1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Sztuka umiejętnego słuchania. Czy to potrafisz?

Sztuka umiejętnego słuchania. Czy to potrafisz?

Podczas nauki uważnego słuchania warto skoncentrować się na świecie swoich odczuć bardziej niż myśli. (Ilustracja: iStock)
Podczas nauki uważnego słuchania warto skoncentrować się na świecie swoich odczuć bardziej niż myśli. (Ilustracja: iStock)
Słowa, słowa, słowa… Ludzie mówią ich do nas tysiące, połowę z nich puszczamy mimo uszu. Zagłębiamy się w swoich myślach, przekonaniach, nastrojach. Sztuka umiejętnego słuchania wymaga cierpliwości, ale jest jedyną drogą do autentycznych relacji.

Ile razy w życiu zdarzyło ci się, że ktoś cię słuchał? Tak naprawdę? Bez przerywania, bez rozpraszania, bez kończenia zdań za ciebie, bez pospieszania? Najczęściej jesteśmy słuchani pozornie i doskonale to czujemy, chociaż nie zawsze jesteśmy tego w pełni świadomi. Wystarczy, że podczas rozmowy twoja przyjaciółka pisze SMS-a, a koleżanka z pracy sprawdza skrzynkę e-mailową, i już wiesz, że twoje zdanie nie jest istotne dla rozmówcy. Umiejętność uważnego słuchania jest podstawą dobrych relacji, zarówno prywatnych, jak i zawodowych.

Budowanie relacji jest zjawiskiem biologicznym i psychologicznym, procesem w znacznie większym stopniu emocjonalnym niż intelektualnym. Dlatego podczas nauki uważnego słuchania warto skoncentrować się na świecie swoich odczuć bardziej niż myśli.

Na czym polega dobry kontakt?

Oznacza całkowitą koncentrację na rozmówcy. Gdy jej brakuje, między pracownikiem a szefem lub między dwojgiem znajomych nie pojawia się zaufanie. A kiedy nie ufamy sobie, nie jesteśmy w stanie wnosić do tej relacji autentyzmu. Nie ma porozumienia, które wynika z prawdziwego słuchania. Kiedy rozmówcy są na siebie uważni, przyjmują podobną postawę ciała: nachylają się do siebie, zbliżają, niemal równocześnie poruszają w podobny sposób. Dlatego podczas rozmowy delikatnie sprawdzaj, czy jesteś dopasowana do drugiej osoby postawą ciała, a także głośnością, szybkością i energią mówienia. Neurobiologia potwierdza, że w czasie autentycznego, dobrego kontaktu aktywują się te same miejsca w mózgu obu osób (neurony lustrzane). Wówczas język ciała samoistnie podąża za odczuciami i wyraża zgodność z tym, co czuje rozmówca.

Oznaki niedopasowania to sytuacje, w których np. jedno z was siedzi rozparte w fotelu, a drugie wyprostowane, ty mówisz głośno, a twój rozmówca szepcze, unikacie kontaktu wzrokowego lub robi to jedno z was, ty mówisz szybko i dużo, a koleżanka niewiele. Gdy zauważysz symptomy niedopasowania, zadaj sobie pytanie, co jest tego przyczyną. Jeśli tracisz uważność, postaraj się skoncentrować na rozmówczyni, nawiązując z nią kontakt wzrokowy. Jeżeli to ona unika słuchania, zapytaj: „Widzę, że czujesz się niekomfortowo. Co się dzieje?”.

Dowody na słuchanie

Jednym z najbardziej konstruktywnych sposobów na danie dowodu, że uważnie słuchaliśmy, jest podsumowanie, czyli krótkie zebranie tego, co ktoś do nas powiedział. Nie chodzi tu jednak o mechaniczne powtórzenie konkretnych słów, ale przytoczenie esencji wypowiedzi przy jednoczesnym braku interpretacji czy wydawania opinii. Podsumować można także wtedy, kiedy wypowiedź rozmówcy trwa już długo lub pogubiliśmy się z powodu dygresji. Jest to elegancki sposób przerwania drugiej osobie. Oto kilka przydatnych zwrotów: „Podsumowując…”, „Jak rozumiem, mówisz, że…”, „Trochę się zgubiłam, czy mogę w tym miejscu podsumować, co powiedziałeś?”. Zawsze kończ pytaniem: „Czy dobrze rozumiem?”. Nawet gdy okaże się, że niezbyt dobrze podążyłaś za wypowiedzią, okażesz zaangażowanie i chęć zrozumienia. To najważniejszy sygnał świadczący o uważnym słuchaniu.

Mając poczucie, że jest ktoś, kto słucha, rozumie i okazuje wsparcie, chętnie budujemy z tą osobą relację. Czujemy się silniejsi i mocą tą chcemy się dzielić.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Przyjaźń w dorosłym życiu – ważniejsza jest jakość niż liczba

Co charakteryzuje dobrą relację? Badacze wyodrębnili kilka elementów, które uważa się za kluczowe w nawiązywaniu bliskich przyjaźni. (fot. iStock)
Co charakteryzuje dobrą relację? Badacze wyodrębnili kilka elementów, które uważa się za kluczowe w nawiązywaniu bliskich przyjaźni. (fot. iStock)
W ciągu ostatnich dwudziestu lat opublikowano wiele wyników badań potwierdzających pogląd, że przyjaźń stanowi jeden z najistotniejszych elementów ludzkiego zdrowia, samopoczucia i szczęścia. Jeśli się nad tym zastanowić, to takie stwierdzenie ma sens! – pisze Hope Kelaher w swojej książce „Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu”.

Pogawędka, aby nadrobić zaległości lub błyskawiczne znalezienie ponownie wspólnego języka ze starym przyjacielem, z którym nie widzieliśmy się od lat, znakomicie wpływa na samopoczucie, podobnie jak zaśmiewanie się do łez z osobistych żartów lub wstydliwych historii z osobą, z którą łączy nas poczucie humoru. Wywołują one uczucie, którego nie da się porównać z żadnym innym, a przy tym są dobre dla zdrowia! Dowiedziono, że przyjaźń i więź emocjonalna z innymi pomagają zmniejszyć ryzyko śmierci i skrócić czas trwania chorób fizycznych i psychicznych, mogą również korzystnie wpływać na zdrowie, przyczyniając się do wydzielania endorfin.

Przyjaciele nie tylko udzielają wsparcia emocjonalnego i społecznego, ale też, z perspektywy ewolucyjnej, zapewniają ochronę, wsparcie praktyczne, a w niektórych przypadkach także pomoc finansową. Przyjaźń stanowi element rozmaitych intymnych relacji, w tym między partnerami i członkami rodziny, ważne jednak, aby odróżnić zaprzyjaźnione osoby z rodziny (krewnych) od przyjaciół. Za przyjaciół uznaje się osoby znajome, z którymi łączy nas więź oparta na emocjonalnej bliskości i wzajemności (czyli dawaniu i braniu w relacji). W przeciwieństwie do przyjaźni rodzinnej, taka przyjaźń jest wynikiem wyboru i może zakończyć się w każdej chwili. W rezultacie poświęcamy więcej czasu i energii na nawiązywanie i podtrzymywanie przyjaźni z osobami niespokrewnionymi.

Liczba a jakość

Dla wielu osób kolejne oczywiste pytanie brzmi: co jest ważniejsze, liczba przyjaciół czy jakość przyjaźni? Wyniki badań wskazują wprawdzie, że zarówno wielkość kręgów społecznych, jak i jakość relacji z ich członkami mają istotne znaczenie dla zdrowia i samopoczucia, jednak biorąc pod uwagę zobowiązania ciążące na współczesnych dorosłych, nie zawsze da się zachować równowagę między tymi dwoma czynnikami. Co ciekawe, wyniki badań przeprowadzonych przez antropologa i psychologa Robina Dunbara wskazują, że istnieje maksymalna liczba znajomości, jaką każdy z nas jest w stanie podtrzymać w danym momencie. W swoich pracach Dunbar stwierdza, że zdolności poznawcze ludzkiego mózgu wystarczają na utrzymanie jednocześnie relacji ze 150 osobami. Nie wszystkie z nich są naszymi bliskimi przyjaciółmi: część to przygodni znajomi. Wyniki badań wskazują, że z około 50 spośród tych 150 osób mógłbyś znaleźć na proszonej kolacji lub imprezie u wspólnego znajomego. Znacznie mniejszą liczbę ludzi – około 15 – uważamy za przyjaciół, którym możemy w razie potrzeby się zwierzyć lub poprosić ich o wsparcie. Badania Dunbara wykazały też, że każdy z nas ma plus minus 5 osób, które uznajemy za najbliższych przyjaciół i którym możemy wyznać najskrytsze tajemnice, pragnienia i problemy. Granice tej grupy są płynne, a poszczególne osoby mogą przemieszczać się między kręgami przyjaciół i najlepszych przyjaciół.

