1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kiedy warto sobie odpuścić i powiedzieć innym „nie”? Tłumaczy Wojciech Eichelberger

Kiedy warto sobie odpuścić i powiedzieć innym „nie”? Tłumaczy Wojciech Eichelberger

Asertywność to dużo więcej niż umiejętność wypowiadania słowa „nie”. „Nie” powiedziane z zaciśniętym gardłem nikogo nie przekona. (fot. iStock)
Asertywność to dużo więcej niż umiejętność wypowiadania słowa „nie”. „Nie” powiedziane z zaciśniętym gardłem nikogo nie przekona. (fot. iStock)
Odmawianie jest trudne. Oskarżamy przełożonych, że to oni są winni naszemu przemęczeniu i brakowi czasu. Ale sami zgadzamy się na wszystko, a nawet wymyślamy sobie nowe obowiązki. Dlaczego właśnie w czasach kryzysu trzeba w pracy odmawiać, wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, autor programu odnowy „8 razy O”.

„Ty zrobisz to najlepiej”, „tobie mogę zaufać”, „musimy dołożyć sił, by nie dać się konkurencji”, każdy z nas słyszał od szefa podobne słowa i przyjął dodatkowe zlecenie. Bo nawet gdy wiemy, że to nieczysta zagrywka, trudno odmówić, skoro kryzys straszy: uwaga, bezrobocie!
No właśnie. Do tej pory mówiliśmy o rzeczach, za które my sami ponosimy odpowiedzialność. Od nas zależy, jak oddychamy, co sobie wyobrażamy, o czym myślimy. Jeśli nie jesteśmy ugruntowani w sobie lub nie umiemy odreagowywać i odpoczywać, możemy się tego nauczyć. Wówczas nasza efektywność i odporność wzrosną nawet w trudnych sytuacjach. Z odmawianiem jest inaczej. To kwestia relacji z innymi.

Bo w pracy nie wszystko zależy od tego, jak oddychamy i o czym myślimy.
Właśnie. Możemy pojazd, jakim jest nasz organizm, dobrze serwisować i być sprawnym kierowcą, ale jeśli nie mamy świadomości granic naszej ładowności, to przekroczymy normy bezpieczeństwa. Dlatego musimy nauczyć się nie brać na siebie zbyt wiele. Czyli odmawiać innym i odpuszczać sobie. Odpuszczać sobie, bo zamiarem naszych szefów na ogół nie jest przeciążanie nas pracą. To często my sami – z własnej woli – bierzemy sobie za dużo na głowę i potem nie dajemy rady. Ale o tym, dlaczego tak postępujemy, porozmawiamy następnym razem. Dziś powiemy o trudnościach z odmawianiem. To ważne. Jeśli bowiem przyzwyczaimy innych do tego, że nie odmawiamy, to na pewno z tego skorzystają i radośnie będą przekazywać nam wszystkie sprawy, którymi im nie będzie się chciało zająć.

Odmawianie jest trudne, jeśli dotyczy osoby, na której opinii nam zależy i która nie wiadomo, jak zareaguje.
Wchodzimy tu w sferę relacji międzyludzkich. Kiedy nie odmawiamy, bo myślimy, że tylko my zrobimy to lepiej – to taki jest nasz wybór. Nawet jeśli nie do końca uświadomiony. Ale gdy czujemy, że nie jesteśmy w stanie przyjąć kolejnego zlecenia, bo już brak nam sił i czasu, i pojawia się taka myśl: „Cholera, co będzie, gdy odmówię? Co sobie szef/szefowa o mnie pomyśli? Czy ja mam w ogóle prawo odmawiać? Czy to nie będzie nieuprzejme, rozczarowujące, a może dyskwalifikujące mnie?”. To mimo tych obaw trzeba powiedzieć: „Przepraszam, ale więcej nie dam rady – są w moim życiu inne ważne sprawy, na które muszę mieć czas i siły”.

Ja zdobyłam się na to dopiero po wizycie u lekarza.
Często dopiero choroba jest dla nas wystarczającym uzasadnieniem. Zdejmuje z nas odpowiedzialność za powiedzenie „nie”. Ale musimy umieć odmawiać w porę.

Potrzebny nam kurs asertywności, przynajmniej dobra książka z zasadami mówienia „nie”.
Gdy lęków i obaw przed odmową jest zbyt wiele, uczenie się formułek nie pomoże. Bo i tak będziemy się bali ich użyć, nawet jeśli będą to zdania tak skonstruowane, by nikogo nie urazić. Asertywność to dużo więcej niż umiejętność wypowiadania słowa „nie”. Jeśli kiepsko oddychamy, brakuje nam poczucia oparcia w sobie, zbyt często przebywamy w świecie dewaluujących nas fantazji, nie będziemy w stanie zachować się naprawdę asertywnie. „Nie” powiedziane z zaciśniętym gardłem nikogo nie przekona. Trzeba je mówić z przepony. Wiele różnych kompetencji osobistych musimy rozwinąć wcześniej, by móc skutecznie odmawiać w sposób, który nie uraża niczyjego poczucia godności. Dlatego mówimy o tym pod koniec prezentowania programu „8 razy O”.

Uczy się nas jednak, że odmawianie starszym, rodzicom jest złe. Pewnie dlatego myślimy, że przełożonym też odmówić nie wolno. Dlatego potrzebujemy głębszego rozumienia asertywności. Zgodnego z następującą definicją: „Asertywne zachowanie w sytuacji konfliktowej wzmacnia poczucie godności obu stron”. Warto o tym pomyśleć, bo wiele osób ma problem z „nie”, gdyż uważa, że dla drugiej osoby jest to upokarzające i trudne. W istocie tak nie jest. Odmawianie nie jest zabieraniem, nie jest poniżaniem, nie jest odrzuceniem. Odmawiamy tego, czego jeszcze nie daliśmy ani nawet nie obiecaliśmy. Skoro ktoś nas o coś prosi, to znaczy, że liczy się z odmową. W przeciwnym razie nie pytałby, tylko sobie wziął. Jeśli ktoś nas prosi o coś, o co nie powinien prosić, lub o to, czego nie chcemy ofiarować, to odmawianie sprzyja temu, aby obie osoby poczuły się godniej.

 
Czy zawsze odmowa przywraca nam godność?
Ważne, byśmy odmawiali w porę. Wielu z nas odmawia zbyt późno. Nie możemy zdobyć się na odwagę. Oszukujemy się, że jeszcze damy radę to unieść. W dodatku gdy raz w porę nie odmówimy, to wkrótce otoczenie – nie orientując się w tym, że jesteśmy już przeciążeni – będzie próbowało coś jeszcze nam dołożyć. Wtedy, gdy dociśnięci do muru wybuchamy, ludzie wokół nas nie rozumieją, dlaczego zamiast spokojnego, lecz stanowczego „nie” słyszą rozpaczliwą, nieadekwatną do sytuacji odpowiedź. I wtedy mają święte prawo ze zdumieniem pytać: „Dlaczego mi wcześniej nie powiedziałeś, że masz dość?”. Mają prawo nie tylko się zdziwić, ale też obrazić. Odmawiajmy więc w porę, kiedy jeszcze potrafimy zrobić to spokojnie i rzeczowo.

