1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak wyleczyć się z traumy?

Jak wyleczyć się z traumy?

Trauma szokowa jest wynikiem przeżyć, na które składają się trzy czynniki: za dużo, za szybko i za nagle. (Fot. iStock)
Trauma szokowa jest wynikiem przeżyć, na które składają się trzy czynniki: za dużo, za szybko i za nagle. (Fot. iStock)
Zdaniem dr. Petera A. Levine’a, trauma nie zawsze jest wynikiem wielkiej katastrofy. Może doprowadzić do niej seria pozornie małych niepowodzeń. I choć mózg już o nich dawno zapomniał, to ciało magazynuje trudne doświadczenia. O Somatic Experiencing, metodzie pracy z traumą poprzez ciało, opowiada psychoterapeutka Dorota Hołówka.

Metoda leczenia z traumy Somatic Experiencing wydaje się bardzo nowatorska. Jej autor, dr Peter A. Levine, uważa, że człowiek rodzi się ze zdolnością do przezwyciężania traumy.
Somatic Experiencing (SE), metoda, którą do Polski wprowadził Instytut Terapii Psychosomatycznej, zajmuje się głównie traumą szokową, czyli przeżyciami, na które składają się trzy czynniki: za dużo, za szybko i za nagle. W takich sytuacjach układ nerwowy nie jest w stanie zintegrować tego, czego człowiek doświadcza na poziomie emocjonalnym. Przykładem może być wypadek samochodowy, w którym ginie bliska osoba. Organizm, żeby móc przetrwać i ochronić się przed odczuwaniem cierpienia, wchodzi w fazę ucieczki albo zamarcia.

Doktor Levine obserwował zwierzęta i zauważył, że gdy przetrwają zagrożenie, zaczynają mocno drżeć. W ten sposób wyładowują napięcie mięśniowe, pojawiające się wskutek silnego stresu, a ich układ nerwowy sam się reguluje i trauma znika. U ludzi nie jest to takie proste. Długo rozpamiętujemy trudne sytuacje, zaczynamy fantazjować, tworzyć czarne myśli i ciągle dostarczamy układowi nerwowemu informację, że nie jest bezpiecznie. Często myślimy, że skoro potrafimy opowiadać o bolesnym wydarzeniu, znaczy, że się go pozbyliśmy. Nic bardziej mylnego – mówi nasze ciało, które je przechowuje. Mogą to być ramiona, brzuch, kark, stopy czy dłonie. Są osoby, które budzą się z rękami poranionymi od zaciskania pięści. To, w którym miejscu w ciele zapisuje się trauma, zależy od naszej fizjologii i rodzaju przeżycia. Jeżeli źródłem traumy jest doświadczenie związane z seksualnością, może to być miednica. Tam zamraża się historia. Uwalniamy się od traumy, kiedy bez problemu możemy o niej opowiedzieć i jednocześnie odczuwać swoje ciało, jednak z moich obserwacji wynika, że zazwyczaj tracimy zainteresowanie tą historią.

Czyli rozum stara się przechytrzyć nasze ciało. Jak Somatic Experiencing pomaga uleczyć traumę, którą zamrażamy w ciele?
Terapeuta rozmawia z klientem o tym, co się wydarzyło tuż przed traumatycznym doświadczeniem i zaraz po nim, a nie o samej traumie. Z uwagą i delikatnością pyta, co się w tym czasie dzieje w jego ciele. Peter A. Levine uczy terapeutów, by zauważali moment, w którym klient za bardzo zbliża się do traumatycznego przeżycia. Wtedy należy sięgnąć do zasobów klienta zebranych podczas wcześniejszych sesji. W ten sposób osoba w traumie zaczyna wracać pamięcią i ciałem do chwil sprzed zagrożenia i regulować swoje reakcje w ciele.

Czym są te zasoby klienta?
W czasie pierwszych sesji terapeuta dowiaduje się, co daje klientowi poczucie stabilności w ciele. Pyta: co sprawia, że czujesz się komfortowo, jak to rozpoznajesz? Jakie masz pierwsze skojarzenie z przyjemnością? Może to być sposób siedzenia. Strategiczną postawą, nad którą się pracuje, są dobrze osadzone na podłodze nogi i oparcie pod plecami. Wracając do tej pozycji, osoba w traumie czuje, że się nie przewróci, czuje się bezpiecznie. Jednak nie możemy niczego zakładać – to klient sam dla siebie ma odnaleźć poczucie stabilności. Zasobami są również obrazy, np. plaża, góra, otwarta przestrzeń czy kolory, zapachy, dotyk, dźwięki. Klient zauważa: „O, wstrzymałem oddech, co będzie, jak zacznę swobodnie oddychać?”. I wtedy może przyjść mu na myśl jakiś obraz. Układ nerwowy zaczyna sam się regulować.

Czasem trudno rozpoznać i nazwać odczucia w ciele.
Tak, dlatego to długi proces. Jako terapeutka nie mogę pospieszać, oceniać, podpowiadać, bo wiem lepiej. Ważny tu jest szacunek i zaufanie do klienta. W końcu sam zaczyna mówić, że odczuwa lekkie napięcie, że ma spłycony oddech i uczy się rozluźniać. Zauważa, że jeśli w tym momencie skupia się na oddechu, oddech się wydłuża i zaczyna ufać ciału. Często w przypadku traumy ciało jest dla nas piekłem. Nie chcemy poczuć smutku, tłumacząc sobie, że to oznaka słabości i trzeba go stłumić, a okazuje się, że tak naprawdę za smutkiem kryje się wielka rozpacz, przerażenie, których się boimy. Ze strachu, że się rozpadniemy, nie dopuszczamy do siebie tego przerażenia. Trzymamy je w ciele i blokujemy. Na prośbę: „Spróbuj to poczuć”, często słyszę od klienta: „Nie chcę, bo się rozpadnę”. Ciało wysyła sygnał: „Nie przeżyjesz tego”. Wtedy cofamy się i łapiemy moment tuż sprzed tego smutku. I tak zaczyna się nauka, jak wchodzić w stan równowagi, korzystając z własnych zasobów.

No dobrze, w czasie sesji w obecności terapeuty osoba w traumie zaczyna się dobrze czuć, potrafi nazwać odczucia w ciele, przywołać dobre skojarzenie, wyregulować układ nerwowy. Ale co dzieje się po wyjściu z gabinetu, po skończeniu terapii? W dalszym życiu? Czy SE jest skuteczne długoterminowo?
Tak. Terapia kończy się dopiero, gdy klient wyjdzie całkowicie z traumy. Sesje Levine’a z żołnierzami są najlepszym tego dowodem. Żołnierze uwalniali się od tików, które pojawiły się na skutek doświadczenia np. huku bomb. W tej metodzie najważniejsze jest, że terapeuta tylko zadaje pytania, a klient sam uczy się, jak może sobie pomóc. Gdy wyjdzie na zewnątrz, nie zapomni tego, bo sam do tego doszedł, sam się rozluźnił, skorzystał z oparcia czy przywołał wspierający obraz. Terapeuta dodatkowo wzmacnia tę naukę. Zatrzymuje się na momentach rozluźnienia i dopytuje. Przepracowujemy te momenty jakby w zwolnionym tempie. Obserwujemy wspólnie, że ciało inaczej reaguje w chwili zagrożenia. Nie wpada już tak łatwo w panikę, bo mimowolnie czerpie z tych zasobów, których wcześniej nie było świadome.

Na przykład?
Kiedy widzę wypadek, roztrzaskany samochód, krew, pogotowie, słyszę wycie syreny – moje ciało ma już utrwalone obrazy i skojarzenia, które nie pozwolą mi wpaść w panikę i wrócić do mojej historii. Już mam przepracowaną traumę na wszystkich poziomach i na to miejsce pojawia się skojarzenie, które wypracowałam – ten obraz czy dźwięk mnie reguluje. Ciało zaczyna odwracać proces, a ja pozostaję w równowadze.

Czy Somatic Experiencing jest metodą stosowaną w szpitalach? Czy idzie w parze z terapiami farmakologicznymi?
Niestety, nie idzie w parze, bo zazwyczaj lekarze są zamknięci na takie metody. Moje koleżanki psycholożki pracujące w szpitalach są osamotnione w działaniu, bo nikt nie traktuje poważnie metod, które stosują. A ci lekarze, którzy poza farmakologią chcieliby wprowadzać inne formy terapii czy badać ich skuteczność, muszą to robić, mówiąc kolokwialnie, „poza protokołem”. Inaczej wygląda to np. w krajach skandynawskich czy w Izraelu, gdzie nawet dofinansowuje się szkolenia w zakresie SE.

