1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Powrót władcy marionetek

Powrót władcy marionetek

123rf.com
123rf.com
Neurolodzy twierdzą, że w mózgu są obszary wpływające na to, że jesteśmy amoralni lub prześladuje nas na przykład nerwica natręctw. Czy odpowiednią terapią będzie można skorygować te nasze psychiczne ułomności?

Czuję się znakomicie. Czuję się stanowczo zbyt dobrze. Muszę być ciężko chora – powiedziała poważnie krucha, blisko dziewięćdziesięcioletnia staruszka, która zgłosiła się do kliniki, gdzie pracował doktor Olivier Sacks. Jestem promienna, przychodzą mi do głowy niezwykłe pomysły i znów chce mi się żyć! – skarżyła się nietypowa pacjentka.

Dlaczego w ogóle pojawiła się w klinice? Doszła bowiem do wniosku, z przenikliwością godną pozazdroszczenia, że cudowna zmiana, jakiej doświadczyła, nie mogła pojawić się bez przyczyny. Nie chodziło tylko o ożywienie i dobry humor. Pani Nataszy, która dźwigała na karku już dziewiąty krzyżyk, nieoczekiwanie zmienił się charakter. Zwykle nieśmiała i powściągliwa teraz zadziwiała przyjaciół filuternymi uwagami, ba! nawet nieco rozwiązłymi dowcipami.

Przyczyną euforycznej radości, jakiej doświadczała u schyłku życia, skłonna była upatrywać w… grzechach młodości.

Kreatywność i krętki

Nobliwa starsza pani siedemdziesiąt lat wcześniej pracowała w jednym z licznych domów publicznych w Odessie. Tam też zaraziła się syfilisem. Przyjaciel, który wyciągnął ją z burdelu i pomógł się wyleczyć, został jej mężem. U jego boku przeżyła szczęśliwie dalsze lata życia. Ściślej rzecz ujmując, o wyleczeniu w owych czasach nie mogło być mowy – było to jeszcze przed rozpowszechnieniem się penicyliny. Dlatego teraz – jak podejrzewała – uaktywnił się uśpiony zarazek. Nigdy dotąd nie słyszałem – pisze we wspomnieniach doktor Sacks – o diagnozie kiły mózgowej postawionej samemu sobie i podanej tak spokojnie i otwarcie!

Badania potwierdziły podejrzenia Nataszy – w jej płynie mózgowo-rdzeniowym obecne były krętki kiły. I to one zmieniły gasnącą, spokojną staruszkę w filuterną, pełną młodzieńczego wigoru kobietę. Z takiego samego pobudzenia komórek mózgowych właściwego dla wczesnej fazy kiły mózgowej „korzystali” pisarze i artyści okresu 20-lecia międzywojennego. Specjalnie się zarażali, by przekroczyć ograniczenia, jakie stawiał im własny umysł w postrzeganiu świata. Rzucali się w chorobę niczym współcześni narkomani głodni nowych i silnych przeżyć. Proceder ten został opisany przez Thomasa Manna w „Doktorze Faustusie”, gdzie główny bohater podpisuje pakt z diabłem (czytaj: krętkami kiły), by odzyskać natchnienie.

Tę historię przytaczam nie bez powodu. Czymże jest bowiem nasze poczucie humoru, kreatywność, natchnienie i radość życia? Cechami charakteru, częścią naszej osobowości czy też ledwie sztuczkami, które z udręczonym mózgiem może wyczyniać zabójcza bakteria?

Piraci i pasożyty

Pierwotniak toxoplasma gondi rozwija się w jelitach kotów, choć jego pośrednimi żywicielami są różne drobne zwierzęta – ptaki i gryzonie. Pasożyt potrafi manipulować zachowaniem zarażonego szczura tak, że ten staje się jednocześnie ospały i „bezmyślnie odważny” – sam zbliża się do swych największych wrogów – kotów – jak gdyby prowokując je do akcji. I okazuje się nie dość zwinny, by im uciec. W ten sposób, wystawiając się na pożarcie, zniewolony szczur pozwala pierwotniakowi szybciej trafić do jelita głównego żywiciela.