Cyfrowe platformy, takie jak: Facebook, Snapchat, Twitter czy Instagram doprowadziły wprawdzie do poszerzenia sieci przyjaźni, ale jedno pozostało bez zmian: siła długotrwałych relacji zależy od osobistych kontaktów.

Spotkania twarzą w twarz sprzyjają powstawaniu więzi, jakiej nie da się nawiązać poprzez media społecznościowe.

Udostępnienia i polubienia w internecie nie mogą równać się z pozytywnymi doświadczeniami, takimi jak: osobiste powitania, jedzone razem posiłki czy wspólny śmiech. Takie przeżycia częściej doprowadzają do wydzielania endorfin – hormonów wiązanych z przyjemnością, redukcją stresu i tworzeniem więzi społecznych. Z badań wynika, że co prawda znajomości w mediach społecznościowych łatwo jest nawiązywać i dokumentować, ale wirtualne kontakty nie mogą skutecznie zastąpić przyjaźni w prawdziwym życiu. Najłatwiej wyjaśnić to faktem, że wartościowe relacje wynikają z czasu, a interakcje z wirtualnymi znajomymi zmniejszają ilość czasu i energii, jakie możemy poświęcić na dbanie o osobiste relacje.

Aspekty dobrej przyjaźni

Świadomość, że jesteśmy w stanie utrzymywać kontakty jedynie z ograniczoną liczbą osób, może dodawać otuchy, zwłaszcza tym z nas, dla których zbieranie internetowych znajomości stanowi hobby. Wiąże się jednak z pytaniem, czy nasze przyjaźnie są wystarczająco dobre, a ich jakość –wysoka. Zdaniem wielu osób, odpowiedź na to złożone pytanie ma subiektywny charakter. Większość badaczy zajmujących się tym tematem twierdzi, że wysokiej jakości relacje wyróżniają się wysokim poziomem wzajemnych zachowań pomocowych, współzależności, intymności emocjonalnej i konstruktywnego rozwiązywania konfliktów.

Wzajemność

Wyniki nowszych badań wskazują jednak, że istnieje wiele aspektów i wskaźników jakości relacji. Dobre przyjaźnie, zarówno w dzieciństwie, jak i w wieku dorosłym, charakteryzuje wzajemność pochlebstw – przyjaciele często wzajemnie chwalą się za sukcesy, wspierają w przypadku porażek i pomagają wzmacniać poczucie własnej wartości.

Współzależność

Kolejnym aspektem dobrej przyjaźni jest współzależność. Podobieństwo pomiędzy dwiema osobami zapewnia skoordynowaną relację, pozwalającą każdej ze stron czerpać więcej przyjemności i korzyści. Nawet jeśli każda z osób zyskuje na przyjaźni co innego, jest to równie przydatne jak to, co daje drugiej osobie. Na przykład Jen może otrzymywać od Kit wsparcie w swoim związku i udzielać jej wsparcia w sprawach rodzinnych.

Intymność emocjonalna

Trzeci najważniejszy i najlepiej opisany aspekt wysokiej jakości przyjaźni to intymność emocjonalna –pozytywna komunikacja i wzajemne dzielenie się tajemnicami w relacji. Badania nad bliskimi przyjaźniami wśród dzieci wykazały, że te z nich, które określiły poziom intymności w relacji jako wysoki, wskazywały również na wysoki poziom innych pozytywnych cech, co sugeruje, że intymność może stanowić najistotniejszy czynnik w wysokiej jakości relacjach.

Rozwiązywanie konfliktów

Przyjaźń idealna nie istnieje, a nawet najlepsza wykazuje cechy negatywne, warto zatem zbadać również, w jaki sposób rozstrzyga się konflikty w wysokiej jakości relacjach i jak może to przyczynić się do ich dalszego zacieśniania. Wysokiej jakości przyjaźnie zwykle charakteryzują się minimalnym poziomem konfliktów, nie są od nich jednak całkowicie wolne. W gruncie rzeczy taka sytuacja byłaby niepokojąca, a nawet szkodliwa dla relacji. Konflikty rozwiązywane w zdrowy sposób mogą prowadzić do większej intymności i mocniejszej więzi w relacji, zwłaszcza przyjacielskiej. Przypomnij sobie nieporozumienie pomiędzy tobą a jednym z twoich przyjaciół. Zapewne doświadczałeś obaw i niepokoju, zastanawiając się, jak podejść do sprawy, ale kiedy podjąłeś ryzyko i udało ci się ją rozwiązać, poczułeś ulgę wynikającą z rozstrzygnięcia.

Wyobraź sobie na przykład, że od jednego z najbliższych przyjaciół dostajesz esemesa i nie rozumiesz jego wymowy. Druga osoba zwraca się do ciebie w nietypowy sposób, wskazujący, że coś jest nie tak. Być może wyczuwasz gniew przyjaciela. Choć boisz się zaognienia sytuacji, wykonujesz ważny krok i mówisz mu o swoich obawach, a on wyznaje, że rozczarowało go coś, co powiedziałeś lub zrobiłeś. Nie rozstrzyga to konfliktu ani kwestii twojego zachowania, ale możecie teraz otwarcie porozmawiać o napięciu, które wcześniej kryło się pod powierzchnią. Każde z was zna perspektywę i uczucia drugiej strony. Możecie odetchnąć z ulgą i przejść do rozwiązywania problemu. Wynik badań nad konfliktami w relacjach nastoletnich sugerują, że z wiekiem sposób rozwiązywania konfliktów zmienia się z wymuszającego na konstruktywny. W okresie dojrzewania rozwija się empatia – zdolność do rozumienia stanu emocjonalnego drugiej osoby – dzięki której przyjaciele mogą lepiej zrozumieć nawzajem swoje uczucia i punkt widzenia.

Przyjrzyjmy się, jak może wyglądać rozwiązywanie konfliktów w wysokiej jakości przyjaźni. Shay i Jen zaplanowały wspólne wyjście, ale dzień przed nim Shay pracowała do późna i źle się czuje. Wie, że Jen bardzo zależy na realizacji planów, ale jej samej brak do tego energii i motywacji. Wyjaśnia przyjaciółce, że jest bardzo zmęczona, ale obawia się, że rozczaruje ją, rezygnując z wyjścia. Jen istotnie jest zawiedziona, ale mówi Shay, że rozumie sytuację i że na pewno będą jeszcze miały okazję się spotkać. Jen nie ma pretensji do Shay, ich przyjaźń wraca do normy i rozwija się dalej. Bez empatii konflikt w tej sytuacji mógłby rozstrzygnąć się w zupełnie inny sposób, a obie strony czułyby się niewysłuchane, niedostrzeżone i lekceważone. Przyjaciółkom udało się jednak porozmawiać otwarcie, bezpiecznie i konstruktywnie, a rozwiązanie wzmocniło ich relację.

Mam nadzieję, że dotychczasowa lektura uświadomiła ci, że liczy się nie liczba, a jakość relacji. Zwykle mamy około 5 najbliższych przyjaciół, 15 przyjaciół orbitujących wokół nich, 50 znajomych, przy których czujemy się swobodnie na imprezach, i 150 dalszych znajomych. Aby przyjaźnie i więzi były jak najgłębsze, nie należy skupiać się na rozszerzaniu zewnętrznego kręgu znajomych, ale poświęcać czas i energię osobom z najbliższych kręgów społecznych. Trzeba również pamiętać, że najbliżsi przyjaciele mogą w różnych momentach życia przemieszczać się z jednego kręgu do drugiego. Na przykład bliski przyjaciel ze studiów może przestać należeć do kręgu najbliższych przyjaciół po twojej przeprowadzce do innego miasta, ale pozostać wśród piętnaściorga przyjaciół. Takie przejścia pomiędzy kręgami są naturalne, a jeśli znów zdarzy się wam zamieszkać w tym samym mieście, może się okazać, że przyjaciel w naturalny sposób powróci do najbliższego kręgu.

<!--jt:related class="left" src="https://zwierciadlo.pl/js/tiny_mce/plugins/jtinfobox/img/related.png" />

Fragment pochodzi z książki Hope Kelaher „Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu. Porady i ćwiczenia”

  1. Psychologia

Jak się zachować będąc przyjacielem, krewnym lub współpracownikiem osoby zdradzonej?

