1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. 10 sposobów, jak odbić się od dna

10 sposobów, jak odbić się od dna

123rf.com
123rf.com
Dno może być różnie rozumiane. Zwykle jest to moment, kiedy wydaje nam się, że gorzej już być nie może. Przeżywamy ból z powodu zdrady, rozstania, poważnych problemów finansowych, śmierci bliskiej osoby. Dnem mogą być związane z tymi wydarzeniami stany depresyjne. Jak z nich wyjść?

1. Pozwól sobie na przeżycie żalu

Odważ się rozpaczać z powodu straty. To jest konieczne, żeby poczuć dno, od którego będziesz mogła się odbić. Ten proces będzie miał swoje przypływy i odpływy, raz będziesz się lepiej, raz gorzej. Poddaj się temu, bądź w kontakcie ze swoimi uczuciami.

2. Miej świadomość, że nie jesteś wyjątkiem – sięganie dna jest rzeczą ludzką

Jest w nas tendencja, żeby wstydzić się swojej złej formy z powodu trudności życiowych. Tymczasem prawie każdy z nas chociaż raz znajduje się w takiej sytuacji, że wydaje mu się, że sięga dna. Taka świadomość pomaga na nie zejść.

3. Nie opieraj się, opór jest daremny

Każda próba uniknięcia trudnych uczuć tylko nasila kryzys. Ucieczki w działanie, używki, angażowanie się w nową relację działają na krótką metę. Opieranie się czemuś, co próbuje się wewnątrz nas wydarzyć na poziomie uczuć, jest szkodzeniem sobie. Jeśli jakiemuś procesowi opierasz się, nasilasz negatywne emocje. Dlatego, gdy przyjdą trudne uczucia, oddychaj głęboko i pozwalaj sobie je poczuć w ciele.

4. Pozostań w kontakcie z innymi ludźmi

To naprawdę nie jest dobry czas, aby całkowicie wycofać się z życia. Możesz bardzo potrzebować dotykać swojego dna w samotności (to naturalne i potrzebne), ale staraj się choć trochę czasu spędzać z przyjaciółmi. Postawa społeczna nie tylko pomaga poczuć się lepiej, ale stwarza też większą przestrzeń na przetwarzanie zdarzeń i rozwiązywanie problemów. Poprzez kontakt z innymi ludźmi zyskujemy inny punkt odniesienia.

5. Ćwicz życzliwość dla innych ludzi

Coraz więcej badań dowodzi, że życzliwość wzmacnia nasze poczucie własnej wartości i zbliża do drugiego człowieka. Kiedy sama przechodzisz kryzys, ćwicz się w aktach dobroci. 6. Nie śpiesz się

Nikt z nas nie przepada za przeżywaniem bólu, dlatego podejmujemy działania, które go uśmierzą. Miej świadomość, że czas leczy rany.

7. Pamiętaj o tym, że masz w sobie naturalną odporność

Badania udowadniają, że większość z nas potrafi dość szybko odbić się od dna. Mamy w sobie moc, żeby przeżyć traumę. Zaufaj swojej wewnętrznej sile.

8. Spędzaj więcej czasu z ludźmi, jeśli jesteś ekstrawertykiem, często bądź sam, jeśli introwertykiem

Ekstrawertycy w dużej mierze czerpią energię życiową z kontaktów z ludźmi. Jeśli tak jest w twoim przypadku, nie żałuj sobie spotkań towarzyskich. Introwertycy zaś lepiej czują się, gdy spędzają czas sam na sam ze sobą. Jednak i jednym i drugim, zwłaszcza w czasie kryzysu, potrzebna jest równowaga między tymi dwoma sposobami spędzania czasu.

9. Raz w tygodniu pomyśl o tym, za co jesteś wdzięczna

Wdzięczność naprawdę pomaga, ale codzienna lista w czasie, kiedy próbujesz odbić się od dna, może być zniechęcająca. Badania pokazują, że praktykowanie uczucia wdzięczności raz w tygodniu przynosi korzystne rezultaty. Zmienia się perspektywa w spojrzeniu na świat.

10. Nie pozwól, aby emocjonalne demony miały nad tobą władzę

Negatywne emocjonalne stany są jak demony, które przejmują stery statku zwanego życiem. Naszym zadaniem jest sterować nim razem z demonami na pokładzie. W czasie odbijania się od dna może ci się wydawać, że jesteś zbyt słaba, żeby z nimi wygrać. Smutek, żal, rozpacz, lęk mogą cię przytłaczać tak bardzo, że nie widzisz możliwości wygrania z nimi. Nie walcz zatem z tymi uczuciami. Przyjmij je (co nie będzie oznaczało, że je lubisz), a one oddadzą ster, by twój statek popłynął w kierunku uzdrowienia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

5 składników, które pomogą wzmocnić odporność jesienią

Jedną z najcenniejszych właściwości jeżówki (inaczej echinacea) jest działanie polegające na wzmocnieniu odporności. Echinacea występuje jako składnik suplementów, naparów oraz herbat.  (Fot. Getty Images)
Jedną z najcenniejszych właściwości jeżówki (inaczej echinacea) jest działanie polegające na wzmocnieniu odporności. Echinacea występuje jako składnik suplementów, naparów oraz herbat. (Fot. Getty Images)
Zanim na dobre przyjdzie jesień, a z nią spadną liście i nasza odporność, warto przejrzeć swoją domową apteczkę (albo spiżarnię) i uzupełnić jej braki. W co warto się zaopatrzyć jesienią?

Sok z malin

Jak głosi przestroga w „Grze o tron” – „Zima nadchodzi”.  Jeśli więc obawiasz się zmasowanego ataku wirusów i bakterii, sięgnij koniecznie po sok z malin. Ta domowa metoda naszych babć stosowana w walce z infekcją to wciąż niezawodny środek na naturalne wzmocnienie naszej odporności. Dlaczego musimy ją wzmacniać? Jednym z powodów osłabionej odporności jest niedobór witamin i składników mineralnych, co z kolei przekłada się na większe ryzyko zachorowania. Tymczasem maliny to same korzyści dla zdrowia. Owoce są bogatym źródłem witaminy C, manganu, błonnika pokarmowego, przeciwutleniaczy, witamin z grupy B, kwasu foliowego, miedzi i żelaza. 100 proc. sok z malin lub miód z jego dodatkiem możemy spożywać samodzielnie lub dodając go do napojów. Ciepła herbata z dodatkiem soku z malin rozgrzeje nas w chłodniejsze dni i wzmocni przed zimą.

Echinacea

Echinacea, zwana również jeżówką, to roślina od wieków stosowana w medycynie i ziołolecznictwie. Jedną z najcenniejszych właściwości jeżówki (zwłaszcza jeżówki purpurowej) jest działanie polegające na wzmocnieniu odporności. Według badań owoc i jego składniki stymulują układ immunologiczny do walki z patogenami m.in. bakteriami czy wirusami, chroniąc przed infekcjami górnych dróg oddechowych. Z kolei jej korzenie, liście oraz kwiaty zawierają związki immunostymulujące, które pobudzają proces fagocytozy, czyli mechanizmy obronne organizmu. Echinacea zapewnia zarówno wzrost liczby, jak i zwiększa aktywność komórek układu odpornościowego – tyczy się to m.in. limfocytów T, mikrofagów, interferonu, interleukiny oraz przeciwciał. Te właściwości potwierdzili naukowcy z University of Connecticut School of Pharmacy przekonując, że stosowanie przetworów na bazie jeżówki redukuje ryzyko przeziębienia od 35 proc. (rotawirusy) do 58 proc. (inne wirusy wywołujące przeziębienie). Echinacea występuje jako składnik suplementów, naparów oraz herbat. W syropy, herbaty, soki, kapsułki i tabletki na bazie jeżówki można zaopatrzyć się w aptekach.

Pyłek kwiatowy

Pszczoły wiedzą, co zdrowe. I nie chodzi tu jedynie o miód. Pyłek kwiatowy, a konkretnie pyłek pszczeli to niezawodny sposób na podniesienie naszej odporności. Produkt ten, wytwarzany przez robotnice pszczoły miodnej, jest prawdziwą bombą witaminową o właściwościach prozdrowotnych. Aby uzyskać 1 łyżeczkę pyłku pojedyncza pszczoła musi pracować przez 8 h dziennie przez miesiąc. Ten trud się opłaca. Produkt ich pracy zawiera praktycznie wszystkie składniki odżywcze korzystne dla naszego zdrowia m.in. aminokwasy, flawonoidy, białko, witaminy, nienasycone kwasy tłuszczowe, węglowodany czy minerały. Pyłek pszczeli działa korzystnie również na naszą florę jelitową, stymuluje także układ odpornościowy, posiada m.in. następujące właściwości – zwiększa wytrzymałość, zwalcza zmęczenie, działa przeciwzapalnie oraz przeciwwirusowo. Pyłek kwiatowy można kupić bezpośrednio u pszczelarzy, a także w sklepach ze zdrową żywnością, sklepach ekologicznych oraz w hipermarketach i sklepach spożywczych.

