1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Po co nam pamięć? Wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Po co nam pamięć? Wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Pamięć jest nam potrzebna, bo tworzy poczucie tego, kim jesteśmy. Naszą tożsamość. To zbiór odczuć i zdarzeń, z którymi się utożsamiamy. (Fot. iStock)
Pamięć jest nam potrzebna, bo tworzy poczucie tego, kim jesteśmy. Naszą tożsamość. To zbiór odczuć i zdarzeń, z którymi się utożsamiamy. (Fot. iStock)
Po co nam pamięć? Pamięć rodziców? Numerów telefonów? Pierwszego pocałunku? Po to, żebyśmy wiedzieli, kim jesteśmy, ale też jakie są nasze ograniczenia. Bo pamięć płata nam figle: zawsze subiektywna staje się filtrem, przez który widzimy świat. Dlatego żeby być szczęśliwi, czasem musimy ją „uzupełnić”, uważa psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

"Pamiętam nasze pierwsze lato nad morzem. I czekam, kiedy razem będzie nam znów tak dobrze jak wtedy” – mówimy i tkwimy latami w złych związkach. No i po co nam taka pamięć? Pamięć jest nam potrzebna, bo tworzy poczucie tego, kim jesteśmy. Naszą tożsamość. To zbiór odczuć i zdarzeń, z którymi się utożsamiamy: „Ja to przeżyłem”, „ja to zrobiłem”, „ja to cenię”. Albo odwrotnie: „Ja tego nie zrobiłem!”, „dla mnie to nic niewarte”. Albo jeszcze: „Mnie tę krzywdę uczyniono”. To pamięć wpływa na to, co uznamy za ważne, a więc też na to, co uznamy za warte oczekiwania. Wpływa więc na nasze obecne życie, bo to filtr, przez który patrzymy na świat. Dlatego może przeszkadzać w przekraczaniu dziecięcych i młodzieńczych doświadczeń i związanych z nimi przekonań. Mówimy czasem: „Wolałabym o tym zapomnieć”, a jednak chcemy pamiętać także to, co bolesne, bo utrata pamięci jawi nam się jako utrata siebie i budzi wielki lęk…

Bałabym się, że jeśli przestanę pamiętać, to zniknę!
No właśnie. Ale ludzie, którzy stracili pamięć, nie mają poczucia, że zniknęli. Spotykałem ich podczas moich praktyk na neurologii. Wprawdzie nie wiedzieli, jak się nazywają i skąd się wzięli, ale wiedzieli, że nie wiedzą. Mieli świadomość, że wymazało im się z pamięci całe poprzednie życie, że zaczynają od nowa. Ciekawe, że nie utracili umiejętności posługiwania się wyuczonym w dzieciństwie językiem ani umiejętności ruchowych, takich jak jazda na rowerze, ulubione tańce czy sporty. Zachowali także poczucie humoru, odruchy dobrego wychowania i wrażliwość moralną. Do dramatów dochodzi, gdy odnajdują ich bliscy. Okazuje się wtedy, że miłość i inne wyższe uczucia są sklejone z pamięcią. Jeśli nie pamiętamy twarzy ludzi, których kiedyś kochaliśmy, to nie odczuwamy wobec nich żadnych odruchów serca. A ich rozpaczliwe staranie o to, by być rozpoznanymi i kochanymi jak dawniej, stanowi niezrozumiały i bolesny spektakl. To oni przeżywają szok i traumę utraty ukochanego: partnera, rodzica czy dziecka. Traumę tym większą, że kochana osoba fizycznie istnieje w niezmienionej postaci – ma to samo ciało i język ciała, ten sam głos, te same oczy, ten sam zapach.

Bohater opartego na faktach fińskiego filmu „Człowiek bez przeszłości” traci pamięć po ciosie w tył głowy. Przygarniają go bezdomni, a on adaptuje się do nowej sytuacji, a nawet znajduje wśród nich jakiś wymiar szczęścia. Gdy po jakimś czasie odnajdują go bliscy, nie tylko nie rozpoznaje żony, z którą ma dwoje dzieci, ale w dodatku ani ciało, ani charakter tej kobiety mu się nie podobają. Nie może uwierzyć, że wybrał sobie taką żonę. Ze swoją pracą także się nie identyfikuje. Dziwi się, że był prawnikiem, a dom w bogatej dzielnicy jest dla niego obciachowy. Chce wracać do bezdomnych.

To tak jakby utrata pamięci wiązała się ze zmianą osobowości?
Tak właśnie się dzieje. Nie wiadomo, jaki jest tego mechanizm. Możemy podejrzewać, że kasuje się zawartość ego. Rozmawialiśmy niedawno o tym, czym jest ego, definiując je jako zbiór doświadczeń, emocji, przekonań, zasad i wartości asymilowanych w procesie wychowania i edukacji. Na ogół tylko niewielką ich część świadomie wybraliśmy. Większość przekonań czy wartości została w nas „zaprogramowana”. Często pod presją odrzucenia przez najbliższych czy wykluczenia z grupy, z którą się identyfikujemy. Mechanizm, który się za tym kryje, to konformizm, czyli dostosowywanie się do wymagań otoczenia wbrew swoim prawdziwym potrzebom, poglądom, a nawet zdrowemu rozsądkowi. A więc przygoda fińskiego prawnika może dowodzić, że utrata pamięci uwalnia nas od tego, co narzucił nam konformizm. Prawdopodobnie nasz bohater rozminął się ze swoimi prawdziwymi potrzebami, uczuciami i wartościami, ulegając presji otoczenia, gdy wybierał żonę, zawód, styl życia.

Dopiero kiedy stracimy pamięć, możemy być sobą?
No, może nie do końca sobą, ale na pewno bardziej sobą. Ten film jest przypowieścią, której przekaz warto sobie wziąć do serca: że być może żyjąc pod cywilizacyjną presją, manipulowani przez potężny konsumpcyjny, polityczny i religijny marketing, rozstajemy się ze sobą, nie żyjemy w swojej bajce, lecz gramy rolę z góry dla nas napisaną, często płacąc za to zdrowiem, smutkiem i rozpaczą. Jeśli to utrata tej konformistycznej nakładki pozwala nam odzyskać siebie, poczuć swoje prawdziwe potrzeby i móc je realizować, to warto tę część pamięci utracić, a na pewno zakwestionować. Zdecydowanie lepiej nie czekać z tym na to, by ktoś walnął nas w potylicę. Trzeba samemu puknąć się w głowę i odzyskać siebie, oddając się porzuconej pasji czy kreatywnemu działaniu. Albo pomocy innym. Dobrą metodą jest medytacja, bo nie usuwa pamięci zdarzeń, osób ani emocji z nimi związanych, lecz uwalnia od tego, co nie nasze.