Zdrada dotyczy nie tylko osoby zdradzonej i zdradzającej. Żyjemy w sieci połączeń z innymi, dlatego w krąg oddziaływania niewierności często zostają wciągnięci również przyjaciele, rodzina, czy współpracownicy. (Fot. iStock)
Zdrada dotyczy nie tylko osoby zdradzonej i zdradzającej. Żyjemy w sieci połączeń z innymi, dlatego w krąg oddziaływania niewierności często zostają wciągnięci również przyjaciele, rodzina, czy współpracownicy. (Fot. iStock)
Czy mówić koleżance, że jej mąż ma kochankę? Komu się zwierzać ze swojego bólu? Jak reagować, gdy zdrada staje się publiczna? Niewierność nie tylko łamie serce partnera, ale i narusza układ społeczny, w którym para funkcjonuje, oraz jest wyzwaniem dla przyjaźni.

Zdrada i ból nią spowodowany dotyczą nie tylko dwóch osób – zdradzonej i zdradzającej. Zdrada ma swoich towarzyszy spoza miłosnej relacji, bo żyjemy w sieci połączeń z innymi. Przyjaciele, rodzina, wspólni znajomi czy współpracownicy często zostają wciągnięci w krąg oddziaływania niewierności, która – choć wydarzyła się po kryjomu – nieuchronnie wychodzi na światło dzienne, stając się wydarzeniem rodzinnym czy wręcz w różnej mierze publicznym.

Jeśli ktoś zdradza, to nie robi tego po to, żeby od razu się przyznać. Podświadomie często jednak pragnie, żeby tajemnica się wydała, bo zdrada ma zwykle głębszy sens, ujawnia wypierany status związku. I najczęściej sekret się wydaje, bo na przykład życzliwa osoba uprzejmie donosi, że on czy ona byli widziani w niedwuznacznej sytuacji. Pierwszym towarzyszem zdrady jest więc posłaniec.

Złe wieści

Wyobraź sobie, że wieloletni partner zdradza twoją najlepszą przyjaciółkę, a ty to odkryłaś. Już na samą myśl, że to ujawnisz, niemal czujesz jej ból. Zaraz potem zaczynasz myśleć, że jeśli powiesz, rozbijesz związek przyjaciółki i nie chcesz brać tego na siebie. A za chwilę sama sobie jednak odpowiadasz, że przecież to jej partner to robi, nie ty. No i w końcu ona ma prawo wiedzieć!  Chcesz jej bronić, ujawnić prawdę, która, choć jest bolesna, wyzwoli ją ze złudzeń. Ale czy masz prawo wchodzić z butami w jej życie? Mówić czy nie mówić o zdradzie?

Odpowiedź wydaje się skomplikowana, a decyzja trudna, bo rola posłańca nowiny, która niesie cierpienie, jest niewdzięczna. Można też wybrać opcję porozmawiania najpierw z osobą, która zdradza. Terapeutka i life coach Joanna Godecka uważa, że to może być rozwiązanie najbardziej fair, zwłaszcza jeśli na zdradę nic wcześniej nie wskazywało. W zależności od tego, co usłyszymy, łatwiej nam będzie podjąć decyzję, czy i co powiedzieć przyjaciółce. Jeżeli jednak wiemy, że to relacja toksyczna, a niewierność partnera zdarza się już nie pierwszy raz, lepiej jak najszybciej jej powiedzieć, co wiemy.  – Moim zdaniem udawania, że nic się nie dzieje, podczas gdy widzimy, że druga osoba jest celowo wprowadzana w błąd, nie można zaakceptować. Jeślibym wiedziała, że moją przyjaciółkę zdradza jej partner czy mąż, myślę, że bym jej to powiedziała. Bo gdyby później wydało się, że wiedziałam, a nie powiedziałam – czułabym się współwinna. I nie zdziwiłabym się, gdyby przyjaciółka poczuła się i przeze mnie zdradzona – mówi ekspertka, ale przyznaje, że powiedzenie o zdradzie może być ryzykowne, bo nikt nie lubi posłańców złych wieści. Tym bardziej że zdradzana strona może wcale nie chcieć widzieć, co się dzieje, i ignorować oczywiste sygnały niewierności. Jeśli tak jest, możemy spotkać się z nieprzyjemną reakcją i warto mieć tego świadomość, zanim zdecydujemy się działać.

A co jeśli to my jesteśmy ofiarą  przemilczenia? Jeśli bardzo cenimy sobie szczerość i odkryjemy, że przyjaciel lub ktoś z rodziny wiedział, że byłyśmy zdradzane, a zachował milczenie – na pewno wzbudzi to w nas dodatkowe emocje – smutku, rozczarowania, gniewu... Jednak zamiast atakować, lepiej zapytać, co tą osobą kierowało. Być może zabrakło jej odwagi? Albo z jakichś powodów uznała, że tak będzie dla mnie lepiej?

Powiernicy

Jeśli pojawia się informator, oznacza to, że już nie tylko my wiemy o zdradzie. Sami też możemy czuć potrzebę, żeby komuś zwierzyć się ze swojej trudnej sytuacji i bolesnych emocji, które jej towarzyszą.

– W gabinecie obserwuję, że na początku przechodzenia przez proces zdrady osoba zdradzona mierzy się z nagłym wewnętrznym poczuciem osamotnienia. Ktoś bliski był obok, ktoś, do kogo przynależeliśmy, kogo obdarzyliśmy zaufaniem i to zaufanie właśnie zostało nadużyte, zniszczone – wyjaśnia Joanna Godecka. –  Potrzebujemy wsparcia i może dlatego szybko zaczynamy szukać sprzymierzeńców. Najlepsze, czego możemy od nich oczekiwać, to deklaracja „Niezależnie od tego, co się wydarzy i jaką decyzję podejmiesz, będę po twojej stronie”.

A wcale nie jest takie oczywiste, że właśnie to otrzymamy!  Terapeutka przypomina sobie klientkę, którą mąż nie tylko zdradzał, ale jeszcze stosował wobec niej przemoc psychiczną. Kiedy poprosiła o pomoc rodziców, usłyszała, że jeśli złoży pozew o rozwód, to oni nie będą w sądzie zeznawać na jej korzyść.

Pamiętajmy zatem, że nie mamy obowiązku spowiadania się ludziom ze wszystkiego, nawet tym najbliższym. Nie narażamy się też w ten sposób na rady: „Zastanów się, możesz sobie już życia nie ułożyć. Machnij na to ręką, bo jak ty sobie sama teraz dasz radę?”. Zdrada budzi emocje i czasem arbitralne postawy. Możemy na przykład czuć nacisk ze strony przyjaciółki, która uważa, że kto raz zdradził, będzie zdradzał zawsze, podczas gdy my same nie jesteśmy gotowe, by odejść. Komunikat: „Zrób z tym coś wreszcie. Nie daj się  tak traktować” może spowodować niepotrzebne napięcie i poczucie winy. I w rezultacie tylko nas osłabić.

Podwójny ból

Istnieje też bardziej bolesna konfiguracja – mąż zdradza cię z twoją przyjaciółką, siostrą, wspólną koleżanką... I wbrew pozorom, to wcale nie jest wyłącznie filmowy scenariusz, bo jak wskazuje sondaż serwisu randkowego IllicitEncounters.com – niewierności dopuszczamy się zwykle w najbliższym gronie. Na pierwszym miejscu tego niechlubnego rankingu znalazła się szwagierka i inni członkowie rodziny (aż 15 proc. aktów niewierności dotyczy naszego rodzeństwa). Taką zdradę trudno wykryć, bo nigdy nie wiadomo, czy dobry kontakt wynika wyłącznie z rodzinnej sympatii, czy może jednak z pożądania. Drugie miejsce na liście kochanek zajęła najlepsza przyjaciółka partnerki. Co dziesiąty zdradzający mężczyzna decyduje się na przygodę właśnie z nią. To ona przecież często pojawia się w waszym domu, więc znajomość może się rozwijać. Wie też od ciebie, kiedy przeżywacie kryzys i może wykorzystać sytuację.

Podwójna strata dotkliwiej boli, bo nie dość, że zdradził nas partner, to jeszcze ktoś drugi też bliski, czasem nie mniej ważny. Już nie pójdziemy do tej przyjaciółki, żeby zwierzyć się ze smutków lub poprawić sobie nastrój przy kawie. Czujemy, że dwie najbliższe osoby zawiązały porozumienie za naszymi plecami i zrobiły coś przeciwko nam, więc podwójnie cierpimy.