Acerola

Acerola, zwana również wiśnią z Barbados, została zaliczona do grona tzw. superfoods, czyli produktów o najcenniejszych właściwościach zdrowotnych. Dlaczego? Ten owoc pochodzący z Ameryki Południowej to najbogatsze wśród owoców uprawnych źródło witaminy C (1400-2500mg/100 g), składnika niezbędnego do pobudzenia układu odpornościowego i walki z toksynami. Witamina C jest silnym przeciwutleniaczem, a więc wspiera naturalne mechanizmy obronne komórek w organizmie – pobudza produkcję białych krwinek oraz wspiera regenerację uszkodzonych przez bakterie czy wirusy komórek. Ale to nie koniec, w aceroli znajdziemy również prowitaminę A, magnez, wapń, cynk, żelazo, witaminy z grupy B, białko czy błonnik. Roślinę można zażywać w tabletkach lub w postaci soku. Świeżą acerolę bardzo trudno dostać, najczęściej możemy znaleźć ją w dużych supermarketach. W formie zmielonej, w postaci tabletek lub soku można ją kupić w sklepach ze zdrową żywnością, zarówno internetowych. Idealnym jej zamiennikiem z polskiego podwórka jest dzika róża. Roślina ta to kolejna skarbnica witaminy C.

Probiotyki

Jesienią warto zadbać także o jelita, ponieważ zdolność obronna naszego organizmu zależy w dużej mierze od mikroflory jelitowej. To dzięki niej sprawnie radzimy (lub nie radzimy) sobie z infekcjami lub zapobiegamy ich rozwojowi. Warto więc, aby jesienią w apteczce pojawiły się „dobre bakterie”, czyli probiotyki. Probiotyki to wyselekcjonowane żywe kultury bakterii lub drożdży, najczęściej bakterii kwasu mlekowego Lactobacillus, których zadaniem jest prozdrowotne działanie w przewodzie pokarmowym. Udowodniono, że probiotyki mają działanie immunostymulujące, pobudzają procesy obronne organizmu, zwiększają aktywność m.in. makrofagów, limfocytów i przeciwciał w przewodzie pokarmowym. Poza tym działają bakteriobójczo i hamują rozwój patogenów, przez co chronią przed zakażeniami wirusowymi (rotawirusy). Pomagają również odbudować florę bakteryjną po antybiotykoterapii. Badania opublikowane na łamach Journal of Science and Medicine in Sport wykazały, że wśród sportowców z Nowej Zelandii spożywających probiotyki wystąpiło o 40 proc. mniej przypadków przeziębień i infekcji przewodu pokarmowego w porównaniu z grupą przyjmującą placebo. Probiotyki możemy stosować w formie kapsułek, proszku, ale również tej naturalnej – żywe kultury bakterii zawierają jogurty naturalne, kefir, kimchi lub swojskie kiszonki np. ogórki lub kapusta.

  1. Psychologia

Problemy psychiczne. Jak żyć z depresją, nerwicą, psychozą?

10 października obchodzimy Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego. Warto więc przyjrzeć się zagadnieniom związanym z psychiką, tym bardziej, że coraz więcej osób doświadcza zaburzeń na tym tle. (fot. iStock)
10 października obchodzimy Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego. Warto więc przyjrzeć się zagadnieniom związanym z psychiką, tym bardziej, że coraz więcej osób doświadcza zaburzeń na tym tle. (fot. iStock)
Depresja, psychoza czy nerwica nie muszą oznaczać rezygnacji z planów na przyszłość ani stygmatyzować. Problemy psychiczne przychodzą i mijają jak wiele innych chorób. O to, jak żyć z chorobą i mimo niej – Ewa Pągowska pyta psychiatrę, dr Joannę Krzyżanowską-Zbucką.

Kiedyś usłyszałam od internistki, że nie ma ludzi zdrowych, są tylko „niezdiagnozowani”. Jak to wygląda z perspektywy psychiatry? Kiedy byłam młodą lekarką, sądziłam, że świat da się podzielić na zdrowych i chorych psychicznie, ale im dłużej pracuję i im więcej widzę osób szukających pomocy, tym ta granica staje się mniej ostra. Rzadko jest tak, że ktoś kładzie się spać zdrowy, a budzi chory. To, co jest uznawane za chorobę czy zaburzenie psychiczne, zmienia się też w zależności od tego, jak szerokie są kryteria w aktualnie obowiązującej klasyfikacji chorób i zaburzeń psychicznych.

Mam wrażenie, że coraz więcej zachowań czy stanów uznaje się za objaw choroby lub zaburzenia psychicznego. Rzeczywiście obecnie mamy do czynienia z powszechną psychiatryzacją, więc np. osobie, która cierpi z powodu różnych problemów psychicznych, bo spotkało ją coś trudnego – straciła pracę lub kogoś bliskiego, stawia się rozpoznanie: „zaburzenia adaptacyjne” albo „depresja reaktywna”. Kiedyś nazwalibyśmy to „kryzysem życiowym”, a dziś ten kryzys ma swój numer w klasyfikacji chorób i zaburzeń psychicznych. Nie zawsze też objawy choroby psychicznej świadczą o tym, że tę chorobę mamy, np. jedna z moich pacjentek skarżyła się: „Pani doktor, chyba zwariowałam, w środku lata słyszę kolędy”. Okazało się jednak, że nie miała psychozy, tylko niedosłuch i tzw. omamy muzyczne. Każdy z nas ma czasem objawy lękowe czy depresyjne i w związku z tym może potrzebować pomocy psychologa lub psychiatry, ale to jeszcze nie znaczy, że jest chory psychicznie.

Ale jeśli już chorujemy psychicznie, to na co najczęściej? Statystyki pokazują, że poza uzależnieniami w populacji najczęściej występują zaburzenia depresyjne. Według niektórych doniesień 50 proc. kobiet przynajmniej raz w swoim życiu doświadczyło depresji, włączając w to zaburzenia okołoporodowe i menopauzalne. Moim zdaniem mamy do czynienia z nadrozpoznawalnością depresji.

Kryteria choroby są tak szerokie, że mieszczą w sobie i epizod depresyjny, który może być spowodowany kryzysem życiowym, pojawić się raz i nigdy nie wrócić, i depresję endogenną, czyli nawracającą chorobę uwarunkowaną biologicznie. Tymczasem są to zupełnie inne przypadki. Wrzucanie ich do jednego worka i mówienie o tym, że powinno się je tak samo leczyć farmakologicznie, budzi we mnie mieszane uczucia.

Sądzi pani, że bierzemy zbyt dużo leków? Mam poczucie, że nadmiernie skupiamy się na farmakologii. Oczywiście czasem leki są konieczne, sama często je przepisuję, ale myślę, że w wielu przypadkach można by było trochę oszczędniej nimi gospodarować. Zresztą one też mogą okazać się niewystarczające i powinno się je wspomóc innymi formami leczenia, np. psychoterapią, która pomaga zwłaszcza w przypadku zaburzeń depresyjnych, osobowości czy lękowych.

No właśnie. Podobno leki antydepresyjne bierze się m.in. po to, by być w stanie pracować nad sobą na terapii. To prawda, bo pacjent, który ma objawy, może mieć problem z dotarciem na terapię. Czasem dopiero gdy ustąpią, jest w stanie w niej uczestniczyć. Psychoterapia jest bardzo ważna, bo często człowiek z zaburzeniami depresyjnymi, który poczuł się lepiej po wzięciu leków, nie ma refleksji, że może coś w jego stylu życia czy postawie doprowadziło do kryzysu. Nie zastanawia się nad przyczynami, a jeśli nie próbuje niczego zmienić, kiedy w końcu odstawi leki, szybko wróci do punktu wyjścia.

O psychoterapii warto więc pomyśleć, nawet jeśli mamy depresję endogenną, w której biologia gra decydującą rolę? Tak, bo nawet wtedy możemy zrobić coś, by zmniejszyć ryzyko nawrotu choroby. Niestety, wiele osób nie wierzy w psychoterapię, a ona naprawdę działa. Są nawet badania, które pokazują, jak zmienia się mózg pod jej wpływem. Tylko oczywiście terapia musi być odpowiednio długa. Czasem słyszę od pacjentów: „Już przeszedłem terapię i nie zadziałała”, więc pytam, ile ona trwała, i kiedy słyszę „Byłem trzy razy”, odpowiadam, że to chyba nie była psychoterapia tylko porada. Niektórzy wręcz domagają się leków. Mówią: „A może pani doktor coś by mi wypisała, tak na wszelki wypadek, jakbym się zdenerwował”.

