1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Miłość za murem, czyli co zrobić, gdy mężczyzna zachowuje wieczny dystans?

Miłość za murem, czyli co zrobić, gdy mężczyzna zachowuje wieczny dystans?

Możesz odejść, ale jeśli liczysz na to, że otworzysz mu oczy, to się przeliczysz. Taki partner jest przyzwyczajony do tego, ze wszyscy go zostawiają. (fot. iStock)
Możesz odejść, ale jeśli liczysz na to, że otworzysz mu oczy, to się przeliczysz. Taki partner jest przyzwyczajony do tego, ze wszyscy go zostawiają. (fot. iStock)
Jesteś z nim, choć on zachowuje dystans. Kocha cię rano, ale już wieczorem krytykuje i bywa złośliwy. Taki partner jest ofiarą lęku przed bliskością, ale swoim lękiem krzywdzi także ciebie. Czy można go nauczyć miłości? A może najpierw trzeba zacząć od siebie? Pytamy psychoterapeutę Piotra Sarnowskiego.

Chcesz go pocałować, ale on robi unik. Mówi: "Masz coś na ustach" i się krzywi. Ugotowałaś jego ulubioną zupę z czerwonej soczewicy, kręci nosem: "Jadłem w pracy i nie jestem głodny. Stłukłaś swoją ulubioną filiżankę po babci i jest ci smutno - zamiast pocieszyć mówi: "Jesteś taka nieuważna, wciąż błądzisz myślami, gdybyś skupiała się na tym, co robisz, to byś jej nie stłukła!". A potem złości się, że płaczesz: "Te twoje emocje! Mam ich dość! Zrób coś ze sobą!". "Najwyższy czas!" - myślisz zrozpaczona i wściekła. - Tylko co!?".

Ja go kocham a on śpi

- Coraz częściej trafiają do mnie mężczyźni, którzy nie potrafią zbudować trwałego związku. Przez całe życie dostawiali informacje, że nie mogą czuć, że muszą ukrywać, jacy są - no to jak mają zbudować bliską relację? - zauważa psychoterapeuta Piotr Sarnowski. - Kobiety, które do mnie przychodzą po pomoc, bo pokochały mężczyzn bojących się bliskości, mówią: "Może kiedy od niego odejdę, to on się opamięta? Pójdzie na terapię, coś zrobi ze sobą?". Tłumaczę: "Oczywiście, że możesz odejść, ale jeśli liczysz na to, ze otworzysz mu oczy, to się przeliczysz". Taki partner jest przyzwyczajony do tego, że wszyscy go zostawiają. Robi nawet wszystko, żebyś i ty sobie poszła. Bo gdy odejdziesz, to go utwierdzisz w wyniesionym z dzieciństwa przekonaniu, że nie może być kochany. Wtedy nie będzie musiał konfrontować się z tym, co było bolesne w przeszłości. Na przykład, że kiedy był malutki, ojciec i matka porzucili go emocjonalnie lub też fizycznie. Czuł się samotny, opuszczony, bał się. Albo miał za dużo obowiązków, za ciężkich jak dla dziecka, sam musiał dbać o siebie, a może nawet o nich. A teraz kolejna osoba (czyli ty) odchodzi od niego. "Nawet kobiety nie potrafię utrzymać" - pomyśli, dowalając sobie.

Kiedy jesteście razem, ma w głowie: "Ona na pewno mnie zdradzi, oszuka, za chwilę coś złego się stanie". Dlatego cały czas trzyma dystans. Wymyśla niestworzone historie, ma podejrzenia, które są bez sensu, bo ty go po prostu kochasz i jesteś uczciwa. Ale on zamknął się w swojej głowie i jak chomik w kołowrotku kręci się w kółko. - Jego mechanizmy obronne wyniesione z dzieciństwa pomogą mu sobie z tym porzuceniem poradzić, a jednocześnie nie będzie musiał zmieniać nic - mówi Piotr Sarnowski.

Dlaczego tak jest?

Oczywiście twój partner nie robi tego świadomie. - Lęk przed bliskością wynika z głęboko ukrytego przekonania, że nie jest się wartym miłości - mówi Piotr Sarnowski. -Dlatego w chwilach bliskości zachowuje się w taki sposób, który powoduje w tobie napięcie i w rezultacie albo ty się czujesz odepchnięta jego zachowaniem, albo sama go odpychasz, bo uraził cię tym, co powiedział lub zrobił.

To schemat, który nim kieruje. Sprawia, że odpowiada obojętnością na dowody miłości. Nie chce mówić i słuchać o uczuciach, udaje twardziela. Doszukuje się negatywnych motywacji w twoim zachowaniu. Podejrzewa i krytykuje. Jest wyczulony na wszelkie niedoskonałości czy potknięcia. Perfekcjonizm i sztywne zasady zamykają jego serce. Chwiejność emocjonalna sprawia, że ma jakby wiele twarzy. Wciąż jest zajęty, robi wszystko, byle nie usiąść i nie popatrzeć w oczy komuś, kto powiedział "kocham cię".

Źródło jego lęku? Nie dostał w dzieciństwie miłości ani troski. Albo może miał nadopiekuńczą matkę, a nadopiekuńczość bywa równie destrukcyjna jak brak opieki. Nie zostawia przestrzeni na własne marzenia i na intymność. Bliska relacja kojarzy się wtedy z utratą własnego życia. Nawet o tym rozmawialiście, że dlatego "boi się bliskości". Ale to stało się dla niego uzasadnionym powodem, by nie ryzykować. On ma alibi, a ty dodatkowy ciężar, bo rozumiesz, dlaczego chroni się w nabijanej kolcami zbroi, ale nie zmienia to faktu, że cię wtedy rani. Kochasz go i podchodzisz do niego nieuzbrojona, nie chcesz go skrzywdzić. Ale on krzywdzi ciebie.

Człowiek zdrowy emocjonalnie nie zrozumie tego, co dzieje się z kimś bojącym się bliskości. (fot. iStock) Człowiek zdrowy emocjonalnie nie zrozumie tego, co dzieje się z kimś bojącym się bliskości. (fot. iStock)

Jak widzi bliskość?

Najpewniej jego rodzice raz okazywali mu ciepło i zainteresowanie, a kiedy indziej odrzucali i ranili. Kochając ich, doświadczył wiele niepokoju. I z tym uczuciem kojarzy mu się zaangażowanie emocjonalne. Aby sobie z tym poradzić, uwierzył, że nie jest wiele wart, a na pewno nie jest wart miłości. Teraz, kiedy go pokochałaś, wcale jednak nie spieszy się, by zmienić swoje przekonanie. Dlaczego nie chce uwierzyć, że jest kochany? Bo musiałby wtedy uznać, że rodzice byli emocjonalnie ułomni.

- Woli odrzucić twoją miłość niż zmierzyć się z brakiem miłości rodziców. Jego niewiara w siebie jest zapisana głęboko w jego psychice - tłumaczy psychoterapeuta. - W dzieciństwie odciął się od tego bólu, bo zagrażał nie tylko jego zdrowiu psychicznemu, ale i życiu. Teraz jest dorosły, ale jego wewnętrzne dziecko boi się tak samo jak kiedyś.

Rozwiązanie? Dorosnąć, uwierzyć w to, że jest samodzielnym mężczyzną, który zniesie brak miłości matki i ojca. Potrzebna jest atmosfera ciepła, bezpieczeństwa i akceptacji. On musi się poczuć szanowany i doceniony - gdy coś zrobi, nawet tylko posprząta, ma dostać podziw. Pod żadnym pozorem nie umniejszaj go przy innych, a raczej dawaj mu pole do realizacji jego męskości, czyli podejmowania decyzji.

"Kochanie, jestem"

Całe życie musiał sam sobie radzić, więc twoja obecność wybija go ze schematu. Jeśli chcesz zawalczyć, kochasz go i czujesz, że on także kocha ciebie - możesz z nim zostać, jednak zaznacz wyraźnie: "Jestem, ale nie zgadzam się na to, żebyś tak postępował". To jedyna droga, jeśli chcesz spróbować być z nim i mu pomóc. Jeśli jest nieprzyjemny, zmienny - wycofaj się. Wyprowadź się do drugiego pokoju. Nie sprzątaj, nie gotuj. Ale mów: "Jeślibyś potrzebował pomocy, jestem koło ciebie. Ale zrób choć jeden krok...".

Nie zmieni się sam z siebie, bo musiałby się skonfrontować z tym, że rodzice źle go ocenili. A on ma ich ocenę w głowie i dlatego boi się zaryzykować wyjście ze swojej kryjówki. Ale jeśli z niej nie wyjdzie, to nie zbliży się do ciebie. Jeśli znajdzie się przy ścianie i powie: "Mam tego wszystkiego dosyć, potrzebuję pomocy, może bym poszedł do psychoterapeuty?" - to wtedy go w tym wesprzesz.

Możesz też nie czekać i powiedzieć: "Słuchaj znowu się kłócimy, znów mi jest przykro, a ty się wściekasz albo milczysz i zamykasz w sobie. To bardzo trudna sytuacja dla mnie i chciałabym, żeby to się nie powtórzyło. Może pójdziemy do terapeuty, zobaczymy, czego ja nie widzę, a czego ty nie dostrzegasz?". Czy pójdzie - na to już nie masz wpływu. Masz wpływ na to, żeby zadbać o siebie.

Może ty też?

- Człowiek zdrowy emocjonalnie nie zrozumie tego, co dzieje się z kimś bojącym się bliskości. Poczuje się w końcu urażony i odejdzie. Tylko ktoś, kto sam ma podobny problem, zostaje z kimś niedostępnym emocjonalnie - mówi Piotr Sarnowski. - Moja rada brzmi zatem: potraktuj wasz związek jako poligon do pracy nad sobą. Bo skoro z nim jesteś, to zapewne też masz coś do przepracowania.

Możesz też potrzebować pomocy specjalisty, żeby stanąć na nogi, bo mężczyzna, który boi się bliskości, non stop wpędza partnerkę w złe samopoczucie. "Jak ty dziś wyglądasz?!", "Co za mdły obiad!". Po co to robi? Ocenia swoje życie jako słabe i czuje się lepiej, kiedy uzna cię za gorszą od siebie.

