1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Życiowe trudności - jak sobie z nimi radzić?

Życiowe trudności - jak sobie z nimi radzić?

Ufność w zdolność pokonywania przeciwności to podstawa życiowego sukcesu. (Fot. iStock)
Ufność w zdolność pokonywania przeciwności to podstawa życiowego sukcesu. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Życiowe trudności - wszyscy je przeżywamy. Ale w różny sposób. Każdy z nas chce z nich wyjść, ale radzimy sobie z nimi również różnie. Jednych poważne problemy wpędzają we frustrację, depresyjne nastroje, rezygnację. Inni, napotkawszy przeszkodę, przegrupowują siły i ruszają naprzód. Na czym polega różnica?

Wszyscy przeżywamy trudności. Ale w różny sposób. Każdy z nas chce z nich wyjść, ale radzimy sobie z nimi również różnie. Jednych poważne problemy wpędzają we frustrację, depresyjne nastroje, rezygnację. Inni, napotkawszy przeszkodę, przegrupowują siły i ruszają naprzód. Na czym polega różnica?

Podstawowa różnica między tymi dwiema grupami polega na niezłomnej ufności w zdolność pokonywania przeciwności. Zawiera się w tym: zaradność, kreatywność, wytrwałość, aktywność oraz umiejętność proszenia o pomoc i współdziałania z innymi. Oto czym różnią się ludzie, którzy pozostają w strumieniu życia, od tych, których problemy paraliżują. Większość z nas ma cechy zarówno jednych, jak i drugich.

Martwy punkt - ludzie tkwią w nim, kiedy:

1. Czują się bezradni i pozbawieni praw. Nie potrafią zmobilizować się do działania, coś ich blokuje. Okazje pojawiają się i znikają, a oni biernie się im przyglądają, niezdolni do wykonania pierwszego kroku. Są przekonani, że lepsze posady lub szczęśliwe związki są zarezerwowane dla innych. Nie oznacza to wcale, że oni nie pracują, czy że są samotni. Nie. Oni zwykle latami wykonują niewdzięczną pracę i często tkwią w toksycznych relacjach. A gdy mogą uczynić życie lepszym, decydując się na wyzwanie i nową jakość, paraliżuje ich strach. 2. Myślą negatywnie. Nadchodzi okazja do zmiany, a oni od razu wynajdują powody, dla których jakieś rozwiązanie nie zadziała, nie uda się. W ich umyśle pojawiają się wątpliwości, że to za trudne, że nie o tej porze roku, nie tym razem i na pewno nie w tych okolicznościach. Bo to będzie niewygodne, nie przyniesie ani grosza tylko rozczarowanie. Robią uniki, zamiast zacząć działać we własnym interesie.

3. Poddają się chaosowi życia.
Nie potrafią planować i organizować działań. Górę biorą emocje i impulsywność, rozum schodzi na dalszy plan. Łatwo się dekoncentrują i tracą zapał, nie doprowadzając spraw do końca, nie trzymając się planu ani budżetu. Kiedy pogrążają się w chaosie, tracą koncentrację. Idą od jednej katastrofy do drugiej.

4. Nie potrafią się uspokoić, nie robiąc sobie krzywdy.
Funkcjonują w stanie pobudzenia, nie wiedząc, jak sobie pomóc. Nie potrafią zwrócić się do kogoś po wsparcie lub zrobić sobie przerwę. Kompulsywnie się objadają, wpadają w uzależnienia, bez końca rozpamiętują problem. Nie są w stanie się rozluźnić i uspokoić skołatanych nerwów. Wówczas trudno o kreatywność, przemyślane decyzje i odczuwanie radości.

5. Mają trudności z nawiązaniem więzi z innymi.
Izolują się od otoczenia, a w towarzystwie innych czują się niespokojni. Obawiają się, że ktoś ich zawstydzi, poniży, odrzuci, skrytykuje. Pozbawieni czułych i serdecznych relacji nie zapewniają sobie wsparcia, źródła nowych pomysłów, inspiracji. Czy przyjaźni, która mogłaby ich skłonić do podjęcia ryzyka lub spojrzenia w głąb siebie.

6. Szukają zewnętrznych źródeł szczęścia lub własnej wartości.
Są fałszywie przekonani, że pozycja, majątek, wygląd zewnętrzny i sukces dowiodą ich wartości lub tego, że zasługują na miłość. Pragną się wesprzeć pieniędzmi, seksem, teoriami. Warto czytać i radzić się innych ludzi, ale to, czego potrzebujemy najbardziej, to spokój umysłu i pogodzenie z tym, co się dzieje w naszym wnętrzu.

7. Nie wiedzą jak zadbać o siebie i wyznaczyć granice.
Dbanie o siebie to mówienie tak, nie i może bez poczucia winy. Przypomina to głębokie oddychanie, dostrojenie do wewnętrznej rzeczywistości i poszanowania życia, które zostało nam dane. Oznacza równowagę, harmonię i robienie tego, co trzeba.

8. Utożsamiają własne ja z wyobrażeniami, przekonaniami i wierzeniami.
Wiedzą, jakimi chcą się wydawać, i nie próbują odkryć, kim naprawdę są. Wierzą w absolutne dobro i zło, nie potrafią dostrzec, że koncepcje można interpretować na wiele sposobów.

9. Robią wciąż to samo z nadzieją, że uzyskają odmienny wynik.
Na przykład narzekają, prawią ludziom kazania, prowadzą firmę w określony sposób, przejadają się, unikają problemów, przepracowują się. Powtarzają wciąż to samo, licząc że wydarzy się cud. A to zdarza się rzadko.

10. Skupiają się na tym, co ich przytłacza, na tym że życie jest złe, a sytuacja tragiczna. Niepokoją się, nieustannie cierpią, zwierzają się ze swojej niedoli lub ukrywają swoje uczucia, upatrując winy za swoją sytuację w zewnętrznym świecie. Podążają po niszczącej spirali, zamiast zadać sobie pytanie: „Co mogę zrobić, żeby poczuć się lepiej?”.

Wyjście z impasu - udaje się to, kiedy:

1. Wiedzą, że potrafią rozwiązywać problemy i podejmują konkretne działania.
Koncentrują się na możliwościach, sprawdzają różne źródła, są gotowi spróbować wielu rozwiązań, są otwarci i aktywni w obliczu życiowych trudności. Jeśli jakieś rozwiązanie nie działa, próbują innego.

2. Nie zgadzają się na tkwienie w skrajnie nieprzyjemnej lub stresującej sytuacji.
Chcą od życia więcej. Nie wyrażają zgody na wieczne chorowanie, tkwienie w depresji, uniki. Uważają, że życie jest na to zbyt cenne. Umocnieni wewnętrzną pewnością siebie, decydują się na zmianę. Wiedzą, że mogą być szczęśliwi i pragną tego. Kiedy jakaś sytuacja wywołuje stres, wzburzenie lub ból, wychodzą z niej.

3. Potrafią przyjmować wsparcie i udzielać go przyjaciołom oraz członkom rodziny.
Są otoczeni przez ludzi. Związki z nimi dostarczają im ogromnego pocieszenia, łagodzą niepokój i uczucie osamotnienia. Sami potrafią pocieszać innych, przeżywać ich radości oraz ufać, że zostaną przez nich zrozumiani.