Ale słyszałam też historie pacjentów, którzy podchodzili z rezerwą do leków, a psychiatra nie tylko ich namawiał, ale wciąż zwiększał dawkę i dokładał nowe specyfiki. Dlatego, jeśli człowiek ma wątpliwości i obawy, powinien porozmawiać z lekarzem, a ten powinien znaleźć chwilę, by wszystko wyjaśnić i samemu się zastanowić, czy na pewno trzeba tyle leków wypisywać – na rano, żeby się chciało wstać, na wieczór, żeby się dobrze spało… Może warto poszukać lekarstwa, które rozwiąże oba problemy albo zamienić jeden preparat na metodę niefarmakologiczną. W wielu sytuacjach rzeczywiście nie obejdzie się bez leków, np. często trudno jest stosować monoterapię u osoby z zaburzeniem afektywnym dwubiegunowym.

Co to za choroba? To inaczej psychoza maniakalno-depresyjna. Zmieniono nazwę, by nie stygmatyzować pacjentów, bo wiadomo, jaki jest stosunek do osób, które mają psychozy. Budzą lęk. Podobnie jak nie mówimy już „nerwica” tylko „zaburzenia lękowe”. W przypadku schizofrenii nie mamy dobrego „zamiennika”, nazwa tej choroby straszy już od 100 lat, więc sądzę, że pora na zmianę, by ludzie nie wstydzili się tego rozpoznania i byli bardziej skłonni uwierzyć, że jakoś mogą sobie z tym poradzić.

Co jest ważne, by człowiek z chorobą psychiczną mógł wrócić do zdrowia i dobrze żyć? Przede wszystkim trzeba wziąć odpowiedzialność za swoje leczenie, a nie biernie poddawać się lekarzowi. On ma tylko pomagać, można z nim zawrzeć sojusz, by osiągnąć cel, jakim jest powrót do zdrowia, ale to nie znaczy, że trzeba go ślepo słuchać, bo on czasem też może się mylić. Pacjent ma więc prawo dyskutować z lekarzem i, jeśli nie ma do niego zaufania, poszukać innego specjalisty. Dobrze, by chory uświadomił sobie, że ma wpływ na przebieg choroby – może brać leki lub nie, podejmować działania, które będą narażać go na nawrót i ponosić jego konsekwencje lub tego ryzyka unikać…

Czego dokładnie powinien się wystrzegać? To kwestia indywidualna. Na Oddziale Zapobiegania Nawrotom Instytutu Psychiatrii i Neurologii pracujemy z pacjentami nad stworzeniem „systemu wczesnego ostrzegania”. Najpierw zastanawiamy się nad tym, co u danej osoby może być zwiastunem choroby. Oczywiście jeśli ktoś ma już za sobą dwa epizody, to łatwiej dostrzec jakąś prawidłowość, np. że za każdym razem tuż przed pojawieniem się objawów choroby miał problemy ze snem, palił więcej czy częściej się modlił, ale nawet jeśli ktoś miał jeden epizod, to też można wyciągnąć jakieś wnioski. Potem pacjent wie, że kiedy zauważy już u siebie te zwiastuny, powinien reagować, czyli np. zgłosić się do lekarza. Ważne jest też określenie, w jakim czasie trzeba zgłosić się po pomoc. Niektórzy mogą poczekać trzy tygodnie na wizytę, a inni maksymalnie trzy dni. Oczywiście trzeba swojego lekarza poinformować o tych zwiastunach, żeby ich nie bagatelizował, bo niektórym pacjentom dwie nieprzespane noce nie zaszkodzą, a inni trzecią noc spędzą już w szpitalu. Potem trzeba zastanowić się nad czynnikami ryzyka, czyli tym wszystkim, co może doprowadzić do nawrotu choroby.

Podobno na czele listy jest alkohol. Rzeczywiście alkohol, marihuana czy inne substancje psychoaktywne są istotnymi czynnikami ryzyka nawrotu zaburzeń psychicznych. U wielu osób jest nim także stres, ale trzeba pamiętać, że nie każdego to samo i w takim samym stopniu stresuje. Miałam pacjenta, u którego następowało pogorszenie zawsze wtedy, gdy chorował ktoś z rodziny, i pacjentkę, dla której niebezpieczne były wyjazdy zagraniczne, bo kiedy ludzie zaczynali mówić w obcym języku, szybko dochodziła do wniosku, że ją obgadują. Ale ponieważ lubiła podróże, musiałyśmy opracować taką strategię, by wyjazd z kraju nie prowadził do nawrotu choroby. Częstym czynnikiem ryzyka jest też odstawienie leków, zwłaszcza nagłe, co w przypadku przewlekłej choroby zwykle prowadzi do zaostrzenia.

Czy to znaczy, że niektórzy muszą brać leki do końca życia? Tak bywa i wiem, że dla części pacjentów jest to trudne do zaakceptowania. Dlatego niektórzy psychiatrzy namawiają do przyjmowania leków, porównując to do brania insuliny przez chorych na cukrzycę. Myślę jednak, że lepszą analogią są środki antykoncepcyjne – bierze się je nie z powodu choroby, tylko profilaktycznie. Tak samo mogą myśleć osoby z doświadczeniem choroby psychicznej – teraz jestem zdrowy, ale zachorowałem raz i drugi, więc biorę leki, by nie zachorować po raz trzeci. Weźmy pacjentów ze schizofrenią – wbrew stereotypom większość nie ma objawów cały czas. Zdarza się, że przez całe życie mają tylko jeden epizod choroby. Mogą normalnie pracować i funkcjonować społecznie. Tymczasem osoby ze schizofrenią są stygmatyzowane. Co ważne, nie tylko spotykają się z dyskryminacją społeczną, ale też sami siebie uważają za wybrakowanych, wstydzą się choroby, nie przyznają do tego, że byli w szpitalu psychiatrycznym tylko mówią na przykład, że wrócili z sanatorium.

A jednak pojawiają się osoby, które mówią o swojej chorobie psychicznej publicznie, np. w ramach akcji społecznych. Tak. Na szczęście zaczyna się tworzyć ruch osób, które przeszły różne kryzysy zdrowotne. Ci ludzie mówią otwarcie o tym, co ich spotkało, przekonują, że choroba psychiczna nie musi degradować człowieka. Przyznają, że wprawdzie można przez nią okresowo wypaść z życia, ale potem się zdrowieje i człowiek może robić to, co sobie zaplanował. Oczywiście wiele zależy od tego, jak się pacjent do choroby „ustawi”. Czy stwierdzi, że to koniec – i wtedy rzeczywiście nic tylko na rentę przejść – czy się nie podda i uruchomi swoje wewnętrzne zasoby. Zwykle bowiem, mimo choroby, zachowujemy swoje zdolności i kompetencje. Czasem przestajemy wierzyć, że je mamy. Dlatego warto szukać pomocy wśród osób z doświadczeniem choroby psychicznej, gotowych wesprzeć tych chorujących, którzy są na początku drogi do zdrowia.

Dr Joanna Krzyżanowska-Zbucka: psychiatra, ordynator Oddziału Zapobiegania Nawrotom Instytutu Psychiatrii i Neurologii. Jest członkinią Zarządu Fundacji eFkropka, która zajmuje się zapobieganiem wykluczeniu społecznemu osób z doświadczeniem choroby psychicznej.

Jak żyć z problemami psychicznymi? (fot. iStock) Jak żyć z problemami psychicznymi? (fot. iStock)

4 powody, dla których warto rozważyć wizytę u psychiatry

  •  Cierpienie, z którym sobie nie radzisz. Jeśli jesteś pogrążony w smutku od dłuższego czasu, nic cię nie cieszy i z trudem rozpoczynasz kolejny dzień, nie warto zwlekać z wizytą.
  •  Skierowanie od innego lekarza, np. internisty, neurologa czy dermatologa. Na pewno nie warto się oburzać. Wiele chorób somatycznych, np. choroby skóry, ma swoje podłoże w psychice i czasem zadowalające efekty daje dopiero połączenie wiedzy z kilku dziedzin.
  •  Pogorszenie codziennego funkcjonowania. Jeśli problemy z koncentracją, nadmierna nerwowość, rozkojarzenie czy jakikolwiek inny objaw związany ze sferą psychiczną rodzi problemy, np. coraz częściej dochodzi do awantur w domu, dobrze jest porozmawiać o tym z lekarzem psychiatrą.
  • Namowy bliskich osób. Rady przyjaciół czy rodziny, by wybrać się do psychiatry, są zwykle najtrudniejsze do przełknięcia. Jeśli jednak radzą osoby, które zawsze były życzliwe i wspierające, warto ich posłuchać. Nawet jeśli nie do końca wierzysz, że wizyta u psychiatry ma sens.
 

  1. Psychologia

Jak wyleczyć się z traumy?

