1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jakie są źródła życiowej satysfakcji Polek?

Jakie są źródła życiowej satysfakcji Polek?

fot.123rf
fot.123rf
Być partnerką, żoną, przyjaciółką, koleżanką, matką, siostrą, córką, pracownikiem, gospodynią domową, a jednocześnie pozostać kobietą. Odpowiadać na potrzeby innych, ale znajdować czas dla siebie – na odpoczynek, pielęgnację urody, rozwój zawodowy i osobisty. Jak wysokie wymagania stawiają sobie kobiety?

Jeśli zapytamy kobiet o to, czy czują się spełnione, szczęśliwe, niemal na pewno uzyskamy wiele odpowiedzi twierdzących. Dla przykładu w zrealizowanym niedawno raporcie „Perfect.ME - Role społeczne kobiet 2016” zadowolenie z życia zadeklarowało 81% ankietowanych. Jednocześnie 65% respondentek przyznało, że pragnie zmian - lepszego zadbania o siebie, wygospodarowania czasu na swoje potrzeby, zmiany pracy. Już te pierwsze wyniki są świetnym przykładem ilustrującym powszechną tendencję do kolorowania  rzeczywistości. „Jestem zadowolona z życia, chociaż pragnę je zmienić” - w tym twierdzeniu tkwi ewidentna sprzeczność. Brak gotowości, aby otwarcie przyznać się do odczuwanego braku satysfakcji przejawia się nawet w anonimowej ankiecie, a w warunkach społecznej rzeczywistości jeszcze silniej wpływa na postawy kobiet. Częsty schemat myślowy przebiega następująco: „Jak mogę być niezadowolona z życia, przecież mam męża, zdrowe dzieci, dom. Według przekazów otrzymywanych od otoczenia oraz płynących z mediów mam wręcz obowiązek być szczęśliwa. W zasadzie można powiedzieć, że jestem...”

Spośród wyników raportu zwraca uwagę również poziom satysfakcji kobiet z pełnienia poszczególnych ról społecznych. Jak się okazuje, kobiety spełniają się przede wszystkim poprzez opiekę nad innymi. Najlepiej czują się jako matki, babcie i partnerki/żony, a więc w funkcjach związanych z rodziną i ogniskiem domowym, w których są stroną opiekującą się, aktywną. Na przykład aż 59% kobiet posiadających dzieci uznaje macierzyństwo za swoją kluczową rolę społeczną. Jest to generalnie zgodne z kobiecą naturą, w której leży rozwinięta relacyjność i tendencja do przedkładania oczekiwań otoczenia nad własne potrzeby. Postawy te są dodatkowo wzmacniane poprzez wychowanie. Aby spełnić stawiane im od dziecka wymagania, kobiety uczą się odcinać od swoich doznań. W takiej sytuacji najbardziej dostępną formą osiągnięcia zadowolenia z życia staje się udzielanie innym wsparcia, które samemu chciałoby się otrzymać. Dlatego tak wiele satysfakcji panie czerpią z relacji, w których dużo dają. Jednak to, co jest ich potencjałem, często staje się pułapką. Problem pojawia się wtedy, kiedy mylimy bliskość, dawanie, intymność ze zdobywaniem aprobaty, a związki i relacje stają się jedynym źródłem naszego poczucia własnej wartości.

Kobiety odczuwają swojego rodzaju przymus spełniania oczekiwań nie tylko konkretnych osób z rodziny czy z pracy, ale też ogółu społeczeństwa, którego reprezentantem są media – w tym kolorowe magazyny, z okładek których spoglądają uśmiechnięte, zadbane modelki. Kobiecość kojarzy się głównie z urodą i uśmiechem. Co ciekawe, jedynie połowa respondentek wspomnianego badania, które wskazały zadbany wygląd jako cechę typowo kobiecą, postrzega siebie jako zadbane. Nie ma to jednak wpływu na ich poczucie kobiecości – Polki przyznają sobie na skali kobiecości średnią ocenę 8,4 w skali 1-10. Decydują o tym przede wszystkim opiekuńczość oraz pozytywne nastawienie do innych. Najwyraźniej na ich poczucie bycia akceptowanymi w rzeczywistym środowisku dużo bardziej niż wygląd wpływa to, jak dobrze udaje im się zadbać o innych.

Zdaniem Polek kobiety idealnej nie musi cechować nienaganny wygląd, a bardziej umiejętność radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Z drugiej strony gotowe jesteśmy zrobić dużo, aby dostosować się do wymagań otoczenia, choćby były one mocno wyśrubowane. Gdyby więc dobry wygląd był potrzebny do spełnienia jednej z ważnych potrzeb naszych bliskich, zapewne odsetek kobiet zadbanych byłby znacznie wyższy.

Raport „Perfect.ME - Role społeczne kobiet 2016” Realizacja: ARC Rynek i Opinia

Renata Procak, psychoterapeutka i trenerka rozwoju osobistego, prezes Instytutu Gestalt w Krakowie

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Pogoń za sukcesem. Dlaczego mężczyźni czują się niespełnieni?

Sukces dla mężczyzny nie zawsze jest czymś określonym. (fot. iStock)
Sukces dla mężczyzny nie zawsze jest czymś określonym. (fot. iStock)
„To nic wyjątkowego. Każdy by tak mógł. Nie ma o czym mówić”. Taka reakcja na odniesiony sukces może świadczyć o tym, że mężczyźnie brakuje wewnętrznego doświadczenia satysfakcji, iż coś się udało, coś osiągnął, a ważne dla niego osoby to doceniają, patrzą z podziwem. Być może pod maską kogoś, kto odnosi sukcesy, skrywa się samotny, zraniony chłopiec – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Pięćdziesięciolatek, uznany twórca z branży filmowej, mówi mi o swoich niepokojach związanych z tym, jak niewiele w życiu osiągnął. Rozczarowany sobą, i to bardzo, jest również podróżnik o międzynarodowej sławie i znany pisarz, i właściciel kilku dobrze prosperujących restauracji. Ci mężczyźni mówią o gigantycznym wewnętrznym kryzysie, który dopada po czterdziestce: Co ja robię? Gdzie jestem? Czy aby nie w ciemnym lesie? Bilans połowy życia dla znacznej części mężczyzn wypada nieszczególnie. Zadziwiające, że niezadowoleni są mężczyźni, którzy odnieśli niekwestionowany sukces.
Mnie to nie dziwi. Pierwsza połowa życia toczy się w sposób naturalny. Wszystkie drzwi są otwarte. Jest tak wiele do zrobienia, a świat stwarza mnóstwo możliwości. Mamy dostęp do wszelkiej informacji, możemy swobodnie podróżować, kształcić się, gdzie dusza zapragnie, w szkołach prywatnych i państwowych. Te możliwości motywują, żeby osiągać, zdobywać, realizować cele. Jesteśmy młodzi, mamy siłę, energię i ciekawość. Żyjemy intensywnie – pracujemy, uczymy się, bawimy, angażujemy towarzysko. Około czterdziestki przychodzi bardzo ciekawy moment – patrzymy na to, co się wydarzyło, i dochodzimy do wniosku, że nigdy nie osiągniemy wszystkiego, co jest do osiągnięcia. Producenci samochodów, gadżetów z pewnością zadbają o to, proponując coraz to nowe kuszące przedmioty, usługi i oferty.

