1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Ten Typ Mes: Zamach na przeciętność

Ten Typ Mes: Zamach na przeciętność

Ten Typ Mes, fot. Wiktor Franko
Ten Typ Mes, fot. Wiktor Franko
Powiedzieć o nim, że jest jednym z najbardziej znanych polskich raperów, to jednak mało. Bo Ten Typ Mes swobodnie przekracza granice gatunków, a lista artystów, z którymi współpracuje, jest imponująca. Ten rozmach nie ogranicza się zresztą do muzyki. Przyznaje: – Potrzebuję odpowiedniej dawki silnych wrażeń, żeby czuć, że żyję.

Ten Typ Mes jest dla polskiego hip-hopu tym, czym Alexis dla »Dynastii«”, to słowa jednego z twoich współpracowników. Brzmią złowieszczo.
To, że wziąłem sobie za cel być w kontrze i staram się kilofem swojego warsztatu, talentu i poglądów robić wyłom, wynika raczej z dobroci serca niż z niecnych zamiarów. Mam radykalne poczucie sprawiedliwości zarówno społecznej, jak i artystycznej, i nie mieści się w nim to, że osoby, które mają problemy z wysławianiem się i poczuciem rytmu, piszą teksty, wydają płyty i znajdują odbiorców. Za dużo ludzi się do sukcesu hiphopowego pcha, wartość artystyczna kłóci się z możliwością zarobienia dużych pieniędzy. Dlatego jeśli pytasz mnie o polski hip-hop, będę występował raczej z pozycji opozycji.

Co ci chodziło po głowie, kiedy przy słynnym projekcie „Albo inaczej” zapraszałeś do współpracy Krystynę Prońko, Ewę Bem czy Zbigniewa Wodeckiego? Skąd wziął się tamten pomysł, żeby tacy artyści śpiewali klasykę polskiego hip-hopu w nowych, głównie jazzowych aranżacjach?
Poza pierwszą myślą, żeby to zrobić, bo to będzie ciekawe i odświeżające, chciałem połączyć świat dobrych tekściarzy i ludzi, którzy zajmują się wokalem. Pamiętam, że na początku była konsternacja. Musiałem odpowiadać na pytania, po co te wszystkie przekleństwa, czy na pewno są konieczne. Tłumaczyłem, że chodzi o swobodę wypowiedzi, nie ma barier, żadnej autocenzury, coś, co dla mnie samego, kiedy byłem nastolatkiem i ciągnęło mnie do hip-hopu, było najbardziej atrakcyjne. Ale już w czasie nagrań widziałem zmianę – łączność między asami pokroju Krystyny Prońko czy Zbigniewa Wodeckiego a tekstami, przez które mieli się przedrzeć. Widziałem, jak się w nich coś otwiera, że to czują. Byli w stanie wyrzucić z siebie mnóstwo słów w odpowiednim rytmie, słychać było, że dostrzegają podobieństwo do tych wszystkich jazzowych standardów wypełnionych ciasno sylabami.

Jesteś chyba na naszym rynku rekordzistą, jeśli chodzi o liczbę muzycznych kooperacji. Nagrywałeś choćby z Dawidem Podsiadłą, Marią Peszek, Moniką Borzym, pisałeś teksty dla Korteza i Mroza. To sprawa wrodzonej nadpobudliwości czy ambicji łączenia muzycznych światów?
Ktoś, kto zna tylko moją jedną imprezową piosenkę, może myśleć, że nie robię nic, tylko piję wódę od rana, a ja właśnie nie chcę grać ciągle tej samej piosenki przez 50 lat. Nie chcę jak artysta folkowy zap.....lać tego samego utworu na bandżo przy akompaniamencie fletu. Pewnie można tak żyć, ale mnie od jednego instrumentarium już po trzech latach odpadłby mózg. Za to nie mam nic przeciwko, żeby z takim folkowym artystą współpracować. Jest tyle pięknych dźwięków. Chciałbym je mieć, okiełznać. To, że nagrywam ballady, muzykę elektroniczną, jazz, wynika z mojego głodu muzyki, chcę zrobić jak najwięcej, zanim umrę.

Ta chęć, ten głód są także pozamuzyczne?
Powiedzmy, że potrzebuję w skali roku odpowiedniej dawki silnych wrażeń, żeby czuć, że żyję.

Komu pierwszemu powiedziałeś, że chcesz być raperem?
Nie pamiętam, byłem jeszcze przed liceum. Słyszałem skandaliczny rozdźwięk między tym, jakie to wszystko jest profesjonalne i piękne, świetnie napisane, doskonale zmiksowane i nagrane w Stanach, czyli jak to powinno brzmieć, a jak brzmi u nas. Próbowałem słuchać Liroya czy pierwszego Kalibra 44 i nie mogłem, nie słyszałem, co mówią. Więc zakasałem rękawy i wraz z przyjaciółmi postanowiłem przełożyć ten amerykański profesjonalizm na polski realizm.

To właśnie oznajmiłeś rodzicom? Że tym masz zamiar zajmować się w przyszłości?
Nadmiar ambicji nie jest w naszej rodzinie niczym dziwnym. Ale też jestem z domu, w którym dopóki się czegoś nie osiągnie, nie ma o czym mówić. Poza tym warto pamiętać, że chodziło o czasy, w których to, że nie pisałem piosenek o tym, jak przetrwać na ulicy albo ile blantów jaram, było zasadniczym problemem. Problemem, który niejednokrotnie musiałem rozwiązywać pięścią, w defensywie, o czym zresztą świadczą moje liczne hospitalizacje i blizny.

Mama radiolog, ojciec chirurg. Ty też miałeś zostać lekarzem?
Bylebym studiował, to było najważniejsze, już w mojej gestii było co. Mama uważała, że wyższe wykształcenie jest gwarantem, że wyjdę na ludzi. Nie winię jej za to, jest trochę z innej epoki, urodziła się w powstaniu warszawskim. Mnie przyszło żyć w czasach, kiedy mnóstwo ludzi, którzy mogli zająć się czymś bardziej pożytecznym, poszło na różne turystyki, hotelarstwa, nie wiadomo po co tracili pieniądze i czas. No więc miałem się uczyć, ale się nie uczyłem i w momencie, kiedy rzuciłem studia – byłem przez sekundę studentem reklamy, a potem przez drugą sekundę studentem dziennikarstwa na prywatnych uczelniach – nastąpiło pewne tąpnięcie. Drugie tąpnięcie nastąpiło po tym, jak wyprowadziłem się z domu w wieku lat 20. Dla mnie ani wcześnie, ani późno, ale mama myślała chyba, że zostanę z nią trochę dłużej, mój brat i siostra już dawno wyszli z domu. Całe szczęście w naszej rodzinie niezależność była przyjmowana raczej dobrze niż źle, nikt mnie nie prowadził na rodzinnej smyczy. Nie udawałem przed mamą, że jednak chodzę na te studia, nie bałem się powiedzieć, że się wyprowadzam, czyli jednak dobrze mnie wychowała.

Ojciec?
Miałem z nim ograniczony kontakt. Pewnie dowiedział się od kogoś z rodziny, że wydałem płytę, a kilka miesięcy później ja mu tę płytę wręczyłem.

Jak sobie wyobrażałeś cały ten hip-hop? Że to coś, co przyniesie ci pieniądze, sławę, tłumy zapatrzonych w ciebie dziewczyn?
Raczej zakładałem plan minimum. Żebym nie miał długów, nie był dla nikogo ciężarem, miał na jedzenie i na flaszkę, mógł żyć z muzyki. Dziewczyny? Młodzieńczą wersję siebie zapamiętałem raczej jako kogoś, kto obsesyjnie boi się odrzucenia. Gdybym miał najkrócej wytłumaczyć, dlaczego nie należy zostawiać własnych dzieci, tobym powiedział, że właśnie dlatego – żeby ich nie spier....ć. Niektóre blokady, nawet jak je przepracujesz, i tak w tobie zostają. Oczywiście, moi dzietni rozwiedzeni znajomi odpowiedzą, że nie wiesz, jak fatalnie mogłoby być w domu, gdyby jednak rodzice zostali razem, i pewnie obie strony mają rację.

Mówisz o nieobecnym ojcu, jakie w takim razie były twoje wzorce męskości?
Brat, przez te lata, kiedy jeszcze z nami mieszkał, i popkultura. No wiesz, goście z „Miami Vice”, „Vabanku”. Zajebistą postacią był mój dziadek ze strony mamy, założył lotnictwo ratunkowe w Polsce, ale jego nie poznałem, umarł, zanim się urodziłem.

A teraz? Masz poczucie, że twoja rodzina jest z ciebie dumna?
Myślę, że coś się ruszyło 10–12 lat po moim debiucie. Fajnie, natomiast o ile w życiu osobistym i emocjonalnym miałem problemy z różnymi rzeczami, o tyle nigdy nie miałem wątpliwości, że jestem dobry w tym, co robię. Więc kiedy moja mama czy brat zorientowali się, że może coś ze mnie jednak będzie, to moją reakcją nie było: „Mój Boże, tyle lat starałem się wam to udowodnić!”. Tylko raczej: „A nie mówiłem?”. Dzieci mojej siostry znają moje teksty mimo przekleństw. Z adnotacją, że tak się nie mówi.

Odwołujesz się do Etgara Kereta, Mariny Abramović, Marka Edelmana. Zwracasz się do słuchaczy wielkomiejskich i dobrze wykształconych?
Gdybym mierzył kogoś wykształceniem, byłby to chyba największy chichot losu. Chodzi raczej o pewien rodzaj wrażliwości. O tego chłopaka w klasie, który czuje się tak, jakby był sam na świecie.

W piosence „Codzienność” z Dawidem Podsiadłą śpiewacie o horrorze wspólnego życia na kredyt w złotówkach lub frankach. Na płycie „Zamach na przeciętność” wspominasz o chłopaku, który jest najsmutniejszym gościem na swoim ślubie. Nie jesteś fanem stabilizacji?
Moje życiowe sprawy są ustabilizowane od jakichś 15 lat. Wspomniałem, jaki plan zakładałem sobie, mając lat naście. Że będę sam, bez długów, nie będę od nikogo finansowo zależny, co mi się udało, a teraz to samo udaje nam się we dwoje. Nie jesteśmy dla nikogo ciężarem, tworzymy niezależną komórkę społeczną, płacimy podatki i wysoko cenimy pracę z sensem. Moja dziewczyna jest nauczycielką, uczy dzieci, ja staram się swoją muzyką dokładać coś sensowego do rzeczywistości.

Na ślubach podobno nigdy nie gratulujesz parom.
Bo nie jestem fanem ślubów, zwłaszcza jeśli mówimy o sakramencie. Za to jestem fanem miłości. Nie walczę z tym, że jakiś Paweł z Magdą się kochają i chcą mieć dzieci, i też nie sądzę, żebym kogoś zdołał zakrzyczeć ani komuś popsuć radość ze ślubu.

Zawód, który uprawiasz, ma skutki uboczne?
Dziesiątki. Jeszcze nie zwariowałem, ale już kilka razy byłem na granicy. Oczywiście, znam swoje miejsce w społeczeństwie, wiem, jak moje zawodowe obciążenia mają się do 12-godzinnej zmiany pielęgniarki czy do pracy strażaka, który jedzie na akcję, bo metan ulatnia się w kopalni. W porównaniu z nimi moja robota jest spoko, mogę narzekać na mechanizmy rządzące show-biznesem, ale na swoje życiowe wybory już nie. A jednocześnie trudno wytłumaczyć komuś, kto zajmuje się czymś innym niż ja, że jednak ta robota mąci w głowie. Że dochodzi do przedziwnego sprzężenia. Najpierw wychodzisz na scenę, wcześniej się strasznie tremujesz, czy dobrze wyjdzie. Załóżmy, że wychodzi nawet spoko, i publiczność, i ja dobrze spędzamy czas. Idziemy więc się po koncercie napić, porozmawiać, bo zawsze częścią moich koncertów jest after z ludźmi, i ja jestem całkowicie do ich dyspozycji. Można podejść, macać mnie, zrobić sobie ze mną zdjęcie, pić ze mną alkohol. Ta sama rzecz, która mnie karmi, jednocześnie powoduje, że at the end of the day odklejam się od rzeczywistości. I kiedy bus zawozi mnie pod dom i teoretycznie napięcie powinno ze mnie ujść, nie jestem w stanie wrócić do normalnego rytmu. Czasem wystarczy to przespać, wyrównać gospodarkę chemiczną organizmu. Czasem nie.

Dobrze zrozumiałam? Serio mówiłeś o tremie?
Miałem jakiś czas temu szybkie spotkanie z Katarzyną Nosowską, zostaliśmy zaproszeni na występ zespołu Xxanaxx w Stodole. I w tej Stodole, na tym backstage’u, chodzimy oboje jak struci, widać po nas, że w tym konkretnym momencie chcielibyśmy być wszędzie, tylko nie tam, nienawidzimy tej sekundy. No więc patrzę zdziwiony na Nosowską: „Myślałem, że z tego się wyrasta!”. A Katarzyna na mnie: „Ni cholery!”. No właśnie, nie wyrasta się.

To, że w tekstach się odkrywasz, przynosi ulgę? Jest dla ciebie czymś w rodzaju sesji terapeutycznej czy, jak kto woli, spowiedzi?
Spowiedzi w to nie mieszajmy, ale tak, to dość skuteczny zrzut emocji, porównywalny do terapii. Na scenie, ale też już w procesie pisania, kiedy nazywam rzeczy po imieniu. Zostawmy ogólniki, niech inni piszą tępym ołówkiem, ja jestem zajarany, że dotkniemy jakiejś prawdy o człowieku. Bo wcale nie czuję się wyjątkowy i myślę, że dotykając prawdy o sobie, dotykam też prawdy o innych, którzy te same problemy będą mieli przede mną czy po mnie.