Trauma szokowa jest wynikiem przeżyć, na które składają się trzy czynniki: za dużo, za szybko i za nagle. (Fot. iStock)
Trauma szokowa jest wynikiem przeżyć, na które składają się trzy czynniki: za dużo, za szybko i za nagle. (Fot. iStock)
Zdaniem dr. Petera A. Levine’a, trauma nie zawsze jest wynikiem wielkiej katastrofy. Może doprowadzić do niej seria pozornie małych niepowodzeń. I choć mózg już o nich dawno zapomniał, to ciało magazynuje trudne doświadczenia. O Somatic Experiencing, metodzie pracy z traumą poprzez ciało, opowiada psychoterapeutka Dorota Hołówka.

Metoda leczenia z traumy Somatic Experiencing wydaje się bardzo nowatorska. Jej autor, dr Peter A. Levine, uważa, że człowiek rodzi się ze zdolnością do przezwyciężania traumy.
Somatic Experiencing (SE), metoda, którą do Polski wprowadził Instytut Terapii Psychosomatycznej, zajmuje się głównie traumą szokową, czyli przeżyciami, na które składają się trzy czynniki: za dużo, za szybko i za nagle. W takich sytuacjach układ nerwowy nie jest w stanie zintegrować tego, czego człowiek doświadcza na poziomie emocjonalnym. Przykładem może być wypadek samochodowy, w którym ginie bliska osoba. Organizm, żeby móc przetrwać i ochronić się przed odczuwaniem cierpienia, wchodzi w fazę ucieczki albo zamarcia.

Doktor Levine obserwował zwierzęta i zauważył, że gdy przetrwają zagrożenie, zaczynają mocno drżeć. W ten sposób wyładowują napięcie mięśniowe, pojawiające się wskutek silnego stresu, a ich układ nerwowy sam się reguluje i trauma znika. U ludzi nie jest to takie proste. Długo rozpamiętujemy trudne sytuacje, zaczynamy fantazjować, tworzyć czarne myśli i ciągle dostarczamy układowi nerwowemu informację, że nie jest bezpiecznie. Często myślimy, że skoro potrafimy opowiadać o bolesnym wydarzeniu, znaczy, że się go pozbyliśmy. Nic bardziej mylnego – mówi nasze ciało, które je przechowuje. Mogą to być ramiona, brzuch, kark, stopy czy dłonie. Są osoby, które budzą się z rękami poranionymi od zaciskania pięści. To, w którym miejscu w ciele zapisuje się trauma, zależy od naszej fizjologii i rodzaju przeżycia. Jeżeli źródłem traumy jest doświadczenie związane z seksualnością, może to być miednica. Tam zamraża się historia. Uwalniamy się od traumy, kiedy bez problemu możemy o niej opowiedzieć i jednocześnie odczuwać swoje ciało, jednak z moich obserwacji wynika, że zazwyczaj tracimy zainteresowanie tą historią.

Czyli rozum stara się przechytrzyć nasze ciało. Jak Somatic Experiencing pomaga uleczyć traumę, którą zamrażamy w ciele?
Terapeuta rozmawia z klientem o tym, co się wydarzyło tuż przed traumatycznym doświadczeniem i zaraz po nim, a nie o samej traumie. Z uwagą i delikatnością pyta, co się w tym czasie dzieje w jego ciele. Peter A. Levine uczy terapeutów, by zauważali moment, w którym klient za bardzo zbliża się do traumatycznego przeżycia. Wtedy należy sięgnąć do zasobów klienta zebranych podczas wcześniejszych sesji. W ten sposób osoba w traumie zaczyna wracać pamięcią i ciałem do chwil sprzed zagrożenia i regulować swoje reakcje w ciele.

Czym są te zasoby klienta?
W czasie pierwszych sesji terapeuta dowiaduje się, co daje klientowi poczucie stabilności w ciele. Pyta: co sprawia, że czujesz się komfortowo, jak to rozpoznajesz? Jakie masz pierwsze skojarzenie z przyjemnością? Może to być sposób siedzenia. Strategiczną postawą, nad którą się pracuje, są dobrze osadzone na podłodze nogi i oparcie pod plecami. Wracając do tej pozycji, osoba w traumie czuje, że się nie przewróci, czuje się bezpiecznie. Jednak nie możemy niczego zakładać – to klient sam dla siebie ma odnaleźć poczucie stabilności. Zasobami są również obrazy, np. plaża, góra, otwarta przestrzeń czy kolory, zapachy, dotyk, dźwięki. Klient zauważa: „O, wstrzymałem oddech, co będzie, jak zacznę swobodnie oddychać?”. I wtedy może przyjść mu na myśl jakiś obraz. Układ nerwowy zaczyna sam się regulować.

Czasem trudno rozpoznać i nazwać odczucia w ciele.
Tak, dlatego to długi proces. Jako terapeutka nie mogę pospieszać, oceniać, podpowiadać, bo wiem lepiej. Ważny tu jest szacunek i zaufanie do klienta. W końcu sam zaczyna mówić, że odczuwa lekkie napięcie, że ma spłycony oddech i uczy się rozluźniać. Zauważa, że jeśli w tym momencie skupia się na oddechu, oddech się wydłuża i zaczyna ufać ciału. Często w przypadku traumy ciało jest dla nas piekłem. Nie chcemy poczuć smutku, tłumacząc sobie, że to oznaka słabości i trzeba go stłumić, a okazuje się, że tak naprawdę za smutkiem kryje się wielka rozpacz, przerażenie, których się boimy. Ze strachu, że się rozpadniemy, nie dopuszczamy do siebie tego przerażenia. Trzymamy je w ciele i blokujemy. Na prośbę: „Spróbuj to poczuć”, często słyszę od klienta: „Nie chcę, bo się rozpadnę”. Ciało wysyła sygnał: „Nie przeżyjesz tego”. Wtedy cofamy się i łapiemy moment tuż sprzed tego smutku. I tak zaczyna się nauka, jak wchodzić w stan równowagi, korzystając z własnych zasobów.

No dobrze, w czasie sesji w obecności terapeuty osoba w traumie zaczyna się dobrze czuć, potrafi nazwać odczucia w ciele, przywołać dobre skojarzenie, wyregulować układ nerwowy. Ale co dzieje się po wyjściu z gabinetu, po skończeniu terapii? W dalszym życiu? Czy SE jest skuteczne długoterminowo?
Tak. Terapia kończy się dopiero, gdy klient wyjdzie całkowicie z traumy. Sesje Levine’a z żołnierzami są najlepszym tego dowodem. Żołnierze uwalniali się od tików, które pojawiły się na skutek doświadczenia np. huku bomb. W tej metodzie najważniejsze jest, że terapeuta tylko zadaje pytania, a klient sam uczy się, jak może sobie pomóc. Gdy wyjdzie na zewnątrz, nie zapomni tego, bo sam do tego doszedł, sam się rozluźnił, skorzystał z oparcia czy przywołał wspierający obraz. Terapeuta dodatkowo wzmacnia tę naukę. Zatrzymuje się na momentach rozluźnienia i dopytuje. Przepracowujemy te momenty jakby w zwolnionym tempie. Obserwujemy wspólnie, że ciało inaczej reaguje w chwili zagrożenia. Nie wpada już tak łatwo w panikę, bo mimowolnie czerpie z tych zasobów, których wcześniej nie było świadome.

Na przykład?
Kiedy widzę wypadek, roztrzaskany samochód, krew, pogotowie, słyszę wycie syreny – moje ciało ma już utrwalone obrazy i skojarzenia, które nie pozwolą mi wpaść w panikę i wrócić do mojej historii. Już mam przepracowaną traumę na wszystkich poziomach i na to miejsce pojawia się skojarzenie, które wypracowałam – ten obraz czy dźwięk mnie reguluje. Ciało zaczyna odwracać proces, a ja pozostaję w równowadze.

Czy Somatic Experiencing jest metodą stosowaną w szpitalach? Czy idzie w parze z terapiami farmakologicznymi?
Niestety, nie idzie w parze, bo zazwyczaj lekarze są zamknięci na takie metody. Moje koleżanki psycholożki pracujące w szpitalach są osamotnione w działaniu, bo nikt nie traktuje poważnie metod, które stosują. A ci lekarze, którzy poza farmakologią chcieliby wprowadzać inne formy terapii czy badać ich skuteczność, muszą to robić, mówiąc kolokwialnie, „poza protokołem”. Inaczej wygląda to np. w krajach skandynawskich czy w Izraelu, gdzie nawet dofinansowuje się szkolenia w zakresie SE.