I kiedy można znaleźć kogoś innego do wykonania tej pracy.
Jeśli odmówimy w porę, szef nie powie: „Nie musiałem z tym do ciebie iść. Ale zawsze mówisz, że zrobisz to najlepiej! No i kto to teraz zrobi?”. Odmawiajmy, kiedy nie jesteśmy wykończeni, bo inaczej nasza odmowa nie przywróci godności nikomu. My będziemy się wstydzić naszego zachowania, a szef poczuje się pokrzywdzony.

Zauważyłam, że ci, którzy potrafią mówić „nie”, są bardziej szanowani i częściej awansowani.
Z pewnością odmawiali w porę, asertywnie i spokojnie. Zostali docenieni, bo to świadczy o ich większej dojrzałości, inteligencji emocjonalnej i lepszym zarządzaniu swoimi zasobami. Na wyższych stanowiskach są to umiejętności niezbędne. Zaletą tych ludzi jest też to, że nie zakładają, iż wszyscy chcą ich wykorzystać. Wiedzą, że dla normalnego człowieka wykorzystanie kogoś nie jest czymś, czego pragnie. Bo większość z nas ceni wzajemny szacunek w relacjach z innymi.

Dając się wykorzystywać, nie szanuję siebie, ale też stawiam innych w trudnej sytuacji.
Zdecydowanie tak. Gdy ludzie z otoczenia osoby, która wcześniej nie mówiła „nie”, nagle usłyszą od niej: „Wy mnie cały czas wykorzystywaliście!”, mają prawo poczuć się oszukani, wrobieni w „wykorzystywaczy”. Jeśli już coś komuś daliśmy lub pozwoliliśmy to sobie bez protestu zabrać, nie możemy mu potem zarzucać, że nam to ukradł. To nieuczciwe. Jako dorośli– także w relacjach zależności i podległości – nie możemy oczekiwać, że inni będą za nas wyznaczać i chronić nasze granice. Nie wolno nam delegować tej odpowiedzialności na innych.

To, co pan mówi, jest jak okład na duszę żołnierza korporacji. Ale czy przekona tego, kto boi się kryzysu i zrobi wszystko, by przetrwać w firmie?
Właśnie dlatego, że jest kryzys, trzeba szczególnie na siebie uważać. W takiej sytuacji łatwo przekroczyć granice swoich możliwości. Ponad siły możemy pracować najwyżej miesiąc, dwa. Gdy się wypalimy, to i tak nas zwolnią, bo nie będziemy w stanie pracować tak dużo, tak szybko i tak dobrze jak kiedyś. Dlatego powinniśmy dbać o siebie, ćwiczyć kompetencje i stosować zasady programu „8 razy O”. I nauczyć się odmawiać. Jeśli szef przekona nas, że tylko dodatkowy wysiłek uratuje nasze miejsce pracy, możemy podjąć decyzję, że czasowo pracujemy więcej. Aby przetrwać w kryzysie, firmy muszą obcinać koszty, i to my możemy być tym kosztem. Szef może nie przewidzieć, że mimo naszego poświęcenia i tak będzie musiał zlikwidować nasze stanowisko. Dlatego nigdy nie zużywajmy wszystkich zapasów energii. Pamiętajmy, że to my jesteśmy dla siebie samych firmą najważniejszą ze wszystkich. Musimy dbać o to, żeby dobrze funkcjonować w każdych, nawet najtrudniejszych warunkach. Bo jeśli z przepracowania się rozchorujemy, kto zarobi na nasze utrzymanie? Jeśli nigdy nie odmawiając, wypalimy się i stracimy całkiem siły i ochotę do życia, kto doceni nasze poświęcenie?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kto nie potrafi obronić swoich granic?

Jakie cechy mają ludzie nieasertywni? Na czym polega asertywność w praktyce? (fot. iStock)
Jakie cechy mają ludzie nieasertywni? Na czym polega asertywność w praktyce? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Nadwrażliwość, samotność, brak kontroli nad emocjami, problemy w relacjach - mogą wskazywać na brak asertywności. Co jeszcze charakteryzuje osoby nieasertywne? W jaki sposób stać się człowiekiem, który w sposób nieraniący innych potrafi być sobą? - wyjaśnia Jarosław Józefowicz, psychoterapeuta.

Jak można opisać ludzi nieasertywnych? Ich postawę często nazywamy nieśmiałością, wycofaniem. Są zbyt ulegli, nie bronią swoich granic, pozycji, praw.

Są mało elastyczni? Z jednej strony mogą być nieelastyczni. Ktoś taki nie ma wewnętrznej pewności. Próbuje uzyskać ją z zewnątrz, na przykład przestrzegając jakiegoś regulaminu w pracy i nie odstępując od niego na krok. Albo przyswoi sobie zasady zachowania w towarzystwie i, choć będzie miał na to ochotę, nigdy nie wskoczy na stół, żeby zatańczyć. Zawsze będzie pilnował reguł. Ale z drugiej strony człowiek nieasertywny może wydawać się elastyczny, otwarty na różne propozycje, tymczasem jest to postawa uległa. Tak naprawdę ludzie wiele na nim wymuszają, bo on nie potrafi się obronić.

Zdarza się też, że osoby nieasertywne w sposób niekontrolowany wyrażają złość, a nawet agresję. Często tak to wygląda. Ludzie mający trudności z asertywnością są przyzwyczajeni do nie zważania na swoje uczucia, do ich ignorowania. W związku z tym nie reagują na bieżąco, gdy ktoś na przykład próbuje ich wykorzystać. Można powiedzieć, że w momencie kiedy są krzywdzeni, nie zauważają tego. Jednak poczucie skrzywdzenia w nich pozostaje i po iluś podobnych doświadczeniach wybucha z wielką siłą, często nieadekwatnie do sytuacji. Na przykład ktoś pobije tego, kto się wepchnął do kolejki. Sytuacyjnie - agresja i złość są nadmierne, nieuzasadnione, jeżeli jednak spojrzy się na ich historię, stają się bardziej zrozumiałe.

Nieasertywni mają problemy w nawiązywaniu satysfakcjonujących kontaktów. Powiem więcej - mogą w ogóle mieć problem z nawiązywaniem kontaktów. W relacjach często są wykorzystywani, więc w pewnym momencie samoistnie przychodzi decyzja o wycofaniu się. Jest to jedyna skuteczna metoda, żeby nie cierpieć.