Ludzie mogą zarazić się pierwotniakiem toxsoplasma bądź przez kontakt z kocimi odchodami, bądź przez zjedzenie surowego mięsa zakażonych zwierząt. Szacuje się, że nosicielami toksoplazmozy jest blisko 80% Francuzów (wielkich amatorów niedogotowanych dań mięsnych); 50% Amerykanów i niemal 30% uwielbiających koty Brytyjczyków.

Przez długi czas wydawało się, że pierwotniak ten (o ile nie zaatakował kobiety w ciąży) jest nieszkodliwy dla ludzi. Ostatnie badania wskazują jednak, że nosiciele toksoplazmy niemal dwukrotnie częściej niż ludzie wolni od pierwotniaka ulegają wypadkom samochodowym. Dlaczego? Pierwotniak wywołuje także bardzo subtelne zmiany w naszych mózgach. Stajemy się pod jego wpływem skłonni do brawury, jak szczury. A przy tym równie pozbawieni refleksu.

Kiedy więc skręcacie w lewo i ledwie udaje się wam uniknąć kolizji z wyprzedzającym was właśnie piratem drogowym, pomyślcie o nim z wyrozumiałością. Może to tylko kolejny miłośnik kotów, którego mózg opanował Władca Marionetek?

Gwałciciel i guz

Trzy lata temu na łamach „Archives of Neurology” przytoczono mrożącą krew w żyłach historię. Oto stateczny mieszkaniec Wirginii, który dotąd nie miał najmniejszych kryminalnych skłonności, zaczął nagle gromadzić i pasjami oglądać dziecięcą pornografię. Co gorsza – zaczął również molestować seksualnie swą niespełna ośmioletnią córeczkę. Wydawał się być opętany seksem i całkowicie niezdolny do opanowania swych namiętności.

W końcu trafił do więzienia, gdzie skarżył się na bóle i zawroty głowy. Lekarz wysłał go więc na szczegółowe badania, m.in. MRI mózgu, które wykryło olbrzymi guz w płacie czołowym, uciskający na podwzgórze – obszar odpowiedzialny między innymi za regulowanie zachowań seksualnych.

Po operacji zachowanie nieszczęśnika wróciło do normy. Miesiąc później zaczął jednak znowu zwracać uwagę na niedojrzałe dziewczynki. Okazało się, że pominięty podczas operacji kawałek chorej tkanki rozrósł się znowu w znaczący guz, po którego usunięciu mężczyzna znów wrócił do zdrowia i normalności.

Czy napastując swoją córkę, mężczyzna był sobą? A jeżeli nie, czy guz potrafi odebrać nam wolną wolę? Pożądanie, jakie miotało nim pod wpływem choroby, było patologiczne – ale czy przez to mniej autentyczne od nie mniej silnych namiętności, które stają się udziałem każdego z nas?

Nasze żądze sterowane i wywoływane są przez hormony oddziałujące na neurony podwzgórza. Czy możemy więc wierzyć, że obdarzeni jesteśmy wolną wolą? Czy nasze uczucia są prawdziwie nasze, czy to tylko wyraz szalonego tańca neuroprzekaźników?

Czy istnieje jakaś niezmienna część naszej osobowości, czy też wszystko – od tęsknoty i smutku po radość, pasję i pożądanie – jest nam narzucone „z zewnątrz” i zależy od chemicznej równowagi naszych mózgów? Na czym opiera się nasze człowieczeństwo?

 Depresja i drożdże

Karolina z Warszawy bardzo ciężko przeżyła śmierć ojca. Nikt się temu nie dziwił, ale gdy żałoba z czasem zaczęła się pogłębiać, zamiast wygasać, a w końcu przeszła w ciężką depresję, matka zabrała córkę do specjalisty. Ten w pierwszej kolejności zalecił chorej picie mikstury na bazie zwykłych drożdży piekarskich. Mętny koktajl o podejrzanym zapachu postawi  ją na nogi i przywróci równowagę w ciągu niecałego tygodnia.