Mam wrażenie, że ci, którzy potrzebują pomocy w leczeniu traumy, nie są świadomi, że takie metody jak Somatic Experiencing istnieją i są skuteczne. Jeżeli mamy w swoim otoczeniu osobę, która nie potrafi poradzić sobie z jakimś doświadczeniem, jak możemy namówić ją na pomoc? Nie zrazić, ale nakłonić?
Najpierw proponuję przyjrzeć się sobie: dlaczego ja chcę tej osobie pomóc? To jest niezwykła praca indywidualna. Co takiego we mnie się dzieje, że nie potrafię udźwignąć tego, że ktoś przeżywa traumę? I nie zabrzmi to może naukowo, ale magiczne jest, że jeśli przepracuję niepokój o tę osobę, zwłaszcza gdy dotyczy kogoś bliskiego, np. dziecka, jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności nagle ta osoba zaczyna czuć się lepiej. Warto siebie pytać, co się ze mną dzieje, gdy się martwię o kogoś. To bardzo nas uwalnia, stajemy się odpowiedzialni za nasze relacje. Inny sposób to zapytać tę osobę, czy chce sobie pomóc i uszanować jej odpowiedź, jeśli usłyszymy: nie. Może nie jest gotowa. Nie zakładajmy, że jeśli u kogoś dzieje się coś złego, to potrzebuje pomocy w tym momencie. To naturalne, że chcemy, by bliscy czuli się szczęśliwi. To jest jak z zamartwianiem się. Sama bardzo martwiłam się o bliskich. Zaczęłam się więc temu mechanizmowi przyglądać. Często martwiąc się o kogoś, osłabiamy tę osobę. Stawiamy się w pozycji, że jesteśmy lepsi. Martwię się, czyli uważam, że on jest słaby, że sobie nie da rady. A potem okazuje się, że ten ktoś jest bardzo silny i zaradny. Warto odpowiedzieć sobie na pytanie, czy nasze myślenie wzmacnia osobę, której chcemy pomóc. Prosty przykład: czy jako dziecko lubiłam, kiedy rodzice martwili się o mnie? Gdy pytali: „Dlaczego nie zjadłaś śniadania? Co zrobisz, gdy ci nie pójdzie na spotkaniu?” – jaką wywoływało to reakcję? Raczej taką: „Mamo, uwierz we mnie trochę. Nic mi nie jest, nie jestem głodna. Dam radę”. Nawet jeśli nie komunikujemy bliskiej osobie, że się o nią martwimy, ale tak myślimy, ona to odczuwa i to ją osłabia. Lepiej pomyśleć: co silnego w niej widzę? Ile razy już w życiu sobie poradziła? Zracjonalizowanie, dlaczego chcę pomóc czy dlaczego się martwię, bardziej pomaga niż samo pomaganie. Dopóki nie zobaczę w drugiej osobie potencjału i siły do zmiany, dopóty w żaden sposób jej nie pomogę. To dotyczy wszystkich relacji, również relacji: terapeuta – klient. Jeśli jest to dla mnie trudne, to należy zastąpić chęć pomagania pracą nad sobą.

Dorota Hołówka psycholożka, psychoterapeutka, założycielka Stowarzyszenia Nowa Psychologia. Pracuje m.in. metodą Somatic Experiencing. Twórczyni autorskiego programu pracy z ciałem. Prowadzi cykliczne sesje i warsztaty skupiające się m.in. na uzdrawianiu lęków. 

Tekst pochodzi z archiwalnego wydania magazynu "Sens"

  1. Psychologia

Kryzys środka życia – jeden z najważniejszych momentów rozwoju

Środek życia to moment, kiedy człowiek musi zmierzyć się z fundamentalnymi pytaniami. (Fot. Getty Images)
Środek życia to moment, kiedy człowiek musi zmierzyć się z fundamentalnymi pytaniami. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Na kryzys można patrzeć jak na rzecz, przed którą należy uciekać, albo jak na dar od losu. Bo on jest darem, jeśli jesteśmy w stanie z niego skorzystać i zobaczyć go we właściwym świetle. Stara się nas zmienić, rozwinąć, poszerzyć. Podczas kryzysu środka życia człowiek staje przed fundamentalnymi pytaniami dotyczącymi ludzkiego życia.

Czym jest kryzys środka życia? To jeden z najważniejszych momentów ludzkiego życia i rozwoju. Są różne kryzysy, ale właśnie wokół tego znajduje się istota ludzkiej egzystencji. Jung mówił, że człowiek tak naprawdę rozwija się od tego kryzysu. Bo dopiero druga połowa życia przynosi istotne przyspieszenie procesów rozwojowych. Myślę, że to prawda. Wcześniej człowiek wypełnia zadania społeczne, osiąga pozycję zawodową, rodzinną. Od momentu kryzysu środka życia zaczyna się prawdziwy proces indywiduacji. Stąd ta ważność. Człowiek musi się zmierzyć z fundamentalnymi pytaniami, związanymi z ludzkim życiem. Czy można na nie uzyskać odpowiedzi, to jest już osobne pytanie. Bardziej może chodzi o odnalezienie radości w ich szukaniu. W jakim wieku spotyka ludzi?
U mężczyzn zwykle na poważnie między 45 a 50 rokiem życia, a u kobiet trochę później, bo po 50. Oczywiście, to bardzo indywidualne. To trochę jak z pytaniem, kiedy zaczyna się grypa - czy gdy zaczynamy kichać, czy dużo wcześniej.

Ile czasu trwa?
Zazwyczaj od momentu wystąpienia do końca życia. Ciężko zabrzmiało. To zależy, w jaki sposób spostrzegamy kryzys. Można patrzeć na niego jak na rzecz, przed którą należy uciekać, albo jak na dar od losu. Bo on jest darem, jeśli jesteśmy w stanie z niego skorzystać i zobaczyć go we właściwym świetle. Kryzys stara się nas zmienić, rozwinąć, poszerzyć.

Samo słowo „kryzys” brzmi poważnie. Bo jest ważne. Należy rozróżnić kryzys od konfliktu. Konflikt występuje wówczas, gdy wewnątrz nas ścierają się dwie wartości, natomiast kryzys jest wtedy, gdy mamy do czynienia z konfliktem razy sto. Już nie pojedyncza wartość zostaje zakwestionowana, ale cały system funkcjonowania człowieka. Kryzys środka życia jest dodatkowo trudny, bo dotyczy całości życia. Jego ciężkość bierze się stąd, że dotyczy fundamentalnej zmiany tożsamości. Jakie są symptomy kryzysu środka życia?
Bardzo różne. Wiele osób jest w kryzysie i o tym nie wie, bo na przykład wydaje im się, że mają depresję. Do najczęstszych symptomów należą: osłabienie energii życiowej, brak witalności, poczucie bezsensu, wszelkiego rodzaju lęki związane ze stratą, koszmarne sny, uaktywnienie się symptomów fizycznych. Biorą się one stąd, że dochodzimy do pewnego miejsca w życiu i nie wiemy, co dalej. Zarobiłem pierwszy milion, mam żonę pierwszą lub drugą, trójkę dorosłych dzieci. Albo: nie osiągnąłem żadnego znaczącego sukcesu w pracy i w życiu, z nikim się nie związałam, nie mam żadnej pasji. I co?

Strach przed powtarzalnością?
W znaczeniu poczucia jałowości tego wszystkiego, co mnie spotyka i co się może jeszcze zdarzyć. Z drugiej strony to takie miejsce w życiu, kiedy czuję że już pewnych rzeczy nie zrobię. Zaczynam myśleć, że są sprawy poza mną. Na przykład nie odwiedzę już różnych miejsc na świecie, albo nie będę już miała dzieci albo nowego, interesującego partnera. Zaczynam czuć swoje ograniczenia fizyczne i psychiczne. Coś mi ucieka, doświadczam tego że mój czas jest ograniczony. I to wywołuje u mnie panikę. Konfrontuje z faktem, że moje życie jest przemijalne. Jeżeli uświadamiam sobie, że czegoś nie zrobię, to zaczynam się zastanawiać czy to, co zrobiłem, jest fajne, dobre, wystarczające. Czy jest coś, co mi się nie udało. Nadchodzi moment rozrachunku. Musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, jak wyglądało nasze życie. Czy było sensowe, czy można było zrobić inaczej - a jeśli tak, to jak. Ze świadomością tego, że jest mało czasu i są małe szanse, żeby to naprawić. Bardzo trudne.

Czy pojawiają się też fizyczne symptomy?
Tak. Występują nawroty chorób lub pojawiają się nowe. Nasilają się też symptomy hipochondryczne. Człowiek zyskuje świadomość, że traci swoją fizyczną i intelektualną sprawność. Może pojawić się poczucie, że zaczynam się starzeć. Chociaż starzenie się jest uczuciem subiektywnym. Można mieć poczucie starzenia w wieku lat 30 i poczucie bycia młodym po siedemdziesiątce. „Starzenie się” jest określeniem, które oznacza początek rezygnacji z życia. Jeżeli zaczynam myśleć, że nic mnie nie czeka i się wycofuję - przechodzę w miejsce starości.

