1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Komunikacja w związku. Jak komunikować się z serca do serca?

Komunikacja w związku. Jak komunikować się z serca do serca?

Jeśli nauczymy się być w kontakcie ze sobą, wówczas możemy połączyć się z duszą drugiej osoby. Słyszymy, co mówi i co czuje, ale widzimy wszytko głębiej. (Fot. iStock)
Jeśli nauczymy się być w kontakcie ze sobą, wówczas możemy połączyć się z duszą drugiej osoby. Słyszymy, co mówi i co czuje, ale widzimy wszytko głębiej. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Harmonijne relacje ze sobą i światem – tak w skrócie można określić filozofię Zen Coachingu, która uczy żyć i reagować świadomie, zamiast na włączonym autopilocie. - Komunikacja heart to heart to najgłębszy sposób komunikacji.  Dzięki niej w drugiej osobie widzimy więcej niż tylko umysł i emocje. Widzimy jej duszę - mówi Kåre Landfald, twórca Zen Coachingu.

Harmonijne relacje ze sobą i światem – tak w skrócie można określić filozofię Zen Coachingu, która uczy żyć i reagować świadomie, zamiast na włączonym autopilocie. - Komunikacja heart to heart to najgłębszy sposób komunikacji.  Dzięki niej w drugiej osobie widzimy więcej niż tylko umysł i emocje. Widzimy jej duszę - mówi Kåre Landfald, twórca Zen Coachingu. 

Na czym polega komunikacja z serca do serca? Możemy porozumiewać się z drugą osobą na trzech poziomach. Po pierwsze, z poziomu umysłu, by wymienić się informacjami, zapytać o opinię, podzielić się pomysłami. Po drugie, z poziomu emocji, gdy mówimy o tym, jak się czujemy, co nas cieszy, boli, uszczęśliwia czy frustruje. Wreszcie można komunikować się z poziomu bycia tu i teraz, z poziomu obecności. Dla mnie komunikacja heart to heart to właśnie ten ostatni poziom. Najgłębszy. To nasza świadoma obecność w teraźniejszości. Taka komunikacja oznacza, że porozumiewamy się z poziomu swojego prawdziwego, autentycznego „ja”, a w drugiej osobie widzimy więcej niż tylko umysł i emocje. Widzimy jej duszę.

Czego potrzebujemy, by takie porozumienie nastąpiło? Musimy być w kontakcie ze sobą. Potem dopiero możemy połączyć się z tą drugą osobą.

A jeśli ta druga osoba nie jest połączona ze sobą? Jeśli jestem w kontakcie ze sobą, wówczas mogę połączyć się z duszą tej drugiej osoby. Słyszę, co mówi i co czuje, ale widzę więcej, głębiej. To trochę jak z ciastem. Mamy górę, spód i środek – najsmaczniejszą część. I ja widzę tę najsmaczniejszą część. Kiedy jestem ze sobą w kontakcie i odbieram innych na głębszym poziomie, ludzie na to odpowiadają, czują to.

Jak to wpływa na jakość komunikacji? Komunikacja ma różne cele. Jeśli potrzebuję praktycznej informacji, na przykład jestem na dworcu kolejowym i zapytam cię o pociąg do Poznania, to mi odpowiesz. Ale gdy zapytam, co jest dla ciebie najważniejszą rzeczą w życiu albo czego brakuje ci w twoim związku – wejdziemy już na inny poziom. Głębszy, bardziej osobisty. Jeśli ludzie się spotykają, to warto zapytać o cel spotkania. Czy chcę poznać twoją opinię czy duszę?

Czy może chcę zbudować relację? Mnie interesuje ludzka satysfakcja, spełnienie. Prawdziwa przyjaźń to taka, która odbywa się na poziomie serca, duszy. Mamy przyjaciół, których lubimy, ale dopiero gdy wpadamy w tarapaty – problemy finansowe, chorobę, rozwód – możemy przekonać się, kto o nas dba, martwi się, pomaga nam czy odwiedza nas w potrzebie. Kto jest „powierzchownym” przyjacielem, a kto prawdziwym. I jakiego rodzaju przyjaźni chcemy.

Ale konflikt może pojawić się nawet w najbliższej relacji. Zwłaszcza w tej najbliższej! Między prawdziwymi przyjaciółmi także zdarzają się kłótnie. Często największe, najsilniejsze konflikty wybuchają z osobami, na których nam najbardziej zależy. Dlaczego? Bo najbardziej w te relacje inwestujemy. Chcemy być rozumiani, kochani, akceptowani. Konflikt wydarza się zwykle, gdy te potrzeby nie są według nas zaspokajane.

Zwłaszcza w związku. Jest teoria pięciu języków miłości, czyli sposobów, w jakie okazujemy sobie miłość. Dla części osób wyrazem uczuć jest spędzanie ze sobą czasu, wartościowego czasu, dla innych to prezenty, dla jeszcze innych czyny, dotyk albo czułe słowa. U każdego z nas jeden z tych języków jest wiodący. Warto wiedzieć nie tylko, jaki język jest typowy dla mnie, ale też, jaki język miłości ma ważna dla nas osoba. Jeśli takim językiem u ciebie jest dotyk, a ukochana osoba cię nie dotyka, to nie czujesz się kochana. Moim językiem jest wartościowy czas. Jeśli więc nie masz czasu dla mnie, to nie czuję się przez ciebie kochany. I mamy konflikt. Bo wprawdzie kochasz mnie, ale nie okazujesz tego w sposób, w jaki oczekuję, nie mówisz językiem, jaki rozumiem.

Czyli konflikt bierze się z tego niezrozumienia? Tak, choć nie ono jest zapalnikiem. My po prostu nie komunikujemy swoich potrzeb. A w takich sytuacjach zawsze warto być szczerym, bez osądzania. Samo nieporozumienie to nie konflikt. Wcześniej jest ocena i obwinianie. Na przykład jestem z kimś, dla kogo językiem miłości są prezenty, ale dla mnie nie są one aż tak ważne. Druga strona zaczyna mnie oceniać i winić, mówiąc: „Nie dajesz mi prezentów, jesteś zły, nie kochasz mnie!”. A mogłaby powiedzieć to inaczej. Na przykład: „Wiesz, jesteśmy razem już rok i nigdy nie otrzymałam od ciebie żadnego prezentu. Jest mi smutno. Nie czuję się kochana. Dlaczego nie dajesz mi prezentów?”.

To brzmi jak rozmowa według reguł NVC, czyli Porozumienia bez Przemocy. Dokładnie tak. Kiedy mówimy o swoich uczuciach, bez oceniania drugiej osoby, porozumiewamy się z poziomu wrażliwości. A to wytrąca oręż z rąk drugiej stronie. Nie sposób zaprzeczyć czy nie zgodzić się z czyimiś uczuciami. Dlatego zawsze trzeba wybrać współodczuwanie zamiast oceniania. Czasem może w tym pomóc rozmowa z przyjacielem albo z coachem. Być może pozwoli zrozumieć, dlaczego w ogóle oceniamy i winimy innych. Konflikt zdarza się wtedy, gdy masz w sobie emocje, do których nie chcesz się przyznać. Dlatego próbujesz zmienić tę drugą osobę.

Jakie to uczucia? Na przykład jesteś z kimś, kto dużo pracuje, jest ciągle zajęty. Nie widujecie się zbyt często, co martwi cię i złości. Zaczynasz oceniać i obwiniać za to tę drugą osobę. Jakiego uczucia unikasz?

Samotności? Właśnie, czujesz się samotna, a ponieważ nie chcesz się tak czuć, obwiniasz swojego partnera, że o ciebie nie dba i nigdy nie ma go w domu. Oceniasz drugą osobę, zamiast powiedzieć jej wprost, że czujesz się samotna.

Dlaczego nie mówimy sobie takich rzeczy wprost? Bo nie chcemy brać odpowiedzialności za swoje uczucia. Najpierw wybieramy kogoś z jakiegoś powodu, a potem z tego samego powodu narzekamy na tę osobę. Tak rodzi się konflikt. Emocje, do których nie chcemy się przyznać, biorą się zwykle z nierozwiązanych sporów z naszymi rodzicami. Na przykład nie dostałem w dzieciństwie od rodziców czegoś, czego nie mogli mi dać – miłości, opieki, uwagi, troski, zrozumienia. Od dziecka więc noszę w sobie schowany głęboko ból, i od dziecka chcę ten ból uleczyć. W wieku 30 lat zakochuję się i oczekuję, że ta druga osoba da mi to, czego nie dali rodzice. Kiedy mi tego nie daje, niepokoi mnie to i złości, bo budzą się we mnie intensywne uczucia tamtego zranionego kilkulatka. Ale zamiast wrócić do tych uczuć, odsłonić je, tłumię je i przekierowuję winę i złość z rodziców na tę drugą osobę. A przecież ta druga osoba nie zastąpi mi rodziców. To niby oczywiste, lecz większość ludzi nie jest tego świadoma.

