1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Potęga emocji: jak poradzić sobie z ich nadmiarem?

Potęga emocji: jak poradzić sobie z ich nadmiarem?

Na ogół zaczyna się od mówienia podniesionym głosem. Potem już to nie skutkuje, więc pojawia się krzyk... (Fot. iStock)
Na ogół zaczyna się od mówienia podniesionym głosem. Potem już to nie skutkuje, więc pojawia się krzyk... (Fot. iStock)
Są często silniejsze niż rozum. Nawet wysoki poziom inteligencji może okazać się bezużyteczny, gdy dochodzą do głosu. Dają o sobie znać nie tylko w sytuacjach ekstremalnych, ale także w tych codziennych. Co bardziej zdrowe – ujawniać emocje czy je tłumić?

Marta, lat 18, wraca ze szkoły i już od drzwi słyszy krzyk matki: „Dlaczego tak późno, co ty sobie wyobrażasz, nie odbierasz telefonu, a ja odchodzę od zmysłów”. Marta nie pozostaje jej dłużna: „Przecież wiesz, że mam korki z matmy, a telefon wyłączam, kiedy chcę, to moja sprawa”. Matka: „Od dzisiaj masz szlaban na wyjścia”. Marta: „Jestem dorosła, mogę robić, co chcę”. Lecą wyzwiska, trzaskają drzwi, kończy się rozmowa. I tak codziennie. Tego dnia matka chce jednak zakomunikować córce coś ważnego. Krzyczy więc jeszcze głośniej: „Uspokój się, posłuchaj mnie”. Nic z tego. Marta, przyzwyczajona do stałego scenariusza rozmów, nie daje się przekrzyczeć. Więc matka, niewiele myśląc, chwyta za coś, co akurat ma pod ręką, czyli cukiernicę, i ciska nią przed siebie. Dźwięk tłuczonego szkła, konsternacja. „Zwariowałaś?” – pyta oniemiała córka. „Wysłuchaj mnie wreszcie” – mówi równie przerażona matka.

Emocje zawsze czemuś służą

Na ogół zaczyna się od mówienia podniesionym głosem. Potem już to nie skutkuje, więc pojawia się krzyk. Ale po jakimś czasie i on nie robi na nikim wrażenia. Krzyczymy zatem jeszcze bardziej. W rodzinach komunikujących się w ten sposób, żeby zyskać czyjąś uwagę, trzeba złościć się coraz bardziej i bardziej. Aż w końcu sięga się po cukiernicę, nóż, broń. Bo niekontrolowane emocje mogą eskalować do nieprzewidywalnych rozmiarów. Ale z drugiej strony – gdy są zanadto kontrolowane, też może skończyć się podobnie.

Psycholog Aleksandra Fila-Jankowska z sopockiego wydziału Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej: – Kontrola emocji jest kluczowa, jeśli chodzi o nasze funkcjonowanie w rodzinie, społeczeństwie. Ale ważne jest też to, żeby nie była za sztywna. Bo jeżeli mocno się kontrolujemy, jeżeli nie pozwalamy emocjom wybrzmieć, one i tak dojdą kiedyś do głosu, na ogół ze zwiększoną siłą. Dlatego nie proponuję kontrolowania emocji za wszelką cenę, tylko przyjrzenie się temu, co je wywołuje. I jak powtarzalne są te sytuacje. Pobieżne oszacowanie przyczyny może być jednak mylące. Na przykład żona ledwie napomyka przy śniadaniu, że zepsuł się kran w łazience, a mąż odpowiada tonem człowieka atakowanego: „Co ty mi wyjeżdżasz od samego rana z jakimś kranem, wiecznie tylko masz pretensje, że czegoś nie zrobiłem”. Czy żona ma sądzić, że jej niewinna informacja o zepsutym kranie spowodowała tak mocną, w dodatku nieadekwatną do sytuacji reakcję? Nic podobnego. Prawdziwa przyczyna leży głębiej, a słowa żony jedynie ją przywołały. Czasem wystarczy jedno zdanie, jeden gest, żeby uruchomić pamięć podobnych doświadczeń (w psychologii zwaną pamięcią emocjonalną zbliżonych treściowo epizodów). Ów mąż zareagował złością na słowa żony, bo jako dziecko był obwiniany przez ojca alkoholika za całe zło tego świata. Odniósł się nie do tego, co powiedziała żona, tylko do zapisów pamięciowych podobnych, choć bardziej raniących sytuacji, kiedy ojciec karał go za coś, czego nie zrobił. Emocje same w sobie nie stanowią problemu dla ludzi. Tak naprawdę każda emocja jest zdrowa, bo powstaje jako reakcja na określoną sytuację i czemuś ważnemu służy. Emocje nie dzielą się na dobre i złe. Określenie „pozytywne i negatywne” odnosi się do kierunku zachowania, który one wywołują: dążenia bądź unikania.

Mianem „pozytywne” określa się emocje, które pojawiają się w momencie, gdy człowiek zbliża się do czegoś, co ocenia jako ważne. Należą do nich: radość, szczęście, miłość oraz wszystkie pochodne tych uczuć. Natomiast emocja negatywna rodzi się w momencie, kiedy stykamy się z czymś zagrażającym, niebezpiecznym, nieprzyjemnym. Cały nasz system psychofizyczny wchodzi wtedy w stan gotowości do obrony. No i co robimy? Uciekamy, wycofujemy się, co jest najzupełniej zdrowe. Bezpiecznie jest się oddalić, gdy na przykład atakuje nas dzikie zwierzę czy rozjuszony człowiek. Jedyna „negatywna” emocja, która prowokuje do dążenia, a nie unikania, to złość, tu reakcja polega bowiem na obronie naszych granic czy wartości przed kimś (czymś), kto (co) w naszej ocenie zagraża tym wartościom. W złości z reguły nie uciekamy, tylko dążymy do konfrontacji.

Jak wyjaśnia Fila-Jankowska, nietypową emocją zaliczaną do negatywnych jest też smutek. Stanom smutku towarzyszy najczęściej wycofanie z danej sytuacji, choć nie pojawia się tu intensywna reakcja unikania. Smutek służy najczęściej temu, żeby człowiek się z czymś pożegnał, coś przestrukturyzował, coś uporządkował. Emocje negatywne doświadczane są jako nieprzyjemne, ale ich funkcją jest zmiana niekomfortowego dla nas stanu na komfortowy, czyli przyjemny.

– Wszystkie emocje są potrzebne, funkcjonalne, mają istotny cel – mówi psycholożka. – Nasz problem z emocjami polega jedynie na tym, że nie umiemy prawidłowo ich wyrazić, bezpiecznie ich doświadczyć, w pełni wykorzystać ich potencjału. To znaczy, że albo wyrażamy je nadmiernie, albo je tłumimy.

Emocje przygotowują do akcji

W powszechnym mniemaniu nadmierna emocjonalność to nic dobrego. Natomiast panowanie nad tym, co czujemy, traktowane jest jak cnota, świadczy bowiem o opanowaniu, racjonalności, zdrowym rozsądku, a nawet mądrości. W tym duchu wielu rodziców wychowuje swoje dzieci, podobnie do ujawniania emocji uczniów podchodzi szkoła. Tymczasem trzymane na uwięzi, wypierane, skrywane nie znikają, ale wprost przeciwnie – tylko czekają na to, żeby eksplodować.