W tym roku będziesz kończył 37 lat. Robi ci różnicę, że powoli dobijasz do czterdziestki?
Robi. Nie mam wątpliwości, że w moim przypadku nadejdzie kryzys wieku średniego, zresztą przecież nie ja ukułem ten termin, tylko ludzie mądrzejsi ode mnie. Uważam to za jednocześnie zabawne i żenujące, że coś się jednak bezpowrotnie skończy.

Na przykład co?
Z cyklu „problemy pierwszego świata” – uważam, że gość powyżej czterdziestki w czapce typu full cap, czy jak kto woli garnek (prosty daszek i duża kopuła), to jest skandal. Drugą skandaliczną rzeczą są buty do koszykówki, za kostkę. Jeśli nie jesteś młody albo nie jesteś koszykarzem, to ich nie noś! Jak to możliwe, że kobiety wypuszczają tak mężczyzn z domu na miasto? Teraz to się wymądrzam, ale czy aby sam nie stracę trzeźwej oceny sytuacji w okolicach 40. urodzin? Będę się musiał wszystkich naokoło pytać, czy to, co wyprawiam pozamuzycznie, nie jest przypadkiem skrajnie żałosne. Efekt może też być inny, lepszy; zacznę z większym luzem przyjmować krytykę. I może przewrotnie o to chodzi gościom w tych czapkach i gigabutach – nie o lans, ale o manifest luzu i zdrowej obojętności? Przekonam się niebawem.

Ten Typ Mes, fot. Wiktor Franko Ten Typ Mes, fot. Wiktor Franko

TEN TYP MES
(właśc. Piotr Szmidt) - rocznik 1982. Raper, wokalista, producent muzyczny, autor tekstów (m.in. dla Korteza) i felietonów do magazynu kulturalnego „Co Jest Grane 24”, jest też współwłaścicielem wytwórni muzycznej Alkopoligamia. Ma na koncie dziesięć albumów, w tym trzy, które zdobyły status złotej płyty. Był dwukrotnie nominowany do nagrody Fryderyki.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Richard Gere o jubileuszu "Pretty Woman", medytacji i spotkaniu z Dalajlamą

Richard Gere (fot. East News)
Richard Gere (fot. East News)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
W serialu „MotherFatherSon” gra toksycznego rodzica. Prywatnie w kwietniu w wieku 71 lat znów został ojcem i zapewnia, że nie zamierza ingerować w życiowe wybory swoich dzieci. Nam Richard Gere mówi o sile, którą daje mu medytacja zen, o spotkaniach z Dalajlamą, ale też o... jubileuszu „Pretty Woman”. 

W dwóch słowach. Jak byś sam się określił?
Irytujący marzyciel...

Czyli kto?
Facet, który w kinie wciąż szuka czegoś więcej niż jedynie kasowych produkcji. Wierzy w magię filmów, które mogą poruszać, skłaniać do refleksji, ale również wywoływać dyskusję i wpływać na myślenie ludzi, przygotowywać grunt pod zmiany społeczne, dając przykład tego, że jeden człowiek naprawdę może zrobić coś sensownego dla innych.

Zacznijmy więc od magii kina. Mija 30 lat od premiery najsłynniejszej komedii romantycznej wszech czasów "Pretty Woman". Podobno Julia Roberts musiała cię namawiać, byś w tym filmie zagrał. Dlaczego?
Obawiałem się, że już na dobre zostanę zaszufladkowany jako etatowy amant, a wielbicielki nie dadzą mi spokoju. Po „Amerykańskim żigolaku”, w którym wcieliłem się w faceta do towarzystwa, taka opcja, mimo że grywałem już wtedy różne postaci – była bardzo prawdopodobna. Nigdy nie czułem się żadnym symbolem seksu, ale w wywiadach przypinano mi taką etykietkę. Moja żona Alejandra też tego nie rozumie, mówi, że wyglądam tak samo jak faceci, których mija na ulicy... (śmiech!) Poza tym ten film nie wydawał mi się wtedy ważny, nikt nie miał wobec niego wielkich oczekiwań. Pierwotny scenariusz był raczej depresyjny: opowiadał o osobach z dwóch różnych, ale równie okropnych światów. Zamiast happy endu było rozstanie w ciemnej uliczce po wypełnieniu umowy. Brrr! Dopiero gdy scenariusz przejął Disney, historia nabrała znanego dziś bajkowego charakteru. Stała się współczesną wersją Kopciuszka. Ostatecznie zgodziłem się w tym zagrać, bo to chwytający za serce film o nadziei, o tym, że zwycięża miłość, a kasa nie daje szczęścia. To także historia o potrzebie akceptacji i o tym, że można zmienić swoje życie.

A nie przeszkadzało ci, że "Pretty Woman" to opowieść o uprzedmiotowieniu kobiety, o kupieniu jej przez bogatego mężczyznę? Sama Julia Roberts twierdzi, że dziś, w dobie ruchu #MeToo taki film o męskiej dominacji już by nie powstał.  Zapewne tak. Chociaż sądzę, że postać Vivian można interpretować wielorako. Owszem, nie jest kobietą niezależną w sensie materialnym i wybiera wygodne życie u boku bogatego mężczyzny, którego darzy jednak uczuciem. Z drugiej strony jest bohaterką, która osiąga swoje cele, a o to przecież chodziło w emancypacji, by kobieta miała wybór. Vivian robi ze swoją seksualnością to, co chce. Wkracza dzięki temu do innego świata, ale nie jest w nim tylko dekoracją. Bierze z niego to, co dla niej najlepsze. Wybiera ostatecznie miłość, ale nie jest nigdzie powiedziane, że to wyklucza dalszy jej rozwój, inwestowanie w naukę, w siebie. Rozmawiałem o tym z Garym Marshalem, reżyserem filmu, który, niestety, niedawno odszedł, i myślę, że ta historia nie jest wcale taka oczywista.

Kadr z filmu 'Pretty Woman' (fot. BEW PHOTO) Kadr z filmu "Pretty Woman" (fot. BEW PHOTO)

Kiedyś jednak byłeś innego zdania. Czy ta zmiana myślenia ma jakiś związek z buddyzmem zen, którego jesteś wyznawcą i praktykiem?
Chyba coś w tym jest. Rzeczywiście stałem się człowiekiem bardziej świadomym siebie i świata. Zen zakłada odrzucenie różnych uprzedzeń, które towarzyszą nam na co dzień i wpływają na to, w jaki sposób odbieramy rzeczywistość. One po prostu nas ograniczają. Zen podkreśla rolę powrotu do „tu i teraz”. Dlatego nie zagłębiam się w przeszłość ani nie analizuję różnych wersji przyszłości. Skupiam się za to na teraźniejszości i czerpaniu radości ze zdarzeń, które dzieją się w dokładnie tej chwili. Chcąc żyć zgodnie z założeniami zen, kiedy jesz, powinieneś tylko jeść, a nie rozmyślać w tym czasie o tym, co stało się w pracy, czy o tym, co masz zrobić po obiedzie. Gdy zaś idziesz na spacer do lasu, powinieneś zwracać uwagę na przykład na korony drzew, a nie zajmować się pisaniem wiadomości w komórce. Zen odrzuca również tworzenie granic pomiędzy samym sobą a światem zewnętrznym. Chodzi o uzyskanie poczucia jedności z całym wszechświatem i wszystkimi jego elementami. A prowadząca do tego medytacja to rodzaj oczyszczenia umysłu, przyzwolenia na niekontrolowany przepływ myśli, rodzaj relaksu, odstresowania.

No dobrze, a tak konkretnie jak to się przekłada na twoje życie?
Znalazłem spokój, przestałem się szarpać sam ze sobą, zaakceptowałem siebie. Nie gonię za rolami, pieniędzmi, tak zwaną karierą, całym tym celebryckim blichtrem, imprezami, kobietami. Kiedyś czytałem, co o mnie piszą w mediach, i mocno to przeżywałem, porównywałem się z innymi aktorami. Chciałem się wybić, zaistnieć. Dziś już tego nie robię, nie muszę, nie potrzebuję. Żyję wygodnie, ale bez luksusów. Nie potrzebuję drogich, podkreślających status gadżetów. Ani zainteresowania paparazzich. Lubię pobyć sam, w ciszy. Mogę też żyć dłuższy czas bez pracy na planie i nie jest to dla mnie jakąś tragedią. Życie jest ważniejsze od kina! Ciekawsze, prawdziwsze. Ważniejsza od filmów jest moja rodzina, ważniejsze jest praktykowanie zen, ważniejsze są misje humanitarne, w których biorę udział. To nie znaczy, że już nie podoba mi się zawód aktora. Wykonuję go z pokorą, bez nadawania mu zbyt wielkiego znaczenia. Właściwie to jestem zaskoczony, że moja kariera trwa tak długo. Nigdy nie była przemyślana, niczego nie kalkulowałem. Jestem farciarzem, bo udało mi się pracować ze znakomitymi reżyserami, aktorami i scenarzystami.

Życiowy minimalizm i ograniczenia, które propaguje buddyzm, nijak się mają do stylu życia w Hollywood. Nie czułeś rozdwojenia? 
Medytować i włączać świadomość można wszędzie. I w Hollywood, i na pustyni. Na pewno jeśli chodzi o drobne, praktyczne strony życia, to jest to pewien problem. Takie na przykład komary...

Słucham?
Komary – czasem nieźle potrafią człowiekowi dokuczyć. Buddyzm naucza szacunku dla każdej formy życia. Tak więc nie powinniśmy komarów zabijać. Staram się oczywiście tego przestrzegać, ale nie jestem też masochistą. (śmiech!) Jakiś dziennikarz zarzucił mi kiedyś, że nie żyję w ubóstwie i mam dochodową restaurację, chociaż sam jestem wegetarianinem. Ale przecież to nie stan posiadania jest najważniejszy, tylko cel, na który wydajemy nasze uczciwie zapracowane pieniądze, i sposób, w jaki żyjemy. Założyłem fundację „The Gere Foundation”, która walczy o wyzwolenie Tybetu spod chińskiej okupacji, ale zajmuje się także międzynarodowymi misjami humanitarnymi. Podczas kryzysu w Kosowie w 1999 roku odwiedziłem uciekinierów w Macedonii, w ubiegłym roku wsparłem organizację charytatywną „Open Arms”, która uratowała przeszło 170 imigrantów na Morzu Śródziemnym. Angażuję się także w działalność organizacji „Survival International”, wspierającej ginące plemiona Ameryki i Afryki w walce o ich prawo do zachowania odrębnej kultury. Dzięki temu mam poczucie, że robię coś wartościowego. Ale i dzięki kinu mogę robić coś dobrego dla innych. Na przykład zgodziłem się zagrać bezdomnego w filmie „Poza czasem” po to, by zapewnić praktyczną pomoc osobom w takim samym położeniu, w jakim znalazł się mój bohater. W rozmowach z brytyjskim dystrybutorem powiedziałem, że zależy mi, aby ten film pomógł lokalnym grupom bezdomnych. Kiedy go kręciliśmy, bardzo głęboko odczułem, jak to jest żyć na marginesie społeczeństwa, jak to jest być niewidocznym dla innych. Bezdomność może spotkać każdego. Dlatego trzeba troszczyć się o drugiego człowieka, patrzeć sobie w oczy, słuchać i być wysłuchanym. Bardzo szanuję papieża Franciszka za jego działania na rzecz ubogich. Podobnie jak Dalajlama ma serce pełne współczucia i nie wyróżnia siebie na tle reszty świata.

Podobno dobrze znasz Dalajlamę. Nie zdziwił się, czego hollywoodzki aktor szuka u niego?
On wie, że ludzie przyjeżdżają do niego po to, by pomógł im uwolnić swoją świadomość od cierpienia. Jego Świątobliwość zaskoczony był jedynie tym, że jako aktor, który chce uwiarygodnić swoich bohaterów w złości czy smutku, muszę najpierw jako osoba prywatna uwierzyć w ten smutek czy gniew. Nie zapomnę momentu, gdy mu o tym powiedziałem. Długo i przenikliwie patrzył mi w oczy, po czym wybuchnął niepohamowanym śmiechem. Dopiero później zrozumiałem, że kiedy gram w filmie, który odnosi się do jakiegoś fragmentu rzeczywistości, to tak naprawdę jest ona niczym innym, jak funkcją mojego własnego umysłu. Na jednym z seminariów z Dalajlamą omawialiśmy sytuację, kiedy postrzegamy dane zdarzenie w sposób czysty, czyli bez jakichkolwiek projekcji czy udziału pamięci. To jest bardzo krótki moment skupienia na chwili, który powinniśmy w sobie trenować i rozwijać. Kiedy do akcji wkracza mózg, zaczyna wszystko oceniać w granicach tego, co jest mu już znane.