Jak pomóc tej drugiej osobie to zrozumieć? Możemy brać odpowiedzialność tylko za siebie.

Czy tobie też zdarza się wejść w konflikt? Czasem. Ale nie myślę o nim jak o czymś złym, tylko jako o możliwości, potencjale do rozwoju. Mój nauczyciel powiedział mi raz, że jeśli nie ma konfliktów w intymnym związku, to nie jest to intymny związek. Jeśli jesteś z kimś blisko, to musi dochodzić między wami do nieporozumień i spięć, ale one są okazją, by się czegoś od siebie nauczyć, poznać lepiej tę drugą osobę, ale także siebie. Czasem ludzie nie potrzebują treningu z rozwiązywania konfliktu, tylko tego, żeby ten konflikt prawdziwie przeżyć, zamiast zamiatać go pod dywan, a potem wybuchnąć po dziesięciu latach i wszystko zniszczyć. Wszystko jest dobrze, dopóki szukamy porozumienia, dopóki próbujemy rozmawiać. Kiedy przestajemy, już nic nie można zrobić.

Kåre Landfald twórca Zen Coachingu i jego główny nauczyciel. Zapoczątkował rozwój Społeczności Zen Coachów. Od 1997 r. Kåre pracuje jako konsultant, coach, mediator w konfliktach, menedżer i nauczyciel rozwoju osobistego oraz zarządzania zmianą w organizacjach. Pracował dla ONZ, norweskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz jako konsultant w wielu organizacjach.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czemu wybrałam właśnie ciebie, czyli jak biologia wpływa na to, w kim się zakochujemy

Dlaczego kobiety idą do łóżka z wysokim brunetem, ale na męża wybierają niskiego blondyna? Bo pierwszy z nich będzie lepszym reproduktorem, a drugi lepszym ojcem – twierdzą naukowcy. (Fot. iStock)
Dlaczego kobiety idą do łóżka z wysokim brunetem, ale na męża wybierają niskiego blondyna? Bo pierwszy z nich będzie lepszym reproduktorem, a drugi lepszym ojcem – twierdzą naukowcy. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Miłość od pierwszego wejrzenia? Nie. Będzie mniej romantycznie. Motywy wyboru ukochanego są bliżej biologii niż romansu!

Dlaczego kobiety idą do łóżka z wysokim brunetem, ale na męża wybierają niskiego blondyna? Bo pierwszy z nich będzie lepszym reproduktorem, a drugi lepszym ojcem – twierdzą naukowcy. A przynajmniej tak podpowiadają nam hormony. Według badań przeprowadzonych przez prof. Grażynę Jasieńską i prof. Bogusława Pawłowskiego, kobieta w płodnej fazie cyklu, która poszukuje partnera, ale nie chce się wiązać z nim na dłużej, podświadomie wybiera mężczyznę z dobrymi genami – a wyższy wzrost jest ich gwarancją. Natomiast przy wyborze kogoś na całe życie kieruje się cechami, które zapewnią bezpieczeństwo jej i potomstwu: statusem majątkowym, zaradnością czy opiekuńczością.

Odkąd prof. Bogdan Wojciszke, psycholog i autor książki „Psychologia miłości”, stwierdził, że kobiece wybory są silnie związane z fazą cyklu miesiączkowego, wielu naukowców zaczęło analizować tę zależność i dochodzić do ciekawych wniosków. Z licznych badań wynika, że w czasie owulacji panie preferują mężczyzn o typowo męskich cechach antropologicznych: ostro zarysowanej i szerokiej szczęce, wypukłych łukach brwiowych czy niskim, głębokim głosie. Biologiczny pociąg jest tak silny, że dwukrotnie częściej zdradzają swoich stałych partnerów właśnie w dni płodne.

Mężczyźni najwyraźniej podświadomie to wyczuwają, bo w czasie owulacji partnerek otaczają je większą opieką, stają się bardziej czuli, a nawet bardziej ich pilnują: częściej do nich dzwonią, mniej chętnie patrzą na wyjście z domu. Zagrożenie widzą jednak tylko ci, którzy nie czują się atrakcyjni dla swoich dam serca.

Sama nie wiem, czemu to robię

Nie bez powodu. Według naukowców rozbudzone hormonalnie kobiety podświadomie starają się przyciągać wzrok mężczyzn. Udowodniono to na prostym eksperymencie. Grupę kobiet poproszono, by przychodziły do laboratorium w różnych fazach cyklu i wskazywały stroje, jakie założyłyby na imprezę tego wieczora. Badacze zwracali też uwagę na ubiory, w jakich się zjawiały. Wnioski były jednoznaczne – w dni płodne panie odkrywają więcej ciała. Nic dziwnego, ich skóra staje się w tym czasie jaśniejsza, twarz płonie zdrowym rumieńcem i maleje współczynnik proporcji między obwodem talii i bioder. A to panowie lubią najbardziej!

W innym eksperymencie analizowano reakcje mężczyzn na słowa wypowiadane przez tę samą kobietę, nagrane w czterech różnych fazach jej cyklu. Panowie twierdzili, że słyszą głos… czterech różnych pań, bo tak bardzo różnił się w poszczególnych nagraniach, natomiast za najbardziej atrakcyjny uznali zarejestrowany w czasie owulacji.

O tym, że płeć brzydka odbiera sygnały wysyłane przez piękniejszą, potwierdza też fakt, że striptizerki podczas owulacji dostają napiwki aż o 80 proc. wyższe niż podczas menstruacji. Podobnej reguły nie stwierdzono w przypadku kobiet, które przyjmowały tabletki antykoncepcyjne. Dr Geoffrey Miller, psycholog ewolucyjny, tłumaczy to tym, że antykoncepcja osłabia naturalne instynkty kobiet. Panie, które nie sterują swoim cyklem za pomocą tabletek, nieświadomie wysyłają o wiele silniejsze sygnały, instynktownie odbierane przez mężczyzn.

Fe jak feromony

Na pozornie niedorzeczny pomysł wpadli amerykańscy badacze, którzy dokonali pomiarów symetryczności twarzy i ciał grupy studentów, a następnie wręczyli im T-shirty do noszenia przez dwa dni. Przesiąknięte męskim zapachem zaprezentowali kobietom w różnych fazach cyklu. Okazało się, że panie w czasie owulacji uznawały za atrakcyjnych tych symetrycznych, asymetryczni nie cieszyli się powodzeniem.

Wnioski podobne – symetria ciała rokuje zdrowe geny, asymetria zaś problemy zdrowotne. Dlatego, jak tłumaczy prof. David M. Buss w swojej książce „Psychologia ewolucyjna”, wybór mężczyzny o takiej budowie zmniejsza ryzyko dziedziczenia chorób przez potomstwo. Dlatego mężczyźni  o symetrycznych twarzach zwykle są uważani za przystojnych, mają więcej partnerek, stosunków pozamałżeńskich i wcześniej przechodzą seksualną inicjację.

Pomysł z T-shirtami tak bardzo spodobał się naukowcom, że stały się ich ulubionym rekwizytem. W eksperymencie przeprowadzonym na uniwersytecie w Lozannie stwierdzono, że kobiety wybierają koszulki tych mężczyzn, których ponad 100 genów MHC (tzw. układu zgodności tkankowej) różni się od ich własnych. Wszystko się zgadza, bo im bardziej zróżnicowane są geny MHC u rodziców, tym sprawniej działa układ immunologiczny dziecka. Wynikałoby z tego, że panie zmysłem powonienia wyłapują partnerów, którzy zapewnią potomstwu długie i zdrowe życie.

Przeciwieństwa się przyciągają? Niekoniecznie. Jak się okazało, wielu kobiet wcale nie zniewala zapach mężczyzn, z którymi nie mają wspólnych genów MHC.

– Wystrzegają się osobników zarówno zbyt do nich podobnych, jak i zbyt różnych. Akceptowany poziom jest gdzieś pośrodku – tłumaczy autorka badań prof. Martha McClintock.

Pigułka rozwodu?