Niestety, jego krytykanctwo i odrzucanie może w tobie wzmacniać niewiarę w siebie, którą wyniosłaś z domu rodzinnego. Dlatego jeśli jesteś partnerką mężczyzny bojącego się bliskości: zajmij się sobą, zacznij o siebie dbać. Jeśli czujesz się nieatrakcyjna, głupia i bezwartościowa, to będzie dla ciebie odtrutka na zaniżone poczucie wartości.

- Partnerka kogoś, kto unika bliskości, by zbudować samą siebie, musi wkroczyć na tę samą ścieżkę - mówi Piotr Sarnowski. - Czyli wybrać się w przeszłość i zdać sobie sprawę, że rodzice ją odrzucili, lekceważyli, krytykowali. Zrozumieć, że całe życie czuła się odrzucona. Że rodzice ją zostawili z jakichś swoich chorych powodów, a nie dlatego, że jest gorsza czy zła. Jeśli tego nie zrobi, kolejny związek może się okazać kopią tego. Podobnie jak następny...

- Siedzi przede mną piękna, finansowo niezależna kobieta i mówi, że jest nieatrakcyjna. Pyta, czy coś z nią jest nie tak, że on woli seks z komputerem niż z nią. "Wie pan, jestem sama w nocy, nie mam dziecka, moi rodzice mnie odrzucili, czego bym się nie dotknęła, to wszystko chrzanię" - opowiada Piotr Sarnowski. - Wyjaśniłem jej, żeby tego odrzucenia męża nie brała do siebie. Mężczyzna bojący się bliskości unika seksu, bo w łóżku byłby tak blisko kobiety, że stałby się z nią jednością. A wówczas nie ukryłby przed nią tego, kim jest, a przecież on w siebie nie wierzy... Poprosiłem ją też, żeby założyła dzienniczek, w ktorym będzie zapisywała to, co jej się każdego dnia udało. Żeby zobaczyła, że tylko zła samoocena wykrzywia jej obraz samej siebie. Okazało się, że ma odpowiedzialną pracę, czyta angielskie książki w oryginalne i pomaga sąsiadce, która jest chora. Na tym budowaliśmy adekwatny obraz jej samej. Zaczęła poznawać swoje mocne strony. Wszystkie swoje zasoby, czyli talenty i umiejętności, relacje z ludźmi, wartości - żeby mogła odbudować wiarę w sobie.

Potrzebna była także praca nad komunikacją. Nad mówieniem w pierwszej osobie, czyli np. "Ja potrzebuję bliskości fizycznej, bo to mi daje poczucie, że jesteśmy razem". Albo nad przypominaniem metodą zdartej płyty o tym, czego oczekuje np. "Umówiliśmy się, że pójdziesz do pracy, a wtedy zaczniemy się starać o dziecko".

- Odgrywaliśmy w gabinecie scenki, ja występowałem w roli męża pacjentki, a ona była sobą - opowiada Piotr Sarnowski. - Uczyliśmy się trzystopniowej asertywności, czyli mówienia o swoich oczekiwaniach, prośbach i o tym, co mi się nie podoba, oraz ostrzeganiu o konsekwencjach. Czyli najpierw taki komunikat: "Nie podoba mi się, że mówisz do mnie w ten sposób, że jestem nieatrakcyjna". Jeśli on dalej tak mówi, ona wchodzi na kolejny stopień: "Jest mi bardzo przykro, kiedy tak do mnie mówisz i dlatego jeśli będziesz nadal to powtarzał, nie będę z tobą rozmawiać". Jeśli on dalej nie przestaje, ona wchodzi na trzeci stopień, to znaczy rzeczywiście przestaje z nim rozmawiać, ale tylko o tym, czego nie akceptuje. Nie odrzuca go całego, tylko tę jego część, która jest wobec niej agresywna czy krytyczna.

Dojście do ściany

Siedzi tam sam za murem, taki biedny. Chcesz mu pomóc, przytulić go. Ale może ty też jesteś porzuconym dzieckiem, które czeka na bliskość ze strony mamy czy taty? Umieszczasz swoją tęsknotę w partnerze. Gdy się uda, gdy przebijecie się przez ten mur albo on wyjdzie zza niego - zmieni się wasza perspektywa. On nie będzie się chował, a ty nie będziesz go szukać. Zniknie dystans. Jeśli zechcecie zostać razem, będzie wam potrzebny nowy schemat życia we dwoje, już bez lęku.

A jeśli nic się nie zmienia? Wtedy warto postawić granice, zadbać o siebie i odejść. - Jedna z moich pacjentek stanęła przed taką ścianą i powiedziała: "Próbowałam już wszystkiego: płakałam, prosiłam, straszyłam i nic. Pan jest moja ostatnią deską ratunku" - opowiada psychoterapeuta. - Nie wiem, czy ona z nim będzie chciała być, kiedy terapia się powiedzie. Teraz z nim jest, bo całe życie czuła się odrzucana. Ale jeśli wyzdrowieje, a on się nie zmieni, może powiedzieć: "Odchodzę". To jej święte prawo.

 

Piotr Sarnowski - psychoterapeuta, specjalista psychoterapii uzależnień i współuzależnienia, trener, pedagog resocjalizacyjny. Pracuje metodą psychodramy i ustawień rodzinnych

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Brak miłości, nieudane związki - jakie korzyści może dać psychoterapia?

Wiele
Wiele "miłosnych" schematów trudno jest przepracować bez pomocy terapeuty, co pokazują zresztą poniższe historie. Nieraz wystarczy kilka spotkań, żeby "coś" w sobie otworzyć. Często jednak trzeba przygotować się na dłuższą pracę. (fot. iStock)
Dlaczego nikt mnie nie kocha? Dlaczego wciąż spotykam egoistów i maminsynków? Dwa lata temu takie pytania zadawali sobie Monika, Tomek i Ada. Dzisiaj kochają i są kochani. Cud? Szczęśliwy traf? Nie. Praca nad sobą pod okiem terapeuty. To dzięki temu otworzyli się na miłość.

Trzy lata temu Monika, 37-letnia wykładowczyni socjologii o urodzie Moniki Bellucci, wpatrywała się w telefon, czekając na wiadomość. Umówiła się z Markiem, że przyjedzie po nią i pojadą do kina. Nie odbierał telefonu. Po godzinie przysłał wiadomość, że jest u kolegi i da znać, jak wyjdzie. Odezwał się po dwóch dniach, jak gdyby nigdy nic. Była do tego przyzwyczajona. W końcu Marek nie po raz pierwszy wystawił ją do wiatru w ciągu ostatniego roku, czyli od momentu, w którym poznali się na portalu randkowym.

– Zawsze to ja rzucałam faceta, gdy czułam, że to nie jest związek dla mnie – opowiada Monika. – Marka nie udawało mi się zostawić, choć mówił mi wprost, że nic z tego nie będzie. Nawet jak zorientowałam się, że takich adoratorek jak ja ma kilka, też nie potrafiłam wybić go sobie z głowy. Jak ulał pasował do mnie żart z filmu braci Marx: „Ta kobieta zachowuje się jak idiotka i wygląda jak idiotka, ale niech to nikogo nie zmyli: ona jest idiotką!”.

Monika znała rozmaite teorie psychologiczne, miała świadomość, że całe jej życie miłosne przebiega pod znakiem lęku przed bliskością. Ba, wiedziała nawet, że źródło tkwi w relacji z ojcem.

– Od dziecka bałam się go i walczyłam z nim, prowokowałam i nienawidziłam, gdy mnie karał – opowiada. – Ojciec był też kochający i uroczy, więc nic dziwnego, że w dorosłym życiu tworzyłam związki typu „dwoje na huśtawce”. I wybierałam facetów, z którymi mogłam mieć na zmianę przyciąganie i odpychanie. A jak któryś chciał stabilizacji, to nieświadomie prowokowałam go, żeby mieć pretekst do odejścia.

Dlaczego więc Monika, mimo wiedzy na temat swoich miłosnych mechanizmów, nie potrafiła się od nich wyzwolić? Bo zmiana czegoś, co zapisało się w naszym umyśle w pierwszych latach życia i utrwalało przez kolejne kilkanaście lub kilkadziesiąt, wymaga nie lada wysiłku. To tak, jakbyśmy chcieli, by na ścieżce, którą przez 30 lat chodzili ludzie, nagle wyrosły stokrotki. Musimy się napracować, żeby to osiągnąć. Często pierwszym krokiem jest zasięgniecie rady kogoś, kto zna się na trawnikach i hodowli kwiatów.

Czas pozwolić sobie na wszystkie odczucia

Monika trafiła do psychoanalityka poleconego przez koleżankę. – Przez pierwszy rok chodziłam na analizę pięć razy w tygodniu – opowiada. – Czasami jechałam przez całe miasto tylko po to, żeby opowiedzieć sen o wampirach i usłyszeć: „dziękuję” w momencie, gdy mówiłam, że jeden z nich miał twarz ojca z fotografii z młodości. Wychodziłam i przez resztę dnia zastanawiałam się, co to znaczy. Z boku wyglądało to na szaleństwo, ale ja byłam pewna: to musi zadziałać. Niezwykłe, choć może lepiej powiedzieć: niezwykle bolesne, było też to, jak przeżywałam historie, które opowiadałam wcześniej wiele razy i wydawało się, że nie robią już na mnie wrażenia. Na przykład o tym, że ojciec mnie uderzył, gdy nie posłuchałam go i nie zwolniłam rowerem na zakręcie i prawie wpadłam pod autobus. Miałam wtedy sześć lat. Na analizie wróciły do mnie wszystkie uczucia, które tłumiłam przez lata. Ryczałam jak bóbr, choć do tej pory płakałam tylko w samotności. Pozwalałam sobie na odczuwanie bezradności, strachu, przerażenia, nienawiści. Ale też czułości, zrozumienia, otwartości na ludzi, akceptacji siebie i innych, cierpliwości.

Na tym polega siła psychoanalizy: ponownie przeżywając traumy, pod okiem doświadczonego analityka i jako dorośli ludzie, mamy szansę się od nich uwolnić. Oczyścić naszą nieświadomość z tego, co nas unieszczęśliwia. Stworzyć przestrzeń do działań, które dają spełnienie i satysfakcję. U Moniki oznaką zmiany było to, że po pół roku analizy przestał ją obchodzić Marek.

