a która zadziałała wręcz przeciwnie. Broni dostępu do Brigitte jak lew. – Jutro to na pewno nie, musielibyśmy pomyśleć kiedy, to nie takie proste, Brigitte ma zajęty kalendarz, poza tym już żadne z nas młodzieniaszki. Ale zapytam i dam znać.

Dwa dni później dostaję SMS. Miła wiadomość jest kolejną odmową. Ułańska fantazja nie zadziałała. Nie otworzyła drzwi. Jest mu bardzo przykro, ale Brigitte nie jest w formie, umarła jej przyjaciółka, więc, niestety, wywiad jak już, to za jakiś czas i tylko mejlowo. Na pocieszenie dodaje: – Merci, charmante Ania, może jednak trochę mu zaimponowałam swoim uporem. No, ale co z tego.

– Bonjour, Bernard. Czy Brigitte czuje się już lepiej? – Tak, chere Ania, lepiej. Bo wiesz, bardzo przeżyła śmierć swojej kochanej suczki. Przez kilka dni zupełnie nie mogła dojść do siebie. Tylko na rozmowę wciąż nie ma sił.

–To wyślij pytania mejlem – poddaję się i skoro nic innego mi już nie pozostaje, obiecuję poprosić redaktor naczelną, by zrobiła wyjątek i zgodziła się na wywiad mejlowy. W końcu to Brigitte Bardot. – Przekonaj ją i udanego weekendu – rzuca, a ja czuję, jak szlag mnie trafia, bo przecież już od ponad dwóch miesięcy zabiegam o tę rozmowę.

Mogłam się spodziewać takiego obrotu sprawy. Niejeden dziennikarz, nawet taki, który zaszedł aż pod bramę jej domu i wrzucał prośby o spotkanie do skrzynki na listy, obszedł się smakiem. Pytania i tak musiał wysłać faksem, a Brigitte Bardot odpowiedziała tylko na te, na które miała ochotę. Ja, o dziwo, dostaję odpowiedź na niemal wszystkie. A pod nimi – niczym nagroda za cierpliwość – pełen zawijasów autograf. Brigitte Bardot myśli układa w zdania zdecydowane i ostre jak jej bezkompromisowy charakter. No i krótkie, więc za uzupełnienie opowieści musi posłużyć jej ostatnia, wydana właśnie w Polsce książka „Łzy walki”.

***

Jak to jest być żywą legendą? Nie jestem żadną żywą legendą! Jestem kobietą.

Jak dziś, z dystansu, patrzy pani na czasy brigittomanii? A czymże jest ta brigittomania? To jakaś choroba?

Czy jako młoda dziewczyna zdawała sobie pani sprawę z wyjątkowości swojej urody? Nigdy nie czułam się piękna ani tym bardziej piękniejsza od innych.

Czuje się pani czasem ofiarą własnego wizerunku? Więcej, czuję się więźniem samej siebie.

Marzy pani o anonimowości? Czasami chciałabym być niewidzialna.

W książce „Łzy walki” dodaje: Kiedy udaję się z La Madrague do mojej małej farmy w La Garrigue, natykam się niekiedy na przechodniów czy kierowców, którzy przystają na mój widok. Bernard chciałby czasem pójść ze mną na kolację do jakiejś knajpki w okolicach Saint-Tropez, ale na ogół mu odmawiam, ponieważ wiem, że zaraz ktoś do mnie podejdzie, ktoś inny będzie przypatrywał się, co jem, jak trzymam widelec, poprosi o wspólne zdjęcie czy o wpis do księgi gości, a ja nie będę umiała odmówić”.

Zwykła pani mówić, że ma dwa życia. To drugie zaczęło się, gdy u szczytu kariery, w 1973 roku, niespodziewanie rozstała się pani z kinem? Życie gwiazdy to zamknięty rozdział. Teraz wiodę życie wojowniczki.

„Film z początku mnie bawił. Ale nigdy tej pracy nie lubiłam” – pisze pani w „Łzach walki”. Kino było o tyle ważne, że zyskana dzięki niemu rozpoznawalność pomaga mi w walce o prawa zwierząt.

By sfinansować swoją fundację, sprzedała pani w 1987 roku na aukcji w Paryżu oraz siedząc na rynku w Staint-Tropez pamiątki z czasów kariery aktorskiej: gitarę, biżuterię, meble, suknię ze ślubu z Rogerem Vadimem. Później przekazała pani fundacji większość swoich nieruchomości. Trudno się było rozstać z pamiątkami z „poprzedniego życia”? By stworzyć fundację, sprzedałam wszystko, co miało wartość. Nie żałuję tych pamiątek, bo pieniądze, jakie za nie dostałam, sprawiły, że ocaliliśmy życie wielu zwierząt. Zresztą ja niczego nie żałuję.