– Taką zdradę trudniej przeżyć, bo siostra czy najlepszy przyjaciel wiele o nas wiedzieli, znali naszą wrażliwość, nasze sekrety – mówi Joanna Godecka. Radzi, żeby powoli do tej sytuacji się zdystansować, nie wypierając jednocześnie swoich uczuć. Nie sposób nie mieć poczucia zranienia, niesprawiedliwości, krzywdy, bólu, złości, ale na końcu warto zdać sobie sprawę, że te osoby, choć były nam tak bardzo bliskie, są zwykłymi ludźmi ze swoimi ułomnościami. Nie zlikwiduje to naszych trudnych emocji, ale może przynieść ulgę.

Jeśli same mamy pokusę, żeby pozwolić sobie na skok w bok z przyjacielem partnera, miejmy świadomość, że celujemy jednocześnie do dwóch tarcz. Jeśli on dowie się o tym, poczuje się zdradzony jeszcze bardziej. – Zdrada istnieje jak świat światem, ale ważne jest, żeby wziąć za nią odpowiedzialność – dodaje ekspertka. – Partner będzie miał prawo być wściekły, zraniony, zawiedziony, bo naturalne jest, że oczekiwał lojalności od dwóch stron.

Wszyscy wiedzą

Czasem zdrada staje się publiczna. Para pracuje razem i on zdradza ją z koleżanką z biura, a romans zostaje ujawniony. Okoliczności są równie trudne, co sama zdrada, którą odbieramy jako upokarzającą.

Joanna Godecka uważa, że najlepszym wyjściem z twarzą z takiej sytuacji jest powiedzenie głośno: „Wiem, że wszyscy wiedzą to, co ja wiem. Nie gadajmy o tym, bo nie chcę”. Jasny komunikat powinien zadziałać. Natomiast udawanie, że nic się nie stało, do niczego nie doprowadzi.

Możemy jednak mieć pokusę, żeby rozegrać to inaczej, na przykład krytykować, obgadywać osobę, która nas skrzywdziła. Terapeutka zwraca uwagę, że publiczne pranie brudów nigdy nie jest eleganckie, a w dłuższej perspektywie może obrócić się przeciwko nam, bo my przestaniemy te brudy prać, a inni jeszcze długo będą.  Niektórzy decydują się na przykład odejść z pracy. Przedtem jednak warto się zastanowić, czy naprawdę tego chcemy, bo właściwie to z jakiego powodu mam się wstydzić, że ktoś mnie zdradził.

– Koniec końców, towarzysze zdrady są na drugim planie – podsumowuje Joanna Godecka. – Jeśli po zdradzie chcemy odbudować swoje życie i ruszyć dalej, potrzebne jest poczucie, że to my wiemy, dokąd zmierzamy.

  1. Psychologia

Usłysz mnie. Co zrobić, żeby konflikt nie niszczył?

Jeśli przynajmniej jedna osoba w konflikcie zacznie słuchać, pojawia się szansa na rozwiązanie. (Ilustracja Przemysław Trust Truszczyński)
Jeśli przynajmniej jedna osoba w konflikcie zacznie słuchać, pojawia się szansa na rozwiązanie. (Ilustracja Przemysław Trust Truszczyński)
Mówi się, że to czas leczy rany. Rany leczy dialog, uważne słuchanie. Ludzie nie radzą sobie z konfliktami dlatego, że nie umieją dialogować i nie potrafią słuchać – mówi trenerka i terapeutka Zofia.

Boimy się, że konflikty w bliskich relacjach oznaczają początek końca relacji. Słusznie?
Nie. Konflikty są nie tylko nieuniknione, ale potrzebne. Gorsza jest obojętność, milczenie. Konflikt to dowód, że chcemy relacji żywej, autentycznej, a nie udawanej i pełnej przymusu, czyli takiej, że ja – w imię świętego spokoju – zrobię to, co ty chcesz, i odwrotnie.

Czyli konflikt oznacza, że nasza relacja nie umiera.
Ona się rozwija, wzmacnia, a my w niej też wzrastamy. Chcemy być szczęśliwi z kimś, a jednocześnie chcemy pozostać sobą, nie stłamszeni, zlani i pomieszani z tą osobą. Konflikt pomaga nam się wyodrębnić, zobaczyć siebie samych i podjąć wspólnie wyzwanie, jakim jest bycie razem.

Co jest wtedy najważniejsze?
Dialog. O tym, co się nie podoba, co jest dla kogoś trudne i co chce zmienić, o niezaspokojonych potrzebach. W książce „Dialog zamiast kar” zdefiniowałam dialog jako rozmowę o rozmawiających. Dialog nas odróżnia, jest nas dwoje: ten, kto mówi, i ten, kto słucha, autor i słuchacz, i każdy mówi o sobie. A zarazem dialog nas łączy, bo dowiadujemy się czegoś ważnego o sobie nawzajem, czego chcemy, co nam się podoba, a co nie. Jakie są są nasze granice. W bliskich relacjach te granice się stykają, a potrzeby są nieustannie w ruchu, raz zaspokajane, a innym razem nie. Raz u mnie, raz u ciebie. Jak w tańcu. W konflikcie dialog jest jak wołanie: „Usłysz mnie, zależy mi na tobie i naszej relacji, więc mówię ci, co mi się nie podoba i gdzie chcę zmiany!”. Kiedy ktoś coś mówi, nawet oskarżając innych, nadal mówi o sobie.

Taki obrazek: on krzyczy na nią, że czegoś nie zrobiła. Co to da, że ona wie, że ten krzyk jest o nim?
Da to, że ona nie weźmie tego „do siebie”. Już ta świadomość chroni ją i pozwala jej usłyszeć jego niezaspokojone potrzeby oraz przyjąć postawę: Oddzielam się od oskarżeń, nie mieszam się z nimi. Mogę wybrać, czy będę nadal słuchać, czy też wolę ochronić siebie, na przykład wychodząc i mówiąc, że nie chcę tego słuchać teraz, zwłaszcza wypowiadanego tym tonem i w takim stylu.

Łatwo powiedzieć. Jak się nie odwinąć krzykiem, gdy słyszysz: wariatka!?
Kiedy ktoś tak do mnie mówi, prawdopodobnie jego ból w relacji ze mną jest wielki, a zarazem on nie wie, jak inaczej o tym mówić, niż „uderzając” mnie słowami. To nadal jest o nim, o jego cierpieniu i niemocy w komunikowaniu siebie. Prawdopodobnie także o tym, że dotąd i ja nie potrafiłam tego cierpienia usłyszeć.  Wypowiadamy czasem mocne, raniące słowa. I zamiast sobie pomagać, niszczymy siebie i swoje związki.

Co zrobić, żeby konflikt nie niszczył?
Nauczyć się dialogu, który zaczyna się od słuchania tego, co ktoś chce mi powiedzieć. Kiedy mnie oskarża i krytykuje, a ja pamiętam, że – bez względu na to, jakich słów używa – mówi o swojej frustracji, to po prostu go słucham i nie oceniam. A on czuje się wtedy widziany, ważny. Dynamika i struktura dialogu w konflikcie jest w istocie bardzo prosta: gdy wiem, że druga strona mówi o swoim bólu, i ja słucham jej z uwagą, to ten ból przestaje uwierać, ranić. Jeżeli się wkręcam, zaczynam się bronić, to ten ból się zwiększa.

Ludzie na ogół się bronią. To chyba naturalne?
W konflikcie mamy tendencję do szukania winowajcy, w sobie albo w drugim. Zamiast zająć się problemem, zrzucamy go – jak gorący kartofel – na czyjeś kolana. A on dalej pomiędzy nami krąży. Założenie, że druga osoba chce mi powiedzieć o sobie, pomaga mi ją wysłuchać.

To wielka sztuka, wyżyny miłosierdzia. Trudne.
Uważam, że wszyscy jesteśmy do tego zdolni. Wręcz nie możemy funkcjonować w relacji bez świadomego dialogu. Wystarczy, że przynajmniej jedna osoba w konflikcie zacznie słuchać, pojawia się szansa na rozwiązanie.

Rozwiązaniem konfliktu jest kompromis?
Nie, kompromis to zamrożenie konfliktu. Rozwiązaniem jest kontakt: ja słyszę ciebie, ty mnie i mamy taką relację, że możemy być ze sobą, trochę mniej się raniąc. W bliskich relacjach nie da się uniknąć wzajemnych zranień. Chodzi o to, żeby się o nie zatroszczyć. Bez konfrontacji, ze współczuciem i w dialogu. Załóżmy, że potrzebujesz wolności, którą daje ci auto. A macie tylko jedno. Zawieracie kompromis: ty jeździsz tego dnia, on innego. A co jeśli pilnie potrzebujesz samochodu w „jego” dniu? On mówi: „Inaczej się umawialiśmy”. Ty: „Jesteś bezduszny!”. Zaczynacie kolejny konflikt o szanowanie umów lub o to, czy twoje pilne sprawy są wystarczająco pilne dla niego. Założeniem kompromisu jest czyjeś ustępstwo, brak ustępstwa jednego, obojga albo ugoda. Założeniem dialogu jest wzajemna troska o siebie, żeby potrzeby obu stron były zaspokojone lepiej, w większej równowadze.