– Wtedy zobaczyłam, że wokół mnie są fajni faceci – opowiada Monika. – Jednym z nich był mój przyjaciel. Nagle zaiskrzyło między nami i od dwóch lat jesteśmy razem. Za trzy miesiące bierzemy ślub. Owszem, to nie bułka z masłem, bo ja wciąż walczę ze swoimi lękami i chęcią prowokowania napięć. Ale to mężczyzna, którego naprawdę kocham. Jestem pewna: nie byłoby to możliwe bez psychoanalizy.

Złamanie schematów i zasad

Ada, 34-letnia montażystka, dwa lata temu miała krótką fryzurkę w stylu lat 20., pracę przy serialu, ambitne plany zawodowe i przekonanie, że najpierw musi wzmocnić swoją pozycję zawodową, a dopiero potem myśleć o związku. Bo tak się działo w jej życiu, że zakochiwała się wtedy, gdy odnosiła sukcesy. Jej mantrą było: „Najpierw stanąć na nogi, potem chodzić na randki”.

Rok później Ada wciąż miała krótkie czarne włosy, choć na fryzjera wydała ostatnie pieniądze. Nie miała już pracy w telewizji ani mieszkania w centrum. W ramach oszczędności wynajęła pokój na obrzeżach miasta. Miała kredyt do spłacenia i coraz większy lęk, że życie ją przerasta. Zazdrościła koleżankom w związkach, że nie muszą same zmagać się z rzeczywistością. Ona mogła liczyć tylko na siebie. W dobrych czasach, gdy było ją stać na taksówki, restauracje i wakacje w Maroku, samotność jej nie doskwierała. Teraz, wracając nocnym autobusem z imprezy, z zazdrością patrzyła na pary trzymające się za ręce.

Do terapeutki trafiła bynajmniej nie z powodu tęsknoty za męskim ramieniem. Wysiadło jej kolano. Nie był to żaden uraz ani choroba. Wiedziała, że to z napięcia, bo za kilka dni miała mieć poważną rozmowę o pracę i strasznie się bała, że się nie uda.

– Pomyślałam: to znak, że jest ze mną źle – tłumaczy Ada. – W desperacji pożyczyłam pieniądze od współlokatorki i poszłam do terapeutki, która bardzo pomogła mojej koleżance. Wiedziałam, czego chcę: wzmocnienia i tego, by życie ruszyło z miejsca.

Dwie sesje po trzy godziny zrobiły swoje. – Czułam się tak, jakbym przestawiła sobie zwrotnice w mózgu – śmieje się Ada. – Tak, by uwagę kierować na to, co pozytywne, wzmacniające i twórcze. Miałam jasność: to, jak się czuję, zależy ode mnie. Mogę sobie pozwolić na przygnębienie, biczowanie się, że jestem beznadziejna i wszyscy inni mają lepiej. A mogę też cieszyć się tym, co jest. Skoro i tak mam długi i nie stać mnie na fryzjera, to po co się dodatkowo tym zadręczać? Czy nie lepiej pójść na spacer i radować się widokiem zieleni? Lepiej. No to szłam na spacer.

Szła tym chętniej, że na przechadzki wyciągał ją Jacek, przystojny i uznany w środowisku reżyser. Kręcił się koło niej od dwóch miesięcy. Wcześniej ani myślała zajmować sobie głowę amorami. Przecież musiała skupiać się na szukaniu pracy. – A teraz pomyślałam: co mi szkodzi spotykać się z ciekawym facetem? – opowiada Ada. – Przecież nie muszę ani iść z nim do łóżka, ani do ołtarza. Trochę było w tym też przekory, bo nie dość, że koleżanki ostrzegały mnie przed nim: „to narcyz, który wyniszcza kobiety”, to jeszcze randkowanie w sytuacji, gdy nie mam pracy i pieniędzy, było wbrew moim zasadom.

Jak się okazało, w miłości dobrze jest wyjść poza schematy. Zwłaszcza te, które usztywniają nasze myślenie (jak: „najpierw muszę znaleźć pracę, a potem chodzić na randki”) i zakładają klapki na oczy. Wizyta u coacha pomogła Adzie popatrzeć na siebie i swoją sytuację świeżym okiem. Dostrzec nowe możliwości i zastosować inne metody działania. – Jestem pewna, że bez tego nie zdecydowałabym się na randki z trudnym facetem, jakim bez wątpienia jest Jacek – mówi Ada. – No i nie byłabym od sześciu miesięcy w fajnym związku. Bo wbrew ostrzeżeniom życzliwych, okazał się delikatnym i wrażliwym facetem. Nie wiem, czy to facet na całe życie, ale bycie z nim daje mi radość i siłę. A tego potrzebuję, zwłaszcza teraz, gdy moja sytuacja zawodowa wciąż jest chwiejna. Choć powoli się poprawia. Nie wiem, czy więcej zleceń to efekt sesji, czy tego, że jestem bardziej pewna siebie i zadowolona z życia. Jest jeszcze jeden plus sytuacji: Jackowi podoba się, że zapuszczam włosy i uwielbia mnie w kucyku. Więc przy okazji oszczędzam na fryzjerze.

Warto zawalczyć o siebie

– Nic nie mogę znaleźć, bo Mikołaj robił wczoraj porządki w kuchni – gdera Tomasz, 30-letni scenarzysta, szukając zielonej herbaty. Z 28-letnim anglistą, którego poznał 10 miesięcy wcześniej, miesiąc temu wynajęli mieszkanie i wciąż je urządzają. Tomasz narzeka, ale jest szczęśliwy. – Czasami trudno mi uwierzyć, że mam swój dom – mówi Tomasz. – A tak naprawdę kogoś, z kim tworzę ten dom. Bo choć to brzmi trochę pompatycznie, to ja traktuję Mikołaja jak najbliższą rodzinę.

Swoistym przygotowaniem do życia w tej rodzinie była dla Tomasza psychoterapia. Poszedł na nią dwa lata temu, bynajmniej nie z powodu miłosnych zawodów czy samotności. Odpowiadały mu przygody i romanse, które szybko się kończyły. Bez darcia szat i ran. – Uważałem, że nie nadaję się do związku i tak naprawdę go nie potrzebuję – mówi. – Nie lubiłem, jak ktoś mi się kręcił po mieszkaniu.

Poszedł do psychoterapeuty analitycznego, poleconego przez przyjaciółkę, bo czuł się zablokowany twórczo. – Rozmawialiśmy o moim pisaniu i apatii, ale „ojciec prowadzący” z uporem maniaka powtarzał: „Panie Tomaszu, panu przydałby się jakiś facet na żonę. Pan by pisał, a on by robił panu herbatę i podawał ciasteczka” – opowiada Tomasz. – Myślałem: „facet, co ty gadasz?!”, ale gdy poznałem Mikołaja, nie miałem oporów, żeby zaprosić go do siebie. Na moje wątpliwości, że to pewnie nie wyjdzie, psychoterapeuta odpowiadał: „Co panu szkodzi, najwyżej go pan rzuci”. To brzmiało cynicznie, ale może dlatego przekonująco dla takiego neurotyka jak ja. Mój psychoterapeuta zachęcał mnie też do tego, żebym powiedział matce, że jestem gejem i że związałem się z Mikołajem. Wcześniej myślałem: „to nie jej sprawa, z kim sypiam”. Ale jak w końcu jej powiedziałem, poczułem się tak, jakby odpadł mi obowiązek udawania kogoś, kim nie jestem. Także udawania przed sobą, że fajnie jest być samemu.

– Dla mnie pójście na psychoterapię oznaczało, że się nie poddaję, że walczę o siebie – dodaje Tomasz. – Teraz nie tylko jestem bardziej pewny swoich możliwości, odblokowany twórczo i szczęśliwie zakochany, ale też mam świadomość, że jak się pracuje nad sobą, to ma się efekty. Czasami takie, których się nie spodziewasz, a które są tym, czego naprawdę pragniesz.

  1. Psychologia

Lęk przed bliskością to demon, którego nie należy lekceważyć

Lęk przed bliskością to nieświadoma obawa, która zakłóca nasze życie emocjonalne. Pojawia się w przypadku relacji, które mają dla nas szczególne znaczenie. (Fot. Getty Images)
Lęk przed bliskością to nieświadoma obawa, która zakłóca nasze życie emocjonalne. Pojawia się w przypadku relacji, które mają dla nas szczególne znaczenie. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Pracuję teraz z kilkoma mężczyznami, którzy odważyli się pochylić się nad swoim reakcjami i lękiem przed bliskością po to, by ich związki mogły rozkwitnąć i dawać szczęście.

Pod wąsem mogę się uśmiechnąć, że zamiast - jak to feministka - bronić kobiet, zajmuję się ochroną mężczyzn. Ale będzie to tylko dobry wic na otwarcie rozważań, bo obydwie płcie zasługują na to samo, a im większa populacja świadomych, dojrzałych mężczyzn, tym lepiej żyje się kobietom.

Dlatego postanowiłam napisać tekst o czymś, co czai się niemal w każdym związku i co ludzie odkrywają ze zdziwieniem, że przecież wcale tego nie chcieli. Jak już demon przestaje się czaić, to powoduje, że faceci wynoszą się z domów w nadziei na to, że gdzieś ktoś ich zrozumie. Albo kobiety się wynoszą/zostają zastanawiając się, czy je jeszcze ktoś kiedyś zrozumie. Lęk przed bliskością - to ten demon. Ciekawe, że wszyscy go lekceważą, chociaż nieszczęść spowodował tyle, co Hitler i Stalin razem wzięci.

Ucieczka od bliskości

Zaczęłam od facetów, bo im jest jeszcze trudniej. Wychowanie odcina ich od emocji, nikt nie uczy ich radzenia sobie z uczuciami. Zresztą kobiety także uciekają od bliskości, ale najczęściej są tego bardziej świadome.

Lęk przed bliskością to nieświadoma obawa, która zakłóca nasze życie emocjonalne. Co trudniejsze, pojawia się w przypadku relacji, które mają dla nas szczególne znaczenie - związków opartych na miłości, czasem też w przyjaźni. Zakłóca je i utrudnia emocjonalne otwarcie się na ludzi. Często jesteśmy skłonni utożsamiać odczuwany lęk z obawami o odrzucenie, pogorszenie relacji lub o emocje, które nie zyskają wzajemności. Jednak tak naprawdę nasz lęk przed bliskością jest wyzwalany przez emocje pozytywne i to właśnie wejście w związek z kimś, na kim naprawdę nam zależy, najczęściej wzbudza ten głęboko skryty lęk.