– Niemal każdej emocji (z wyjątkiem smutku) towarzyszy silne pobudzenie fizjologiczne, wynikające z zaangażowania centralnego i obwodowego układu nerwowego – wyjaśnia Aleksandra Fila-Jankowska. – Pojawia się ono, bo zadaniem emocji jest przygotowanie nas do akcji, którą owo pobudzenie ma wspierać. Jeżeli więc pobudzenia nie zużytkujemy, to mamy kłopot, bo organizm posiada napęd do akcji, a my ją blokujemy. Ludzie nauczeni, że emocji się nie okazuje, przeżywają spore cierpienie z powodu chociażby tego zahamowanego pobudzenia. Mogą zapanować nad tym, co czują po raz trzeci bądź dziesiąty, ale nie może to się udawać w nieskończoność, ponieważ panowanie nad emocjami wymaga nieustającej kontroli, a ta kontrola musi być odpowiednio silna i opiera się z reguły na jakiejś innej emocji, na przykład strachu. To, że nie mówimy wykorzystującemu nas szefowi, co o nim myślimy, może być powodowane lękiem przed utratą pracy, co nie znaczy, że nie rośnie wtedy w nas złość na przełożonego. Rośnie, czasem tym bardziej, im bardziej ją tłumimy. Ta złość pewnie kiedyś się ujawni, na przykład na imprezie alkoholowej, gdy stracimy kontrolę nad sobą albo kiedy zdenerwujemy się z innego powodu niż relacja z szefem.

Gdy ktoś nas rani, mówmy mu o tym wprost: „Boli mnie to, w jaki sposób się do mnie zwracasz”. Zawsze lepiej ujawniać swoje emocje w takiej formie, niż czekać, aż nabiorą siły i przybiorą groźną, wypaczoną formę. A nabierają siły właśnie dlatego, że wielokrotnie tłumiliśmy towarzyszące im pobudzenie, co utrwaliło się w pamięci na przykład pod postacią schematu „jestem źle traktowany”.

– Tak „przerośnięta” emocja nie jest już funkcjonalna, to znaczy niczemu zdrowemu już nie służy – twierdzi psycholożka. – A to dlatego, że nie została odpowiednio wcześnie wyrażona, doświadczona bez zakłóceń.

Niemal codziennie słyszymy o skutkach takich wypaczonych emocji: strzelanina na uniwersytecie w Teksasie, na norweskiej wyspie Utøya, na stacji benzynowej w Warszawie, w domu pod Łodzią. Sprawcy to na ogół mężczyźni, o których sąsiedzi mówią: spokojny, cichy, małomówny, uprzejmy. Kompletnie niepasujący do wizerunku zabójcy czy domowego agresora. Bo agresja często bywa „przeniesiona”. To znaczy – agresor odreagowuje złość „nabytą” w pracy na rodzinie albo odwrotnie – w pracy wyładowuje tę tłumioną w domu. Co charakterystyczne – zawsze odbija sobie na kimś słabszym. Ale to nie jest tak, że zawsze robi to świadomie. Najczęściej zupełnie nie zdaje sobie sprawy z przyczyny swojej złości, ale jak się okazuje – do czasu.

– Osoba uczona, że emocji się nie pokazuje, zużywa na to całą masę własnych zasobów, nie bez kozery mówi się, że kontrola emocji jest zasobochłonna – zauważa psycholożka. – Kiedy jednak kontrola słabnie, a taki moment wcześniej czy później nastąpi, chociażby z powodu osłabienia organizmu, choroby czy z nadmiaru pracy albo stresu, człowiek nie wytrzymuje i wybucha. Ból, który był przyczyną złości, wymknął się spod kontroli i eksplodował. A wszystko dlatego, że nie został zdiagnozowany i uleczony.

Nasze reakcje są silnie zależne od naszych poprzednich doświadczeń. Dlatego warto budować nowe doświadczenia, by odebrać moc poprzednim (fot.123rf) Nasze reakcje są silnie zależne od naszych poprzednich doświadczeń. Dlatego warto budować nowe doświadczenia, by odebrać moc poprzednim (fot.123rf)

Emocje sygnalizują też, że mamy problem

Gdzie leży granica wyrażania emocji? Według Aleksandry Fili-Jankowskiej barierą nieprzekraczalną jest naruszenie fizyczności. Człowiek, który nie jest w stanie powstrzymać się przed podniesieniem ręki na drugiego człowieka, powinien zgłosić się na terapię. Ale bardzo ważna jest także postawa „ofiary”. Bo często osoba poniżana, bita nie sprzeciwia się agresji, co zostaje odczytane przez agresora jako zachęta do jeszcze większej brutalności (jego zachowanie utrwala nagroda w postaci osiągniętego celu). Dlatego druga strona też powinna okazywać swoje emocje, demonstrować, że krzywdzi ją zachowanie oprawcy, szukać pomocy u innych. Często jednak ofiary to osoby nauczone, że emocje należy powstrzymywać, że nie wypada okazywać tego, co się czuje. W ten sposób też napędzają błędne koło przemocy.

– Uważam, że warto komunikować drugiej stronie nawet najmniejszy dyskomfort we wzajemnych relacjach – mówi psycholożka. – Tymczasem ludzie wstydzą się często do niego przyznać albo – co gorsza – boją, że ujawnienie uczuć spowoduje eskalację agresji. Jeżeli ktoś się tego boi, to znaczy, że dzieje się coś niepokojącego nie tylko w tej relacji, ale ogólnie w jego funkcjonowaniu, prawdopodobnie ta osoba ma za sobą doświadczenia traumy, nadużyć i również wymaga pomocy terapeutycznej. Bo owszem, sytuacja może być trudna, ale ucieczka w bierność jej nie rozwiąże. Nasze reakcje są silnie zależne od naszych poprzednich doświadczeń. Dlatego warto budować nowe doświadczenia, by odebrać moc poprzednim.

Psychologowie podkreślają, że nadmiarowe emocje zawsze powinny być sygnałem do uświadomienia sobie, że mamy jakiś problem. Dlaczego na przykład ciągle się złoszczę? Ron Potter Efron w książce „Życie ze złością” podpowiada możliwe tropy: bo może chcesz pokazać władzę, że ty tu rządzisz, ty jesteś od kontrolowania innych. Albo chcesz zrzucić z siebie odpowiedzialność za jakąś sytuację. A może unikasz w ten sposób okazywania uczuć, może nie umiesz w ogóle inaczej się komunikować? Lista przyczyn jest o wiele dłuższa.

Czy agresorzy nie mogą, czy nie chcą panować nad emocjami? Aleksandra Fila-Jankowska: – Wielu młodych ludzi, w tym tak zwani kibole, wyraźnie nie chce. Nauczyli się bowiem, że agresja buduje ich w oczach kolegów, no a przede wszystkim jest skuteczna, ponieważ wielokrotnie przekonali się, że dzięki niej osiągnęli to, czego chcieli. Agresywnie zachowujące się grupy stanowią problem na całym świecie. Czy te osoby rzeczywiście nie potrafią opanować „porwania emocjonalnego”? Ależ potrafią (o ile nie mówimy o przypadkach klinicznych)! Często skutecznym sposobem jest lęk przed dostatecznie dotkliwą karą. Nie znaczy to, że namawiam do kar! Przypomina mi się jednak opis amoku w jednej z książek profesora Reykowskiego: akceptowany kulturowo amok, który ogarniał czasem mieszkańców jednej z wysp na Pacyfiku, wydawał się nie do powstrzymania, a dotknięci jego wpływem ludzie potrafili spalić nawet własne domostwo. Przypadki amoku ustały jednak, gdy władze wyspy wprowadziły surowe kary pieniężne za uleganie mu. Hamulcem okazał się strach. Często bowiem, żeby zatrzymać rozpędzone emocje, potrzebna jest emocja jeszcze silniejsza. Ale to nie jest żaden sposób na radzenie sobie w trudnych sytuacjach. Tak jak nie rozwiązują problemu inne emocje, hamujące te niepożądane, czyli wstyd i poczucie winy. Najlepiej dotrzeć do przyczyn powtarzających się „porwań emocjonalnych”. Tu jednak nie obędzie się bez woli osoby im ulegającej.