Mam wrażenie, że ci, którzy potrzebują pomocy w leczeniu traumy, nie są świadomi, że takie metody jak Somatic Experiencing istnieją i są skuteczne. Jeżeli mamy w swoim otoczeniu osobę, która nie potrafi poradzić sobie z jakimś doświadczeniem, jak możemy namówić ją na pomoc? Nie zrazić, ale nakłonić?
Najpierw proponuję przyjrzeć się sobie: dlaczego ja chcę tej osobie pomóc? To jest niezwykła praca indywidualna. Co takiego we mnie się dzieje, że nie potrafię udźwignąć tego, że ktoś przeżywa traumę? I nie zabrzmi to może naukowo, ale magiczne jest, że jeśli przepracuję niepokój o tę osobę, zwłaszcza gdy dotyczy kogoś bliskiego, np. dziecka, jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności nagle ta osoba zaczyna czuć się lepiej. Warto siebie pytać, co się ze mną dzieje, gdy się martwię o kogoś. To bardzo nas uwalnia, stajemy się odpowiedzialni za nasze relacje. Inny sposób to zapytać tę osobę, czy chce sobie pomóc i uszanować jej odpowiedź, jeśli usłyszymy: nie. Może nie jest gotowa. Nie zakładajmy, że jeśli u kogoś dzieje się coś złego, to potrzebuje pomocy w tym momencie. To naturalne, że chcemy, by bliscy czuli się szczęśliwi. To jest jak z zamartwianiem się. Sama bardzo martwiłam się o bliskich. Zaczęłam się więc temu mechanizmowi przyglądać. Często martwiąc się o kogoś, osłabiamy tę osobę. Stawiamy się w pozycji, że jesteśmy lepsi. Martwię się, czyli uważam, że on jest słaby, że sobie nie da rady. A potem okazuje się, że ten ktoś jest bardzo silny i zaradny. Warto odpowiedzieć sobie na pytanie, czy nasze myślenie wzmacnia osobę, której chcemy pomóc. Prosty przykład: czy jako dziecko lubiłam, kiedy rodzice martwili się o mnie? Gdy pytali: „Dlaczego nie zjadłaś śniadania? Co zrobisz, gdy ci nie pójdzie na spotkaniu?” – jaką wywoływało to reakcję? Raczej taką: „Mamo, uwierz we mnie trochę. Nic mi nie jest, nie jestem głodna. Dam radę”. Nawet jeśli nie komunikujemy bliskiej osobie, że się o nią martwimy, ale tak myślimy, ona to odczuwa i to ją osłabia. Lepiej pomyśleć: co silnego w niej widzę? Ile razy już w życiu sobie poradziła? Zracjonalizowanie, dlaczego chcę pomóc czy dlaczego się martwię, bardziej pomaga niż samo pomaganie. Dopóki nie zobaczę w drugiej osobie potencjału i siły do zmiany, dopóty w żaden sposób jej nie pomogę. To dotyczy wszystkich relacji, również relacji: terapeuta – klient. Jeśli jest to dla mnie trudne, to należy zastąpić chęć pomagania pracą nad sobą.

Dorota Hołówka psycholożka, psychoterapeutka, założycielka Stowarzyszenia Nowa Psychologia. Pracuje m.in. metodą Somatic Experiencing. Twórczyni autorskiego programu pracy z ciałem. Prowadzi cykliczne sesje i warsztaty skupiające się m.in. na uzdrawianiu lęków. 

Tekst pochodzi z archiwalnego wydania magazynu "Sens"

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dlaczego decydujemy się na pomaganie innym? – wyjaśnia psycholożka

Pomagamy na wiele sposobów. Warto jednak zaznaczyć, że ponad 1/3 polskiego społeczeństwa deklaruje udział w akcjach dobroczynnych poprzez wsparcie finansowe lub rzeczowe. Nadal zatem łatwiej nam dzielić się pieniędzmi niż wolnym czasem. (fot. iStock)
Pomagamy na wiele sposobów. Warto jednak zaznaczyć, że ponad 1/3 polskiego społeczeństwa deklaruje udział w akcjach dobroczynnych poprzez wsparcie finansowe lub rzeczowe. Nadal zatem łatwiej nam dzielić się pieniędzmi niż wolnym czasem. (fot. iStock)
Za chęcią niesienia pomocy kryją się różne psychologiczne mechanizmy, wspólne dla wszystkich ludzi. Co, tak naprawdę, nam samym daje angażowanie się w pomoc? - tłumaczy Joanna Gutral, psycholożka z Uniwersytetu SWPS.

Nasza charytatywna aktywność zwiększyła się znacznie w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Polacy coraz chętniej podejmują pomocowe działania, co można zresztą zaobserwować przy okazji pandemii koronawirusa. Służą one nie tylko tym, którzy otrzymują pomoc, ale służą też psychicznemu dobru tych, co pomagają. Zresztą każdy, kto angażuje się chociażby w coroczne finały WOŚP wie, jaka się wówczas „rozchodzi” pozytywna energia.

Pomaganie nie jest nowym przedsięwzięciem. –  Działalność dobroczynna ma długie tradycje. Pojawiła się znacznie wcześniej niż pomoc społeczna organizowana przez państwo i samorząd terytorialny. Powstała z potrzeby pomagania, przekonań wewnętrznych, ale także poczucia obowiązku, a czasem z chęci zyskania rozgłosu – zaznacza prof. Iwona Sierpowska, prawnik z Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu.

Dlaczego pomagamy?

– Przede wszystkim istnieje coś takiego jak wymiana społeczna i norma wzajemności. Wedle tej normy, kiedy pomagamy myślimy o tym, że gdy będziemy w potrzebie, znajdzie się ktoś, kto pomoże nam – i to motywuje nas do wzajemnej pomocy. – podkreśla Joanna Gutral, psycholożka. – To jest taka wiara w to, że nie jesteśmy sami i zawsze znajdzie się ktoś, kto nam pomoże, więc my też powinniśmy pomagać. Poza tym, przyjście komuś z pomocą łagodzi nasz wewnętrzny dyskomfort patrzenia na czyjąś krzywdę. Nie lubimy kiedy komuś dzieje się źle. Zatem wolimy pomóc, żeby to poczucie krzywdy zmniejszyć. To, co również jest ważne: jesteśmy istotami empatycznymi.
Jesteśmy altruistami. A zatem współodczuwanie i chęć pomocy są wpisane w nasze człowieczeństwo. Jest to dość naturalny odruch.

Co nam daje pomaganie? Jakie czerpiemy korzyści psychologiczne?

Pomagając potrzebującym bez wątpienia przyczyniamy się do poprawienia ich sytuacji. Nieważne, czy wpłacamy pieniądze na operację wady serca u dziecka, czy bierzemy udział w karmieniu bezdomnych, czy poświęcamy czas starszym, samotnym ludziom – zawsze dokładamy „cegiełkę” do tego, żeby świat był lepszy. Sami jednak też czerpiemy z tego dawania dobra.

- To, co jest ważne, to że pomaganie jest nagradzające dla nas samych. Lubimy myśleć o sobie dobrze, a myślimy o sobie dobrze wtedy, kiedy dobrze postępujemy. Zatem pomaganie pozwala nam na patrzenie na siebie w pozytywnym świetle – podkreśla psycholożka i dodaje. –  Przez to, że postępujemy dobrze i widzimy się w dobrym świetle, wzrasta nasza samoocena. Poza tym, jako osoby, które pomagają otrzymujemy wsparcie społeczne i aprobatę społeczną. Bezapelacyjnie wszyscy postrzegają pomaganie jako pożądane zachowanie.

Lepsze samopoczucie, wyższa samoocena i przekonanie, że mamy społeczne wsparcie (niemal w każdym społeczeństwie docenia się ludzi, którzy są pomocni) – to jeszcze nie wszystkie profity, jakie daje nam niesienie pomocy. Joanna Gutral podkreśla też, że spotykając się z innymi osobami, które pomagają, zaczynamy przynależeć do pewnych mniejszych społeczności. Poznajemy wówczas osoby, które łączy wspólna pasja (w pomaganiu, w wolontariacie), a to również daje nam wsparcie w życiu i poczucie sprawstwa.

Czym w takim razie kierujemy się przy wyborze celu, który wspieramy? – Przede wszystkim tym, na ile jest on dla nas istotny. Jeżeli interesujemy się zwierzętami, lub jesteśmy miłośnikami zwierząt, to zapewne możemy zdecydować się na to, żeby pomóc zwierzętom w schroniskach. Jeśli kogoś z naszych bliskich, lub nas samych, spotkała jakaś sytuacja zdrowotna, życiowa, losowa, która wymagała wsparcia, to aktywność poznawcza tego zdarzenia na pewno pozwoli na to, aby bardziej skoncentrować się na pomaganiu w tym obszarze. – Joanna Gutral podkreśla, że dane zdarzenie musi być dla nas ważne. – Pomagamy w tych obszarach, które wydają nam się najbardziej istotne, ale przede wszystkim pomagamy z nadzieją na to, że jeżeli znajdziemy się w złej sytuacji - to ktoś pomoże nam.

Jakie formy pomocy najczęściej wybieramy?

– Najchętniej pomagamy finansowo, ponieważ mamy poczucie, że faktycznie dajemy komuś pomoc, a nie wymaga to od nas aż tak dużego poświęcenia czasu. – zaznacza terapeutka – Pomagamy również aktywnie, przez różnego rodzaju wolontariaty. Dobrze jest  taki wolontariat zaaranżować na rzecz pewnej zabawy, miłego spędzania czasu, tak, aby nie tylko mieć poczucie, że dajemy coś z siebie, ale że coś otrzymujemy w zamian za tę pomoc. I tak jak wspomniałam wcześniej: najważniejsze jest to, aby pomóc w obszarze, który uważamy za ważny, ponieważ tylko taka motywacja wewnętrzna pozwoli nam na to, aby w pełni oddać się temu pomaganiu i jednocześnie czerpać z tego satysfakcję.