Czym więc była jej rozpacz? Tęsknotą za utraconym rodzicem czy objawami ostrego niedoboru witaminy z grupy B?

 Klucz na wyspie

Kiedy Robert z Kalifornii po raz drugi wylądował w szpitalu po udarze mózgu, jego żona gotowa była wytoczyć najcięższe działa, z groźbą rozwodu włącznie, by tylko zmusić męża, by tym razem postarał się rzucić palenie. Palenie? Ja palę? W ogóle nie myślałem o papierosach, ani przez chwilę – nie krył zdumienia chory – całkiem o tym zapomniałem. Wylew uszkodził mu niewielki, podobny kształtem do suszonej śliwki obszar w mózgu. Skutek był zdumiewający – Robert został w cudowny sposób uleczony z nałogu. Badanie rezonansem magnetycznym wykazało, że wylew uszkodził Robertowi część kory mózgowej zwanej „wyspą”. Prowadzący pacjenta amerykański neurolog Antoine Bechara przebadał pod tym kątem kilkadziesiąt innych osób po wylewie. Ci, u których uszkodzenie dotykało wyspy, zapominali o nałogu. Elektryzująca wiadomość obiegła świat na początku lutego, niosąc nadzieję na opracowanie nowej terapii dla palaczy i zwróciła zainteresowanie neurologów na obszar „wyspy”. Dziś neurolodzy twierdzą zgodnie, że to tam leży klucz do zrozumienia, co to znaczy być człowiekiem.

To ta część mózgu odpowiada za emocje, żądze i obrzydzenie, dumę i poczucie poniżenia, tam rodzi się wina i chęć poniesienia pokuty, moralność i empatia.

Wyspa odbiera sygnały z organizmu, takie jak głód czy nienasycenie, i każe nam sięgnąć po kanapkę czy papierosa. Rejestruje nasz stan psychiczny. To ten obszar „rozświetla się” w badaniach rezonansu magnetycznego mózgu, gdy czujemy ból, głód, empatię, słuchamy dowcipów czy oceniamy zniechęcenie rysujące się na twarzy naszego rozmówcy.

Uszkodzenia wyspy prowadzić do apatii, utraty libido i... utraty umiejętności odróżniania świeżego od zepsutego pożywienia.

 Wyspy zapomniane

Obszar ten był długo ignorowany przez neurologów. Dlaczego? Po pierwsze ze względu na umiejscowienie głęboko w mózgu – ich badanie umożliwiła dopiero nowoczesna technika medyczna. Po drugie – wyspy (bo mamy po dwa takie obszary, w prawej i lewej półkuli mózgowej) były uważane dotąd za prymitywną część mózgu, związaną jedynie z instynktownymi zachowaniami, takie jak zaspokajanie głodu czy seks. „Ambitniejsi neurolodzy woleli zajmować się dotąd wyższymi, bardziej świadomymi partiami mózgu” – tłumaczy John Allan z California Institute of Technology.

Wyspy wyszły z cienia dziesięć lat temu, dzięki pracom Antonia Damasio z Kalifornii, który twierdził, że zdolności do logicznego myślenia nie sposób oddzielać od najbardziej podstawowych emocji i uczuć. Obszarami mózgu, które integrują naszą świadomość, miały być według niego właśnie wyspy.

 Ludzie, słonie, wieloryby

Ale zaraz, zaraz! Przecież inne zwierzęta też mają analogiczne obszary w mózgu. Zgoda, ale nasze wyspy człowieczeństwa są jedyne w swoim rodzaju. Po pierwsze, są inaczej zorganizowane. Wyspa w naszej prawej półkuli jest wielka. Zbiera ona informacje o stanie organów wewnętrznych i interpretuje jako emocje. Zły zapach może zostać odczytany jako obrzydzenie, dotyk ukochanej osoby – jako rozkosz. Druga fundamentalna różnica polega na obecności w tym obszarze mózgu specyficznych komórek VEN, występujących jedynie u ludzi, waleni i być może u słoni. Nasze nietypowe wyspy pozwalają nie tylko czuć, ale i przewidywać. To cecha typowo ludzka. I – co ciekawe – to cecha nie tylko naszych umysłów, ale i ciał. O co chodzi? Jeśli pada deszcz i jest zimno, to wiem, że zmarznę. Ale wie to także moje ciało: serce zaczyna intensywniej pompować krew i metabolizm rośnie, zanim jeszcze wyjdę na dwór.