Emocje pomagają poznać siebie i pogodzić się ze sobą

Psychologowie podkreślają, że emocje są w dużej mierze procesem automatycznym, złożoną reakcją, która zachodzi także na poziomie fizjologicznym. Żeby sobie z nimi radzić, trzeba umieć je czytać, a ściślej – umieć czytać to, co one mówią o naszym doświadczeniu. Ale to nie takie proste. Wymaga bowiem samoświadomości, która polega na obserwowaniu siebie, odkryciu, co doprowadza nas do określonych stanów, szukaniu ich przyczyn. Może powodem są nasze przekonania o świecie? (Na przykład, że świat jest ogólnie zagrażający, bądź pewne sytuacje wciąż sprzysięgają się przeciw nam?) A może przyczyną są jakieś przykre wspomnienia z dzieciństwa i to one warunkują nasze obecne zachowania?

Od wieków pokutowało przekonanie, że emocja jako taka jest bardziej prymitywna, zwierzęca, mniej godna uwagi, a nawet szkodliwa, bo wiedzie człowieka na manowce, powinna zatem podlegać rozumowi. Amerykański psycholog Daniel Goleman, od lat zajmujący się inteligencją emocjonalną, udowadnia jednak coś kompletnie innego – że emocje bywają naszym większym sprzymierzeńcem niż rozum, a ludzie wykorzystujący je w konstruktywny sposób osiągają większe sukcesy i lepiej radzą sobie w relacjach z innymi. Twierdzi on, że nasza emocjonalność to potężna, ale niedoceniana siła. Jeżeli dobrze ją wykorzystamy – przyniesie nam wiele korzyści.

– Nie bójmy się zatem okazywania emocji – apeluje psycholog Aleksandra Fila-Jankowska. – Okazywane emocje stanowią dla innych ważny sygnał tego, co naprawdę czujemy. Gdy pozbawiamy ich tej wiedzy, mogą reagować nieadekwatnie. Już chyba lepiej pozwolić sobie na upust emocji, podnieść głos, nawet pokłócić się, niż udawać, że nic się nie dzieje. Oczywiście, wchodząc w tak silną konfrontację emocjonalną, warto wziąć odpowiedzialność za przywrócenie harmonii. Po kłótni można powiedzieć: „Wczoraj ostro wymieniliśmy zdania i bardzo dobrze, bo dzięki temu dowiedzieliśmy się czegoś o sobie, ale dzisiaj wyciągam do ciebie rękę na zgodę”. Okazuje się, że, o dziwo, po takiej eskalacji emocji dużo łatwiej jest przywrócić prawidłową relację, niż kiedy coś tłumimy, odgrywamy, udajemy. Udając, dajemy podwójne komunikaty: ludzie uśmiechają się do siebie, ale całym ciałem sygnalizują: „Nie znoszę cię”. To sprawia duży dyskomfort także odbiorcy. Osób wysyłających takie niespójne sygnały nie lubi się, trudno z nimi wytrzymać. Dlatego jestem za tym, żeby pokazywać emocje, oczywiście, w sposób nieraniący drugiej osoby. Najlepiej byłoby najpierw uleczyć swoje rany, choć to trudny program maksimum. Może jednak warto pokusić się o jego realizację? Ile bowiem uleczymy zranień z przeszłości, tyle więcej zdrowia emocjonalnego zafundujemy sobie na przyszłość.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Słowa budują rzeczywistość. Jak mówić, żeby się dogadać?

Podstawowa różnica w typach komunikacji wiąże się z rodzajem relacji, jaką się w danym momencie buduje. (Fot. iStock)
Podstawowa różnica w typach komunikacji wiąże się z rodzajem relacji, jaką się w danym momencie buduje. (Fot. iStock)
Od czego zależą: skuteczność działań, nastrój i dobre relacje z otoczeniem? W ogromnej mierze od sposobu komunikacji. Jak zatem mówić, aby się dogadać? Ćwicz z nami.

Anna chciałaby zdążyć z zakończeniem projektu, nad którym pracuje z zespołem, do końca tygodnia, tak jak przewidziano to w planie. Nie może jednak „podgonić” swojej części pracy, dopóki dane nie zostaną wprowadzone do systemu. Krzysztof, który za to odpowiada, nie przemęcza się zbytnio, jej zdaniem, i równo o 16.00 odchodzi od biurka, nie mając zamiaru zostać ani pięciu minut dłużej w pracy. Anna od kilku dni „miele” w sobie problem, z zamiarem znalezienia najlepszego rozwiązania. Dziś jednak spotkała Krzysztofa w kuchni i gdy zobaczyła, jak niespiesznie popija kawę, cała jej wyniesiona ze szkoleń wiedza na temat rozwiązywania konfliktów uleciała gdzieś w kosmos. Wypaliła: „Kiedy wreszcie nauczysz się dotrzymywać terminów?!”.

Teraz losy konfliktu leżą wyłącznie w rękach Krzysztofa, bo Anna zdecydowanie nie jest w stanie w tym momencie podejść do problemu z empatią. A jaki wybór ma Krzysztof?

Z tarczą czy na tarczy?

Krzysztof może rozegrać sytuację w myśl zasady wygrany – przegrana. „Sama komplikujesz sprawy, ciągle coś dodając do tego, co było ustalone na początku i jeszcze się mnie czepiasz? Ciesz się, że w ogóle to wpisuję, a po nocach nie mam zamiaru siedzieć w pracy!”. Wówczas on wyjdzie z utarczki zwycięsko, a Anna zostanie pogrążona i może nauczy się na przyszłość, że nie warto z nim zaczynać. Krzysztof zareaguje wtedy według schematu: „ja jestem w porządku – to z tobą coś jest nie tak, więc moja racja powinna zwyciężyć”.

Ale jeśli w głębi duszy czuje się winny i uważa, że to właśnie z nim jest coś nie w porządku (zapominając, że Anna zwiększyła ilość materiału, który trzeba opracować, dosłownie w ostatniej chwili), to rozegra konflikt w duchu przegrany – wygrana i zareaguje według schematu: „ty jesteś w porządku, to ze mną jest coś nie tak, więc ty masz rację, a ja powinienem jakoś załagodzić sytuację”. Powie więc: „Ja się starałem zrobić to na czas, ale mam tyle pracy, że nie jestem w stanie dopilnować wszystkich terminów…”. Wtedy nauką, jaką z tej sytuacji Anna wyniesie na przyszłość, będzie przekonanie, że jeśli mocno tupnie, to Krzysztof się podporządkuje i zrobi (albo przynajmniej obieca, że zrobi) to, co ona chce.

Jednak żadne z tych rozwiązań ani nie pomoże się im zaprzyjaźnić, ani nie poprawi atmosfery w firmie. Taki sposób rozmawiania kreuje pozornych zwycięzców, bo atmosfera, jaka powstaje i relacja, jaką się w ten sposób buduje, są raczej mało satysfakcjonujące. W rezultacie każdy jest przegrany.