Źródło: materiały prasowe SWPS

  1. Styl Życia

Daria Mejnartowicz udowadnia, że podróże mogą zmienić życie, nie tylko nasze

Daria Mejnartowicz z dziewczynkami z domu dziecka Avoko Akany Faravohitra w Antananarywie, stolicy Madagaskaru. (Fot. archiwum prywatne)
Daria Mejnartowicz z dziewczynkami z domu dziecka Avoko Akany Faravohitra w Antananarywie, stolicy Madagaskaru. (Fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
W dzieciństwie marzyła o tym, by jeździć po świecie i pomagać innym. Może dlatego, że sobie samej pomóc wtedy nie potrafiła. Dziś, jak sama mówi, pokazuje dziewczynkom i kobietom, jak odbić się od dna i uwierzyć w siebie. Daria Mejnartowicz udowadnia, że podróże mogą zmieniać życie, nie tylko nasze.

W dzieciństwie marzyła o tym, by jeździć po świecie i pomagać innym. Może dlatego, że sobie samej pomóc wtedy nie potrafiła. Dziś, jak sama mówi, pokazuje dziewczynkom i kobietom, jak odbić się od dna i uwierzyć w siebie. Rozmawiamy z Darią Mejnartowicz, która udowadnia, że podróże mogą zmienić życie, nie tylko nasze.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru miesięcznika "Sens" (9/2019).

Chciałam spytać o pani podróże, ale zacznę od lęku przed lataniem. Podobno długo się pani z nim zmagała…
Mój lęk przed lataniem przybierał naprawdę spektakularne rozmiary: uciekałam z lotnisk, w ostatniej chwili wyjmowano mój bagaż z luku… Paul, mój narzeczony, zawsze powtarzał, że latanie jest o wiele bezpieczniejsze od jazdy samochodem, o czym zresztą boleśnie się przekonałam, ale mimo to panicznie bałam się latać. Jestem spod znaku Panny, więc do wszystkiego podchodzę bardzo metodycznie, dlatego przez lata kupowałam mnóstwo audiobooków, DVD i książek na temat opanowywania lęku przed lataniem, mam pokaźną biblioteczkę. Byłam też na kursie na lotnisku Heathrow – Flying Without Fear, prowadzonym przez byłego kapitana brytyjskich linii lotniczych – Keitha Godfreya. A jednak lęk nie mijał. Aż przyszedł taki dzień, już po śmierci Paula, kiedy wracałam od jego rodziny w Londynie – zawsze jeździłam nocnym pociągiem do Niemiec, stamtąd do Brukseli, z Brukseli pociągiem Eurostar przez tunel pod kanałem La Manche – i w tej drodze powrotnej w połowie tunelu zabrakło prądu i pociąg stanął. Nie było nie tylko światła, ale też klimatyzacji, więc robiło się coraz goręcej… To było gorsze od wszystkiego, czego kiedykolwiek doświadczyłam w samolocie, choć nigdy nie doznałam złych rzeczy, chodziło głównie o zamknięcie na małej przestrzeni. Wtedy powiedziałam sobie: „Koniec. Następnym razem lecę samolotem”. Kolejna podróż, w jaką się wybrałam, to był już lot British Airways. Miałam specjalny list od Keitha skierowany do pilota samolotu, w którym on informuje: „to jest Daria, która jest w moim programie Fearful Flyers, opowiedz jej, proszę, o locie i o tym, co się będzie podczas niego działo”. Kapitan wyjaśnił, co trzeba, i dodał, że będziemy trochę krążyć nad lotniskiem, bo jest straszna pogoda…

No nie…
Ale to mnie uspokoiło, wiedziałam przynajmniej, co się będzie działo. Powiedział, że ma nadzieję, że pójdzie nam to sprawnie, bo chce zdążyć na kolację z żoną. Kiedy poznajesz kogoś, kto ma dowieźć cię bezpiecznie na miejsce i w dodatku jest taki wyluzowany, a jednocześnie profesjonalny jak ten pilot, chętniej oddajesz swoje życie w jego ręce. Na dodatek okazało się, że było wolne miejsce w klasie biznes, więc stewardesa przesadziła mnie, żeby móc mieć stale na oku. Kiedy wylądowaliśmy, wręczyła mi szampana ze słowami: „Niech pani weźmie go do domu i świętuje”.

Cudowne zakończenie!
Ale okupione latami zmagań i panicznego lęku. Długo byłam przekonana, że to jest największe ograniczenie w moim życiu, że najtrudniej będzie mi sobie z nim poradzić.

Dlatego, że chciała pani podróżować?
Po prostu chciałam realizować swoją pasję i wtedy wydawało mi się, że nie ma trudniejszego wyzwania. Że łatwiej jest założyć rodzinę, urodzić dziecko, zmienić pracę, a to, ten lęk, jest zupełnie poza moją kontrolą. Teraz się z tego śmieję, bo lęk przed lataniem zwalczyłam, byłam w 73 krajach, a rodziny nie udało mi się założyć, choć bardzo bym chciała.

Podobno kiedy jako dziewczynkę ktoś pytał, na co pani odkłada pieniądze, odpowiadała pani: „na podróże”.
Zawsze miałam ogromną potrzebę, by zarabiać pieniądze i bardzo nie lubiłam ich wydawać. Przez siostry jestem postrzegana jako sknera. Dla mnie shopping na poprawę humoru jest całkowicie irracjonalny. Kiedy czegoś potrzebuję, kupuję to. Proste. Jako dziewczynka nie dostawałam kieszonkowego i nie zawsze alimenty, musiałam na siebie zarabiać. Mojej mamy nie obchodziło, że nie mam zimowych butów, mówiła: „Chcesz buty, idź sobie zarób”. Moją pierwszą pracą było zbieranie jagód, które sprzedawałam potem sąsiadom. Czasem wydawałam te pieniądze na niezbędne rzeczy, ale głównie odkładałam. Oczywiste było, że na to, by jeździć po świecie. Miałam na tym punkcie świra. Kiedy oglądałam w telewizji programy o dzieciach z Afryki, to czułam, że moje całe ciało się rwie, chciałam tam jechać i pomagać. Podróżowanie zawsze było dla mnie jednoznaczne z pomaganiem.

Daria Mejnartowicz w dzieciństwie marzyła o tym, aby jeździć po świecie i pomagać innym. (Fot. archiwum prywatne) Daria Mejnartowicz w dzieciństwie marzyła o tym, aby jeździć po świecie i pomagać innym. (Fot. archiwum prywatne)

Czyli nie tyle marzyła pani o podróżach, co o pomaganiu?
To zaczęło się bardzo wcześnie. Sama pochodziłam z trudnego, choć, jak to się mówi, dobrego domu, moi rodzice – lekarka i student prawa – szybko się rozstali, mama nadużywała alkoholu i, jak później dowiedziałam się z dokumentów, cierpiała na chorobę dwubiegunową. Prawie się nami nie zajmowała, musiałyśmy same dbać o to, by odrobić lekcje czy zorganizować sobie czas wolny. Może dlatego już jako dziecko miałam bardzo rozwiniętą wrażliwość na potrzebujących, a ponieważ nie byłam w stanie pomagać innym dzieciom, mogłam przynajmniej pomagać zwierzętom. Dokarmiałam okoliczne psy i koty, czasem przemycałam je do domu.

Pani historię znam z reportażu w „Wysokich Obcasach” i jest ona wstrząsająca: trauma dzieciństwa, zdrada narzeczonego, niesprawiedliwe zwolnienie z pracy, potem śmierć ukochanego w wypadku, mobbing. Mówi pani, że pomaganie potrafi uratować nam życie. Gdy patrzy pani wstecz, sądzi pani, że pomagając innym, chciała pani pomóc też sobie?
Na pewno. Oczywiście widzę to dopiero dzisiaj. Jako dziecko tego nie analizowałam, to był po prostu impuls, odruch serca. I zwierzęta kochały mnie bezwarunkowo. Dziś moja chęć niesienia pomocy wynika z poczucia niesprawiedliwości, potrzeby naprawiania tego świata i zmniejszania zła, jakie się na nim dzieje. Na pewno moje życiowe wybory są podyktowane dawną traumą, choćby wybór studiów. Miałam potrzebę, by służyć innym, a służba zdrowia wydawała mi się idealnym terytorium do pomagania; medycyny się bałam, wybrałam rehabilitację ruchową. Pracę magisterską pisałam o stanie psychicznym kobiet po usunięciu macicy, potem na studiach doktoranckich zajęłam się seksualnością i przemocą seksualną wobec osób z zespołem Downa – też nie przez przypadek. Szukałam grup, które potrzebują specjalnej uwagi i nie bałam się zajmować tematami tabu.