Odnalezienie wysp człowieczeństwa wlewa w serce otuchę. Skoro już podejrzewamy, że tam może być ukryte nasze człowieczeństwo, łatwiej przyjdzie nam go bronić przed zakusami Władców Marionetek, a więc wszelkich czynników, które – jak np. choroba – mogą zakłócić właściwą pracę mózgowych neuronów.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Migrena – trzeba ją leczyć. Są na to sposoby

Ktoś ma jeden napad migreny w miesiącu. Mało. A co, jeśli ten ktoś jest aktorem i musi wyjść na scenę? Migrenę trzeba leczyć. (Fot. iStock)
Ktoś ma jeden napad migreny w miesiącu. Mało. A co, jeśli ten ktoś jest aktorem i musi wyjść na scenę? Migrenę trzeba leczyć. (Fot. iStock)
Tak wygląda mózg migrenika. Jedna sucha gałązka może wywołać wybuch płomieni. Trzeba dojść, co dla ciebie jest tą gałązką – mówi dr Anna Błażucka, neurolog zajmująca się leczeniem migren.

Czym właściwie jest migrena?
Migrena to cierpienie. Ciężka choroba. Jeden z częstszych i najsilniejszych bólów głowy, słabszy tylko od bólów klasterowych. Nasila się podczas zwykłych codziennych czynności. Chory w trakcie napadu myśli tylko o tym, by położyć się w cichym, ciemnym pomieszczeniu i żeby wszyscy dali mu spokój. Nie sposób otworzyć oczu, bo ból się nasila. Towarzyszą mu nudności, czasami wymioty, światłowstręt, nadwrażliwość na dźwięki i zapachy. Ból ma charakter pulsujący, rozdzierający, jakby ktoś walił nas po głowie 50-kilogramowym młotem. Najczęściej obejmuje połowę głowy, choć wraz z rozwojem napadu może się rozszerzać na całą. Napad może trwać kilka dni, nawet jeśli ból po lekach ustępuje; migrena ma cztery fazy, ból to tylko jedna z nich. Problemem jest to, że migrena nie jest postrzegana jako ciężka choroba przez osoby, które same nie chorują albo nie mają chorych w otoczeniu. Dużo złego zrobiły tu naleciałości kulturowe.

Choroba „histeryczek”...
Pamiętamy z „Nad Niemnem” Emilię Korczyńską z jej „globusem”. Każdego normalnego człowieka boli głowa, a migreny mają arystokraci – taka jest utrwalona kulturowo opinia. Migrena bywa traktowana jako ucieczka przed pracą, przed życiem. Każdego kiedyś bolała głowa i jeśli był to ból typu napięciowego, czyli o niewielkim natężeniu, na cudzy ból patrzymy przez pryzmat swojego. Myślimy: „Przesada, to się przecież da wytrzymać”.

A w rzeczywistości to choroba, która wyłącza z życia. Nie można nic zaplanować, urlop kończy się tym, że wszyscy chodzą na palcach, bo mama leży z migreną. Nie zawsze da się pojechać tam, gdzie chcemy, bo na przykład w górach osoby z migreną gorzej się czują. Zmiana stref czasowych to także ryzyko napadu. No i praca. Nie każdy pracodawca zrozumie, chory często bierze urlopy, bo trudno przy każdym napadzie migreny iść do lekarza. A nawet jeśli do pracy przyjdziemy, a czasem po prostu inaczej nie można, niewiele jesteśmy w stanie zrobić. Osoby chore częściej też zapadają na depresję. W dodatku rujnują sobie zdrowie, bo bez przerwy biorą leki przeciwbólowe. Błędne koło.