Są samotni. Tak, samotni, wyobcowani. Nie mogą się odnaleźć wśród ludzi, ponieważ nie potrafią skutecznie się obronić. Osoby nieasertywne chcą być akceptowane, bo same siebie nie akceptują. I wydaje im się, że droga do tego wiedzie przez spełnianie żądań otoczenia. Myślą w ten sposób - jeżeli zrobię to, co ktoś ode mnie chce, to będzie mnie lubił, coś za coś. Ale w pewnym momencie zauważają, że to działa tylko w jedną stronę, że jest układ niesprawiedliwy, pochyły. A więc z jednej strony są mili, zgodni, z drugiej wycofują się, bo boją się że zostaną wykorzystani czy odrzuceni. W ten sposób wysyłają sprzeczne sygnały, ich zachowanie jest niejednorodne, nie wiadomo czego po nich oczekiwać. To sprawia trudność otoczeniu, które zaczyna ich unikać. W konsekwencji samotność puka do drzwi.

Nieasertywni są nadwrażliwi? Na ogół tak, bo zewsząd wypatrują zagrożenia. Tego doświadczyli w dzieciństwie. Nie wiedzieli z której strony spadnie cios - czy to będzie ton głosu, uderzenie, złe słowo, czy stanie się to za minutę, czy dopiero za dwa dni. Dobrze widzieć ich trudną sytuację.

Dobrze jest mieć świadomość swoich atutów. To kolejny bardzo, bardzo istotny punkt. Wszyscy mamy swoich wewnętrznych krytyków. Jednak natężenie ich działalności to rzecz indywidualna. W przypadku osób mało asertywnych głos krytyczny jest zazwyczaj bardzo nasilony. „Bombarduje” negatywnymi komunikatami, na które reagują z pozycji małej dziewczynki lub małego chłopca. Są niepewni siebie. Myślą o sobie, że ich zdanie jest mało warte, więc nie będą go wyrażać, wycofują się. Jeżeli natomiast zdadzą sobie sprawę z całej puli bogactwa wewnętrznego i zewnętrznego, do  świadomości dotrze, jak ważni są dla siebie. Wtedy będą też ważni dla innych.

Atuty ma każdy z nas, kwestia czy umiemy je dostrzec. Chociażby to, że jesteśmy Europejczykami i żyjemy w takich a nie innych warunkach. W ramach programów rozwojowych Akademii Psychologii Zorientowanej na Proces organizowane były wyjazdy do Afryki czy Azji, gdzie spotykaliśmy się z prawdziwą biedą i zacofaniem. Wtedy można zrozumieć to, czego na co dzień się nie dostrzega - jaki to wielki przywilej życia w Europie. Inny przykład to wykształcenie. Czy potrafię docenić, że mam zasób wiedzy, intelektu, sprawności komunikacyjnej? Takich, wydawałoby się oczywistych atutów każdy z nas ma wiele. Ludzie asertywni zdają sobie z nich sprawę niejako automatycznie, między innymi na nich opiera się ich siła i umiejętność adekwatnego reagowania. Natomiast ludzie mający trudności z asertywnością często nie umieją siebie docenić, wydaje im się, że nie są dość dobrzy.

Jeżeli ktoś miałby ochotę, może zrobić krótkie ćwiczenie - wypisać 20 przywilejów, jakimi cieszy się w życiu. Warto je co pewien czas powtarzać.

Co jeszcze może zrobić ktoś nieasertywny, żeby poprawić jakość swojego życia? To są działania wielotorowe i długotrwałe. Najprościej zacząć od przyjrzenia się temu, co utrudnia relacje na poziomie komunikacyjnym. Do asertywności należy posługiwanie się komunikatami, mówiącymi o swoich stanach emocjonalnych. Jeżeli doznajemy trudnej reakcji na czyjeś zachowanie, dobrze jest to sobie uświadomić i powiedzieć o tym - że mi się to nie podoba, że trudno mi z tym, że jest mi przykro.

Druga rzecz - w sytuacji, gdy nie akceptujemy czyichś działań, mówimy o nich, nie krytykując osoby. Przykładowo, jeśli ktoś nadużył naszego zaufania, nie mówimy mu, że jest niesłowny i że nie można na niego liczyć, tylko na przykład: „Miałem trudności, bo długo nie oddawałeś mi pieniędzy, które ci pożyczyłem”. Żeby taki poziom komunikacyjny mógł zaistnieć, trzeba umieć zobaczyć co nam przeszkadza, czyli mieć kontakt ze swoimi uczuciami. Tutaj dochodzimy do głębszego poziomu. Chodzi o rozpoznawanie i nazywanie emocji, które mnie dotyczą. Zwykle posługujemy się określeniem - jestem zdenerwowany, wściekły, zły a jak jest fajnie, to najczęściej w ogóle emocji nie zauważamy. Tymczasem jest mnóstwo odcieni uczuć, które przeżywamy. Z tym zadaniem trudniej jest samemu się uporać. Dlatego zachęcam do chodzenia na warsztaty rozwojowe czy pracę terapeutyczną.

Jakie mogą być efekty pracy nad asertywnością? Uświadomienie sobie, że świat nie jest zagrażający. Zwiększona potrzeba i umiejętność otwarcia się na ludzi. Reagowanie adekwatnie do sytuacji, a nie z miejsca obrony. Wyrażanie złości, kiedy jest ku temu powód. Pełniejsza komunikacja z ludźmi, czyli umiejętność opowiedzenia o swoich potrzebach, odczuciach, usłyszenia drugiej strony, co pozytywnie wpływa na jakość relacji. Ludzie nieasertywni stoją na krańcach - albo agresji i złości, albo wycofania i uległości. Asertywna postawa jest bardziej na środku. I do niej warto dążyć.

Jarosław Józefowicz, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog. Prowadzi terapie indywidualne, par i małżeństw, pracuje z dziećmi, rodzinami, grupami, organizacjami. Prowadzi treningi psychologiczne, grupy i warsztaty, zajęcia rozwojowe.

  1. Psychologia

Asertywność najlepiej trenować w dzieciństwie

Asertywności możemy nauczyć się jako dorośli, czasem jednak wymaga to ogromnej wewnętrznej przebudowy. (fot. iStock)
Asertywności możemy nauczyć się jako dorośli, czasem jednak wymaga to ogromnej wewnętrznej przebudowy. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Dobrze się żyje, gdy jesteśmy otwarci w relacjach z ludźmi. Kiedy umiemy opowiadać o swoich emocjach i zgodnie z nimi reagować. Gdy złościmy się wtedy, kiedy jest ku temu powód. Ulegamy, jeśli mamy na to ochotę. Tak żyją ludzie asertywni. Czym jest asertywność? - wyjaśnia psychoterapeuta Jarosław Józefowicz.