Zawsze idę tam, gdzie niewygodnie. Chcę zabierać głos w imieniu tych, którzy nie potrafią lub których krzyk jest niesłyszalny. Przez wiele lat pracowałam jako menedżer na basenie na Inflanckiej. Organizowałam różne zajęcia w wodzie i na sali gimnastycznej dla nastolatków z upośledzeniem umysłowym, w tym z zespołem Downa. Widziałam, jak wiele im to daje. Że wreszcie są traktowane godnie, dorośle, a nie infantylnie, jak bywa na zajęciach warsztatowych, gdzie proponuje się im głównie lepienie kwiatków. Potem zaczęłam aktywować warszawskich seniorów w ramach programu „Senior: starszy, sprawniejszy”.

A kiedy pojawiły się dziewczynki z Tanzanii? W przemówieniu podczas konferencji Sieci Przedsiębiorczych Kobiet „Be the Change” mówiła pani wzruszająco, że marzą o komplecie majtek i paczce bawełnianych podpasek.
Zanim do nich dojdę, musimy się trochę cofnąć w czasie. Po intensywnych latach pracy na Inflanckiej przeniosłam się do kliniki ortopedycznej Carolina Medical Center, gdzie odpowiadałam za fizjoterapię, rozwój i marketing. Zaczęłam wtedy współpracę z nieistniejącą już organizacją PWNet, założoną przez Dorotę Warakomską. Wspólnie organizowałyśmy różne akcje edukacyjne dla kobiet. Dorota któregoś razu wspomniała mi o programie mentoringowym dla kobiet organizowanym pierwszy raz w Polsce przez fundację Vital Voices Global Partnership i zarekomendowała mnie do niego. Potem Agnieszka Bilińska i Ambasada Amerykańska, która mnie wtedy obserwowała, zgłosili mnie do programu Fortune Magazine/US State Department Global Women’s Mentoring Partnership w Stanach Zjednoczonych, którego celem było spotkanie nas, 25 kobiet z całego świata z mentorkami, kobietami sukcesu z USA. To było niesamowite przeżycie. Zaczęłam myśleć, że może to jest szansa na to, by spełnić marzenie z dzieciństwa. Wcześniej aplikowałam do różnych organizacji pomocowych, ale bez powodzenia, a dzięki temu programowi mogłam być w kontakcie z działaczkami z kilkudziesięciu krajów na świecie. VVGP stworzył networking, który wtedy liczył około 130 kobiet, teraz ponad 300. Cały czas jesteśmy ze sobą w kontakcie i spotykamy się podczas różnych eventów. To zakręcone liderki z pasją wprowadzania zmian w lokalnych społecznościach. Prowadzą fundacje, są akademiczkami, polityczkami, biznesmenkami.

Ghana, Assin Foso, program mentoringowy i sportowy dla dziewcząt. (Fot. archiwum prywatne) Ghana, Assin Foso, program mentoringowy i sportowy dla dziewcząt. (Fot. archiwum prywatne)

Zaprzyjaźniłam się wtedy z liderką z Birmy Misu Borit  i zaplanowałyśmy wyjazd. Zlinkowała mnie ze swoim kuzynem dr. Wunna, który pracuje jako wolontariusz w bardzo biednej klinice Golden Girls Clinic. To był 2012 rok. Zorganizowałam zbiórkę pieniędzy wśród znajomych i pojechałam do nich z podstawowym sprzętem medycznym i pomocami rehabilitacyjnymi, które zmieściłam w dwóch walizkach, resztę dokupiłam na miejscu. Przez dwa tygodnie urlopu zajmowałam się rehabilitacją osób po udarach, w Birmie zupełnie niepraktykowaną.

Warto zaznaczyć, że za wszystkie podróże płaci pani sama i przeznacza na nie urlopy…
Tak, choć trzy ostatnie bilety lotnicze – na wyjazd do syryjskich uchodźców, do Jordanii i na Filipiny – zasponsorowała mi jedna z mentorek Katarzyna Kołczewska, z niewykorzystanych mil lotniczych swojej firmy medycznej. Ale zwykle za przelot, wizę i pobyt płacę z własnych środków. Wróciłam do Birmy w 2015 roku, wtedy odwiedziłam tamtejsze domy dziecka, ujął mnie bardzo ten kraj i tamtejsi ludzie, jeśli ktoś szuka wolontariatu, to polecam klinikę, w której byłam. Kolejne miejsce to był Ngoenga School for Tibetan Children With Special Needs, gdzie pojechałam na misję rehabilitacyjną dla tybetańskich niepełnosprawnych dzieci uchodźców. Ten projekt realizowałam z ministrem zdrowia Tybetu. No i Kenia, czyli Kibera Slum w Nairobi. Tu mogłam połączyć pomoc z moją kolejną pasją – sportem, który mnie samej bardzo wiele dał.

Pomaga nadać sens czy odrywa od problemów?
Sport to cudowne narzędzie, by rozwijać osobowość, cechy liderskie, dawać poczucie własnej wartości i nadawać życiu sens. Podam przykład. W Kibera Slum, drugim z największych miejskich slumsów na świecie, gdzie średnia życia to 33 lata ze względu na AIDS i wysoką przestępczość, powstała drużyna Challengers, która składa się z żon przestępców. Na co dzień jest im tu bardzo trudno, spotykają się z dużą agresją, do tego każda ma gromadkę dzieci i jest całkowicie zależna od męża. Jane, moja koleżanka, która prowadzi na miejscu fundację, wymyśliła, że aby dać im trochę oddechu i nowe perspektywy, stworzy z nich drużynę piłki siatkowej, która będzie regularnie trenować i rozgrywać mecze. Od tamtej pory to jest stały projekt, w który jestem zaangażowana. W Kibera Slum rozwijamy głównie siatkówkę, edukację dziewczynek i temat podpasek, które w Kenii są luksusem. Zależy nam na tym, żeby dawać je dziewczynkom, by w czasie menstruacji mogły chodzić do szkoły, a przy okazji by lokalne kobiety mogły je szyć i sprzedawać.

Ten sam pomysł widzimy w Oscarowym dokumencie „Okresowa rewolucja”.
My robimy dokładnie to samo, tylko nasze podpaski są materiałowe, wielokrotnego użytku, z wkładką, którą się wyjmuje i pierze. W filmie jest mowa o Indiach, ale w Afryce kobiety i dziewczynki są w podobnej sytuacji. A ponieważ los kobiet i dziewczynek zawsze był mi specjalnie bliski, trafiłam do Tanzanii i do New Hope For Girls Organization. Pojawiła się ona w moim życiu po raz pierwszy w 2015 roku. To dom założony przez Consoler – sama miała bardzo trudne dzieciństwo i postanowiła, że jeśli przetrwa, to poświęci swoje życie dziewczynkom, które dotyka przemoc czy bieda. Adoptuje je, w porozumieniu z biologicznymi rodzicami, i daje im nowy dom. Mogą chodzić do szkoły, a jeśli nie ma na to środków, sama je uczy. Coraz częściej udaje się znaleźć sponsorów, którzy łożą na edukację dziewczynek. Jestem zapaloną ambasadorką tej organizacji, działa w Tanzanii nieprzerwanie, nawet teraz, przed naszą rozmową udało mi się za sprawą sponsorki z Irlandii, Polki, która prowadzi własną klinikę, dopiąć ufundowanie ubezpieczenia zdrowotnego dla dziewczynek, bo niektóre często chorują. Ta sama Margo postanowiła niedawno zaadoptować jedną z tamtejszych dziewczynek, która chciałaby rozwijać się w kierunku medycznym, będzie jej fundować szkołę, a potem studia, a kiedy dorośnie, zaprosi ją do Irlandii. Joe pojechała w lipcu na uczelnię z internatem…

Dziewczynki z Tanzanii są mi bliskie też dlatego, że dostałam od nich cudowny prezent, wielki plakat, na którym każda z nich się podpisała, wkleiła swoje zdjęcie i wszystkie napisały, że od teraz są moją rodziną, że mnie adoptują i żebym do nich przyjechała spędzić starość – będą się mną opiekować. W Polsce nie miałam jeszcze takich propozycji (śmiech).