Miłości może zagrozić nie tylko amnezja. Wystarczy, że partner nie pamięta o rocznicy ślubu czy o pierwszym pocałunku, by wzbudzić niepokój w partnerce: „Czy on aby na pewno kocha!?”.
Miłość jak każda inna relacja jest zbudowana na pamięci zdarzeń. Ale też każdy pamięta co innego, bo na inne rzeczy zwraca uwagę. Jeśli na przykład ktoś ma umysł paranoidalny, to selekcjonuje zdarzenia i informacje tak, by potwierdzać swoje przekonanie, że ludzie mu zagrażają i go nie lubią. Kiedy zakocha się w egzaltowanej, maniakalnej optymistce, która widzi tylko plusy i cuda świata, to nie stworzą udanej pary. Bo związki buduje się także na pamięci wspólnych doświadczeń. A tu ich zabraknie. Paranoik będzie pamiętał z wyjazdu na wakacje tylko wypadek drogowy, którego byli świadkami. A optymistka – tylko piękny zachód słońca nad morzem. A przecież spędzili lato razem. Sławny psychoterapeuta Milton Erickson, kiedy chciał sprawdzić, czy para ludzi w kryzysie ma jeszcze szanse, polecał im wybrać się na wspólną wycieczkę w góry. Potem mieli wrócić do niego i opowiedzieć o tym, co zapamiętali. Jeśli ich relacje były tak rozbieżne, jakby każde z nich było na innej wycieczce, radził: „Dajcie sobie spokój, żyjecie w dwóch różnych światach. Nie jesteście w stanie zbudować relacji, będziecie się stale kłócić”.

Czyli trzeba uzupełniać pamięć? To możliwe, sama tego doświadczyłam, kiedy na psychoterapii okazało się, że „zapomniałam” o wadach mojej matki.
Psychoterapia służy między innymi temu, by usuwać obronne filtry pamięci i przypominać sobie to, co z jakichś powodów odrzuciliśmy, zamietliśmy pod dywan. Gdyby dziecko przedwcześnie uznało, że na przykład jego matka jest okrutna, straciłoby poczucie więzi z nią. A to byłoby dla niego jednoznaczne z przerażającym uczuciem zagrożenia życia. Dziecko odruchowo broni się przed tym, zafałszowując swoje odczuwanie, a więc i przyszłą pamięć o rodzinnym domu. Robi to po to, by zachować więź i przetrwać, bo tak długo, jak istnieje więź, nawet niedojrzali czy patologiczni rodzice będą mitygować swoją agresję. No i kiedy dorastamy, z powodu tej naszej wybiórczej pamięci nadal mamy tendencję do idealizowania rodziców i dzieciństwa. Co, niestety, wpływa źle na nasze dorosłe życie, bo zniekształca i jego obraz.

I dlatego kobieta pozwala mężowi na przemoc, bo w dzieciństwie nauczyła się nie dostrzegać, że jest krzywdzona?
Tak może być. I dopóki sobie nie przypomni, co przeżyła w rodzinnym domu, nie nazwie tego po imieniu, trudno jej będzie wyzwolić się z przemocowej relacji. Idziemy na psychoterapię, bo z niejasnych powodów czujemy się nieszczęśliwi. Żeby zrozumieć powody naszego złego samopoczucia, przypominamy tam sobie bolesne epizody ze swojego życia i związane z nimi uczucia. Dzięki temu zaczynamy bardziej realistycznie postrzegać rzeczywistość i rozumieć, co się dziś dzieje w naszym życiu. Mamy dzięki temu większy wpływ na to, co nas spotyka, i popełniamy mniej błędów.

Czyli uzupełniona pamięć staje się drogą do szczęścia. I to główny cel psychoterapii?
Jeden z głównych. Pamięć jest nam potrzebna, żebyśmy wiedzieli, co nas ukształtowało, jakie metody obrony i zafałszowania musieliśmy wyprodukować, by przetrwać. Urealniona pamięć jest nam niezbędna do budowania więzi w dorosłym życiu.

Po co nam ten rodzaj pamięci, jakim są wychowanie, obyczaj czy wiedza?
Po to, byśmy w ogóle mogli żyć razem, tworzyć społeczności. Musimy dzielić z innymi jakiś obszar tzw. uzgodnionej rzeczywistości, czyli mieć wspólne kody kulturowe, wspólne symbole i metafory, wspólną historię i jej interpretację, wspólne zwyczaje i obyczaje. Wszystko po to, by dogadywać się w podstawowych sprawach. Do tego też niezbędna jest pamięć.

A pamięć dobrych chwil, przeżyć? Jak ta moja o pierogach z jagodami, które szykowała dla mnie babcia Marianna?
Pamięć dobrych chwil stanowi dla nas wewnętrzny wzorzec szczęścia. Dobrze, gdy takie wzorce zachowaliśmy. Dzięki temu możemy dążyć do tego, by nowe sytuacje w naszym życiu kształtować według tych wzorców. Ci, którzy pamiętają tylko to, co trudne, mają kłopot, bo konserwują w sobie nieadekwatną pozę ofiary albo mściciela. Ci, którzy pamiętają tylko to, co dobre, też są w kłopocie, bo konserwują w sobie nieadekwatną pozę szczęśliwego, rozkapryszonego dziecka. Dlatego warto pamiętać zarówno to, co było przyjemne, jak i to, co trudne oraz bolesne, aby w końcu zrozumieć, że jedno i drugie było korzystne i właściwe.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Nootropiki – 6 naturalnych produktów, które wspomagają mózg i poprawiają nastrój

Warto sięgać po naturalne nootropiki, jeśli chcemy poprawić pracę mózgu. Na zdj. ususzony różeniec górski (fot. iStock)
Warto sięgać po naturalne nootropiki, jeśli chcemy poprawić pracę mózgu. Na zdj. ususzony różeniec górski (fot. iStock)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Nootropiki to substancje, które pobudzają procesy poznawcze. Mają moc poprawiania sposobu myślenia, odczuwania i funkcjonowania – pisze Julie Morris, autorka książki „Smart Plants”. O czym warto pamiętać, zanim sięgniemy po nootropiki?

Po pierwsze, nie oczekuj, że spektakularne zmiany nastąpią z dnia na dzień. Ramy czasowe u każdej osoby są różne, jednak w większości przypadków zauważalne zmiany następują po okresie kilku dni do kilku tygodni regularnego przyjmowania nootropików.