I to budzi smutek, gorycz niespełnienia?
Jesteśmy jak charty goniące za sztucznym lisem. Cały czas uczestniczymy w wyścigu. Wyścigi chartów świetnie pokazują, jak to wygląda. Maszyna przesuwa rudą kitkę w szybkim tempie. Charty biegną po torze, wydaje się, że cel jest bliski, więc biegną jeszcze szybciej. Jeden wyprzedza innych, już, już jest u celu. Ale nie, kitka się oddala. W tej zabawie chodzi o to, by charty biegły, a nie, by dopadły zdobycz. Można powiedzieć, że nasze życie jest tak skonstruowane; nie da się złapać wszystkich lisów, nie da się osiągnąć wszystkiego.

A jest w mężczyznach taka wola, ambicja, by osiągnąć wszystko?
Uruchamia się działanie instynktowne, odruchowe. Pojawia się coś nowego – rzucamy się w pogoń. Ludzki mózg jest tak skonstruowany, uwarunkowany, że wychwytuje z otoczenia to, co wyłania się z tła i przykuwa uwagę. Naszym przodkom pomagało to przetrwać. Gdy pojawiały się nowe możliwości, uczyli się, jak je wykorzystać, aby przeżyć. Dzisiaj ten mechanizm nakręca konsumpcję. Specjaliści od neuromarketingu wykorzystują go do oferowania wciąż nowych produktów i usług. Ale nie da rady – życia w ten sposób nie skonsumujemy, nie nasycimy wewnętrznego głodu.

Tu nie chodzi tylko o dobra materialne. Ci mężczyźni nie czują satysfakcji ze swoich realnych i wymiernych osiągnięć – napisanych książek, nakręconych filmów, zdobytych górskich szczytów, rozkręconych biznesów.
Działa tu podobny mechanizm – konsumujemy sukcesy, chcemy być lepsi, najlepsi, ale ideał, do którego dążymy, ciągle się oddala.

Przyczyny?
Jest ich wiele. To, oczywiście, może dotyczyć mężczyzn, którzy nigdy w swoim życiu nie zostali w stu procentach docenieni, pochwaleni. Cokolwiek dobrego zrobili, rodzice mówili: „Ale Kazio zrobił lepiej. Musisz się jeszcze bardziej postarać”. Gdy chłopiec postarał się bardziej i dostał wreszcie szóstkę tak jak Kazio, rodzice nie chwalili, żeby mu się nie poprzewracało w głowie, żeby nie stracił motywacji do dalszej nauki i starań. Jeśli taka sytuacja powtarza się raz czy drugi, to niewiele znaczy. Ale jeśli trwa latami, jeśli to stała tendencja, wzorzec zachowania, który panuje w domu, wtedy chłopiec czuje się niespełniony, niedoceniony. To, oczywiście, powoduje w nim dużo napięcia, frustracje, smutek i agresję. Nie może jednak pozwolić sobie, aby je ujawnić, wyrazić, bo ryzykowałby utratę miłości rodziców albo ich smutek czy gniew. Nie okazuje więc uczuć, za to ciągle się stara. Biegnie jak chart goniący sztucznego lisa. Nigdy nie osiągnie celu, bo zawsze znajdą się tacy, którzy będą lepsi.

Jeden z mężczyzn powiedział mi: „Niby wszystko mam, żona mnie kocha, stara się, dzieci dobrze się uczą, firma jak na złość w tym kryzysie świetnie prosperuje, rozkwita. Ale ja się nie cieszę. Mam poczucie braku, dyskomfortu”.

Jakby te sukcesy, osiągnięcia dotyczyły kogoś innego?
„To nic wyjątkowego. Każdy by tak mógł. Nie ma o czym mówić”.

Aha, więc ci mężczyźni musieliby stworzyć coś wyjątkowego, coś naprawdę na ich miarę.
I to jest właśnie iluzja, miraż na pustyni. Tworzą pozorny obraz oazy, do której dążą. Im bardziej się zbliżają, tym bardziej się oddala. Za każdym razem cel ma charakter iluzoryczny. Coś, co ze swojej natury nie jest w pełni osiągalne. Mężczyzna mówi: „Gdybym znał języki obce…”. Ile języków? Zna biegle dwa, ale jest dużo więcej języków! Do ich poznania zabrakłoby życia. „Mam najlepszą firmę w swojej branży na polskim rynku, ale są inne rynki, światowe”. Ci mężczyźni oddzielają swoje ciało, uczucia od idealnego iluzorycznego obrazu siebie. Najkrótsza droga do nieszczęścia.

W wewnętrznym świecie nie ma odzwierciedlenia radości?
I uznania. W swojej przeszłości nie rozwinęli takiej umiejętności. Otoczenie im w tym nie pomogło. Wręcz przeciwnie – nieustannie podnoszono poprzeczkę, pomniejszano, nie nagradzano. Opiekunowie opierali się na błędnych założeniach dotyczących wychowania dzieci. Może być też tak, że rodzice mówili: „Nam się nie udało, ty masz szansę. Musisz się postarać”. W podtekście jest oczekiwanie, aby dziecko było kimś wyjątkowym. W ten sposób powstaje narcystyczne zranienie: rozwijamy siłę, możliwości wywierania wpływu, kontroli, ale nie czujemy smaku życia. Pod maską mężczyzny odnoszącego sukcesy skrywa się samotny, zraniony chłopiec.

A widać kogoś, kto wydaje się pewny siebie, wybitnie uzdolniony, towarzyski, pozazdrościć. Co ciekawe jednak: nie reaguje na dobre słowa o sobie, o swoich talentach, możliwościach, nie słucha, nie słyszy.
Tak, świat zewnętrzny odzwierciedla osiągnięcia. Przyjaciele, ale też eksperci z dziedziny, w której mężczyzna działa, wyrażają uznanie, podziwiają, nagradzają. Zewnętrzne potwierdzenia nie mogą się jednak przebić. Mężczyzna mówi wtedy: „Słyszę, co ludzie mówią, nawet im wierzę, ale czuję jedynie smutek”. Może być też tak, że mężczyzna nie ceni swoich osiągnięć, ponieważ przeżywa konflikt wewnętrzny. Zdaje sobie sprawę, że inni mu zazdroszczą, jednak w głębi serca wie, że nie zajmuje się tym, czym pragnąłby się zajmować. Dlatego to, co robi, w jego oczach nie ma wartości. Nie ceni tego. Jestem na przykład uznanym prawnikiem, mam pozycję, dom, samochód, rodzinę, jednak wiem, że nie ja wybrałem tę drogę. Uległem namowom, modzie, koniunkturze. To nie jest moja pasja. Zapewnia mi byt, pomnażam majątek, ale nie mam radości.