4. Nie utożsamiają własnego ja z sukcesami i porażkami.
Życie postrzegają jako przygodę, na którą składa się wiele elementów: przyjaciele, relacje międzyludzkie, praca, rodzina, rozwijanie talentów. Cieszą się życiem i nie uzależniają poczucia własnej wartości od osiągnięć ani pochwał. Umieją świętować sukcesy, lecz prawdziwej radości dostarcza im uczenie się, tworzenie, poznawanie, rozwój, nowe doświadczenia. Godzą się z tym, że jedne bitwy wygrywają, a inne przegrywają. Bywają smutni i przygnębieni, ale nie mają do siebie żalu, gdy coś idzie nie tak. Wsłuchują się we własne uczucia, pytają czego to, co przeżywają, może ich nauczyć - i idą dalej.

5. Są gotowi eksperymentować, próbować nowych rozwiązań, popełniać błędy, a potem podejmować kolejne próby i snuć plany.
Dążą do celu, nie obawiając się popełnić błędów. Nie blokuje ich wieczne pytanie, czy dobrze robią i czy im się powiedzie. Snują wizje, plany, sprawdzają koncepcje i wcielają je w życie. Mogą się złościć, lecz potrafią ochłonąć i spróbować jeszcze raz.

6. Kiedy do czegoś dążą, umieją znosić frustrację i niezadowolenie. Są gotowi przystać na niewygody i trudności oraz wytężyć siły, gdy wymaga tego nowe wyzwanie. Skupiają się na szerszym obrazie. Gdy na przykład chcą zabezpieczyć się finansowo, podejmują dodatkową prace, naukę, bardziej rygorystycznie kontrolują wydatki. Są w stanie zaryzykować. 7. Mają poczucie humoru i pogodne usposobienie.
Postrzegają siebie jako część strumienia życia. Dzięki temu łatwiej się im zrelaksować, śmiać z siebie, okazywać wyrozumiałość sobie i innym. Z humorem spoglądają na błędy, które wszyscy popełniamy. W swoich wadach nie widzą nic wstydliwego.

8. Głęboko się troszczą i dbają o dobro wszelkiego życia.
Postrzegają siebie jako członków większej wspólnoty. Nie odradzają się murem od cierpienia innych, lecz starają się im pomóc, okazując życzliwość. Wynika to z umiejętności myślenia nie tylko o sobie.

 

Jak się czułaś, fizycznie i psychicznie, czytając te dwie listy? Przy której czułaś się spokojniejsza? Niezależnie od odpowiedzi, zaakceptuj siebie taką, jaką jesteś. Potem zastanów się, jak i dlaczego ulegałaś problemom. To pierwszy krok do przezwyciężenia złego wzorca. Nie koncentruj się na tym, co ci sprawia kłopoty. Zwróć uwagę na to, co na drugiej liście jest w zasięgu twoich możliwości. Odważ się na nowe. To ważne. Zwłaszcza na początku lepszego roku.

więcej przeczytasz w „Gdyby Budda utknął w martwym punkcie. Buddyjska księga duchowej przemiany”, Charlotte Kasl, wydawnictwo Czarna Owca

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Klucz do sukcesu? - Znajdź wzorzec postępowania zgodny z twoimi wartościami

Mamy zwykle swój własny sposób widzenia rzeczywistości - własny paradygmat. Dlatego sposobem na zmianę może być ustalenie takiego paradygmatu, za którym będziemy chętnie podążać. (fot. iStock)
Mamy zwykle swój własny sposób widzenia rzeczywistości - własny paradygmat. Dlatego sposobem na zmianę może być ustalenie takiego paradygmatu, za którym będziemy chętnie podążać. (fot. iStock)
Jeśli zdarza ci się nie realizować celów, które sobie wyznaczyłaś i powracać do złych nawyków – zapraszamy do treningu. Chcesz zostać panią swojego życia? Krok pierwszy: zmień paradygmat.

Gdy Joanna spotkała dawno niewidzianą koleżankę, która w szkole nie znosiła sportu i ciągle walczyła z nadwagą, przeżyła prawdziwy szok. Okazało się, że Kaśka została instruktorką fitness i wcieliła w życie zasady zdrowego żywienia, dzięki czemu schudła 15 kilogramów i zaczęła wprost emanować pozytywną energią! W dodatku jest niezależną finansowo kobietą, chociaż zawsze tonęła w długach. „Jak tego dokonałaś?” – spytała Joanna, od razu zakładając, że taka zmiana musiała wymagać sporego wysiłku.

Fundamentalne życiowe zmiany oczywiście mogą być wynikiem wielu działań: rzetelnej, ciężkiej pracy nad sobą, powolnej zmiany nawyków, setek godzin spędzonych w siłowni, drogiej psychoterapii, ukończenia wielu kursów lub… wyciągnięcia wniosków z dotychczas powtarzanych błędów. Jak ciężko jest wcielać w życie nowe postanowienia, wiedzą szczególnie dobrze osoby, które przeszły wiele nieskutecznych prób zmiany. Wyznaczanie celów, robienie szczegółowych planów, szukanie kolejnych metod i skrupulatne ocenianie postępów jest bardzo wyczerpujące. Zazwyczaj, jeśli nie przynosi to spodziewanych efektów, przychodzi moment rezygnacji, kiedy brakuje już sił na podjęcie decyzji o kolejnej próbie rozpoczęcia pracy nad sobą. Niewątpliwie niepowodzenia podkopują wiarę we własne możliwości. Kończą się wtedy rezerwy psychiczne i zapał, by po raz kolejny mierzyć się z tym samym wrogiem. Potrzeba wtedy nie dobrego planu czy systemu wysokiej motywacji, ale czegoś, co zadziała natychmiast. Czy jest to możliwe? Owszem – pora po prostu zmienić dotychczasowy paradygmat.

Paradygmat to soczewka, styl widzenia. Patrzenie nie „tu i teraz”, doraźne, ale odwoływanie się do wyższej zasady, zgodnej z szerszym widzeniem świata. To podejmowanie decyzji w zgodzie z twoimi głównymi postanowieniami. Głęboko indywidualnie i prawdziwie wybrany paradygmat jest najlepszą, skuteczną i trwałą motywacją. Co może być takim paradygmatem? Na przykład postanowienie: „Jeśli coś szkodzi mnie i moim bliskim, to tego nie robię” albo: „Zawsze daję z siebie wszystko, więc nie godzę się na powierzchowność i prowizorkę”. Oczywiście ty sama musisz ustalić, co jest twoim własnym paradygmatem. Paradygmaty innych, nawet jeśli ci się podobają, nie zadziałają, bo po prostu nie będą zgodne z tobą.

Jak to działa?

Magda zawsze miała problemy z nadwagą. Lubiła jeść, wieczorami zwykle zajadała problemy minionego dnia. Często powtarzała: „Nie umiem żyć bez słodyczy”. W drugim miesiącu ciąży okazało się, że ma cukrzycę ciążową. Aby urodzić zdrowe dziecko, musiała wyeliminować ze swojej diety wszelkie cukry proste. Czyli zrobić coś, co do tej pory wydawało jej się nieosiągalne. Ku zaskoczeniu wszystkich, okazało się, że była w stanie wykonać to praktycznie z dnia na dzień, i to bez większego problemu. Dobro córeczki stało się celem nadrzędnym.

Beata nigdy nie przepadała za domowymi porządkami. Nudziły ją i wydawały się bezcelowe – przecież i tak za parę dni bałagan zrobi się na nowo. Pewnego razu wpadła jej w ręce książka na temat życia według zasad feng shui i sprawiła, że kobieta zaczęła sprzątać z inną myślą. Nie, jak dotychczas – że mieszkanie świadczy o gospodyni, ale że porządkując przestrzeń, odgania problemy.