Wygrana – wygrana

Jeżeli Krzysztofowi uda się nie podchodzić do sprawy emocjonalnie, tylko zrozumie, że optymalnie byłoby znaleźć rozwiązanie dobre dla obu stron – wtedy będzie w stanie tę kiepsko zaczętą rozmowę przekierować na tory komunikacji empatycznej. Czyli swoją postawą stworzy obszar porozumienia, w którym ludzie szanują się nawzajem, współpracując przy rozwiązywaniu problemów, a także zaprosi tam Annę.

Wtedy ich rozmowa mogłaby wyglądać tak:

Krzysztof: Co masz dokładnie na myśli, mówiąc o moim „niedotrzymywaniu terminów”?

Anna: Doskonale wiesz.

Krzysztof: Denerwujesz się, bo myślisz, że nie zdążymy?

Anna: Jak tak dalej pójdzie, to nie zdążymy na pewno, w ostatniej chwili zawsze coś się wali...

Krzysztof: Po prostu chcesz mieć zapas czasu na nieprzewidziane komplikacje?

Anna: Tak.

Krzysztof: Dobra, rozumiem. Ja też chciałbym, żebyśmy skończyli projekt na czas i robię wszystko, żeby tak się stało. Właściwie to, czego potrzebujesz, będzie w systemie jutro około południa. Czy to ci pasuje?

Anna: No, raczej tak.

Krzysztof: Super. Widzisz, ja mam komfort, kiedy pracuję według swojego założonego planu. Jak robi się za duże ciśnienie, to wysiadam. Na razie wszystko idzie dobrze.

Anna: Przepraszam, że tak na ciebie naskoczyłam, ale się nakręciłam, że nie zdążymy, że będzie afera...

Krzysztof: Chętnie przyjmę od ciebie przeprosinową kawę, jak się to wszystko skończy.

Anna: OK. Stawiam w przyszłym tygodniu.

Taki przebieg rozmowy jest możliwy, kiedy przynajmniej jedna ze stron nie postrzega drugiej osoby jako agresora, którego trzeba zniszczyć, zmusić do działania według własnego pomysłu albo mu się poddać. Dopóki jesteśmy w stanie zobaczyć, że druga osoba to ktoś, kto ma własne plany i potrzeby, to możemy zapanować nad tym, żeby komunikacja między nami nie przybrała opresyjnej formy. Najbardziej zaciemniają obraz sytuacji emocje. Sztuką jest trzymać je na wodzy.

Słowa na wojennej ścieżce

Podstawowa różnica w typach komunikacji wiąże się z rodzajem relacji, jaką się w danym momencie buduje. Relacje oparte na egoistycznym skupieniu na własnych interesach, dominacji służącej ochronie siebie kosztem innych, skutkują stosowaniem komunikacji opresyjnej – wymuszającej określone postawy i zachowania. Relacje skupione na wzajemnej trosce, współpracy i współdziałaniu wiążą się ze stosowaniem komunikacji empatycznej – otwartej na potrzeby wszystkich i szukającej rozwiązań służących każdemu z uczestników.

Życie jest jednak zbyt skomplikowane, by mogło toczyć się według jednego podręcznikowego schematu. Z komunikowaniem się, które jest jednym z przejawów życia, dzieje się podobnie. Większość z nas używa zarówno opresyjnych, jak i empatycznych sposobów porozumiewania się z otoczeniem. Jednak dzięki zwiększaniu swojej świadomości językowej – umiejętności obserwowania, w jaki sposób rozmawiamy z innymi i z sobą samym – możemy mieć wpływ na to, jakie relacje będziemy budować z otoczeniem.

Gdy w naszych myślach i ustach pojawiają się słowa oznaczające osądy i oceny, generalizowanie w stylu „bo ty zawsze…, bo ty nigdy…”, kiedy zamieniamy się w Pytię, wieszcząc przyszłe zdarzenia, by wpływać na innych, albo zaczynamy straszyć, żeby osiągnąć pożądany rezultat, to niech to będzie dla nas znak, że włączyliśmy w sobie (pewnie nieświadomie) opresyjny styl komunikowania się. Warto się wówczas zatrzymać. Za zachowaniami ludzkimi zobaczyć ludzi, a nie własne etykiety na ich temat i w ten sposób próbować „przełączyć się” na komunikowanie empatyczne – oparte na przekonaniu, że wszyscy jesteśmy ważni, wszyscy coś czujemy i czegoś pragniemy, nie wszyscy jednak jesteśmy w stanie mówić o tym bez „nakręcania się” emocjami.

Dzieje się tak wtedy, gdy skupiamy się na jednym słowie, zdaniu, powiedzeniu i w odniesieniu do tego budujemy całą teorię na temat tego, jaki ktoś jest i co z tego wynika. Kiedy tak próbujemy „zatrzymać życie w kadrze” i odnosić się do jego wąskiego wycinka, to zapominamy, że relacja jest czymś płynnym, zmienia się z minuty na minutę, a właściwie z sekundy na sekundę, a to, co ktoś powiedział w danym momencie, nie jest całą opowieścią o tym człowieku. Jeżeli ja będę tą osobą, która zamiast potyczki zaproponuje negocjacje czy mediacje, to zwiększę prawdopodobieństwo, że mój rozmówca zatrzyma się w swoim wojennym pędzie albo przestanie przede mną uciekać, bo zorientuje się, że „agresor” to etykieta, jaką mi nadał, a nie cała prawda o mnie.

  1. Psychologia

Nie bój się złości

Ci, którzy boją się złości wyrażonej wprost, boją się odrzucenia. (fot. iStock)
Ci, którzy boją się złości wyrażonej wprost, boją się odrzucenia. (fot. iStock)
Złościsz się? „Jasne”, odpowie część z nas spokojnie. „Staram się nie złościć” – usłyszymy od niektórych. I zobaczymy na ich twarzach dziwny wyraz. Jakby brzuch ich bolał.

I boli ich naprawdę, bo pakują całą złość, jaka się w nich pojawia, do środka. Mogą mięć np. kłopoty z wypróżnianiem. I ze szczerym śmiechem. Swobodnym tańcem… Mogą mieć wrzody żołądka. Starają się nie złościć, bo nie było im wolno.

„Nie lubię cię, jesteś wstrętna” – wrzeszczy trzylatek na mamę, która nie chce mu na coś pozwolić. Ile mam odpowie: „A ja ciebie kocham, ale nie pozwalam, rozumiem, że możesz być zły”. A ile zmartwieje ze strachu: „Moje dziecko mnie nie kocha, co ja mam z tym zrobić, to straszne, wiedziałam, że sobie nie poradzę” albo: „Co za bezczelny szczeniak, jak on śmie? Zamknij się w tej chwili” lub: „Nie wolno ci tak mówić, jak ty się do matki odzywasz?!”.

Ci, którzy boją się złości wyrażonej wprost, boją się odrzucenia. Myli im się wyrażanie chwilowego odczucia z ogólną postawą, jaką przejawiali ich rodzice, nie pozwalając im być sobą. To najczęściej te grzeczne dzieci, które się przystosowały do tego, że inni są od nich ważniejsi. Dotyczy to głównie kobiet (choć nie tylko). Dzieci mają bardzo często do czynienia z wybuchami złości rodziców i innych dorosłych i jednocześnie z całkowitym zakazem wyrażania złości, niezgody, buntu. Niektóre (wrażliwsze, delikatniejsze, nieznajdujące nigdzie wsparcia) ugną się, zduszą sprzeciw w sobie, znajdując wraz z biegiem życia coraz bardziej racjonalne uzasadnienia swego lęku przed wyrażaniem złości. Inne (silniejsze, odporniejsze) mogą wdać się w wieczną walkę ze światem, permanentny bunt, najczęściej bez świadomości, że ciągle walczą ze swoimi rodzicami o niezależność. Z domów, gdzie nikt się nie kłócił, nie było mowy o złości, wyrastają za to ci „lepsi od innych”, którzy się niezwykle dziwią, że inni się kłócą ze sobą wprost, ale sami nie zauważają, jak zakłamana i pełna wyższości jest ich postawa. I nie wiedzą, dlaczego im tak duszno w środku.