Najciekawszym wnioskiem, do jakiego doszli naukowcy, jest to, że winnymi większości rozwodów są… tabletki antykoncepcyjne i dezodoranty. Albowiem jedne i drugie zupełnie fałszują nasz naturalny osąd partnera. Panie, które zażywają tabletki, za atrakcyjne uznają zapachy panów o bardzo podobnym MHC. Dlatego Rachel Herz, światowej sławy ekspert psychologii zapachu, autorka książki „Zapach pożądania”, mówi wręcz: „Jeśli chcesz znaleźć mężczyznę, który miałby być ojcem twojego dziecka, odłóż pigułki zanim zaczniesz poszukiwania”. Christine Garver-Apgar, psycholożka z Uniwersytetu Nowego Meksyku dowiodła bowiem, że im większe u partnerów podobieństwo genów MHC, tym bardziej prawdopodobne, że partnerka zdradzi w przyszłości swojego mężczyznę.

Natomiast kobieta, która zakochała się w trakcie stosowania hormonalnych środków antykoncepcyjnych, może mieć problemy po ich odstawieniu, bo nagle na przykład poczuje, że jest w związku z niewłaściwym mężczyzną. Prof. Carole Ober, genetyk z uniwersytetu w Chicago, twierdzi z kolei, że niebezpieczne jest stosowanie perfum i dezodorantów, które zabijają naturalne wonie. Jej zdaniem, odurzeni syntetycznym zapachem decydujemy się na zupełnie niewłaściwych partnerów, co sprawia, że potem nie układa się nam w związkach. Oto powód wzrastającego wskaźnika rozwodów w krajach wysoko rozwiniętych! Wspomniany już dr Goeffrey Miller uważa wręcz, że to przemysł perfumiarski doprowadził do rozluźnienia obyczajów. Obecnie bardzo szybko przechodzimy do fizycznego kontaktu, bo dopiero całując się i uprawiając seks wyczuwamy prawdziwą woń kochanka. – Współczesne kobiety nie doceniają wpływu, jaki na atrakcyjność partnera ma jego zapach – mówi dr Kamila Bargiel-Matusiewicz, psycholożka z Uniwersytetu Warszawskiego. Rachel Herz pisze, że panie, które trafiają do poradni małżeńskich, najczęściej twierdzą: „Nie mogę znieść jego zapachu!”. Co ciekawe, w czasie trwania związku ponad 90 proc. kobiet obwąchuje rzeczy swoich mężczyzn, zwłaszcza gdy są nieobecni.

Z kim się wiązać?

Z pewnością większe szanse na stworzenie trwałego związku mają osoby o podobnej atrakcyjności fizycznej, pochodzące z tej samej grupy społecznej czy o zbliżonych usposobieniach (np. radośni przyciągają radosnych). Ale czy przy tak dużej liczbie badań naukowcom udało się napisać wzór, który określałby warunki, jakie musieliby spełnić potencjalni partnerzy, by stworzyć trwały związek?

– Nie – mówi prof. Wojciszke. – Wykonanie tego zadania uniemożliwia bardzo wysoki stopień przypadkowości uwikłany w ów ważny wybór. Dr Bargiel-Matusiewicz w nieco inny sposób tłumaczy brak takiego naukowego wzorca: „Miłość to sztuka, której trzeba się uczyć, a tworzenie udanego związku wymaga otwartości, zrozumienia, wysiłku i czasu. Błędne jest oczekiwanie, że po spotkaniu właściwej osoby, wszystko samo się ułoży. Nic nie dzieje się samo”.

Istotne 3 minuty

Szybkie randki, czyli tzw. speed dating, są dość skutecznym sposobem na znalezienie właściwego partnera, być może właśnie dzięki informacjom na temat genów zawartym w zapachu człowieka.

Na tych spotkaniach nowo poznani potencjalni partnerzy mają zaledwie 3 do 5 minut, by stwierdzić, czy chcą kontynuować znajomość z osobą, z którą w tym czasie rozmawiali. – To bardzo rozsądny pomysł, bo człowiek dowie się o drugim tyle samo w ciągu trzech minut, ile przez dwie godziny – uważa prof. Bogdan Wojciszke.

Niebieskie do niebieskiego

Ciekawe badania na temat preferencji mężczyzn przeprowadzono w Norwegii – sprawdzono, czy kolor oczu panów wpływa na ich decyzję o wyborze partnerki. Okazało się, że niebieskoocy mężczyźni wolą kobiety o tym samym kolorze oczu. Ciemnoocy nie byli tak konsekwentni. Naukowcy nie potrafią wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje, ale snują swoje przypuszczenia. Jedna z teorii mówi, że ponieważ niebieskie oczy są zanikającą w społeczeństwie cechą, mężczyźni podświadomie wybierają kobiety o tym samym kolorze tęczówki, by zachować tę cechę u dzieci.

  1. Psychologia

Jak rozmawiać, gdy w związku dzieje się źle? 5 kroków do porozumienia

Co może pomóc, gdy w związku dzieje się źle? Zwykła rozmowa. Ale oparta na kilku ważnych zasadach, a dokładnie pięciu krokach. (Fot. iStock)
Co może pomóc, gdy w związku dzieje się źle? Zwykła rozmowa. Ale oparta na kilku ważnych zasadach, a dokładnie pięciu krokach. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Terapeutka własnego związku - ty w takiej roli? Czemu nie! Twój partner boryka się z problemem, który rzutuje na waszą relację? Zaproś go na kozetkę.

Oliwia i Leszek, małżeństwo 30-latków, spodziewają się dziecka. Od pewnego czasu Oliwia obserwuje zmianę w zachowaniu męża. Zwykle roześmiany i energiczny, coraz częściej bywa nieobecny, ponury, późno wraca z pracy. Oliwia martwi się i próbuje do niego dotrzeć. Bezskutecznie. Któregoś wieczora nie wytrzymuje i wykrzykuje w złości: „Nie chcesz tego dziecka?!”. Leszek, oburzony jej oskarżeniami, zarzuca jej paranoję i egocentryzm…

– To świetny przykład na to, jak nie postępować – mówi psycholog Anna Dzierżawska. – Strony nie słuchają się, można nawet powiedzieć, że siebie nie widzą. Oskarżenia i domysły prowadzą donikąd. Bywa, że partnerzy nic nie mówią, co jest nawet gorsze niż serie oskarżeń, milczenie jest bowiem najbardziej mściwą formą okazywania złości.

Co pomoże Oliwii i Leszkowi? Zwykła rozmowa. Ale oparta na kilku ważnych zasadach, a dokładnie pięciu krokach. Ich twórcy, psychologowie Kathryn i David Geldard, twierdzą, że skorzystać z nich może każdy, kto ma problemy w relacji z partnerem i kto chce pozbyć się ich w sposób mądry i efektywny.

Zanim jednak zostaniesz psychoterapeutką własnego związku, musisz odpowiedzieć sobie na trzy pytania: Czy jestem gotowa na to, by słuchać o problemach drugiej osoby? Czy potrafię szanować rozmówcę (uznać go za wartościowego człowieka)? Czy umiem wykazać się empatią (pełne zrozumienie i dzielenie uczuć drugiej osoby) oraz bezwarunkowo akceptować myśli i uczucia partnera (powstrzymywać się od osądzania)?

Jeśli na wszystkie odpowiedziałaś twierdząco, możesz zaprosić partnera na kozetkę.

KROK 1. Sprawdź, czy chce pomocy

Pewne sygnały, jakie odbierasz od partnera, mogą świadczyć o tym, że boryka się z jakimś problemem i potrzebuje pomocy, ale nie wiesz, czy jej chce. Dlatego warto zachęcić go do rozmowy: podziel się z nim swoją obawą, a następnie zapytaj, czy przyjmie twoją pomoc (pytanie musi dawać rozmówcy wybór: możesz rozmawiać, ale nie musisz). Np. „Martwi mnie, że wracasz do domu tak późno i się nie uśmiechasz. Jeśli chcesz ze mną porozmawiać, to jestem”. Jeżeli odmówi, nie naciskaj. Wróć do tematu za kilka dni. Albo poproś kogoś innego, np. brata czy tatę, żeby zainicjowali rozmowę. Może partnerowi będzie łatwiej porozmawiać z kimś innym?

KROK 2. Zorientuj się na osobę

Carl Rogers, amerykański psycholog, zakładał, że ludzie posiadają naturalną zdolność rozwiązywania własnych problemów. Twierdził, że zadaniem doradcy nie jest bezpośrednia interwencja ani znajdowanie rozwiązań za kogoś, ponieważ każdy potrafi zrobić to sam. Dlatego, skupiając się na problemach partnera, nie podsuwaj mu gotowych rozwiązań, nie radź („Musisz coś z tym zrobić”) i nie powołuj się na własne doświadczenia: „Ja na twoim miejscu zrobiłabym to i to”. Pozwól mu samemu znaleźć rozwiązanie.