Zdążyłyśmy przejrzeć zaledwie część pani pamiątek z podróży. Jest tego mnóstwo.
Wśród innych projektów były: Ghana, Gwatemala, San Salwador, Nepal, Madagaskar, Liberia, Jordania, Nigeria, Indie, Kamerun, Vanatu, Syria, Filipiny i Litwa. Obecnie organizuję je na pięciu kontynentach. Pomagam też w Polsce. Wszystko staram się opisywać i dokumentować. Zachowuję zdjęcia, rysunki dzieci, maile wysyłane przy okazji każdej misji… Co jakiś czas sprawdzam, co dzieje się z osobami, którym pomagamy, i też to dokumentuję…

Jak tak pani teraz patrzy na to, co udało się dokonać, pani wewnętrzne dziecko się uśmiecha? Jest bardziej spokojne? Szczęśliwe?
Na pewno jest to dla mnie działanie terapeutyczne, budujące poczucie sensu i nadające życiu wartość. Największy kryzys miałam po śmierci Paula. Musiałam zdecydować: strzelić sobie w głowę czy zrobić coś sensownego z resztą mojego życia? Byłam po trzydziestce i pracowałam na różnych warsztatach rozwoju osobistego. Ewa Foley i Joy Manne, z którymi wtedy miałam częsty kontakt, poradziły mi: „Po prostu trzeba życiu nadać wartość”. Gerhard Walper powiedział: „Pozwól sobie na dobre życie, wreszcie”. Przestałam siebie pytać: „Dlaczego?”, czyli wyszłam ze stanu ofiary, a zaczęłam pytać: „Po co? Jaki jest w tym sens? Po co ja przeżyłam?”. Zobaczyłam, że wiele osób pyta mnie, jak pomagać i jak może pomóc mi pomagać innym. I że to się samo nakręca. A ponieważ powinno się robić w życiu to, co przychodzi nam bez trudu, naturalnie i bez wysiłku – stwierdziłam, że pomaganie jest chyba moim darem, talentem. Że jest we mnie jakiś potencjał. Może właśnie dzięki temu wszystkiemu, co przeżyłam, potrafię się wczuć w perspektywę ofiary, kogoś, kto potrzebuje pomocy. Może gdybym tych wszystkich traum nie przeszła, nie miałabym w sobie tej wrażliwości. Bardzo boli mnie ludzka krzywda i niesprawiedliwość, i uważam, że jeśli się ją widzi, trzeba natychmiast reagować. Na przykład, gdy widzę, jak fizjoterapeuci są zmuszani do pracy na rzecz wskazanych przez lekarza pacjentów bez wynagrodzenia, od razu protestuję, piszę maile, dzwonię. Bo to nie jest OK. Nie boję się reagować i iść pod prąd, co niekiedy przysparza mi wrogów.

Kenia, Kibera Slum, International Day of the Girl Child. (Fot. archiwum prywatne) Kenia, Kibera Slum, International Day of the Girl Child. (Fot. archiwum prywatne)

Wyjeżdza pani czasem tylko po to, by poleżeć na plaży?
Jakby ktoś chciał mnie bardzo ukarać, to musiałby mnie wysłać na wycieczkę do Egiptu do pięciogwiazdkowego hotelu na tydzień. Najgorsza kara, naprawdę!

Jak można więc pani pomóc w pomaganiu?
Na stałe współpracuję z fundacją, która ma grzecznościowo utworzone dla mnie konto. Można na nie przelewać środki; są one w 100 proc. przekazywane na cele akcji, które organizuję. Można się ze mną skontaktować przez Facebooka, Messengera i LinkedIn. Każdemu, kto będzie zainteresowany, powiem, czego aktualnie potrzebujemy: opłacenia nauki dziewczynce, kursu zawodowego, pomocy edukacyjnych, sprzętu medycznego, rehabilitacyjnego czy sportowego.

Zaczęłyśmy od lęku przed lataniem, co jest teraz dla pani największą barierą do pokonania?
To, z czym się zmagam, to wbrew pozorom lęk przed osamotnieniem. Kiedy przychodzi weekend, święta czy czas wolny, tych wszystkich moich przyjaciół z całego świata przy mnie nie ma. A ja potrzebuję mieć wokół siebie ludzi. Być może swoją nadaktywnością uciekam od poczucia pustki, bycia niepotrzebną, bezwartościową. Wciąż mam poczucie, że jestem nie dość dobra, i ciągle muszę udowadniać światu, że warto mnie kochać. Czasem się zastanawiam, co bym robiła, gdybym nie robiła tego, co robię. Jaki sens miałoby wtedy życie. Choć zaraz sobie przypominam, co powiedziała jedna z moich mentorek Nemi Nath – że celem życia jest samo życie. Tego muszę się jeszcze nauczyć. Ale może to przyjdzie samo, tak jak sam odszedł lęk przed lataniem. Nadal czasem nie czuję się komfortowo w powietrzu, ale powtarzam sobie to, co kazał mi Keith napisać na karteczce: „turbulencje są nieprzyjemne, ale nie są niebezpieczne” i że odwaga polega na tym, że bojąc się czegoś – robię to mimo lęku.

Daria Mejnartowicz zrobiła doktorat w zakresie rehabilitacji ruchowej, magisterium zarządzania i marketingu oraz MBA, ukończyła też studia podyplomowe w zakresie wychowania seksualnego, spełnia swoje marzenia, podróżując po świecie i wspierając mieszkańców krajów rozwijających się, głównie kobiety i dziewczynki.

  1. Psychologia

Co potrafi nasz umysł? Jak działa? - tłumaczy Wojciech Eichelberger

To umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. (fot. iStock)
To umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. (fot. iStock)
W pracy, w domu wciąż wymaga się od nas jeszcze i jeszcze. Przydałby się jakiś dodatkowy zasób, z którego moglibyśmy czerpać. Czy to prawda, że na co dzień wykorzystujemy tylko 10 procent możliwości mózgu? Jak sięgnąć po te 90 pozostałych? I co ma z tym coś wspólnego psychoterapia? – odpowiada Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Jak to jest z mózgiem? Badania zebrane w „50 wielkich mitach psychologii popularnej” Scotta O. Lilienfelda, Stevena Jaya Lynna, Johna Ruscio i Barry’ego L. Beyersteina nie potwierdzają, że mamy w nim jakiś ukryty potencjał. Ale chcemy wierzyć, że jednak on tam jest.
Nie jestem neurobiologiem ani neurokognitywistą, tylko psychoterapeutą, i dlatego zajmuję się umysłem, a nie mózgiem. Programem, jak można by powiedzieć, a nie samym komputerem, którym w tym ujęciu nazwałbym mózg. Ale też z mojego doświadczenia wynika jasno, że to właśnie umysł decyduje o tym, co może mózg. On mu to nawet dyktuje! To umysł decyduje o tym, jak postrzegamy siebie i świat, a więc co myślimy. Źródłem umysłu jest oczywiście kultura, w której żyjemy, język, którym mówimy, ale też emocje i wydarzenia z życia, wątki biograficzne, a więc to, czym zajmuję się na co dzień jako psychoterapeuta. I myślę – na co mam wiele dowodów – że to umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. Przyszedł do mnie prezes firmy z wypaleniem zawodowym i depresją. Jego mózg stracił zdolności kreatywne i firma, którą stworzył, popadła w stagnację. Stał się drażliwy, a nawet agresywny, co psuło mu kontakty z pracownikami i niszczyło atmosferę w domu. Zapytałem go o marzenia i o plany, które musiał porzucić dla swojej wyczerpującej pracy. Okazało się, że od dziecka marzył o grze na fortepianie. Poradziłem mu, że jeśli chce odzyskać siły i kreatywne możliwości umysłu, powinien wziąć sobie sześciomiesięczne wolne i w tym czasie zająć się przede wszystkim fortepianem. Pojawił się po pół roku, szczęśliwy i rozpromieniony, o wiele lat młodszy. Okazało się, że zrobił tak, jak mu doradzałem, i że dalej poświęca nauce gry na fortepianie dwie godziny dziennie. W międzyczasie wyzdrowiał – pokonał depresję, twórczo zreorganizował firmę i podniósł ją na zupełnie inny poziom. Znakomicie też poprawił swoje relacje ze współpracownikami i z rodziną.

Odzyskał zdolności kreatywne, dodając sobie zajęć?
Gdy nasze ciało nabiera nowych umiejętności, a na pewno gra na fortepianie tego wymaga, mózg musi te nowe umiejętności „zapisać”. Związane jest to z powstawaniem większej ilości połączeń między neuronami. Te zazwyczaj mają ich kilka, a mogą wielokrotnie więcej. Powstaje więc sieć, która być może jest tym właśnie ukrytym potencjałem. Tak czy inaczej, ucząc się nowych rzeczy, rozwijamy umysł i mózg. Mamy też – słuszne zresztą – poczucie, jakbyśmy stali się mądrzejsi. Myślę, że gdybyśmy zbadali mózgi ludzi przed psychoterapią i po niej, to okazałoby się, że zmieniła się ich aktywność. Badania mózgów ludzi kreatywnych, które miałem okazję zobaczyć, wykazały, że kreowanie nowych wizji i rozwiązań jest powiązane z inną niż przeciętna aktywnością elektryczną kory mózgowej.

Ale gdy podłączono mózg do urządzeń pozwalających obserwować jego pracę (EEG, PET, fMRI), nie znaleziono nieaktywnych obszarów.
Może nie chodzi o zwiększenie aktywnego obszaru, ale o rodzaj tej aktywności? A mówiąc znów o umyśle, adepci psychoterapii wprost stwierdzają: „Czuję, że mózg mi się otworzył. Że mam więcej przestrzeni w głowie. Jakbym więcej widział, czuł i przede wszystkim rozumiał”. Te obserwacje są trafne. Oddają to, co – upraszając – można ująć tak: łatwiej myśleć, gdy nie przeszkadzają w tym trudne emocje, kompleksy czy lęki, a nawet fobie. One zdecydowanie zmieniają nasze widzenie świata i relacje – także ze sobą. Przyszła do mnie bardzo światła osoba, pani profesor, nauczycielka akademicka, która panicznie bała się kotów. W trakcie terapii okazało się, że jej trudne doświadczenia z dzieciństwa zainstalowały w jej umyśle program, który kazał jej kojarzyć wszystkie kocie cechy z karą i odrzuceniem. W dzieciństwie nie wolno jej było się bronić, walczyć o swoje, korzystać z wolności, bawić się, poszukiwać komfortu i przyjemności, zajmować się swoim ciałem itd. Gdy zdała sobie z tego sprawę i przy mojej pomocy zmieniła ten program, otwierając się na swoje wcześniej wyparte potrzeby i możliwości, jej życie się zmieniło. Zaczęła dawać sobie więcej uważności i troski. Odpuściła też innym, bo miała wreszcie siebie pod opieką.