Gdy mamy 30 lat, wewnętrzna radość nie ma aż takiego znaczenia, bo działamy siłą rozpędu – ludzie nas podziwiają, rodzina jest zadowolona. Gdy mija 40 lat, 45, 50 i więcej, wtedy w sposób coraz bardziej dotkliwy dociera do nas, że nie idziemy swoją drogą, nie robimy tego, co by nas cieszyło.

No i przebija się świadomość, że nie ma już tak wiele czasu.
Patrzę wstecz na swoje życie i zastanawiam się, po co to wszystko, skoro czuję głównie brak i żal. Osiągam, ale tracę intymny kontakt z życiem, ze światem, z bliskimi. Stąd frustracja, niezadowolenie. Kłopot w tym, że ci mężczyźni, którzy żyją nieświadomie, rzucają się w wir jeszcze większej aktywności. Jeden z nich powiedział mi: „Trzeba zakasać rękawy i do roboty, żeby głupoty nie lęgły się w głowie!”. Te głupoty to wątpliwości, pytania.

Trzeba by zakwestionować pół życia, uznać, że się błądziło.
Skonfrontować się z frustracją. To trudne, więc racjonalizują: „Co prawda haruję, ale gdyby w moim związku było inaczej, gdyby dzieci były inne…”. Trzeba by zadać sobie pytanie, czym jest sukces. Na przykład młodym ludziom utalentowanym muzycznie na ogół wybija się z głowy kształcenie w tym kierunku. „Z gitary chcesz wyżyć, będziesz grał na weselach?”

Tymczasem znam szczęśliwego mężczyznę, który gra na weselach, przyjęciach, imieninach, zabawach. Gdy patrzę na niego, widzę, jak się tym cieszy. Pytanie, czy to jest człowiek sukcesu. Nie jest prezesem, menedżerem, nie piastuje stanowisk, nie kręci filmów. Ale świetnie się bawi. I sprawia, że ludzie się bawią. Pracuje tylko w weekendy, więc ma sporo wolnego czasu na inne zainteresowania. Jest rozluźniony, serdeczny.

Jest takie znane powiedzenie Emersona: „Zostawić świat nieco lepszym: lepszym o zdrowe dziecko, grządkę w ogrodzie lub lepsze warunki społeczne – to znaczy odnieść sukces”. To naprawdę dobry punkt odniesienia.
Daje do myślenia.

Co zrobić z dziedzictwem braku docenienia siebie, uznania własnych osiągnięć?
Jeśli mamy do czynienia ze zranieniami z przeszłości, potrzebna byłaby psychoterapia. W wielu mężczyznach budzi się opór: „Z moją pozycją na psychoterapię? To się w głowie nie mieści. Mężczyzna, który sam nie potrafi rozwiązać swoich problemów, to pierdoła. Po tylu latach wyrzeczeń, trudu mam uznać, że nie poradzę sobie sam?”.

Co ciekawe, kobiety nie mają takich oporów. Prezeski, menedżerki z reguły bez problemu proszą o pomoc, chcą się rozwijać, lepiej żyć. Chociaż wiele się zmienia. Ostatnio usłyszałem od pracownika znanej światowej firmy: „Chciałbym robić coś dla ludzi, coś naprawdę pożytecznego”. Jeśli wypowiadamy taką intencję, to wiele znaczy. To punkt zwrotny.

  1. Psychologia

Nie bądź w związku męczennicą

Jesteśmy męczennicą, gdy pozwalamy, by kolejny raz uszło mężczyźnie „na sucho” niedotrzymanie obietnicy, niewywiązanie się z obowiązków czy chamskie zachowanie.(Fot. iStock)
Jesteśmy męczennicą, gdy pozwalamy, by kolejny raz uszło mężczyźnie „na sucho” niedotrzymanie obietnicy, niewywiązanie się z obowiązków czy chamskie zachowanie.(Fot. iStock)
Niezależnie od tego, czy jest w związku, czy żyje w pojedynkę, współczesna kobieta o miłości wie jedno: same z nią problemy. Gdy ją gonisz, ucieka, a jak już złapiesz, okazuje się, że to nie ta. Kiedy na nią czekasz, nie przychodzi, a jak już przyjdzie, to pod inny adres. Sztuką jest ją rozpoznać, gdy już się pojawi, i utrzymać, by nie blakła. I to da się zrobić!

Pożegnaj męczennicę

Męczennica to ten typ reakcji, który uruchamia się w nas, gdy panicznie boimy się, że mężczyzna od nas odejdzie. Uzna, że nie jest już nami zainteresowany, albo że niewystarczająco często zapewniamy go o naszym zaangażowaniu w związek. Jesteśmy męczennicą, gdy pozwalamy, by kolejny raz uszło mężczyźnie „na sucho” niedotrzymanie obietnicy, niewywiązanie się z obowiązków czy chamskie zachowanie. „Bo był taki skruszony, naprawdę żałował, tak słodko się zachowywał potem przez cały wieczór” – tłumaczymy naszą niekonsekwencję. Skąd się bierze ten skrypt? Najczęściej z dzieciństwa, z podpatrywania relacji naszych rodziców, a czasem też dziadków. Podświadomie uczymy się, że kobieta godzi się na wszystko w imię miłości i trwałości związku.

Jeśli odkryjesz w sobie taki skrypt i taką dominującą tendencję, możesz sobie zwizualizować postać przygarbionej, zmęczonej życiem kobiety, ciągnącej za sobą ciężką kulę, przytwierdzoną do jej nogi łańcuchem. Za każdym razem, gdy twoje zachowanie przywoła ci tę postać na myśl, zatrzymaj się i powiedz sobie w duchu: „Nie chcę być męczennicą”. Jeśli choć raz zmienisz swoje dotychczasowe reakcje, skorzystasz z energii zołzy, która też w tobie jest, zobaczysz, że przynosi to o wiele lepsze skutki niż poprzednia postawa. Da ci to siłę do dalszych zmian. Możesz też zapytać kobiety z twojego otoczenia, które żyją w szczęśliwych związkach i są zołzami, o kilka wskazówek i czerpać z ich pozytywnej energii.

Uruchom w sobie zołzę

Zołza ma życzliwe usposobienie, a jednocześnie jest silna. Nie rezygnuje z własnego życia i nie ugania się za mężczyznami. Nie pozwala, żeby on myślał, że ma ją w garści. I umie postawić na swoim, gdy facet się zagalopuje. Wie, czego chce, ale nie sprzeniewierzy się samej sobie, żeby to dostać. Przy tym wszystkim jest kobieca jak stalowa magnolia – na zewnątrz delikatna jak kwiat, wewnątrz twarda jak stal. Używa tej kobiecości dla własnej korzyści. Co nie znaczy, że wykorzystuje z premedytacją mężczyzn, bo ona gra fair. Nie traci głowy, gdy znajdzie się pod czyjąś presją. Sama ustala reguły gry, jest pewna siebie i ma poczucie wolności. Posiada niezwykle subtelne przymioty: poczucie humoru i aurę wokół siebie, którą mężczyźni postrzegają jako komunikat: „Ja tu trzymam ster“. Podczas gdy męczennica daje i daje, aż zostanie z niczym, ona wie, kiedy trzeba się wycofać. Wie też, że odrobina lekceważącego dystansu jest konieczna, by zachować poczucie własnej wartości. Nie chodzi jednak o lekceważenie ludzi, lecz tego, co inni o nas myślą.