– Łatwiej i wygodniej jest nam wyręczać innych – mówi Anna Dzierżawska. – Tymczasem dając komuś prawo do podejmowania własnych, nawet błędnych, decyzji, uznajemy go za dojrzałego. Pozwalamy, żeby sam niósł swój ciężar, potykał się, ale i rozwijał. Pamiętajmy, że jeżeli weźmiemy odpowiedzialność za cudze problemy, będziemy winni cudzych porażek.

KROK 3. Dużo słuchaj, mało mów

Po pierwsze: ten mówi, kto ma problem, a powiernik słucha. I robi to aktywnie: kiwa głową, uważnie patrzy w oczy rozmówcy, ale mu nie przerywa. Gdy skończy, odczekuje kilka sekund i dopiero wtedy zabiera głos. Po drugie: to, co mówisz, powinno upewnić partnera w tym, że uważnie go słuchasz i rozumiesz: „Widzę, że to dla ciebie trudne”. Od czasu do czasu podsumować to, co powiedział do tej pory oraz potwierdzać jego słowa: „Rozumiem twój punkt widzenia”. Warto również odzwierciedlać uczucia rozmówcy: „Bałeś się, że stracisz pracę, to naturalne”.

KROK 4. Zrozum i zaakceptuj uczucia

Osoba, która boryka się z jakimś problemem, widzi wszystko w krzywym zwierciadle (np. dostrzega same minusy sytuacji albo wyolbrzymia to, co się stało). Słuchanie drugiej strony, parafrazowanie (czyli mówienie tego, co zostało powiedziane, ale własnymi słowami) ma na celu „wyprasowanie” krzywego zwierciadła po to, żeby rozmówca mógł zrzucić z siebie emocje, które go zaślepiają, i ujrzeć problem bez zakłóceń, w jego realnej postaci. Często na tym etapie domowa interwencja się kończy. Partner chciał jedynie zostać wysłuchany i zrozumiany.

KROK 5. Pomóż znaleźć rozwiązanie

Musisz pamiętać, że twój partner jest ekspertem w poszukiwaniu najlepszych dla siebie rozwiązań (patrz krok 2). Powiernik winien raczej skupić się na omawianiu konsekwencji danego wyboru, a nie na samym wyborze (czyli mówić: „Jeśli zmienisz pracę, zarobisz więcej”, zamiast: „Powinieneś zmienić pracę, by więcej zarabiać”). Czasem warto podsunąć najgorsze rozwiązanie, bo może zmobilizować do szukania lepszego, albo powiedzieć wręcz: „Nie ma dla ciebie rozwiązania” – to zmusza do wytężonej pracy (trzeba tylko pamiętać, żeby te słowa wypowiadać z szacunkiem, bez cienia złośliwości).

Przełomem i rozwiązaniem może być też decyzja o powstrzymaniu się od działania lub jego odroczeniu. Nawet gdy myślisz, że z twojej perspektywy to za mało albo za późno – zaufaj partnerowi. W końcu on wie lepiej od ciebie, co jest dla niego najważniejsze.

Warto przeczytać: Kathryn i David Geldard, „Rozmowa, która pomaga”, GWP 2004. 

  1. Psychologia

Kampania społeczna "Mów do mnie grzecznie". Wyjaśniamy, jak reagować na agresję słowną

"Mów do mnie grzecznie" to kampania, której celem jest promocja asertywnej i grzecznej komunikacji. (Ilustracja iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Ad rem, nie ad personam, czyli odnoś się do rzeczy (faktów), zamiast obrażać. – Mówiąc do rzeczy, mówimy grzecznie, czyli szanujemy i nie przekraczamy granic innych ludzi. Nie poniżamy, nie krytykujemy – wyjaśnia dr Agata Jastrzębowska-Tyczkowska, pomysłodawczyni kampanii przeciwdziałającej agresji w komunikacji.

Ad rem, nie ad personam, czyli odnoś się do rzeczy (faktów), zamiast obrażać. – Mówiąc do rzeczy, mówimy grzecznie, czyli szanujemy i nie przekraczamy granic innych ludzi. Nie poniżamy, nie krytykujemy – wyjaśnia dr Agata Jastrzębowska-Tyczkowska, pomysłodawczyni kampanii przeciwdziałającej agresji w komunikacji.

„Mów do mnie grzecznie”, kiedy słyszę te słowa, wszystko się we mnie gotuje. Bo słowo „grzecznie” ma dla mnie negatywne konotacje: posłuszna, bez woli. Skąd hasło tej kampanii społecznej? „Mów do mnie grzecznie” to kampania, której celem jest promocja asertywnej i życzliwej komunikacji. Masz rację, że słowo „grzecznie” zazwyczaj kojarzy nam się z brakiem autonomii czy z posłuszeństwem. Tymczasem dawniej oznaczało po prostu: „do rzeczy”; w kontekście komunikacji chodzi o to, żeby mówić z rozsądkiem, o faktach. Zasady, na których opiera się „grzeczna komunikacja”, opisaliśmy w Kodeksie Grzecznej Komunikacji (w ramce na kolejnych stronach) i będziemy o nich mówić na warsztatach planowanych dla szkół (na początku warszawskich) w Stowarzyszeniu Wspólne Podwórko.

Słowa kreują naszą rzeczywistość. Każde wypowiedziane zdanie ma jakiś cel i wpływa na świat oraz innych ludzi. Czy zdarzyło ci się kiedyś płakać na filmie? Niby wiemy, że to fikcja, a jednak łzy cisną się nam do oczu. Ktoś mógłby o tobie powiedzieć, że jesteś rozhisteryzowana lub niestabilna emocjonalnie. Ktoś inny – że jesteś wrażliwa i empatyczna. Nie wiem, jak ty, ale osobiście wolałabym usłyszeć ten drugi komunikat. Grzecznie to znaczy z szacunkiem i akceptacją, bez ocen i krytyki.

Skąd pomysł na kampanię? Czemu, jako psycholożka, uważasz, że jest tak bardzo potrzebna? Przełomowym momentem było dla mnie zabójstwo prezydenta Pawła Adamowicza podczas mojego ukochanego finału WOŚP 13 stycznia 2019 roku. Dokładnie wtedy zaczęłam uważniej obserwować zmieniający się dyskurs społeczny. Agresywna komunikacja często zastępuje – szczególnie w szkołach – tę normalną i kulturalną, a my nic z tym nie robimy. Postanowiłam coś zmienić, a że zawodowo zajmuję się edukacją i nauczaniem psychologii – od 11 lat jestem dydaktykiem w Uniwersytecie SWPS – stworzyłam kampanię, w trakcie której będziemy uczyć, jak powinniśmy się ze sobą komunikować, by kreować świat otwarty i tolerancyjny.

Z moich obserwacji wynika, że niezależnie od miejsca – szkoła, praca, media, przestrzeń publiczna czy Internet – w naszej komunikacji pojawia się coraz więcej hejtu, agresji, mowy nienawiści, pogardy. Język jest narzędziem i podstawą takich zjawisk, jak mobbing, staffing (znęcanie się pracowników nad szefem – przyp. red.) czy propaganda. Ich efektem jest poczucie wykluczenia społecznego, obniżenie nastroju, depresja czy myśli i czyny samobójcze. Ludzie coraz częściej stosują agresywną komunikację, a my przyzwyczajamy się do tego. Właśnie ta desensytyzacja agresji i przemocy, czyli akceptacja i ciche przyzwolenie na nią, kończy się bardzo źle, co wiemy chociażby z historii. Dlatego tworzymy kampanię społeczną, w której krok po kroku będziemy wprowadzać zmianę w tym obszarze.

W psychologii mówi się, że istnieją trzy postawy komunikacyjne: agresywna, uległa i asertywna, która jest najtrudniejsza... Agresywna komunikacja to wszechobecny hejt, mowa nienawiści, ale i obrażanie drugiego człowieka, poniżanie czy ignorowanie. Postawa uległa zakłada brak reakcji, kiedy ktoś nas atakuje, obraża czy poniża. Natomiast postawa asertywna składa się z dwóch elementów – obrony własnych granic oraz szacunku i akceptacji drugiego człowieka, i myślę, że to ona jest najbardziej wymagająca. Do asertywności musimy dojrzeć, dobrze poznać i zrozumieć jej założenia. Asertywność to nie tylko umiejętność mówienia „nie”, ale też stawiania granic z poszanowaniem drugiego człowieka.

U siebie w domu stosuję tak zwaną pozytywną przerwę. Gdy zalewają mnie emocje, odchodzę w bezpieczne dla mnie miejsce, żeby się uspokoić. Robisz tak zapewne, bo jesteś świadoma różnych mechanizmów i wiesz, że kiedy jesteśmy sfrustrowani, to istnieje większe prawdopodobieństwo agresji – możemy kogoś obrazić, powiedzieć o jedno słowo za dużo, zranić. Chwilowe oddalenie się wówczas jest dobre, ale pod jednym warunkiem: gdy już się uspokoisz, to wrócisz do męża czy syna i z nimi porozmawiasz. Bo ty potrzebowałaś ciszy, ale twoi bliscy potrzebują zrozumieć twoje potrzeby, zachowanie i sytuację.