W książce opisała to tak: „Należące do mnie dotąd przedmioty, stanowiące część mojej duszy, przechodziły w cudze ręce. Moje pierwsze życie ustępowało miejsca drugiemu”.

Nazwisko Bardot otwiera wszystkie drzwi? Nie, moje nazwisko nie otwiera wszystkich drzwi. Ale potrafi je uchylić.

„Ofiarowałam młodość i urodę mężczyznom, dziś ofiaruję swoją mądrość i doświadczenie zwierzętom” – dziś ma pani 85 lat. Skąd czerpie pani siłę? Cierpienie zwierząt pcha mnie do walki. Nie mogę siedzieć bezczynnie, gdy dzieją im się te wszystkie okropieństwa. Społeczeństwo, owszem, ewoluowało. Ale ewoluowały też okrucieństwa, jakie serwujemy zwierzętom. Niestety!

„Nie należę do ludzkiego gatunku i nie chcę do niego należeć. Czuję się inna, trochę nieprzystająca do tego świata” – pisze pani w książce. Dlaczego? Ludzkości daleko do ludzkiego traktowania świata wokół. To dlatego zdecydowanie bliżej mi do zwierząt niż do ludzi, od których uciekam jak od zarazy.

W książce dodaje: „Dopóki będzie się traktować zwierzęta jak jakąś niższą formę życia, dopóki wyrządzane im będą krzywdy i zadawane cierpienia, dopóki będzie się je zabijać, by zaspokajać własne potrzeby, dla rozrywki i uciechy, dopóty nie będę uważać się za przedstawicielkę tej butnej i krwiożerczej rasy”.

Jakie ma pani największe marzenie? Żeby zwierzęta i ludzie żyli w harmonii.

Co dają pani zwierzęta? Równowagę, swoją całkowitą miłość, zaufanie, bezinteresowność, spokój.

W domu ma pani sześć psów i trzy razy więcej kotów. Jak to jest mieszkać z tak wieloma zwierzętami? Podobno czasem się pani śmieje, że we własnym łóżku nie może rozprostować nóg, bo miejsce zajmują psy? Moje zwierzęta to moi najukochańsi przyjaciele i nie umiałabym bez nich żyć.

A gdyby mogła się pani odrodzić jako zwierzę, to…? Byłabym dzikim mustangiem.

Jak wygląda pani życie w Saint-Tropez? Nie mieszkam w Saint-Tropez. Mieszkam w La Madrague!

W książce napisze: La Madrague stanowi część mojego ja, tak jak ja stanowię część jego. Kupiłam tę rybacką chatę w 1958 roku. […] La Madrague jest nieduża i skromna. Ludzie, którzy mnie tu odwiedzają, są tym zaskoczeni, spodziewając się zapewne pełnego blichtru domu nad wodą, jak na rezydencję gwiazdy przystało. A tu nic z tych rzeczy. Prawdę mówiąc, nie znoszę dużych pomieszczeń, lubię małe, przytulne domy z nisko opadającym dachem.

Co sprawia pani radość? Zachód słońca, śpiew ptaków, cisza przerywana tylko szumem fal, oczy moich psów, mruczenie kotów.

Żyje pani na uboczu. Lubi pani samotność? Ja nie tylko lubię samotność. Ja jej potrzebuję.

Utrzymuje pani jakieś przyjaźnie i znajomości z czasów, gdy była aktorką? Żadnych.

Nadal pamiętają o pani ludzie na całym świecie, dostaje pani masę korespondencji, podobno nawet kilkadziesiąt listów dziennie. O czym ludzie do pani piszą? To ważne, poruszające i wspaniałe listy. Czuję w nich miłość i cierpienie. Na te, które poruszają mnie najbardziej, zawsze odpisuję.

Jakie jest pani przesłanie? Co najważniejszego chciałaby pani powiedzieć ludziom? Przestańcie jeść zwierzęta! I kochajcie je tak, jak ja je kocham!

***

– Bonjour, Ania! Dostałaś mejl z odpowiedziami? – dopytuje się Bernard. – Byłabyś tak miła i wysłała mi numer magazynu, gdy już się ukaże wywiad? Znasz adres? Zresztą czasem wydaje mi się, że wcale nie jest on potrzebny, bo przychodzą do nas listy „zaadresowane” po prostu: Brigitte Bardot. Nie przestaje mnie to zadziwiać. Ale, proszę, zanotuj sobie. Właściwie nie trzeba wiele dodawać. Tylko dopisek „Francja”, kod pocztowy, Saint-Tropez, La Madrague. Z Polski Brigitte też dostaje listy. Daj znać, jak będziesz w okolicy. Zapraszamy. A jak pogoda w Warszawie? Nad Saint-Tropez znów się zerwała burza. Istne wariactwo z tą pogodą.