Masz w pracy koleżankę, która zawsze, niezależnie od aury, samopoczucia czy ilości spraw do załatwienia wygląda nienagannie? Jej paradygmatem najwidoczniej jest estetyka wyglądu. Myślisz w duchu: „Jak ona to robi? Ja bym tak nie potrafiła”. No cóż, wszystko zależy od tego, co przyjmiesz za swoją zasadę nadrzędną. Może dla niej perfekcyjny wygląd to wyraz szacunku do siebie i innych? Rozmaite paradygmaty determinują codzienne zachowania ludzi i sprawiają, że nawet wymagające wysiłku czynności wykonują z łatwością, bezproblemowo, w oczywisty sposób stawiając je w roli swoich najważniejszych priorytetów.

Wprowadź zmianę

Jeśli do tej pory nie udało ci się zrealizować celu, który od lat wypisujesz jako postanowienie noworoczne, to znaczy, że paradygmat, według którego działasz, zdezaktualizował się albo nigdy nie był prawdziwie twój. Być może przejęłaś go w procesie socjalizacji albo po prostu spodobał ci się jako ciekawa idea. Jeżeli naprawdę chcesz coś zmienić w swoim życiu, zacznij nie od strategii, czyli pomysłu, jak to zrobić, jakimi metodami, według jakiego planu, tylko od wzięcia pod lupę dotychczasowego paradygmatu, bo najwyraźniej się wyczerpał.

Przytoczone przykłady pokazują jasno: to nieprawda, że trudno się zmienić. Odchudzanie się, nauka, zmiana pracy, lepsze gospodarowanie pieniędzmi… – przedmiot zmian nie ma znaczenia. Gdy zmienia się paradygmat, w jednej chwili wszystko się zmienia – bez wysiłku, bez żadnych wyrzeczeń. Mając inne dane, inną wiedzę i hołdując innym zasadom, zaczynasz inaczej żyć. Jeśli wiesz, że jedzenie czegoś zrobi krzywdę twojemu dziecku lub tobie – nie jesz tego. Jeśli coś cię brzydzi, mierzi, narusza twoje życiowe zasady – nie godzisz się na to i nie jest to związane z żadnym wysiłkiem emocjonalnym. Paradygmat to potęga zmian. Choroba, dramat, tragedia, a także nowa miłość czy zauroczenie wcale nie są jedynymi skutecznymi okolicznościami przekształcenia dotychczasowego paradygmatu. Nowy możesz zwyczajnie wypracować. Na przykład wybierz dwa spośród noworocznych postanowień (wszystko jedno, czy ich realizację już zarzuciłaś, czy jeszcze resztkami sił walczysz). Pomyśl, jak do tej pory patrzyłaś na te zadania. Jaki był dotychczasowy mianownik twoich działań? Co tobą kierowało? Zmień te dane, bo jak widać, są zupełnie nieskuteczne.Weźmy takie postanowienie: „Będę czytać więcej książek”. Dotychczasowy argument: „bo inteligentni ludzie tak robią” zamień na świadomość, że każda przeczytana powieść przedłuży sprawność twojego mózgu i ochroni cię przed demencją starczą. Czytanie rozwinie także twoje tzw. miękkie umiejętności (soft skills), ponieważ sprawi, że np. łatwiej znajdziesz temat do rozmowy z koleżanką z pracy, z którą nie masz dobrego kontaktu.

Napisz teraz dwa wciąż niezrealizowane postanowienia i popracuj nad nowym osobistym i skutecznym paradygmatem.

  1. Psychologia

Kiedy stres powoduje zaburzenia odżywiania?

Zaburzenia odżywiania to najczęściej wynik nieumiejętnego radzenia sobie ze stresem. (fot. iStock)
Zaburzenia odżywiania to najczęściej wynik nieumiejętnego radzenia sobie ze stresem. (fot. iStock)
Stres niewątpliwie jest czynnikiem wpływającym na nasze nawyki żywieniowe i może powodować utrwalenie istniejących w tym obszarze zaburzeń.

Doświadczamy stresu od początku naszego życia. Pierwszym silnie stresującym doświadczeniem są narodziny, później nieuchronnie frustrują nas rodzice i opiekunowie, którzy nie są w stanie odpowiedzieć na wszystkie potrzeby dziecka. Następnie pojawia się stres szkolny oraz trudne doświadczenia w relacjach z rówieśnikami. W dorosłym życiu można tylko mnożyć kolejne czynniki stresujące. Od najmłodszych lat wykształcamy mechanizmy radzenia sobie z tymi sytuacjami. Często, jako dzieci, w swoim otoczeniu obserwowaliśmy niekorzystne dla zdrowia czy rodziny sposoby odreagowywania napięcia. Przy niewłaściwych wzorcach i braku zrozumienia i oparcia u bliskich w trudnych sytuacjach, mogą powstać destrukcyjne mechanizmy radzenia sobie ze stresem, do jakich należą zaburzenia odżywiania.

Jedzenie kompulsywne

Anna codziennie po pracy opróżnia zawartość swojej lodówki. Robi to automatycznie. Dopiero, gdy poczuje przyjemną błogość, przestaje jeść. Ten schemat powtarza się od lat, od kiedy zaczęła robić karierę w międzynarodowej korporacji. Szybki awans sprawił, że stara się wykazać jeszcze bardziej. Od dziecka była ambitna i świetnie zorganizowana, w domu i w szkole stawiana jako wzór. Zawsze wiedziała, że w realizowaniu zadań i spełnianiu oczekiwań innych jest naprawdę dobra. Gorzej wychodziły jej kontakty towarzyskie, nigdy nie lubiła się bawić, uważała, że to strata czasu. Tak jest do dziś, weekend staje się prawdziwym koszmarem. Kiedy wysprząta dom i zrealizuje „zobowiązania towarzyskie”, przychodzi moment zagubienia i pustki. Jedzenie stało się dla Anny jedynym źródłem przyjemności. Codziennie czeka na te wyjątkowe chwile po pracy, dokładnie planuje swoją ucztę, ale po wszystkim okazuje się, że zjadła za dużo, że przyjemność trwała krótko, a w efekcie źle się czuje. Anna trafiła do gabinetu psychoterapeuty w momencie, gdy zbyt mocno przytyła i nie jest w stanie przez dłuższy czas stosować żadnej diety.

W przypadku Anny duża ilość zadań oraz wysokie wymagania w pracy sprawiają, że mocno kontroluje swoje emocje i zachowanie. Objadanie się jest jedynym momentem w ciągu dnia, kiedy Anna traci nad sobą kontrolę. Jest to wyuczony od dziecka mechanizm, a także nieumiejętność odczuwania przyjemności, radości, czy odprężenia w inny, niż jedzenie, sposób. Zawsze słyszała, że najważniejsze jest, żeby się dobrze uczyła, teraz sama wymaga od siebie świetnych wyników w pracy. Nastawienie Anny jest powodem silnego stresu odczuwanego na co dzień, dla którego ujściem stało się niekontrolowane jedzenie.

Bulimia

Ewa choruje na bulimię od czternastego roku życia. Problemy zaczęły się od krytycznego stosunku ojca Ewy do jej zmieniającego się ciała. Właśnie wtedy przytyła, nabrała pełnych kształtów, stawała się kobietą. Ojciec zaczął z niej szydzić, zawstydzać ją przy innych osobach. Nastąpiła fala gwałtownego odchudzania. Jednak kiedy wymagania szkolne rosły i relacje z rówieśnikami stawały się trudniejsze, reakcją dziewczyny na stres było sięganie po słodycze. Pełna niechęci do siebie i przybywających jej kilogramów, nauczyła się w ukryciu wymiotować. Dzisiaj Ewa ma 25 lat, wpada w błędne koło objadania się i poczucia winy, najczęściej wtedy, gdy pojawiają się trudne sytuacje w relacji z jej chłopakiem, gdy czuje się przez niego odepchnięta lub źle potraktowana, a także kiedy dochodzą wyzwania w pracy.