Mam wrażenie, że żyjemy dzisiaj w świecie silnych kobiet, którym mówi się, że lepiej być niegrzeczną, bo wtedy można wyrazić siebie. A jednak warto komunikować się z innymi bez oceny, z tolerancją. Co innego być grzeczną, co innego mówić grzecznie. Dużo łatwiej promuje się postawy skrajne, bo są bardziej wyraziste. Kobiety mają dzisiaj trudno. Gdy jesteśmy dziewczynkami, oczekuje się od nas, że będziemy uległe, posłuszne i podporządkowane. Kiedy dojrzewamy, spostrzegamy, że lepiej być w życiu agresywną zołzą. Oglądamy filmy o Kleopatrze czy poznajemy takie postaci filmowe jak Miranda Priestly („Diabeł ubiera się u Prady”). To kobiety, które są władcze, a ich cnotą jest egoizm. Tymczasem ani uległość, ani agresja nie są dobrymi postawami komunikacyjnymi. Dlatego chciałabym mówić o życzliwej asertywności, którą Marshall Rosenberg nazywa Porozumiewaniem się bez Przemocy (Nonviolent Communication, NVC). Mamy prawo wyrażać swoje potrzeby i uczucia, ale róbmy to bez ocen, tolerancyjnie i z szacunkiem do innych. Myślę, że to jest klucz do indywidualnego, lecz i społecznego szczęścia. Niezależnie od biologicznej czy psychologicznej płci.

Czyli jak? Można być niegrzeczną i mówić grzecznie? Ależ oczywiście! Mamy prawo zachowywać się niegrzecznie czy niekonwencjonalnie, tańczyć nago przy świetle księżyca czy upijać się na umór, co nie ma nic wspólnego z grzeczną komunikacją. Mówić grzecznie to znaczy: potrafić mówić o swoich potrzebach, ale szanować i nie przekraczać granic innych ludzi. Nie obrażać, nie poniżać, nie krytykować. Żyć tak, jak chcę, bo mam do tego prawo. Ale widzieć przy tym innych ludzi wokół siebie.

Teraz, przy okazji strajków, przetoczyła się przez Polskę dyskusja, czy mówić grzecznie, skoro inni tak mocno naruszają naszą granicę osobistą. Jeśli biją nas po głowie, powinniśmy wyznaczyć jasno granicę. Tylko jak to zrobić? Mój siedmioletni syn zadał mi kilka tygodni temu pytanie przy obiedzie: „mamo, a co to znaczy w...ć?”. Usłyszał to słowo w serwisie informacyjnym. No i właśnie. Osobiście nie popieram ani tego słowa, ani ośmiu gwiazdek, ale – jak rozumiem – celem tych protestów nie było wysłanie osób rządzących na księżyc czy zaproszenie do seksu. Celem było powiedzenie: „nie zgadzamy się na to, aby ktokolwiek decydował za nas, co się będzie działo z naszym ciałem”. Do mnie dużo bardziej trafiają słowa wyśpiewane przez Anitę Lipnicką i Moriah Woods – „Dość już!”. To wspaniały utwór, który pokazuje, jak wielkim wsparciem możemy być dla siebie nawzajem, a także jak można wyznaczać granice, mówiąc grzecznie.

Mam poczucie, że mężczyzn się dzisiaj z kolei ugrzecznia – kastruje ich agresję w ogóle: zarówno tę złą (przemoc), jak i dobrą (sprawczość, decyzyjność). Mężczyźni z obawy przed byciem przemocowymi wycofują się z działania i wyłączają w sobie jakąkolwiek agresję. Stają się grzeczni, jednak wewnątrz wszystko w nich buzuje. To, o czym mówisz, w NVC jest znanym zjawiskiem. Osoba, która jest agresorem, chcąc przestać mówić językiem szakala (agresja) i zacząć mówić empatycznym i życzliwym językiem żyrafy, powinna przejść przez fazę uległości. Nie żyjemy dziś na szczęście w czasach wojny. Nie potrzebujemy wojowników czy rycerzy. Skoro my, kobiety, stajemy się bardziej przebojowe i wojownicze, to dla zachowania równowagi mężczyźni stają się bardziej empatyczni i łagodni.  Ale czy to źle?

Co mówią najnowsze badania na temat naszego dzisiejszego sposobu komunikowania się? Mamy z tym coraz większy problem? Badań i projektów na temat komunikacji, mowy nienawiści czy agresji i przemocy jest wiele. Najbardziej wstrząsające dla mnie były badania prowadzone przez Zespół prof. Michała Bilewicza w Centrum Badań nad Uprzedzeniami, które wykazały, że niemal 96% młodzieży w wieku 16–18 lat styka się z mową nienawiści w Internecie. Pozwolisz, że podkreślę – 96%!

W moim rodzimym Uniwersytecie SWPS koleżanki i koledzy stworzyli genialny projekt o nazwie RESQL, który dotyczy monitorowania i zwalczania przemocy w szkole, a ma im w tym pomóc nowoczesna aplikacja i system wspierający szkoły w rozwiązywaniu problemów przemocy rówieśniczej. To nasza realna odpowiedź na sytuację, która dzieje się obecnie w szkołach i o której słyszymy dopiero, gdy któreś dziecko popełni samobójstwo lub zaatakuje nożem kolegów. Zgodnie z piramidą nienawiści Gordona Allporta wiemy, że każda przemoc poprzedzona jest agresywną komunikacją – poniżanie, obrażanie, krytykowanie. Dlatego pilnie potrzebujemy zmiany.

Komunikacja bez ocen. Rozmowa, a nie mówienie. Przecież psychologowie zachęcają do tego od lat… Tyle że ta komunikacja bez oceny w naszym wykonaniu jest zazwyczaj abstrakcją, nadal oceniamy wszystko i na każdym kroku... Patrząc na dzieci, mam wrażenie, że oceniają i kategoryzują w co drugim zdaniu: jesteś głupi, fajny, nerd, emo... Jasne, że można komunikować się bez ocen, ale to bardzo trudne i wymaga specjalnego treningu. Przykład: wyobraź sobie, że wracasz do domu, a twój partner od progu krzyczy: „Jesteś nienormalna!”. No i teraz: po co to powiedział i co możesz zrobić z takim komunikatem? Nic. Zapewne wyrzucisz go do kosza. Komunikat, a później może także partnera.

A jeśli twój partner zastosowałby „grzeczne mówienie”, mogłabyś usłyszeć: „Zostawiłaś rano włączone żelazko. Nie zauważyłem tego i oparzyłem się w rękę, bardzo mnie boli. Prosiłbym na przyszłość, żebyś pamiętała o takich rzeczach”. To jest właśnie komunikat bazujący na narzędziu, które się nazywa FUO, czyli na modelu asertywnego wyrażania krytyki (patrz: ramka na wcześniejszych stronach – przyp. red.). Czyli jeżeli chcemy komunikować się dobrze, mówimy o Faktach, swoich Uczuciach i Oczekiwaniach.

Twoja teza brzmi: mowa nienawiści i agresywna komunikacja są efektem frustracji podstawowych potrzeb człowieka. Jak temu przeciwdziałać? Zawsze reagować na mowę nienawiści? Zawsze! Profesor Ervin Staub, (uznany autor badań nad psychologią zachowań altruistycznych  i przemocą – przyp. red.) powiedział, że naturalne podstawy dobra i zła leżą w zaspokojeniu lub frustracji naszych podstawowych potrzeb psychologicznych. A każdy z nas ma swoje potrzeby. Staub wyróżnia sześć podstawowych: bezpieczeństwa; skuteczności i kontroli; pozytywnej tożsamości; więzi z innymi; rozumienia rzeczywistości oraz niezależności, czyli autonomii. Jeżeli człowiek odczuwa jakikolwiek brak, jedna z potrzeb jest niezaspokojona, wówczas jest sfrustrowany, agresywny i staje się skłonny do przemocy.

Z tego względu w NVC tak dużą wagę przykłada się do poznawania własnych potrzeb. Bo kiedy już wiemy, czego chcemy, możemy to komunikować i mamy większe szanse na zaspokojenie. Jeżeli powiem mojemu partnerowi: „Potrzebuję w ciągu dnia pół godziny spokoju”, wtedy on zrozumie, że kiedy zamykam się w pokoju, to nie dlatego, że nie chcę spędzać z nim czasu. Marshall Rosenberg twierdzi, że od momentu, kiedy para prawdziwie usłyszy siebie nawzajem oraz dostrzeże własne potrzeby, w kilka minut jest w stanie rozwiązać każdy konflikt w związku. Myślę, że to działa we wszystkich relacjach międzyludzkich.