To powiedzmy, krok po kroku, jak to osiągnąć.
Pierwszy, prosty i najważniejszy krok w konflikcie: wziąć głęboki oddech, nie reagować szybko. Na treningach uczę też dialogu odzwierciedlającego. Ktoś (autor) mówi: „Jak mogłeś kupić chleb, a nie kupić masła?!”. Słuchacz powtarza dokładnie słowa autora: „Pytasz mnie, jak mogłem kupić chleb, a nie kupić masła”. Ćwiczenie polega na powtarzaniu, nie parafrazowaniu, bo parafrazując, zastanawiam się, jakimi słowami oddać to, co powiedział autor, a nie słucham go. W efekcie używam innych słów niż te, które wybrał. Wprowadzam więc dodatkową narrację, choć to on jest autorem, a nie ja. Uważne słuchanie i odzwierciedlanie, na które decydują się obie strony konfliktu, pomaga zobaczyć siebie wzajemnie i spowalnia dialog.

Słuchanie słuchające – o takie chodzi?
To bardzo dobre sformułowanie. Nie chodzi o interpretację albo mieszanie słuchania z mówieniem. Powtarzam często: żeby słuchać, potrzebujesz tylko uszu, nie potrzebujesz głowy i ust. Jeśli ktoś mówi: „Jesteś głupia”, moja głowa myśli: „Może faktycznie jestem głupia? Zaraz mu dam popalić!”. Ja to nazywam mieszaniem się w autorstwo kogoś innego. Żeby słuchanie miało wysoką jakość, pytam autora, czy dokładnie odzwierciedlam to, co mówi, czy o to właśnie mu chodzi. Może coś skorygować albo dodać. I słucham go tak długo, jak tego potrzebuje. Nazywam to słuchającym lustrem. Czasem takie słuchanie sprawia, że ludzie kończą swoje dialogi słowami „kocham cię”.

Po wysłuchaniu przychodzi czas na moją wypowiedź. Jak ją zacząć?
Zapytać: „Czy jesteś gotowy, żeby usłyszeć teraz mnie?”. Bo aby słuchać, musimy być na to gotowi. W konflikcie bardzo często ludzie przekrzykują się, wszyscy chcą być usłyszani, ale nikt nikogo nie słucha. Ból eskaluje i wymyka się ze struktury dialogu, gdzie obowiązuje kolejność. Ten, kto mówi, mówi, a kto słucha, słucha. Tylko wtedy cierpienie może się ujawnić i ukoić. Mówi się, że czas leczy rany. Nie, sam czas nie leczy. A jeżeli nie są uleczone, to w konflikcie się otworzą. Rany leczy dialog, uważne słuchanie. Ludzie nie radzą sobie z konfliktami dlatego, że nie umieją dialogować i nie potrafią słuchać.

A potrafią mówić?
Też nie. Bo trzeba pamiętać, żeby mówić o sobie, o swoich uczuciach i potrzebach.  Chodzi o to, żeby  się wypowiedzieć, wyrazić, co czuję, myślę, kim jestem dziś, tu i teraz i jak się mam, będąc z tobą. Czy będąc z tobą, czuję się dobrze także jako ja, taka, jaka jestem.

Dlaczego uważne słuchanie i mówienie sprawia nam trudność?
Bo jako dzieci byliśmy wychowywani do posłuszeństwa, ale nie byliśmy słuchani. Dzieci, od których wymaga się przede wszystkim, żeby słuchały innych, tracą odwagę i zaufanie do siebie i swoich uczuć i potrzeb. Kiedy troszczymy się o ich rozwój i słyszymy je, one cały czas mówią o sobie: ja chcę, ja nie chcę, lubię, nie lubię. I stopniowo nabywają zdolności przenoszenia uwagi także na innych. Żeby odnaleźć się w dialogu i komunikacji, uczmy się od dzieci mówienia o sobie.

My, kobiety, często mówimy o sobie, ale dla samego mówienia, żeby podtrzymać kontakt (w lingwistyce nazywa się to funkcją fatyczną języka). Takie mówienie też ma sens?
Oczywiście. Potrzebujemy po prostu pogadać, zobaczyć się w oczach innych. Daje nam to poczucie bezpieczeństwa i pomaga się regulować, kiedy doświadczamy stresu i przeciążenia. Trwała, elastyczna, wciąż odnawiana i wzmacniana na co dzień relacja z drugim człowiekiem to najważniejsza potrzeba, która chroni nasze życie. Można nazwać ją miłością. Michaił Bachtin mówił, że miłość jest dialogiczna, „nie ma dialogu bez miłości, tak jak nie ma miłości w izolacji”.

I tak jak bez dialogu nie ma rozwiązania konfliktu. Potrzebujemy dialogu, w którym słuchamy i wyrażamy siebie najpełniej jak potrafimy, nie na oślep, bez świadomości i struktury. Dlatego uważam, że uczenie dialogu powinno być obowiązkową praktyką w szkołach i wszędzie, gdzie ludzie ze sobą przebywają. Tak samo jak popularyzowanie dialogu i dialogicznego wsparcia dla tych, którzy przechodzą kryzysy i konflikty. I jeszcze jedno, kiedy doświadczamy trudności w relacjach, zdrową i naturalną reakcją jest szukanie pomocy u innych ludzi, nieuwikłanych w nasz ból, którzy nie będą wchodzić w koalicje: z nami lub przeciw nam, nie będą próbowali za nas rozwiązywać naszych problemów, ale nas usłyszą. Potrzebujemy takiej pomocy nie tylko od profesjonalistów, mediatorów i terapeutów, ale od naszych bliskich i przyjaciół. Nie bójmy się prosić o wsparcie.

Zofia Aleksandra Schacht-Petersen
, certyfikowana trenerka Porozumienia bez Przemocy oraz Family Lab, terapeutka, propagatorka filozofii wychowania Jespera Juula, założycielka Szkoły Empatii i Dialogu oraz Równo-Ważni – centrum rozwoju relacji i terapii traumy.

  1. Psychologia

Odporni na manipulacje. Jak nie dać się wykorzystywać?

Osoby podatne na „łapanie” emocji często są zbyt otwarte na innych. W takim przypadku warto podjąć działania, które ograniczą możliwość wpływania na nas na poziomie niewerbalnym (ochrona własnej przestrzeni) i werbalnym (nieuleganie manipulacji). (Fot. Getty Images)
Osoby podatne na „łapanie” emocji często są zbyt otwarte na innych. W takim przypadku warto podjąć działania, które ograniczą możliwość wpływania na nas na poziomie niewerbalnym (ochrona własnej przestrzeni) i werbalnym (nieuleganie manipulacji). (Fot. Getty Images)
Jak nie dać się uwikłać i wykorzystywać? Czyli jak uodpornić się na komunikaty i sytuacje prowadzące do manipulacji?

Janina, która próbuje od dłuższego czasu poukładać relacje w rodzinie, jest przekonana, że jeżeli tylko uda się im przetrwać „bunt nastolatki” (córka skończyła właśnie 14 lat), to wszystko się dobrze ułoży. Mąż z pewnością się uspokoi i wreszcie doceni jej wysiłki, by zadowolić każdą ze stron. Starania o to, by w domu było miło i spokojnie. Ach, gdyby tylko Ada chciała się uczyć, zamiast słuchać tych piosenek z dziwnymi tekstami i ciągle prowokować ojca do kłótni swoim zachowaniem… Janinie chwilami ręce opadają, kiedy córka pokazuje rogi, a mąż zimnym głosem stwierdza po raz kolejny: „No, możesz być dumna z tego, jak ją wychowałaś”.