Po drugie, osiągnięcie pożądanych rezultatów wymaga eksperymentowania. Nootropik, który działa bardzo dobrze na jedną osobę, Tobie może się przysłużyć w znacznie mniejszym stopniu i vice versa. To całkowicie normalne. Na początku trzeba czasu, żeby wypracować optymalne dla siebie kombinacje, ale zdecydowanie warto podjęć ten wysiłek. Jednak zawsze miej z tyłu głowy uniwersalną prawdę dotyczącą substancji o takiej mocy oddziaływania: jeśli będziesz ich używać zbyt mało lub zbyt dużo, ich skuteczność zostanie podważona. Z kolei właściwa ilość może przynieść zmiany, o jakich Ci się nie śniło. Generalna zasada: staraj się przestrzegać dziennych dawek rekomendowanych na opakowaniach używanych produktów.

I na koniec, wybierz dwa nootropiki – lub kilka – z poniższej listy nootropików (nie spiesz się ze stosowaniem wszystkiego naraz, nie ma takiej potrzeby) i przygotuj się na doświadczanie pozytywnych zmian, jakie będą zachodzić w Twoim mózgu.

Kakao – ziarno szczęścia

Fot. iStock Fot. iStock

Jak kakao może Ci się przysłużyć? Okazuje się, że na wiele sposobów. Może się poszczycić zawartością wielu mikroskładników wspierających mózg. Minerał, którego jest w nim szczególnie dużo, to magnez – w tej kwestii należy do światowej czołówki. Poza tym kakao to bogate źródło aminokwasów (szczególnie tryptofanu i tyrozyny), fitozwiązków (jak anandamid i fenyloetyloamina) oraz sporego zestawu witamin (między innymi kilku z grupy B), a także minerałów (na przykład żelaza). Działa też bardzo korzystnie na zdrowie jelit jako prebiotyk, zawiera sporą ilość wolnego od cholesterolu tłuszczu nasyconego, ani odrobiny cukru, a kofeiny zaledwie tyle, by odrobinę Cię doładować (ziarna kakaowca mają w sobie jedną dwudziestą ilości kofeiny występującej w ziarnach kawowca). Jakby tego było mało, w kakao jest też robiąca wrażenie ilość przeciwutleniaczy, głównie polifenoli takich jak flawonoidy i teobromina, która znakomicie wzmacnia koncentrację uwagi. Już sama zawartość substancji odżywczych wystarczy, by zrozumieć, dlaczego kakao jest obecnie przedmiotem wnikliwych badań pod kątem jego korzystnego wpływu na mózg.

Badania dowodzą, że substancje odżywcze w kakao mogą pozytywnie wpływać na emocje, co przekłada się na uczucie spokoju i zadowolenia przy jednoczesnym redukowaniu stanów depresyjnych i lękowych. Prawdopodobnie za takie oddziaływanie odpowiada kilka czynników, między innymi zdolność ziaren kakaowca do stymulowania endorfin w mózgu (związków chemicznych, które potrafią uśmierzyć odczucie bólu i wpływają na poprawę nastroju). Kakao wyposaża też mózg w narzędzia wzmacniające neuroprzekaźniki odpowiedzialne za samopoczucie, ponieważ jest doskonałym źródłem tryptofanu, prekursora serotoniny, a także niemałej porcji tyrozyny, aminokwasowego prekursora dopaminy. Poza tym kakao zawiera związek chemiczny zwany anandamidem, czyli neuroprzekaźnik określany mianem „cząsteczki błogości” – chyba nie trzeba już nic więcej dodawać!

Soplówka jeżowata – grzyb inteligencji

Fot. iStock Fot. iStock

Soplówka jeżowata była od wieków wykorzystywana w medycynie chińskiej, jednak do dziś cieszy się dużą popularnością jako zdrowa żywność w kuchni japońskiej, koreańskiej i indyjskiej. Choć przyciąga oko oryginalną urodą, najprawdopodobniej zapoznasz się z nią w sklepie ze zdrową żywnością, gdzie będzie mieć postać dość ciemnego proszku.

Czy soplówka jeżowata rzeczywiście wspomaga inteligencję? Do pewnego stopnia tak. Ten niezwykły nootropik zawiera wiele związków chemicznych, które wspierają mózg na bardzo wielu poziomach: działają ochronnie i leczniczo, stymulują procesy poznawcze, a nawet wspomagają wzrost neuronów.

Soplówka jeżowata wytwarza kilka nootropowych, neurotroficznych związków (włącznie z wieloma hericenonami i erinacinami), które, wzmacniają wszystkie funkcje mózgu – między innymi różnorodne procesy poznawcze, inteligencję, pamięć, uwagę, koncentrację i nastrój. Jej cząsteczki mogą stymulować otoczkę mielinową, która otacza nerwy. Soplówka jeżowata pomaga też regulować aktywność neuroprzekaźników w mózgu, co przekłada się na bardziej zrównoważony nastrój, łagodzenie depresji i stanów lękowych oraz poprawę jakości snu.

Jagody goji – jagody dobrostanu

Fot. iStock Fot. iStock

Jagody goji – owoce rośliny zwanej kolcowojem chińskim – są od wieków silnie obecne w chińskiej tradycji, zarówno jako środek leczniczy, jak i dodatek kulinarny. Soczyście czerwone, podłużne, suszone owoce można obecnie kupić nie tylko w wszystkich sklepach z azjatycką czy zdrową żywnością, ale nawet w supermarketach.

W niektórych kręgach jagody goji są nazywane „szczęśliwymi jagodami”. Choć na razie nauka nie potwierdziła ich wpływu na nastrój (czyli na zdolności optymalizowania poziomu serotoniny), uczestnicy badań polegających na piciu soku z jagód goji przez 14 dni zauważyli poprawę zarówno na poziomie neurologicznym, jak i psychologicznym, włączając w to odczucie zadowolenia, szczęścia i ogólnego dobrostanu. Inne badania sugerują, że jagody goji mogą być pomocne w poprawie jakości snu, łagodząc jednocześnie stany silnego zmęczenia i stresu.