Ostatnio często grywasz ojców. W "Kolacji", którą widziałam w Berlinie, oraz w serialu BCC First "MotherFatherSon" nie najlepiej radzisz sobie jednak z rodzicielstwem. W tym ostatnim grasz bohatera, którego wyśrubowane oczekiwania wobec syna, wrażliwego chłopaka o skłonnościach autodestrukcyjnych, doprowadzają do dramatu. Ciekawi mnie, jakim ty sam jesteś ojcem. Masz już 20-letnia syna Homera, a ostatnio znów zostałeś szczęśliwym tatą.
Jestem późnym ojcem. Homer przyszedł na świat, gdy skończyłem 50 lat. Z moją ówczesną żoną nazwaliśmy go Homer James Jigme, co po tybetańsku oznacza „nieustraszony”. To jednak ja sam siebie powinienem tak nazwać, bo nie zdawałem sobie sprawy z tego, co mnie czeka. Teraz znów doświadczam stanu bycia ojcem dla mojego 2-letniego synka Aleksandra i właśnie narodzonego drugiego maleństwa. No i razem z Alejandrą wychowujemy także jej 7-letniego synka z poprzedniego związku.

Kadr z serialu 'MotherFatherSon' (fot. materiały prasowe) Kadr z serialu "MotherFatherSon" (fot. materiały prasowe)

Masz jakieś plany wobec swoich synów?
Między Homerem, który ma dziś 20 lat i jest dorosły, a moimi młodszymi chłopcami, jest 18 i 20 lat różnicy. Prawie całe pokolenie. Kiedy Homer się urodził, byłem młodszy i bardziej skupiony na pracy. Poświęcałem mu więc mniej czasu. I bardzo tego żałuję. Wiem, że już tego błędu nie popełnię. Na pewno też nie popadnę w nadopiekuńczość. Chcę być blisko nich, zwłaszcza teraz, kiedy są mali, i pomagać mojej żonie Alejandrze w ich wychowywaniu. Wiem, że przyjdzie czas, kiedy wyfruną z gniazda, a wcześniej zmierzą się z okresem buntu, kwestionowania różnych autorytetów, z moim włącznie. Jestem na to przygotowany. Na pewno nie będę im niczego narzucać, bo nie uważam, że wychowujemy dzieci dla siebie, a dla świata. Będziemy się z żoną starali wyposażyć ich w jakiś system wartości, który jest nam bliski, ale wskazać także alternatywy. To, co z tego zaakceptują i przejmą, będzie już zależało od nich. Chciałbym tylko, by czuli, że mogą na nas liczyć w każdej sytuacji, także wtedy gdy postawią na inne wartości. Cieszyłbym się, gdyby wyrośli na ludzi tolerancyjnych, otwartych na innych i żyjących w zgodzie z naturą. Reszta: rodzaj szkół, wybór zawodu, partnera, wykształcenie – to już ich sprawa i ich życie. Nie wymagam, by byli tak jak ja aktorami, buddystami ani aktywistami jak moja żona Alejandra. To tylko jedna z alternatyw, jeden z wielu pomysłów na życie. Ich mogą być zupełnie inne i uszanuję je.

Nowe małżeństwo sprawiło, że stałeś się bardzo rodzinnym człowiekiem...
Tak, znalazłem spokój u boku Alejandry, ale wybacz, nie będę o tym opowiadał. Chcę, by nasze życie prywatne było prywatne. Myślę, że moje wcześniejsze związki nie przetrwały także dlatego, że nie potrafiłem oddzielać spraw osobistych od tego, co pojawiało się w mediach. Życie na świeczniku zniszczyło, niestety, wiele całkiem dobrze rokujących relacji.

Twoje dzieci zapewne pochłaniają cię bez reszty. Do tego potrzebna jest dobra forma. Jak udaje ci się ją utrzymać?
Uwielbiam się starzeć. Mój tata ma 95 lat i wciąż bardzo sprawny umysł. Fizycznie jest trochę wolniejszy, ale wciąż się porusza samodzielnie. Dążę do tego rodzaju długowieczności. Czuję, że wciąż, mimo siedemdziesiątki na karku, mam niezłą kondycję umysłową i fizyczną. Do tego jestem wegetarianinem. No i moi synowie nieustannie dodają mi energii.

Masz jeszcze czas i warunki, żeby medytować?
Każdy oddech otwiera nową możliwość. Tak, medytuję codziennie i tobie też to polecam. Ciągłość codziennej praktyki jest czymś, czego bardzo potrzebuję. Stało się to moim nawykiem. Jest to praktyka cierpliwości i pełnego kontaktu ze swoim umysłem. Większość z nas nie doświadcza tego stanu. Żyjemy dość powierzchownie. A ja nie chcę, by moje życie przeciekało mi przez palce. Czuję, że mam jeszcze sporo przed sobą...

  1. Kultura

Helen Mirren - spełniona jako aktorka i żona

Helen Mirren (fot. Forum)
Helen Mirren (fot. Forum)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Grywa najczęściej królowe i zołzy. Zawsze jednak stara się pokazać ich bezbronność. Niedawno na Festiwalu Filmowym w Berlinie otrzymała honorowego Złotego Niedźwiedzia za całokształt twórczości. Jednak zapytana o największe życiowe osiągnięcie Helen Mirren odpowiada, że szczególnie wdzięczna jest losowi za szczęśliwe małżeństwo.

Podobno jest pani introwertyczką.
Tak naprawdę mam dwoistą naturę, choć rzeczywiście bliżej mi do introwertyczki. Lubię wchodzić w siebie, ale także zanurzać się w psychikę moich bohaterek. Przy czym nie mam problemów z ekspresją emocji, które w nich odkryję. W życiu prywatnym jestem osobą kontaktową, nie zamykam się w sobie. W moim przypadku ta dwoistość być może ma związek z pochodzeniem. Jestem pół Rosjanką i pół Angielką. Wywodzę się z arystokratycznej rodziny, która w trakcie rewolucji październikowej przebywała w Anglii i gdzie pozostała w obawie o własne życie. Moje prawdziwe imię i nazwisko to Jelena Wasilijewna Mironowa. Mój ojciec, Wasilij Piotrowicz Mironow był Rosjaninem, a mama Brytyjką. Kiedy miałam siedem lat, tata zdecydował się zmienić nazwisko na Mirren, bo chciał się zasymilować. Uważał, że bycie imigrantem nam nie pomoże, że tylko asymilacja zapewni poczucie bezpieczeństwa.

To musiało być ciekawe dzieciństwo: pani matka pochodziła z klasy robotniczej, a ojciec wywodził się ze świata rosyjskiej dyplomacji.
Rodzina mojej mamy pochodziła z East Endu, ona urodziła się w West Hamie. Z kolei moja prababka ze strony ojca była hrabiną, ale już dziadek ze strony ojca trudnił się kupiectwem. Mój ojciec, kiedy przyjechał do Anglii, miał 16 lat i najpierw, żeby się utrzymać, pracował na East Endzie jako krawiec. Był nawet uczestnikiem zamieszek dokerów na Cable Street.

Sądzi pani, że mieszane pochodzenie klasowe i etniczne wpłynęło na pani zdolność do odgrywania ról w całym spektrum uwarunkowań społecznych?
Nie wiem, ale być może coś w tym jest. Trudno przykleić do mnie jakąś etykietkę. Ludzie, którzy pochodzą z ekonomicznie i klasowo różnych środowisk, faktycznie mają w sobie duże pokłady dowcipu, humoru, wrażliwości, a jednocześnie pewien rodzaj twardości, odporności, a te cechy w zawodzie aktora są bardzo pożądane.

Katarzyna Wielka w wydaniu Helen Mirren w serialu HBO (fot. BEW PHOTO) Katarzyna Wielka w wydaniu Helen Mirren w serialu HBO (fot. BEW PHOTO)

Podobno jako młoda aktorka była pani bardzo niepokorna, chciała pani mieć wpływ na swoje postaci, mimo, że nie zawsze spotykało się to ze zrozumieniem.
Tak. W młodości byłam bezkompromisowa. Kiedy Barrie Keeffe napisał wspaniały scenariusz do filmu „Długi Wielki Piątek”, a mnie zaangażowano do roli Victorii, zwróciłam uwagę na to, że choć wszystkie postaci były świetnie napisane, nie dotyczyło to mojej bohaterki. Victoria jako dziewczyna gangstera wydawała mi się nudna i bezbarwna, była tylko pięknym dodatkiem. Rozmawiałam o tym z reżyserem Johnem Mackenzie. Miałam swój pomysł na Victorię: nie chciałam, by pochodziła z klasy pracującej, ale by była dziewczyną z wyższych warstw społecznych. Bo wtedy ten kontrast między nią a gangsterem stawał się większy – jej postać zyskiwała zupełnie inny wymiar. Niestety w scenariuszu nic nie zostało zmienione, byłam więc wkurzona. Na szczęście dzięki wyrozumiałości Boba Hoskinsa, który był moim ekranowym partnerem, dotarło do mnie ostatecznie, że walka o przeforsowanie swojej wizji nie wyklucza kompromisu... (śmiech)

Kiedy myślę o pani rolach, kobiet silnych, pewnych siebie, wyrazistych, odważnych - zastanawiam się, czy prywatnie Helen Mirren jest do nich podobna.
No właśnie! Na ogół dostaję role kobiet zołzowatych... (śmiech) Nie rozumiem, dlaczego, bo na co dzień jestem bardzo uprzejmą, łagodną i miłą kobietą. Myślę, że tym, co przyciąga widzów do moich bohaterek, nie jest ich zołzowatość, ale bezbronność, zagubienie, słabość. Ta zołzowatość to przecież tylko zewnętrzność, maska, kamuflaż. Ja zawsze robię śledztwo, szukam właśnie tej bezbronności moich postaci. Ich siła, władza nie jest tak ciekawa jak ich słabości, jak to, co w nich głęboko ukryte przed światem.

Które ze swoich filmowych bohaterek lubi pani najbardziej?
Uwielbiałam pracować nad filmową adaptacją „Burzy” Julie Taymor. Oczywiście kręcenie Szekspira w wersji filmowej było bardzo trudne, ale sama rola była niesamowicie interesująca. Kocham takie wyzwania. Julie znacząco zmodyfikowała oryginalny tekst. Książę Mediolanu Prospero jest tutaj kobietą, księżniczką Prosperą, czyli moją bohaterką. Ta zmiana pociągnęła za sobą dalsze konsekwencje. O ile w większości dotychczasowych adaptacji „Burza” była opowieścią o bezkompromisowej walce o władzę, to nasza realizacja koncentrowała się na temacie walki płci. Z ról telewizyjnych najbardziej lubię policjantkę Jane Tennison z serialu „Główny podejrzany” według scenariusza Lyndy La Plante.

Helen Mirren jako detektyw Jane Tennison w wielokrotnie nagradzanym serialu telewizyjnym 'Główny podejrzany' (fot. BEW PHOTO) Helen Mirren jako detektyw Jane Tennison w wielokrotnie nagradzanym serialu telewizyjnym "Główny podejrzany" (fot. BEW PHOTO)

Dlaczego?
Jane nie jest ani podręcznikową feministką, ani dziewczęcą dziewczyną. Jest ambitną, niecierpliwą kobietą i pod wieloma względami zachowuje się jak mężczyzna. Ale nie jest to silna, jednorodna osobowość. Zaintrygowała mnie jej słabość w niektórych obszarach i podatność na ataki, skupiłam się na jej ambicjach, obsesjach, wadach. Rozpoznałam ją w sobie. Prywatnie wiele mnie z nią łączy. Nie przygotowywałam się do tej roli w jakiś szczególny sposób. Po prostu przychodziłam na plan i wszystko się zaczynało. Miałam wielkie szczęście, że mi ją wtedy zaproponowano. Takich bohaterek nie było w tamtych czasach ani w kinie, ani w telewizji. To była bardzo odważna decyzja producentów. W dodatku powierzyli najważniejszą rolę 45-letniej kobiecie. Pamiętam, że któregoś dnia Lynda przyjechała na plan i udzieliła mi cennej rady. Chodziło o to, bym przestała się uśmiechać, bo Jane nie chciała się integrować z otoczeniem. Tymczasem kobiety tak mają, że ciągle się uśmiechają, bo chcą być miłe i dobrze postrzegane przez zespół.

Dzięki tej roli stała się pani aktorką filmową?
Moje zawodowe wybory napędzane są wyłącznie dążeniem do robienia rzeczy, których nie robiłam wcześniej, a które uznaję za interesujące. Detektyw Jane Tennison była świetnie napisaną postacią. Wiedziałam, że mogą nam skasować serial po kilku odcinkach, jeśli wyniki będą słabe. Były rewelacyjne, a przecież kiedy trafiłam na plan, nie miałam pojęcia, co robić i jak ustawić się do kamery, bo wcześniej całe lata grałam tylko i wyłącznie w teatrze.

Dla mnie genialna była także pani kreacja Georginy Spica w filmie Petera Greenawaya...
Niedawno ponownie obejrzałam „Kucharza, złodzieja, jego żonę i jej kochanka” i jeszcze bardziej mi się ten film spodobał. To historia nadużyć, przemocy, ale także wyzwolenia i samostanowienia. Z jednej strony moja Georgina jest kobietą, która mści się za okrucieństwo ze strony męża, z drugiej przemawia przez nią jej seksualność. To właśnie kochałam w tej postaci. I ludzie też ją pokochali. Po premierze przez jakiś czas mogłam dostać dowolny stolik w dowolnej restauracji w Anglii. Cieszyłam się też z tego, że znów mogę pracować z Alanem Howardem, cudownym aktorem szekspirowskim. Wcześniej razem zagraliśmy w „Hamlecie”: on Hamleta, ja Ofelię. Chociaż w filmie Greenawaya Alan nic nie mówił, świetnie się wyczuwaliśmy. Kręciliśmy sceny seksu na całkowicie zaciemnionym planie, nie było widać ekipy. Towarzyszyła nam ciemna kotara i malutka dziurka na obiektyw kamery, która nas filmowała, a więc sytuacja była względnie prywatna i bardzo dla nas komfortowa.