Między złością a bezradnością

Kiedy sytuacja staje się tak trudna, że stale miotamy się między bezradnością a złością, pierwszym krokiem do wyjścia z tego zaklętego kręgu jest zatrzymanie się na chwilę i obserwacja sytuacji z dystansu. To nas może uchronić przed całkowitym zatraceniem równowagi i obiektywizmu. Wszak już dawno zwrócono uwagę na fakt, że szaleństwo to działanie ciągle w ten sam sposób i oczekiwanie innych niż dotąd rezultatów. Może więc warto zacząć od przyjrzenia się chłodnym okiem własnemu działaniu i jego efektom. Na początek trzeba ustalić swoją pozycję w relacjach (z partnerem, dzieckiem, szefem, rodzicem, itp.), żeby jasno określić miejsce, w którym się właśnie znajdujemy, co z kolei pomoże wyznaczyć kierunek, w jakim chcielibyśmy podążać. Papierkiem lakmusowym może być sposób, w jaki się w danej relacji komunikujemy.

Maczuga czy drzewo?

Ludzie w sytuacji napięcia wywołanego strachem, wstydem lub poczuciem winy mają skłonność, by reagować agresją lub ucieczką. To scheda po czasach, w których ocalenie życia zależało od dobrze podjętej decyzji, co bardziej się opłaca: chwytać maczugę i atakować czy może raczej uciekać na drzewo?

Zwolennicy maczugi w słownych wojnach atakują: oskarżają, osądzają, wywołują w partnerach wstyd, strach lub poczucie winy, by skłonić ich do uległości i przeforsować swoje zdanie. Uważają, że źródłem problemów są inni i to inni powinni się zmienić, żeby sytuacja uległa poprawie. Zwolennicy ucieczki na drzewo raczej osądzają i oskarżają samych siebie – o to, że nie są wystarczająco dobrzy i że znów im się nie udało, chociaż tak się starali. Są skłonni przyznać, że to oni są źródłem problemów w relacji, chcieliby się zmienić, żeby sprawy uległy poprawie. Tylko nie bardzo wiedzą, co jeszcze mogliby robić lepiej, by wreszcie zadowolić swoich rozmówców.

Delikatnie czy po trupach?

Jeśli na miejscu Janiny odpowiedziałabyś na słowa męża kontratakiem typu: „Sam się zastanów, jaki z ciebie ojciec, tylko czepiać się potrafisz, a żeby dziecku matematykę wytłumaczyć, to już nie jesteś taki mocny w słowach!” – to znak, że raczej jesteś skłonna do chwytania maczugi i stawania do otwartej walki, w której tylko jedna osoba może zwyciężyć. Jeżeli natomiast zrobisz wszystko, by tylko uniknąć konfliktu i dla zachowania spokoju wolisz zrezygnować z dochodzenia swoich racji, prawdopodobnie wybierzesz tłumaczenie i usprawiedliwianie się w stylu: „Ja się staram, ale to taki głupi wiek. To przecież jeszcze dziecko, przejdzie jej z czasem to buntowanie się. Nie denerwuj się tak bardzo. Trzeba będzie dać jej korepetycje z matematyki, nawet już rozmawiałam z sąsiadką, ona zna kogoś dobrego”. Taki styl komunikowania się świadczy o skłonności do unikania konfrontacji i rozwiązywania konfliktów na drodze zadowalania innych.

Tacy sami?

Osoby, które skłonne są ulegać presji innych, by utrzymać poczucie bezpieczeństwa, często popełniają błąd, którego skutki mogą być odczuwalne długo i dotkliwie. Psychologowie Carl Rogers i Nina Brown zwracali uwagę na mechanizm, który powoduje, że możemy uwikłać się w relacje korzystne tylko dla jednej ze stron, w których – niestety –  nie jesteśmy stroną czerpiącą korzyści. Otóż okazuje się, że wiele osób ma skłonność do postrzegania innych przez swój pryzmat. Ma to miejsce zwłaszcza wtedy, gdy mamy do czynienia z ludźmi, których uważamy za podobnych w jakimś stopniu do nas samych. Tworzymy wobec nich – często błędne – założenie, że skoro mają podobne do naszych cechy charakteru, to z pewnością nas rozumieją i są do nas podobni pod każdym względem. Skoro ja jestem miła i jednocześnie uważam siebie za osobę liczącą się z innymi i wrażliwą na czyjeś uczucia, to zakładam, że każdy, kto jest miły, zachowa się w określonych sytuacjach tak jak ja – w sposób delikatny i liczący się z uczuciami innych.

Takie utożsamianie się z osobami pozornie podobnymi do nas powoduje, że nie jesteśmy w stanie zauważyć, że nasz rozmówca bywa miły jedynie wtedy, gdy chce coś osiągnąć i gdy sprawy idą po jego myśli. Jeśli nawet doświadczamy sytuacji, które dobitnie pokazują, że ktoś, w związek z kim zainwestowaliśmy emocjonalnie, jest obojętny na nasze uczucia i nie liczy się z naszymi potrzebami (niedotrzymane umowy, wieczne stawianie na swoim, obojętność na nasze zmartwienia i niezauważanie sytuacji, gdy potrzebujemy wsparcia), nawet gdy fakty są oczywiste, to coś sprawia, że pozostajemy na nie ślepi. Trudność obiektywnej oceny sytuacji wynika z pewnego mechanizmu, którego ciężko się wyzbyć: z naszej podatności na poszukiwanie wzmocnień podnoszących nastrój. Wszyscy lubimy przeżywać pewne uczucia i ciągnie nas do ludzi, którzy powodują, że czujemy się podniesieni na duchu. Bardzo często wiąże się to jednak z przystaniem na fakt bycia wykorzystywanym przez osoby poprawiające nam nastrój. Gdy głębiej zastanowimy się nad charakterem takiej relacji, okazuje się, że za miłe chwile trzeba zapłacić wysoką cenę.

Kiedy ktoś mówi, że jesteś niesamowita pod jakimś względem, a potem ty na fali euforii podejmujesz się zrobić coś, co niekoniecznie leży w twoim interesie, to prawdopodobnie działasz w ramach mechanizmu poszukiwania pozytywnych wzmocnień podnoszących nastrój (gdzieś w głębi duszy być może dźwięczą ci wtedy słowa z dzieciństwa: „Mamusia będzie cię kochała, jeśli będziesz grzeczna”).

Niekomfortowe sytuacje

Innym sposobem, który powoduje, że zaczynamy działać stymulowani wzbudzonymi w nas uczuciami, jest stosowanie przez rozmówców komunikatów, które wywołują w nas strach, wstyd lub poczucie winy – są to z kolei uczucia, których nie chcemy doznawać, więc jesteśmy skłonni zrobić coś, co nie leży w naszym interesie, byle tylko przestać wstydzić się, bać lub czuć winnym. I tak  jak ciągnie nas do wzmocnień pozytywnych, tak samo staramy się unikać zdarzeń, gdy – jako dzieci –baliśmy się sytuacji zawstydzenia lub obarczenia odpowiedzialnością za czyjeś postępowanie („Jeśli tego nie zrobisz – pożałujesz”, „To wstyd tak się zachowywać”, „To przez ciebie mam zszargane nerwy”).

W przytoczonej historii mąż Janiny prawdopodobnie nieświadomie usiłuje wzbudzić w niej poczucie winy za zaistniałą sytuację. Sam czuje się niekomfortowo, próbuje więc „zarazić” swoimi uczuciami żonę, by ta pod wpływem poczucia winy „coś zrobiła z sytuacją”, czyli żeby załatwiła jego problem za niego. Janina może zareagować buntem i próbować siłą „zwrócić problem” jego właścicielowi, działając pod wpływem złości (gdy wybiera maczugę) lub „przyjąć problem” na siebie i starać się go rozwiązać (gdy wybiera ucieczkę na drzewo), co jest z góry skazane na klęskę. Nie jesteśmy w stanie rozwiązać problemów innych ludzi za nich, nic dziwnego, że uczucie, które nas ogarnia w czasie takich prób, to bezsilność. W obydwu przypadkach sytuacja przypomina przerzucanie się gorącym kartoflem i nie przynosi żadnych dobrych rozwiązań.

Złapać pion

Skoro miotanie się pomiędzy złością i bezradnością nie prowadzi do poprawy relacji i rozwiązania konfliktu, co innego można zrobić, by nie dać się uwikłać i wykorzystywać? Przede wszystkim trzeba podnieść swoją odporność emocjonalną, by przestać „kupować” nie swoje uczucia i działać pod ich wpływem, niekoniecznie w swoim interesie.