A więc czasem mamy w głowie za dużo lęku, by postępować mądrze, czyli na przykład zadbać o siebie czy po prostu móc skupić się na nauce i pracy.
To częsta sytuacja, kiedy przepracowanie trudnych emocji i wydarzeń sprawia, że człowiek nie ma problemów z zadbaniem o swoje sprawy, z koncentracją, z nauką, z jąkaniem się, z migreną czy nawet z dysgrafią. Dzieje się tak, bo znikają filtry, które zakłócały mu poznanie świata i szczere relacje z innymi.

W autobiografii „Mózg i serce, magiczny duet” neurochirurg James R. Doty opisuje, jak będąc chłopakiem, opanował zasady uspokajania ciała i umysłu, co pomogło mu zostać lekarzem, a potem profesorem. Zyskał nie tylko zdolność do błyskawicznej koncentracji, ale też posługiwania się intuicją. Ale nic by z tego nie było, gdyby nie pokonał kompleksów, a wstydził się nawet śmiać, bo uważał, że ma straszne zęby.
Moje doświadczenie psychoterapeuty potwierdza badania i obserwacje Doty’ego. Mózg potrafi przekształcać się pod wpływem umysłu, a więc pracując nad umysłem, możemy doprowadzić do pozytywnych zmian we własnych neuronalnych drogach. I on tego dokonał już jako dziecko, ucząc się przez wiele wakacyjnych tygodni metody uspokajania umysłu. A potem, kiedy jako lekarz wychodził ze spustoszeń po zawale mózgu i odzyskiwał sprawność. Opowieść Doty’ego jest także niezbitym dowodem na to, że świadomość nie jest produktem mózgu, lecz że jest wobec mózgu pierwotna. A więc siła umysłu decyduje o tym, w jakim stopniu wykorzystamy nasz potencjał.

No właśnie, najważniejsze pytanie na dziś to: jak domowymi metodami sięgnąć po ten ukryty potencjał umysłu czy mózgu?
Warto wiedzieć, że umysł może być nastawiony na to, aby poszukiwać, być otwartym na świat i na nowe. Ale może też być konserwatywny i bronić się przed zmianami. W przeciwieństwie jednak do komputerów mamy samoświadomość i ona nam pomaga przeprogramować nasze umysły. Wielu z nas z tej szansy, jaką daje bycie człowiekiem, korzysta, i to często nieświadomie. Dla przyjemności czyta dużo, i to także autorów o kontrowersyjnych poglądach. Próbuje zrozumieć to, co awangardowe, a nawet skandalizujące w sztuce. Nie żeby podziwiać, tylko żeby wiedzieć. Podróżuje, poznaje inne kultury i dziwne egzotyczne obyczaje. Interesuje się rozwojem nauki, filozofuje. Medytuje, uprawia wymagające dyscypliny sportu, udaje się na odosobnienia lub pielgrzymki. Ci zaś, których umysły są raczej konserwatywne, czyli chcący się kontaktować wciąż z tą samą opowieścią o świecie, nie mają nowych wyzwań ani nowej wiedzy do zasymilowania. Nie ma więc powodu, by neurony w ich mózgach zatrudnić do cięższej pracy, a więc uruchomić ten dodatkowy potencjał.

Po dniu pracy w dzielnicy biurowców zmuszać się do nowego?! Gdy ciągną nas seriale, jakiś kryminał, może wino... Wierzymy też, że skutecznie uczyć się można do 20. roku życia.
Zarówno mózg, jak i umysł pozostają plastyczne przez całe życie. Nigdy nie jest za późno, aby coś inaczej zobaczyć, zrozumieć, zmienić się. Bycie otwartym pomaga, bo trzymanie się starych rozwiązań w zmieniającym się świecie skazuje nas i ludzi wokół na fiasko, na zamieszanie i cierpienie. Pamiętajmy o tym, bo nasz umysł – zwłaszcza w sytuacjach kryzysu – ma tendencję do sięgania po stare rozwiązania. A my nie dostrzegamy, że te sprawdziłyby się w tamtych realiach, a dziś spowodują dodatkowy kłopot. Na przykład kiedy nastolatek domaga się swobody, zaufania i szacunku, to co robią rodzice? Na ogół przykręcają śrubę, sięgając po rozwiązania konserwatywne: „Musimy zabronić, musimy więcej wymagać, musimy zdyscyplinować, byliśmy zbyt pobłażliwi”. Choć problem wydaje się stary jak świat, to szybko okazuje się, że stare sposoby nie zdają egzaminu. Bo młody człowiek wzrastał w świecie zupełnie różnym od świata, w którym wzrastali jego rodzice, np. od czasu gdy nauczył się posługiwać komputerem, miał nieograniczony dostęp do informacji i wiedzy. Rodzice są imigrantami w świecie elektronicznych mediów, a młodzi się w tym świecie urodzili. Wiele wskazuje na to, że mają inaczej ukształtowane mózgi. Ich umysły konstruują inny obraz świata, inną prawdę o nim.

No i rozbolała mnie głowa. Zażyję tylko tabletkę i…
Na szczęście nie rozmawiamy o empatii, bo wtedy – odradzałbym. Badania brytyjskie dowodzą, że paracetamol zmniejsza zdolność do rozumienia i reagowania na potrzeby i uczucia innych. To, co w układzie nerwowym oraz w mózgu odpowiada za odczuwanie bólu fizycznego, odpowiada też za współodczuwanie z innymi. Połkniesz tabletkę i może nie być dla ciebie jasne, czemu partner marudzi, a przyjaciółka płacze.

Ale kiedy boli głowa, również trudno o empatię.
Zaskakujące, jak wiele czynników może wpływać na to, co myślimy, a nawet czego oczekujemy. Na przykład szefowa, którą często boli głowa, będzie więcej wymagać od pracowników, ale mniej ich rozumieć. A możemy mówić o paracetamolowym stylu zarządzania w Polsce, biorąc pod uwagę ilość spożywanych leków przeciwbólowych. Polacy konsumują około dwóch milionów tabletek rocznie. Ale Wisły kijem nie zawrócimy.

Wojciech Eichelberger:
psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

Ciekawostka

Jak pisze Ałbena Grabowska, dr nauk medycznych, neurolożka i pisarka: Półkule mózgowe ze sobą współpracują, ale też zazwyczaj jedna dominuje. Jeśli nie ma między nimi połączenia, to np. śmiejemy się, gdy coś nas rozbawi, choć nie wiemy czemu. Jeśli z kolei są równorzędne, to piszemy obiema rękami tak samo sprawnie, ale też nasz umysł może znacznie więcej, bo jedna myśl toruje drogę drugiej, a to podstawa geniuszu. Ten dar miał malarz i wizjoner Leonardo da Vinci.

  1. Styl Życia

„Pomagamy jak umiemy kobietom” - akcja pomocowa Rossmanna

Jeśli jeszcze nie masz aplikacji Rossmanna, warto ją ściągnąć, bo dzięki niej, robiąc nawet najdrobniejsze zakupy, możesz pomagać innym  - wystarczy przy kasie zeskanować numer swojej karty Klubu Rossmann. (Fot. iStock)
Jeśli jeszcze nie masz aplikacji Rossmanna, warto ją ściągnąć, bo dzięki niej, robiąc nawet najdrobniejsze zakupy, możesz pomagać innym - wystarczy przy kasie zeskanować numer swojej karty Klubu Rossmann. (Fot. iStock)
To już V edycja sztandarowej akcji pomocowej Rossmanna. W tym roku firma zdecydowała sie pomagać kobietom znajdującym się w bardzo trudnej sytuacji życiowej. Będzie to pomoc od kobiet, bo to one są głównie klientkami Rossmann – dla kobiet. "Pobijmy wspólnie rekord – zbierzmy więcej niż te 5 mln w ubiegłym roku!'"

 

Zasady akcji są proste: klienci zbierają „pomocowe” punkty skanując kartę Klubu Rossmann podczas swoich, nawet najdrobniejszych, zakupów. Im częściej to zrobią, tym więcej punktów zgromadzą. Ten mały gest naprawdę pomaga! Uskładaną przez siebie liczbę punktów na bieżąco można sprawdzać w aplikacji Rossmann PL, klikając w zakładkę „Profil”.