Czym jest asertywność? To pewność siebie, wynikająca ze znajomości swoich poglądów i jasności stanowiska na dany temat. To też siła, którą dysponuję, żeby te przekonania wyartykułować. Co ważniejsze - asertywność to również autentyczność, płynąca ze znajomości swoich uczuć oraz adekwatne do nich reagowanie. Czy mamy dobry dostęp do swoich emocji, możemy sprawdzić w sytuacjach choć trochę stresowych, które dzieją się szybko w relacji z drugą osobą czy w grupie. Wówczas działamy automatycznie i od razu widać, czy bazą naszych zachowań jest to, co naprawdę czujemy, czy też może nasze reakcje płyną z miejsca maski, przyzwyczajenia, przyjętych zewnętrznych norm. To jedna część pojęcia „asertywność”. Drugim aspektem tego zagadnienia jest sposób, w jaki stajemy za swoimi poglądami i uczuciami. Bronienie racji w sposób asertywny oznacza zachowania, które nie ranią. Takie, które otoczenie jest w stanie przyjąć i zrozumieć.

Są ludzie, którzy są asertywni i nie muszą się tego uczyć. Co za taką postawą może stać? Wychowanie. Zdrowa asertywność wynika z pozytywnych doświadczeń, przede wszystkim z dzieciństwa. Zależy to od tego, czy w tamtym okresie postawa ważnych dla nas osób była bardziej wspierająca i wzmacniająca niż osłabiająca i krytykująca. Czy nasze granice były szanowane, respektowane. Jeśli tak było, będą one dla nas czymś naturalnym. Nie będziemy musieli ich ani zaciekle bronić, raniąc innych, ani ulegle wpuszczać kogoś na swoje terytorium. Ktoś asertywny, gdy chce o coś zawalczyć, do czegoś startować, czuje że ma do tego prawo. To kwestia głębokiego przekonania niedostępnego intelektowi, a dotyczącego poczucia. Ludzie nieasertywni z kolei czują, że im się nic nie należy.

Z czego jeszcze może wynikać brak asertywności? Z braku dostępu do swoich uczuć, z niepewności czego chcę, co tak naprawdę myślę. Z niewiary w realność i zasadność własnych potrzeb. Często wiąże się to z trudną historią osobistą i wynikającym z niej krytykiem wewnętrznym. To postać w środku nas, która mówi, że to co myślimy jest głupie, a nasze potrzeby mało ważne i nie na miejscu. Ten głos nie bierze się znikąd. Już kiedyś od kogoś słyszeliśmy ten przekaz.

Dlaczego uważasz, że asertywność to postawa nabyta? Dlatego, że ludzie nie rodzą się asertywni lub nieasertywni, tylko te zachowania wykształcają. Szkielet osobościowy i psychiczny człowieka powstaje mniej więcej do piątego roku życia. Najlepszym jego budulcem jest miłość i wsparcie w połączeniu z pewnymi ramami, dającymi dziecku poczucie stabilności, bezpieczeństwa i chroniącymi przed nadmiernym egoizmem. Ta wewnętrzna konstrukcja, którą otrzymujemy w dzieciństwie, przez resztę życia pozostaje prawie niezmienna. Potem w dorosłym życiu, w milionie codziennych sytuacji czy w powtarzających się kłopotach w relacjach cały czas odgrywamy ten sam schemat, chociaż często nie uświadamiamy sobie tego. Pierwszy krok na drodze do zmiany to właśnie wpuszczenie świadomości.

Jarosław Józefowicz, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog. Prowadzi terapie indywidualne, par i małżeństw, pracuje z dziećmi, rodzinami, grupami, organizacjami. Prowadzi treningi psychologiczne, grupy i warsztaty, zajęcia rozwojowe.

  1. Styl Życia

Odpuszczanie też jest pracą nad sobą i swoim ciałem. Rozmowa z nauczycielką jogi Yin Julitą Skórską

Julita Skórska, nauczycielka medytacji, jogi typu Vinyasa Flow oraz Yin&Yang, m.in. w warszawskiej Kulturze Fizycznej, Instagram: @julita.skorska. (Fot. Kuba Bączkowski, materiały prasowe)
Julita Skórska, nauczycielka medytacji, jogi typu Vinyasa Flow oraz Yin&Yang, m.in. w warszawskiej Kulturze Fizycznej, Instagram: @julita.skorska. (Fot. Kuba Bączkowski, materiały prasowe)
Nie wszystko musi nam się kojarzyć z wysiłkiem, odpuszczanie też jest pracą nad sobą i swoim ciałem – mówi nauczycielka jogi Yin Julita Skórska.

Yin i yang to w powszechnej świadomości energia żeńska i męska. Choć są inne, to każda z nich uzupełnia i równoważy drugą. Czy powinniśmy je utożsamiać z kobietą i mężczyzną? Czy chodzi tu raczej o pierwiastek męski i żeński, obecne w każdym z nas – Jungowskiego animusa i animę?
Koncepcja yin i yang pochodzi z filozofii chińskiej. Jung dla zachodniego odbiorcy stworzył koncepcję animy i animusa. Obie mówią o tym samym: o przeciwstawnych siłach, które nie są jednak w walce czy kontrze do siebie, tylko się uzupełniają, a jedna bez drugiej nie może istnieć. Tak jak cień, który, by istnieć, potrzebuje słońca, tak jak zimno, które do tego, byśmy je odczuli, potrzebuje ciepła. Energia yin kojarzy nam się z energią kobiecą, a yang – z męską, i słusznie, ale tu nie chodzi tylko o podział na płcie, lecz także o cechy przyrody czy charakteru, które się z tymi energiami łączą.

Yin to odpuszczanie, poddawanie się, bierność – podczas zajęć z jogi yin głównie leżymy w określonej pozycji i przyglądamy się temu, co się w nas dzieje. Yang to z kolei działanie, wychodzenie, przejmowanie inicjatywy – w czasie jogi yang mobilizujemy i rozgrzewamy mięśnie. Yin to noc, księżyc, woda, introwersja, ale też smutek, chłód. Yang to dzień, słońce, ziemia, radość i ciepło. W życiu chodzi o to, by te dwie energie równoważyć i do obu mieć dostęp. Wiedzieć, kiedy powinniśmy działać, a kiedy odpoczywać lub zrezygnować z walki. I pamiętać, że bez działania nie docenimy odpuszczenia, a bez bierności – nie docenimy działania. I tak samo jest w jodze Yin&Yang. Przełączamy się w niej z rozluźnienia w działanie, i z powrotem. Czyli doceniamy pracę mięśniową, w której stoimy i się rozgrzewamy, jak i pracę odpuszczającą, w której leżymy i nie zastanawiamy się, czy mamy coś poprawić albo zmienić.