Tyle że wszyscy jesteśmy inni. Jak mówić, żeby się porozumieć? W jaki sposób nauczyć się tego grzecznego mówienia? O tym właśnie chcemy rozmawiać i tego uczyć w ramach kampanii. Już od wiosny tego roku rozpoczynamy w Stowarzyszeniu Wspólne Podwórko realizację warsztatów dla szkół na terenie Warszawy – dla dzieci, rodziców i nauczycieli. Będziemy tworzyli także materiały informacyjne, w tym miniwykłady, a to dopiero początek. Każdy z nas jest inny, i to jest właśnie wspaniałe. Tyle możemy się od siebie nauczyć, tyle dowiedzieć. Słowa kreują naszą rzeczywistość, zatem mówmy do siebie grzecznie – z szacunkiem i tolerancją do tego, co nas dzieli. Wówczas stworzymy prawdziwą wspólnotę, o której marzył mój przodek – profesor Wojciech Jastrzębowski. Chciałabym kontynuować jego myśl.

Dr Agata Jastrzębowska-Tyczkowska, psycholożka społeczna, adiunkt, Uniwersytet SWPS, członkini Stowarzyszenia Wspólne Podwórko.

Ćwiczenie FUO

1. Pomyśl o sytuacji konfliktowej w swoim życiu, kiedy powiedziałaś coś agresywnie (ocena, krytyka, poniżenie) lub w której zachowałaś się ulegle i nie powiedziałaś nic.

2. Stwórz komunikat FUO (Fakty, Uczucia, Oczekiwania): a. Fakty są takie, że… [uwaga – tu wpisz tylko to, co nagrałaby kamera – TO SĄ FAKTY(!) – bez ocen czy spostrzeżeń]. b. Uczucia. Czuję się w tej sytuacji… [tu opisz, jak się wtedy czułaś]. c. Oczekuję, że na przyszłość…

Kodeks grzecznej komunikacji

Mów do mnie grzecznie, czyli…?
  1. Do rzeczy – mów wprost o swoich potrzebach i oczekiwaniach.
  2. Z szacunkiem dla siebie, lecz także dla innych.
  3. O sobie – mów, co czujesz i jakie są fakty, zamiast krytykować i oceniać innych.
  4. Empatycznie – myśl o tym, jak twoje słowa mogą odebrać inni.
  5. Będąc w zgodzie ze swoimi uczuciami. To one jako pierwsze poinformują cię o niezaspokojonych potrzebach.
  6. Z akceptacją i tolerancją dla innych, którzy mają prawo się od ciebie różnić, a także czuć i myśleć inaczej niż ty.
  7. Masz prawo do wolności słowa, lecz granicą tej wolności jest godność drugiego człowieka, a tej nigdy nie wolno nam przekroczyć.

  1. Styl Życia

Czy każdy z nas ma szansę na oświecenie?

Wszyscy jesteśmy więźniami naszych pomysłów, idei, teorii, konceptów, sposobu myślenia, opinii. Skoro jednak zbudowaliśmy własne więzienie, to mamy klucz, żeby siebie z niego wypuścić (fot. iStock)
Wszyscy jesteśmy więźniami naszych pomysłów, idei, teorii, konceptów, sposobu myślenia, opinii. Skoro jednak zbudowaliśmy własne więzienie, to mamy klucz, żeby siebie z niego wypuścić (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
Czy można osiągnąć oświecenie w jedno popołudnie? Roshi Genpo Merzel, mistrz zen, twierdzi, że tak. Chodzi o to, by przestać się utożsamiać z głosem, a właściwie głosami, jakie ciągle słyszymy w swojej głowie.

Czy można osiągnąć oświecenie w jedno popołudnie? Roshi Genpo Merzel, mistrz zen, twierdzi, że tak. Chodzi o to, by przestać się utożsamiać z głosem, a właściwie głosami, jakie ciągle słyszymy w swojej głowie. I nie oznacza to wielogodzinnej medytacji w ciszy, ale rozmowę w luźnej atmosferze. A gdy robi się zbyt poważnie, Roshi przerywa i mówi: „Nie macie z tego w ogóle żadnej radości!”

Ponad 50 osób na sali. Większość z nich uczestniczyła w porannych warsztatach Roshiego, ale z ciekawości i potrzeby przyszli także na popołudniowe. Roshi śmieje się, że choć już są oświeceni, to jednak dopiero od kilku godzin, więc jest nad czym pracować. W końcu jemu przejście od niedojrzałej fazy bycia oświeconym do tej dojrzałej zajęło 15 lat. Roshi Dennis Genpo Merzel (Genpo jest jego buddyjskim imieniem) jest mistrzem zen (Roshi oznacza mistrza), uczniem słynnego mistrza Taizana Maezumiego. Założył międzynarodową grupę buddyzmu zen Kanzeon International Sangha z siedzibą w Salt Lake City. Polską grupę przez długi czas prowadziła jego spadkobierczyni, Małgorzata Braunek.

Zrzuć skorupę

– Czy wiecie, jak rosną homary? – zaczyna Roshi. – To ciekawe, bo robią to dokładnie jak my – dodaje. Otóż homar rośnie wewnątrz swojej skorupy, a gdy ta staje się zbyt ciasna i zaczyna go uwierać, długo waha się, czy ją zrzucić. Pozbycie się jej uczyni go wprawdzie bezbronnym, ale pozostawienie jej skazuje go na ból. W końcu homar zrzuca skorupę, chowa się pod skałą i czeka, aż wyrośnie mu nowy pancerz. Tak się dzieje za każdym razem, gdy skorupa znowu okazuje się za mała. Podobnie jest z ludźmi, tyle że naszą skorupę tworzą przekonania, sposób myślenia, nawet nasze opinie. Jesteśmy tak do nich przywiązani, że wolimy mieć rację niż być szczęśliwi. I w końcu ta potrzeba posiadania racji zaczyna nas uwierać, ale boimy się, że – porzucając swoje przekonania i opinie – staniemy się bezbronni. Praktyka zen mówi, że trzeba zrzucić skorupę. – Nikt nie robi skorupy dla homara, on sam ją wytwarza. W jakimkolwiek więzieniu jesteś, sam je sobie budujesz – kończy Roshi i dodaje: –  Mam dla was dobrą i złą wiadomość. Zła jest taka, że wszyscy jesteśmy więźniami naszych pomysłów, idei, teorii, konceptów, sposobu myślenia, opinii, nawet jeśli przyszły od innych autorytetów, to przyjęliśmy je jako swoje. Dobra wiadomość jest taka, że skoro zbudowałeś własne więzienie, to masz klucz, by siebie z niego wypuścić. Nie ma zewnętrznego autorytetu, który mógłby ci pomóc. Możesz liczyć na to, że praktyka zen cię wyzwoli, ale drzwi musisz otworzyć sam – kończy.

Gdy Budda przebudził się ze swojego koszmaru, iluzji, powiedział: „Jestem przebudzony. I wszyscy inni też są, tylko że ja to sobie uświadamiam, a inni jeszcze nie”. – Jesteście całkowicie przebudzeni, tylko w to nie wierzycie. Wolicie inwestować w prawo do posiadania racji niż w bycie wolnym i szczęśliwym – mówi Roshi. – Kiedy w końcu zrzucamy swoją skorupę, stajemy się bezbronni. Podobnie kiedy tracimy kogoś, kogo kochamy, przechodzimy wtedy przez proces żałoby i smutku, który czyni nas bezbronnymi. Mówimy, że mamy złamane serce, ale ono jest tylko odsłonięte, bo pękła otaczająca je skorupa. I chociaż jesteśmy wtedy bezbronni, to z drugiej strony właśnie teraz możemy poczuć prawdziwą bliskość. Kiedy przechodzimy proces smutku i żałoby, ciężko jest nam zobaczyć w nim coś pozytywnego. Ale jeśli przejdziemy przez ten trudny czas, wszystko się zmieni. Zaczniemy dostrzegać jasną stronę sytuacji, dojrzejemy – puentuje Roshi. I proponuje: – A teraz zróbmy trochę Big Mindu.