Sceny seksu nigdy pani nie krępowały?
Ważne, by mieć bliską więź z reżyserem lub choreografem. Mój mąż, Taylor Hackford jest reżyserem i nakręcił najpiękniejszą scenę seksu, jaką widziałam w kinie: z Richardem Gere'em i Debrą Winger w filmie „Oficer i dżentelmen”. Oczywiście niekomfortowo być jedyną rozebraną osobą na planie pełnym ubranych facetów, ale jeśli ufasz reżyserowi i wiesz, po co jest ta scena, czemu ma służyć nagość – traktujesz to jako część zadania, pracy, a wtedy wstyd znika.

Helen Mirren z mężem, Taylorem Hackfordem (fot. BEW PHOTO) Helen Mirren z mężem, Taylorem Hackfordem (fot. BEW PHOTO)

Pani oscarowa "Królowa" w reżyserii Stephena Frearsa to kreacja, której nie każda aktorka by się podjęła.
Brytyjczycy mają bardzo szczególny stosunek do rodziny królewskiej. Kochają ją, a jednocześnie krytykują. Wiedziałam więc, że muszę być bardzo ostrożna w wypowiedziach na temat mojej bohaterki. Kiedy zaczęłam się przygotowywać do tej roli, nie wiedziałam, od czego zacząć. Nie wiedziałam, jak Elżbietę II „ugryźć”, bo miałam do dyspozycji jedynie okropny dokument, ilustrujący, jak je śniadanie, albo sensacyjne doniesienia tabloidów. Szukałam więc jakichś innych inspiracji. W tym samym roku zagrałam Elżbietę I. Wiele czasu spędziłam, studiując jej portrety – chciałam poczuć, jak ją widzieli współcześni jej malarze. Pomyślałam, że i tym razem do tego wrócę. O ile Elżbieta I na obrazach była bardzo sztywna, sztuczna i majestatyczna, to Elżbieta II była kompletnym jej przeciwieństwem. Na portretach widać bardzo swobodną młodą kobietę, która pozwalała artystom, ale i fotografom robić, co chcą. To mnie ośmieliło. Poczułam się jak jeden z artystów, który stwarza portret monarchini swoimi aktorskimi metodami. Pokazuję, jak ja ją widzę. Dałam więc tej postaci moje jej rozumienie. To mnie wyzwoliło z lęku, przyniosło mi swobodę, pozwoliło uchwycić człowieka, jakąś prawdę pod tym dworskim ceremoniałem.

Królowa Elżbieta II nie mogła wymarzyć sobie lepszej odtwórczyni tej roli (fot. East News) Królowa Elżbieta II nie mogła wymarzyć sobie lepszej odtwórczyni tej roli (fot. East News)

Powiedziała pani kiedyś, że najgorsze, co aktor może zrobić, to spojrzeć w lustro. Co miała pani na myśli?
Aktorstwo musi pochodzić z wewnątrz. Oczywiście są elementy, które pochodzą z zewnątrz: kostium, makijaż, fryzura i inne rzeczy. Wszystko to jest niezwykle ważne, ale najważniejszym elementem spektaklu czy filmu jest to, co bierze się ze środka. Kiedy patrzysz w lustro i pytasz się, czy to, jak wyglądasz, robi odpowiednie wrażenie – popełniasz wielki błąd. Bo wtedy zabijasz w sobie spontaniczność, stajesz się drewnianą kukiełką. W działaniu musi być pewien element braku kontroli. Wydaje mi się, że gdy aktorzy starzeją się i mniej mogą polegać już na swoim młodzieńczym pięknie, mają wreszcie okazję zagrać postać w głębszy sposób. Tak spróbowałam to zrobić właśnie w „Królowej” i w „Głównym podejrzanym”.

Czy starzenie się ma swoje dobre strony?
O tak! Uwolnienie się od konieczności bycia wystarczająco ładną i wystarczająco młodą było dla mnie niczym wyzwolenie. Myślę, że dziś to się zmieniło, ale kiedy zaczynałam karierę, nagminnie obserwowałam, jak aktorki, szczerze mówiąc, nie tak dobre jak ja, ale o wiele ładniejsze – dostawały role w filmie i telewizji. Więc uwolnienie się od tego wymogu jest wielką artystyczną ulgą. Myślisz sobie: „ach, teraz naprawdę mogę skupić się na pracy”.

W wieku 70 lat została pani twarzą L’Oréal Paris. To chyba miłe uczucie?
Jestem zachwycona, że jestem najstarszą modelką z tak dużym (i lukratywnym) kontraktem kosmetycznym. Zawsze myślałam, że najwyższy czas, aby zrobił to ktoś w moim wieku, choć niekoniecznie ja. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego kremy dla kobiet od 50+ reklamują 25-latki. Ignorowanie kobiet po pięćdziesiątce koncernom po prostu się nie opłaca, ponieważ my wydajemy na produkty do pielęgnacji urody o wiele więcej niż młodsze klientki. Więc tak, przyjęłam propozycję udziału w kampanii reklamowej, ale nie zgodziłam się na retuszowanie zdjęć. Nie uważam, że jestem piękna, widzę, jak moje ciało i twarz z wiekiem się zmieniają, ale to nie jest najważniejsze. Wspaniałą rzeczą związaną ze starzeniem jest to, że po prostu mniej się tym przejmujesz.

Helen Mirren w 'Dziewczynach z kalendarza', ciepłym filmie o przyjaźni i akceptacji swojego ciała w pewnym wieku (fot. BEW PHOTO) Helen Mirren w "Dziewczynach z kalendarza", ciepłym filmie o przyjaźni i akceptacji swojego ciała w pewnym wieku (fot. BEW PHOTO)

Branża aktorska nadal mniej akceptuje starsze kobiety?
Istnieje głęboki seksizm w tym obszarze. Jako człowiek kina lubię oglądać na ekranie piękne twarze – to czysta przyjemność, ale jednocześnie chciałabym mieć różnorodność wyboru. Chciałabym móc oglądać twarze, z którymi ja jako dojrzała kobieta sama mogę się identyfikować.

Co uważa pani za swoje największe osiągnięcie?
Im dłuższe jest twoje życie, tym więcej pamiętasz, a ja mam niesamowite wspomnienia. Jestem szczególnie wdzięczna losowi za szczęśliwe małżeństwo. Kocham mojego męża, uwielbiam spędzać z nim czas, choć przyznaję, że niekiedy mam go dosyć. Jednak nie wyobrażam sobie życia bez niego. To naprawdę wielka radość spojrzeć wstecz i pomyśleć o tym wszystkim, co razem zrobiliśmy.

A co pani robi, kiedy nie pracuje?
Uwielbiam ogród. Jestem klasyczną damą z... sekatorem. Dużo czytam. Właśnie skończyłam „Światło, którego nie widać” Anthony'ego Doerra, fantastyczną powieść o drugiej wojnie światowej. Tak często jak to możliwe widuję się ze swoją siostrą Kate, farbujemy sobie nawzajem włosy. Lubię podróżować z mężem, szczególnie do Włoch, gdzie mamy dom i gdzie kobiety w każdym wieku, o różnych kształtach i rozmiarach, chodzą po plaży w bikini – wolne, pewne siebie i nieoceniane przez innych.

Helen Mirren podczas promocji serialu 'Katarzyna Wielka' (fot. BEW PHOTO) Helen Mirren podczas promocji serialu "Katarzyna Wielka" (fot. BEW PHOTO)

Helen Mirren, rocznik 1945. Jedna z najbardziej lubianych i nagradzanych brytyjskich aktorek. Laureatka Oscara za „Królową”, dwóch Złotych Globów („Królowa” i „Pożegnanie z Chase”) oraz kilku nagród Bafta za serial „Główny podejrzany”. Od 1997 roku szczęśliwa  w małżeństwie z reżyserem Taylorem Hackfordem, nie ma dzieci.

  1. Kultura

Barbara Krafftówna: "Uśmiech pomaga mi w wielu sytuacjach"

Barbara Krafftówna w sesji dla Zwierciadła, fot. Adam Pluciński / MOVE
Barbara Krafftówna w sesji dla Zwierciadła, fot. Adam Pluciński / MOVE
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Legendarna aktorka. Laureatka tegorocznej nagrody specjalnej przyznawanej co roku przez miesięcznik "Zwierciadło". Stworzyła role, które zachwycają całe pokolenia widzów. Zawsze wierna aktorstwu najwyższej próby. Nigdy nie poddawała się życiowym trudnościom. Jest przykładem, jak mocować się z przeciwnościami losu i akceptować upływ czasu. Zapisała się w pamięci widzów rolami w Kabarecie Starszych Panów, serialu „Czterej pancerni i pies” oraz arcydziele filmowym „Jak być kochaną”. Barbara Krafftówna obchodzi dziś 91 urodziny.

Barbara Krafftówna obchodzi dziś 91 urodziny. Ta legendarna aktorka stworzyła role, które zachwycają całe pokolenia widzów. Zawsze wierna aktorstwu najwyższej próby. Nigdy nie poddawała się życiowym trudnościom. Jest przykładem, jak mocować się z przeciwnościami losu i akceptować upływ czasu.

Aktorka zapisała się w pamięci widzów rolami w Kabarecie Starszych Panów, serialu „Czterej pancerni i pies” oraz arcydziele filmowym „Jak być kochaną”. W tym roku została uhonorowana nagrodą specjalną Kryształowych Zwierciadeł, wyróżnień przyznawanych co roku przez miesięcznik "Zwierciadło". Barbara Krafftówna nie mogła odebrać jej osobiście, a swoje podziękowania przekazała czytelnikom w formie pięknego nagrania.

Z okazji urodzin Barbary Krafftówny przypominamy wywiad, który przeprowadził z aktorką Remigiusz Grzela, opublikowany w "Zwierciadle" w styczniu 2018 roku.

Widzę po uśmiechu, że miała pani wielką frajdę z grania. Lubi pani wracać do Gombrowicza?
Ubóstwiam! Cała jestem z Gombrowicza i Witkacego, ich postrzegania rzeczywistości w deformacji, przesadzie. Granie Gombrowicza jest jak lot w kosmos. Grałam przed laty hrabinę Kotłubaj, teraz Starą Markizę. Te próby i nagrania były jak za dawnych lat, kiedy cała ekipa, również techniczna, była absolutnie skupiona na współpracy.

Kiedy myślę o pokoleniu wspaniałych artystów, choćby z Kabaretu Starszych Panów, widzę same osobowości. Trzeba było mieć coś poza talentem. Nie było między wami zazdrości?
Mogła być o rolę, ale nie o osobowość. Kalina Jędrusik, Wiesław Michnikowski, Wiesław Gołas, Jan Kobuszewski… Myśmy byli siebie ciekawi. Na scenie byliśmy partnerami, a zderzenie osobowości musiało eksplodować.

Naprawdę bez zazdrości?
Pamiętam taką sytuację. Przerwa w nagraniu telewizyjnym. Ktoś mówi, że w bufecie jest ta zjawiskowa dziewczyna z burzą loków, lwica o niezwykłym sopranie. Biegniemy ją wszyscy obejrzeć. Ma welon włosów, niskie czoło, gęstą grzywę. To Violetta Villas. Przyjechała ustrojona według własnego gustu – koronki, falbanki. Miała mieć próbę generalną przed wywiadem u Ireny Dziedzic. Telewizja szła na żywo, a Dziedzic chciała mieć pewność, że nie wydarzy się w czasie emisji coś nadzwyczajnego. Kiedy zobaczyła Villas, nie zgodziła się ani na jej fryzurę, ani na ubranie. Elżbieta Czyżewska pobiegła po taksówkę, złapała Violettę za mankiet i zawiozła do siebie. Zgoliła jej grzywę, odsłoniło się czoło. Zrobiła przedziałek. Dała jej swoją bluzkę. Słowem, zmieniła ją w elegancką młodą kobietę. Takie wspólne bufetowe akcje były naturalne. Poza tym myśmy naprawdę lubili ze sobą przebywać.

Pani nie musiała wybierać zawodu. Starsza siostra zabierała panią na zajęcia teatralne do Iwona Galla, dzięki któremu stała się pani aktorką.
To szczęśliwy układ. Ale ważne są okoliczności. Zaczynałam w czasie wojny, w zakonspirowanym mieszkaniu przy ulicy Tamka w Warszawie, gdzie na tajnych kompletach Iwo Gall uczył nas zawodu. Naprzeciwko była siedziba niemieckiej organizacji Todt. Wchodziliśmy dla bezpieczeństwa w odstępach czasu. Dozorca był nam przychylny. Słyszeliśmy wrzeszczących Niemców: Halt! Raus!, biegali po schodach, w górę, w dół, tłukli w drzwi, robili przeszukania… Uczyłam się zawodu w przestrzeni, w której musiało się przetrwać. A przetrwanie to istnienie, codzienność. Nie jest łatwo przetrwać. Ale tego też można się nauczyć. I tego nauczyłam się także w domu.

Co pomaga przetrwać?
Uważność, obowiązkowość, reżim. Byłam mu poddana, odkąd pamiętam. Miałam cztery lata i byłam ubrana jak lalka w fantazyjne kompozycje kolorystyczne. Matka chciała złagodzić wygląd, nad którym dominowały rude włosy i piegi. Bardzo dbała o mój ruch. Chodziłam w szytych na zamówienie trzewiczkach na cienkiej podeszwie, sznurowanych do kostek, by nauczyć się baletowego stawiania stóp. Byłam tresowana w wielu kierunkach, a wówczas zwracano uwagę na to, jak się siedzi, jak się chodzi, jak się mówi. „Nie marszcz czoła, bo będziesz miała zmarszczki” – powtarzała mama. Ale miała hiszpański temperament, tańczyła kankana na stole. Opowiadała, że w sylwestra panowie pili szampana z jej trzewiczków. Miała słuch i pięknie grała na skrzypcach, na pianinie. Miała męskie uderzenie, męską ekspresję gry.