Mechanizm bulimii jest podobny do kompulsywnego jedzenia. Wyrasta na silnej potrzebie kontroli sytuacji zewnętrznej, ale też własnego zachowania i wyglądu. Kompulsywne objadanie staje się wówczas spustem dla tego napięcia, które towarzyszy chęci sprawowania kontroli. Paradoksalnie osoba kontrolująca się kompletnie traci wtedy tę zdolność. W bulimii dochodzi jeszcze do głosu silne poczucie winy, ale też niechęć do siebie, brak akceptacji dla własnych słabości. Bulimiczki karzą siebie za tę utratę kontroli, a nawet nienawidzą się za to.

Kiedy stres prowadzi do zaburzeń odżywiania

Zaburzenia odżywiania powstają w rezultacie szczególnych doświadczeń w życiu danej osoby. Z czasem stają się utrwalonym sposobem radzenia sobie ze stresem, z napięciem, które towarzyszy w zasadzie każdemu. Stres jest nieodzownym elementem funkcjonowania człowieka w społeczeństwie, jednak już w dzieciństwie wykształcamy mechanizmy radzenia sobie z negatywnymi emocjami. Jeśli w odpowiedzi na stres szkolny lub napięcie panujące w domu rodzinnym, zaczynamy sięgać po jedzenie lub uczymy się nagradzać swój wysiłek w ten sposób, istnieje duże ryzyko, że stanie się to naszą stałą reakcją na podobne sytuacje. Jeżeli na etapie naszych wczesnych doświadczeń panuje dużo chaosu i niepokoju, a ze strony opiekunów zabraknie pomocy w uporządkowaniu tych uczuć, istnieje duże prawdopodobieństwo, że pojawią się skłonności do nadmiernego kontrolowania własnych emocji i zachowania, co często daje efekt utraty kontroli w formie nadmiernego objadania się. Gdy powyższe sposoby utrwalają się w czasie i nie korzystamy z innych, bardziej zdrowych dla naszego organizmu form odreagowania napięcia, łatwo wówczas zacząć chorować na jedną z opisanych form zaburzeń odżywiania się.

Jak inaczej, niż objadając się lub nadmiernie kontrolując jedzenie, radzić sobie ze stresem:

  • Określ najczęstsze powody stresu w twoim życiu.
  • Zastanów się, jakimi przekonaniami się kierujesz, trwając w trudnych sytuacjach.
  • Rozpoznaj emocje, które przeżywasz pod wpływem tych sytuacji.
  • Zrób listę możliwych rozwiązań dla tych problemów.
  • Rozmawiaj z bliskimi o tym, które rozwiązania warto zastosować.
  • Wracając po stresującym dniu do domu, zaplanuj i w pierwszej kolejności zrealizuj czynności, które pozwolą ci się zregenerować.
  • Jak najczęściej zadawaj sobie pytanie: „Co lubię robić, na co mam dziś ochotę?”. Każdego dnia, oprócz codziennych zadań, znajdź czas na chwilę przyjemności.
Justyna Glińska: psycholożka, certyfikowana psychoterapeutka Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Prowadzi terapie w Centrum-Ja.

  1. Psychologia

Przyzwyczajenia wzmacniają psychikę. O dobrych i złych nawykach opowiada Tatiana Mindewicz-Puacz

Tatiana Mindewicz-Puacz (Fot. Maciej Zienkiewicz)
Tatiana Mindewicz-Puacz (Fot. Maciej Zienkiewicz)
Wiele codziennych czynności wykonujemy automatycznie. Dzięki temu odciążamy mózg, który może koncentrować się na ważniejszych zadaniach. Warto jednak zadbać o to, by nawyki nas wspierały, a nie zdominowały. Jak to osiągnąć – wyjaśnia psychoterapeutka Tatiana Mindewicz-Puacz.

Słyszymy słowo „nawyk” i od razu mamy jedno skojarzenie – „zły”. Tak jakby nawyki były wyłącznie czymś, co utrudnia nam życie.
Tak nam się rzeczywiście wydaje, bo najczęściej mówi się o złych nawykach, natomiast to, co dobre albo neutralne, umyka naszej uwadze. Nawyki są różne: złe, dobre, ale też takie „zwyczajne”, bo przecież nawykiem jest choćby mycie zębów. Nie zdajemy sobie sprawy, że ogromną część rzeczy robimy automatycznie. Czytałam wyniki badań mówiące o tym, że około 40 procent naszych zachowań to zachowania nawykowe! Sądzę, że gdybyśmy do tego dołożyli nawykowe reakcje emocjonalne i myśli, statystyka by się jeszcze podniosła.

A jaka jest w zasadzie najważniejsza funkcja nawyku?
Bardzo pozytywna – chodzi o to, by odciążyć mózg, zwolnić go z ciągłego wysiłku. Nawyki upraszczają funkcjonowanie, redukują ilość wysiłku, który musimy włożyć w codzienne życie. Gdybyśmy za każdym razem, kiedy myjemy zęby albo naciskamy sprzęgło w samochodzie, chcieli robić to w pełnej koncentracji, to przy dzisiejszym tempie życia bardzo szybko byśmy eksplodowali. Zatem – im większy postęp technologiczny i cywilizacyjny, tym więcej nawyków, dobrych, złych i neutralnych.

Ile wysiłku potrzeba, by wyrobić w sobie dobry nawyk?
Nad każdym nawykiem trzeba popracować, nad złym także. Aby dana czynność stała się nawykiem, musimy wykonać kilka rzeczy. Najpierw stworzyć, a potem świadomie powtarzać pewną sekwencję zdarzeń czy zachowań. By taka „procedura” mogła się utrwalić, potrzeba – jak mówią statystyki – od 20 do 70 dni, dopiero potem powstaje automatyzm, czyli nawyk.

A w jaki sposób można przyjrzeć się swoim złym nawykom, a potem coś z nimi zrobić?
Na pewno warto im się w ogóle przyglądać. Bo w przypadku każdego nawyku prawidłowość jest następująca: najpierw to my tworzymy nasze nawyki, a potem w pewnym sensie to one tworzą nas, kierują nami. I jak twierdzy bronią swojej funkcji. Kiedy chcemy zmienić nawyk, włączają się wszystkie możliwe mechanizmy obronne.

Bo już wszystko było poukładane, a tu burzy się porządek?
Dokładnie tak, już nie myślimy, tylko działamy. Jest coś takiego jak pętla nawyku. Każdy nawyk ma trzy główne składowe. Najpierw musi być jakaś wskazówka, wyzwalacz, coś, co nas uruchamia. Czyli na przykład jeśli nawykowo sięgamy po papierosa w momencie zdenerwowania czy ekscytacji, wyzwalaczem będzie jakieś zdarzenie, choćby spięcie z szefem. Potem, i to druga składowa, pojawia się konkretne zachowanie, w tym przypadku sięgnięcie po papierosa, aż w końcu trzecia składowa, czyli nagroda. Czy ta nagroda jest rzeczywiście nagrodą, czy nie, to już nie ma większego znaczenia – w pętli „zapisano”, że jest to gratyfikacja. W tym konkretnym przypadku jest nią rozładowanie napięcia.