Głosy w nas

Big Mind to słowo klucz tych warsztatów. Autorska metoda rozwoju osobowości Roshiego Genpo, proces, który prowadzi do oświecenia. Big Mind łączy w sobie mądrość Zachodu i Wschodu, czerpiąc zarówno z mistycznych doświadczeń autora i praktyki zen, w tym medytacji, jak i z psychologii głębi, technik psychologii Gestalt oraz terapii Junga, jako że mistrz sam przed laty był terapeutą Gestalt. Roshi wykorzystał tu zwłaszcza metodę Hala i Sidry Stone’ów, pary terapeutów, który stworzyli tzw. Dialog z Głosami. Koncepcja ta zakłada istnienie w człowieku kilku osobowości, które często dochodzą do głosu, i z którymi błędnie identyfikujemy się, jako z prawdziwym „ja”. Podczas rozmowy z tymi osobowościami przenosimy je do naszej świadomości, dzięki czemu przestają nami rządzić. Tę samą metodę rozmowy z głosami możemy wykorzystać w rozwoju duchowym, podczas kontaktu z Absolutem, czyli właśnie Big Mind, Wielkim Umysłem.

Prosimy o rozmowę z głosami, by poznać ich prawdziwą naturę, zdecydować, czy chcemy być oświeceni i przejąć odpowiedzialność za swoje życie, czy też pozostać nieświadomi i żyć w złudzeniu, a tym samym pozwolić, by głosy nami kierowały.

Bąbelek, który chce być większy od oceanu

Kluczowym pojęciem w Big Mind jest „self” czyli „ja”. To nasz Umysł Dualny, głos, z którym mamy do czynienia na co dzień, z którym się utożsamiamy. W rzeczywistości to głos ograniczony, a jednocześnie różnicujący świat na tu i tam, nas i innych, podmiot i przedmiot, złe i dobre. Aby wyjść poza te ograniczenia, musimy skontaktować się z Umysłem Niedualnym, który nie rozróżnia, nie ocenia, tylko obserwuje – Absolutem.

Jak mówi Roshi, „self” uważa siebie za najważniejsze, ustawia siebie w centrum wszechświata. – Nasza prawdziwa natura to ocean, a „self” jest jedynie bąbelkiem na jego powierzchni. Tych bąbelków jest milion i każdemu z nich się wydaje, że jest najważniejszy i nie może pęknąć, bo świat się wtedy rozpadnie. Ten bąbelek zbudowany jest z naszych napięć – tłumaczy Roshi. – Dlatego tak bardzo boimy się śmierci i utraty siebie. Tak długo jak identyfikujemy się z bąbelkiem, tak długo jesteśmy spięci, zestresowani. Żeby się rozluźnić, musimy puścić bąbelek. Boimy się jednak, że wówczas stracimy pewną wersję siebie, w którą wierzymy. To prawda, stracimy ją, ale wtedy staniemy się oceanem, czyli naszą prawdziwą naturą – dodaje.

Przejmij odpowiedzialność

Roshi: Czy mogę rozmawiać z głosem, który jest już oświecony, ale „self” sobie tego jeszcze nie uświadomiło? Powiedzcie, jak zachowuje się „self”, kiedy nie wie, że jest oświecone? Uczestnicy: Jest pełne lęku.

Jaki to lęk? Przed nowym, przed wszystkim, przed śmiercią, chorobą, samotnością, odrzuceniem, utratą kontroli.

Jak zachowuje się „self” pod wpływem lęku? Ocenia, kontroluje sytuację, zrzuca odpowiedzialność na inne osoby. Koncentruje się na wizerunku, myśli o tym, jak inni je odbierają, cały czas ocenia, czy sytuacja jest dobra czy zła.

– Kiedy rozmawiamy z głosem, który jest oświecony, to, co z was wypływa, nazywamy mądrością – tłumaczy Roshi. – Ale wyobraźcie sobie, że rozmawiamy z kimś, kto jest oświecony, ale „self” tego jeszcze nie wie. Budda nazwał ten stan złudzeniem. Choć jesteśmy oświeceni, zachowujemy się jak nieświadomi. Jesteś tu cały czas – oświecony – ale „self” nie wierzy, że tu jesteś. Nie wierzy, bo nie chce uwierzyć, że jest całkowicie odpowiedzialne za swoje życie. Dlatego wybiera złudzenie. Wiedząc, jak się sprawy mają, dostajemy klucz i wolność wyboru. Możemy powiedzieć: „Wybieram bycie w złudzeniu, nieświadomości”, ale możemy też wybrać niebycie w złudzeniu. A kiedy coś wybieramy, bierzemy za to odpowiedzialność – kwituje Roshi. I dodaje, by rozluźnić poważną atmosferę: – Mój nauczyciel powiedział, że woli żyć w złudzeniu, bo to jest zabawniejsze.

Warsztaty trwają. Genpo po kolei rozmawia z pełni oświeconym, świadomym, przebudzonym „ja”, oraz z nieświadomym „ja”, które nie wie, że żyje w złudzeniu. Za każdym razem pyta głosy, jak się czują w danej sytuacji. Na koniec prosi o rozmowę z głosem, który obejmuje w pełni świadome i oświecone „ja” oraz w pełni nieświadome, żyjące w złudzeniu „ja”.

– Kiedy ktoś myśli, że jest oświecony, to pozostaje nieświadomy, w złudzeniu, a gdy ktoś myśli, że żyje w złudzeniu, to właśnie jest oświecony. To od nas zależy, czy jesteśmy jednym czy drugim – podsumowuje Roshi. – Do nas należy głos Ostatecznego Autorytetu. Nie znajdziemy w tej kwestii akceptacji pochodzącej z zewnątrz, czyli tam, gdzie autorytetu szuka nasze dualne „self”. To my jako ostateczny autorytet musimy zaakceptować, przyjąć nasze „self” takim, jakim ono jest, z pełnym uznaniem.

Czy czuję się oświecona? Raczej zdezorientowana. Ale pocieszam się, bo po pierwsze praktyka czyni mistrza (dosłownie!), a po drugie, jak mówi Roshi, różnica między oświeceniem a nieświadomością jest taka, że złudzenie uważa, że jest jakaś różnica między tymi stanami, a oświecenie wie, że jej nie ma.

Jak patrzeć na siebie z boku? - wyjaśnia Roshi Genpo Merzel

Jak na co dzień panować nad głosami w swojej głowie, które zatruwają życie i chwieją poczuciem własnej wartości? Tu potrzeba medytacji, by móc oglądać, patrzeć na te myśli, pozwolić, by one przyszły, bez oceniania ich, bez krytyki, bez preferencji. Nie zastanawiamy się, czy one są złe albo dobre, pozwalamy im przyjść i odejść. To trochę jak z czystym niebem, na którym pojawiają się chmury. A niebo ich nie ocenia, tylko obserwuje. Problem polega na tym, że gdy umysł otrzymuje te niepokojące myśli, odbiera je jako prawdziwe, jako coś wielkiego. Ale tak naprawdę możemy je tylko obserwować i pozwolić im odejść, traktować je jak bąbelki na powierzchni wody, nie utożsamiać się z nimi.

Bardzo trudno jest widzieć siebie takim, jakim chcemy, ale ważne, by być otwartym na ludzi, którzy nas znają, kochają i którym na nas zależy. Pozwólmy im opowiedzieć nam o nas, wysłuchajmy, co chcą nam przekazać, to ma ogromną wartość i moc. Można też wyjść z własnego „self”, zadać sobie interesujące pytania – wtedy jesteśmy szczerzy, bo nie identyfikujemy się ze sobą, z własnym „self”, patrzymy na siebie z boku. Teraz ważna rzecz: jeśli kogoś nie lubimy lub nie akceptujemy jakiejś cechy w tej osobie, możemy być pewni, że mamy tę cechę w sobie. Po prostu nie dopuszczamy jej do głosu, albo wiemy że jest, tylko negujemy jej istnienie.

Mamy wiele twarzy, jak odróżnić fasadę od prawdziwego „ja”? Właściwie wszystko, co myślimy o sobie, co jakoś nas określa, jest fasadą. „Self” samo w sobie jest puste. Ale to jest piękne, bo oznacza, że możemy odłożyć na bok fasady i rozmawiać z prawdziwym „ja”. Mówimy: pozwól mi porozmawiać z fasadą. W naszym trójkącie na jednym rogu podstawy mamy fasadę, na drugim prawdziwe „ja”. A na wierzchołku, gdzie fasada jest prawdziwym „ja”, a prawdziwe „ja” fasadą, możemy wybrać, na co się decydujemy, możemy się zmieniać, być bardziej elastyczni. Ważne, żeby wiedzieć, na co się godzimy. Chodzi nie tyle o wybór, ile o świadomość wyboru, jakiego dokonujemy. To tak jak z byciem raz szczodrym, raz skąpym. Możemy być i tacy, i tacy, nie musimy tego akceptować, wystarczy, że przyznamy, że jesteśmy raz tacy, a raz tacy.