Ale po co iść na jogę, na której leżysz i nic nie robisz?
Nie wszystko musi nam się kojarzyć z wysiłkiem, odpuszczanie też jest pracą nad sobą i swoim ciałem. Tak w życiu, jak i w jodze osiągamy to poprzez pracę bardziej tkankową, powięziową. Nie używamy mięśni, więc ich nie blokujemy, nie są rozgrzane, a my możemy wejść głębiej – na poziom tkanek łącznych. Wtedy dochodzi do masowania organów wewnętrznych, do oczyszczenia na poziomie fizycznym, ale też mentalnym i emocjonalnym. Często obserwuję to na zajęciach – coś ustępuje i nagle pojawiają się łzy albo nowe rozwiązania problemów – właśnie dlatego, że podeszliśmy do nich w inny sposób. Zwykle myślimy, że coś zdziałamy, gdy będziemy przeć do przodu – tymczasem często coś może udać się właśnie dlatego, że nic nie zrobimy.

A czy my też jesteśmy bardziej yin abo yang?
Każdy z nas ma w sobie obie energie, ale jedna z nich jest bardziej charakterystyczna. Astrologia dzieli nawet znaki zodiaku na te bardziej yin i yang. Yin to: Byk, Rak, Panna, Skorpion, Koziorożec i Ryby. Yang: Baran, Bliźnięta, Lew, Waga, Strzelec i Wodnik. Ale też nie namawiam do określania się wyłącznie przez znak zodiaku. Lepiej poobserwować siebie – w życiu, ale i na macie. Jeśli mamy więcej energii do działania, takiej skierowanej na zewnątrz – to prawdopodobnie przeważa u nas energia męska. Jeśli jesteśmy skierowani raczej do wewnątrz, refleksyjni  – bliżej nam do energii żeńskiej. I to niekoniecznie musi się pokrywać z naszą płcią. Jeśli jesteśmy bardziej yin, przyda nam się od czasu do czasu trochę więcej energii yang – i odwrotnie.

A jeżeli pozycje odpuszczające, bardziej bierne, nas uwierają czy denerwują?
To znaczy, że mamy je częściej wykonywać, pod warunkiem że nie pojawia się ból. Trzy główne zasady praktyki Yin to: wejdź do pozycji do momentu, w którym ciało zaczyna stawiać opór; pozostań w bezruchu; wytrzymaj przez jakiś czas i obserwuj (zwykle 3–5 minut w zależności od pozycji). Na przykład ja jestem zdecydowanie yang, choć mój znak zodiaku wskazywałby na yin. Na początku miałam problemy z pozycjami yin, nie potrafiłam w nich wytrzymać bez ruchu ani odpuścić gonitwy myśli. Za każdym razem, gdy odpuszczałam, pojawiała się chęć, by jednak coś zmienić, poprawić. Mam tak też w życiu. Lubię działać, rozwiązywać problemy w sposób aktywny, próbować nowych rzeczy. Ale przecież nie można w kółko czegoś zmieniać. Dlatego joga Yin bardzo mi służy i już się z nią polubiłam. Jestem pewna, że dla wielu osób może to być bardzo ciekawe doświadczenie. W jodze Yin nie ma czegoś takiego jak doskonała pozycja, nie ma dociskania i poprawiania.

Energia yang mobilizuje ciało, ale może też tworzyć w nim blokady. Skoro mamy działać, to spinamy się, by przygotować się do tego działania.
Właśnie, a yin pomaga zobaczyć, co jest pod tym spięciem. Jakie emocje się pojawiają: irytacja, złość, a może smutek, tęsknota czy bezradność?

Nie lubimy bezradności.
Ale jeśli będziemy ciągle spięci, to nigdy się do niej nie dogrzebiemy. Oczywiście nie ma sensu zanurzać się w bezradności na długo. Kiedy rozpoznamy, skąd się bierze, będziemy mogli się jej pozbyć poprzez rozluźnienie w pozycji. I to jest właśnie działanie w niedziałaniu. To, która energia w nas dominuje, możemy nawet sprawdzić, przyglądając się swojemu ciału. Nasza prawa strona jest męska, a lewa – żeńska. Jeśli w jakiejś pozycji czujemy, że jedna ze stron jest słabsza, jest to dla nas wskazówką, że właśnie ta strona, ta energia wymaga przyjrzenia się jej.

Nie masz wrażenia, że do niedawna nasz świat był bardziej yang – goniący do przodu, aktywny, ciągle coś stwarzający? Pandemia zmusiła nas do wejścia w bycie yin: czekanie, odpuszczanie, wchodzenie w głąb siebie.
Może tak naprawdę pandemia jest początkiem ery yin, ery odpuszczania? No bo co możemy zrobić? Jesteśmy zamknięci w domach, oddzieleni od bliskich, czasem też bez pracy. Nasze plany stały się nieaktualne. Im większa irytacja się pojawia, tym bardziej trzeba sobie pozwolić na odpuszczenie.

Yin to też pierwiastek kobiecy – coraz częściej słyszymy, że wchodzimy w erę kobiet.
To zdecydowanie jest era żeńskiej energii. Kobiety przewodzą, ale to nie zawsze oznacza, że działają, czasem chodzi o przewagę kobiecego myślenia, wrażliwości czy też właśnie kobiecej energii. Yin to intuicja, yang to rozum. Wielu z nas odkrywa teraz większy dostęp do tej bardziej intuicyjnej, duchowej części siebie. Nam, kobietom, może się wydawać, że nie musimy zagłębiać się w energię kobiecą. Ale może właśnie jest ona przez nas zaniedbana, zdominowana przez nadmiar energii męskiej. Może zapominamy o odpoczynku, może nie słuchamy swojego wewnętrznego głosu?

A może nie widzimy w poddaniu się czy bierności siły?
To jest zupełnie inna siła, poddanie nie musi oznaczać przegranej. To raczej świadomość tego, kiedy trzeba się wycofać, by nie tracić energii na rzeczy niezależne od nas. A kiedy nie trwonimy energii, mamy jej więcej. Oczywiście nadmiar yin też nie jest wskazany. Kiedy zamykamy się w sobie, nie słuchamy i nie dostrzegamy innych – nie realizujemy się w pełni i nie jesteśmy w harmonii ze sobą i światem.

Nie mogę nie spytać o ważny element twoich zajęć, a mianowicie zapachy i dźwięki...
Jestem bardzo wrażliwa na zapachy, wprowadzam je na zajęcia w postaci olejków eterycznych, kadzideł, świec zapachowych. Z olejków najczęściej stosuję lawendę, eukaliptus i goździki, z kadzideł – głównie te o zapachu drzewa sandałowego. Z kolei dźwięk to już osobna historia. Jako dziecko śpiewałam w chórze i tańczyłam. Odkryłam tę pasję na nowo podczas jogi. Zajęciom, które prowadzę, zawsze towarzyszy odpowiednio dobrana muzyka, dodatkowo używam mis tybetańskich oraz dzwoneczków Koshi w tonacji odpowiadającej żywiołowi powietrza. Jego właściwości to rozwijanie kreatywności i koncentracji, rozbudzanie abstrakcyjnego myślenia. Te dzwoneczki zostały mi podarowane i dobrane do mojej osobowości, dlatego ze mną rezonują. Ale tonacje dzwoneczków przypisane są również do pozostałych żywiołów: wody –emocje, intuicja, harmonia, czułość i opiekuńczość, ziemi – stabilizacja, siła i wytrwałość, oraz ognia – miłość, energia życiowa i odwaga. Dźwięki dzwoneczków relaksują, ale mogą też poruszać różne emocje. Z kolei wibracja mis tybetańskich wchodzi głęboko w ciało, masuje, uwalnia od stresu, usuwa blokady energetyczne, wzmacnia układ odpornościowy oraz hormonalny. Każdy reaguje i przeżywa ich brzmienie inaczej – i to jest piękne. Oczywiście można prowadzić zajęcia jogi Yin bez tych dodatków. Traktuję je jako mój prezent dla uczestników.