Bez bliskości w miłości

To dość paradoksalne - im bardziej chcemy być blisko i intymnie z drugim człowiekiem, tym silniej nasz wewnętrzny wróg się temu sprzeciwia. Nie nasz partner, nie okoliczności, ale słabo rozpoznana siła, która drzemie w nas samych.

Problemem jest to, że nasz wybraniec/wybranka widzi nas jako osoby godne miłości, wspaniałe, pełne zalet. Tymczasem my wcale nie musimy tak dobrze o sobie myśleć. Częściej czujemy coś zupełnie przeciwnego. A najczęściej pozostajemy w przekonaniu, że wcale nie jesteśmy godni miłości. I wcale nam się nie  śpieszy do zmiany postrzegania nas samych. To wymagające zadanie, połączone z weryfikacją tego, jak byliśmy traktowani emocjonalnie przez naszych rodziców, poprzednich partnerów. Wolimy odrzucić realną miłość, niż wziąć się za bary z negatywnym obrazem własnej osoby.  Tworzymy więc w sobie bariery, które mają nas przed miłością chronić. Można powiedzieć, że uzbrajamy się w emocjonalną zbroję. Często też nazywamy uzbrajanie obawą przed skrzywdzeniem, bo to dobrze usprawiedliwia pozostawanie w pozycji defensywnej. Któż może wymagać od nas, abyśmy wystawili się na ciosy?

Skąd bierzemy negatywne przekonania/emocje na temat nas samych? Są czymś innym niż myśli o grubych udach czy niezdolności do nauki języków. Są wytrenowanym, głęboko osadzonym skryptem naszej psychiki. We wczesnym dzieciństwie, odczuwając deficyt miłości, dezaprobatę lub odrzucenie rodziców (a wszyscy tego doświadczają, nawet jeżeli mają fenomenalnych rodziców), musieliśmy sobie jakoś radzić z potężnym i zagrażającym nam odczuciem. Nie zanegujemy rodzica, negujemy własną wartość. Wtedy łatwiej zrozumieć dlaczego nie dostaliśmy tego, co było nam potrzebne.

Jako dorośli mylimy skutek z przyczyną. Odczucie bycia niewartym miłości myli nam się z innymi, wtórnymi przekonaniami, obawami. Nie skupiamy się przesadnie na rozumieniu tego, co się z nami dzieje. Po prostu zostajemy ze znanymi skryptami, reakcjami i powtarzamy je w kolejnych, ważnych dla nas związkach. Jesteśmy na tyle dobrzy w oszukiwaniu siebie, że od bliskości nie uciekamy. Za to wpadamy w nowe romanse, bo dzięki temu poczujemy to "coś", dreszcz bycia na świeżo kochanym. Dogadzamy sobie na wszystkie możliwe sposoby albo wręcz przeciwnie, karzemy się, bo przecież to wszystko nasza wina. Zapijamy demona albo kombinujemy nieprzeciętnie, co by tu wykonać, żeby do drugiego człowieka nie zbliżyć się  tak naprawdę, tak bez pancerza.

Kręci nami jak chce

Nie odrzucamy bliskości świadomie i z intencją, to bardzo podświadomy mechanizm. W chwilach intymności emocjonalnej i fizycznej zachowujemy się w określony sposób - taki, który spowoduje napięcie w nas albo w drugiej osobie. Tak, żebyśmy albo mogli odepchnąć, albo zostać odepchnięci.

Jeśli poznasz któreś z poniższych zachowań, warto się chwilkę nad sobą zastanowić. To są schematy ucieczki od bliskości:

  • Nieokazywanie uczuć, reagowanie obojętnie lub odrzucająco na pozytywne bodźce emocjonalne (mąż gotuje dla żony kolację, ona krzyczy, że przecież on wie, że ona nie je klusek, bo jest na diecie).
  • Pozostawanie podejrzliwym lub wręcz paranoicznym wobec partnera (doszukiwanie się negatywnych motywacji zachowań), ponadprogramowa zazdrość. Czasem po prostu wystarczy niezauważanie, że partner chce dobrze.
  • Utrata zainteresowania seksem i dotykiem.
  • Krytykanctwo wobec partnera, związku. Dostrzeganie negatywów, które przysłaniają pozytywy.

Zgnieść demona

Łatwo powiedzieć, robi się długo i mozolnie. Po pierwsze trzeba zmierzyć się z głębokimi, negatywnymi przekonaniami o nas samych (wspomnienia, ból, czasem rozpacz). Czasem, żeby dogrzebać się do tego, co leży na dnie, potrzebna jest pomoc psychologa. Jednocześnie trzeba świadomie i uważne dbać o to, by nie odpychać partnera lub partnerki, nie zwiększać przepaści w związku. Nagrodą są głębokie, satysfakcjonujące związki, w których seks i emocje są drogą do wyrażenia więzi łączącej ludzi.

Miłość jest uczuciem wymagającym, i to nie tylko pracy, co samo w sobie brzmi dziwnie. Także otwarcia się na nią i wyjścia ze swojej skorupy. Co prawda, wszyscy marzymy o idealnym partnerze, ale gdy już się znajdzie jakiś świetny człowiek, który chce z nami żyć, znoszenie związku okazuje się być bardzo trudne. Fantazje są prostsze od rzeczywistości, bo wystawienie na miłość może być dla nas przerażające, naruszać nasze bariery obronne, wpędzać w niepokój, który racjonalizujemy. Kochanie kogoś niesie nie tylko namiętności i szansę na spełnienie, ale obawę przed krzywdą czy stratą.

  1. Psychologia

Sposób na mężczyznę według Katarzyny Miller

Według Katarzyny Miller, aby łagodnie rozbroić mężczyznę, należy m.in. okazać mu czułość. (Fot. Getty Images)
Według Katarzyny Miller, aby łagodnie rozbroić mężczyznę, należy m.in. okazać mu czułość. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jakikolwiek byłby mężczyzna, zawsze chcemy od niego więcej otwartości i więcej uczuć. A więc rozmawiamy, pouczamy… Czy to dobry sposób? W czasach pornografii i równości płci nie doceniamy czułości. To, co kojarzy nam się z tradycyjną kobiecością, budzi obawy. Czy słusznie? – zastanawia się psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Nasze babcie mówiły to samo co niektóre współczesne poradniki: jeśli pogłaszczesz mężczyznę po twarzy, po policzkach, to nawet najtwardszy macho zmieni się w łagodnego i czułego partnera.
Z babcinej mądrości warto korzystać. To, co nazywamy „trzymać twarz”, jest charakterystyczne dla tego, kto udaje, pilnuje, żeby nie wyrazić prawdziwych uczuć, a więc i dla współczesnego mężczyzny. Jak łagodnie rozbroić go z tej maski? Właśnie okazując zachwyt i czułość. Może to zrobić kobieta, która działa na tego mężczyznę zmysłowo, która przekaże mu pozytywne emocje. Ale takie rozbrajanie nie może wypływać tylko z zamysłu kobiety. Nic nie da, jeśli ona pogłaszcze go po twarzy, bo przeczytała, że to sposób na mężczyznę. To może się udać tylko wtedy, gdy ona naprawdę poczuje, że chce to zrobić. Jednocześnie w tym mężczyźnie musi być to coś, do czego ona chce ową czułością sięgnąć.

Co to jest to „coś”, co on może w sobie mieć?
Jego wrażliwość. Jakiś rodzaj zachwytu, zauroczenia, być może potrzeba bliskości, tkliwości. Są pod spodem i mogą ujawnić się, gdy nie będzie się pilnował. Ale jeśli ona zaczęłaby go głaskać w momencie, gdy on tę twarz musi trzymać albo gdy tego czegoś w sobie nie ma wcale, to on jej rączkę może ugryźć. Może też przed kobietą uciec, bo wie, że jeśli ona się do niego zbliży, to go pozbawi maski, a on się tego obawia. Mężczyzna, który jest w środku pusty lub za bardzo się boi ujawnienia słabości, ucieka przed kobiecą czułością w seks bez bliskości, który jest tylko redukcją napięcia.

Dlatego dla wielu czułość w relacji to tyle co zaproszenie do seksu.
Dotyk jest odczytywany jako zaproszenie do seksu, a czułość ludzi przestrasza. Ponieważ mają jej ciągle mało, nie wiedzą, że za nią strasznie tęsknią. Boją się jej, bo nie mają wypracowanych czułych reakcji, odruchów. Mężczyznom czułość kojarzy się ze słabością i nie wiedzą nawet, że marzą o tym, żeby się poddać czułości, bliskości, czyjejś opiece. Tymczasem czułość naprawdę czyni mężczyzn podległymi, uległymi… Okazanie czułości przez kobietę i przyjęcie jej przez mężczyznę to moment cudnej władzy, której ona nie powinna nadużywać, ale się nią cieszyć. Sama się też powinna roztkliwić, żeby z nim w tej czułości pobyć. Powiedzieć mu: „Ile ty się musisz nakontrolować, ja cię za to podziwiam. Ale teraz możesz sobie odsapnąć, możesz mi zawierzyć”. Bo mężczyźni potrzebują swojej kobiecie zawierzyć.

Zawierzyć? A nie zaimponować?
Imponować też, ale kobiety, które się dziwią, że okazanie mężczyźnie czułości może go rozbroić, i które myślą, że tak można go tylko podniecić, zapominają, że w mężczyznach są mali chłopcy, tak jak w nich – małe dziewczynki. I pieszczota, i tkliwe słowa to droga do nich. Tym chłopcem kobieta może się zachwycić. Najpierw niech go poobserwuje, rozpozna. Żeby on pomyślał: „Ona na mnie patrzy, chyba się mną interesuje. Ojej!”. I wtedy zaczyna się popisywać. Widziałaś, jak chłopiec się zachowuje, gdy okażesz mu zainteresowanie? Na przykład zerwie kwiatek, tak za główkę, ale dla ciebie. Albo coś ci narysuje. Nie wprost prosi: „patrz na mnie”. Podobnie zachowują się mężczyźni, gdy okażesz im zainteresowanie i czułość. Tacy się robią cisi, troszkę zmieszani. To urocze. Mnie dziwi, że kobiety tego nie doceniają, bo z takim mężczyzną można się i pobawić, i poganiać dookoła łóżka.