Trudno nam ze złością. I cudzą, i własną. Złość należy do uczuć przezywanych jako przykre, nawet bardzo dotkliwe. Ale jak bez niej żyć? Skąd byśmy wiedzieli, że gdzieś lub z kimś nam nie jest dobrze? Że ktoś nas oszukał, że się z czymś nie zgadzamy, że coś nas oburza i gniewa! Że o coś ważnego chcemy walczyć.

Wymyśliliśmy asertywność. Uczenie się umiejętności bronienia siebie z jednoczesnym pamiętaniem o prawach innych ludzi. Warto się uczyć, jak wyrażać siebie we wszystkich przejawach, nie krzywdząc innych (UWAGA – to nie znaczy „nie robiąc im przykrości”). Owo słynne: „Nie powiem jej tego, co czuje, bo jej będzie przykro”, należy czytać jako: „Mamusia mnie wspaniale wytresowała, żeby cudze stany były dla mnie ważniejsze niż mój własny”. To jest postawa tzw. dobrych ludzi. Są mili. Zawsze. Zawsze słyszysz od nich TAK. A już na pewno nie znasz ich NIE. Nie wiesz i być może nigdy się nie dowiesz, czy cię naprawdę lubią (bo nie wolno im powiedzieć, że cię nie lubią) albo czy rzeczywiście chcieli pojechać w góry zamiast nad morze. Często oni sami tego nie wiedzą… Nie wiedzą, więc się nie sprzeciwiają. Pozwalają sobą rządzić. To kto inny zdecydował, co mają robić. Więc oni są zawsze niewinni, że ten świat taki jest.

Myli nam się złość z przemocą. Dziecko, na które zawsze wrzeszczano lub je bito, boi się przemocy i marzy, zupełnie nierealistycznie, że spotka miłość albo opiekę zupełnie bez złości. Złość jest uczuciem, które jak wszystkie inne mija po prawdziwym ujawnieniu, jest wyrażeniem siebie i swojego stanu. Przemoc to wkraczanie na cudze terytorium, nieliczenie się z granicami drugiego człowieka. Rządzenie nim przez wywoływanie lęku. Na pewno nie powiem wam: nie bójcie się przemocy. Jest się czego bać. Czasem można się jej sprzeciwić i walczyć, ale czasem trzeba wiać. Wiele szkół myślenia o życiu i duchowości zaprzecza temu, że złość ma wartość, jest potrzebna. Chcą człowieka uanielić. Ale człowiek aniołem nie jest. Staje się najwyżej zakłamanym człowiekiem.

Katarzyna Miller - psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym

  1. Psychologia

Szczęście jest zaraźliwe. Jak się nim dzielić?

Największym darem, jaki możemy komuś ofiarować, jest wyrażenie tego, co jest dla nas piękne, dobre, co nas zachwyca, uszczęśliwia, bo w ten sposób przekazujemy tę pałeczkę szczęścia dalej. (Fot. iStock)
Największym darem, jaki możemy komuś ofiarować, jest wyrażenie tego, co jest dla nas piękne, dobre, co nas zachwyca, uszczęśliwia, bo w ten sposób przekazujemy tę pałeczkę szczęścia dalej. (Fot. iStock)
Największy dar, jaki możemy komuś ofiarować, to wyrazić to, co jest dla nas piękne, dobre, co nas zachwyca, bo w ten sposób przekazujemy pałeczkę szczęścia dalej – mówi trenerka rozwoju osobistego Małgorzata Jakubczak.

Dlaczego o wiele łatwiej nam wyrzucić z siebie złość, niż podzielić się z kimś radością? Czasem zachowujemy się tak, jakby radość była czymś wstydliwym.
W dramatycznych sytuacjach, w których targają nami trudne emocje, wspiera nas chemia, czyli hormony stresu. Działają one tak silnie, że reagują niejako za nas. Natomiast w sytuacjach emocjonalnie mniej gwałtownych do głosu dochodzi serce, czyli coś niezwykle intymnego. Kiedy poczujemy się wspaniale, spokojnie, bezpiecznie, kiedy doświadczamy stanów wzruszenia, wdzięczności, szczęśliwości, to jest to coś tak osobistego, co dotyka naszych najgłębszych pokładów odczuwania, że trudno nam dopuścić do tego innych ludzi.

Żeby dzielić się uczuciami z drugim człowiekiem, trzeba się najpierw przed nim otworzyć. A my się tego boimy.
To po pierwsze. A po drugie – tak naprawdę wzrusza nas i raduje to, co jest związane z naszymi najgłębszymi pragnieniami i wartościami. Kiedy mówimy o tym, co nas cieszy, to tak naprawdę mówimy o tym, co jest dla nas bardzo ważne. Oto dostąpiliśmy radości, która wynika z zaspokojenia naszych wartości i potrzeb. Moim zdaniem może rodzić to swego rodzaju wstydliwość. Po trzecie – nie mamy za dużego doświadczenia w wyrażaniu uczuć, w których nie chodzi o zmienianie drugiego człowieka. Bo kiedy się na kogoś złościmy, to tak naprawdę naszą ukrytą motywacją jest chęć zmiany osoby, wobec której złość wyrażamy. A w momencie, kiedy mówimy: „Jestem uradowana, szczęśliwa, rozczulona” – to niczego od nikogo nie chcemy, poza tym, żeby się podzielić dobrym słowem, radością. Nie mamy wtedy poczucia, które tak naprawdę jest ułudą, że możemy jakoś zarządzać sytuacją (takie poczucie mamy, gdy się złościmy). Wyrażenie radości niczego nie zmienia na poziomie faktów – nikt nie zacznie przepraszać, ubolewać, wstydzić się, więc nie stanie się nic takiego, co mogłoby dać nam poczucie sprawczości. Myślę, że to dlatego wyrażanie radości jest takie trudne.

Powinniśmy pamiętać, że złość zawsze rodzi złość, a uśmiech – uśmiech.
To prawda. Jesteśmy bowiem genetycznie wyposażeni w tak zwane neurony lustrzane, które sprawiają, że mamy naturalną zdolność do empatii, do odczuwania tego, co czuje drugi człowiek. Czyli w momencie, kiedy ktoś cierpi, my też współcierpimy, a gdy ktoś się raduje, my też zaczynamy się radować. To dlatego dzielenie się radością, wdzięcznością, szczęściem jest takie cenne. Tak naprawdę największym darem, jaki możemy komuś ofiarować, jest wyrażenie tego, co jest dla nas piękne, dobre, co nas zachwyca, uszczęśliwia, bo w ten sposób przekazujemy tę pałeczkę szczęścia dalej.

To bardzo twórcze zadanie!
Także wartościowe i cenne społecznie. Ludzie, którzy wyrażają otwarcie dobre uczucia, multiplikują je tak, jak się multiplikuje wszystko, w czym się synergicznie uczestniczy. W ten sposób pozwalamy radości płynąć szerokim strumieniem.