Po czym możesz poznać, że budzi się w tobie zołza? Jeśli czujesz, że partner próbuje cię wykorzystać, kolejny raz cię zawodzi albo olewa – ogarnia cię złość albo po prostu masz poczucie, że zostałaś potraktowana nie fair. Spokojnie, trzymaj nerwy na wodzy. Z chłodną elegancją odmów jego żądaniu, jeśli uważasz, że to żądanie, a nie prośba (choć prośbie też możesz odmówić). Idź do kina z koleżanką, zamiast czekać w domu z kolacją, podczas gdy on spóźnia się ze spotkania z kolegami na drinku po pracy. Gdy kolejny raz przekłada wasze spotkanie, umów się, a potem też „zapomnij” przyjść. Po prostu pokaż – działanie przynosi lepsze skutki niż słowa – że nie pozwalasz się traktować bez szacunku, że masz swoje życie, swoje zdanie, że nie zależy ci na związku za każdą cenę, ale na związku partnerskim i szczęśliwym. Nie obrażaj się, nie marudź, nie praw kazań, po prostu ogranicz na chwilę kontakt i pokaż swoją niezależność. Zajrzyj też do książki Sherry Argov „Dlaczego mężczyźni wolą zołzy”.

  1. Psychologia

Nie żałować ani chwili

Tak naprawdę powinniśmy mieć w życiu jeden cel – to działanie na rzecz dobra tych, którzy żyją z nami, radosne dbanie o innych i o wszystko, co nas otacza. (Fot. iStock)
Tak naprawdę powinniśmy mieć w życiu jeden cel – to działanie na rzecz dobra tych, którzy żyją z nami, radosne dbanie o innych i o wszystko, co nas otacza. (Fot. iStock)
Co powiemy dzieciom, gdy zapytają: „Po co i jak mamy żyć, skoro umrzemy?”. Jeśli zajrzymy w swoje serce, być może odpowiedź pojawi się natychmiast; być może powiemy o niezliczonych radościach życia, o pięknie przyrody, o szczęściu obdarzania innych przyjaźnią i miłością, o kochaniu czegoś najgłębiej i o pozostawieniu świata w lepszym stanie niż dotychczas.

„Kiedy poznałem, co to słabość, perspektywa śmierci, cierpienia, strachu, otworzyły mi się oczy na nieskończone bogactwo życia i miłości. Wszystkie moje poprzednie priorytety legły w gruzach. Co zaskakujące – poczułem się znacznie szczęśliwszy niż przedtem”.

To są słowa lekarza Davida Servana-Schreibera po tym, jak zdiagnozowano u niego raka mózgu (z książki „Można żegnać się wiele razy”). Stan, w którym się znalazł, nazywa wprost cudownym. Chciałby, aby każdy z nas mógł doświadczyć czegoś podobnego, oczywiście, bez konieczności operacji mózgu.

Jego życie zmieniło się nie do poznania. Przede wszystkim odkrył swoją misję: uczyć ludzi, jak żyć w zgodzie z naturą, czyli dobrze się odżywiać, dbać o ciało, aktywność fizyczną, wewnętrzną harmonię i spokój, kochać, być wdzięcznym. Napisał o tym książkę „Antyrak”, którą przeczytały miliony ludzi. Miał się czym dzielić: jego choroba cofnęła się. Przez kolejne lata jeździł po świecie z wykładami niosącymi nadzieję: możemy stymulować naturalne mechanizmy obronne organizmu, w każdym z nas istnieje źródło siły; możemy być zdrowi. Co stymuluje naturalne mechanizmy obronne? Więzi – rzecz najwyższej wagi – twierdzi David Servan-Schreiber. Chodzi o fundamentalną zasadę, że życie jest wyrazem relacji w ramach społeczeństwa, a nie zbiorem celów, do których dążą różni ludzie.

Tak naprawdę jest jeden cel – to działanie na rzecz dobra tych, którzy żyją z nami, radosne dbanie o innych i o wszystko, co nas otacza.

W pewnym momencie poczuł ogromne zmęczenie. Przyjaciele mówili: „Uważaj na siebie…”. Stosował wszystko, co zalecał w książce „Antyrak”, z wyjątkiem jednego: pracował bez wytchnienia, bez odpoczynku. Ignorował podstawowe potrzeby, takie jak sen, regularny rytm dnia i regularnie jadane posiłki. Podróże, zmiany stref czasowych i klimatycznych, zbyt wiele stresu wyczerpało zasoby sił, guz odnowił się. „Jednym z najważniejszych sposobów ochrony przed chorobą jest zachowanie wewnętrznej równowagi, spokoju. Nie udało mi się to. Nie umiałem pozostać blisko natury i naturalnych rytmów” – napisał w książce „Można żegnać się wiele razy”.

David Servan-Schreiber: „Moje życie było tak sensowne, że nie żałuję ani chwili; wobec tego, ile dałem innym, nie ma znaczenia, że odchodzę tak młodo”. (Fot.Wikimedia Commons) David Servan-Schreiber: „Moje życie było tak sensowne, że nie żałuję ani chwili; wobec tego, ile dałem innym, nie ma znaczenia, że odchodzę tak młodo”. (Fot.Wikimedia Commons)

Zmarł, mając niewiele ponad 50 lat. Przed śmiercią bracia zadali mu pytanie: „Gdyby powiedziano ci, że kontynuując taki tryb życia, doprowadzisz do nawrotu choroby, czy żyłbyś inaczej?”. Odpowiedział z całą szczerością: „Nie. Wolę takie życie, które wiodłem, nawet jeśli doprowadziło mnie na skraj przepaści. Kiedy wracam do minionych lat, czy mogę zapomnieć, jak bardzo lubiłem swoją pracę, ile satysfakcji mi dostarczała?”. David robi bilans: poznał, co to miłość, ma żonę, dzieci i wyjątkowych przyjaciół, zostawił po sobie ślad. Pisze: „Gdybym żył do osiemdziesiątki, nie zrealizowawszy żadnego z moich marzeń ani aspiracji, to dopiero byłaby udręka”. Ten niezwykły lekarz mówi: „Moje życie było tak sensowne, że nie żałuję ani chwili; wobec tego, ile dałem innym, nie ma znaczenia, że odchodzę tak młodo”. W jego historii skupiają się wszystkie pozytywne przesłania i odkrycia na temat tego, co może chronić nas przed trwogą, rozpaczą czy lękiem wobec przemijania.