Jako że osoby podatne na „łapanie” emocji są często zbyt otwarte na innych, dobrze jest zacząć od podjęcia działań, które ograniczą możliwość wpływania na nas na poziomie niewerbalnym (ochrona własnej przestrzeni) i werbalnym (nieuleganie manipulacyjnym komunikatom). Jeżeli wszystkie lub niektóre z poniższych stwierdzeń dotyczą ciebie, możesz skorzystać z proponowanych środków zaradczych:

  • Poczucie uwikłania lub obezwładnienia ogarnia mnie szybko i niespodziewanie (często „wybieram maczugę”, by radzić sobie w takiej sytuacji).
  • Uświadamiam sobie swoje uwikłanie lub obezwładnienie stopniowo (w takiej relacji korzystam często z maczugi, nie gardzę również ratowaniem się ucieczką).
  • Dopiero kiedy mam dowody zdrady, naruszenia granic lub innych krzywdzących mnie działań, przyjmuję do wiadomości, że jestem uwikłana lub obezwładniona przez czyjeś emocje (moja podstawowa strategia obrony to ucieczka na drzewo i tłumaczenie się, proszenie o zrozumienie).
  • Zdarza mi się, że inni ostrzegają mnie, że pozwalam komuś manipulować sobą, a ja niczego takiego nie dostrzegam.
  • Zdarza mi się obudzić rano z dojmującym poczuciem uwikłania i obezwładnienia.
  • Chętnie pozwalam, żeby ludzie wypłakiwali mi się w rękaw.
  • Towarzyszy mi pewność, że wiem, jak pomóc drugiej osobie.
  • Tak bardzo chcę dostrzegać dobro w innych, że ignoruję lub nie zauważam zachowań, które temu przeczą.

Zdrowy dystans

Wyobraź sobie następującą sytuację. Masz przyjaciółkę (kuzyna, partnera, matkę), która opowiada ci wyczerpująco i ze szczegółami o swoich nieszczęściach, a ty zaczynasz czuć, że stają się one po trosze twoimi nieszczęściami – przygnębiają cię i chcesz coś zrobić, by to się wreszcie skończyło. Lubisz tę osobę, ale nie chcesz przejmować jej złego nastroju. Przypomnij sobie, jak wygląda twoja postawa fizyczna, gdy dochodzi do „zarażenia się emocjami”. Czy nie jest tak, że stoisz lub siedzisz blisko tej osoby, zwrócona do niej przodem, podtrzymujesz kontakt wzrokowy, a twoja twarz wyraża współczucie lub odzwierciedla emocje rozmówcy? Żeby przestać zarażać się emocjami, warto zacząć od zmiany fizycznej postawy. W zależności od tego, jak bardzo inwazyjna jest dana relacja, można stosować wszystkie lub niektóre zachowania, by stworzyć barierę ochronną przed niechcianymi wpływami. Kiedy więc czujesz, że zaczynasz się poddawać temu, co mówi twój rozmówca, zarządź samej sobie, co następuje:
  • Nie interesuję się drugą osobą.
  • Nie podtrzymuję kontaktu wzrokowego; patrzę na nos albo czoło rozmówcy.
  • Odsuwam się powoli, zwiększając dystans.
  • Ograniczam uśmiechanie się albo odzwierciedlanie wyrazu twarzy rozmówcy.
  • Zakładam nogę na nogę.
  • Rozglądam się po pomieszczeniu.
  • Wizualizuję sobie inne miejsce, na przykład jakieś zacisze.
  • Nie poprawiam stroju, nie wygładzam fałdek na ubraniu, nie bawię się biżuterią ani włosami.
Nie poświęcaj rozmówcy całej swojej uwagi ani nie zachowuj się tak, jakby interesowało cię wyłącznie to, co on ma do powiedzenia, z pominięciem wszystkich wokół. Takie przeniesienie własnej uwagi – wycofanie się ze świata drugiej osoby i większe skupienie się na sobie – pozwoli ochronić się przed niechcianymi i nieuświadamianymi wpływami z zewnątrz i ułatwi zarządzanie własnymi decyzjami i działaniami z pozycji osoby bardziej „spionizowanej”.

  1. Psychologia

Jak nawiązać porozumienie z dzieckiem i zrozumieć jego emocje?

Dziecko, jak każdy człowiek, pragnie być wysłuchane i zrozumiane. (fot. iStock)
Dziecko, jak każdy człowiek, pragnie być wysłuchane i zrozumiane. (fot. iStock)
Ryczący niemowlak? Zbuntowany dwulatek? Obrażony nastolatek? W tej metodzie rada dla wszystkich jest jedna. Zaakceptować jego uczucia i znaleźć nić porozumienia.

„Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, i jak słuchać, aby dzieci do nas mówiły” – dla rodziców to pytanie na całe życie. Nic dziwnego, że książka o tym tytule w wielu domach stoi na półce wymięta, pozakreślana, z pozaginanymi rogami, mnóstwem dopisków i ze śladami wielokrotnego czytania. Biblia? Raczej wysłużony przewodnik. Na polskim rynku od ponad 30 lat, wcześniej podbiła Amerykę (ponad trzy miliony sprzedanych egzemplarzy od 1980 roku) i rozeszła się po całym świecie (tłumaczenie na ponad 30 języków). Klasyka, a jednocześnie ciągle nowość i gwiazdka z nieba dla pokoleń młodych rodziców. „Byłam wspaniałą matką, zanim jeszcze miałam własne dzieci – tymi słowami zaczyna się ta kultowa pozycja. – Doskonale wówczas wiedziałam, dlaczego inni mają z nimi problemy. Później zostałam matką trojga urwisów”.

Który rodzic nie pokiwa głową ze zrozumieniem na to wyznanie? A jednak autorki, psycholożki Adele Faber i Elaine Mazlish, obiecują, że znalazły sposób na dotarcie do największego nawet urwisa. W dodatku metoda „szukania porozumienia” działa nie tylko w odniesieniu do starszych (bo już mówiących) dzieci. Są psycholożki, które na założeniu podobnym do tego z książki Faber i Mazlish opierają wzorce postępowania nawet z niemowlakami.

O co chodzi? O podejście do emocji dziecka. Założenie jest pozornie proste: trzeba te emocje zrozumieć i spróbować zaakceptować. Utrudnienie: to dotyczy wszystkich emocji. Nawet tych najgorszych.

Jak odczytać płacz dziecka?

Pierwsza myśl rodzica, którego niemowlę ryczy wniebogłosy? Jak najszybciej, jak najskuteczniej je uspokoić. Odwrócić uwagę, ukołysać, szeptać czule: „Nie płacz, nic się nie stało...”.

„Błąd” – powiedziałyby nestorki metody „szukania porozumienia”. Jeżeli dziecko płacze, to z jego punktu widzenia nieprawda, że nic się nie stało. I rodzic powinien uszanować jego uczucia.

Życzliwe, empatyczne wysłuchanie niemowlęcych żalów zaleca szkoła rodzicielstwa uwagi. Stworzyła je szwajcarsko-amerykańska doktor psychologii rozwojowej Aletha Solter. Jednak myliłby się ten, kto utożsamia jej metodę z „pozwoleniem na wypłakanie się”. To strategia rodem z XIX wieku, spopularyzował ją jako pierwszy doktor Luther Emmett Holt w bestsellerowej książce z 1894 roku. Przekonywał, że dziecku nie można pobłażać; jeśli płacze, należy je zostawić, aż samo się uspokoi. Za pierwszym razem może mu to zająć nawet dwie, trzy godziny, za drugim będzie to godzina, potem kilkanaście minut, aż w końcu dziecko przestanie urządzać awantury. Ta strategia, potem opisywana jeszcze przez wielu pediatrów (między innymi popularnego w Polsce od lat 70. doktora Benjamina Spocka), ma swoich zwolenników do dziś – zwłaszcza wśród przedstawicieli starszego pokolenia. Doczekała się też twórczej modyfikacji w postaci metody „kontrolowanego wypłakiwania się” autorstwa profesora Richarda Ferbera. Radzi on, aby nie zostawiać płaczącego dziecka zupełnie samego, tylko co jakiś czas przychodzić do niego i starać się je uspokoić. Najpierw co trzy minuty, potem co pięć, siedem, dziewięć... Tak, aby wiedziało, że rodzic jest gdzieś w pobliżu – a jednocześnie ze swoim żalem poradziło sobie samo. I zrozumiało, że płaczem nic nie wskóra.

Ta praktyka spotkała się z druzgocącą krytyką ze strony obozu rodzicielstwa bliskości. Już pisaliśmy – w tej koncepcji dziecko w zasadzie nie ma powodów do płaczu. Rodzice budują z nim tak mocną, bezpieczną więź – poprzez wspólne spanie, karmienie piersią, noszenie w chuście, przytulanie, bycie blisko – że na wielogodzinne histerie po prostu nie ma miejsca.

Jednak Solter uważa, że przy takim podejściu też traci się coś cennego.