A ojciec?
Był architektem, skrupulatnym analitykiem, bardzo łagodnym – kołki można było mu ciosać na głowie. Nigdy nie wybuchał.

Mamie się zdarzało?
W domu tak. Ale nie na zewnątrz. Reżim obejmował też emocje. Smutki, nerwy, nieporozumienia, ba, tragedie zostają w domu. Wychodzę, zamykam drzwi i nikogo już nie obchodzi, że jest mi źle. Nie dzielę się tym.

Jak się żyje w takim reżimie?
On się utrwala w charakterze. Nie czuje się go.

Dlatego widzimy panią zawsze uśmiechniętą, pełną energii?
Różne stany można maskować wdziękiem. Pomaga mi w wielu sytuacjach. Jestem dość mendliwa dla reżyserów, mam zawsze masę propozycji, pytań, niuansików, z którymi przychodzę, ale używam też wdzięku, który ich rozbraja.

Sam często dostaję od pani różne rady i lekcje. Choćby lekcja o podeszwach…
Bo zobaczyłam, że będąc na scenie, pokazuje pan widowni podeszwy butów. Powiedziałam, że trzeba tak siedzieć, aby publiczność ich nie widziała. To, co na scenie, nie może być przypadkowe. Wszystko musi mieć swoją formę, kompozycję, obraz.

Barbara Krafftówna w sesji dla Zwierciadła, fot. Adam Pluciński / MOVE Barbara Krafftówna w sesji dla Zwierciadła, fot. Adam Pluciński / MOVE

Kiedy wyszła nasza książka „Krafftówna w krainie czarów”, przez ponad rok jeździliśmy razem na spotkania z czytelnikami. Podziwiałem pani siłę. Czy zawsze chce się pani wyjść z domu?
O, nawet niech pan o to nie pyta. Najczęściej się nie chce.

Widząc panią na scenie, zawsze widzę żywioł.
Przecież jestem dla publiczności. W finale pana monodramu „Błękitny diabeł” o ostatnich latach Marleny Dietrich parafrazowałam jej piosenkę: „Bo ja też jestem tylko po to, aby kochać mnie, i to się o mnie wie, i nic więcej”.

Trochę opowiedziała mi pani o sobie w naszej książce.
A jest pan pewien?

Nie do końca. Hanna Krall po jej lekturze, a zna panią rodzinnie, powiedziała: „Ładnie Basia panu zagrała Krafftównę w tej książce”. Zagrała mi pani Krafftównę?
Na to właśnie panu nie odpowiem. Poza tym kobieta zmienną jest i raz mogę panu powiedzieć jedno, a innym razem…

Jak wyglądają te dni, kiedy pani gra?
W życiu? Czy w teatrze? Są wielkim technicznym przygotowaniem. Muszę mieć cały egzemplarz sztuki przeczytany na głos, a najlepiej powiedziany z pamięci. Pamięć wzrokowa jest silnym atutem, daje spokój na scenie. Zawsze proszę, aby w egzemplarzu teksty partnerów były oddzielone, czyli mój tekst – pauza – następna kwestia. Pamiętam każdą stronę, a zwłaszcza tę, na którą mucha nasrała. Więc ten dzień spektaklu, a nawet dwa dni przed, to skupienie. Mobilizuję się: „Odłóż wszystko inne, zrobisz to już po spektaklu”.

Nie boi się pani, że któregoś dnia przyjdzie do teatru i nie będzie pamiętała tekstu?
Jeszcze nie i spokojnie uczę się swojej sklerozy.

Co to znaczy?
To proste. Biorę trzy rodzaje pigułek. Bywało, że nie wiedziałam: „Wzięłam już?”. Wymyśliłam metodę. Najpierw pigułki leżą z prawej strony, a te opakowania, z których biorę, od razu kładę po lewej. Jeśli leżą po lewej, znaczy wzięłam.

Tak pani opracowuje codzienność?
To konieczność. Samoobrona.

Co czuje pani, stojąc w kulisie, czekając na wejście na scenę?
Gram w Och-Teatrze Krystyny Jandy „Trzeba zabić starszą panią”. Trochę w tym spektaklu biegam, więc płuca i mięśnie muszą mi pracować. Zanim wybiegnę na scenę, już biegnę w miejscu. Ćwiczę oddech i mięśnie.

A astma? Na co dzień używa pani inhalatora, który nazywa „dymadełkiem”.
Ten wysiłek jest bolesny. Ale koledzy za kulisami dbają, abym miała jak najmniejszy trud fizyczny. Przeprowadzają mnie sprawnie w ciemności. Kiedy zbiegam ze sceny, widzę białe przedramię, ktoś świeci latarką, chwytam się tego przedramienia jak drążka. Kolega mnie przytrzymuje. Ktoś mi podaje wodę. Chwytam łyka przed wejściem do kolejnej sceny. Poprawiam usta, bo mam tak zjedzoną szminkę, jakbym nic nie mówiła, tylko ją jadła. Garderobiane mnie przebierają. Jestem całkowicie zaopiekowana, więc w tym miejscu chciałabym publicznie kolegom podziękować za czułość, za ich pomoc. Koledzy śmieją się ze mnie, że po ukłonach najszybciej zbiegam za kulisy, wyprzedzając innych, mówią, że jestem Emil Zátopek, słynny biegacz. W garderobie bardzo długą chwilę nie mogę nic powiedzieć. Czasami już zaczynam zdzierać z siebie kostium, bo czuję ból w przeponie i jakby mnie żebra rozsadzały. Uspokajam się. Głos wraca. Oj, ciekawe jest to nasze zakulisowego życie jak z „Garderobianego”…

…który pokazuje też, jak nie mając siły, postawić siebie do pionu, wejść na scenę i zwyciężyć po raz kolejny. Niedawno dostała pani propozycję od wybitnego rosyjskiego reżysera Iwana Wyrypajewa. Chciał obsadzić panią w sztuce Czechowa. Była pani taka szczęśliwa, a jednak odmówiła. Nie bała się pani, że podobna propozycja może się nie powtórzyć?
Póki jestem na chodzie, mam jeszcze tyle pomysłów na siebie samą… Bez takiego czy innego spektaklu. W ogóle się tym nie martwię, idę. Zawsze wyzwania same do mnie przychodziły, i, jak pan widzi, przychodzą, a ja idę za nimi. Ucieszyłam się z samego faktu, że to się zdarzyło. Spotkaliśmy się, były długie rozmowy. Poprosiłam o czas do namysłu. Zważyłam siły, PESEL. Nie mogę być nieobecna na próbach. Mało tego, nie chcę. Chcę być w tym zamieszaniu, wejść w ten krwiobieg. A żyję w wielkiej obsesji braku czasu. Chcąc podjąć się tej współpracy, musiałabym oddać wszystkie siły. A tego się bałam. Jako aktorka i człowiek jestem ciągle nienasycona, bez opamiętania wpadam w nowe. Jednak nie wiem, co będzie jutro, za miesiąc... Nie chciałam ryzykować ze względu na kolegów z obsady, na reżysera.

Ile kosztuje taka decyzja?
Dużo. Podejmowałam ją z żalem, ale kiedy ją podjęłam, żal minął.

Widziałem na Facebooku zdjęcie, jakie zrobiła sobie z panią młoda aktorka i wokalistka Natalia Sikora. Młode aktorki chcą się od pani uczyć warsztatu?
Może ja dla nich jestem eksponat?

Eksponat?! Pani łamie schematy. Pamiętam panią ze spektakli Pawła Miśkiewicza, pani aktorstwo było przekorne, młode.

A jest pan pewien tego, co mówi? Jeśli tak, to bardzo dziękuję. Sama powiedziałabym, że są w moim aktorstwie poszukiwanie i precyzja. Tak długo będę dłubała, przyglądała się, próbowała, aż znajdę. Nie sięgam do tego, co wyuczone, zastane. Dostaję nową rolę i jakbym zaczynała od zera.

Felicja w filmowym arcydziele „Jak być kochaną” działa w przekorze, jakby się odcięła od logiki, od własnych emocji. Zagrała pani postać, którą trudno zracjonalizować. Cały czas się wymyka. Mnie uderza zawsze scena gwałtu, choć przecież nie jest pokazana. Ale wszystko możemy przeczytać na twarzy Felicji, kiedy już jest po.
Do tej sceny zdjęłam pantofle. A mam fobię bosych stóp. Zawsze muszę coś mieć na stopach, nawet na plaży. W tej scenie chodziłam boso po zimnej i brudnej posadzce planu filmowego. Widać przymus, wstręt… Bywa, że aktor musi coś intymnego obnażyć. Ale to on podejmuje decyzję. Był pomysł, abym w „Biesiadzie u hrabiny Kotłubaj” tańczyła z Bohdanem Łazuką do nagrania naszej piosenki „Przeklnę cię” z Kabaretu Starszych Panów. Stoczyłam wojnę, bo pomijając, że ta piosenka nie jest „z Gombrowicza”, to byłoby niezdrowym odcinaniem kuponów od przeszłości. A we wszystko wchodzę od zera. Zanim coś zrobię, muszę mieć stuprocentowe przekonanie, że to właściwe. Zawsze grałam w perukach, by nie być na scenie prywatnie. Dałam się „rozdziewiczyć” tylko raz, w „Alicji” Pawła Miśkiewicza w Teatrze Dramatycznym. U Roberta Glińskiego poprosiłam o perukę. Pani fryzjerka szykowała mnie do jej założenia. Spinała mi włosy, żeby przylegały do głowy, i nagle zobaczyłam w lustrze taką gładką głowę, włosy ni to przylizane, ni to mokre. Już nie chciałam peruki. To było to! Stara Markiza z Gombrowicza. Reżyser zgodził się bez słowa… Dzięki Bogu! Na każdą rolę składają się setki drobiazgów, które muszę odnaleźć, czasem przenosząc je z życia, z obserwacji. Ale na życie też składają się drobiazgi i trzeba poświęcić im uwagę.

Pamiętam z podróży, że w jednej z pani toreb brzęczało szkło. Zapytałem, co pani wiezie.
A to były słoiczki z pestkami awokado, zanurzonymi w wodzie, które postanowiłam wyhodować. Pestka to życie. Kiedy po śmierci ojca na Wołyniu zostałyśmy z mamą same, a wojna była i głód był, zdobyła trochę ziemniaków, niedużo. Kroiła je w tych miejscach, gdzie były kiełki. Wsadzałyśmy do ziemi. I już miałyśmy na chwilę zapewniony byt. Niedawno znalazłam w lodówce ziemniaki, o których zapomniałam. Puściły pędy. Zapakowałam je i zawiozłam do koleżanki, jeszcze z Wołynia, bo ma ogródek. Wiedziałam, że zrozumie.

Zdarza się pani jeszcze nocą wychodzić na lody?
Zlikwidowali mi McDonalda. Noce zawsze mam bezsenne. Ostatnio nocami dobra jest maca. Ba, genialna [śmiech]. Nie mylić z macaniem!

Co powiedziałaby pani sobie młodej?
Ależ ja się charakterologicznie nie zmieniłam. Wiek się zmienił, z nim szczegóły, ale w głowie mam to samo, co miałam. Nadal potrafię się histerycznie śmiać, bez opanowania. Nadal mam tę samą ciekawość. Wokół zrobiło się pusto, tamten świat mojej młodości zupełnie znika. A ja idę. Czy to nie jest szczęście? I jakbym miała umrzeć, to poproszę na scenie. W takim biegu jak w spektaklu w Och-Teatrze. Na razie nie planuję, chcę dożyć trzech kaktusów, czyli 111 lat! Dopóki czuję się młoda, żadnych planów nie zmieniam! Kraina czarów, panie Grzemiku, wsysa mnie, oj, wsysa [śmiech].

  1. Kultura

Agnieszką Holland: "Za rzadko wychodzimy poza nasz własny punkt widzenia"

Agnieszka Holland (Fot. BeW)
Agnieszka Holland (Fot. BeW)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dzisiaj urodziny ma Agnieszka Holland, z tej okazji przypominamy wywiad z archiwalnego numeru "Zwierciadła". W szczerej rozmowie reżyserka wyznaje, czy w pracy bywa tyranem, jakie ma zdanie o psychoterapii i jak ocenia polskie kino.

Dostała pani kiedyś lanie?
Raz mama uderzyła mnie ścierką. Nie pamiętam już nawet za co, ale bardzo się wtedy na nią obraziłam, bo w gruncie rzeczy zostałam przez nią wychowana w poczuciu, że mam rację, a także prawo do afirmacji oraz samorealizacji.

Ojciec wychowawczo się nie udzielał?
On zawsze był mniej obecny, poza tym dość szybko umarł – miałam wtedy 13 lat. W domu nie było przyzwolenia na nielojalność, kłamstwo – tu moja mama była bardzo krytyczna, miałam za to dużo swobody opartej na wzajemnym zaufaniu – tak rodziła się moja wiara w to, że mogę i potrafię.

Czy była pani kiedykolwiek pacjentką psychoterapeuty?
Tak, w pewnym momencie życia, w Paryżu, udałam się do psychoterapeuty. To był, pamiętam, bardzo trudny dla mnie okres, niemal depresyjny, i pomyślałam sobie: „Może taka pomoc mi się przyda?”. Ale od razu muszę powiedzieć, że ta historia po prostu nie bardzo wypaliła.