W pełni

Te prawdy są w nas. Gdy zaglądamy w głąb siebie i słuchamy cichego, jednak pełnego żaru głosu serca, sens i znaczenie naszego życia wyłaniają się z całą jaskrawością. Amerykański psychoterapeuta Irvin D. Yalom napisał niezwykłą książkę na ten temat. Nazywa się „Patrząc w słońce. Jak przezwyciężyć grozę śmierci” i jest zapisem relacji z praktyki pomocy psychoterapeutycznej, której udziela ludziom mierzącym się z podstawowym pytaniem: Skoro muszę umrzeć, jaki sens ma moje życie? Odpowiedź na to pytanie wydaje się absolutnie kluczowa. Albert Einstein jest autorem wielu inspirujących myśli. Jedną z nich jest ta: „Człowiek, który uważa swe życie za pozbawione sensu, jest nie tylko zwyczajnie nieszczęśliwy, ale i niezdolny do życia”. Doktor David Servan-Schreiber pisze, że mamy w sobie podstawowy zestaw pytań: Co zrobiłam i robię dobrego, właściwego i pożytecznego? Czy ustaliłam właściwe priorytety? Czy życie, które tworzę, ma wartość? Czy warto je kontynuować w takiej formie jak dotychczas?

Podczas rozmów z doktorem Yalomem ludzie dokonują następujących odkryć: To, co ważne, co ma sens, jest tworzeniem życia pełnego zaangażowania, bliskich relacji, znaczenia i samorealizacji. Rezygnowaniem z robienia czegoś, czego tak naprawdę nie chcemy robić. Gotowością do podejmowania ryzyka, aby wybierać to, co czujemy, że jest naszym przeznaczeniem, powołaniem czy misją. Gotowością przekraczania siebie poprzez obejmowanie świadomością całego spektrum życia, którego jesteśmy częścią; widzenie i rozumienie połączeń, relacji, wpływów, przekształceń i transformacji. Budzenia się do wyższej świadomości, do spokoju i radości. Z tych rozmów wynika, jak pisze Yalom, że istnieje ścisły związek pomiędzy lękiem przed śmiercią a poczuciem nieprzeżytego życia. Żyj pełnią życia – to podstawowe wskazanie. Jak poznać, czy żyjemy pełnią? „Niczego nie żałuję” – napisał doktor David Servan-Schreiber. Czy możemy tak powiedzieć? Jeśli nie możemy, pójdźmy dalej: Z jakich powodów nie przeżywam swojego życia dobrze? Czego w nim żałuję? Czego w nim brakuje? Co mogę zrobić już dziś, aby za rok czy za pięć lat, patrząc wstecz, nie wpadać w podobną konsternację z powodu nowych żalów? Jest tu jednak ważna kwestia: nie zajdzie żadna pozytywna zmiana, dopóki przywiązujemy się do myśli, że mamy żyć dobrze z powodu, który jest poza nami. Dopóki przerzucamy odpowiedzialność na innych, nie wyjdziemy z impasu. Zmiana zaczyna się od myśli: „Ja i tylko ja odpowiadam za kluczowe aspekty mojej życiowej sytuacji i tylko ja dysponuję mocą, która może je zmienić”.

Jak kręgi po wodzie

Okazuje się, że głęboko w nas tkwi pragnienie, by pozostawić po sobie ślad. Każdy z nas tworzy, często bez świadomej intencji czy wiedzy, kręgi wpływu, które mogą oddziaływać na innych latami, a nawet przechodzić z pokolenia na pokolenie. Kojąco może działać świadomość, że będziemy istnieć poprzez nasze „dzieła”: dzieci, książki, które napisaliśmy, instytucje, działalność społeczną. Że pozostawimy po sobie część doświadczenia, cechy, które miały wpływ na innych; wpływ, który rozszedł się jak kręgi po wodzie. Pragnienie, by dać innym coś wartościowego, pozostawić po sobie coś, co przetrwa dłużej niż my sami, to potężna podbudowa dla sensu życia pomimo przemijania.

„Kiedy tracimy kogoś bliskiego, kochaną osobę, coś z tego, co nam przekazała, nadal żyje w nas i nas inspiruje, pisze David Servan-Schreiber. Nasi zmarli żyją w naszych sercach. Ta forma »nieśmiertelności« daje mi najwięcej pocieszenia”. Zwierza się, że lubi myśleć, iż za każdym razem, kiedy jego ukochani poczują pieszczotę wiatru na twarzy, wtedy pomyślą, że wraca, by ich ucałować.

  1. Psychologia

Ręce to nasz kontakt ze światem – o ich znaczeniu mówi Wojciech Eichelberger

Ręce są naszą wizytówką. Świadczą o naszej pracy i komunikacji. (fot. Getty Images/Gallo Images)
Ręce są naszą wizytówką. Świadczą o naszej pracy i komunikacji. (fot. Getty Images/Gallo Images)
Siła i gracja rąk znamionują ludzi stabilnych i zakorzenionych w życiu, którzy potrafią wykorzystać dane im talenty i czas. Bo ręce to narzędzie głowy i serca. Służą do pracy, ale są też niezastąpionym kanałem kontaktu ze światem. Dłoń jest najbardziej intymną i tajemniczą z naszych wizytówek – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. I wyjaśnia, jak samemu sobie podać pomocną dłoń i co z tym ma wspólnego m.in. nauka mowy ciała.

Czy podanie pomocnej dłoni samemu sobie polega na ozdabianiu rąk bransoletkami, pierścionkami, drogimi zegarkami? Czy taka dłoń to dobra wizytówka?
Dłoń mówi sama za siebie. Nie potrzebuje ozdób. Wizytówką jest gest podania ręki. Nie bez powodu praktykowany na całym świecie. Bo wymieniając z drugim człowiekiem uścisk dłoni, dowiadujemy się o sobie nawzajem bardzo dużo: ile we właścicielu trzymanej przez nas dłoni jest lęku i napięcia, ile wycofania, agresji, ile otwartości, ciepła, odwagi, spokoju. Wszystko to w jednym kilkusekundowym, zintegrowanym przekazie. Na elementarnym poziomie odczuwamy temperaturę, wilgotność, siłę, sprężystość i dopasowanie tej drugiej dłoni. Ale także dynamikę ruchu, odległość, w jakiej ta druga osoba nas ustawia, pozycję ciała, kontakt wzrokowy lub jego brak i wiele innych parametrów, które odbieramy podświadomie. Z tej bogatej i złożonej macierzy danych nasz umysł w ułamku sekundy konstruuje wiarygodną informację o drugiej osobie, a także o perspektywach i zawirowaniach dalszej ewentualnej relacji z nią. Odbiór odbywa się intuicyjnie. Rzadko więc wyciągamy świadome wnioski. Reagujemy uczuciami i nie wiemy, dlaczego dana osoba wzbudza w nas takie, a nie inne „irracjonalne emocje”. Ale trzeba uważać i nie poddawać się pierwszemu wrażeniu. W uścisku dłoni są zawarte co najmniej dwie kategorie informacji: te dotyczące trwałych cech człowieka i te sytuacyjne, czyli związane z aktualnym stanem jego emocji czy zdrowia, a niełatwo jedne od drugich odróżnić.