Czyli jednak przez czułość do seksu.
Najważniejsze jest to, że wszyscy potrzebujemy czułości. My potrzebujemy, żeby mężczyźni potrafili nas tak miękko dotykać, żeby od razu nas do łóżka nie ciągnęli. I gdyby tych pieszczot było więcej, nie niepokoiłoby nas to. Dawałoby nam to, czego potrzebujemy – wytchnienie. Mężczyźni także marzą o delikatnym dotyku, o bezpieczeństwie. O tym, co możemy nazwać ukojeniem wojownika. No bo dla mężczyzny, który gonił za bawołami, szukał niebezpieczeństwa, to kobieta była takim wypoczynkiem. Jej ciało pozwalało mu – po powrocie z polowania czy z wojny – znaleźć ukojenie. On taki twardy, żylasty zwalał się na to miękkie ciało i się w nie zapadał. Nadal mężczyzna marzy, żeby mógł się schować w kobiecie. Większa jest ta niezbędność kobiet dla mężczyzn niż mężczyzn dla kobiet.

Ale takich wojowników macho już nie ma.
I takich kobiet też. Kiedyś wszystko było czarno-białe. Ona była niewinna, słodka, ciepła i czekała, aż on do niej skądś przyjeżdżał. A dziś my same też chcemy gdzieś pędzić, a potem wracać i żeby ktoś na nas czekał. Ale kiedy pytam dziewczyny, czy będą też tych swoich czekających facetów utrzymywać, to się obrażają i mówią, że nie. No to czego my od mężczyzn chcemy? Wszystkiego naraz mieć się nie da.

Mężczyźni chcą się zmieniać, nadążać za naszymi oczekiwaniami. Ale czy kobieta może jakoś pomóc partnerowi w dotarciu do jego czułości?
Jak się mówi „pomóc”, to już jest terapia, a kobieta terapeutką być nie powinna, nie może i nie umie. Chyba, że jest niezwykle intuicyjna, że jest dobrą rozbrajaczką. Ale my dziś kształcimy się raczej na wojowniczki, a nie na rozbrajaczki. Rozbrajaczka to kobieta, która, choć facet się drze, pogłaszcze go i powie: „mój ty kochany, chyba jesteś zmęczony”. To jest rozbrajanie. Ona nie walczy: „Nie życzę sobie, żebyś tak do mnie mówił”, ale stwierdza: „Zrobię ci masaż. O, już ci lepiej?”. To kobieta, która nie odpowie mężczyźnie wet za wet, ale przyjmie to, co on powiedział czy zrobił. On jest inny, niż ona marzyła, ale to w nią nie uderza, bo inaczej stałaby się jego ofiarą. Rozbrajaczka nią nie jest. Ona się nie obwinia, że to przez nią on jest taki, bo ona nie jest dość sexy czy mądra. A więc jest to kobieta, która nie czuje się skrzywdzona, kiedy facet się irytuje czy jest nieczuły. Raczej zrobi sporo, żeby on był taki, jak ona chce.

A seks nie może pomóc obojgu znaleźć spokoju i porozumienia?
Jeśli kobieta zamiast czułości czy walki zaproponuje seks, kiedy on wściekły przychodzi do domu, to może się spodziewać seksu, który jest rozładowaniem napięcia czy złości. Jeśli ona tak lubi, to niech w to idzie. Ale jeśli pragnie dotrzeć do jego wrażliwości, to nie jest dobry sposób. Dopiero kiedy mężczyzna będzie już nastawiony na bycie z nią, a nie tylko na pozbycie się napięcia, warto pomyśleć o seksie. Kobieta otworzy mężczyznę, jeśli jest spokojna, czuła. Pokaże mu, że w tym domu jego marzenia o bezpieczeństwie się realizują.

My raczej mówimy, czego nie zrobił albo co zrobił źle.
Warto czasem powiedzieć mężczyźnie, że jest cudny, silny, że coś wspaniale mu wyszło. Mężczyźni są złaknieni miłych słów.

Lepiej, żebyśmy częściej bywały rozbrajaczkami?
Na pewno, ale my też chcemy, żeby ktoś nas rozbrajał. Zwłaszcza gdy wracamy zmęczone czy złe do domu. Wtedy byłoby bardzo dobrze, gdyby czekały na nas ciepłe ręce, masaż, kąpiel, świece zapachowe. Żadna kobieta ani żaden mężczyzna nie ma w sobie aż tylu wolnych mocy przerobowych, żeby zawsze być rozbrajaczką/rozbrajaczem. Ale dobrze, gdy oboje to potrafimy i czasem czujemy, że mamy taką ochotę.

Ale czy rozbrajaczką nie może być tylko kobieta tradycyjna?
To są te z nas, które nie chcą wylać tego, co dobre w tradycji wraz z nowoczesną kąpielą. Po co rezygnować z czegoś, co się dobrze sprawdza? One chcą mieć mężczyznę zadowolonego i same chcą być zadowolone. Nasze prababki mówiły: „dzieci, cicho, ojciec wraca”, i my to uznajemy za niesprawiedliwe. Ale rozbrajanie to na pewno milszy i mądrzejszy sposób niż robienie za faceta wszystkich prac domowych, a na to się nadal wiele z nas godzi. Tymczasem to nie ma sensu, mężczyźni tego też od nas nie oczekują.

Czy jednak kobieta nowoczesna może być rozbrajaczką?
Oczywiście. To piękny obrazek: kobieta z wyczuciem dotyka męskiej twarzy, głaszcze ją, zdejmuje z niej znużenie, złość. Pokazuje, że potrafi odwołać się w relacji z nim do jego wrażliwości. Jakakolwiek by ta wrażliwość była, to dzięki kobiecie on może ją ujawnić. Obraz tej kobiety, która jest pewna siebie i swojej wartości na tyle, by to zrobić, jest bardzo nowoczesny. Dzięki jej pewności on się już nie złości. Zaczyna czuć się bezpiecznie, bo jest akceptowany, bo poczuł się adorowany – a mężczyznom jest to potrzebne. Jeśli kobieta jest mądra, to wie, że nie tylko jej się adorowanie należy. Czuły gest może wiele zdziałać. Oczywiście, wobec faceta, który nie jest tyranem czy psychopatą. Może to być introwertyk, może pracoholik. Jeśli introwertyk, to da jej wiele, jeśli ona będzie go uważnie słuchać, a nie wiedzieć lepiej od niego.

Ojej! To wydaje mi się szczególnie trudne!
I to dla wielu kobiet. Ale właśnie introwertyka trzeba traktować czule, z uwagą i szacunkiem. Nie interpretować go, dać mu czas, żeby sam się dookreślił. Warto to zrobić, bo jak on już zaufa, okazuje się osobą wierną, oddaną i niezawodną.

Wiele kobiet uważa takich mężczyzn za miękkich i nie szanuje ich.
To zależy od klasy i mężczyzny, i kobiety. Nie każdy mężczyzna, który potrafi stać w drugiej linii, to tylko potakiwacz, ktoś bez charakteru. To może być po prostu mężczyzna, który nie jest wojownikiem, a nie każdy musi nim być. Nie jest „babą” tylko dlatego, że chce na przykład wychowywać dzieci. Może być wtedy mądrym i fajnym tatą. Znam takie pary, gdzie właśnie mężczyźni wychowali dzieci, a nie ich żony.

Czy mężczyzna o kobiecych cechach może mieć kłopoty z przyjmowaniem i okazywaniem czułości?
Może, jeśli czułość kojarzy mu się z zawłaszczeniem przez matkę. Wtedy będzie się jej bał. To są często mężczyźni wychowywani przez samotne matki albo matki, które miały złych partnerów i, niestety, za dużo chciały od swoich synów. Uzależniały swój dobrostan od ich zachowania. Jeśli ci nie byli grzeczni czy wystarczająco czuli wobec nich, były nieszczęśliwe albo złe. Po takich doświadczeniach mężczyźni boją się, że zostaną niewolnikiem kolejnej kobiety.

Warto o czułość zawalczyć? Czy ona wzbogaca nasz seks?
Czułość można dodać do wszystkiego. Jeśli ludzie chcą się spełniać w miłości i w seksie, to sobie tego nie wyobrażam bez czułości. Seks bez niej to władza, zawłaszczenie, uzależnienie. Na pewno nie serdeczność i bliskość. To nie znaczy, że wszystkie akty seksualne mają być czułe. Seks to też niepokój, odrobina agresji, inaczej grozi nam znużenie. Czułość na co dzień sprawia, że mogę sobie na więcej pozwolić, mam większe zaufanie do mężczyzny, do siebie też. Trudno jest pogodzić miłość z bezpieczeństwem. Miłość bywa niebezpieczna, oczekuje, wymaga, a czułość jest zgodą, zauważeniem naszej niezwykłości w absolutnej zwykłości. Więc jak bez niej kochać?

  1. Psychologia

"Kocham cię" i "odejdź". Współuzależnienie w związku

Zdaniem terapeutki Pii Mellody współuzależnienie w związku następuje wtedy, gdy jedna strona koncentruje się na partnerze i relacji, podczas gdy druga stara się unikać bliskości. (Fot. iStock)
Zdaniem terapeutki Pii Mellody współuzależnienie w związku następuje wtedy, gdy jedna strona koncentruje się na partnerze i relacji, podczas gdy druga stara się unikać bliskości. (Fot. iStock)
Życie we współuzależniającym związku jest bardzo trudne. Ale ma też swoje ukryte korzyści. Emocje przesłaniają wszystko – z rzeczywistością na czele. A osoby współuzależnione nie chcą się z nią konfrontować. Szukają celu w drugim człowieku, łudzą się, że wypełni pustkę w ich życiu i rozwiąże problemy. Taka wizja miłości prowadzi tylko do cierpienia.