Najłatwiejszym sposobem, żeby zmienić nawyk, jest przerwanie tego łańcucha, pętli. Ludzie zwykle próbują od początku tworzyć na miejsce starych i złych nawyków nowe i dobre. Tylko że po pierwsze to trudne, po drugie – zanim wyrobimy nowy nawyk, zostaje puste miejsce po starym, a nasza naturalna konstrukcja nie lubi pustki. Dlatego najlepiej pokombinować, by zmodyfikować dawny nawyk.

Jak to zrobić?
Jeśli pojawia się pierwsza składowa, czyli wyzwalacz, trzeba zastanowić się, jakim innym zachowaniem mogę zastąpić to dawne, aby także otrzymać nagrodę. I to jest jedna z metod na zmianę nawyków. Jest jeszcze inna, którą bardzo lubię, ale wiem, że nie wszystkim się ona podoba. Mianowicie to metoda: „za dużo nie myśleć”. Z moich osobistych doświadczeń, a także tych z pracy zawodowej, wynika, że czasem zastanawianie się, jakim nowym zachowaniem zastąpić stare, przypomina wojnę – musimy zderzyć się z armią mechanizmów obronnych! Dlatego łatwiej jest zamiast rozmyślania wprowadzić działanie, i zrobić jak najszybciej, w kilka sekund, zanim „głowa się zorientuje”! Na przykład wielu z nas, kiedy jest ranek i w telefonie dzwoni budzik, otwiera oczy i nawykowo włącza funkcję drzemki. Telefon zadzwoni za pięć minut, a my mamy nadzieję, że przez ten czas „bardziej” się wyśpimy. Dzieje się inaczej, bo kolejne minuty zwiększają jedynie ochotę na sen, a nie na wyskoczenie z łóżka. Metoda, o której mówię, polega na tym, żeby po przebudzeniu natychmiast się podnieść, nie myśleć o tym, że mam wstać – tylko to zrobić. Jak już jestem na nogach i działam – nagrodą jest satysfakcja, że to zrobiłam, a nie obietnica, jak w przypadku kolejnej drzemki.

A gdyby ten sam nawyk spróbować zmienić za pomocą tej pierwszej metody? Od czego zacząć?
Na przykład możemy nie zabierać do sypialni telefonu (przy zmianie nawyku pierwszą metodą ważne jest, żeby nie mieć pod ręką dostępnego „starego” narzędzia: telefonu, papierosa itd.), tylko postawić zwykły analogowy budzik bez funkcji drzemki. Niestety, mogą włączyć się wtedy mechanizmy, o których wspomniałam: one podpowiedzą nam tyle argumentów za tym, że ten telefon jest jednak nam przy łóżku potrzebny, że się im w końcu poddamy.

Rozmawiamy o zmianie złych nawyków na dobre, a jakie dobre nawyki możemy w sobie wykształcić od A do Z, by żyło nam się na co dzień łatwiej?
Zawsze zachęcam do tego, by najpierw popracować nad tym, co już mamy, zmodyfikować to, a nie od razu zabierać się do tworzenia zupełnie nowej jakości. Ludzie boją się już samego hasła: „zmiana nawyku”. Mają poczucie, że przed nimi gigantyczny wysiłek, że trzeba będzie przewrócić życie do góry nogami. A to mit. Nawyki można, a nawet należy, zmieniać metodą małych kroków. Czyli nie: „zmienię nawyk, będę zdrowo żyć”. To jest takie samo przedsięwzięcie jak postanowienia noworoczne – energii starcza nam na kilka dni, a potem jesteśmy tak wyczerpani, że albo wracamy do punktu wyjścia, albo wręcz spadamy jeszcze niżej.

Czyli nie: „Zmienię nawyk, będę zdrowo żyć”, tylko…?
Na przykład: „będę ćwiczyć pięć minut dziennie”, a nie „pół godzinny”; „zacznę jeść śniadania przed wyjściem do pracy”, a nie: „będę zdrowo się odżywiać”.

Czyli małe kroki i niewielkie wyzwania.
To o wiele lepsza metoda, bo największym motywatorem do zmiany nawyku jest najcenniejsza z nagród – zadowolenie z siebie, poczucie satysfakcji. Nic innego nas tak nie wzmacnia. Jeśli porwiemy się z motyką na słońce, szybko nie zobaczymy efektu i wyłożymy się. A jeśli zrobimy mały kroczek, to zobaczymy zmianę, dostaniemy nagrodę w postaci zadowolenia z siebie, a wtedy nasza motywacja do kolejnego kroku poszybuje w górę. Dlatego zachęcam najpierw do małych zmian złych nawyków, które już mamy.

Potem łatwiej nam będzie wprowadzać w życie zupełnie nowe dobre nawyki?
Jak najbardziej. Trening czyni mistrza. Już mamy ugruntowane poczucie sprawczości, wiemy, że mamy wpływ na własne życie i możemy rozwinąć w tej materii skrzydła! Przychodzi mi do głowy przynajmniej kilka takich nawyków, które warto wprowadzić. Na przykład nawyk medytowania czy modlenia się – każdy ma swoją ścieżkę. Chodzi o wyciszenie, które pozwala złapać dystans do tempa, w jakim żyjemy. Kolejna sprawa to wsłuchanie się w siebie. Chodzi o to, żeby poświęcić dwa razy dziennie po pięć minut na rozmowę z samym sobą (po przebudzeniu i przed zaśnięciem). Oczywiście, nie ma tu miejsca na narzekanie, umartwianie się czy użalanie nad sobą – to czas na refleksję, budowanie siebie od wewnątrz. Warto wyrobić w sobie nawyk doceniania tego, co mamy, tego, co jest i cieszenia się tym, co osiągnęliśmy. Na przykład codziennie mam za zadanie znaleźć rano trzy powody do wdzięczności, a wieczorem trzy rzeczy, które zrobiłam dobrze, z których jestem zadowolona. Nawet wtedy, kiedy dzień był „do kitu”, sam fakt, że sobie z takim dniem poradziłam, jest ważny.

Jaki jeszcze nawyk wart jest wprowadzenia?
Z pragmatycznej strony bardzo dobrym nawykiem, który pomaga nam zmniejszać obciążenie głowy, a jednocześnie poczucie winy, jest  to, żeby wszystkie konieczne rzeczy – te, które i tak musimy wykonać, posegregować w zależności od czasu potrzebnego do ich zrobienia. I następnie wszystkie te, które nie trwają dłużej niż trzy minuty, zrobić natychmiast, automatycznie, bez odkładania w czasie. Czyli zamiast mówić sobie: „Włożę te buty do szafy wieczorem” czy „Zapakuję zmywarkę za godzinę”, po prostu to zrobić. Taka selekcja bardzo ułatwia funkcjonowanie. Świetnym nawykiem jest także wykonanie codziennie przynajmniej dwóch telefonów do ludzi, którzy wnoszą w nasze życie coś fajnego, dobrego, i którym my także możemy dać coś z siebie.

Lepsze niż łykanie suplementów!
Gwarantuję! Innym nawykiem, który doskonale się sprawdza, jest robienie notatek. Każdego dnia warto przelać choćby kilka swoich przemyśleń na papier. To pomaga się rozwijać, działa terapeutycznie. Ważne, żeby zapisywać nasze osiągnięcia – bo to skarb na przyszłość. Kiedy poczujemy się słabi, można sięgnąć do „archiwum” i sprawdzić, że nie z takimi kłopotami sobie już poradziliśmy. Aż w końcu genialny nawyk dzielenia spraw i zdarzeń na te, na które mamy wpływ, oraz te, z którymi nic nie możemy zrobić. Zanim zaczniemy się martwić, zróbmy selekcję, wtedy będziemy wiedzieć, czym należy się pomartwić i w jakiej sprawie trzeba działać. To bardzo odciąża nasze akumulatory, pomaga zachować spokój, równowagę. A przecież nawyki właśnie temu mają służyć.