Potrafisz z uścisku dłoni wyczytać charakter człowieka?
Jestem na tego typu komunikaty zawodowo wyczulony. Ale myślę, że wielu ludzi korzysta z tych podawanych jak na dłoni informacji. Dlatego to takie ważne, by podawać dłoń. Jeśli ktoś nie ma ochoty na kontakt, wycofuje się albo ma wrogie intencje, to z reguły niechętnie podaje rękę. Taką postawę odbiorca natychmiast wyczuwa. Podobnie, gdy ktoś podaje rękę niby chętnie, ale na sztywnym łokciu. Wtedy bez trudu wyczujemy, że serdeczność to pozór, i będziemy trzymani na dystans. Dłonie bywają bardziej wiarygodnym zwierciadłem duszy niż oczy. Są tacy, którzy twierdzą, że dłonie oferują przekaz transgeneracyjny, że dzięki nim możemy rozpoznać znajomych z poprzednich epizodów naszego życia.

Niepowtarzalność dłoni potwierdza niepowtarzalność odcisków palców.
Czyż to nie fantastyczne, że bez względu na liczbę ludzi nie znajdziemy dwóch identycznych odcisków palców? Mało tego, prawdopodobnie nasze linie papilarne nie pojawiły się nigdy wcześniej i w przyszłości też nigdy się już nie powtórzą. O ile wiem, nie stwierdzono jeszcze identyczności nawet wśród jednojajowych bliźniąt. Wygląda więc na to, że dłoń jakimś cudem wymyka się genetycznemu determinizmowi. Jest tajemniczą pozabiologiczną ekspresją naszej tożsamości. Nie można więc dziwić się różnym ezoterycznym koncepcjom, takim jak np. chiromancja czy inne metody odczytywania predyspozycji, cech charakteru, a nawet obrotów ludzkich losów ze skomplikowanego i niepowtarzalnego hologramu bruzd wyrytych na dłoni. Specjaliści twierdzą, że nasze dłonie zmieniają się wraz z nami, że psychologiczne i duchowe dojrzewanie znajduje wyraz nie tylko w naszym pojmowaniu świata i zachowaniu, lecz również w subtelnych zmianach i nowych połączeniach linii i bruzd dłoni. Innymi słowy, dłoń jest żywym świadectwem wszystkich naszych dokonań.

Może nie od pracy nad sobą dłonie się zmieniają, tylko od pracy fizycznej?
Praca – szczególnie fizyczna – może zmieniać kształt dłoni. W chiromancji chodzi jednak o zmiany układu linii, bruzd na dłoniach, które pojawiają się również u tych, którzy nigdy nie tknęli pracy fizycznej, ale dokonali jakiegoś postępu, np. w przekraczaniu swoich charakterologicznych i duchowych ograniczeń. Tak więc wiele wskazuje na to, że dłonie ukazują mapę karmicznej wędrówki, jaką dusza odbywa przez wszechświat, a także długość trwania tej wędrówki. Gdy ze szczerym zainteresowaniem i szacunkiem spojrzysz na swoje dłonie, ujrzysz niepowtarzalny, jedyny na świecie hologram fal, zmarszczek, linii, bruzd, punktów, skrzyżowań i być może poczujesz, że patrzysz na jakąś nieodgadnioną tajemnicę. Może jest to najbardziej osobista pieczęć naszego indywidualnego istnienia? Może w ten sposób zostaliśmy „otagowani” w kosmicznej bazie danych i na zawsze zostawiamy w systemie ślady swoich dłoni w miejscach dobrych i złych uczynków. A może patrzymy na holograficzny zapis naszych przeszłych i przyszłych losów? Albo na zapisany w nieznanym języku i alfabecie mistyczny poemat biograficzny, który wykracza poza istnienie, w jakim się obecnie wyrażamy? Takie pytania poszerzają świadomość i budują zdrowy dystans do chwilowej, gorączkowej i egocentrycznej egzystencji na tej planecie.

Czyli rękawiczki raczej nie?
Przeżycie życia w rękawiczkach byłoby niepowetowaną stratą. Umrzeć, nie dotknąwszy ziemi, gliny, trawy, kamieni, kory drzewa, sierści i ciała zwierzęcia, zimnej skóry węża, śniegu ani lodu, nie wziąć w dłonie pisklęcia, miarki ziarna ani gorącego piasku, nie dotknąć delikatnej skórki owoców czy niemowlęcia, nie poznać faktury wyrabianego rękami ciasta, nie dotknąć ciała kochanej osoby – cóż byśmy wtedy wiedzieli o świecie i życiu? Pozwalajmy więc dłoniom (i stopom) doświadczać świata bez butów i rękawiczek, by pozostawać w głębokim zmysłowym kontakcie z naszym życiem. Pamiętajmy też w tym kontekście o naszych dzieciach i wnukach.

Nie wyręczajmy dzieci?
Właśnie. Niech poznają i kształtują świat swoimi dłońmi.

Mamy jakąś możliwość poprzez oddziaływanie na dłonie oddziaływać na siebie, na swoją przyszłość?
Mimo że ezoteryczno-magiczna wizja dłoni do większości nie przemawia, to i tak obrączkę zawsze nosimy na serdecznym palcu prawej dłoni. Intuicyjnie wiemy, że ten palec jest jakoś powiązany z sercem. Uporczywe utrzymywanie tych – z racjonalnego punktu widzenia – magicznych zwyczajów może świadczyć o tym, że racjonalność nie jest w stanie ogarnąć i przeniknąć tajemnicy jednoczącego, niewidzialnego wymiaru rzeczywistości. W buddyzmie funkcjonuje też cały system skomplikowanych ruchów dłoni i układów palców – zwanych mudrami – które mają wpływać na stan umysłu i ducha. Na przykład serdeczny palec i kciuk złączone razem to jedna z mudr medytacyjnych. Wszystkie palce po kolei dotykające do kciuka to dynamiczna mudra pomagająca pokonać lęk i tremę. Nie ma w tym nic dziwnego. Jeśli jesteśmy uważni i wrażliwi na to, co dzieje się z naszym ciałem, łatwo zauważymy, że każdy wyrazisty ruch dłoni wpływa na całą resztę. Na przykład gdy zaciśniemy dłonie w pięści, to poczujemy, że całe ciało mobilizuje się do walki. Jeśli mocno przeciągniemy i otworzymy dłonie, to nastrój zmieni nam się na otwarty i zrelaksowany. Z tego powodu w odruchu ziewania i przeciągania się rozciągamy również dłonie, aż do bólu napinając wewnętrzną ich część i palce. Bo nasze ciało działa jak hologram, a w hologramie nic nie może się wydarzyć w sposób izolowany. Każde najdrobniejsze wydarzenie wchodzi w interferencję z całym systemem, czyli w zależności od energii w mniejszym lub większym stopniu zmienia całość. Dłoni dotyczy to szczególnie, bo podłączone są do korowych i podkorowych neuronalnych procesorów w mózgu, niezbędnych do wykonywania skomplikowanych ruchów oraz do wyrażania całej różnorodności uczuć i emocji.