I życie w stresie…
Tak, w oczekiwaniu na kolejny napad.

Czy każdą migrenę poprzedza tak zwana aura?
Migrena przebiega w czterech fazach, ból głowy to trzecia z nich. Faza druga, poprzedzająca ból głowy, to aura, występuje u 30 proc. pacjentów. Najczęściej jest aura wzrokowa – migoczące mroczki, zniekształcenia obrazu, zmniejszenie albo powiększenie otaczających przedmiotów. Może być aura czuciowa – drętwienie zaczynające się od palców, obejmujące całą kończynę, twarz i język. Zdarzają się też niedowłady, zaburzenia mowy, co jest dla pacjentów przerażające – boją się, czy to nie udar. Aura trwa od pół godziny do godziny, potem zaczyna się ból. Czasami aura i ból dobę czy dwie wcześniej poprzedzone są objawami zwiastującymi. To pierwsza faza migreny: niepokój, rozdrażnienie, coś, co przypomina zespół napięcia przedmiesiączkowego. Natomiast po bólu głowy jest faza ponapadowa – pacjenci często wiążą ją z lekami i może tak być, ale to czwarta faza migreny: uczucie zmęczenia, słabości, senności.

Znamy przyczyny migreny?
Bóle głowy dzielimy na pierwotne i wtórne. Pierwotne to takie, których przyczyny nie znamy. Wtórne powstają w przebiegu innych chorób, internistycznych czy neurologicznych. Migrena i napięciowe bóle głowy zaliczamy do pierwotnych. Przyczyna oczywiście jest, ale my dostępnymi narzędziami nie potrafimy jej zbadać. Na dziś wiemy, że migrena to wielogenowa choroba genetyczna.

Przyczyn migreny nie znamy. Ale wiemy, co może ją wywołać?
Tak, są czynniki prowokujące. U osoby chorej na migrenę wywołają napad, u zdrowej nie spowodują żadnych zmian samopoczucia. Tych czynników znamy wiele i od razu podkreślę: chory nie jest podatny na wszystkie. Są czynniki niezależne od nas – takie jak pogoda. Migrena jest chorobą sezonową, nasila się wiosną i jesienią. Mówi się, że wywołuje ją halny w górach – ale tu nie o wiatr chodzi, lecz o gwałtowne zmiany ciśnienia. Są też czynniki, które zależą od nas, w tym od tego, co jemy. Do sztandarowych pokarmów wysokiego ryzyka należą: żółte sery, czerwone mięso, glutaminian sodu, orzechy, czekolada, alkohole – najczęściej czerwone wino. Ale u każdego może być co innego, także cokolwiek spoza tej grupy. A bywa i tak, że żaden pokarm napadu nie wywołuje. Są osoby chore na migrenę, które mogą pić czerwone wino, są i takie, które powąchają alkohol i mają napad. Problemem może być odwodnienie. Głodzenie – migrena go nie lubi. Stres, ale i odpoczynek po stresie. Zmiany rytmu dobowego, stref czasowych, zbyt krótki albo zbyt długi sen. Jest tak zwana migrena weekendowa związana ze zbyt długim spaniem właśnie. Nieodpowiedni, zbyt intensywny wysiłek fizyczny albo odpoczynek po wysiłku. U kobiet może też być cykl hormonalny, okres okołoowulacyjny albo okołomiesiączkowy.

Migrena to choroba nieuleczalna. Jednak możemy sobie pomóc. Jak?
Migreny nie zlikwidujemy, ale możemy skutecznie ją kontrolować. Leczenie ma na celu doprowadzić do tego, że napady ustąpią albo będzie ich mniej, albo będą słabsze, albo będą dobrze reagowały na leki przerywające ból.