Jako reżyser przejęła pani rolę terapeuty?
Pewnie trochę tak (śmiech). Była to, owszem, dosyć ciekawa pani psychoterapeutka, ale Francuzka. I szybko wyszło na jaw, że trudno leczyć się u cudzoziemca. Gdy zaczęłam opowiadać jej o mnie i o historycznych okolicznościach, które sprawiły, że moje życie potoczyło się tak, a nie inaczej, zauważyłam, że ona słucha tych wszystkich egzotycznych nowinek z ogromnym zainteresowaniem. Po dwóch sesjach, chcąc utrzymać jej uwagę, zaczęłam kontynuować to, co potrafię najlepiej, czyli opowiadać jej o ciekawych sekwencjach ze swojego życia, i obserwowałam, jak ona jako zainteresowany widz bierze udział w moim „filmie”.

A po trzeciej sesji?
Pomyślałam sobie: „jak to jest możliwe, żebym to ja płaciła za to, za co normalnie płacą mnie?” (śmiech). Odniosłam wrażenie, że nie jestem w tej relacji szczera, ponieważ zamiast w rolę pacjenta weszłam w rolę dobrego opowiadacza. To był mój ostatni raz. Czy cokolwiek mi to wszystko dało? Być może pomogło mi to w uruchomieniu w sobie pewnego mechanizmu, swego rodzaju gotowości na spotkanie terapeutyczne z drugą osobą. Do psychoterapii nigdy już nie powróciłam, ale myślę, że jest to dziedzina pożyteczna, mogąca pomóc wielu osobom.

Trzeba jednak bardzo rzetelnie sprawdzać, kogo się wybiera?
Oczywiście, bo to jest bardzo delikatna materia, a możliwości kontroli np. ze strony Towarzystwa Terapeutycznego ograniczone. Widziałam, głównie w Stanach, przykłady, kiedy niekompetentny czy też osobowościowo niewłaściwy dla danego człowieka terapeuta albo wręcz wykorzystujący sytuację do nabijania sobie kasy, żeruje mniej lub bardziej świadomie na człowieku. I zamiast pomóc, może zaszkodzić.

W serialu „Bez tajemnic”, którego reżyserii się pani podjęła, terapeuta niesie na swoich plecach potężny życiowy bagaż. Poszłaby pani do takiego?
Pewnie nie (śmiech). Ale... jednocześnie taki terapeuta, w związku z tym, jak ciężki bagaż niesie, sprawia wrażenie, że jest w stanie zrozumieć więcej. W „Bez tajemnic” pokazany jest ważny problem: na ile uprawianie psychoterapii stygmatyzuje czy też stwarza kłopoty psychologiczne i życiowe u samego terapeuty. Widać, że Andrzej – w tej roli świetny Jerzy Radziwiłowicz – średnio radzi sobie ze swoim własnym życiem, w myśl przysłowiowego „szewc bez butów chodzi”. Myślę jednak, że wbrew pozorom może być skuteczny.

A nie ma pani poczucia, że w Polsce bezkrytycznie zachłysnęliśmy się psychoterapią?
Chyba nie, choć nie prowadziłam badań socjologicznych. Wydaje mi się, że Polakom psychoterapia jest bardzo potrzebna, zarówno ta zbiorowa, jak i indywidualna, dlatego, że ani nasza szkoła, ani kultura, ani również Kościół nie są osadzone na introspekcji, a sama spowiedź nie zawsze wystarcza. Mimo tej naszej katolickości widzę zbyt mało rozliczania się człowieka samego ze sobą. Za rzadko wychodzimy poza nasz własny punkt widzenia, więc nasza empatia, zrozumienie kontekstu, korzeni własnych problemów – jest niedorozwinięta. A dobra psychoterapia właśnie tego potrafi nauczyć, bo poza zadaniem terapeutycznym pełni także funkcję pedagogiczną, poznawczą. O ile się orientuję, a rozmawiałam z paroma polskimi psychoterapeutami, są to ludzie świadomi i kompetentni, na dość wysokim poziomie zawodowym. Nie sądzę więc, żeby po Polsce hulała banda hochsztaplerów. Takich „specjalistów” widzę raczej w dziedzinie znachorstwa bądź opracowywania wizji katastrof lotniczych. Na pewno więcej narcyzów możemy spotkać wśród polityków niż wśród psychoterapeutów. Narcyzm uważam zresztą za jeden z głównych naszych współczesnych psychicznych mankamentów, prawdziwie niebezpieczny.

Na jakim fundamencie buduje pani relacje z ludźmi?
Ja mam specyficzny zawód – nie można go uprawiać bez automatycznego autorytetu, to troszeczkę – tak jak mówił kiedyś Andrzej Wajda – mieszanka dwóch komponentów, kaprala i poety. To znaczy trzeba być człowiekiem twórczym i mieć wizję dzieła, które się tworzy, a jednocześnie siłę, która pozwoli narzucić ludziom swoją wolę i do pewnego stopnia nimi manipulować.

Prosta droga do szaleństwa?
Tak, choć, jak widać, jeszcze się jakoś trzymam (śmiech). Ale to jest tak, że ludzie świadomie poddają się tej manipulacji, ponieważ wiedzą, że praca filmowa, zwłaszcza na linii reżyser–aktor ma swoje reguły, które, dodam, nie są sztywne, bo każdy wypadek jest zawsze trochę inny. Niemniej uczestnicy tej gry akceptują pewną hierarchię, w której ja jestem jak dowódca w jednostce wojskowej i nie ma szans na to, że każdy może przyjść i stwierdzić: „nie no, ja bym to zrobił zupełnie inaczej, bo mi się to w ogóle nie podoba”. Nie ma takiej możliwości, bo wtedy po prostu wszystko by się rozpadło. Jest to zatem stosunek hierarchiczny, ale z zachowaniem silnego działania zbiorowego, w którym każdy może odcisnąć swoje piętno na efekcie końcowym i od każdego mniej lub więcej coś zależy, co widać na ekranie. Chodzi o to, by wydobywać z ludzi najlepsze, co mają do zaoferowania. Jeżeli mają jakieś talenty i właściwości, to trzeba spowodować, żeby wyszły one na jaw, a ludzie na ogół dają z siebie to, co najlepsze, jeżeli mają poczucie sensu i czują się docenieni. W związku z tym obowiązkiem reżysera, producenta czy kierownika produkcji jest stworzenie takiej atmosfery, w której ekipa się otwiera.

Agnieszka Holland, Michalina Olszańska oraz James Norton. Na planie filmu 'Obywatel Jones'. (Fot. BeW)
Agnieszka Holland, Michalina Olszańska oraz James Norton. Na planie filmu "Obywatel Jones". (Fot. BeW)

A co pani robi z anarchistami?
Anarchista nie może zmieścić się w ekipie filmowej. Nie ma dla niego szans. Musi znaleźć sobie inną pracę.

Często mówi pani ludziom „do widzenia”?
Nie, bo na ogół oni idą do tego zawodu ze świadomością, gdzie i jakie są granice, a ja również o tym nie zapominam. Oczywiście, zdarzają się reżyserzy, którzy wykorzystują swoją władzę, powodując tym samym, że ludzie stają się strasznie nieszczęśliwi.

Wypatraszając ich do rosołu?
Tak. Albo żerują na ludziach, przekraczając granice ich bezpieczeństwa prywatnego, zachowując się chamsko, bardzo arbitralnie i tyrańsko. Co ciekawe, czasami osiągają przy tym świetne rezultaty, co widać wyraźnie np. w teatrze. Ale taka postawa jest dla mnie nie do przyjęcia, wierzę, że ludzkie życie jest cenniejsze niż efekt, który się osiąga.

Gdy przyjmowała pani propozycję reżyserowania „Bez tajemnic”, co panią targnęło? Rozsądek? Szósty zmysł?
Na pewno u mnie jest to zawsze instynktowne, muszę czuć, że mam coś do powiedzenia w sprawie i że będzie to dla mnie ciekawe doświadczenie, bo wtedy jest nadzieja, że zainteresuje także innych. „Bez tajemnic” to jest trochę takie ćwiczenie stylistyczne, eksperyment: bardzo dobrze napisany scenariusz, dużo ludzkich spraw i minimalistyczna forma, w której wyraźnie można skupić się na aktorze i tekście. Jurka Radziwiłowicza, który od początku jest z tym serialem związany, cenię, Maćka Stuhra, który zastąpił teraz Krysię Jandę, znam i bardzo lubię. Doszły dwie kobiety – Agata Kulesza jako życiowa partnerka terapeuty i Karolina Kominek jako histeryczna pacjentka Maćka. Agata ma w sobie taki rodzaj wolności, humoru i światła, a jednocześnie jest tak świetną i inteligentną aktorką, że może zagrać wszystko. Wybierając ją do tej roli, wiedzieliśmy, że swoją ludycznością na pewno rozrusza Jurka. Wyszło to naprawdę fajnie i cieszę się, że się na ten serial zdecydowałam.

A jak dużo propozycji pani odrzuca?
Bardzo często odmawiam amerykańskim producentom ze względu na nieciekawe scenariusze. Jeśli chodzi o serial, to warunkiem są też fajni ludzie, którzy go robią. To mała inwestycja, miesiąc życia, np. w Stanach, za to można popróbować innego stylu. Natomiast jeśli chodzi o film fabularny, to są na ogół już trzy lata życia – wtedy muszę mieć dodatkowo jakąś motywację wewnętrzną, szczególnie w moim wieku, gdy ten czas robi się już taki krótki. To musi być naprawdę coś ważnego.

A czy w polskiej filmografii powstaje jeszcze coś, co jest w stanie panią ubawić?
Myślę, że humor jest najbardziej osobistą rzeczą w człowieku. „Rejs” jest dla mnie śmieszny, w „Misiu” są bardzo zabawne kawałki. Być może PRL bardziej się do tego nadawał? Mam wrażenie, że śmiech w tamtych czasach bardzo nam wszystkim pomagał. A teraz? Bierze mnie raczej purnonsens, humor anglosaski czy tradycyjny żydowski, którego kontynuatorem jest Billy Wilder, potem Woody Allen. Na pewno nie jestem w ogóle wrażliwa na tzw. rechot męski, czyli coś tam o jajach, cycach, pedałach. To mnie w ogóle nie bawi. Nie jestem pewna, czy przez ostatnie 10 lat choć raz uśmiechnęłam się na jakimś polskim kabarecie. O współczesnych polskich komediach już w ogóle nie wspomnę. Są żenujące, choć na pewno robią je czasem zdolni ludzie. Problemem jest chyba fakt, że prawdziwy humor wymaga pracy wielu osób. Mało jest takich pojedynczych geniuszów. Przy amerykańskim Saturday Night Show pracuje ogromny team ludzi. U nas na pewno zdolnym do stworzenia komedii człowiekiem jest Julek Machulski, ale jeśli on sam jest sobie żeglarzem, sterem i okrętem? Nigdy nie widziałam całego „Świata według Kiepskich”, ale te strzępki, które podejrzałam w Internecie, mają potencjał, chociażby ze względu na obecność tak świetnych aktorów, jak Rysio Kotys czy Andrzej Grabowski. Wie pani, komedia filmowa to ambitne zadanie, trudno utrzymać poziom przez dłuższy czas.

Podjęłaby się pani takiego zadania?
Podjęłabym się. To nie byłaby komedia „uhahaha”, a pewnie lekki wczesnoallenowski absurd. Miałam nawet ze dwa takie projekty, ale nigdy nie udało mi się ich sfinansować. Nikt nie da mi pieniędzy na komedię. Mam łatkę tragika. I żadna terapia tu nie pomoże (śmiech).

 

  1. Zwierciadło poleca

Martyna Wojciechowska: Wierzę, że odwaga to kwestia decyzji

Martyna Wojciechowska w sesji dla
Martyna Wojciechowska w sesji dla "Zwierciadła", fot. Marta Wojtal / #projektmiłość
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jestem najszczęśliwsza, odkąd pamiętam – mówi i nie boi się zapeszyć. Minęło ponad 20 lat, od kiedy po raz pierwszy pojawiła się na okładce "Zwierciadła".  Wiele się od tamtego czasu zmieniło. Jak wiele?

Czerwiec 1997 roku. Pozujesz w letniej sukience, z liśćmi fantazyjnie wpiętymi we włosy. Dziewczyna malująca usta we wstecznym lusterku miejskiego skutera. Pamiętasz, jak powstawała ta okładka „Zwierciadła”?
Pierwszych okładek się nie zapomina. Chwilę wcześniej wystąpiłam w piśmie „Filipinka” jako dziewczyna, która kocha motocykle, tu akurat jestem na skuterze.

Co to za moment w twoim życiu?
Jeszcze studiowałam, w dużej firmie pracowałam jako marketing manager, jak to się wtedy szumnie nazywało, i zajmowałam się właśnie promocją jednośladów. Miałam też za sobą epizod pracy jako modelka. Z jednej strony to ważne doświadczenie, buduje świadomość ciała, nie mówiąc o tym, że poznałam wtedy mnóstwo osób, które tworzyły podwaliny dzisiejszej branży medialnej. Makijażyści, którzy nas wtedy malowali, fryzjerzy, którzy uczyli się fachu na naszych włosach, to teraz gwiazdy. Przy tamtych niewielkich możliwościach finansowych i głodni wielkiego świata robiliśmy przeróżne eksperymenty. Część z nich wydaje mi się dziś trochę zabawna, a trochę żenująca, ale fajnie, że razem dorastaliśmy, wymyślaliśmy, jak to ma docelowo wyglądać. Z drugiej strony – to czas, który mocno podkopywał moje poczucie własnej wartości. Wciąż słyszałam, że powinnam być jakaś.