  1. Psychologia

Coach, doradca zawodowy, mentor - jak i z kim rozwijać się zawodowo?

Planowanie kariery może być fantastyczną przygodą, ale także ogromnym wyzwaniem, w którym łatwo się pogubić - dlatego coraz częściej potrzebujemy wsparcia specjalistów. (Fot. iStock)
Planowanie kariery może być fantastyczną przygodą, ale także ogromnym wyzwaniem, w którym łatwo się pogubić - dlatego coraz częściej potrzebujemy wsparcia specjalistów. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Obecnie niemal na każdym kroku jesteśmy bombardowani słowem „rozwój”. Jest on odmieniany przez wszystkie możliwe przypadki i używany w wielu kontekstach. Możliwości, by się rozwijać nie brakuje, tylko pojawia się wątpliwość, jak wybrać te najlepsze? A raczej: jak wybrać właściwe dla moich potrzeb? Kogo szukać: coacha, doradcy zawodowego a może mentora? Wszystkie trzy metody mogą być pomocne w rozwoju kariery, więc na którą się zdecydować?

Wsparcia w rozwoju ze strony specjalistów potrzebujemy coraz częściej. Tempo życia rośnie, a my mamy coraz mniej czasu, by rozmawiać z samym sobą i sprawdzać czy wszystko u nas w porządku. Brzmi śmiesznie? Być może, ale często po sesjach z moimi klientami słyszę: „W końcu w spokoju pobyłem/am sam ze sobą i powiedziałem/am pewne rzeczy na głos”. Badania publikowane przez CBOS potwierdzają, że Polacy (w porównaniu z sytuacją sprzed 20 lat) rzadziej zastanawiają się nad sensem życia, a jedną z przyczyn jest właśnie brak czasu. Gdy spojrzymy na kwestię rozwoju w kontekście zawodowym, oczekiwania XXI wieku są bardzo wysokie. Uczenie się przez całe życie staje się standardem. Zmiany w otaczającym nas świecie powodują powstawanie nowych zawodów. Obecnie szacuje się, że osoby wchodzące na rynek zmienią pracę średnio 20 razy w ciągu swojej drogi zawodowej. To wszystko sprawia, że planowanie kariery może być fantastyczną przygodą, ale także ogromnym wyzwaniem, w którym łatwo się pogubić.

Coach pomoże określić twoje potrzeby i przeprowadzi cię przez zmianę

Rozważ coaching, jeśli w tym momencie nie oczekujesz od osoby, z którą będziesz pracować, gotowych rad i wskazówek dotyczących twoich wyborów zawodowych. Jeśli chciałbyś/abyś raczej poszukać w sobie odpowiedzi na ważne pytania dotyczące twojej kariery, a następnie, na bazie tych odkryć, zbudować plan działania i stopniowo zmieniać swoje życie zawodowe na lepsze. Coach w trakcie sesji pomoże spojrzeć na ważne dla ciebie tematy z innej perspektywy, zada pytania, na które prawdopodobnie nie szukałeś/aś wcześniej odpowiedzi, zaprosi do otwartej rozmowy i różnorodnych ćwiczeń. To, co często sprowadza moich klientów do mnie i sprawia, że rozpoczynamy proces coachingowy, to duża potrzeba i motywacja, by wprowadzić zmiany w życiu zawodowym, którym towarzyszy jednak brak sprecyzowanej wizji, na czym dokładnie te zmiany miałyby polegać – chodzi o to, by było „po prostu lepiej”. Na początku procesu wspieram klientów w dookreśleniu aspektów kariery nad którymi chcą pracować i wtedy ruszamy w niezwykłą podróż, w wyniku której klienci poszerzają wiedzę o sobie, swoich zasobach i realizują ważne dla siebie cele.

Doradca zawodowy pomoże znaleźć odpowiednią pracę

Jeśli natomiast jesteś w takim momencie swojego życia zawodowego, że potrzebujesz osoby, która udzieli konkretnych informacji, rad i wskazówek dotyczących rynku pracy (m.in. sposobów poszukiwania pracy, informacji dot. zawodów i branż) a także pomoże w analizie twoich doświadczeń, umiejętności i mocnych stron – wówczas zdecyduj się na doradztwo zawodowe. Taka forma współpracy może okazać się szczególnie skuteczna, jeśli już wiesz jakiej pracy szukasz i potrzebujesz wsparcia w poruszaniu się po rynku pracy, by dzięki radom ze strony doradcy, możliwie szybko znaleźć upragnione stanowisko. Rozważ kontakt z doradcą zawodowym także wtedy, gdybyś chciał/a uzyskać rekomendacje dotyczące możliwych ścieżek kariery w oparciu o twoje predyspozycje zawodowe.

Mentor wzmocni twoje kompetencje zawodowe

Jak ma się mentoring do wspomnianych metod? Pracując w ten sposób także możemy liczyć na porady, natomiast wynikają one wprost z osobistych doświadczeń mentora. Mamy wtedy możliwość nauki bezpośrednio od osoby, która osiągnęła sukces w interesującym nas obszarze i w pewnych aspektach chcemy się na niej wzorować. Celem takiej pracy często jest przekazanie praktycznej wiedzy i umiejętności związanych z pełnieniem jakieś roli czy funkcji. Stąd coraz większą popularnością cieszą się programy mentoringowe wewnątrz organizacji, które pozwalają na wymianę doświadczeń i dobrych praktyk oraz wzmocnienie kompetencji pracownika na danym stanowisku.

Coach i doradca zawodowy w jednym

No dobrze, ale co w sytuacji, gdy wciąż nie do końca wiem, do kogo powinnam się zwrócić? Chcę zmienić pracę, rozważam kilka scenariuszy, ale nie miałem/am czasu jeszcze się zastanowić, który dla mnie będzie najlepszy. Poza tym dawno też nie szukałem/am pracy i nie wiem od czego zacząć. Mam poczucie, że potrzebuję po trochu każdej z tych osób. Kogo wybrać?

Jeśli jeszcze nie jesteś całkowicie pewien jakiego wsparcia potrzebujesz, znajdź specjalistę, który jest zarówno coachem, jak i doradcą zawodowym – wtedy wspólnie w trakcie rozmowy zadecydujecie jaka forma współpracy będzie dla ciebie najlepsza. Warto zauważyć, że obecnie coraz więcej specjalistów jest w stanie zaoferować swoim klientom więcej, niż tylko jedną z opisanych metod. Poszczególne z nich przenikają się i uzupełniają. Przykładowo, w nowoczesnym doradztwie karier wykorzystuje się elementy coachingu. Jestem przekonana, że to dobry kierunek, bo dzięki temu, widząc wyzwania klienta, specjalista może zarekomendować jeszcze bardziej skuteczne i użyteczne metody pracy. Wyobraź sobie sytuację, że klient metodami coachingowymi wypracował obraz swojej idealnej pracy i już wie, czego chce poszukiwać na rynku, ale nie do końca wie jak. Wtedy w procesie mogą pojawić się elementy doradztwa pozwalające na przekazanie wskazówek odnośnie skutecznego CV.

Na co zwrócić uwagę przy wyborze specjalisty?

Poszukując więc specjalisty warto zwracać uwagę na to, w jakich obszarach i jakimi metodami pracuje dana osoba. O tym świadczą wykształcenie i certyfikaty, ukończone szkolenia oraz oczywiście zdobyte doświadczenie. Nie zapominaj także, że praca nad rozwojem kariery wymaga otwartej rozmowy i zaufania. Przed podjęciem decyzji o rozpoczęciu dłuższej współpracy warto się poznać, porozmawiać i uzyskać odpowiedzi na nurtujące cię pytania.

Zaangażuj się

I na zakończenie – jeszcze jedna myśl. Niezależnie od tego na jaką metodę pracy się zdecydujesz, to wiedz, że bez jednego kluczowego elementu, żadna z nich nie przyniesie oczekiwanych rezultatów. Twoje zaangażowanie jest konieczne. Zarówno coach, doradca, jak i mentor mogą stanowić wartościowe wsparcie na Twojej ścieżce rozwoju, jednak nie są w stanie zrobić czegokolwiek za ciebie.

Joanna Piechocka jest psychologiem, doradcą kariery, coachem kariery i trenerem rozwoju osobistego. Certyfikowany trener narzędzia rozwojowego FRIS® – style myślenia i działania oraz nowoczesnych technik uczenia się i treningu pamięci. Z jej wiedzy eksperckiej chętnie korzystają firmy i instytucje. Zajmuje się doradztwem kariery z wykorzystaniem technik coachingowych. Wspiera studentów i absolwentów w skutecznym poszukiwaniu pracy i rozwoju zawodowym. Absolwentka psychologii na Uniwersytecie Warszawskim.