Tatiana Mindewicz-Puacz, psychoterapeutka, trenerka rozwoju osobistego, coach, ekspertka  ds. kampanii społecznych, tatianamindewiczpuacz.pl.

  1. Psychologia

Złam schemat! Pozbądź się blokad, które ciążą na kobietach w twojej rodzinie

Nieraz trudno jest złamać utarty schemat. Jednak, gdy zdobędziemy się na odwagę - pomożemy sobie i swoim dzieciom. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Nieraz trudno jest złamać utarty schemat. Jednak, gdy zdobędziemy się na odwagę - pomożemy sobie i swoim dzieciom. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Czasem więź łącząca pokolenia kobiet blokuje przed kroczeniem własną drogą. Kiedy jednak córka wyłamie się z ram rodzinnej powinności, może uratować nie tylko siebie, ale i… matkę.

Matki zwykle chcą, by ich córki miały lepiej niż one same – jeśli jednak zaczynają żyć inaczej, zwykle je za to karcą. „Nawracają” na właściwy kurs, a czasem wręcz odwracają się od nich. Tak jakby drzemało w nich poczucie, że córka nie powinna przekraczać ograniczeń matki. Między pokoleniem matek i pokoleniem córek jest pewien rodzaj spójności, która jednocześnie karmi i zniewala. Psychologowie nazywają ją niewidzialną nicią lojalności. To niezwykle silna więź, która łączy nas z kobietami w rodzinie. Choć trudno ją dokładnie opisać czy nazwać, ma potężny zasięg – nawet do siódmego pokolenia. I choć czasem bardzo się staramy ją zerwać, trzyma. Nie puszcza. Krępuje życiowe decyzje. – To właśnie ta nić lojalności powoduje, że często jesteśmy w konflikcie, bo z jednej strony chcemy żyć inaczej niż nasze matki, a z drugiej, kiedy żyjemy inaczej, czujemy się winne – mówi psycholog i socjoterapeutka Katarzyna Platowska. – Ale to nie znaczy, że nie można jej zerwać i żyć po swojemu. Można. Choć wymaga to odwagi, mądrości, siły i determinacji. Co więcej, gdy córce udaje się z powodzeniem przełamać rodzinne fale, może dojść do pozytywnego sprzężenia zwrotnego: woda może się od nas odbić i porwać inne kobiety w rodzinie. Zdarza się, że kiedy emocjonalnie staje na nogi córka, proces zdrowienia zaczyna też matka.

Pożegnaj strach

Marta ma 24 lata, a w sercu mnóstwo lęku. Matka Marty, Ewa, zawsze była lękliwa. Wciąż się bała tego, co przyniesie życie. Nie lubiła przygód i spontaniczności, bo oznaczały brak kontroli – a to pachniało zagrożeniem. Pracowała w jednym miejscu, choć nienawidziła swojej pracy, szef jej nie cenił, a koleżanki lubiła średnio. Jednak myśl o zmianie firmy budziła w niej strach. „Lepsze znane, choć nielubiane, niż nieznane” – powtarzała córce. Albo: „Tylko jak masz stałą pracę, to masz pewne jutro”. Nie rozumiała mody na własną działalność – jej zdaniem było to proszenie się o kłopoty. Za namową matki Marta skończyła szkołę kosmetyczną (bo „w tym zawodzie zawsze będzie praca”). Tuż po szkole zatrudniła się w niewielkim, nowoczesnym salonie. Po dwóch latach jego właścicielka postanowiła wyjechać za granicę i – widząc zaangażowanie dziewczyny – zaproponowała Marcie… odkupienie firmy. Po bardzo preferencyjnej cenie! Marta biła się z myślami. Miała wielką ochotę rozwinąć skrzydła, ale też wciąż w uszach brzmiały jej powtarzane latami przestrogi matki. W końcu zdecydowała: biorę salon! Ustaliła, że część pieniędzy spłaci w ratach, rozpisała biznesplan, załatwiła kredyt i… została oficjalnie szefową własnej firmy! Dopiero wtedy powiedziała o wszystkim matce. Kiedy stanęły razem w progu, zatoczyła ręką koło i powiedziała: „Zobacz, mamo, to jest moje”. I od razu poprosiła: „Tylko nie mów, że to katastrofa i że się nie uda. Daj mi parę miesięcy, a zobaczysz, że to była dobra decyzja”. Rzeczywiście, salon prosperował doskonale. Zadowolone klientki przysyłały koleżanki, które polecały usługi Marty dalej. Dziewczyna musiała zatrudnić jeszcze jedną osobę, by dać sobie radę z rosnącą popularnością. Minęło parę miesięcy. Pewnego dnia podczas sobotniego śniadania Ewa powiedziała: „Córeczko, chcę z tobą porozmawiać. Mam trochę zaoszczędzonych pieniędzy. Jeśli chcesz, zainwestuję je w salon”. Zdumiona Marta usłyszała, że Ewa zawsze chciała rzucić swoją pracę, ale powstrzymywał ją przed tym lęk. Że bała się marzyć, bo była słaba. Że jej mama też pragnęła samodzielności, ale obawiała się, że nie da sobie rady. I że jest bardzo szczęśliwa, bo Marcie się udało.

Jak komentuje Katarzyna Platowska, psycholożka i terapeutka:

Najtrudniejsza do przełamania fala to przekraczanie wartości, które były wyznawane przez wiele kobiet w rodzinie – w danym pokoleniu i w poprzednich. Jeśli w rodzinie nie było rozwodów lub kobiety miały tylko po jednym dziecku czy nie prowadziły samochodu – bardzo trudno będzie iść pod prąd i mieć więcej dzieci, rozwieść się czy zrobić prawo jazdy lub nie schować go do szuflady zaraz po zdanym egzaminie. Podobnie w rodzinie, w której się uważa, że życie jest wrogie, nieznane jest groźne, a samodzielność oznacza samotność i porażkę. Matka Marty miała marzenia, ale zabrakło jej odwagi do ich realizacji. Podobnie babka. Czasem rodzice przekazują nam lęki swoje i swoich rodziców. Takie przekonania potrafią wędrować nawet przez wiele generacji. Na szczęście w każdym kolejnym pokoleniu kobiety są trochę silniejsze – córki są zawsze odrobinę odważniejsze od matek. Dzięki temu siła marzeń rośnie, a moc lęku maleje. Marta była pierwszą od pokoleń kobietą, która miała siłę, by odłożyć na bok lęk, a sięgnąć po marzenia.