W jaki sposób próbujemy poradzić sobie z kryzysem środka życia?
Poziom zdrad małżeńskich według niektórych szacunków sięga 70 proc. i duża część z nich zdarza się w kryzysie środka życia. Ludzie wtedy sięgają po wszystkie uciechy świata - szybkie auta, motory, sporty ekstremalne. Albo medytują. Robią to, czego kiedyś sobie zabraniali. Może też być odwrotnie - usztywniają się w tym, co zrobili. Wbrew sobie przekonują się, że wszystko czego dokonali jest dobre, właściwie. Zaczynają „upewniać” siebie i innych, że ich dotychczasowy styl życia był tym jedynie słusznym. W takim momencie mogę na przykład stać się świętobliwym mężem lub szacowną matroną.

Ani jedna, ani druga postawa nie służy chyba rozwojowi?
Nie, bo jedna i druga omija to, o co chodzi w kryzysie. Czasem jednak tego rodzaju zachowania są koniecznym etapem, bez którego człowiek nie jest w stanie rozwijać się.

Dlaczego?
Użyję porównania - jak woda natrafia na dół, to żeby płynąć dalej, musi ten dół wypełnić do końca. Jeżeli zabraniałem sobie w życiu różnych rzeczy, to żebym mógł zmierzyć się z kwestiami, które czekają na mnie w drugiej połowie życia, muszę najpierw sięgnąć po to, czego nie doświadczyłem. Czasami, żeby przejść do zagadnień duchowych, muszę wysycić ziemską stronę. To jest pułapka, w którą wpadają ci, którzy swoje normalne, „ziemskie” trudności próbują rozwiązać poprzez szybkie wejście w medytację, duchowość. To się po prostu nie może udać. Bo rozwój zasadniczo musi być kolejnymi wypełniającymi się dołami. Oczywiście, każdy ma swoją drogę, ale nie ma drogi na skróty.

W kryzysie środka życia te doły są szczególnie trudne, tak?
W tym miejscu pojawia się znowu niebezpieczeństwo - jeżeli zacznę sobie brać te fajne rzeczy i na tym poprzestanę, będę je w sposób jałowy powielał, podczas kiedy powinienem pójść dalej.

Co to znaczy - pójść dalej? Zmierzyć się z pytaniami, które są fundamentalne - kim jestem, po co żyję, jaki jest mój stosunek do kosmosu czy też jakkolwiek pojmowanego Boga. To chyba nie jest łatwe zadanie?
To jest koszmarnie trudne zadanie.

Co zrobić, żeby to było łatwiejsze?
Podstawową rzeczą jest nasz stosunek do zjawiska, jakim jest kryzys. On próbuje nas zmusić, żebyśmy te rzeczy, które do tej pory marginalizowaliśmy, zintegrowali i włączyli w siebie. W momencie, kiedy to zrobimy, perspektywa z której patrzymy na życie i na śmierć, jest już inna. To trochę jak z wiedzą. Jeśli wiemy mało, różne rzeczy nas przerażają. Gdy wiemy więcej, dostrzegamy, że zjawiska są wieloznaczne, wielopłaszczyznowe - można na nie spojrzeć z kilku stron. To samo z nami - jeśli jesteśmy szeroką, rozwiniętą, zintegrowaną osobowością, życie ani śmierć zazwyczaj już nas tak nie przerażają. Czasem może też udać się nam odpowiedzieć na niektóre pytania, które zbliżają nas do odkrycia tajemnicy życia.

Ważna jest świadomość tej naszej wielopłaszczyznowości?
Świadomość, ale też coś więcej. Rozwój człowieka polega na tym, żeby nie tylko mieć świadomość tego, że mam w sobie wiele aspektów, ale żeby żyć tymi wszystkimi aspektami w każdej chwili.

Z jakimi pytaniami mierzy się człowiek w kryzysie środka życia?
Po pierwsze mierzy się z pytaniem czy to, co robiłem i robię, jest zgodne z moją ścieżką serca. Czy to jest to, co potrzebuję robić w życiu - czy jestem we właściwym związku, wykonuję właściwą pracę, żyję we właściwym miejscu. To są pytania o najważniejsze rzeczy dotyczące miejsca w życiu, w którym aktualnie jestem. A jeżeli nie jestem na ścieżce serca, to w jaki sposób mógłbym się na niej znaleźć. To podstawowe pytanie w tym momencie życia. A dalej to już tylko podążać za tym, w którą stronę moja ścieżka serca mnie prowadzi. Na niej znajdą się w którymś momencie inne fundamentalne pytania.

A jak ktoś sobie na te fundamentalne pytania nie odpowie, to co?
Nie wiem, czy w ogóle można sobie na nie odpowiedzieć, ale na dłuższą metę nie ma takiej możliwości, żeby je ominąć. Ale też nie chodzi tu o odpowiedzi werbalne. Nawiążę do psychologii zorientowanej na proces, metody w której pracuję i która jest współczesną wersją taoizmu. W taoizmie mówi się jasno że Tao, które można nazwać słowami, nie jest prawdziwym Tao. Można je doświadczać, można je czuć, ale nie można o nim mówić. Myślę, że tak samo jest z tymi najważniejszymi pytaniami - jeżeli zaczniemy o nich mówić, wpadamy w banał. Jaki jest sens życia? Każda odpowiedź na to pytanie będzie czystą bzdurą. Myślę natomiast, że przede wszystkim chodzi o to, żeby umieć odnaleźć radość z szukania tych odpowiedzi.

Co na to Jung?
Mówił, że kryzys środka życia to moment, w którym możliwości indywidualnej ludzkiej psychiki się wyczerpują. Mówiąc krótko - człowiek w swoim jednostkowym ludzkim wymiarze jest za głupi, żeby to rozwiązać. Pomóc mu może nieświadomość zbiorowa, czyli głęboko schowana skarbnica wiedzy, w której ukryte są podstawowe informacje o stosunkach między człowiekiem a Bogiem, kosmosem, uniwersum. Pytanie - jak tam dojść? Jeśli jestem tylko sam ze swoją indywidualną psychiką, mogę jedynie sięgnąć po rozwiązania powierzchniowe. Jung mówił, że niektórym ludziom zdarzają się dary od nieświadomości zbiorowej - to sny archetypowe. Taki sen nie ma żadnych jednostkowych odniesień - śnię i chociaż nie potrafię tego zrozumieć ani też odnieść do swojego życia, robi to na mnie ogromne wrażenie. Śnią się wtedy symbole ogólnoludzkie, ogólnopsychiczne. Nie każdemu, oczywiście, one się zdarzają, ale do nieświadomości zbiorowej można dojść też w inny sposób.

Jaki?
W psychologii zorientowanej na proces funkcjonuje pojęcie mitu życiowego. To główne zadanie naszego życia, oś, wokół której owija się większość naszych psychicznych problemów, linia rozwojowa, która nas prowadzi. O micie życiowym można myśleć jak o pewnej sztuce ze sobą na scenie. Sensowne rozwijanie mitu życiowego polega na odegraniu tej sztuki w różnych rolach. Wtedy poznaję historię z różnych stron - nie jestem cały czas na przykład w roli bohatera, ofiary czy ojca. Gdy wchodzę tylko w jedną rolę, oglądam sztukę z jednego punktu widzenia. W ten sposób niczego się w życiu nie nauczę, bo przez cały czas powielam to samo. Znając swój mit życiowy, człowiek jest w stanie łatwiej przejść kryzys środka życia, bo mit swoimi korzeniami sięga nieświadomości zbiorowej. Mit nadaje pewien indywidualny ton temu kryzysowi. Pokazuje pewne kierunki rozwiązań, które są tylko dla mnie. Bo każdy ma swój własny mit życiowy.

Tomasz Teodorczyk – współzałożyciel Akademii POP (www.akademiapop.org). Dyplomowany psychoterapeuta i nauczyciel pracy z procesem Research Society for Process Oriented Psychology w Zurichu, posiada Licencję Psychoterapeutyczną i Trenerską Polskiego Towarzystwa Psychologii Zorientowanej na Proces. Pracą z procesem zajmuje się od 1988r. Prowadzi psychoterapię indywidualną, warsztaty oraz szkolenia i superwizje. Tłumacz książek A. Mindella oraz autor artykułów o pracy z procesem. Współpracuje również z firmami przy rozwiązywaniu konfliktów.