Do wyrażania ciepłych uczuć potrzebne są jednak jakieś narzędzia, a my ich nie mamy.
Pierwszym krokiem jest oswojenie słów, które pomogą nam powiedzieć, że na przykład czujemy rozrzewnienie, wzruszenie, wdzięczność, radość, ulgę, szczęście. Bez słów trudno wyrazić to, co czujemy. Uważam, że powinniśmy uczyć się mówienia zdań typu: „Bardzo się cieszę. Jestem ci wdzięczna. Mam dla ciebie dużo uznania. Ufam ci”. Jeżeli będziemy ćwiczyć się w ich używaniu, jeżeli powtórzymy je raz, drugi, trzeci, to zadomowią się w naszym aktywnym słowniku, co z kolei spowoduje, że następnym razem łatwiej nam będzie po nie sięgnąć. Rada więc jest bardzo prosta: dzielić się przyjemnymi uczuciami z jak największą liczbą osób.

Pokazałaś mi w praktyce, jak to się robi. Kiedy zadzwoniłam do ciebie po miesiącach milczenia, nie zareagowałaś wyrzutem, tylko wykrzyknęłaś z radością: „Jak się cieszę, że dzwonisz!”. Dlaczego jedni potrafią okazywać radość, a inni nie?
Myślę, że ma to związek z poziomem samoświadomości. Wierzę, że kiedy człowiek jest bardziej świadomy siebie, tego wszystkiego, czego doświadcza, jaką moc ma nasz umysł, to po prostu wie, że każdą sytuację, na przykład to, że ktoś nie dzwoni przez rok, można zobaczyć i zinterpretować na sto sposobów. Ja wolę wybierać jasną stronę życia.

Można się tego nauczyć?
Być może są tacy ludzie, którzy rodzą się optymistami. Natomiast ja wierzę, że to jest nie tylko kwestia osobistych wrodzonych predyspozycji, ale również rozwijania określonych kompetencji osobistych. Jako nauczycielka mindfulness chcę podkreślić, że trening umysłu wpływa na nasze postrzeganie świata, zarządzenie uwagą i emocjami oraz świadome wyrażanie siebie. W każdej sytuacji możemy dostrzec coś okropnego albo coś dobrego. Im bardziej człowiek jest świadomy siebie samego, swoich uczuć, tym bardziej dostrzega, że ma wpływ na rzeczywistość, że tak naprawdę sam dokonuje wyboru, gdzie skieruje uwagę: czy na to, co niefajne, czy na to, co fajne.

Ktoś może zapytać: a dlaczego mam nie kierować uwagi na to, co niefajne?
Dlatego, że uwaga jest rodzajem energii życiowej, która wzmacnia to, na czym się skupiamy. Jeżeli kieruję uwagę na przykre aspekty sytuacji, to tym samym niejako automatycznie je wzmacniam. I odwrotnie – jeżeli zaakcentuję swoją uwagą radość, przyjemność, wyjątkowość, to z kolei wzmacniam te aspekty życia. Zawsze potęguję to, na czym się skupiam. Życzenia, komplementy, wyrażanie dobrych uczuć – to nie są tylko czcze, dekoracyjne słowa, one mają moc. Wyrażając je, inwestujemy swoją życiową energię w coś dobrego.

W pozytywnej energii wszyscy poczujemy się lepiej i może choć trochę ten świat stanie się lepszy.
Jeśli potrafimy wyobrazić sobie, że wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni, że tworzymy łańcuch współzależności, to można bardzo łatwo sobie wyobrazić, że kiedy pani A nakrzyczy na niżej postawioną w hierarchii panią B, to pani B będzie w pracy niemiła dla podwładnych...

To klasyczna „kolejność dziobania”.
Ale tak samo działa kolejność uśmiechania się! Jeżeli pani A uśmiechnie się serdecznie do pani B, to ona będzie miła w pracy i na koniec dnia sto osób będzie zadowolonych. Ktoś jednak musi zacząć.

Małgorzata Jakubczak trenerka rozwoju osobistego, pierwsza w Polsce nauczycielka MBSR (Mindfulness Based Stress Reduction), programu opracowanego przez zespół pod kierunkiem profesora Jona Kabata-Zinna. Prowadzi Polski Instytut Mindfulness.

  1. Psychologia

Nie bój się płaczu – przynosi ulgę i pomaga rozładować emocje

Płacząc, wyrażamy żałobę, smutek, strach, obawę, gniew, wściekłość, bezsilność. Ale płaczemy także z radości, ze szczęścia, w momentach podniosłego wzruszenia, w akcie rozkoszy czy w chwili najgłębszej ulgi. (Fot. iStock)
Płacząc, wyrażamy żałobę, smutek, strach, obawę, gniew, wściekłość, bezsilność. Ale płaczemy także z radości, ze szczęścia, w momentach podniosłego wzruszenia, w akcie rozkoszy czy w chwili najgłębszej ulgi. (Fot. iStock)
Płacz przynosi ulgę i pomaga rozładować nagromadzone emocje. Głęboki szloch zdejmuje z nas ciężar smutku i bólu. Łzy radości potwierdzają uroczystość chwili. Płacz ma wielką siłę, która może otworzyć i uzdrowić serca, a nawet odmienić życie.

Płacząc, wyrażamy żałobę, smutek, strach, obawę, gniew, wściekłość, bezsilność. Ale płaczemy także z radości, ze szczęścia, w momentach podniosłego wzruszenia, w akcie rozkoszy czy w chwili najgłębszej ulgi. Rodzące kobiety zalewają się łzami, jęcząc z bólu, mężczyźni pozwalają sobie na płacz, kiedy pokonują przeciwnika w konkurencjach sportowych. Czasami płacz może być przejawem istnienia kłębowiska nierozpoznanych uczuć, które domagają się ujawnienia.

Od zarania dziejów płaczowi i łzom przypisywano ogromną moc. W baśniach łzy kruszą zatwardziałe serca, przyczyniają się do wylewu rzek, rozpryśnięte po ziemi potrafią wywołać duchy. Mogą przywracać wzrok, leczyć rany, a nawet inicjować poczęcie. Śpiew i łzy ciągle odradzającego się Feniksa posiadały uzdrowicielską moc. W zielarstwie i medycynie ludowej łzy stanowiły spoiwo leczniczych składników. W chrześcijaństwie, szczególnie wschodnim, oddawano się ascezie i modlitwom, by dostąpić świętego daru łez. Był on gwarancją, że prośby zanoszone do Boga będą wysłuchane. W licznych mitologiach płacz służył przebłaganiu bogów, był także daniną dla dusz odchodzących do innego świata. W wielu kulturach popularna była instytucja płaczek (staropolskich płacznic), kobiet wynajmowanych, by opłakiwały zmarłego, okazywały ból i rozpacz w trakcie pogrzebu. Artyści od wieków poszukiwali formy odpowiedniej do wyrażenia żalu i straty po zmarłych, tworząc treny, lamenty, epitafia, msze i marsze żałobne, rzeźby nagrobkowe i mauzolea.

Anatomia płaczu

Czym jest płacz? To reakcja fizjologiczna na emocjonalne bodźce objawiająca się zaczerwienieniem twarzy, zmarszczonym czołem, opuszczonymi kącikami ust, najczęściej oczami pełnymi łez, choć można także płakać „na sucho”. Pojawić może się również pocenie, ucisk w żołądku, zaciśnięte gardło.