Współuzależnienie z boku może wyglądać jak zabawa w kotka i myszkę. Tymczasem tak naprawdę związek, w którym uruchamia się tego rodzaju dynamika, przypomina pole bitwy. Owszem, bywają momenty zawieszenia broni – czasem nawet długie i przyjemne. A potem znów: zwarcie, starcie, pogoń, ucieczka... przyciąganie i odpychanie, gonienie króliczka, toksyczne tango. Niektórzy nazywają to miłością. To właśnie o takich doświadczeniach opowiadają ckliwe powieści, rozdzierające serce piosenki, melodramaty, które śledzimy z zapartym tchem. Blisko i daleko. Szczęście i rozpacz. „Kocham cię” i „odejdź”. Niezwykłe porozumienie. Nieoczekiwane przeszkody. Jedno jest pewne: intensywność uczuć jest ogromna.

Osoby, które podejmują tę grę, sprawiają wrażenie, jakby odnalazły się w korcu maku. I rzeczywiście, przyciągają się według określonego klucza-wzorca. Zdaniem amerykańskiej terapeutki Pii Mellody, autorki książek „Toksyczna miłość” i „Toksyczne związki”, dochodzi do polaryzacji ról. Jedna strona koncentruje się na partnerze i relacji (często zaniedbując inne sprawy), podczas gdy druga stara się unikać bliskości, często oddając się jakiemuś uzależnieniu (choćby pracy). Pierwszą osobę Pia Mellody nazywa Nałogowcem Kochania, drugą – Nałogowcem Unikania Bliskości.

Dwoje nałogowców

Co sprawia, że ludzie wpadają w nałóg miłości? Nieuleczone rany. Nałogowcom Kochania zabrakło w dzieciństwie miłości i troski rodziców. Czuli się nieważni, porzuceni, zrozpaczeni. W dorosłym życiu żywią przekonanie, że nie można być bezpiecznym w świecie bez opieki drugiej osoby. Więc szukają jej rozpaczliwie, chcą do kogoś należeć. Ten wymarzony partner powinien spełniać określone warunki: ma być silny, ma ich wspierać i dopełniać. Bo Nałogowiec Kochania czuje pustkę, nienasycenie. Tęskni za zbawcą. Często nie jest świadomy tych dziecięcych fantazji. Tego, że nikt nie ma takiej mocy, by zbawić drugiego człowieka.

Nałogowcy Unikania Bliskości zwykle mają za sobą podobne doświadczenia. Też wychowali się w rodzinie, w której panowały dysfunkcjonalne układy, też noszą w sobie smutek i żal. Często byli nadużywani przez niedojrzałych rodziców, którzy wciągali ich do swojego związku. Traktowali jak powierników. Obciążali nadmierną odpowiedzialnością. Wykorzystywali na różne sposoby – jako pośrednika, monetę przetargową. To też forma porzucenia... Taka osoba czuła się przygnieciona intensywnością więzów, wyssana z energii. W dorosłym życiu bliskie relacje kojarzą się jej z usidleniem (albo omotaniem, wydrenowaniem, jak pisze Mellody). Tak, spragniona jest czułości, miłości. A jednocześnie przed nią ucieka...

Dwa cykle

Jak wygląda tango między Nałogowcem Kochania a Nałogowcem Unikania Bliskości? Wydają się dla siebie stworzeni! I w pewnym sensie są... Doskonale się uzupełniają – cykle emocjonalne, przez które przechodzą w związku, napędzają się wzajemnie. Spójrzmy najpierw na Nałogowca Kochania. Zaczyna się od fascynacji – zwykle pociąga go osoba silna (przynajmniej na pozór), zaangażowana w wiele spraw, świetnie sobie radząca. Więc euforia. Jest, jest wybawca! Jest szansa na miłość, bezpieczeństwo, na spełnienie dziecięcej fantazji – o rycerzu w złotej zbroi, o królowej. „Teraz już wszystko będzie dobrze” – ból, osamotnienie, pustka zostają złagodzone. Nałogowiec Kochania chce więcej – ujawnia kolejne potrzeby, próbuje je zaspokoić. Nie dostrzega, że osaczony partner tworzy dystans. Wreszcie dociera do niego bolesna prawda, jego fantazja blednie. Ale wciąż próbuje przekonać do siebie drugą osobę, zatrzymać ją. Wreszcie – gdy staje się to zbyt upokarzające – wycofuje się. I cierpi, jak po odstawieniu narkotyku. Ból, lęk, gniew... Emocje są potężne. Odzywają się pierwotne uczucia (towarzyszące porzuceniu w dzieciństwie), które w połączeniu ze świeżym rozczarowaniem, odtrąceniem, sprawiają, że Nałogowiec Kochania jest zdruzgotany. Bo bieżące emocje – twierdzi Mellody – nie są dla dorosłego człowieka tak trudne w obsłudze. Ale kiedy otwierają dawne rany... „Ten połączony ból jest naprawdę niezwykle intensywny i może wyzwolić przeżycia wahające się od depresji do chęci samobójstwa. Lęk może się wahać od niepokoju do paniki. Oburzenie – od poczucia zawodu do prawdziwej wściekłości. W tej fazie Nałogowiec Kochania myśli obsesyjnie o tym, jak zmusić partnera do powrotu albo jak się na nim zemścić. Cóż, zdarza się, że realizuje swoje plany. W pierwszym przypadku – jak łatwo się domyślić – cykl uruchamia się na nowo.

A ten drugi, unikający? Na początku pociągają go niedostatki i bezbronność Nałogowca Kochania, jego lęk przed porzuceniem. To daje mu przewagę, nadzieję na to, że będzie mógł kontrolować relację. Czuje się ważny, pożądany – jak wtedy, gdy po raz pierwszy okazało się, że może wspierać rodziców. Więc roztacza czar, uwodzi... I też wpada w euforię – w końcu stał się dla kogoś najwyższym autorytetem. Potem pojawia się dawny lęk przed omotaniem – emocje partnera są takie intensywne, potrzeby nienasycone... Nałogowiec Unikania Bliskości zaczyna go oceniać, bardzo krytycznie, spoglądać na niego z góry: jak można być takim nieporadnym, takim... zależnym! Żeby nie angażować się w związek, oddaje się jakiejś aktywności. Nie chce otworzyć się za bardzo, trzyma dystans. Jednocześnie czuje, że – z powodu narastających oczekiwań partnera – traci panowanie nad sytuacją. Dusi się. Do głosu dochodzą dawne rozdrażnienie i uraza, spowodowane obowiązkami wobec rodziców. To za dużo! Trzeba się ratować ucieczką... Więc wymyka się, wykręca, oddala – jest w tym naprawdę dobry. Tyle że po zaczerpnięciu oddechu zaczyna odczuwać tęsknotę, brak. Bo to jednak takie miłe być potrzebnym, adorowanym! Do tego to poczucie winy... Więc czasem wraca. A czasem nie. Jeśli wróci, można się spodziewać, że wcześniej czy później znów zacznie unikać, uciekać. Zdarza się też, że uczestnicy tej perwersyjnej gry na jakiś czas zamieniają się rolami... Tak czy inaczej ta dynamika jest fascynująca, porywająca. Również dla postronnego obserwatora...

Dwa lęki

Wiemy już, że „unikający” boją się bliskości – kojarzy im się ona z wykorzystaniem, wchłonięciem. Omotaniem. Uwieszeni na nich rodzice, ze swoimi potrzebami i frustracjami, odebrali im dzieciństwo. Czy można się dziwić, że dla takich osób bliski związek oznacza cierpienie? Że nie chcą brać odpowiedzialności za życie innych, za ich szczęście? Przecież nikt tego nie udźwignie... Ale sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana, bo Nałogowiec Unikania Bliskości (którego potrzeby były lekceważone w dzieciństwie) boi się też porzucenia. I to ten (zwykle nieuświadomiony) strach sprawia, że szuka uwagi innych, że mimo oporów wchodzi w relacje... Tak naprawdę obie strony boją się tego samego – bliskości i porzucenia – tyle że odczuwają te lęki na innych poziomach. Świadomy lęk jednego partnera w przypadku drugiego pozostaje głęboko ukryty. Czego więc boi się podświadomie Nałogowiec Kochania? Bliskości! W przeciwnym razie po co miałby uparcie wybierać osoby, które nie chcą dopuścić do zbyt poufałych kontaktów? To się nazywa idealne zgranie intencji! „Ta sytuacja pozwala pozostawać obu na krawędzi związku, gdzie – przynajmniej przez pewien czas – mogą czuć się bezpiecznie, zaspokajając potrzeby partnera i unikając opanowania i wchłonięcia przez niego” – podsumowuje Mellody.

Chociaż na pozór różnią się bardzo – jeden namiętny, oddany, drugi zimny i zdystansowany – cierpią na tę samą chorobę. Współuzależnienie. Mają trudność w trafnym odczuwaniu własnej wartości (zwykle przejawia się to zaniżoną samooceną, ale może też przyjmować formy arogancji i megalomanii). Nie umieją zadbać o swoje granice (albo tworzą wokół siebie zasieki). Z trudem rozpoznają i wyrażają własną rzeczywistość, prawdę o sobie (nie wiedzą, kim naprawdę są, albo nie chcą się sobą dzielić). Nie potrafią więc też rozpoznać i zaspokoić swoich potrzeb i pragnień (mogą być zbyt zależni albo zbyt niezależni). I wreszcie: cechuje ich brak powściągliwości, umiaru – są tacy dramatyczni... Kiedy wchodzą w relację, bywają tak oszołomieni, że nie widzą naprawdę drugiej osoby. Podświadomie przypisują sobie nawzajem cechy rodziców. Przyciąga ich do siebie magnetyzm tego, co znajome, nadzieja na uleczenie dziecięcych ran. Inni ludzie (wolni od syndromu współuzależnienia) są dla nich po prostu nudni... Nie mają „tego czegoś”. Nie mają skłonności do autodestrukcji.

Destrukcja? Być może w tym momencie się zbuntujesz – przecież wiele par żyje w ten sposób. Może nawet większość. Czy to nie normalne? Nie – twierdzi Mellody. Nie daj się zwieść stereotypom – to nie miłość, to tylko intensywność emocji, powracających w pozytywnych i negatywnych cyklach. Są odmęty namiętności, chwile bliskości. A potem wymowna cisza. Albo zażarta walka. Obrazy, urazy, ośmieszanie, poniżanie. Uruchamiają się podstawowe lęki każdej ze stron. Zachowania jednego wywołują w drugim rozczarowanie i złość. Oboje pogrążają się w chaosie. I oboje – podkreśla terapeutka – są jednakowo odpowiedzialni za tę sytuację. Oboje się krzywdzą.