Czyli jaka?
Inna niż byłam. Że powinnam schudnąć, zoperować nos, mieć długie włosy, krótkie. Długo tego nie wytrzymałam. W „Zwierciadle” wystąpiłam jako modelka, ale ponieważ odpowiadałam za promocję tych skuterów, można powiedzieć, że była to trochę sesja służbowa. Nie chodziło o mnie, nie ja byłam tematem tej okładki, nie ma na niej mojego nazwiska, ale ja ją organizowałam. Pamiętam, że to właśnie wtedy pomyślałam, że następnym razem, kiedy pojawię się na okładce jakiegokolwiek magazynu, to nie z powodu tego, jak wyglądam, ale kim jestem i co mam do powiedzenia. Dosłownie chwilę potem zaczęłam współtworzyć program o motocyklach dla łódzkiej telewizji kablowej ATV, a niecały rok później pracowałam już w telewizji TVN i prowadziłam program motoryzacyjny „Automaniak”. W tamtych czasach to było coś – kobieta opowiada o samochodach, ściga się motocyklami, przygotowuje materiały z rajdów i Formuły 1. Obyczajowy przełom.

Miałaś jasno wyznaczony cel?
Chciałam zajmować się motoryzacją, bo to była moja pasja od dziecka. Ale przede wszystkim chciałam być szanowana za to, że znam się na tym, co robię. I miałam nadzieję, że wreszcie nie będę się musiała tłumaczyć z tego, że jestem dziewczyną. Ciekawostką przyrodniczą, która nie przystaje do tego męskiego świata.

Tamta młoda, ambitna dziewczyna była sympatyczna?
Zależy dla kogo [śmiech]. To był czas buntu i naporu. Czasem nawet arogancji, która – jak wierzyłam – była potrzebna, żebym mogła cokolwiek osiągnąć w męskim świecie. Szarpałam się. W sumie burzliwy, trudny i męczący dla mnie okres. Choć ważny, bo nie byłabym dzisiaj tym, kim jestem, gdyby nie tamta buntowniczka z wyboru. Świętując 44. urodziny, myślałam sobie: „Jakie to wspaniałe, że to 44., a nie 24. czy nawet 34. urodziny!”. Bo poziom świadomości, spokoju, pewności siebie płynącej z doświadczenia daje jednak niesamowite poczucie komfortu.

Zrobiłaś sobie jakiś wyjątkowy prezent?
Zostałam skoczkiem spadochronowym. Wcześniej skakałam w tandemie, ale kiedy myślałam o samodzielnym skoku, czułam ścisk w żołądku. Jednocześnie wiedziałam, że chcę skakać ze spadochronem – właśnie dlatego, że tak bardzo się boję. Tylko że za każdym razem, kiedy próbowałam to zrobić, coś stawało mi na przeszkodzie. Kulminacyjny moment nastąpił latem 2016 roku – byłam zapisana na kurs, ale w wypadku złamałam obojczyk i konieczne były dwie skomplikowane operacje. Straciłam władzę w lewej ręce, wciąż czułam ból, nie wiedziałam nawet, czy odzyskam pełną sprawność. Pomyślałam, że to już na pewno koniec marzeń o lataniu. I tak mnie to irytowało, że zrobiłam wszystko, żeby jednak latać. Wiesz, jak to jest, jeśli naprawdę chcesz coś zrobić…

No właśnie chyba nie do końca wiem. Jak to możliwe, że jeśli coś wykracza poza twoją strefę komfortu, to ty właśnie wtedy najmocniej ciśniesz?
Po prostu wierzę, że odwaga to kwestia decyzji. Im bardziej się czegoś boję, tym uważniej się temu przyglądam. Nie chcę mieć poczucia, że to moje lęki decydują za mnie.

Więc chodzi o poczucie kontroli.
Z tą kontrolą to nie szalejmy. Nie wymyśliłabym sobie tego, co przyniosło mi życie. I absolutnie nie mogę powiedzieć, że mam pełną kontrolę nad moim życiem. Nikt z nas nie ma. Ale chciałabym wpływać na to, na co mogę, tam, gdzie mogę. To kwestia szlifowania charakteru, sprawdzania się w różnych wymagających sytuacjach, kiedy możesz świadomie przesunąć granice swoich możliwości. Stoisz w otwartych drzwiach samolotu i masz poczucie, że skok w chmury to coś wbrew instynktowi samozachowawczemu, prawda? A jednak wiesz, że tyle osób skakało przed tobą i że to sport mniej urazowy niż jazda konno czy ostre narciarstwo. Zdecydowana większość wypadków spowodowanych jest błędem ludzkim, a nie awarią sprzętu. Brawura, nieuwaga, rutyna, gubią nas różne rzeczy. A tu masz procedury, ćwiczenia na sucho. Więc jak już jesteś w samolocie, bierzesz trzy głębokie wdechy i skaczesz.

A potem?
Potem jest wspaniale.

Na jak długo starcza tej euforii? To uzależniające?
Oczywiście. Przeżywam etapy fascynacji różnymi dziedzinami. Najbardziej stała jestem w miłości do gór, bo to coś wyjątkowego – wspinam się nie po adrenalinę, ale po spokój. A skoki spadochronowe to czysta dziecięca radość. Przez prawie minutę lecisz swobodnie z wysokości czterech kilometrów. A potem otwierasz czaszę spadochronu i obserwujesz świat z lotu ptaka. Ostatnim razem, kiedy skakałam, był zachód słońca. Mówiłam sama do siebie: „Martyna, sama popatrz, jakie cudowne jest życie!”.

Ile znasz kobiet, które skaczą ze spadochronem?
No właśnie to moje marzenie o lataniu to też opowieść o kobietach w świecie pozornie męskiej przygody. Siedem lat temu podczas realizacji programu „Kobieta na krańcu świata” poznałam Heather Swan, która stała się dla mnie inspiracją. Kobieta, która całkowicie przewartościowała swoje życie w wieku blisko 40 lat. Miała wtedy kilka kilogramów nadwagi, dwoje dzieci z różnych związków i pracę w korporacji, której nie lubiła. Zaczęła zmiany w życiu od truchtania dookoła ogródka, bo nigdy wcześniej nie uprawiała sportu. Dziś jako skoczek spadochronowy ma na koncie wiele rekordów, ostatnio przesłała mi zdjęcia swoich lotów nad Antarktydą! Kiedy siedem lat temu poznałam Heather, miała prawie 50 lat, a jak poszłyśmy razem na trening, to zostałam daleko w tyle. Dziesięć kilometrów biegu, sto pompek, podciągnięcia na drążku… Pełen szacunek. Teraz, kiedy zaczęłam latać w tunelu aerodynamicznym, poznałam świetną trenerkę Kasię Bereskę. Potem trafiłam na Martę Molińską, instruktorkę, która prowadziła mój kurs spadochronowy. Mój spadochron składa – bo ja jeszcze nie mogę tego robić sama – także kobieta, Gośka Marciniak. I ja za każdym razem z pełnym zaufaniem powierzam jej życie. Gdzie się obejrzę – wszędzie kobiety wysokich lotów.

Martyna Wojciechowska w sesji dla 'Zwierciadła', fot. Marta Wojtal / #projektmiłość Martyna Wojciechowska w sesji dla "Zwierciadła", fot. Marta Wojtal / #projektmiłość

Pracujesz w mediach od ponad 20 lat. To wystarczająco dużo, żeby traktować show-biznes jak coś oswojonego, przyjaznego?
Wierzę, że mam za sobą jednak te 22 lata ciężkiej pracy i to jest coś, co trudno stracić z dnia na dzień. Ale też zdaję sobie sprawę z zagrożeń. Show-biznes to żywioł. Jestem świeżo po kilku historiach, którymi może nadmiernie się nie ekscytuję, ale też nie powiem, że są mi zupełnie obojętne. Media ostatnio bardzo zaczęły się interesować moim życiem, a dotąd udawało mi się rozgraniczać sferę prywatną i zawodową. Po raz pierwszy poszłam na przyjęcie z moim partnerem. Oboje poruszamy się w tej samej sferze zawodowej, on dostał zaproszenie na to samo wydarzenie, więc naprawdę dziwne byłoby, gdybyśmy poszli osobno. Stanęliśmy na tzw. ściance, próbowałam wcześniej tłumaczyć, że będzie dużo fleszy, dziennikarzy, zamieszania i tak też się stało. Ale Przemek, jednak zaskoczony tym tłumem naprzeciwko nas, powiedział pod nosem coś, czego zdecydowanie nie mogę tu przytoczyć, ale znaczyło coś w stylu: „Skąd tu tyle tych fotoreporterów?” [śmiech]. Nachyliłam się do niego i powiedziałam na ucho: „Słuchaj, ludzie potrafią czytać z ruchu warg”, i zaczęłam się śmiać. To był ułamek sekundy. Następnego dnia przeczytałam, że zamiast stanąć jak człowiek, to wieszałam się na nim „rozpalona do czerwoności”. Że Martyna Wojciechowska sprzeniewierzyła się wszystkim wyznawanym do tej pory wartościom.

Czytasz coś takiego i…
…w jakimś sensie, przewrotnie, wzbudza mój podziw to, że dziennikarze ze sfery internetowej potrafią wyczarować takie historie. Jestem w stanie też przyjąć na klatę komentarze, że dla lansu adoptowałam chorą na albinizm dziewczynkę z Tanzanii. Uważam je za krzywdzące, ale tłumaczę sobie, że świadczą one o tych, którzy je piszą. Mnie coś takiego w ogóle by nie przyszło do głowy – z góry zakładam, że ludzie mają dobre intencje. Kabula wychowała się w Tanzanii, gdzie osobom z albinizmem odrąbuje się części ciała, żeby wyprodukować z nich magiczne amulety. Dziś jako moja adoptowana córka jest bezpieczna i uczy się w prywatnej szkole, żeby zostać prawniczką i pomagać innym pokrzywdzonym ludziom. Do tego potrzeba zaangażowania wielu osób dobrej woli, Stowarzyszenia Misji Afrykańskich, Fundacji „Między Niebem a Ziemią”, pieniędzy, czasu. Nie mam siły tłumaczyć, że to wieloletni projekt wymagający ogromnej pracy, więc trudno mówić o „lansie”. Bo wiem, że cokolwiek powiem, to tylko woda na ten młyn. Najlepiej po prostu robić swoje. Wierzę, że dobre rzeczy, sumiennie wykonywane, bronią się same.

Także Kabulę poznałaś podczas realizacji programu „Kobieta na krańcu świata”. Tworzysz go od dekady, z tej okazji powstał nie tylko nowy sezon, ale i odcinki specjalne. Jak to się stało, że zamiast motoryzacją zajęłaś się kobietami poznanymi w podróży?
Jako dziennikarka jeździłam komentować zawody Formuły 1, rajdowe mistrzostwa świata, rajdy Szwecji, Cypru, Argentyny. Czułam się spełniona, ale zaczęło do mnie docierać, że wszystko, co najciekawsze, dzieje się wokół, a nie na samych zawodach. Po Rajdzie Dakar w 2002 roku, w którym wystartowałam też jako zawodniczka, byłam już pewna, że bardziej fascynujące są kulisy tej morderczej imprezy, walka o przetrwanie, ludzie spotkani w drodze i przyroda naokoło niż sama sportowa rywalizacja. I o tym chciałam robić reportaże. Najpierw powstał pomysł na program „Misja Martyna”. A potem… Potem dużo się w moim życiu wydarzyło. Dużo ważnych, trudnych momentów. Przede wszystkim wypadek i śmierć mojego przyjaciela i operatora kamery Rafała. Szukałam sensu w tym, że przeżyłam ten wypadek, że ocalałam. Postanowiłam przeżyć dwa życia, dać z siebie więcej. Nie chciałam już robić programów o swoich podróżach, tylko o niezwykłych ludzkich historiach, które zainspirują innych. W 2008 roku zostałam mamą i to był punkt przełomowy. Od dziesięciu lat przemierzam świat, realizując filmy o kobietach z krańców  świata i o tym, czego możemy się od nich nauczyć. To dokładnie tyle, ile ma moja córka.