W świecie klikanym, w którym żyjemy, dłonie są niezastąpione. Ale już niedługo, gdy zaczniemy kierować urządzeniami za pomocą myśli, staną się niepotrzebne.
Na szczęście dłoni potrzebujemy nie tylko do klikania. Są od tego, żeby pracowały, dotykały, tworzyły, wyrażały, wchodziły w kontakt ze światem i ludźmi. Dłonie powinny być silne, sprawcze, aktywne, żebyśmy mogli na nie liczyć, bo tak dużo potrafią. Tylko takie dłonie – po przejściach – są ważną wizytówką człowieka. Tylko takie są prawdziwie atrakcyjne. Dłoń, która nie nosi śladów żadnej pracy, pozbawiona mięśni, siły i śmiałości, służąca jedynie do ozdoby, nie jest pociągająca. Można się nad nią na chwilę pochylić jak nad biologiczną ciekawostką, lecz nie daje ona nadziei na trwały, żywy, odporny na trudy związek z jej posiadaczem. Nie rozumiem, dlaczego większość kobiet uznaje swoje dłonie wyłącznie za ozdobę i erotyczny gadżet. Najwyraźniej nie wiedzą, że tak spreparowane są pozbawione wyrazu, sztuczne. Prawdopodobnie nadmierna troska o nie i unikanie pokalania ich jakąkolwiek pracą wzięło się z czasów, gdy śnieżnobiałe, delikatne dłonie świadczyły o wysokim statusie materialnym. Czas porzucić te niefortunnie ukierunkowane aspiracje, za którymi kryje się często brak poczucia własnej wartości, szacunku dla siebie i wiary we własne możliwości. Tym bardziej że dłonie zawsze ujawnią innym prawdę o nas. Także tę świadomie skrywaną. Odruchowo, bez naszej zgody wyrażają bowiem wszystko, co się przydarzyło naszemu sercu. Gdy często krzyżują się na piersiach, to bronią kochającego serca dziecka zranionego brakiem symetrycznej odpowiedzi jego otoczenia. Gdy opadają bezradnie, to nasze serce prawdopodobnie zostało ugodzone zdradą, wzgardą lub/i brakiem wiary w siebie. Gdy poskąpiono nam troski, ciepła, szacunku i zachwytu, dłonie nerwowo sięgają po wszystko – nienasycone, zimne, chciwe. Sztywnieją i twardnieją (siejąc wokół zniszczenie), gdy serce zostało zatrute przemocą, cynizmem i nienawiścią.

Można więc rękami skutecznie udawać? Nauczyć się mowy ciała człowieka otwartego i uczciwego, choć się takim nie jest?
Można, ale tylko na odległość. Spójrzmy na aktorów, którzy zawodowo zajmują się udawaniem. Bywają przekonujący. Ale w bezpośrednim kontakcie dotykowym nie da się innych oszukać. Trudno opisać różnicę między dobrym a złym dotykiem, ale wyczuć ją udaje się prawie wszystkim. Dotyk w niewypowiedziany sposób zdradza bowiem uczucia i intencje dotykającej nas osoby. Krótko mówiąc, dotyk prawdę ci powie.

Nauka nie swojego języka ciała nie ma więc żadnego sensu?
Oczywiście, że ma. Nauka powszechnego w danej kulturze kodu gestów, spojrzeń i sposobu poruszania się pomaga ludziom w adekwatnym i jasnym wyrażaniu intencji i uczuć. Od niepamiętnych czasów aktorzy, oratorzy, politycy, przywódcy i sprzedawcy tego się uczą. Choć, oczywiście, umiejętność ta może być używana również do manipulacji. Ale ostatnio ta wiedza okazała się niezbędna również w świecie biznesu. Zapewne z powodu częstych wystąpień publicznych i potrzeby przekonywania innych do swoich osiągnięć, wizji i produktów. Adekwatna mowa ciała wzmacnia siłę oddziaływania i wpływ na słuchaczy. Więc jeśli mamy coś ważnego do przekazania, wyrazista i spójna z przekazem mowa ciała może nam pomóc. Trzeba ludziom różne rzeczy w tej sprawie podpowiadać. Wprawdzie mowę ciała dziedziczymy przez naśladownictwo, ale często naśladujemy niedobre wzorce. Mowa naszego ciała bywa też wypaczona i zahamowana przez trudne doświadczenia rodzinne czy szkolne. Dlatego warto się jej uczyć, tak jak uczymy się nowych słów. To wcale nie znaczy, że zaczniemy udawać. Używanie nowego słowa, choć na początku wydaje nam się trudne i nieswoje, dowodzi, że się rozwijamy. Ruch, gest, dotyk wpływają na nasz stan umysłu i uczuć. Rozwijanie mowy ciała z pewnością uwalnia i rozwija całą osobę. A ciało jest najlepszym wehikułem wychodzenia z lęku, wstydu, izolacji, ku ludziom – a także ku ziemi i ku niebu.

Skoro ku niebu, zapytam cię o gest modlitwy?
To dobre zakończenie rozmowy o dłoniach. Tu dłonie pomagają nam komunikować się z naszą mądrością i boskością. Gest złożonych dłoni – obecny we wszystkich religiach i kulturach – symbolizuje bowiem przekroczenie tego, co w nas racjonalne (prawa dłoń) i emocjonalne (lewa dłoń), oraz gotowość porzucenia rozróżniających i dyskryminujących myśli i poglądów, a tym samym pragnienie pojednania z absolutnym, jednoczącym bytem, z którego wszelka różnorodność się wyłania.

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl)

  1. Psychologia

Jak spojrzeć na życie z innej perspektywy? Podpowiadamy

(Fot. Getty Images)
(Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Podobno punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jeśli spojrzysz na swoje życie z innej perspektywy, może się okazać, że nie jesteś gotowa na zmianę, której tak pragniesz. Zanim dokonasz życiowej rewolucji, skontaktuj się z człowiekiem, którym teraz jesteś, doceń to, co osiągnęłaś. Pomogą ci w tym proste ćwiczenia.

Zamiast rewolucji

Jedna z życiowych mądrości mówi, że jeśli chcesz, aby wydarzyło się w twoim życiu coś nowego, ty również zrób coś innego niż zwykle. Innymi słowy, przestań robić ciągle to samo. Nie musisz wywracać swojego życia do góry nogami, aby zmiana się dokonała. Sama ją zainicjuj, wykonując jeden mały krok, np.: spotkaj się z kimś dawno niewidzianym, pojedź do miejsca, o którym marzyłaś, zmień nawyk, który zabiera ci mnóstwo cennego czasu. Działaj w inny sposób, niż robisz to na co dzień.