– Rodzicielstwo bliskości to zdrowy trend i ruch w dobrym kierunku – twierdzi psycholożka w swoich tekstach. – Jednak możliwe, że w tym wysiłku, aby przeciwdziałać szkodom wyrządzonym przez taktykę „wypłakiwania”, rodzice przegapią ważną funkcję płaczu. W naszych staraniach, aby uspokoić dziecko, tracimy okazję do umożliwienia mu uporania się ze stresem czy przezwyciężenia jakiejś traumy – przekonuje.

Rodzicielstwo uwagi to zatem trzecia droga, dystansująca się zarówno od pomysłu rodem z metody zimnego wychowu, jak i od strategii rodzicielstwa bliskości. Instrukcja Solter: przede wszystkim upewnij się, że wszystkie potrzeby płaczącego niemowlęcia są zaspokojone. Nie jest ono głodne ani śpiące? Nie ma może brudnej pieluszki? Jeśli wszystko wydaje się w porządku, a dziecko nadal płacze, nie ma sensu wypróbowywać w panice kolejnych metod uciszania. Najlepiej pomożemy niemowlęciu, trzymając je po prostu w ramionach i empatycznie słuchając. Bo czy my sami nie potrzebujemy czasem ramienia, na którym można się bezpiecznie wypłakać? Czy nie miewamy czasem nastroju, w którym ulgę przyniesie tylko danie upustu swojemu żalowi, smutkowi, frustracji i zalanie się łzami? I czy próby uciszania nas, zdania typu: „Nie płacz, nic się nie stało”, nie powiększają tylko naszego poczucia osamotnienia? No bo jeśli zebrał się tak wielki żal, że trzeba go z siebie wypłakać – potrzebujemy wsparcia, a nie zaprzeczenia naszych uczuć. Kochająca osoba może nas wspierać, będąc blisko. Tuląc, pokazuje, że rozumie. Według Solter tego właśnie oczekuje od nas dziecko. Po takim wypłakaniu się w bliskości będzie odprężone, spokojne i pełne ulgi. Tak jak my, gdy wreszcie z siebie wyrzucimy coś, co nas dręczyło.

To o niemowlęciu, jednak towarzyszenie w płaczu ma też zbawienny wpływ na starsze dziecko. O tym pisze kolejna nestorka metody „szukania porozumienia”, amerykańska psycholożka Patty Wipfler. Przekonuje, że empatyczne słuchanie to najwłaściwsza metoda działania zarówno w płaczu pełnym żalu czy bólu, jak i we wściekłym ataku buntu czy histerii. Ba, według Wipfler to naturalne, że dziecko urządza scenę wobec mamy, mimo że przedtem pół dnia było anielsko grzeczne w przedszkolu. Albo że atak histerii może nastąpić po udanym, harmonijnym dniu. Dziecko pozwala sobie na oczyszczający płacz wówczas, gdy czuje się bezpieczne. – Płacz to część procesu uzdrowienia. Można w nim pozbyć się zranionych uczuć – twierdzi Wipfler w tekście „Bunty i histerie”. I podaje przykład: po całym popołudniu, gdy mama była zajęta, synek prosi ją o tosty na kolację. Dostaje je – i urządza scenę. Wybucha rykiem, rzuca się na ziemię. Tosty są pocięte w trójkąty, a on chciał prostokąty! – Jeśli w odpowiedzi po prostu uklękniesz, obejmiesz go i zaczniesz słuchać, płacz może potrwać długo – zapowiada psycholożka. – Trójkątne tosty to dla chłopca tragedia, bo to kropla, która przelała czarę goryczy po godzinach odbierania sygnału „nie chcę cię tu, odejdź!”. Jednak potem chłopiec poczuje się lepiej.

Innymi słowy: jeśli latorośl zaczyna marudzić, że nie chce tego soku, chce inny; jeśli awanturuje się, że ta piżamka uwiera, zakładasz inną, i znowu źle; gdy dziecko zaczyna przechodzić samo siebie w wymyślaniu, co by tu jeszcze spsocić w supermarkecie – to niechybna oznaka, że zbiera się żal, frustracja lub bunt. I że tak naprawdę nie chodzi ani o tę piżamkę, ani o smak soku, tylko o coś głębszego, co trzeba z siebie wyrzucić. Zupełnie jak u dorosłych: gdy coś nas gnębi, nawet stłuczenie szklanki może wywołać falę rozpaczy. I wiadomo, że prawdziwym powodem nie będzie stłuczona szklanka.

Okazywanie empatii sobie, a tym bardziej dziecku, nie zawsze przychodzi łatwo. (fot. 123rf.com) Okazywanie empatii sobie, a tym bardziej dziecku, nie zawsze przychodzi łatwo. (fot. 123rf.com)

Co jest przyczyną tak wielkich żalów u dzieci? No cóż, czasami nie mamy zielonego pojęcia. – My, rodzice, bardzo chcemy wiedzieć, co wywołało tak wielką rozpacz, ale często dzieci nie mają słów, aby opisać uczucia. Na szczęście wystarczy, że będziemy słuchać – przekonuje Patty Wipfler. Wystarczy, że zaakceptujemy emocje.

Tu dochodzimy do momentu, w którym to samo założenie sprawdza się w odniesieniu do starszych dzieci. Dobrze mówiących kilkulatków, a nawet nastolatków. Wracamy do kultowej książki autorek Faber i Mazlish – i do przekonania, że metoda „szukania porozumienia” potrafi uzdrowić relacje w rodzinie.

Zdobądź się na empatię

„Mamo, nie chcę iść do przedszkola”. „Chcesz, przecież dobrze się tam bawisz”. „Nie cierpię mojego małego brata”. „Bzdura, na pewno go kochasz”. „Nie będę już jeść tej zupy, jest niesmaczna”. „No co ty, przecież zawsze ci smakowała”.

Ile podobnych dialogów prowadzą ze swoimi dziećmi rodzice? Wspólny mianownik jest jeden: tata lub mama uważają, że wiedzą lepiej, co czuje ich potomek.

Adele Faber i Elaine Mazlish przekonują, że to droga donikąd. Zazwyczaj tak stanowcze zaprzeczenie dorosłego zamyka rozmowę, może nawet prowadzić do awantury. Zamiast więc odruchowo się sprzeciwiać – nawet w sprawach tak drażliwych, jak uczucia względem rodzeństwa – autorki radzą zdobyć się na empatię. A więc: najpierw wysłuchać uważnie, co dziecko ma do powiedzenia. Potem dać wyraz akceptacji jego uczuć, choćby przez nieoceniające „yhy”, „mmm”, „rozumiem”. Wreszcie spróbować nazwać te uczucia. Na deklarację: „mam ochotę dać Michałowi w nos”, proponują konstatację: „Wygląda na to, że jesteś na niego zły”. Faber i Mazlish przekonują, że dziecko w tak poprowadzonej rozmowie chętnie opowie cały incydent, który doprowadził do chęci rozbicia nosa. Dużo chętniej niż zasypane pytaniami w stylu: „dlaczego?”, „co się stało” i innymi, które sprawią, że poczuje się jak na przesłuchaniu. No i oczywiście nieporównywalnie chętniej niż w sytuacji, w której rodzic skwitowałby: „Zapomnij o tym, nie wolno bić nikogo w nos”.

A więc rozmowa. To już dużo. Jednak zalet tego stylu komunikacji jest więcej. Autorki twierdzą, że dzięki empatycznemu wysłuchaniu dziecko samo wymyśli rozwiązanie swojego problemu. Nie trzeba więc zaraz wyrywać się z dobrą radą. Nie doceniamy inwencji dzieci i ich gotowości do współpracy. Trzeba tylko potraktować ich pomysły poważnie – przekonują.

Książka „Jak mówić...” obfituje w scenki i przykłady dialogów, które prowadzą do skutecznego porozumienia. Są też relacje rodziców, którzy uczestniczyli w warsztatach prowadzonych przez autorki i wcielali ich instrukcje w życie. Niektóre świadectwa cudownych przemian dzieci wyglądają wręcz niewiarygodnie. Zmiana stylu komunikowania się ma pomóc nie tylko uniknąć histerii, ale wręcz w ogóle przezwyciężyć problemy wychowawcze z najtrudniejszym nawet egzemplarzem i wprowadzić do rodziny szczęście. Utopia? Raczej trudna sztuka. To prawda, wszystkie wymienione psycholożki obiecują spektakularny sukces: dobre relacje z dzieckiem. Żadna z nich jednak nie pisze, że będzie łatwo. No cóż, może w wychowaniu po prostu nie może być łatwo. Ważne jednak, żeby było dobrze.