  1. Psychologia

Jak zadbać o swoje szczęście? 9 przydatnych ćwiczeń

Jeśli w dzieciństwie byłaś grzeczną dziewczynką, to znaczy, że musiałaś wyprzeć zupełnie inny aspekt siebie: dziewczynkę dziką, spontaniczną i radosną. Nigdy nie jest za późno na to, aby ponownie się z nią skontaktować. (Fot. iStock)
Jeśli w dzieciństwie byłaś grzeczną dziewczynką, to znaczy, że musiałaś wyprzeć zupełnie inny aspekt siebie: dziewczynkę dziką, spontaniczną i radosną. Nigdy nie jest za późno na to, aby ponownie się z nią skontaktować. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jeśli spełniasz pragnienia bliskich zamiast swoje, masz tendencję do długiego i zawiłego tłumaczenia się oraz do wiecznego poczucia winy - pokażemy ci, jak krok po kroku to zmienić!

1. Zawsze pomocna.
Dużo dajesz i nie oczekujesz nic w zamian? To bardzo chwalebne, jednak na dłuższą metę taka sytuacja wprowadza nierównowagę energetyczną do relacji. Zastanów się, o co możesz poprosić osobę, której najczęściej pomagasz. Sprawdź, jak zareaguje, kiedy to zrobisz. Jeśli skrytykuje cię, to znaczy, że uzależniła się od twojej pomocy. A może zwyczajnie się ucieszy, że może się czymś z tobą podzielić?

2. Odmawianie z mocą.
Jeśli chcesz, aby twój rozmówca naprawdę odczuł twoje „nie”: Patrz mu prosto w oczy, bez nachalności, ale stanowczo. Mów pewnym, osadzonym w podbrzuszu głosem. Nie tłumacz się zbyt długo, bo to tylko pogarsza sprawę. Nie miej wyrzutów sumienia, ponieważ zawsze masz prawo odmówić.

3. Aktywuj swoją siłę.
Zanim przeprowadzisz ważną rozmowę, skontaktuj się ze swoją wewnętrzną mocą: Stań prosto i rozluźnij ramiona, ciężar równomiernie rozłóż na nogach. Zrób kilka głębokich wdechów i długich wydechów. Przenieś uwagę do podbrzusza (na Dalekim Wschodzie uważa się, że tu znajduje się hara – energetyczne centrum mocy człowieka). Oddychaj do hara, wraz z wdechem podbrzusze zwiększa objętość, na wydechu zmniejsza. Wyobraź sobie kulę ognia w podbrzuszu – symbol twojej wewnętrznej mocy, utrzymuj ten obraz i oddychaj świadomie jeszcze przez trzy minuty.

4. Bezpośrednia w relacji.
Zauważ, jaką rolę obrałaś w swoim związku. Czy to ty zazwyczaj łagodzisz konflikty, czy pierwsza przepraszasz i idziesz na kompromis? Grzeczna dziewczynka patrzy przez różowe okulary, dorosła i świadoma siebie kobieta kieruje się zarówno instynktem, jak i intuicją. To one niczym barometr wskazują, kiedy należy postawić granicę, odmówić, a czasami zakończyć znajomość. Powiedz więc do tej mądrej kobiety w sobie: „czas aktywować mój kobiecy instynkt oraz intuicję po to, bym kierowała się swoim najwyższym dobrem”.

5. Wyznacz granice.
Zastanów się, czy jest w twoim życiu osoba, która notorycznie przekracza twoje granice (np. dzwoni do ciebie w nocy i opowiada o swoich problemach, pożycza pieniądze i nie oddaje). Zapytaj siebie: „Jakie korzyści emocjonalne otrzymuje ona, a jakie ja? Czy jest równowaga w tej relacji?”. Jeśli nie, umów się sama ze sobą, że od tej pory będziesz stawiała jej granice. Powiedz tej osobie, jak się czujesz, kiedy ona wciąż o coś cię prosi, a nierzadko robi to w nieodpowiednich momentach. Jeśli nauczysz się wyznaczać granice jednej osobie, automatycznie będzie ci łatwiej zrobić to z kolejną. Po jakimś czasie po prostu przestaniesz przyciągać ludzi, którzy wkraczają do twojego życia niepytani.

6. Radość z sukcesów.
Weź kartkę i zapisz wszystkie swoje życiowe sukcesy, te małe i większe. Wybierz jeden z nich i przypomnij sobie go ze wszystkimi szczegółami. Czego dotyczył? Ile miałaś lat i czy ktoś ci towarzyszył? Jak się wtedy czułaś? Czy świętowałaś ten sukces? Jeśli nie, zawsze możesz to zrobić teraz. Podziękuj sobie. To ty jesteś jego bohaterką. Pozwól, by emocje, które towarzyszyły ci kiedyś, teraz wypełniły całe twoje ciało. Poczuj wdzięczność do siebie.

7. Zgoda na komplementy.
Wzorzec grzecznej dziewczynki może sabotować cieszenie się z komplementów, bo przecież: „dziękowanie jest oznaką egocentryzmu”. Tymczasem dziękowanie oznacza, że szanujesz zarówno osobę, która mówi ci dobre słowo, jak i siebie. Kiedy następnym razem ktoś powie ci coś miłego, sprawdź, czy przypadkiem nawykowo nie zatrzymujesz oddechu i nie próbujesz zaprzeczać usłyszanym słowom. Zamiast tego po prostu je przyjmij. To tak jakbyś odżywiała swoje ciało, serce i umysł zdrowym i pożywnym jedzeniem.

8. Rozmach w marzeniach.
Weź duży karton i wypisz na nim wszystkie marzenia i pragnienia, jakie zaczną się pojawiać w twojej głowie. Nie oceniaj ich – to zapewne robili inni w przeszłości. Po prostu pozwól im zaistnieć. Używaj kolorowych flamastrów i rysuj, jeśli chcesz, symbole swoich marzeń. Poczuj się znów jak dziecko. Koniec z ograniczaniem, czas na ekspansję! To nic złego, że masz wiele marzeń, bo im więcej ich masz, tym więcej aktywujesz energii do ich realizacji. Inny sposób na pracę z marzeniami to przyklejanie wyciętych z kolorowych gazet symboli z nimi związanych. To ćwiczenie uruchamia naturalną kreatywność „niegrzecznej” dziewczynki.