Uratuj swoje życie

Edyta wychowała się w bardzo tradycyjnej rodzinie – takiej, w której jak ślub, to na całe życie. Choćby pił i bił, jest się żoną – na dobre i na złe. Niestety, rodzina Edyty nie należała do harmonijnych: Ilona, jej matka, była z ojcem głównie „na złe” – to gwałtowny, wymagający, wiecznie niezadowolony z żony i najprawdopodobniej także niewierny mężczyzna. Lubił wypić, potrafił znikać na popołudnia i wieczory. Właściwie więcej go nie było niż był – co dzieci przyjmowały z ulgą, bo powrót ojca do domu wiązał się z napięciem i kłótniami. Edyta nie pamięta, żeby tata wziął ją na kolana, pobawił się z nią czy gdzieś ze sobą zabrał. Dlatego kiedy poznała Włodka, rozrywkowego studenta, który bardzo zabiegał o jej względy, szybko się zakochała. Równie szybko zaszła w ciążę – a że dziecko oznacza rodzinę, wzięli ślub. Włodek wyrósł z bycia studentem, ale z rozrywkowego trybu życia już nie: Edyta siedziała w domu z dzieckiem, a potem z kolejnym i kolejnym, a Włodek się bawił. Dokładnie jak ojciec: znikał, nie mówił, gdzie idzie i po co, wracał „na gazie” i robił awantury. Żona szybko przestała go interesować, dzieci również – ważniejsze były alkohol, zabawa, kumple. Edyta znosiła swoje nieudane małżeństwo i wybryki oraz zaniedbania męża przez 10 lat – przecież ślub jest na zawsze. W końcu jednak nie dała rady i powiedziała: „Dość. Nie zrobię tego moim dzieciom, nie chcę, by ich dzieciństwo przypominało moje. Albo coś się zmieni, albo wystąpię o rozwód”. Włodek o zmianie nawet nie myślał, więc Edyta się wyprowadziła. Największą pretensję miała do matki – że nie powiedziała: „Dziewczyno, ratuj się, uciekaj, zadbaj o sobie”. Odwrotnie: każde ich spotkanie kończyło się litanią wyrzutów: „Jak mogłaś odejść od męża, przez ciebie całkiem zejdzie na psy!”. Długo mijały się szerokim łukiem, ale wszystko zmieniła pewna wigilia. Kiedy Ilona zobaczyła, że Edyta, świeżo zakochana, promieniała, a odprężone dzieciaki śmiały się radośnie, podjadając słodycze z choinki, zrozumiała, że dawno ich takich nie widziała. Nie zdobyła się na gest pojednania wobec córki, ale po jej wyjściu szepnęła do siebie: „Dobrze, że uciekłaś z tego piekła, z pijakiem nie ma życia. Ja się na to nie zdobyłam. Ty zrobiłaś to za siebie – i za mnie”.

Psycholożka komentuje:

Czasem życie i przekonania matek są klątwą dla córek. „Ja wytrzymałam, to i ty wytrzymasz” – mówią, bo przecież córka nie może być słabsza od matki. To dość typowe, że w takich rodzinach matki stają nie po stronie córek, tylko zięciów – choć obiektywnie ci są draniami. Kurczowe trzymanie się złego scenariusza to też rodzaj zabezpieczenia: jest zły, ale znany. Jeżeli córka będzie żyła podobnie, to łatwo wszystko przewidzieć. Jeśli coś zmieni, przyszłość będzie nieznana. Choć Edyta wykazała się wielką siłą, to jej matka będzie potrzebować siły jeszcze więcej. Stwierdzenie „Dobrze, że uciekłaś z tego piekła” – to dla niej konfrontacja z całym własnym życiem. Musi sama przed sobą przyznać, że wytrwała w bezsensownym związku w myśl absurdalnych ideałów, że sama zniszczyła własne życie. Edyta, walcząc o swoje szczęście, wszystko to uświadomiła matce. Ale pokazała też, że można być szczęśliwą. Zmierzyć się z własnymi demonami, by móc z nimi wygrać.

  1. Styl Życia

Coaching. Czy to coś dla mnie?

Przed podjęciem decyzji o coachingu zastanów się, czy naprawdę jesteś gotowy zmienić swoje życie. (Fot. iStock)
Przed podjęciem decyzji o coachingu zastanów się, czy naprawdę jesteś gotowy zmienić swoje życie. (Fot. iStock)
Najlepiej porównać go do sportu. Masz jakiś cel, masz trenera, jest pot, czasem łzy, częściej satysfakcja. I upragniony cel wreszcie na wyciągnięcie ręki. Komu coaching pomoże, kogo zniechęci, a także z jakimi ekspertami warto zmieniać swoje ciało i psyche – pytamy uznanych polskich coachów.

Coaching zrobił się modny. Nic dziwnego: jest pozytywny i nastawiony na przyszłość, obiecuje szybki efekt, nie grzebie w smutnym dzieciństwie i nie wymaga leżenia na kozetce. W czasie sesji można rysować, bawić się w teatr i przymierzać kapelusze. A po sesji zmienić swoje życie na lepsze. Na przykład Ania, moja koleżanka, jedną sesją przez Skype’a rozwiązała swój problem (kupić mieszkanie w mieście czy dom na wsi?). Druga koleżanka, menedżerka dużej firmy, została niejako karnie skierowana na coaching biznesowy i choć nie była do niego (ani do coacherki) przychylnie nastawiona, po 10 sesjach jej bardzo złe relacje z szefem zmieniły się na prawie doskonałe. Teraz awansowała i jest jeszcze ważniejszym menedżerem, dlatego pewnie chce zachować anonimowość. Ja wróciłam z wyjazdu coachingowego z Maciejem Bennewiczem i w ciągu 10 miesięcy napisałam książkę, nad którą rozmyślałam kilka lat. Ale bywają też coachingi nieudane. Magda po jednej sesji coachingu diety wyszła zmotywowana do schudnięcia 12 kilogramów. Przez pół roku schudła dwa. I więcej nie mogła. Czy to wina jej, czy coacha? Teoretycznie jej, bo coach nie bierze odpowiedzialności za to, co robisz czy też czego nie robisz ze swoim życiem. I nie może cię zmusić do ograniczenia porcji na talerzu. A co może?

Szukając nowych dróg

– Coaching jako jedna z niewielu współczesnych metod edukacji dorosłych tak bardzo koncentruje się na dostosowaniu do indywidualnych predyspozycji i potrzeb klienta-ucznia – wyjaśnia coach Maciej Bennewicz. – Oparty jest na intensyfikowaniu pragmatycznych doświadczeń klientów m.in. poprzez zadania praktyczne, eksperymenty, kontrolę rezultatów, ćwiczenia doskonalące, trening kompetencji, a także analizę prób i błędów – w kontekście spodziewanego i ustalonego celu.

Żeby ten cel osiągnąć, coach czasem zadaje ci niewygodne pytania, prosi o wylosowanie karty, interpretację zdjęcia… Czasem musisz wstać, zmienić miejsce, przespacerować się po rozrzuconych kartkach, zamknąć oczy… Niektóre metody przypominają ustawienia hellingerowskie czy psychodramę, mają elementy medytacji i wizualizacji. I każda z tych metod jest dobra, jeśli jest etyczna i prowadzi do celu.

– Dróg poszukiwania jest nieskończenie wiele, co więcej, wciąż powstają nowe – zauważa coach Ewa Mukoid. – Kiedy powstają nowe drogi? Gdy się ich aktywnie szuka. Można na nie wpaść przypadkiem, ale trzeba mieć to nastawienie poszukiwacza, aby w drodze dostrzec drogę. Lepiej i pewniej się na nie trafia w towarzystwie kompetentnej osoby – i mam tu na myśli coacha.

Taki coach zna mnóstwo narzędzi, więcej niż ty. Zadania, które ci daje, bywają trudne, wymagają przełamania barier, wyjścia poza schemat, poza strefę komfortu. Możesz odmówić ich wykonania, ale na ogół nie warto tego robić. Chodzi w końcu o twoje życie i twoje szczęście. A kodeks etyczny zobowiązuje coacha, by wszystkie informacje zachował dla siebie, więc nawet jeśli zrobisz coś głupiego albo podzielisz się swoim sekretem – zostaje to między wami. To znaczy ty masz prawo opowiadać o sesji wszystkim, twój coach – nie.

– Trening, kreatywność, sukces – tak opisałbym coaching w trzech słowach – mówi Maciej Bennewicz. – Fundamentem jest trening starych i nowych kompetencji. Następnie pojawia się kreatywna innowacja, która ulepsza dawne nawyki lub zmienia ich jakość. Jednak celem coachingu jest sukces, zindywidualizowany, bo dla każdej osoby istnieje inna jego miara.