Pod koniec roku firma Rossmann zamieni te punkty na złote, a następnie pomoc o takiej wartości (finansowa i/lub rzeczowa w postaci dostępnych w naszych drogeriach produktów) powędruje do placówek, które zostaną w tym roku obdarowane.

Komu Rossmann pomoże w 2021? Oczywiście kobietom, w tym: - nastoletnim matkom - kobietom dotkniętym przemocą domową - matkom wychowującym niepełnosprawne dzieci - samotnym matkom - dziewczętom z domów dziecka, które opuszczają placówki i wkraczają w dorosłość - dziewczętom i kobietom dotkniętym ubóstwem menstruacyjnym, których nie stać na środki higieniczne

Do 15 stycznia trwał nabór organizacji do których trafi nasza wspólna – klientów i Rossmann - pomoc. Jak co roku typowali je pracownicy naszych drogerii. Już wiadomo, że będziemy współpracować z fundacjami, które na co dzień zajmują się kobietami w trudnej sytuacji życiowej m.in: *) Niebieską Linią Instytutu Psychologii Zdrowia Polskiego Towarzystwa Psychologicznego prowadzącą poradnię telefoniczną dla osób, które doświadczyły lub dalej doświadczają przemocy domowej *) Fundacją Ktoś oraz Fundacją Między Niebem a Ziemią, obie organizują m.in. „pomoc wytchnieniową” dla opiekunów osób niepełnosprawnych (gdy opiekun medyczny czuwa przy takiej osobie, rodzina może załatwić niezbędne sprawy czy po prostu odpocząć psychicznie).

W tym roku po raz pierwszy Rossmann przekaże w ramach naszej akcji wsparcie finansowe - na konkretne projekty wybranych instytucji, oraz, tradycyjnie, pomoc w postaci wybranych przez same organizacje charytatywne produktów z asortymentu Rossmann np. środków czystości, podpasek czy pieluch. Każdej z zakwalifikowanych do „Pomagamy…” organizacji gwarantujemy pomoc w wysokości co najmniej 5 tys. zł (lub odpowiednik tej sumy w produktach).

Zbierzmy wspólnie jak najwięcej i pobijmy 5 000 000 zł, które udało się nam przekazać w 2020 r. Wasze punkty są bezcenne, każdy ma ogromną moc pomagania…kobietom!

(Fot. materiały prasowe Rossmann) (Fot. materiały prasowe Rossmann)

  1. Psychologia

Życie po stracie dziecka

Kiedy umiera ci dziecko, świat nadal istnieje, ale ty zamierasz. Tak jakby ktoś niespodziewanie wyciągnął wtyczkę z kontaktu. Każda matka i każdy ojciec muszą wtedy znaleźć najlepszy dla siebie sposób, by przeżyć kolejny dzień. (Fot. iStock)
Kiedy umiera ci dziecko, świat nadal istnieje, ale ty zamierasz. Tak jakby ktoś niespodziewanie wyciągnął wtyczkę z kontaktu. Każda matka i każdy ojciec muszą wtedy znaleźć najlepszy dla siebie sposób, by przeżyć kolejny dzień. (Fot. iStock)
Mówi się, że śmierć dziecka jest wbrew naturze, że to dzieci powinny chować swoich rodziców, a nie odwrotnie. Pewnie dlatego brak jest rytuałów żałobnych, które pozwoliłyby przetrwać tę najokrutniejszą z możliwych stratę.

Kiedy umiera ci dziecko, świat nadal istnieje, ale ty zamierasz. Tak jakby ktoś niespodziewanie wyciągnął wtyczkę z kontaktu… Każda matka i każdy ojciec muszą wtedy znaleźć najlepszy dla siebie sposób, by przeżyć kolejny dzień, a potem jeszcze jeden i następny.

Podobno pomaga pisanie, przelewanie na papier tych wszystkich myśli, emocji, opisów wydarzeń, których nie sposób objąć rozumem ani pomieścić w ciele. Justyna Wincenty, autorka „Kołysanki z huraganem” (Wyd. Fundacja Instytut Reportażu) tydzień po nagłej śmierci Tadka, swojego niespełna trzymiesięcznego synka, zaczęła pisać dziennik. Notowała błahe wydarzenia, rozmowy z mężem i starszą córeczką, lęki dopadające ją nagle jak zły pies czający się za rogiem ulicy, niechciane myśli, koszmarne sny, które nie pozwalały zmrużyć oka do rana. Opisywała postępy w terapii, spotkania z psychiatrą i innymi rodzicami w żałobie. Pisanie pomagało utrzymać w ryzach rozpacz i lęk, ale… „Przed żałobą nigdzie się nie schowasz, donikąd nie uciekniesz, zażąda od ciebie daniny rozpaczy prędzej czy później. Musisz ją poznać, zrozumieć, ulec jej” – przyznaje w książce.

Nic nie czuję

Strata bliskiej osoby dotyka każdej komórki twojego ciała, wyzwala całą gamę emocji, również takich, których istnienia nie podejrzewaliśmy. Żal, smutek, gniew, poczucie winy – idą ramię w ramię z doznaniami z ciała: zimno na przemian z uczuciem roztapiania się z gorąca, drżenie rozchodzące się od małego palca u stopy aż po czubek głowy, a zaraz potem zamrożenie wywołujące przerażenie, że zamienisz się w głaz i nie będziesz w stanie się ruszyć. Trudności z nabraniem powietrza, a kiedy już uda ci się wziąć oddech, masz wrażenie, że nie możesz go zatrzymać i powietrze napełnia twoje ciało jak balonik, który za chwilę pęknie. Ale najgorszy jest początek, pierwsze dni po stracie, kiedy nie czujesz nic.

„Nie jestem w stanie rozmawiać – brakuje łez, słów, emocji” – wyznaje Justyna Wincenty. Nie czujesz bicia swojego serca, kładziesz dłoń na klatce piersiowej i nie czujesz ani dotyku, ani ciepła skóry. Nie wiesz, czy cię to dziwi, czy przeraża, a może śmieszy? Podchodzisz do lustra i widzisz swoją twarz i szeroko otwarte oczy, a w nich pustka, jak studnia bez dna. Nigdy nie zapomnisz tego dnia, kiedy po raz pierwszy uda ci się zapłakać, potem łzy będą towarzyszyć ci często, bardzo często. A od czasu do czasu pojawi się szloch, taki głęboki, z dna miednicy, który przyprawia o zawrót głowy, wymioty. Nie sposób go powstrzymać, ale przynosi największą ulgę.

Razem z odblokowaniem łez i czucia pojawia się niepamięć „Nie mogę sobie przypomnieć, jak płakał” – czytamy w ,,Kołysance”. Głos zapomina się jako pierwszy, w przeciwieństwie do zapachu, który jeszcze przez miesiące będziesz pamiętać, a czasami – gdy pojawi się lęk, że jakoś trudno jest ci go odtworzyć – w panice będziesz biec do dziecięcego pokoju i wąchać kocyk, koszulkę czy ukochaną maskotkę. Niepamięć, także tego, co wydarzyło się tuż przed i tuż po śmierci dziecka mija powoli; wracają pojedyncze wspomnienia, dalekie obrazy, które w miarę przybliżania się i nabierania ostrości, będą uruchamiać – pojawiające się falami – emocje. Złość na tych wszystkich, którzy mogli coś zrobić, żeby uratować życie dziecka, wściekłość na partnera lub partnerkę, lekarza i wreszcie na siebie. O to, że nie przewidziałaś, nie zapobiegłaś, nie odczytałaś znaków (pierwszy syn babci autorki książki, Tadeusz, zmarł nagle w trzecim miesiącu życia – to samo imię, podobny wiek). Poczucie winy czai się za rogiem. A wina zawsze wymaga kary. Czy wystarczającą karą może być ciągnąca się tygodniami bezsenność, a właściwie całkowity zanik potrzeby snu, kiedy najsilniejsze leki pomagają jedynie na chwilę? A może będzie nią totalne odrealnienie, życie pomiędzy dwoma światami: jawą i snem albo odczucie zimna tak dotkliwe, że prawie zamieniasz się w kostkę lodu? Albo ten wszechogarniający lęk, że za chwilę pojawi się coś bardzo złego, a ty boisz się, że kolejnego „złego” już nie przeżyjesz, nie dasz rady…

Nikt mnie nie rozumie

Obok ciebie, pogrążeni w rozpaczy lub współczuciu są inni ludzie, na przykład twój partner czy partnerka. Nawet jeśli potraficie się wspierać w tych najtrudniejszych chwilach, to śmierć i żałobę po stracie dziecka każde z was przeżywa inaczej.

Jaś, trzytygodniowy synek Majki umierał przez tydzień. Urodził się przedwcześnie, w szóstym miesiącu ciąży, miał wiele wad rozwojowych, lekarze nie dawali mu szans. Obydwoje z mężem czuwali nad nim przez ten cały czas. – Michał w pewnej chwili zapytał lekarza, czy nie można mu pomóc, żeby dłużej się nie męczył – opowiada Majka. – Długo nie mogłam zrozumieć, o co chodzi. Kiedy zrozumiałam, uderzyłam męża w twarz, kazałam mu się wynosić. Jaś zmarł następnego dnia, w moich ramionach. Potrzebowałam wielu lat, żeby zrozumieć i zaakceptować, że dla Michała to było za trudne.