9. Dzika dziewczynka.
Jeśli w dzieciństwie byłaś grzeczną dziewczynką, to znaczy, że musiałaś wyprzeć zupełnie inny aspekt siebie: dziewczynkę dziką, spontaniczną i radosną. Nigdy nie jest za późno na to, aby ponownie się z nią skontaktować. Zatem: wybierz jakiś dzień na spotkanie z nią, najlepiej na łonie natury. Powiedz do siebie: „Teraz nawiązuję kontakt z tą częścią siebie, która jest zapomniana i zepchnięta do podświadomości. Teraz daję jej przestrzeń”. Następnie wyobraź sobie, że ta dziewczynka pojawia się w miejscu, w którym właśnie jesteś, np. w lesie. Zobacz, jak wygląda, w co jest ubrana. Zapytaj ją, czego od ciebie chce w tej chwili. Może pragnie, abyś wzięła ją za rękę i poszła z nią na spacer, a może przebiegła się z nią? Pielęgnuj kontakt z tą częścią siebie i obserwuj zmiany.

  1. Psychologia

Co robić, gdy ktoś przekracza twoje granice? Jak nie dać sobie wejść na głowę?

Co powoduje, że robimy to, czego nie chcemy robić, i choć pozornie ma to służyć wyższym celom – jakoś nie czujemy radości w sercu, kiedy już się wydarza? Napędem do naszych niechcianych działań są m.in. strach, wstyd i poczucie winy. (Fot. iStock)
Co powoduje, że robimy to, czego nie chcemy robić, i choć pozornie ma to służyć wyższym celom – jakoś nie czujemy radości w sercu, kiedy już się wydarza? Napędem do naszych niechcianych działań są m.in. strach, wstyd i poczucie winy. (Fot. iStock)
Prośby, groźby, szantaż emocjonalny – to niezawodne sposoby, by zmusić innych do działania. Czy czasami masz wrażenie, że twoja suwerenność jest zagrożona? Oto typologia osób, które lubią wchodzić innym na głowę, i wskazówki, jak na to nie pozwolić.

Szef, co nie znosi sprzeciwu

Pani Krysiu, kto jak kto, ale pani to mnie nigdy nie zawiodła. No niech pani sama zobaczy, co ja się mam z tymi młodymi matkami – trzecia mi już zwolnienie lekarskie przyniosła. Chciałabym, żeby pani wzięła jutro ranny dyżur za Renatkę, dobrze? No chyba mi pani nie odmówi?

Jedyną reakcją, jaka w tej sytuacji pozwoliłaby pozostać Krystynie w zgodzie ze sobą, byłoby: „Nie, nie i jeszcze raz nie”. Miała dość tego, że dyrektorka ciągle stawia ją pod ścianą, a jej problemy nikogo nie obchodzą, bo musi być zawsze na zawołanie, żeby gasić cudze pożary. Ale powiedzieć „nie” i zawieść szefową? To na pewno nie skończyłoby się dobrze. Więc mówi: „Dobrze, pani dyrektor” i zastanawia się, czy wizytę u specjalisty, na którą czekała dwa miesiące, będzie mogła przełożyć bez problemu, czy znów spadnie na koniec kolejki oczekujących. Ale co by nie mówić, w końcu nawet szefowa nie jest w stanie zastąpić trzech osób naraz. Ktoś musi. Więc trudno, niech będzie. Początkowo odczuwana złość na samą siebie, że nie potrafi odmówić, przeradza się w strach przed utratą pracy i przechodzi w poczucie rezygnacji, że nic innego nie da się tu zrobić.

Czy Krystyna w tej sytuacji bierze pod uwagę, co jest najlepsze dla jej dobra?

Partner, który wie lepiej

Strach towarzyszy też Karinie, kiedy słucha podniesionego, zimnego głosu męża: Ty chyba sobie nie wyobrażasz, że ja wezmę urlop, żeby chodzić do szkoły w sprawie wagarów twojej córeczki. Tyle razy mówiłem, że trzeba ją trzymać krótko, ale ty wiesz swoje. To teraz pij piwo, którego nawarzyłaś. Powiedz jej, że jak jeszcze raz opuści lekcje albo się ruszy z domu mimo zakazu, to wyląduje u zakonnic jeszcze w tym roku szkolnym.

Karina kuli się wewnętrznie, słysząc taką serię jak z karabinu maszynowego. Wie, że ich córka potrzebuje więcej zrozumienia i wsparcia ze strony rodziców, bo szkoła, do której chodziła, stosowała metody presji, które „łamały” co wrażliwsze jednostki, a córka była typem wrażliwca. Myślała, że jak pójdą razem z mężem w jej sprawie – łatwiej będzie wyegzekwować zmianę podejścia na mniej „wojskowe” i że da się poszukać wspólnie jakiegoś rozwiązania. Ale okazuje się, że – jak zwykle w trudnych sytuacjach – sama jest sobie winna, więc nie ma co liczyć na pomoc, i jeszcze dodatkowo powinna dopilnować wykonania poleceń, co do których zupełnie nie ma przekonania, że mają sens. Ale wie z doświadczenia, że sprzeciw tylko pogorszy sprawę, bo jej mąż, kiedy wpadnie w szał, zdolny jest nawet do rękoczynów, więc lepiej go nie rozsierdzać.

Nadzieja na pomoc córce, zamrożona strachem, ustępuje chwilami wyrzutom sumienia, zamieniając się w poczucie beznadziei. Karina chciałaby ją chronić, ale może rzeczywiście przesadza z tą swoją ugodowością, w końcu ojciec nie chce źle dla swego dziecka, nauczyciele też chcą dobrze. Zdrowe wątpliwości ucisza racjonalnymi aksjomatami – przekonaniami, które są wpojone tak głęboko, że nawet nie przychodzi do głowy, żeby je weryfikować co jakiś czas.

Pojawia się pytanie, czy Karina staje po stronie tego, kto rzeczywiście potrzebuje jej pomocy.

Urzędniczka nieskora do pomocy

Kiedy Klaudia usiłowała szybko wypełnić zawikłany druk, co nie bardzo jej wychodziło i kilka razy prosiła o dodatkowe wyjaśnienia, urzędniczka po drugiej stronie okienka nie kryła zniecierpliwienia: – No czego tu można nie rozumieć, po polsku jest przecież napisane, nie umie pani czytać? Klaudia oblała się rumieńcem, wyobrażając sobie, że kilka par oczu osób czekających w kolejce spogląda na nią z dezaprobatą lub wręcz pogardą, i do tego wszystkiego ręce zaczęły się jej trząść i już zupełnie nie była w stanie odczytać drobnego pisma na druku. – To ja spokojnie wypełnię w domu i przyjdę jutro – powiedziała. – Jak tam pani sobie chce – odparła urzędniczka, kątem oka spoglądając w komputer.