Za jaką cenę?

Coaching wymaga inwestycji. I nie chodzi tylko o pieniądze, które są niemałe: jedna sesja może kosztować 150 zł, ale też 3000 zł (zależy od coacha i celu). Coachee, czyli coachowany, musi się też nieźle napracować. W przeciwieństwie do, na przykład, chirurga plastyka, coach nie ponosi praktycznie żadnej odpowiedzialności za zmiany, jakie zajdą w kliencie. Cała odpowiedzialność spoczywa na tobie. Zła wiadomość? Niekoniecznie. – Metoda coachingowa czerpie inspiracje przede wszystkim ze sportu, dlatego model sportowej efektywności jest kręgosłupem coachingu – wyjaśnia Maciej Bennewicz. – O sukcesie decyduje umiejętne wykorzystanie reguł gry, osobiste uwarunkowania zawodnika i dostosowany do potrzeb trening. Wybór coachingu to wybór treningu efektywności. Wiemy ze współczesnych badań, że samo marzenie o sukcesie może być rozleniwiające, jednak planowanie rezultatów motywuje i zwiększa skuteczność. Nasz mózg lubi aktywować działanie.

Dlatego warto być aktywnym. I dlatego wielu z nas, gdy jest niezadowolonych ze swojego życia, nie idzie na zabieg korekty nosa, ale właśnie na coaching. Podejmuje wysiłek, bo to się na dłuższą metę opłaca. Samodzielnie, ale w obecności specjalisty.

A można samemu?

Mam na myśli taką kolejność, że najpierw czytam o metodach, a potem aplikuję sobie coaching sama, bez nadzoru coacha. – Teoretycznie tak – twierdzi Ewa Mukoid. – Ale mało kto ma czas i determinację na konsekwentny autocoaching. Poza tym bez lustra nie widzimy samych siebie, stąd ogromna rola informacji zwrotnej. I to nie byle jakiej, ale takiej, która pozwala się rozwijać. A bez komunikacji, wymiany z drugim człowiekiem, bez stawianych przez niego wyzwań, trudnych pytań, ale także dostarczanego przezeń wsparcia – ma się tendencję do dreptania w kółko w kręgu własnych przeświadczeń i samopotwierdzających się założeń. Skoro jesteśmy w wieku profesjonalizacji i doceniamy, że ktoś, np. pielęgniarka, kosmetyczka, masażysta czy mechanik samochodowy, kompetentnie się nami (lub naszym sprzętem) zajmuje – to tym bardziej obszar tak istotny jak jakość swojego życia warto „obsłużyć” przy pomocy profesjonalisty, prawda?

Pod warunkiem że jest to profesjonalista, a nie hochsztapler. Bo coaching, jak każda metoda, jest skuteczny tylko wtedy, gdy zajmuje się nim ktoś, kto się na tym zna. Jak z operacją nosa. Chirurg musi wiedzieć, dlaczego chcesz go zmienić, dobrać odpowiedni dla ciebie kształt i jeszcze zręcznie posługiwać się skalpelem.

Po czym poznać profesjonalistę? Z tym jest pewien problem, bo coachem zostaje się dużo szybciej i dużo łatwiej niż chirurgiem plastykiem. Czy psychoterapeutą. Ale od czego jest Google? Można sprawdzić, czy coach ma licencję. Warto też polegać na rekomendacji znajomych. Dobry coach to skuteczny coach. Nawet gdy nie ma pięciu lat studiów i kilku dyplomów.

Ciemna strona mocy

Coaching zbiera ostatnio hejt. Krytykują go nie tylko psychologowie i inni terapeuci, których można by posądzić o zazdrość, ale też sami coachowani, którym wydaje się, że trafili w złe ręce. – Nie ma nic bardziej żałosnego niż hejter wypowiadający się w necie o coachingu, o którym nie ma pojęcia… – mówi coach Jarosław Gibas. – Chociaż nie, istnieje jednak coś bardziej żałosnego. Jest nim ten, który sprawił, że hejter myśli o coachingu to, co myśli… Największym problemem tzw. polokołczingu, opartego na komunałach i banalnych narzędziach, jest jego efektywność nieradząca sobie z próbą czasu. Od procesu mijają tygodnie i miesiące, a wraz z nimi zapał i entuzjazm zmiany odchodzi w zapomnienie. Wtedy coachee słusznie zadaje sobie pytanie: „Za co ja zapłaciłem te pieniądze?” i automatycznie staje się jednym z hejterów, powiększając grono tych, którzy na samo słowo „coach” dostają mdłości. W ten właśnie sposób polokołcz Stefan „wsiądź do Ferrari” Kowalski strzela nie tylko sam sobie w kolano, ale też całemu edukacyjnemu rynkowi.

Jarosław Gibas ma pewnie na myśli charyzmatycznych mówców motywacyjnych, którzy dysponują wyłącznie ową charyzmą i umiejętnością sprzedania siebie. Mają dobry marketing, za którym niewiele stoi. Być może nawet po jednej sesji, wysłuchaniu motywacyjnego wykładu na YouTubie czy przeczytaniu książki czujemy moc, ale… nie zmieniamy swojego życia.

– Dla mnie coachingowym koszmarem jest też realizacja celów – przyznaje Jarosław Gibas. – Wszyscy nagle muszą realizować cele i tabuny coachów prześcigają się w tym, by w tej realizacji pomagać klientom. Problem tkwi jednak nie w tym, jak wreszcie dopiąć celu, tylko w tym, dlaczego jak dotąd nie udało się go osiągnąć. Problem nie tkwi po jasnej stronie mocy, ale po ciemnej!

Umowa o dzieło

No i jeszcze jedna rzecz – musi być między wami chemia. Bo coachingu nie przeprowadza się w znieczuleniu. Dobrze, żebyście z coachem nadawali na tej samej częstotliwości. Na pierwszej albo drugiej sesji coachingowej coachee i coach podpisują kontrakt. Umowa obowiązuje zwykle na 10–12 spotkań, które nazywa się procesem. Klient nie ma problemu, tylko cel i niczego mu nie brakuje, by ten cel osiągnąć. Coach pomaga mu tylko sprawdzić, czy ten cel jest dobrze sformułowany, pozwala odkryć zasoby, zwiększyć motywację i zaplanować skuteczne działania. Jeśli nie uda się tego zrobić w ciągu umówionych 12 sesji, które odbywają się co 2–4 tygodnie, to znaczy, że już raczej się nie uda. – Coaching to praca projektowa, umowa o dzieło – wyjaśnia Maciej Bennewicz. – Mamy do czynienia z coachingiem, kiedy „dzieło” jest rozliczone, a ustalone na starcie efekty są osiągnięte zgodnie z ustalonymi wskaźnikami. Jeśli ktoś nie odczuwa spodziewanych efektów w wyniku coachingu, to najczęściej z tego samego powodu co w sporcie lub stosowaniu diety: niewłaściwego treningu albo braku konsekwencji. Nie sposób przebiec maraton zaraz po wstaniu z wielotygodniowego seansu telewizyjnego na kanapie.

Dlatego, nawet jeśli po przeczytaniu tego artykułu zdecydujesz się na proces, zastanów się, czy naprawdę jesteś gotowa zmienić swoje życie. Na lepsze. A zanim podpiszesz kontrakt, spędź z coachem przynajmniej godzinę. Osobiście, przez Skype’a czy nawet telefon. Bo inaczej, bez względu na twoje zasoby, raczej nie zrealizujesz celu.