Jednak jagody goji to nie tylko sposób na przywołanie uśmiechu na twarz – mają też silne działanie neuroprotekcyjne, a nawet mogą wzmacniać sprawność umysłu, poprawiać pamięć i zdolność uczenia się. Jest w nich niebagatelna porcja ważnych aminokwasów, witamin (szczególnie witaminy C), minerałów (zwłaszcza żelaza) oraz cała armia przeciwutleniaczy, które zdają się działać korzystnie na zdrowie oczu, a także na cały układ odpornościowy, wspomagając jednocześnie barierę krew-mózg w konfrontacji z ekscytotoksycznością i wszelką inną aktywnością neurotoksyn. Co ciekawe, jedne z najlepiej poznanych związków chemicznych jagód, zwane kompleksem polisacharydowym (LBP), we wstępnych badaniach na zwierzętach wykazały zdolność nie tylko redukowania symptomów choroby Alzheimera (poprzez redukcję umieralności neuronów), lecz także regenerowania komórek mózgowych w hipokampie.

Różeniec górski – zioło mocy

Fot. iStock Fot. iStock

Różeniec górski, bylina, zwana czasami „złotym korzeniem” lub „arktycznym korzeniem”, jest stosowana jako roślina lecznicza od czasów starożytnych. Był zawsze doceniany przez ludy cechujące się równie niezłomnym charakterem jak ta roślina. Na przykład Wikingowie wspomagali się nim, by przed bitwami wzmacniać siły i łagodzić stres. Różeniec górski jest adaptogenem, czyli pomaga organizmowi utrzymywać stan równowagi – stąd jego szerokie zastosowanie.

Jeśli mowa o skuteczności w pobudzaniu umysłu, to różeniec górski plasuje się w bardzo ścisłej czołówce. Cieszy się ogromną popularnością nie bez powodu – niektórzy odczuwają jego pozytywne działanie niemal natychmiast (innym potrzeba więcej czasu, by osiągnąć pożądany efekt). Wśród szczególnie imponujących oddziaływań różeńca znajdują się: zwiększenie motywacji, wyostrzona koncentracja i zdolność pozostawania „na fali” przez dłuższy czas.

Poza tym jako adaptogen różeniec górski wspomaga odzyskiwanie homeostazy w całym organizmie. Jeśli czujesz, że brak Ci energii i ogarnia Cię przygnębienie, on Cię pozytywnie doładuje; jeśli czujesz nerwowość i targają Tobą niepokoje, on zapewni Ci wyciszenie. Pod pewnymi względami różeniec działa jak antydepresant – oczywiście bez skutków ubocznych – ponieważ poprawia zoptymalizować poziom i aktywność neuroprzekaźników wpływających na nastrój (serotoniny, dopaminy i noradrenaliny). Z kolei w chwilach przeforsowania się lub wypalenia pomoże obniżyć poziom hormonów stresu, takich jak kortyzol, który może wykazywać neurotoksyczność, jeśli jest uwalniany w nadmiernej ilości.

Ashwagandha (Witania ospała) – zioło zadowolenia

Fot. iStock Fot. iStock

Witania ospała, znana też pod nazwą ashwagandha, to roślina z rodziny psiankowatych naturalnie występująca w suchych rejonach Indii, Pakistanu, Sri Lanki i niektórych części Afryki. Rośnie na piaszczystej, pozbawionej wody glebie, najbardziej służy jej umiarkowany, subtropikalny. Korzenie, w których znajdują się aktywne związki chemiczne, zbierane są jesienią, następnie czyszczone, suszone i przerabiane na proszek lub nalewkę. Ashwagandha cieszy się takim poważaniem w medycynie ajurwedyjskiej, że czasami bywa nazywana „królem ajurwedy”.

Posiada rozliczne właściwości korzystnie wpływające na przeróżne aspekty procesów poznawczych. Jednak jedna jej cecha wybija się na pierwszy plan: to przede wszystkim wyciszający adaptogen, który wzmacnia układ hormonalny poprzez wsparcie, jakie daje tarczycy i nadnerczom regulującym pracę hormonów (a więc nastrój przez nie wywoływany). Poza tym ashwagandha pozytywnie wpływa na układ nerwowy, może też zwiększać aktywność GABA, głównego neuroprzekaźnika hamującego, który wytłumia reakcje na stymulację – to kolejny dowód na uspokajające działanie korzenia.

Choć ashwagandha nie jest uznawana za środek pobudzający, może być pomocna w zwalczaniu poczucia wyczerpania i hamować niektóre negatywne skutki stresu wywołanego przez nadmierny poziom kortyzolu, insuliny oraz innych hormonów znajdujących się w stanie nierównowagi. Ze wstępnych badań wynika, że ashwagandha należy do bardzo wąskiego grona produktów żywnościowych, które rzeczywiście wpływają na obniżenie poziomu kortyzolu.

Niektóre badania wskazują, że ashwagandha może wpływać na neurogenezę, czyli zdolność do wytwarzania nowych komórek mózgowych. Dzieje się tak dlatego, że zwiększa ona produkcję BDNF (neurotroficznego czynnika pochodzenia mózgowego), a jest jedną z niewielu jadalnych produktów natury, które w ten sposób oddziałują.

Cytryniec chiński – jagoda koncentracji

Fot. iStock Fot. iStock

Cytryniec chiński naturalnie występuje w Rosji, północnych Chinach, Japonii i na Półwyspie Koreańskim, natomiast największe jego uprawy znajdują się w Korei Południowej i Chinach. Jest to roślina pnąca, wytwarzająca ciemnoczerwone jadalne jagody, które po zebraniu są suszone i ucierane na drobny, ciemnofioletowy proszek. W Rosji i różnych regionach Azji stosuje się go jako przyprawę oraz remedium na wiele różnorodnych dolegliwości. Owoce cytryńca są też cenione w tradycyjnej medycynie chińskiej, a w Nepalu i innych częściach świata (również coraz powszechniej w krajach Zachodu) zalicza się je do superfoodów i używa w charakterze składnika różnych przepisów.

Owoce cytryńca są stosowane głównie do przeciwdziałania bezsenności, a ich korzystne działanie zostało potwierdzone w kilku badaniach przeprowadzonych na zwierzętach. Okazuje się, że pomagają one łagodzić niepokój i stany lękowe, a także wspomagają sen – zarówno jego długość, jak i jakość.

Z badań na zwierzętach wynika, że aktywny składnik wzmacnia pamięć (w niektórych przypadkach zaobserwowano nawet cofnięcie zaburzeń pamięci), ponieważ pomaga regulować poziom acetylocholiny. Poza tym jagody cytryńca wspomagają syntezę adenozynotrifosforanu (ATP) – głównego nośnika energii w komórkach. Co więcej uważa się, że pewne związki chemiczne obecne w jagodach przeciwdziałają starzeniu się i aktywnie chronią mózg przed stresem oksydacyjnym oraz deficytem czynności poznawczych, takich ja demencja.