Od czego pani zaczyna, kiedy przychodzi pacjent i mówi, że ma napady migreny?
Przede wszystkim muszę się dowiedzieć, czy to rzeczywiście migrena. Czyli: charakterystyka samego bólu głowy, jego lokalizacja i charakter, objawy towarzyszące. Czy migrena występuje coraz częściej, czy jest stabilna. Czyli czy napad jest jeden, czy dwa w ciągu miesiąca i od kilku lat tak samo, czy, powiedzmy, od pół roku więcej. A może zaczęła się gorsza reakcja na leki? Może napady coraz dłużej trwają?

Migreny dzielimy na epizodyczne i przewlekłe. Ważne, ile jest napadów w ciągu miesiąca, jak długo trwają, ile dni z bólem w ciągu miesiąca, czy występuje tylko jeden rodzaj bólów głowy. W jaki sposób napady bólu głowy są leczone, w jakich dawkach, czy leki przerywają napad, czy tylko zmniejszają natężenie bólu na kilka godzin. Jakie było leczenie w przeszłości. Często pacjent mówi: „Ja już byłem leczony wszystkim”. Ale kiedy się dopytuję, to okazuje się, że nie były to leki właściwe dla leczenia migreny. Albo stosowane w zbyt małych dawkach, takich, które nie mają prawa pomóc. W zależności od tych wszystkich danych zaczynamy rozmawiać o leczeniu.

Czy zaleca pani na przykład tomografię, żeby wyeliminować inne ewentualne przyczyny bólu, jak torbiele czy guzy?
W zaleceniach nie ma konieczności wykonywania tomografii ani rezonansu, migrena jest pierwotnym bólem głowy, więc my nic w tej głowie nie znajdziemy. Czasami w rezonansie opisane są drobne zmiany naczyniowe – ale u osób zdrowych też się takie zdarzają. Przyznam się jednak, że ja, jeśli pacjent badań obrazowych nie miał, na ogół je zlecam. Bo jeśli kogoś często i mocno boli głowa, to po prostu boi się, czy nie ma guza. I wynik badania go uspokoi.

Wywiad – i co dalej?
Wyjaśniam, jakie są możliwości i zasady leczenia. To ważne, bo inaczej leczymy, kiedy są jeden, dwa czy trzy napady w ciągu miesiąca, inaczej, jeśli jest ich więcej, a w dodatku takich, które nie ustępują pod wpływem leków. Dysponujemy leczeniem przerywającym napad migreny i leczeniem profilaktycznym. Przy małej liczbie napadów możemy zastosować tylko leczenie przerywające napad bólu – poszukać leków, pod których wpływem ból ustępuje w ciągu godziny, a najdalej trzech. Ważne też, by przyjąć leki od razu, kiedy tylko pojawia się ból. I w odpowiedniej dawce. Zazwyczaj w dolegliwościach bólowych zalecane jest dawkowanie dwa czy trzy razy dziennie po tabletce. W migrenie jest inaczej – na samym początku dwie, trzy tabletki, w zależności od preparatu. No i kwestia, jaki to powinien być lek. Ludzie często biorą leki z kodeiną. A ona nie jest wskazana – choć w danej chwili zadziała, prowokuje następne bóle głowy. Ułatwia też przejście migreny w przewlekłą oraz w powstanie polekowych bólów głowy.

Trudność zwiększa to, że pacjent poza migreną może mieć „zwykłe” bóle głowy, takie, które, jak mówi, „same przechodzą”. I wtedy na początku bólu nie wie, czy to migrena, czy nie. A czekanie, w jaki sposób ból się rozwinie, to już opóźnienie leczenia. To jedna pułapka. A druga – nadużywanie leków przeciwbólowych, które powoduje powstanie polekowych bólów głowy oraz transformację migreny w przewlekłą, czyli występującą przez co najmniej 15 dni w miesiącu, z czego osiem to migrena. Uważa się, że przy bólach głowy można przyjmować osiem do dziesięciu tabletek miesięcznie. Jeśli bierzemy leki z powodu bólu kolana, to nie wyindukujemy sobie polekowych bólów kolana. A u osób z migreną leki przeciwbólowe wywołują polekowe bóle głowy. Po jakimś czasie przychodzi pacjent i mówi, że głowa boli go codziennie i codziennie bierze kilka tabletek, a i tak jest coraz gorzej. Bierze, bo musi, inaczej nie jest w stanie funkcjonować. I koło się zamyka.