Klaudia wyszła zła na siebie, że jest taką niezdarą i że jutro znów będzie musiała poświęcić kilka godzin na przyjazd do urzędu. Ale wolała to niż znoszenie wstydu w obecności tylu osób.

Jeśli ktoś ma podstawy do wstydu w tej sytuacji, to kto?

Urażeni rodzice

To bawcie się dobrze, korzystajcie, póki jesteście młodzi, bo potem, jak będziecie staruchami, nikt nie będzie się chciał z wami zadawać, nawet rodzone dzieci nie będą miały czasu się z wami zobaczyć.

Anna odłożyła słuchawkę telefonu i już wiedziała, że spotkanie z przyjaciółmi, z którymi mieli spędzić miło półtora dnia w czasie ich pobytu w Polsce (wspólny wyjazd nad morze i wypad do pubu), straciło dla niej cały powab i raczej nie będzie się dobrze bawić, skoro odmówiła matce dołączenia do ich wycieczki. Niby nic wielkiego: mama była sprawna, byli u niej w zeszły weekend, miała też znajome, z którymi mogła spędzić czas, jeśli nie chciała być sama, ale igła poczucia winy przeszyła serce Anny i wyciekła z niego cała radość ze spotkania z przyjaciółmi.

Jeśli ktoś jest tu winien, to kto? Kto niszczy czyjąś radość, działając na zasadzie: jeśli mnie nie może być dobrze, to niech tobie będzie równie źle?

Dlaczego tak się dzieje?

Znane sytuacje? Nic nowego ani odkrywczego, ale też nic miłego i takiego, za czym by się tęskniło. Nie chcemy tak postępować, a jednak postępujemy, wielokrotnie przysięgając sobie, że to już ostatni raz. Co powoduje, że robimy to, czego nie chcemy robić, i choć pozornie ma to służyć wyższym celom – jakoś nie czujemy radości w sercu, kiedy już się wydarza?

Takim wątpliwym napędem do naszych niechcianych działań są strach, wstyd i poczucie winy. Większość z nas jest podatna na zarządzanie za pośrednictwem takich emocji. Nie jest to przypadek, bo bardzo często w naszej kulturze stosuje się takie metody wychowawcze. Kiedy chcemy korygować zachowania dzieci na takie, które są dla nas akceptowalne, nie tłumaczymy im, dlaczego mają postępować inaczej, tylko zawstydzamy je, dając do zrozumienia, że coś z nimi jest „nie tak” („to wstyd być samolubem”), straszymy je („jeszcze raz tak się odezwiesz i pójdziesz do kąta”) lub wpędzamy w poczucie winy („przez te twoje wrzaski boli mnie głowa”). Za każdym razem w takiej sytuacji dzieci dowiadują się, że nie są w pełni akceptowane i mają się zmienić, żeby rodzic/opiekun był zadowolony. Nie dowiadują się jednak, dlaczego mają się zmienić – jakie racje, wartości, dobro ogółu (w tym ich samych) za tym stoją. W ten sposób wykształca się mechanizm ulegania osobom, które wzbudzają w nas wstyd, strach lub poczucie winy.

Bo jestem taka mała…

Bardzo wiele osób w dzieciństwie uwewnętrznia mechanizmy ulegania władzy i nie robi remanentu w tej kwestii w dorosłym życiu. W sytuacjach oddziaływania na nas strachem, wzbudzaniem poczucia winy czy wstydu wskakujemy w emocjonalną skórę małego dziecka i reagujemy tak, jakbyśmy my sami żadnej władzy nad niczym nie mieli. Gdzieś tam przez skórę czujemy (tak jak czuliśmy w dzieciństwie), że sytuacja nam nie służy, ale ulegamy argumentom, których zasadności nie mamy w zwyczaju sprawdzać, tylko przyjmujemy je na wiarę. Ba, robimy tak, gdy te argumenty nie zostały głośno wypowiedziane, tylko usłyszeliśmy je w swojej głowie.

Przecież dyrektorka nie powiedziała Krystynie, że ją zwolni z pracy, jeśli ta nie weźmie dodatkowego dyżuru. Nie powiedziała też, że nie ma możliwości takiego ułożenia grafiku zastępstw, żeby Krystyna poszła rano do lekarza. Podobnie mąż Kariny nie powiedział jasnego „nie” wobec udania się na wywiadówkę – zasugerował tylko, co ona sobie wyobraża, a czego nie. Nie wiadomo, jak zareagowałby na asertywną prośbę: „Chciałabym, żebyśmy poszli razem w możliwym dla ciebie terminie, bo moim zdaniem to jest ważne dla całej rodziny, czy twoim zdaniem tak nie jest?”.

Czy gdyby Klaudia nie dała się owładnąć poczuciu wstydu, byłaby w stanie zobaczyć, kto w zaistniałej sytuacji nie jest w porządku, kto nie wypełnia swoich obowiązków, za które otrzymuje wynagrodzenie? A Anna – gdyby poczucie winy nie odebrało jej jasności widzenia – może rozważyłaby kwestię, dlaczego zwyczajowo ludzie nie chodzą do pubu spotkać się z przyjaciółmi w asyście bliższej i dalszej rodziny każdej ze stron?

Wyjść ze schematu

W chwilach napięcia, a taką na pewno jest sytuacja, w której ktoś przekracza nasze granice, wpadamy zwykle w czarno-biały schemat dobry/zły. To powoduje, że godzimy się na rozwiązanie, w którym jedna ze stron przegrywa, a druga wygrywa. Takie głęboko zakorzenione, nieuświadomione przekonanie, że w spornej sytuacji tylko jedna ze stron może mieć rację, powoduje, że jeśli nie czujemy się na siłach być zwycięzcą – poddajemy się, godzimy z przegraną. Warto zacząć myśleć w kategoriach wygrana–wygrana, pamiętać, że istnieją rozwiązania, które mogą służyć wszystkim stronom.

Kiedy sytuacja odbiega od normy służenia wszystkim, a nie tylko wybranym jednostkom, złość pojawia się jako informacja o potrzebie zmiany. Podobnie mogą z nami współpracować wspomniane poczucie winy, wstyd i strach (pojawiają się jako zdrowe wątpliwości, potrzeba akceptacji i troszczenia się o siebie nawzajem). Trzeba je jednak zaprząc do współpracy, ogarnąć zdrowym rozsądkiem, wykorzystać informacje, które ze sobą niosą: co nie działa, jakiej zmiany potrzeba, jakie jest rzeczywiste, a jakie wyimaginowane zagrożenie. Co mogę w tej sytuacji zrobić sama, a w jakich kwestiach warto byłoby zwrócić się z prośbą o wsparcie do osób, które mogą i chcą tego wsparcia udzielić?

I ciągle warto przypominać sobie o tym, że już nie jestem małym bezbronnym dzieckiem zdanym jedynie na łaskę i niełaskę nastrojów dorosłych. Mogę wybierać!