Jagody cytryńca spełniają niemal wszystkie oczekiwania, jakie można mieć wobec nootropiku: pomagają zachować spokój w sytuacjach stresowych, wyciszają, nie odbierając wyostrzonej uwagi i precyzji myślenia – a więc podnoszą produktywność. Nie da się też zaprzeczyć, że wspomagają bystrość, a przynajmniej poprawiają jakość wykonywanej pracy.

Jaka dawka jest właściwa?

Choć naturalne nootropiki to nie leki tworzone w laboratoriach, siła ich oddziaływania może być na tyle duża, że potrzebne są wytyczne odnośnie do wielkości dawek, które mogą się bardzo różnić: od dużych i luźno zdefiniowanych, jak „duża garść” świeżych czarnych jagód, po małe i precyzyjne, jak 150 g (lub 1/16 łyżeczki) różeńca górskiego (rhodiola) w proszku. Co więcej, skuteczność każdego nootropiku jest u każdego człowieka inna i z czasem może zajść konieczność modyfikacji dawki. Jak już zostało wspomniane, na początku stosuj się do zaleceń podanych na opakowaniu (więcej nie znaczy lepiej), wsłuchuj się w swój organizm, a w razie wątpliwości skonsultuj się ze swoim lekarzem.

Więcej informacji na temat nootropików oraz innych związków chemicznych działających na mózg, a także przepisy na dania i napoje, w których występują nootropiki znajdziecie w książce Julie Morris „Smart Plants”.

  1. Styl Życia

Zapas dobrej energii

Fot. Anita Suchocka
Fot. Anita Suchocka
Przypomina anioła i ma takie jak anioł zadanie, być stróżem w moim domu – mówi wokalistka Natalia Grosiak o drewnianym gołąbku.

Prawda, że przepiękny? Zobaczyłam go w São Paulo, w sklepie z rękodziełem ludów zamieszkujących północną Brazylię. Nigdy w te rejony nie dotarłam, co mi się marzy, bo to ziemie, gdzie rzadko docierają turyści. Do tego sklepu zaprowadziła mnie Fernanda Cardoso, producentka muzyczna, którą poznałam na Red Bull Academy w Melbourne w 2006 roku. Potem dwukrotnie odwiedziłam ją w São Paulo, razem nagrywałyśmy muzykę, do tej pory się przyjaźnimy.

Gołąbek od razu przykuł moją uwagę. Dostojny, cały w koronie z promieni. Przypomina anioła, a nawet ukrzyżowanego Chrystusa. Jest dowodem na to, jak pięknie mieszają się kultury, ile w nich jest podobieństw. Od Fernandy dowiedziałam się, że rzeźby gołębi w kulturze brazylijskiej służą do tego, żeby wieszać je na ścianach, ponieważ odganiają złe duchy. Dlatego ten gołąb przyjechał ze mną do Polski i przez dziesięć lat wisiał w moim mieszkaniu przy ulicy Wesołej we Wrocławiu. Niedawno przeprowadziliśmy się do domu na Biskupinie. I pierwsze, co zrobiłam, zanim przywieźliśmy rzeczy, to dokładnie pozamiatałam całą przestrzeń, w każdym rogu postawiłam słoik z wodą i z solą, potem rozpaliłam białą szałwię i okadziłam nią cały dom. Następnie było długie wietrzenie. Wiem, że niektórzy mogą się z tego śmiać, ale dla mnie to takie rytualne przywitanie się z domem i wyproszenie starej, dla mnie obcej energii. Chodzi o to, żeby wejść do domu, który jest energetyczną białą kartką. Bo ja mocno wierzę w energię, wszyscy jesteśmy z niej zbudowani.

Tak więc, po całej dobie przygotowań, pierwszym mieszkańcem naszego domu został gołąb. Wisi zaraz przy wejściu, jest pierwszą rzeczą, którą widzi się po przekroczeniu progu. Powierzyłam mu zadanie czuwania nad domem. Wierzę, że dba o nas, że odgania wszystkie złe duchy. Dzięki niemu – jestem o tym przekonana – złe energie mają do nas wstęp wzbroniony.

Magiczne myślenie? Raczej pozytywne. Wydaje mi się, że najważniejsze, co może nas uratować, zwłaszcza teraz, w tych strasznie trudnych czasach, to właś­nie pozytywne myślenie, dobre intencje oraz wspieranie i przyjmowanie wsparcia. Także od takich magicznych gołąbków.

Natalia Grosiak, wokalistka, autorka tekstów, członkini zespołu Mikromusic. (Fot. Anita Suchocka) Natalia Grosiak, wokalistka, autorka tekstów, członkini zespołu Mikromusic. (Fot. Anita Suchocka)

  1. Zdrowie

Magnez na stres i poprawę nastroju – co warto wiedzieć?

Najlepszym rozwiązaniem jest dostarczanie magnezu w żywności, ponieważ występują w niej również współdziałające witaminy i minerały, które odgrywają kluczową rolę w przyswajaniu magnezu i które same dzięki magnezowi są łatwiej przyswajalne. (fot. iStock)
Najlepszym rozwiązaniem jest dostarczanie magnezu w żywności, ponieważ występują w niej również współdziałające witaminy i minerały, które odgrywają kluczową rolę w przyswajaniu magnezu i które same dzięki magnezowi są łatwiej przyswajalne. (fot. iStock)
Magnez to pierwiastek kochany przez Twoje całe ciało. Ma swój wkład w ponad trzystu różnych reakcjach i procesach zachodzących w organizmie, a wysoką pozycję na jego liście bez wątpienia zajmuje mózg.

Magnez ma działanie ochronne na różnych poziomach, szczególnie w obszarze związanym z  ochroną przeciwko ekscytotoksyczności, czyli uszkadzaniu i zabijaniu neuronów przez nadmiernie aktywne neuroprzekaźniki. Panuje przekonanie, że udział magnezu w przeciwdziałaniu temu procesowi to powód, dla którego wydaje się on redukować uszkodzenia mózgu powstające w wyniku udaru, a w przypadku wystąpienia hipertensji (zbyt wysokiego ciśnienia krwi), może on wręcz zapobiegać udarowi.

Poza tym magnez spowalnia reakcję stresową organizmu poprzez redukcję uwalniania hormonów stresu, takich jak kortyzol, oraz ograniczanie ich negatywnego oddziaływania na mózg. Jedna z  najbardziej zauważalnych korzyści działania magnezu polega na tym, że dzięki niemu znacznie łatwiej jest się nam wyciszyć i odprężyć. Z tego właśnie powodu kąpiel w wodzie z solą Epsom przynosi ulgę nie tylko mięśniom, lecz także mózgowi – sól ta ma wysoką zawartość magnezu, który jest wchłaniany do organizmu przez całą powierzchnię skóry. To jeszcze nie wszystko  – magnez działa również jako bardzo skuteczne wsparcie snu i środek przeciwlękowy, a zauważono także silny związek pomiędzy poziomem tego mikroskładnika a poziomem serotoniny (niski poziom magnezu jest ściśle powiązany z niskim poziomem serotoniny). Z tego względu terapia magnezowa została włączona w proces leczenia depresji.