Mężczyźni w naszej kulturze wychowywani są według scenariusza „chłopaki nie płaczą”. Ich pierwsza reakcja tuż po śmierci dziecka bywa silniejsza niż reakcja matki, ale tuż po pogrzebie chcą jak najszybciej wrócić do tzw. normalności: do pracy, kolegów, swoich pasji. Często pragną też mieć od razu kolejne dziecko. Potrzebują jakiejś zmiany: chcą wyjechać w podróż, zmienić pracę, miejsce zamieszkania, kupić nowy samochód. Kobieta jest przede wszystkim w nieczuciu, a potem czuciu ponad miarę, kiedy nic innego się nie liczy. Badania mówią, że po śmierci dziecka w małżeństwie może pojawić się poważny kryzys, bywa, że dochodzi do zdrady, nawet rozwodu. Szok jako pierwsza reakcja na wieść o śmierci izoluje osobę go doznającą przed odczuwaniem czy nawet uświadamianiem sobie bólu innych osób. To naturalne, że uznajesz swój sposób przeżywania za jedynie słuszny. To odpowiedni moment, żeby poprosić o pomoc kogoś z zewnątrz: terapeutę czy grupę wsparcia rodziców po stracie dziecka.

Poczucie bycia niezrozumianym potęguje cierpienie, czasami nasila złość, innym razem budzi rozczarowanie czy niechęć. Nagle pusto się robi wokół ciebie, przyjaciele przestają dzwonić, a ci, co pozostają, często nie potrafią cię wesprzeć tak, jak tego potrzebujesz. Justyna Wincenty pisze wprost, że jeśli nie przeżyło się śmierci dziecka, trudno używać słów „rozumiem” czy „wiem, co czujesz” – „to tak jakby wiedzieć, co się czuje, gdy tramwaj odetnie komuś nogę, jednocześnie mając dwie własne”. Czasami ktoś zapyta cię, jak ci pomóc. Może po prostu wystarczy być obok, bez słów, w milczeniu. Zaakceptuj, że to się będzie zmieniać. Jednego dnia będziesz potrzebować wysłuchania, innego – pocieszenia. Czasami radość sprawi ci obecność w domu przyjaciółki i obserwowanie jej małego synka. Innym razem z płaczem wybiegniesz z parku, widząc matkę karmiącą na ławce niemowlę…

„Żałoba przychodzi falami – niby jest zwyczajnie, ale coś pod spodem się czai – potem nadchodzi kolejna fala uderzeniowa, ciężka i straszna, zmiatająca z pokładu okruchy normalności, które udało się stworzyć” – próbuje opisać ból autorka „Kołysanki” . Spróbuj sobie po prostu odpuścić, na tyle, na ile się da. Nie zwracaj uwagi na to, co mówią inni: co powinnaś, jak powinieneś. Daj się pokierować procesowi żałoby.

Czasami siebie nie rozumiem

Mózg, który ma za zadanie jak najdłużej podtrzymać życie, chroni nas przed przeżyciami trudnymi do pomieszczenia, na przykład w takich momentach jak strata dziecka. Włączają się wówczas mechanizmy obronne – ratują przed myślami i wspomnieniami, którym nie jesteśmy gotowi stawić czoła. Jednym z takich mechanizmów jest dysocjacja, którą ludzie opisują jako stan, w którym na jawie czują się tak jak we śnie; są emocjonalnie odrętwiali; mają problemy z koncentracją; trafiają do różnych miejsc, ale nie wiedzą, jak się tam znaleźli; mają wrażenie, że są oderwani od rzeczywistości. Czasami pojawia się magiczne myślenie, którego konsekwencją jest na przykład niemożność rozstania się z rzeczami zmarłego dziecka, wynikająca z przeczucia, że dziecko wróci. Granica pomiędzy poczuciem kontroli swojego życia a poczuciem zagubienia jest bardzo cienka. Nie bój się, to nie są oznaki szaleństwa, ta odrealniona jazda właśnie chroni cię przed chorobą psychiczną. Ale kiedy czujesz, że ten proces się nasila, poproś o pomoc.

Irena, której siedmioletnia córeczka zmarła na białaczkę, przez wiele miesięcy, absolutnie nieświadomie, trafiała pod szkołę dziewczynki. – Nagle o tej godzinie, kiedy zwykle ją odbierałam, urywał mi się sen, kiedy odzyskiwałam świadomość, stałam przed szkolnym budynkiem – opowiada.

Psychiatra rozpoznał u niej PTSD, czyli zespół stresu pourazowego, podobnie jak u autorki przywoływanej książki. Irena nie była w stanie nie chodzić pod szkołę dziecka, Justyna nie była w stanie mówić o tym, co się wydarzyło w dniu śmierci synka, reagowała paniką na sygnał karetki. Terapeutka zastosowała metodę przedłużonej ekspozycji – podczas cotygodniowych spotkań nagrywała opowieść Justyny o tym dniu z poleceniem, by każdego dnia pomiędzy sesjami odsłuchiwała ją i szacowała na skali od 0 do 100 poziom stresu, który odczuwa w trakcie. Najbardziej stresujące momenty opowieści były omawiane na terapii. Celem miało być zrozumienie, że opowieść sama w sobie nie jest groźna, tak jak sygnał karetki czy zapach szpitala.

„Umysł nie jest w stanie poradzić sobie ze wstrząsającym przeżyciem, którego człowiek był świadkiem. Ono co chwila odtwarza się w głowie jak zapętlony film – moje dziecko umiera mi na rękach” – wspomina Justyna Wincenty. To wszystko kiedyś minie. Potrzeba czasu, wsparcia, profesjonalnej pomocy, leków…

Dlaczego to tak boli i kiedy się wreszcie skończy?

Wszyscy chcielibyśmy kontrolować czas cierpienia – dokładnie wiedzieć, kiedy poczujemy się lepiej, kiedy to wszystko minie. Ale próby określenia limitu czasowego dla procesu opłakiwania straty dziecka są całkowicie pozbawione sensu. Można starać się określać, od czego to zależy: od wieku dziecka, stanu twojego zdrowia, wsparcia, jakie dostajesz, tego, czy dziecko chorowało, czy może śmierć przyszła nagle – ale to pozorne ruchy, które niczego nie zmienią, nie przyspieszą, nie ułatwią. Wyniki badań wskazują, że domykanie żałoby po stracie dziecka może trwać latami. Tego bólu nie sposób przeżyć w przyspieszonym tempie, nie można go też uniknąć. Są rodzice, którzy w smutku pogrążają się do końca życia, czasami nieświadomie porzucając emocjonalnie pozostałe dzieci.

„Kiedy umarł Tadek, otworzyło się wieczne źródło bólu. Będzie biło do końca życia” – to kolejny poruszający fragment książki, bo kiedy umiera dziecko, rodzice odczuwają również utratę części siebie: swoich niespełnionych marzeń, które lokowali w dziecku, planów na przyszłość, marzeń i aspiracji. W obliczu śmierci ich własna nieśmiertelność staje pod znakiem zapytania.

Nadejdzie dzień, w którym poczujesz, że boli trochę mniej, a kiedy boli, już wiesz, jak sobie z tym poradzić. „Wymyślam ćwiczenie. Wdech, mówię w głowie: mi. Wydech, mówię w głowie: łość. Wdech – mi. Wydech – łość. Powtarzam to bardzo długo, dopóki nie zasnę” – pisze autorka „Kołysanki”. Zaczynasz ufać naturalnemu procesowi przeżywania straty.

Doktor Lisa M. Shulman, autorka książki ,,Mózg w żałobie”, twierdzi, że leczenie traumy straty polega na przekształcaniu traumatycznych wspomnień we wspomnienia o mniejszym ładunku emocjonalnym. „Z neurologicznego punktu widzenia traumatyczne wspomnienia tworzą własne szlaki bodźców nerwowych: pewne bodźce wyzwalające aktywują szlaki związane z niepokojem, walką czy ucieczką. Wyzdrowienie wynika z neuroplastyczności mózgu, czyli utworzenia nowych szlaków dla bodźców nerwowych” – wyjaśnia.  Przyjmujesz wszystkie emocje, które pojawiają się w najmniej odpowiednim momencie i zalewają cię tak mocno, że z trudem łapiesz równowagę. Dzięki temu, że od nich nie uciekasz, ból powoli jest coraz mniejszy. A potem pewnego dnia uśmiechasz się, kiedy niespodziewanie znajdujesz w jakimś rzadko odwiedzanym miejscu w mieszkaniu jego skarpetkę i nie przepłakujesz z tego powodu nocy. Już nie starasz się obsesyjnie ustalić wszystkich szczegółów dotyczących jego śmierci, bo śmierć po prostu istnieje, jest elementem życia. Domknięcie procesu żałoby oznacza, że akceptujesz fakt, że być może nigdy się do końca nie pogodzisz ze stratą, że jeszcze nieraz zatęsknisz, zaszlochasz, poczujesz złość, dlaczego to spotkało właśnie ciebie… ale nie umrzesz już od tego.