Nie czułaś presji? Że powinnaś coś wybrać, z czegoś zrezygnować. Mówię o odwiecznym dylemacie: na ile matka dla dobra dziecka musi zrezygnować z siebie.
Każdego dnia próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie, czy moje wybory są słuszne. I czy z perspektywy czasu będę to widziała tak samo. Ja akurat postanowiłam być mamą i realizować pasje, choć daleka jestem od tego, żeby twierdzić, że to jedyny słuszny wybór. To też trochę rozmowa o feminizmie, choć unikam tego słowa. Uważam, że ciąży na nim jakieś piętno wypaczenia, podczas kiedy nieuznawanie feminizmu jest po prostu seksizmem. Na potrzeby tej rozmowy załóżmy, że równouprawnienie ludzi powinno być rzeczą oczywistą. No więc nie każda nowoczesna kobieta, która żyje w XXI wieku i ma możliwość wyboru, musi godzić pracę, macierzyństwo, wyglądać super i dawać radę na każdym polu. Feminizm to dla mnie wolność wyboru, nawet jeśli oznacza to zostanie w domu z dzieckiem i rezygnację z dotychczasowych pasji. Ważne, czy wybierasz tę drogę dlatego, że tego właśnie chcesz, czy dlatego, że takie są oczekiwania otoczenia wobec ciebie. I tutaj znowu wrócę do Heather Swan, bo zawdzięczam jej dużo więcej niż to, że skaczę ze spadochronem. Heather dużą część życia poświęciła wyłącznie wychowywaniu dzieci. Po czym zaczęła robić różne bardzo niemądre, obiektywnie rzecz biorąc, rzeczy – bo to, na co się porywa, to momentami rzeczywiście czyste szaleństwo. Robi to, bo – jak powiedziała – poczuła, że stać ją na więcej niż wożenie dzieci do szkoły i ze szkoły oraz gotowanie im obiadów. Że to jest, oczywiście, ważne, ale znacznie ważniejsze, co może im dać, to inspiracja. Kiedy ją poznałam, byłam świeżo upieczoną mamą, która próbowała stworzyć własny model macierzyństwa. W ogóle zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, bijąc się wciąż z wyobrażeniami, jak moje macierzyństwo powinno wyglądać i czego świat ode mnie oczekuje. Zdecydowałam, że chcę spróbować znaleźć balans między pracą, pasją a wychowywaniem dziecka. Że to jest moja droga. Nie wiem, czy dobra, czy zła, ale moja. Jednak nie wyobrażam sobie, żeby się co jakiś czas nie zatrzymywać i nie robić podsumowań. To takie moje punkty kontrolne. Jak na razie widzę, że z kilku rzeczy bardzo ważnych zrezygnowałam, kilka rzeczy mogłam sobie darować, kilka zrobić inaczej, ale ogólnie bilans wychodzi na plus.

Martyna Wojciechowska w sesji dla 'Zwierciadła', fot. Marta Wojtal / #projektmiłość Martyna Wojciechowska w sesji dla "Zwierciadła", fot. Marta Wojtal / #projektmiłość

Jaki model macierzyństwa wyniosłaś z domu?
Zupełnie inny. Nasz dom pachniał obiadem, mama zawsze była na miejscu. Z wyboru. Każdy ma jakąś misję życiową, moja mama miała i ma taką: nakarmić cały świat, przytulić wszystkich do piersi, wziąć pod swoje skrzydła. Miałam cioteczne rodzeństwo – siostrę i brata, ich rodzice umarli, a moja mama przejęła znaczną część opieki nad nimi. Były okresy, że mieszkali u nas, były też takie, że żyliśmy na dwa domy. W ogóle nie pamiętam z dzieciństwa takiego czasu, żeby ktoś u nas nie pomieszkiwał, żeby rodzice komuś nie pomagali. Mama jest pod tym względem niemożliwa. Żyje bardziej dla innych, mniej dla siebie.

Byłaś późnym dzieckiem?
Mamy nie, ale taty – późnym. Kiedy miałam siedem lat i szłam do podstawówki, tata miał 47 lat. Rodzice koleżanek byli jeszcze przed trzydziestką.

Gdzie mieszkaliście?
Na robotniczej Woli. Wtedy to bardziej były przedmieścia Warszawy. Przy trasie wylotowej na Poznań.

Podwórko z trzepakiem czy z porządnymi drabinkami?
Był trzepak, ale trenowałam wyczynowo sport i nie miałam czasu wisieć na trzepaku, bo spędzałam czas na sali gimnastycznej. A kiedy byłam młodsza, czas spędzałam głównie z dorosłymi. Lubiłam malować, rysować, lepić, kleić. Takie dziecko raczej introwertyczne, refleksyjne, niezbyt odważne. Bardziej obserwujące niż uczestniczące.

Jakim cudem z tego introwertycznego dziecka stałaś się nieustraszoną dziewczynką, która w wieku dziesięciu lat oznajmiła, że będzie ścigać się na motocyklach, i dopięła swego?
Duża w tym zasługa mojej mamy. Pewnie miałam potencjał, skoro go we mnie dostrzegła, ale też ona sama ma jakąś niezwykłą umiejętność, która jest teraz dla mnie, kiedy wychowuję Marysię, niedoścignionym wzorem. Mama z jednej strony inicjowała różne rzeczy, a jednocześnie wspierała mnie w najbardziej szalonych pomysłach. Nigdy nie spotkałam się z sytuacją, nawet zupełnie błahą, kiedy podcięłaby mi skrzydła. Wyobraź sobie, że dziesięciolatka przychodzi do domu i mówi: „Mamo, będę wyścigowym kierowcą motocyklowym”. I co robi wielu rodziców? Zaczyna, nawet w dobrej wierze, przekładać te słowa na racjonalne przesłanki. Żyjemy w Polsce, w komunie, nie ma pieniędzy, sprzętu, sponsorów. „Dziecko, co ty mówisz, gdzie ty się będziesz ścigać, co ci chodzi po głowie?”. Ja tego nie usłyszałam. Zamiast tego mama wykrzyknęła: „Świetnie!”. Albo kiedy przyszłam do domu i powiedziałam, że będę gitarzystką. Zamknęłam się w pokoju i ćwiczyłam tak długo, aż wystąpiłam na festiwalu piosenki młodzieżowej Młyn z moim zespołem i zajęliśmy pierwsze miejsce. Wyrastałam w przekonaniu, że chcieć to móc. Rodzice pozwalali mi popełniać błędy. Na drodze tych doświadczeń nabrałam dużej pewności siebie i odwagi. Odwaga to ważna rzecz. Nie rozumiem, dlaczego na święta Bożego Narodzenia Mikołaj pyta dzieci, czy były grzeczne. Ja zawsze pytam Marysię, czy w tym minionym roku była odważna. Wielki wpływ miał na mnie też mój tata. Nadodpowiedzialny, nadpracowity, widzący w tamtych siermiężnych czasach możliwości tam, gdzie nikt ich nie widział. Miał warsztat samochodowy w podwórku, obok naszego domu. I fascynujących klientów. Wanda Rutkiewicz, profesor Bardini, Violetta Villas, filmowcy, ambasadorzy. Nie chodziłam do przedszkola, więc pewnego dnia dostaliśmy pismo, że obejmuje mnie już „obowiązek szkolny”. To był dramat, bo warsztat samochodowy taty był dla mnie rajem. Wszyscy byli przyzwyczajeni, że gdzieś tam się plączę.

W podstawówce rozbijałaś się motorynką po okolicy.
Mama podjęła wywrotową jak na tamte czasy decyzję, że będę uczęszczać na prywatne lekcje angielskiego. Nie docierałam na nie, bo wymyśliłam sobie, że pieniądze będę odkładać właśnie na motorynkę. A jak już ją zdobyłam, to wciąż znikałam. Jeździłam jak szalona po wojskowych fortach, które były w okolicy, i w pocie czoła uczyłam się kolejnych ewolucji, na przykład palenia gumy i jazdy na jednym kole.

Nikt nie wyrzucał ci, że to za bardzo chłopackie?
Rodzice nigdy. Ale w kółko to słyszałam, chłopaki bez przerwy mnie podpuszczali. A ja się dawałam podpuszczać. Testy na odwagę – rozbijałam tę swoją motorynkę albo kolana. A im bardziej mi coś nie wychodziło, tym bardziej się zacinałam, że chcę być lepsza od nich.

Jak przetrwałaś okres dojrzewania?
Piersi rosły zdecydowanie za wolno jak na mój ówczesny ogląd sprawy [śmiech]. Przez jakiś czas byłam wypłoszem, tu miałam za dużo, tam za mało. Miałam też ogromne problemy z cerą, co bardzo mnie krępowało. Byłam między czasem beztroskiego chłopackiego dzieciństwa a okresem, kiedy konstytuowałam się jako kobieta, co też owocowało dość kuriozalnymi eksperymentami. Epatowaniem kobiecością. Podkreślanie jej rozumiałam w zupełnie inny niż dzisiaj sposób. Nazwijmy rzeczy po imieniu: bardzo dosłownie. Kiedy patrzę na zdjęcia z tamtego okresu, widzę, że wszystkiego jest tam za dużo. Albo za mało. Za mocny make-up, za głębokie dekolty, za krótkie spódniczki.

Martyna Wojciechowska w sesji dla 'Zwierciadła', fot. Marta Wojtal / #projektmiłość Martyna Wojciechowska w sesji dla "Zwierciadła", fot. Marta Wojtal / #projektmiłość

W wywiadach nieraz przyznawałaś, że kobiety cię irytowały, że lepiej dogadywałaś się z facetami.
Denerwowało mnie plotkowanie, mówienie o niczym, rozkładanie błahych spraw na elementy pierwsze. Dla mnie liczył się konkret, żeby popchnąć sprawy do przodu. Dopiero później zrozumiałam, że nie chodzi o to, żeby przyjąć męski sposób widzenia i model działania, tylko wypracować własny. Zaczęłam inaczej postrzegać ten kobiecy zestaw cech, zrozumiałam, że on wcale nie oznacza rozkładania błahych spraw na elementy pierwsze, tylko większą uczuciowość i empatię. Że pozorne niezdecydowanie to po prostu większa refleksyjność. Ta kobieca energia, siostrzana miłość, którą teraz czuję z fajnymi, mądrymi kobietami, które mnie otaczają, napędzają mnie do działania.

Dużo czasu zajęła ci ta wolta w myśleniu?
Wiele się zmieniło, kiedy zostałam mamą. Czysta fizjologia. Nabrzmiałe piersi, płaczące dziecko, zmęczenie, bezsilność, ale też ogromne poczucie wspólnoty z innymi kobietami.

Co daje ci poczucie bezpieczeństwa?
Wewnętrzne przekonanie, że potrafię nawet w trudnych warunkach przetrwać. I zadbać o najbliższych. Czuję, że można mi zabrać wszystko, a ja i tak przetrwam. Wiem to.

A umiesz określić, skąd bierze się u ciebie nieustanna potrzeba adrenaliny?
Jest udowodnione, pisaliśmy o tym w „National Geographic”, kiedy jeszcze pełniłam tam funkcję redaktor naczelnej, że jest coś takiego jak D4DR – gen sprawiający, że ludzie, którzy go mają, znacznie chętniej podejmują ryzyko. Ten gen sprawia też, że masz większą niż inni potrzebę przemieszczania się. Mniej więcej się zgadza.

Spakowałabyś życie w walizkę?
Pewnie chciałabym odpowiedzieć twierdząco i dodać filozoficznie, że jestem wiecznym wędrowcem. Ale jednak nie. Obrosłam rzeczami, które lubię, szczególnie książkami, jestem dość sentymentalna, przechowuję notatki, pamiątki, wycinki. Zbieram stroje z krańców świata z myślą o stworzeniu kolekcji muzealnej. Są posegregowane, przełożone pergaminem, opisane. Bhutan, Indie, Samoa, Papua. Byłabym w stanie porzucić wszystko tylko wtedy, gdybym naprawdę musiała. Lubię surowe warunki życia, takie jak moja drewniana chata w górach i piec kaflowy zamiast centralnego ogrzewania – serwuję je sobie regularnie, ale dobrze mi też, kiedy wracam do naszego mieszkania na warszawskim Żoliborzu.

W trudnych sytuacjach od razu idziesz na czołowe zderzenie?
W tych najtrudniejszych potrafię zachować totalny spokój. To trochę cecha wrodzona, nie mam skłonności do panikowania. Ale też nauczyłam się tego w domu. Mama nigdy by nie powiedziała: „To straszne! Co my teraz zrobimy?!”. W naturalny sposób nie jestem szczególnie ekspresyjna, jeśli chodzi o strach i złe emocje. Łatwo przychodzą mi wybuchy radości, zapalam się do czegoś, ale negatywne emocje potrafię trzymać na wodzy. Czy to coś złego i będę miała z tego powodu wrzody żołądka? Po prostu wierzę, że mówiąc coś na głos, nadajemy temu energię. Dlatego tak bardzo zwracam na to uwagę: „Nie mówcie, że mamy problem. Nie, nie mamy problemu, mamy wyzwania. Nie mów, że ci się udało. Mów, że to zrobiłaś”. Poza tym bardzo ufam intuicji. Zawsze zrobię coś bardziej z serca niż z racjonalnej analizy.

W relacjach sprawdza się to tak samo dobrze jak podczas zdobywania szczytu?
Generalnie ufam ludziom, jestem otwarta. I jak każdy mam różne doświadczenia w życiu zawodowym i prywatnym. Także takie, że ktoś mnie zawiódł, zdradził. Ale też nigdzie nie jest powiedziane, że ludzie mają być z nami na zawsze. Nie żałuję żadnej relacji, choć być może nie każda mnie szczególnie wzbogaciła. Na różnych etapach życia potrzebujemy różnych rzeczy. Jestem przekonana, że teraz żyję w odpowiednim miejscu, czasie, otoczona właściwymi ludźmi. Ale jeśli spotkamy się za pięć lat i ten zestaw ludzi wokół mnie będzie nieco inny, to nie znaczy, że teraz jest zły. Po prostu przyjmuję, że sytuacja może się zmienić, że świat się zmienia i my też się zmieniamy.

Potrafisz o tym myśleć bez smutku?
Straciłam bardzo bliskie osoby w dosłownym znaczeniu tego słowa. Umarły, zginęły w tragicznych okolicznościach. Pewnie, że w takich momentach zastanawiasz się, dlaczego świat się nadal kręci, jak to możliwe. Ale też wiem, że potem nastaje codzienność, budujesz inne relacje. Utrata, ta dosłowna i ta bardziej w przenośni, kiedy nasze drogi się rozchodzą, już mnie tak bardzo nie przeraża.

Jesteś szczęśliwa?
Jestem najszczęśliwsza, odkąd pamiętam.

To czego ci można życzyć?
Nie zabrzmi to spektakularnie, ale zdrowia. Resztę sobie jakoś ogarnę.