Choć suplementy magnezu są pomocne, najlepszym rozwiązaniem jest dostarczanie jak najwięcej tego mikroskładnika w żywności, ponieważ występują w niej również współdziałające witaminy i minerały, które odgrywają kluczową rolę w przyswajaniu magnezu i które same dzięki magnezowi są łatwiej przyswajalne. Na szczęście na tym polu natura jest bardzo hojna – żywność pochodzenia roślinnego ma w sobie mnóstwo tego cennego minerału.

Roślinne źródła magnezu:

  • tofu i produkty sojowe,
  • warzywa liściaste,
  • orzechy i nasiona,
  • ciemna czekolada/ kakao,
  • rośliny strączkowe,
  • pełne ziarna,
  • wodorosty.
Uwaga: Fityniany, czyli związki chemicznie naturalnie występujące w roślinach strączkowych i zbożach, mogą niemal zatrzymać proces wchłaniania magnezu, dlatego trzeba maksymalnie ograniczyć ich działanie. W tym celu trzeba porządnie namaczać nasiona roślin strączkowych przed gotowaniem i w miarę możliwości sięgać po ziarna porośnięte zamiast ziarna normalne.

Co łączy witaminę D i magnez?

Nasze organizmy potrzebują odpowiedniego poziomu witaminy D, żeby móc należycie wchłaniać magnez. Bliska więź między oboma minerałami występuje też w naturze – magnez to pierwiastek, który umożliwia roślinom przetwarzanie światła (witaminy D) w energię.

Magnez a stres – jak wygląda ta zależność?

Ponieważ magnez jest kofaktorem (działa jak klucz, który otwiera „drzwi” do pewnych reakcji biochemicznych), jego niedobory mogą skutkować różnymi problemami neurologicznymi, takimi jak stany lękowe i zaburzenia snu. Deficyt magnezu to zaskakująco powszechne zjawisko, zazwyczaj powiązane z niewłaściwą dietą. Za ten deficyt odpowiada jeszcze jeden winowajca – stres. Stres uruchamia w organizmie reakcję „walcz lub uciekaj”, która zużywa bardzo dużo magnezu. Przewlekły stres może z czasem doprowadzić do nadmiernego uszczuplenia zasobów tego pierwiastka. Chociaż dziś reakcję „walcz lub uciekaj” wywołuje nie niedźwiedź wychodzący zza drzewa, tylko na przykład perspektywa ciężkiego tygodnia dopadająca nas w niedzielny wieczór, skutki w sensie biologicznym są takie same: magnez zostaje spożytkowany i wydalony. Związek między stresem i niskim poziomem magnezu może z czasem prowadzić do powstania błędnego koła: stres powoduje zmniejszenie zasobów magnezu, co zwiększa stany lękowe, a te prowadzą do kolejnego stresu. Dlatego regularne spożywanie produktów bogatych w magnez (lub w razie nagłej potrzeby wspieranie się suplementami) może być bardzo pomocne w wydostaniu się z tego kręgu niemożności i niewracaniu do niego.

Fragment z książki „Smart Plants. Jak wykorzystać naturalne nootropiki, by usprawnić myślenie, koncentrację i pamięć” autorstwa Julie Morris.

  1. Styl Życia

Cezary Borowy - mężczyzna w wewnętrznej podróży

Cezary Borowy w Singapurze, 1987 rok. (Fot. archiwum prywatne)
Cezary Borowy w Singapurze, 1987 rok. (Fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Jeszcze 30 lat temu dalekie wyprawy były dla większości Polaków niedostępne finansowo, zwykle wiązały się z wyjazdem na saksy albo nielegalnym handlem. Cezary Borowy przez kilka lat mieszkał w Indiach, dokąd przemycał elektronikę z Singapuru. Właśnie wydał wspomnienia z tamtego okresu, a nam opowiada, jakie emocje budzi w nim dziś powrót na stary szlak.

Cezary Borowy, podróżnik, maratończyk, właściciel firmy usługowej w branży finansowej, przewodnik po Azji. (Fot. archiwum prywatne) Cezary Borowy, podróżnik, maratończyk, właściciel firmy usługowej w branży finansowej, przewodnik po Azji. (Fot. archiwum prywatne)

Mam złe doświadczenia z wracania w te same miejsca, zwykle czuję się rozczarowany. Ale twój powrót do Indii po wielu latach okazał się bardzo ciekawy i inspirujący. Kolejne podróże do Indii to pogłębianie tego, co już znam. Im dalej w las, tym więcej drzew – im lepiej poznajesz kraj, tym więcej jest w nim do zobaczenia. Indie ciągle czymś zaskakują. Im więcej o nich czytam, tym bardziej jestem przekonany, jak mało o nich wiem. Nie sądzę, żebym ośmielił się kiedykolwiek powiedzieć, że „znam” Indie.

Te ostatnie wyjazdy to chyba także swoiste podróże w czasie? Pomiędzy moim okresem „starożytnym”, czyli przełomem lat 80. i 90., gdy spędziłem w Indiach trzy lata, a ostatnimi wyjazdami upłynęło ponad 25 lat. To pozwala na dystans i zauważenie zmian. Na pewno podróżą w czasie można nazwać przejazd pociągiem – wygląda tak jak kilkadziesiąt lat temu. Te same wagony, tylko trochę bardziej zniszczone.

A w innych miejscach nie przypominały ci się przeżycia i emocje sprzed lat? Oczywiście, że tak. Szczególnie tam, gdzie kiedyś często bywałem. Knajpki i hotele w New Delhi, Bombaju, Kalkucie czy Katmandu szczególnie się nie zmieniły – jedna z nich, „Koshla” w New Delhi, miała na zewnątrz dwa stoliki i spawane żelazne krzesła. Nadal tam są. Gdy usiadłem i czekałem na zamówienie, patrząc na przechodzący tłum, to pomyślałem, że za chwilę nadejdzie któryś ze starych kumpli: Kwiatek, Jacek, Peter... Dreszcz mi przeszedł po plecach, jakbym znów poczuł adrenalinę. Ale nie przyszli.