  1. Psychologia

Oznaki, że czas się rozstać. Kiedy związek nie ma sensu? – rozmowa z psychoterapeutką Katarzyną Miller

Kłótnie, oziębłość, brak empatii... Kiedy związek nie ma sensu? Jak odejśc od męża bez poczucia winy? (fot. iStock)
Kłótnie, oziębłość, brak empatii... Kiedy związek nie ma sensu? Jak odejśc od męża bez poczucia winy? (fot. iStock)
Zdrada? Nuda? Wieczne kłótnie? - Czy to oznaki, że czas się rozstać? Może masz dosyć tej emocjonalnej huśtawki. Albo – wprost przeciwnie – tej ciszy i chłodu. Tylko skąd wiedzieć, czy decyzja o rozstaniu nie będzie przedwczesna? Czy nie okaże się tylko próbą ukarania drugiej osoby? Wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Dlaczego ludzie się rozstają? Kiedy związek nie ma sensu?
Pamiętam, dlaczego rozstałam się z moim pierwszym i jedynym mężem, bo potem już nie chciałam wychodzić za mąż. Był taki czas, po kilkunastu latach związku, kiedy wracałam do domu, stawałam na dole pod wysokim blokiem i patrzyłam w górę, na światło, które się paliło w pokoju mojego męża, i czułam, że nie chcę tam wejść. Nie chcę wejść do klatki, a potem do windy, by wjechać nią na nasze piętro i wejść do mieszkania, bo on w nim był. Nie chodziło o to, że go nie znoszę czy że on mi coś zrobił ani o to, że będziemy się kłócić, tylko że ja nie mam po co tam wchodzić, bo będzie jak zawsze. Ogarniała mnie niemoc wręcz fizyczna. Czułam, że tego się nie da już dłużej ciągnąć. To oczywiście jeśli chodzi o mnie. Ludzie rozstają się z wielu różnych powodów. Na przykład jedno drugie oszukiwało lub zdradziło – dla niektórych to rzecz nie do przejścia. Albo już się tak nawzajem naobrażali, że nie mają do siebie szacunku…

Często w gniewie mówimy sobie słowa, których nie można już cofnąć.
Tu nawet nie chodzi o ostre, krzywdzące słowa, tylko o przewagę komunikatów odrzucających, typu „Już nie mogę na ciebie patrzeć”, „Kiedy się wreszcie ode mnie odczepisz?”, „Jesteś moją największą pomyłką”. O taką ilość niedobrych słów, które pokazują, że w sercu lub w duszy zachodzi bardzo destrukcyjny proces wobec uczucia, które nas kiedyś łączyło. Weźmy też poprawkę na to, że dość często ludzie wiążą się ze sobą z przymusu, np. z powodu zbyt szybkiej i nieplanowanej ciąży albo dlatego, że ktoś długo był sam i wreszcie trafił się ktoś nim zainteresowany – i mówię tu zarówno o mężczyznach, jak i kobietach. Wtedy ten związek nie jest serdeczny już od początku. Poza tym jest duża różnica pomiędzy odrzucaniem drugiej osoby a kłóceniem się, i to nawet z użyciem ostrych słów. Kłótnie świadczą o tym, że ciągle mi zależy. Chcę drugą osobę zranić lub jej oddać, bo mnie boli. Jest przecież mnóstwo małżeństw, które kłócą się bez przerwy, w myśl zasady „nie mogę żyć z tobą, nie mogę żyć bez ciebie”. Ludzi może łączyć ze sobą także bardzo silna negatywna więź. Natomiast żeby się rozstali, uczucia, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, muszą wygasnąć – przynajmniej u jednego z partnerów.

Mówisz o procesie, który może trwać parę miesięcy lub lat, ale ludzie rozstają się też pod wpływem czegoś, co wydarzyło się dzień przed.
Bardzo dużo ludzi działa reaktywnie. Po jakimś dotkliwym zranieniu przez partnera lub partnerkę muszą się zemścić. I tą zemstą jest rozstanie. Czyli chcę, by cię jak najbardziej zabolało, ale to wcale nie oznacza, że później nie będę tęsknić, żałować czy że przestanę o tobie myśleć.

Rozstają się w afekcie.
Dokładnie tak. Nie zabiłam cię w afekcie, ale się z tobą rozstałam, bo wiedziałam, że bardziej zaboli. Ale wtedy to nie jest tak naprawdę rozstanie. Tylko kara, demonstracja tego, że tym razem partner przegiął. Dla kontrastu istnieje też mnóstwo związków na zasadzie „moje 375. ostrzeżenie, że się z tobą rozstanę”. Myślę, że ludzie bardzo często i z dużą wprawą grają groźbą rozstania. Zarówno przed partnerem, jak i przed sobą. Mówią na przykład: „Nie podoba ci się, to idź sobie do innej”.

Ja znam przykład, kiedy ona ciągle mówi: „Ja już tego dłużej nie zniosę i wyprowadzę się”. Ale się nie wyprowadza…
To jest spust, który można nacisnąć, ale ponieważ można, to lepiej tego nie robić, bo będzie po ptokach. Jednak sam fakt, że mogę, sprawia, że czuję się bardziej niezależna i wolna lub czuję, że mogę cię czymś przestraszyć, ukarać. Nawet jeśli ona mówi to po raz 55., to on za każdym razem czuje takie małe kujnięcie.

Czy dla par, które trzymają ze sobą tylko negatywne więzi, nie lepiej by było, by się jednak rozstały? Kiedy związek nie ma sensu?
Nikt nie może powiedzieć, co by było dla nich lepsze. Skąd ja mam to wiedzieć? Nie ma jednego dobrego przepisu na związek. Mam kolejną pacjentkę, która jest uzależniona od męża. On ma pewne zalety, inaczej by się prawdopodobnie z nim nie związała, ale dużo pije i bardzo jej dokucza. Ona zresztą jemu także. Moim zdaniem to jest takie właśnie małżeństwo, które jeszcze długo będzie naparzać się ze sobą – słownie i mentalnie. Ona bardzo dobrze wie, że nie może się z nim rozstać, bo kiedy zostaje sama, to wtedy szaleje. Jak odejść od takiego męża? Mówię jej więc: „Masz wygodę w tym sensie, że kiedy z nim jesteś, to jesteś wściekła na niego. Jeśli się z nim rozstaniesz, będziesz wściekła na siebie”. Ta kobieta, która grozi, ale jednak się nie wyprowadza, też boi się zostać sama i na ten moment wybiera to, co jest dla niej nie tyle nawet lepsze, co łatwiejsze – bo to zna. Gdyby ludzie się nie bali nowego, sądzę, że rozstawaliby się znacznie szybciej i znacznie częściej. Od wielu lat prowadzę swoiste badania terenowe podczas spotkań w grupach kobiet. Wszędzie się pytam, ile z uczestniczek ma szczęśliwą matkę, i wszędzie jest tak samo – podnosi się pięć, sześć rąk. Nawet jak jest 500 osób na sali.

O czym to świadczy?
Że bardzo dużo, jeśli nie większość, małżeństw tkwi w związkach, w których obie strony są niezadowolone. Pytam o matki, bo pracuję z kobietami, ważne jest więc dla mnie, czy mają od kogo czerpać wzór szczęśliwego związku. Niektóre z dziewczyn mówią: „Moja mama uczy się być szczęśliwa, bo ja weszłam na drogę rozwoju i pokazałam jej, że pewne rzeczy można zmienić, i teraz mamy o wiele lepszy kontakt”. To jest bardzo piękne, ale też rzadkie – mówią tak 3 osoby na 300. Smutne jest to, że wzorce związków dwóch praktycznie obcych sobie osób, ale mieszkających razem, przekazują dzieciom nie najlepszy obraz świata. Uczą je żyć z kimś bez satysfakcji i przyjemności, ale w złudnym poczuciu bezpieczeństwa, że robią to, co trzeba robić: mają dom, samochód, wakacje, kupują sobie co chwila jakieś rzeczy. Wtedy dość dużo potrzeba, by się rozstać, prawda? A jednocześnie dziś jest to o wiele prostsze. Obecnie obserwujemy dużą falę rozwodów. Robią to głównie młodzi ludzie, którzy, mając wzór rodziców tkwiących w nieudanym związku, mówią: „My tacy nie będziemy, my będziemy żyli inaczej”. Tylko nie wiedzą, jak to „inaczej” ma wyglądać. Na pewno chcą się wiązać ze sobą z powodu miłości, którą bardzo często mylą z pożądaniem. Mają wizję miłości romantycznej, czyli takiej z fajerwerkami, kolacjami i różami, a nie prawdziwej, polegającej na akceptacji – siebie i drugiej osoby – bez odświętnego opakowania. Dlatego gdy kończy się romantyczny okres wzajemnego zachwytu – doznają poczucia porażki.

To dla nich oznaki, że czas się rozstać.