Pochwała podróżowania

Jesteś sfrustrowana tym, że nic się nie zmienia? Często myślisz, by rzucić wszystko i wyjechać w nieznane? Sprawdź, czy to tylko słowa rzucane na wiatr, czy prawdziwa potrzeba zmiany otoczenia. Jeżeli naprawdę potrzebujesz wyjazdu, po prostu wyjedź. Zadbaj o zmianę otoczenia, na kilka dni, tygodni, a może na dłużej. Każda podróż, daleka czy bliska, daje niezbędny dystans, pozwala spojrzeć na życie z lotu ptaka, wsłuchać się w swoje prawdziwe potrzeby, odpowiedzieć na pytanie: „Czego tak naprawdę chcę?”. Jeśli ty sama choć trochę zmienisz się dzięki podróży, zmieni się także twoje życie.

Jakiej nowej jakości potrzebujesz?

Zadaj sobie kilka pytań:
  • W jakiej sferze życia czuję najmocniej potrzebę zmiany?
  • Co dokładnie chciałabym zmienić w tej sferze życia?
  • Co mogę zrobić, aby coś się rzeczywiście zmieniło?
  • Jak mogę dać sobie to, czego tak bardzo potrzebuję?
Ostatnie pytanie jest kluczowe. Często chcemy, aby to świat i inni ludzie dali nam to, czego najbardziej potrzebujemy. Jeśli tego nie dostajemy, czujemy frustrację, gniew albo smutek. A gdyby najpierw dać to sobie samej? A w następnej kolejności – komuś bliskiemu? Partnerowi, komuś z rodziny, przyjacielowi?

Nie działaj w amoku

Wyobraź sobie taką sytuację: przeżywasz właśnie awanturę z partnerem albo w pracy ktoś oskarżył cię o coś, czego nie zrobiłaś. Twoje emocje buzują, we krwi krążą hormony stresu, nie panujesz nad słowami, jesteś nawet zdolna do fizycznej agresji. To właśnie jest amok emocjonalny – trochę odmienny stan świadomości, który zniekształca odbiór sytuacji. W takich chwilach chcemy coś jak najszybciej zmienić, zakończyć.

Lepiej poczekać, ochłonąć, pooddychać, a najlepiej zająć się czymś innym. Nie podsycać stanu wzburzenia obsesyjnymi myślami. Decyzje podjęte w chwili wzburzenia emocjonalnego są zazwyczaj nietrafne. Często ich potem żałujemy.

Praktykuj wdzięczność

To nie jest nowa moda w kręgach rozwoju osobistego, tylko technika, którą zalecają nauczyciele duchowi niemal wszystkich tradycji. Zasada jest prosta: zamiast narzekać na swoje życie i cierpieć, że coś nam się nie udało albo że coś straciliśmy, skupiamy się na tym, co mamy. Chodzi o przekierunkowanie uwagi na pełnię. Kiedy zaczynamy doceniać to, co mamy, odżywiamy siebie emocjonalnie. I nagle może się okazać, że już nie potrzebujesz zrywać relacji ani zmieniać na gwałt pracy. Możesz jeszcze poczekać i cieszyć się tym, co jest.

Trening małych kroków

Zacznij od małych kroków: codziennie powiedz do siebie na głos co najmniej jedną rzecz, za którą dziękujesz losowi.

Kup piękny zeszyt i zapisuj w nim wszystko, za co jesteś wdzięczna. Im więcej napiszesz, tym lepiej się poczujesz. Choć to tylko jeden z efektów tej praktyki. Chodzi przede wszystkim o zmianę myślenia.

Codziennie powiedz do swojego odbicia w lustrze, za co jesteś sobie wdzięczna. To nie jest praktykowanie niezdrowego egoizmu czy postawa narcystyczna. To zadbanie o dobrą relację z samą sobą, podbudowanie siebie, pokochanie taką, jaką jesteś.

Codziennie powiedz jednej osobie, za co jesteś jej wdzięczna (czasem wystarczy słowo „dziękuję”, które mówisz świadomie do kogoś bliskiego, znajomego, sprzedawczyni w sklepie).

Przeznacz kilka minut dziennie na przypominanie sobie pozytywnych wydarzeń z twojego życia i odczuwanie wdzięczności za to, że mogłaś tego doświadczyć.

Praca zaawansowana

Pomyśl o osobie, z której powodu dużo wycierpiałaś (np. partner, który cię opuścił, rodzic, który źle cię traktował, przyjaciółka która zawiodła twoje zaufanie).

Zadaj sobie pytanie: czy mogę być za coś wdzięczna tej osobie? Racjonalny umysł odrzuci tę propozycję, będzie się starał ją podważyć: „Jak można być wdzięcznym komuś, kto spowodował, że tak cierpiałaś”. To niełatwa praca, bo dotyka ran, które masz w sercu, ale za to je ulecza i robi miejsce na wybaczenie.

Uwolnij się od żalu i gniewu. Możesz napisać list do osoby z przeszłości – wyraź w nim wszystkie emocje, przelej na papier najgorsze słowa, a następnie spal to, co napisałaś. Możesz też porozmawiać z terapeutą, psychologiem, trenerem, aby słownie uwolnić emocje.

Kiedy to wszystko zrobisz, zadaj sobie znów pytanie: „Za co mogę być wdzięczna tej osobie?” (np. „dzięki niej przejrzałam na oczy, zmieniłam coś w życiu, zaczęłam nowy rozdział”). Najwyższym stopniem rozwoju jest w trudnych doświadczeniach widzieć nauczycieli.

Zaufaj biegowi wydarzeń

Myślisz o życiowej zmianie, ale nadal masz wątpliwości, czego tak naprawdę chcesz? Odłóż tę sprawę na jakiś czas. Pozwól, aby życie samo ci wskazało, co jest dla ciebie najlepsze. Czasami wyjściem jest zastosowanie filozofii „wu wei” (nicnierobienie jako nasz wybór). Poddajesz się życiu, ufasz, czyli puszczasz kontrolę umysłu. Zwykle przez długi czas nie dzieje się nic, by właśnie zmienił się ten jeden element, który wywraca wszystko do góry nogami. Tak jakby życie do nas mówiło: „Chciałaś zmiany, to ją masz”! Zamiast czekać na to, aż życie ruszy z kopyta, lepiej zacząć być w nim obecnym tu i teraz. Warto też wstrzymać się przed podjęciem ważnej decyzji, jeśli wokół ciebie dzieje się dużo i chaotycznie, coś się psuje, coś w ostatniej chwili się nie udaje…

Dagmara Gmitrzak, trenerka rozwoju osobistego, socjolog, terapeutka technik holistycznych, autorka książek, www.rozwojosobisty.waw.pl