Dwie bomby

Wychodzenie ze współuzależnienia przypomina, zdaniem Mellody, proces dojrzewania. Uczysz się tego, czego nie nauczyli cię rodzice: jak właściwie odczuwać swoją wartość, jak wytyczać funkcjonalne granice, jak dbać o zaspokajanie potrzeb i pragnień, jak akceptować swoją rzeczywistość i przeżywać ją w sposób umiarkowany. Nie da się ukryć, nie są to łatwe procesy. Czasem trudno je przejść bez wsparcia terapeuty. Czasem wskazana jest tymczasowa separacja. A przynajmniej odstąpienie od pewnych zachowań – unikanie wszelkich kontaktów prowadzących do walki, krytyki, silnych emocji. Dobrze jest na jakiś czas poluzować więzi. Zejść partnerowi z drogi i zająć się swoim życiem.

Łatwo powiedzieć – zwłaszcza dla Nałogowca Kochania jest to wyzwanie na miarę rekordu olimpijskiego. W poszukiwaniu bliższego kontaktu z partnerem może próbować bombardować go intensywnymi emocjami czy zachowaniami. Pia Mellody wyróżnia dwa rodzaje bomb: „bomba gniewu” i „bomba uwodzicielskiego czaru”. Pierwsza polega na sprowokowaniu do walki, druga to prowokacja seksualna, ewentualnie manifestowanie bezradności. Oczywiście, w pewnych sytuacjach również Nałogowiec Unikania Bliskości sięga po tę broń. Jak powstrzymać się od takich zachowań? Jak nie dać się sprowokować? Tak samo jak unika się skutków wybuchu prawdziwej bomby – podpowiada autorka „Toksycznej miłości”. Po prostu zamknij usta i oddychaj głęboko przez nos!

Trudność w wychodzeniu ze współuzależnienia bierze się również stąd, że nie zawsze rozumiemy, na czym polega zdrowy, dojrzały związek. Że nie chodzi w nim o intensywność emocji i zachowań, raczej o poczucie bezpieczeństwa, spokój, pogodę. Zdaniem Mellody w zdrowym związku każdy widzi partnera realistycznie (nie stara się dopasować go do swoich marzeń). Każdy bierze odpowiedzialność za swój rozwój i emocje (starając się utrzymać je na poziomie dorosłego, nie dziecka). Każdy potrafi skupić się na rozwiązywaniu problemów. Negocjować i akceptować kompromisy. Komunikować się w prosty i bezpośredni sposób. Dużo? Tak. Dlatego osoby współuzależnione powinny też pamiętać o swojej skłonności do ekstremizmu. Być może, porzucając stare wzorce, będą oczekiwały więcej, niż to na dany moment możliwe. Więc znów – realizm. Wobec partnera, siebie, wobec życia...

Jak bliźniaki?

Przyglądając się dwóm nałogowcom, scharakteryzowanym przez autorkę „Toksycznej miłości”, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że znam tę historię z innych opracowań. Tak, bliźniacze dusze, o których tyle rozprawia się w różnych kręgach rozwojowych i ezoterycznych. Ich spotkanie wygląda podobnie jak nałogowców. Lgną do siebie od pierwszego momentu, czują, że „to jest to”, zachłystują się sobą. Cierpią. Jeden „bliźniak” zwykle kocha bardziej – jest ciepły, czuły, szybko się przywiązuje. To goniący (Chaser). Drugi sprawia wrażenie bardziej wyważonego – żeby nie powiedzieć chłodnego. To uciekający (Runner). Reszta też wygląda podobnie. Jest pogoń i ucieczka. I nierzadko zamiana ról. Ale być może jest coś więcej. Podobno cała zabawa służy znalezieniu równowagi między dawaniem i przyjmowaniem miłości... Ale czy warta jest zachodu?

Kiedy nad tym rozmyślałam, wyświetlił mi się na portalu społecznościowym pewien post. Niech posłuży za puentę: „Buddyzm mówi, że jeśli kogoś poznasz i twoje serce zaczyna mocno bić, a kolana miękną, spotkana osoba nie jest tą jedyną. Kiedy poznasz swoją bratnią duszę, nie będziesz czuła żadnego podniecenia, żadnego zdenerwowania. Tylko spokój”.

  1. Psychologia

Syndrom DDA. Pokonać lęk przed bliskością

Pomieszanie – niemal wszyscy dotknięci syndromem DDA tak o nim mówią. (Fot. iStock)
Pomieszanie – niemal wszyscy dotknięci syndromem DDA tak o nim mówią. (Fot. iStock)
DDA brzmi jak zaklęcie. Kiedy to masz, patrzysz na świat przez soczewki, które go zniekształcają. Zalewają cię emocje: wstyd, złość, lęk. Albo nie czujesz nic – jakby twoje życie rozgrywało się poza tobą. Partnerom i przyjaciołom dorosłych dzieci alkoholików bywa ciężko do nich dotrzeć, ale to dlatego, że najpierw oni sami muszą zrozumieć swoje wewnętrzne mechanizmy.

DDA (Dorosłe Dzieci Alkoholików) to jeden z najbardziej rozpowszechnionych symptomów w Polsce. Ludzie z DDA rozpoznają się na odległość. Nic dziwnego – to bardzo wrażliwe osoby. Poranione, pozamykane, ale też głęboko empatyczne. Już jako kilkuletnie dzieci musiały wspierać rodziców (tego, który pił, i tego, który sobie z piciem partnera nie radził), musiały odgadywać ich nastroje, pragnienia, potrzeby. Często kosztem własnych. Czuły się osamotnione, lekceważone, zaniedbane. Więc lgną do innych, a jednocześnie rozpaczliwie boją się odrzucenia. Znają ten ból, kiedy najbliższa osoba zwodzi, zawodzi. I nie chcą już tego doświadczać.

Niektóre przeszły piekło. Przemoc emocjonalna, fizyczna, czasem seksualna. Brak miłości, opieki. Brak kontaktu z rodzicami, zajętymi swoimi dramatami. Czekanie z drżeniem serca, w jakim stanie wróci ten pijący: czy będzie można powierzyć mu swoje sprawy, czy skończy się na zlekceważeniu, ośmieszeniu, odepchnięciu. Nie sposób być niczego pewnym – wciąż ta szalona huśtawka. Nadzieje i rozczarowania. Prośby i rozczarowania. Obietnice i rozczarowania. Tak, rozczarowania – bo przecież miało być inaczej. Miały być sanki, piłka, kino, czytanie książek. A zamiast tego awantura. Albo grobowa cisza, przerywana szlochem matki.

W domu (i w życiu) dziecka z rodziny alkoholowej wszystko postawione jest na głowie. Odwrócone role, zaburzone priorytety. Nie można być sobą. Tak naprawdę nie można w ogóle być dzieckiem. Trzeba wziąć się w garść. Być odpowiedzialnym. Dostosować się. Ratować. Pomagać. Pośredniczyć. Przewidywać. Zażegnywać.

Euforia i depresja

Pomieszanie – niemal wszyscy dotknięci syndromem o nim mówią. Przebywając z nieprzewidywalnym opiekunem, sami się tacy stali. Gubią się w swoich odczuciach, zachowują nieracjonalnie, z trudem podejmują decyzje. Ich system wartości bywa pogmatwany, niespójny. Popadają w skrajności – potrafią niemal płynnie przechodzić od euforii do przygnębienia (w końcu po takiej skali poruszali się na co dzień). Co gorsza, wielokrotnie zawiedzeni, gotowi są odrzucać różne dobra, które życie ma im do zaoferowania: sukces, obfitość, miłość. Wietrzą w takich ofertach podstęp, boją się fałszywych obietnic, wolą z góry podziękować...

Dzieci wychowane w rodzinie dotkniętej alkoholizmem czują się opuszczone, nieważne. Jeden rodzic pije, drugi (o ile nie idzie w jego ślady) zajęty jest „obsługiwaniem” tego picia. Zacieraniem śladów. Ocieraniem łez. Wnioski, do których dochodzi zaniedbane dziecko, są całkiem logiczne: jego potrzeby się nie liczą. Nierzadko też musi brać na siebie rolę rozjemcy, pośrednika, doradcy, pocieszyciela, załatwiacza spraw różnych... Za dużo! Rezultaty łatwo przewidzieć: potrzeby i emocje (postrzegane jako niewygodne) zostają stłumione, zamrożone. Zaczynają żyć własnym życiem...

Nie trzeba dodawać, że zamiecione pod dywan emocje są silne, często ekstremalne. Trudno, żeby było inaczej, kiedy jesteś świadkiem kłótni (a nawet rękoczynów), kiedy osoby, które odpowiadają za twoje przetrwanie i bezpieczeństwo, zachowują się jak szalone. Owszem, niektóre dzieci w sytuacjach napięcia natychmiast reagują płaczem albo krzykiem (uważa się je za nadpobudliwe, nadwrażliwe). Większość jednak woli odciąć się od własnych uczuć, zamrozić ciało. To działa – dopóki nie okaże się, że stłumili coś cennego, bez czego nie mogą być w pełni sobą, żyć pełnią życia. Jak pisze Tommy Hellsten w książce „Wsparcie dla dorosłych dzieci alkoholików”, wraz z wypartymi emocjami i potrzebami „pod dywan wędrują pozostałe cechy dziecięcej natury, takie jak czystość, prostota, duchowość, ufność, kreatywność, poczucie wspólnoty czy umiejętność fascynacji i podziwu”. Jest za czym tęsknić, o co zabiegać. Po co wracać...

Tak naprawdę DDA tworzą coś w rodzaju fałszywego „ja” (będącego sumą mechanizmów obronnych), które pozwala im egzystować. Z zewnątrz może się wydawać, że świetnie sobie radzą, tymczasem ich życie często przypomina wegetację. Nie są pewne tego, co widzą, czują i myślą. Jak pisze amerykańska psycholożka Janet G. Woititz, specjalizująca się w temacie, DDA nie wiedzą, jakie zachowania są normalne. Muszą sprawdzać. Zgadywać. Nie wierzą swojemu postrzeganiu, nie ufają własnym zmysłom – przecież ich rodzice zaprzeczali temu, co wydawało się oczywiste: negowali uzależnienie, bezradność, frustrację. Bagatelizowali problem. Więc co jest prawdą? Komu wierzyć? I jak tu być spontanicznym?