Najczęściej o rozwód występują kobiety. Dlaczego?
Bo na przykład dociera do nich, że trzeba chronić nie tylko siebie, ale i dzieci. Mam na myśli takie sytuacje, w których orientują się, że nie mogą w ogóle liczyć na faceta, nie mówiąc już o typach przemocowych. Co prawda dziewczyny, które wiążą się z takimi mężczyznami, są typem ofiary i bardzo długo w takim związku wytrzymują, ale w zależności od głębokości „uszkodzenia” dziewczyny jest w niektórych z nich granica „tego już nie zniosę”. I bardzo często tym czymś jest zdrada. Co mnie akurat zawsze najbardziej zastanawia: czemu godzą się na bicie, poniżanie, oszukiwanie, a nie mogą znieść rywalki? Jakby dostawały największego kopa w podbrzusze właśnie, jakby tym obraził ich najbardziej jak mógł. Czują się tak dlatego, że nie doznały kobiecej solidarności w relacjach z matką. Gdyby więzi między rodzicami i dziećmi były bardziej kultywowane i budowane, mielibyśmy nie tylko mniej rozwodów, ale też inną atmosferę. Wystarczy spojrzeć na polskie filmy. Mój Edek ostatnio przechodził koło telewizora i rzucił: „O, kłócą się. Polski film”. Oczywiście miał rację. Niestety, ogromną rolę w małżeństwie gra to, że druga osoba nam jest potrzebna do tego, by ktoś był winien, że nam jest źle w życiu. I dopóki jest potrzebna, dopóty można to znieść. Ale wierzę, że tak jak ja w opisanej przeze mnie na początku scenie, każdy wewnątrz siebie wie, kiedy wyładował mu się już akumulator.

Niedawno rozmawiałam z koleżanką, która właśnie takie coś poczuła. Mąż powiedział jej, że nie wie, czy ich małżeństwo ma sens, że musi to przemyśleć. Spytała, kiedy będzie wiedział, czy chce z nią być. Powiedział, że da jej znać za tydzień. Następnego dnia obudziła się i spytała samą siebie: „A właściwie, czemu to on ma decydować?”. Zdała sobie sprawę, że od dłuższego czasu nie może na niego liczyć, że to ona wszystko daje w tym związku. Przez cały dzień ciało jej wypacało coś jakby toksynę, ale wieczorem już wiedziała: to ona nie chce z nim być. I wtedy poczuła ulgę, jakby ktoś jej zdjął wielki wór z ramion.
Brawo dla tej pani! Odnalazła siebie. Zrozumiała, że swoją przyszłość uzależniała od męża, a to przecież tylko ona decyduje o swoim życiu. Ruszyła jej energia, siła. Zyskała świadomość, wgląd i poczucie, że ona istnieje nie tylko poprzez niego. Bo trzeba wam wiedzieć, że jest pewien szczególny typ rozstań – z wiecznymi chłopcami. Dopóki jest miło i fajnie, to im się chce. A jak robi się za dużo obowiązków, trzeba za coś odpowiadać – to oni wtedy się duszą. Muszą odpocząć, zastanowić się – tak mówią. A tak naprawdę zostawiają kobietę samą, z domem czy nawet długami na głowie. A ich po prostu małżeństwo przestało bawić. Dorosłym ludziom odpowiedzialność sprawia satysfakcję, daje poczucie sprawczości, bezpieczeństwa. Niedojrzali unikają odpowiedzialności.

Jak odejść od męża? Czy fakt, że on się zmienił, że nie jest taki jak kiedyś, może być dobrym argumentem do rozstania?
Ja się właśnie z tego powodu rozstałam. Bo on stał się zupełnie inny niż był na początku. Nic mu się nie chciało, ani wychodzić, ani zapraszać ludzi do nas. Do tego miał przy mnie wygodnie jak w domu u mamusi. Tylko ja nie chciałam w wieku 40 lat kłaść się do grobu. Bez złości, ze smutkiem i poczuciem winy, że jednak go krzywdzę, bo porzucam, uznałam, że tak dłużej już nie mogę. Oczywiście bywa i tak, że kobiety wiążą się z kimś, chcąc go zmienić, a po kilku latach okazuje się, że to im się nie uda. Dlatego fakt, że on się nie zmienił, też może być argumentem do rozstania. Damom z tendencją do przerabiania panów przypominam, że oni już są wychowani. Tak jak są.

Czyli nie zawsze powód musi być tak jaskrawo oczywisty, że on ciebie krzywdzi, umniejsza, molestuje?
Albo ty go krzywdzisz czy molestujesz… Myślę, że bardzo częstym powodem rozstań jest niedobranie, zwłaszcza jeśli produkuje taki rodzaj chłodu i obojętności, które są zabójcze. Ludzie zaczynają się omijać z niechęcią, pogardą i jednostronną krytyką. I w gruncie rzeczy plują sobie wtedy w lustro, no bo ciągle tu jestem, prawda? Po co? Po to, by ktoś był winien?

Po czym poznać, że to już koniec? Kiedy związek nie ma sensu? Jakie uczucie o tym świadczy?
Na pewno pogarda. Lekceważenie, politowanie, oceny – bardzo negatywne i bardzo z góry – kiedy przestajesz już w ogóle dostrzegać zalety tej drugiej strony. Kiedy już nie rozmawiacie ze sobą jak partnerzy, tylko plujecie na siebie, albo w ogóle nie rozmawiacie, bo po co, skoro wiecie już dobrze, co drugie powie. No i kiedy wyrządzacie sobie różne przykrości. Na przykład jedna pani non stop cięła panu koszule. Poza tym ważną oznaką jest brak nadziei i brak złudzeń. Bo widzisz, nasze związki bardzo często karmią się iluzją. Ona jest największa w chwili, gdy się poznajemy. W wielu przypadkach jeszcze długo trwa, a potem znika i okazuje się, że nie jest nam już po drodze ze sobą. Często przypomina mi się rozmowa z Adamem Hanuszkiewiczem. Powiedział mi: „Miałem 20 lat, gdy się zakochałem w mojej pierwszej żonie. I każdą następną kochałem miłością wielką i prawdziwą, z każdą z nich chciałem być do końca życia. Tylko że każdą z nich kochałem na innym etapie tego życia. I potem przychodził nowy etap i coś się nam rozłaziło. Nie rzucałem ich dla innej kobiety, tylko coś się między nami kończyło. Ktoś inny był na tym nowym etapie potrzebny”.

A co może tylko pozornie wskazywać, że to już koniec związku, a tak naprawdę jest jeszcze do uratowania?
Zdrada. Wbrew pozorom może być bardzo ożywcza dla związku. Kłótnie też mogą być mylnym znakiem. Gadanie po ludziach dookoła może być mylne – narzekasz bez przerwy koleżance na męża, ona nie wytrzymuje: „To się z nim rozstań”, „Ale przecież ja go kocham” – mówisz oburzona, bo chciałaś się tylko wygadać. Kryzys jest też mylnym znakiem – choroba, utrata pracy czy kogoś bliskiego potrafi zupełnie odmienić naszego partnera, ale zamiast się z nim rozstawać, lepiej go wtedy wesprzeć, być też „na złe”. Jeśli są silne emocje, to zwykle znaczy, że coś nas jeszcze łączy. Najgorsza jest pustynia emocjonalna. Z drugiej strony zbyt mocne emocje mogą doprowadzić do zawału. Ale jeśli ciało ci mówi, że już dłużej nie wytrzyma, to go słuchaj. Ciała zawsze trzeba słuchać. Jeśli jesteście w kuchni i każde sobie coś robi, ale przechodząc obok siebie, nawet się nie dotykacie, jeśli nie bierzesz od niego noża, tylko czekasz, aż on go odłoży, jeśli oba ciała się unikają i obchodzą się szerokim łukiem – to jest bardzo ważny komunikat.

Czterej Jeźdźcy Apokalipsy - oznaki, że czas się rozstać

John M. Gottman, badacz psychologii par, ustalił, że są cztery zachowania, które niczym Czterej Jeźdźcy Apokalipsy – tworzą silną prognozę dla rozpadu związku:

  • krytykowanie, które zawiera uogólnione negatywne opinie;
  • unikanie otwartej komunikacji;
  • defensywność, zamykanie się w sobie;
  • pogarda wobec drugiego.

Kiedy i jak odejść od męża, jeśli związek nie ma sensu? Jak się rozstać, aby obie strony czuły się usatysfakcjonowane i wiedziały, że była to dobra decyzja? Czy kiedy zdecydujemy, że związek nie ma przyszłości, oznacza to definitywny koniec relacji? Na te problemy nie ma niestety jednego, uniwersalnego rozwiązania – wszystko zależy od sytuacji w danym związku, od rozmowy pomiędzy połówkami i od ich nastawienia wobec całej relacji. Tylko dogłębna i spokojna analiza twojej sytuacji pomoże ci znaleźć odpowiedzi na pytania, jak odejść od męża, kiedy się rozstać, kiedy związek nie ma sensu. Bez względu na to, czy wybierzesz koniec, czy nie, najważniejsze jest, abyś czuła, że jesteś w stanie pokierować swoim życiem i że jesteś w stanie odnaleźć szczęście.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się