Płaczowi wtórują przeróżne odgłosy: szlochy, westchnienia, zawodzenia i jęki. Można płakać dyskretnie albo całkowicie pogrążyć się w rozpaczy, bezgłośnie łkać lub lamentować wniebogłosy. Stopniowe nasilanie się ekspresji płaczu to przechodzenie od rozczulenia czy wzruszenia do roztrzęsienia i utraty panowania nad sobą, którym towarzyszy drganie dolnej wargi i napływ łez utrudniających widzenie oraz wzdychanie akcentujące wdech. Sygnalizują one izolację, odwrót płaczącej osoby od świata zewnętrznego. Moment płaczu to akt wewnętrznej kapitulacji. W obliczu sytuacji, na którą nie ma odpowiedzi, kiedy zawodzą najbardziej nawet ekspresyjne gesty i słowa, człowiek „oddaje się” swojemu ciału.

Siostry płaczu, łzy, powstają ze słonawego, lekko zasadowego przezroczystego płynu. Łzy zwilżają i obmywają spojówkę i rogówkę oka, spływają do jeziorka łzowego i dalej do przewodu nosowo łzowego. Wydzielanie łez jest ciągłe i regulowane przez układ nerwowy, nasila się pod wpływem czynników psychicznych. Ci, którzy mają „oczy w wilgotnym miejscu”, niemal na zawołanie potrafią zalać się łzami. Niektórym łatwo „pocą się” oczy – stają się wilgotne pod wpływem najdrobniejszej emocji. Jeszcze inni nigdy nie uronili ani jednej łzy.

Chłopaki nie płaczą

Płaczemy pod wpływem emocji zrodzonych w relacjach z innymi istotami, samym sobą oraz wywołanych wydarzeniami świata zewnętrznego. Podobne okoliczności nie muszą powodować u różnych osób tych samych reakcji. To, kto i kiedy pozwala sobie na płacz, jest uwarunkowane przyjętymi normami społecznymi. Najchętniej i najczęściej płaczą dzieci, sygnalizując w ten sposób swoje potrzeby i wyrażając uczucia. Płacz dość łatwo przychodzi większości kobiet, które od najmłodszych lat zyskują przyzwolenie na to, by być delikatnymi istotami. Dlatego często zamieniają agresję na łzy, ponieważ prościej jest im demonstrować słabość i krzywdę niż złość.

Jednak najpoważniejszy kłopot z ekspresją płaczu mają dzisiaj mężczyźni, którzy uważają smutek, zwłaszcza gdy towarzyszą mu łzy, za słabość nie do przyjęcia. Dla nich powstrzymywanie się od płaczu jest oznaką siły. Dlatego wkładają dużo wysiłku w stłumienie go i zamiast płakać, wpadają w irytację i złość. Warto chyba przypomnieć, że wzorzec „mężczyzny, który nigdy nie płacze”, nie jest ani „naturalny”, ani uniwersalny, również w dziejach europejskiej cywilizacji. Historia pokazuje, że w ubiegłych wiekach i najwięksi, i najmężniejsi oddawali się we władanie płaczu, rozumiejąc, że sztywność w obliczu straty to nie to samo co odwaga w obliczu niebezpieczeństwa. Publicznie ronili łzy Michał Anioł, Peter Paul Rubens, Ludwik van Beethoven, Ryszard Wagner, a nawet żelazny kanclerz Otto von Bismarck.

Płaczu nie można ukryć, ale można go udawać. Dlatego używany jest jako doskonałe narzędzie manipulacji, kiedy nie udaje się osiągnąć zamierzonego celu rozmową, perswazją, groźbą. Z drugiej strony stanowi także wyraz najgłębszego zaufania, kiedy pozwalamy sobie na niego w obecności innych osób. To właśnie wtedy sygnalizujemy, że emocje są ważne, że nie musimy udawać szczęśliwych. A dla nas samych może to być nieoczekiwany znak, że brakuje nam czegoś, czego nie potrafimy nazwać. Płacz jest zaraźliwy, o czym świadczy wtórująca reakcja dzieci na malucha pogrążonego w rozpaczy.

Uleczanie poprzez płacz

Chroniczny płacz towarzyszący ludziom najczęściej jest objawem depresji. Może wtedy stać się destrukcyjną siłą. Ale w płaczu tkwi też moc, która pozwoli na rozpoznanie różnych emocji i oczyszczenie się z nich. Mityczny Odyseusz po 20-letniej tułaczce padł na ziemię ojczystej Itaki i płakał całą godzinę. Potem podniósł się uwolniony od brzemienia długotrwałych smutków i niedoli. Matka, której dziecko gubi się na kilka godzin czy dni, jest zdolna do płaczu dopiero w chwili odnalezienia jej skarbu, kiedy może dać upust całej gamie uczuć, od strachu po rozpacz. Człowiek, który stracił najbliższą osobę, potrafi zastygnąć w niemym bólu na wiele lat, ale opłakiwanie ukochanej istoty i świadome pożegnanie się z nią pomoże mu wydobyć się z rozpaczy.

Od czasów Freuda psychologowie wiedzą, że niezdolność do reagowania płaczem na stratę może być przyczyną depresji lub melancholii. Uzdrowiciele, szamani i terapeuci od dawna wykorzystywali uleczającą siłę płaczu. Oni wiedzą, że przełomowe są pierwsze łzy, na które pozwala sobie pacjent. Kluczowe w takim leczeniu jest przyzwolenie na płacz i świadome wchodzenie w ten stan, co pomaga dotknąć najtrudniejszych emocji. Jest to ciężka próba dostąpienia naturalnej dla małych dzieci łaski płaczu, tak jakbyśmy starali się odzyskać naszą niewinność.

Płacz jest naszym głównym sposobem wyzwalania napięć i jedynym, jaki zna niemowlę. Najczęściej w procesie wychowania w pewnym momencie następuje brak tolerancji rodziców dla wyrażania przez ich dziecko emocji płaczem. Stopniowo mały człowiek uczy się tłumić swój płacz, ale odruch płaczu tkwi w ciele i zostaje zablokowany, skoro nie może się wyrazić. Udaje się go uaktywnić nawet po latach poprzez terapie lub silne przeżycie. Podczas hawajskiego masażu lomi lomi nui, który jest działaniem nie tylko na poziomie ciała, ale i emocji, może płakać zarówno pacjent, jak i masażysta.

Twórca bioenergetyki, metody łączącej analizę i pracę z ciałem, Alexander Lowen przyczyn wielu blokad dopatruje się właśnie w stłumieniu płaczu, które rujnuje nasze narządy wewnętrzne. W swojej terapii uczy, by nie bać się smutku, jaki nosimy w sobie. Tłumaczy, że możemy pozwolić sobie na płacz i przerażenie, nawet gdy wydaje nam się przepastne jak studnia bez dna. Popadnięcie w rozpacz oznacza dla większości ludzi ograniczenie samokontroli, więc panicznie boją się, że utoną, gdy się mu poddadzą. Lowen przeprowadza pacjenta przez jego rozpacz, pomagając mu uzmysłowić sobie, że jest ona powiązana z dawnymi przeżyciami. Uleczenie przychodzi, gdy płacz jest na tyle głęboki, że pozwala dotrzeć do samego dna owej studni, dotknąć jeszcze raz stłumionych emocji, rozpoznać je i pożegnać się z nimi. Wielu terapeutów, wśród nich Bert Hellinger, który opracował oryginalną metodę porządkowania pogmatwanych więzi rodzinnych, tzw. ustawienia rodzinne, uważa, że niewypłakana rozpacz powoduje napięcie wokół oczu, które może być przyczyną uporczywych migren. Autor książki „Miłość, medycyna i cuda”, lekarz Bernie S. Siegel ostrzega, że osoby, które nie płaczą i nie uzewnętrzniają emocji, częściej od innych zapadają na choroby serca.