Fot. archiwum prywatne Fot. archiwum prywatne

Z powodów organizacyjnych wynajmowaliśmy z dziewczyną miesiącami pojedynczy pokój w hotelu „Vishal”, to była nasza główna kwatera w stolicy Indii. Gdy ostatnio tam byłem, oczywiście chciałem do niego zajrzeć, ale bałem się swoich emocji. Zameldowałem się więc w innym hotelu i dwa dni krążyłem wokół tamtego, oswajając wewnętrzny niepokój. Gdy wreszcie zdecydowałem się iść, to od razu po przekroczeniu progu się wzruszyłem, bo jeden z recepcjonistów szeroko się uśmiechnął i serdecznie przywitał. Rozpoznał mnie po 25 latach! Wynająłem ten sam pokój. Meble się nie zmieniły, ale na ścianach nie było już tapet, tylko farba. Jednak klimat miejsca pozostał – tworzyły go dźwięki ulicy. Przez nieszczelne okna było słychać skrzypienie kół i piszczenie rikszy motorowerowych, te charakterystyczne „pi, pi, pi”. Położyłem się na łóżku na wznak, zamknąłem oczy, słuchałem i znowu miałem wrażenie, że za chwilę wejdzie któryś ze starych kumpli.

A co czułeś na lotnisku po przylocie? Lotniska oczywiście mocno się zmieniły. Ale i tak gdy wychodziłem z samolotu w Bombaju i obserwowałem pracę celników – którzy cały czas szukają, czy ktoś przemyca złoto – to przyszło mi do głowy: „czy aby na pewno jestem czysty i niczego nie przerzucam?”. Przypomniał mi się tamten fantastyczny okres, czas dużej przemiany, dojrzewania jako mężczyzna. Nie żałuję tego, co robiłem, choć w tytule swojej książki pisałem o „spowiedzi”, jakbym uznawał to za grzech. Ale tak nie jest. Gdyby nie tamto, byłbym dziś innym człowiekiem.

Fot. archiwum prywatne Fot. archiwum prywatne

Życie było wtedy szybkie, niebezpieczne, ale pozwalało się sprawdzić. Dodatkowo wokół miałem mnóstwo przyjaciół. Takich przyjaźni jak wtedy nie miałem nawet w szkole. „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” – pisała Wisława Szymborska, a my w Indiach mieliśmy dużo okazji do sprawdzenia się. Kiedy potem miałem w życiu różne górki, dołki, sztormy – to zawsze mówiłem sobie, że jeśli dałem radę w Indiach, to teraz tym bardziej dam.

Zahartowałeś się? Tak. W młodym wieku o to łatwiej. Dzięki książce odrodziły się stare, zerwane kontakty z naszej społeczności przemytniczej. Moje koleżanki i moi koledzy to dziś sześćdziesięciolatkowie, za nimi rozwody, bankructwa, różnie bywało. Ale wszyscy nadal mają błysk młodości w oku. Powiedziałbym, że przemytnicy nie dziadzieją. Być może to sprawa intensywnych doświadczeń w młodych latach, a może trzeba było mieć pewien typ osobowości, aby się zdecydować na tak ryzykowną aktywność. Część z nas była marzycielami, którzy zawsze chcieli podróżować po świecie. Na przykład ja przed końcem ósmej klasy przeczytałem wszystkie książki przygodowe w okolicznych bibliotekach i po prostu szukałem przygód. Prawdopodobnie bardzo wielu z nas uzależniło się od tego.

Od czego? Od adrenaliny. Odczuwaliśmy strach, ale nauczyliśmy się go oswajać, żyć z nim. Był strach na granicy, ale umysł dostawał nagrodę, gdy akcja się udała, a to uzależnia. Do tego stopnia, że po powrocie do „cywila” często wybieraliśmy świadomie zawody z dużą dozą adrenaliny. Koleżanka została pielęgniarką na OIOM-ie, kolega zaczął pracę na wysokościach. Ludzie często narzekają, że szybko pobrali kredyty, teraz pracują w korpo, są po czterdziestce i tak naprawdę nigdy nie żyli. My mamy poczucie spełnienia w młodości. Moja była intensywna, z barwnymi przygodami. Taka, jak chciałem.

Fot. archiwum prywatne Fot. archiwum prywatne

Swoim dzieciom byś polecił taki przepis na młodość? Nie próbują mnie naśladować, mają swoją ścieżkę, też kolorową, artystyczną. Zresztą czasy są inne, już można swobodnie podróżować po świecie. A wtedy w Polsce zarabiało się nieco ponad 20 dolarów miesięcznie, zaś mieszkanie kosztowało cztery tysiące dolarów na Śląsku, a w Warszawie około ośmiu tysięcy. Na handlu kamerami, magnetowidami pomiędzy Singapurem a Indiami mogłeś na to zarobić w kilka miesięcy! Gdy o tym mówię na spotkaniach autorskich, to widzę, że ludzie rozumieją nasze motywy.

Dlaczego dopiero teraz zdecydowałeś się na tę retrospektywną podróż? Do takich rzeczy trzeba dojrzeć. Długo też tkwił we mnie pomysł na książkę opisującą te przemytnicze czasy. Teraz cokolwiek tam robiliśmy, już jest przedawnione.

„Ja czułem się na przewałach tak, jakbym w tym 1987 roku siedział w kinie w Warszawie na filmie o Indianie Jonesie i nagle wstał z fotela, wszedł w ekran i przeniósł się do świata pełnego egzotyki, przygód i słońca” – napisałeś w książce. Czy podróżując, można zostać aktorem? Indie są na tyle dużym krajem, że bardzo łatwo znaleźć miejsca, w których wciąż możesz zostać Indianą Jonesem. W wioskach czy dzielnicach dalej od miejsc turystycznych człowiek z Zachodu nadal jest sensacją. Miejscowi podchodzą, robią sobie selfie, pytają, skąd jesteś. Robi się tłum wokół ciebie.

Indie, lata 90. (Fot. archiwum prywatne) Indie, lata 90. (Fot. archiwum prywatne)

Kiedyś jechałem w Kalkucie starą taksówką. Na ulicy nie było świateł, tłum rozstępował się przed autem. Reflektory penetrowały go. Budowano tam stację metra, ale odkrywkowo, bez ciężkiego sprzętu. Widać było ogromny dół w ziemi, linię zwisających żarówek nad nim oraz kobiety podające sobie talerze z ziemią. To był prawdziwy Indiana Jones! Indie są jak Jerozolima, która jednoczy religie Boga osobowego. Nad Gangesem mają tylu bogów, ilu jest Hindusów. I wiele religii się stamtąd wywodzi: buddyzm, sikhizm, hinduizm.... Tam ciągle możesz z kimś porozmawiać o Bogu.