Wstyd i przyległości

Jedną z najsilniejszych emocji, jakich doświadczają dzieci alkoholików, jest wstyd. Wszystko jest nim przesiąknięte. Przeżywasz upokorzenie, odrzucenie. Czujesz, że z miejscem, z którego pochodzisz, jest coś nie tak. Więc pewnie i z tobą... Pojawia się poczucie winy. Na wszelki wypadek nie zapraszasz rówieśników do domu. Zaczynasz się ukrywać.

Jest też dużo lęku – może on paraliżować. Czasem zamienia się go na inne uczucie – najczęściej na złość, która jest bardziej witalna, daje poczucie siły, energię do działania. Ale lęk nie odpuszcza, może nawet przyjmować postać różnych fobii. Prowadzić do wycofania. DDA czują strach przed autorytetami. Przed wszelkiego rodzaju konfliktami – zwłaszcza gdyby miały przerodzić się w kłótnię. Boją się zbliżyć do innych, otworzyć, okazać uczucia. Czasem wygląda to tak, jakby bały się własnego cienia...

DDA niechętnie pozwalają sobie na złość – nie dano im do niej prawa. A noszą jej w sobie mnóstwo. Nic dziwnego, że nierzadko przybiera ona formę wściekłości. I że – chroniąc adresata – kierują ją przeciw sobie. W ten sposób stają się sami dla siebie zagrożeniem. I wreszcie smutek, żal... Poczucie osamotnienia (bo zostało się porzuconym, zaniedbanym) i krzywdy (bo odebrano nam dzieciństwo, beztroską zabawę). Zdaniem Janet G. Woititz dla DDA każda zmiana wiąże się ze stratą, wciąż ją opłakują. Nic dziwnego, że wielu z nich trwa w stanie, który zwykło się nazywać „chroniczną depresją”.

Nie trzeba dodawać, że poczucie wartości u DDA jest wyjątkowo niskie – od najmłodszych lat ci ludzie czuli się słabi, niepotrzebni. Odpychani, lekceważeni. „Możecie być zdumieni, kiedy się przekonacie, jak niskie mniemanie ma o sobie dziecko alkoholika” – pisze Woititz. „Wprost trudno wam będzie zrozumieć, jak taka bystra, czarująca, zdolna, kochana osoba może się uważać za nic”. DDA potrafią być wobec siebie okrutne. Ignorują własne potrzeby, wchodzą w rolę ofiary. Uprawiają – mniej czy bardziej subtelne – formy samosabotażu i autodestrukcji. Zapadają na choroby psychosomatyczne, cierpią na zaburzenia łaknienia. Łatwo popadają w uzależnienia albo znajdują uzależnionych partnerów.

Bohater i maskotka

Wyobraź sobie, że przez długie lata, dzień po dniu, jesteś narażona na potężny stres. Wciąż to napięcie, nie znasz dnia ani godziny... Z jednym rodzicem brak kontaktu – jest albo zamroczony, albo skacowany, albo „na głodzie”. Drugi zmaga się z depresją albo napadami złości. Nawet jeśli masz co jeść i w co się ubrać, nie możesz czuć się bezpiecznie. No i to udawanie, robienie dobrej miny do złej gry... „Główny pokój w domu rodziny dotkniętej alkoholizmem zajmowany jest przez hipopotama, którego istnieniu wszyscy stanowczo zaprzeczają” – pisze Tommy Hellsten.

Taka rodzina zmuszona zostaje do przestrzegania trzech podstawowych reguł: Nic nie mówić! Niczego nie odczuwać! Nikomu nie ufać! Trzeba się dopasować do sytuacji, dokonać przemeblowań... By system rodzinny mógł w miarę sprawnie funkcjonować, tworzą się określone role.

Najstarsze dziecko staje się zwykle „bohaterem rodzinnym”. Bierze na swoje barki poważne obowiązki. Pomaga w domu, opiekuje się rodzeństwem, przynosi świetne oceny. Odnosi sukcesy – ogromnym kosztem. Ale rodzina ma powód do dumy, zwycięzcę. Można wypchnąć go do pierwszego rzędu i zasłonić mniej widowiskowe obrazy... „Kozioł ofiarny” też ma za zadanie odwracać uwagę od problemu picia, tyle że on sam generuje problemy. Takie dziecko jest „trudne” – krnąbrne, agresywne. Nie chce się uczyć, wagaruje. Sięga po używki, być może schodzi na tzw. złą drogę. Tak czy inaczej jest na kim wyładować frustracje... Dziecko-maskotka to rodzaj rodzinnego kaowca (czy wręcz błazna). Odpowiada za rozrywkę i dobry nastrój. Śpiewa piosenki, opowiada dowcipy. Podobnie jak przy bohaterze – jest się czym pochwalić. Do tego można się rozluźnić. Szkoda tylko, że sama „maskotka”, traktowana instrumentalnie, żyje w ciągłym napięciu...

I wreszcie „dziecko niewidzialne” – jego po prostu nie ma. Nie zgłasza potrzeb, nie sprawia kłopotów. Żyje zanurzone w swoim świecie, nie zwraca na siebie uwagi. Ciche, wycofane, nosi w sobie ogromne pokłady gniewu. Czuje się osamotnione i skrzywdzone (co zresztą dotyczy też pozostałych ról).

Relacje? To wyjątkowo trudny temat. Kiedy DDA wchodzi w związek (o ile w ogóle sobie na to pozwoli), jego niska samoocena spada jeszcze bardziej. Boi się bliskości – kojarzy mu się ona z wykorzystaniem, zranieniem. Boi się porzucenia. Z trudem komunikuje potrzeby. Nierzadko traktuje relację jako pole bitwy. Taka osoba potrafi tkwić w relacjach współuzależniających, nie zauważając nawet, że jest źle traktowana – trwa przy partnerze niczym przy potrzebującym rodzicu. Jest przecież taka lojalna! Często woli jednak pozostać przy rodzicach – niekoniecznie dosłownie. Po prostu więzi rodzinne, scementowane wspólnym cierpieniem, są na tyle silne, że może brakować energii na tworzenie nowych. Jednocześnie wciąż żywa jest potrzeba bezwarunkowej miłości, której zabrakło w dzieciństwie... I tak źle, i tak niedobrze.

W pracy jest dużo lepiej. DDA chętnie podejmują trudne wyzwania – są do nich przyzwyczajone. Mają skłonności do perfekcjonizmu – żeby zredukować wstyd, który je przenika, muszą być doskonałe! Wytrwałe, dokładne, wręcz nadodpowiedzialne, wiele z siebie dają. Niestety, pracodawcy często to wykorzystują. A ktoś, kto ma problemy z autorytetami, zwykle w takich sytuacjach rezygnuje ze swoich praw. Godzi się pokornie na to, co jest.

Wrócić i uwolnić

DDA wciąż tkwią jedną nogą w dzieciństwie. Dotyczy to zresztą osób, które nie doświadczyły problemu alkoholowego w rodzinie, ale których potrzeba miłości i bezpieczeństwa nigdy nie została zaspokojona (dlatego grupową terapię DDA łączy się zwykle z terapią DDD – dorosłych dzieci z rodzin dysfunkcyjnych). Tacy ludzie wciąż muszą się mieć na baczności. Zabiegać i walczyć. Owładnięci obsesją kontrolowania otoczenia, nie potrafią zaufać innym. Życiu. Sobie.

Terapeuci twierdzą, że trzeba wrócić tam, gdzie utknęliśmy. Przeżyć to, co wywołało ból, który nosimy w sobie. To jedyny sposób, żeby go uwolnić. Wyzwanie jest niemałe: nasza dorosła część ma zaopiekować się żyjącym w nas dzieckiem i dać mu to, czego nie dostało. Pomocne mogą być grupy wsparcia, terapeuci, przyjaciele. Jedno jest pewne: tego, czego tak nam brakuje, u rodziców nie znajdziemy. To, co mieli, dali. Lepiej oszczędzić sobie kolejnych frustracji...

Tommy Hellsten podkreśla, że również związek partnerski nie jest dobrym terytorium do uzupełniania deficytów. „Można śmiało powiedzieć, że większość małżeństw bywa zawierana z cichą nadzieją na to, że druga strona przyjmie rolę matki lub ojca” – twierdzi. Owszem, wsparcie partnera jest niezwykle pomocne, ale „małżeństwo jest małżeństwem – układem opartym na porozumieniu dorosłych, odpowiedzialnych za siebie ludzi. W partnerze nie powinno się szukać rodzica”.

Pierwszy etap uzdrawiania DDA rozpoczyna się, gdy uda się takiej osobie złamać zakaz „nic nie mówić”. Kiedy przebije się przez pierwszą warstwę wstydu i zacznie dzielić się swoim doświadczeniem. To pozwoli jej oswoić się z myślą, że nie jest złym człowiekiem – po prostu spotkało ją coś trudnego. Tak naprawdę jednak nie o wspominanie i analizowanie tu chodzi. Ważniejsze jest poczucie tego, co zostało zamknięte na cztery spusty, ponowne doświadczenie własnego dzieciństwa. Dopuszczenie do głosu emocji, które kiedyś wydawały się tak wielkie, wszechogarniające, nie do udźwignięcia... Nikt nie obiecuje, że teraz kontakt z nimi będzie łatwy. Ale trzeba znaleźć w sobie siłę, żeby przez to przejść.

DDA są bardzo samodzielne – niezwykle trudno im prosić o pomoc. A ona jest dostępna (również nieodpłatnie). Grupy wsparcia (choćby w Internecie), mityngi, terapie... Terapeuci pracujący z DDA przyznają, że droga do uzdrowienia nie jest łatwa. Dla nich ta praca to też ogromne wyzwanie. Piękne wyzwanie. Bo osoby z syndromem DDA mają w sobie głębię. Siłę i uczciwość, empatię i wrażliwość. Tak, są perfekcjonistami, wiele od siebie wymagają. Ale to szansa, że postawią sobie wysoko poprzeczkę i zechcą zmienić dotychczasowe życie. Zaryzykować spotkanie z bólem. Nawet jeśli na początku miałaby nimi kierować nie miłość do siebie, a ambicja... A miłość przyjdzie – w swoim czasie. Trzeba tylko zrobić na nią miejsce.