Są ludzie, którzy modlą się o to, by móc zapłakać, tak jak mieszkańcy pustyni błagają bogów o deszcz. Bo tak jak ziemia bez wody wysycha i pęka, tak życie bez łez staje się emocjonalną pustynią. A ktoś, kto nie potrafi płakać, nie umie naprawdę się cieszyć. Nie bójmy się płaczu i dzielmy się nim z innymi tak, jak wspólnie potrafimy przeżywać radość.

  1. Psychologia

W poszukiwaniu równowagi. Jakie powinny być związki, żeby miały szansę przetrwać?

John Gray, autor książki „Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus”, twierdzi, że współcześnie kobiety w większym stopniu przejawiają swój męski aspekt, a w odpowiedzi na to mężczyźni coraz śmielej ujawniają kobiecy. (Fot. iStock)
John Gray, autor książki „Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus”, twierdzi, że współcześnie kobiety w większym stopniu przejawiają swój męski aspekt, a w odpowiedzi na to mężczyźni coraz śmielej ujawniają kobiecy. (Fot. iStock)
Mamy już to, o co się biłyśmy: równouprawnienie, niezależność, partnerstwo. Osiągamy sukcesy zawodowe, realizujemy siebie, wybieramy, jak chcemy żyć. Czy to przekłada się na szczęście i trwałość związków? Okazuje się, że niekoniecznie.

Można by westchnąć z ulgą: nareszcie współczesne młode kobiety potrafią realizować swoje ambicje zawodowe, wspólnie z partnerem podejmować decyzje, czy i kiedy chcą mieć dzieci, kto i jak długo zostaje z nimi w domu.

Można by, gdyby nie kryzys małżeństwa, i to na całym świecie. Nawet w Norwegii, kraju szczycącym się dbałością o równouprawnienie we wszystkich sferach życia, gdzie niestosowne jest choćby sugerowanie, że kobieta i mężczyzna są różni. Mimo to właśnie tam odnotowuje się duży odsetek rozwodów, coraz mniej też ludzi decyduje się na małżeństwa.

Dlaczego zatem jest tak źle, skoro jest tak dobrze?

O jeden krok za daleko

John Gray, autor popularnej książki „Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus”, twierdzi, że jedną z głównych przyczyn problemów w związkach jest rozmycie się linii podziału między płciami. W najnowszej książce „Marsjanie i Wenusjanki. Nowe wyzwania” zauważa, że dawniej tkwiliśmy na jednym biegunie: mężczyźni tłumili swoją kobiecą stronę, a kobiety męską, choć wiadomo, że wszyscy mamy obie. Teraz, kiedy każda z płci odzyskała dostęp do swej kobiecości i męskości, wiele osób przeszło na drugi, skrajny biegun – kobiety w większym stopniu przejawiają swój męski aspekt, a w odpowiedzi na to mężczyźni coraz śmielej ujawniają kobiecy. To przyniosło bardzo dużo dobrych skutków, jak choćby większą swobodę bycia sobą czy dzielenie się domowymi obowiązkami. Ale wzrostu liczby trwałych i szczęśliwych związków ta zmiana nie przyniosła.

Na czym polega paradoks? Zdaniem Graya między innymi na tym, że dzisiaj ignoruje się różnice między płciami. A one są, i to na podstawowym, biologicznym (w tym hormonalnym) poziomie.

Gray mówi tak: Większość współczesnych kobiet przejawia w pracy swoją męską stronę. I nic w tym złego. Ale po powrocie do domu są tak zmęczone, że nie mają siły i ochoty na dbanie o stronę kobiecą. Na terapii przyznają, że nauczyły się, jak być asertywne, pewne siebie, jak tłumić emocje, podejmować decyzje. I przez pewien czas odczuwają z tego powodu dumę. W którymś momencie zaczynają jednak czuć, że płacą za to wysoką cenę: są zestresowane, cierpią na choroby psycho­somatyczne, depresję. Bo widzą, że choć to wszystko osiągnęły, choć czasem to one głównie utrzymują rodzinę, nie są szczęśliwe, tracą kontakt z dziećmi, oddalają się od męża.

Gray tłumaczy, dlaczego tak się dzieje. Otóż dlatego, że kobieta, odwołując się do swojej męskości w pracy i w domu, zwiększa poziom testosteronu w organizmie. Okazuje się bowiem, że poziom hormonów żeńskich i męskich zależy także od tego, co i jak robimy. Kobieta pracująca w sposób stereotypowo męski, czyli twardy, bezkompromisowy, funduje sobie wzrost testosteronu, co upodabnia ją pod względem hormonalnym do mężczyzny. Z kolei mężczyzna przejmujący rolę stereotypowo kobiecą (opieka nad dziećmi) pobudza wzrost progesteronu. A chodzi o to, żeby kobiety i mężczyźni zadbali o zachowanie równowagi między tym, co w nich kobiece i męskie. A u każdego z nich ta równowaga jest inna. Mężczyzna realizujący swoją kobiecą stronę nadal pozostaje mężczyzną i bardzo różni się od kobiety realizującej swoją męską stronę. Kiedy zapominamy o tych różnicach, twierdzi Gray, trudniej nam uświadomić sobie, że potrzebujemy specyficznego i odmiennego wsparcia emocjonalnego. Efekt? Żadna z płci nie otrzymuje tego, czego oczekuje.

Jak Adam Ewie, tak Ewa Adamowi

Jakie zatem powinny być według Graya związki, żeby miały szansę  przetrwać? Po pierwsze, partnerzy powinni nie tylko dopuszczać do głosu obie strony swojej natury, ale także je równoważyć. Po drugie – muszą akceptować swoją odmienność i wiedzieć, jak się nawzajem wspierać emocjonalnie. Oni muszą wiedzieć, że kobiety robiące kariery potrzebują progesteronowego zastrzyku: okazywania im miłości, czułości, przytulania, komplementowania, zapewnienia wypoczynku. Natomiast kobiety, które wybrały opiekę nad dziećmi i prowadzenie domu, potrzebują zachęty do podejmowania wyzwań poza domem, na przykład studiowania, robienia prawa jazdy (zastrzyku testosteronowego). To pozwoli im odzyskać harmonię hormonalną i złagodzić stres wynikający z dotychczasowego braku równowagi.

Kobiety z kolei powinny wiedzieć, że mężczyzna zajmujący się domem i dziećmi, czyli odwołujący się do swoich kobiecych cech i kompetencji, potrzebuje uznania, zauważenia swoich starań, docenienia osiągnięć, bo gdy to wszystko otrzymuje, wzrasta poziom testosteronu w jego organizmie. A jeśli robi karierę, to dobrze, by w domu zajmował się dziećmi, wyciszał się, bo dzięki temu podwyższy poziom progesteronu. Chodzi o to, żeby mężczyźni tak jak kobiety równoważyli swoją męską i kobiecą stronę.

Jak donosi Gray, nowe odkrycia dotyczące różnic między płciami (w tym hormonalnych) pokazują, że jeśli kobieta chce sprawić, żeby mężczyzna się otworzył, musi go akceptować i doceniać. A jeśli mężczyźnie zależy na otwarciu się kobiety, powinien słuchać tego, co ona mówi, i okazywać jej zrozumienie. Bo kiedy obdarzamy partnera miłością, jakiej naprawdę potrzebuje, otrzymujemy w zamian to samo.

Można się z Grayem nie zgadzać, ale jego postulaty warte są zastanowienia. Bo o ile dotąd nadrabialiśmy zaniedbania w myśleniu o sobie, to teraz powinniśmy zrobić krok dalej i zadbać o potrzeby partnera. Emocjonalne, bo o te materialne na ogół potrafi zadbać sam.