Pojechałeś do Indii, bo przeczytałeś tekst o polskich przemytnikach w „Polityce”, którą ktoś przywiózł do Londynu, gdzie byłeś. W końcu natknąłeś się na nich w pizzerii w Delhi. Jak wielką rolę w życiu odgrywa przypadek? Ogromną. Gdybym nie wszedł do pizzerii, to nie spotkałbym tych przemytników i pojechał do Australii, bo miałem już wizę. I potoczyłoby się wszystko inaczej, pewno zrywałbym kiwi lub pracował na czarno w jakiejś fabryce. Nawet moje małżeństwo to w pewnym stopniu efekt przypadku – ściągnąłem dziewczynę do Indii. Ale też przypadkowi trzeba pomóc, ja tych ludzi szukałem. Tony Wheeler, twórca słynnych przewodników „Lonely Planet”, kiedyś podróżował jak najtaniej. Milionom ludzi pokazał, jak można tego dokonać. I miliony pokochały jego przewodniki i ten styl podróży. A kilka lat temu przeczytałem wywiad z Wheelerem, w którym mówił, że teraz nie wyobraża sobie nocować gdzie indziej niż w 5-gwiazdkowych hotelach. Czy nasze nastawienie do podróży aż tak bardzo zmienia się z wiekiem?

Fot. archiwum prywatne Fot. archiwum prywatne

Ja ciągle lubię zatrzymywać się w miejscach dla backpackersów. Na hotele 5-gwiazdkowe nie zawsze mnie co prawda stać, ale podczas wyjazdów związanych z pracą mieszkałem w nich wielokrotnie i to mnie w ogóle nie kręci. Luksusowy hotel to kapsuła, która oddziela mnie od przestrzeni, którą chcę poznać. Tam też nie nawiązujesz tak szybko relacji, panuje chłód nie tylko z powodu klimatyzacji. A podróżnicy, których spotykam w tanich hotelikach, mają swoją historię i chętnie się nią dzielą. Łakną kontaktu z drugim podróżnikiem. Łatwo więc nawiązać relację. Nadal podróżuję uważnie, by jak najwięcej z tego świata zrozumieć, poznać „innego”.

Czego ta retrospektywna podróż cię nauczyła? Teraz podróżuję inaczej, bardziej reportersko, przygotowuję się do każdej podróży. Ostatnie wyjazdy i pisanie książki pozwoliły mi bardziej zrozumieć siebie. To było jak pewna klamra spinająca życie.

Cezary Borowy, podróżnik, maratończyk, właściciel firmy usługowej w branży finansowej oraz przewodnik po Azji, więcej na przemytnik.pl.

'Spowiedź Hana Solo. Byłem przemytnikiem w Indiach', wyd. TBR "Spowiedź Hana Solo. Byłem przemytnikiem w Indiach", wyd. TBR

  1. Styl Życia

Pan na Czworakach

Pan na Czworakach - niepozorna figurka, która ma dla Doroty Kędzierzawskiej szczególne znaczenie. (Fot. Magdalena Sobotka)
Pan na Czworakach - niepozorna figurka, która ma dla Doroty Kędzierzawskiej szczególne znaczenie. (Fot. Magdalena Sobotka)
Dla Doroty Kędzierzawskiej to dowód na to, że można zrobić coś z niczego. Coś, co przez lata cieszy, wzrusza i przypomina ważne osoby.

Glinianą niepozorną figurkę, około 30-centymetrową, bardzo dawno temu przywiozła moja mama [reżyserka Jadwiga Kędzierzawska – przyp. red.] z okolic Nowego Sącza. Robiła tam film dokumentalny o zespole ludowym. I przy okazji zdjęć poznała na wsi młodą dziewczynę, która otworzyła w swojej chałupie garncarski warsztat dla dzieci. Wiem tylko, że miała na imię Małgosia. Za głębokiej komuny to było naprawdę wyjątkowe działanie, bo miało miejsce na wsi, dotyczyło dzieci, którymi wtedy nikt za bardzo się nie przejmował. A pani Małgosia uczyła je robienia przeróżnych rzeczy z gliny, które dzieci potem malowały i razem z nią wypalały w piecu. Mama tam była i na własne oczy to wszystko widziała. Była pod ogromnym wrażeniem pomysłu, miejsca i tego, co spod rąk dzieci wychodziło. Pamiętam ten jej zachwyt do dzisiaj. No i dostała w prezencie od dzieci Pana na Czworakach – ja go nazywam chłopczykiem w bereciku z antenką. Nie wiem dlaczego, ale wyobrażam sobie, że ulepiony jest przez chłopca, możliwe jednak, że tylko mi się tak wydaje. Chłopczyk przyjechał do nas do Łodzi i długo mieszkał u moich rodziców. A potem im go ukradłam i zamieszkał ze mną. Zawsze, kiedy jest mi markotno, patrzę na niego i od razu robi mi się lepiej. Bo jest w nim coś wzruszającego, i rzewnego, i śmiesznego zarazem. I kiedy tak na niego patrzę, to sobie myślę, że zawsze można zrobić coś z niczego. Myślę też o pani Małgosi, której nigdy nie poznałam, choć całe życie mama powtarzała, że ją odwiedzimy. To musiała być fantastyczna dziewczyna. Wtedy nie było mody na robienie czegoś fajnego dla dzieci na wsi. A ona, pełna pasji, talentu, trochę zapewne szalona, robiła w wiejskiej chałupie coś, co te dzieci na pewno ukształtowało nie tylko artystycznie, lecz także ludzko. Zastanawiam się, co teraz robi pani Małgosia, jak potoczyło się jej życie. Nie znam jej nazwiska ani adresu. Może gdybym zaczęła szperać w listach mamy, jakiś trop bym znalazła, ale nie jestem tego pewna, bo ona podpisywała się tylko imieniem. Może teraz pani Małgosia zobaczy w „Zwierciadle” chłopczyka i się odezwie? A może odezwie się jego autor? Jest to więc opowieść i o pani Małgosi, i o tym dziecku, które go ulepiło. No i o mamie, która zakochała się w chłopczyku w bereciku z antenką. Niestety, dawno temu, jeszcze w domu rodziców, antenka się ułamała. Ale mam znajomą, która lepi z gliny, poproszę, żeby ją dorobiła. Chłopczyk – na razie bez antenki – stoi na kredensie, tuż przed lustrem, więc tak naprawdę mam dwóch chłopczyków. I podwójną radość z ich oglądania.