Chorzy na forach migrenowych piszą, że biorą dziennie opakowanie leków...
Kiedy człowiek jest młody, nie myśli, że w dłuższej perspektywie jest to niebezpieczne dla wątroby, nerek, serca, układu krwiotwórczego. Oczywiście organizm ma zdolności do regeneracji. Jednak gdy bierzemy leki miesiącami czy latami, to prędzej czy później doprowadzimy do jego uszkodzenia.

Leczenie migreny epizodycznej polega, jak pani powiedziała, na przerywaniu napadu. Ale jest i leczenie mające na celu niedopuszczanie do napadów. Co to takiego?
To leczenie profilaktyczne, które polega na codziennym przyjmowaniu leków. Pacjenci często się tego boją, bo to między innymi leki przeciwpadaczkowe i przeciwdepresyjne. W powszechnej opinii „ogłupiają, otępiają, uzależniają”. Oczywiście, każdy lek może wywołać objawy uboczne, ale to nie chemioterapia choroby nowotworowej, szukamy więc odpowiednich leków dla konkretnego pacjenta, skutecznych i dobrze tolerowanych. Mamy w czym wybierać, jeśli odpowiednio je dobierzemy, będą pozwalały normalnie żyć.

Trudność polega na tym, że efektów nie widać od razu. Trzeba dojść do odpowiedniej dawki, co trwa kilka tygodni, następnie odczekać co najmniej miesiąc, by ocenić, czy leczenie działa, czy trzeba szukać innych środków.
Leczenie profilaktyczne jest obowiązkowe w przypadku dużej liczby napadów i w migrenie przewlekłej. Najlepiej zaczynać je wcześnie, gdy w ciągu miesiąca występują trzy, cztery, pięć napadów migreny. Później – to kiepska wiadomość – będzie ono mniej skuteczne, bo już mamy migrenę rozwiniętą, oporną na leczenie.

Czasem decyzja o leczeniu profilaktycznym to indywidualna kwestia. Powiedzmy, że ktoś ma jeden napad migreny w miesiącu. Można z tym żyć. Ale ten ktoś jest, dajmy na to, sędzią albo aktorem teatralnym. I musi przyjść na rozprawę albo wyjść na scenę, czy boli, czy nie. To, moim zdaniem, może być wskazaniem do włączenia terapii.

A jeśli działa, to jak długo trwa kuracja?
Co najmniej rok. Później możemy próbować odstawiać albo zmniejszać dawkę. To leczenie jest bezpieczne. Z kolei lekami, które z definicji przeznaczone są do stosowania przewlekłego, jak padaczka czy depresja – tu często terapia trwa do końca życia. Nie zawsze jest tak, że napady ustaną, ale będą zdecydowanie rzadsze albo krótsze, albo leki przeciwbólowe będą skuteczniejsze. Bo jedno drugiego nie wyklucza – jeśli w trakcie leczenia profilaktycznego mamy napad, możemy stosować leki przeciwbólowe.

Ale poza tabletkami mamy też inne możliwości?
Tak. Leczenie botoksem. Toksyna botulinowa jest skuteczna nawet u 50 proc. osób po pierwszym podaniu. Pierwsze efekty obserwujemy po dwóch tygodniach do miesiąca. Szybciej niż przy farmakoterapii. Pierwsze trzy dawki podajemy co 12 tygodni, potem w zależności od potrzeb raz na rok, pół roku lub co trzy miesiące.

Toksyna jest stosowana w medycynie estetycznej. Jaki jest jej mechanizm działania w leczeniu migreny?
Nie ma to nic wspólnego ze zmniejszaniem napięcia mięśniowego, co wykorzystuje się w medycynie estetycznej i w neurologii, w leczeniu dystonii. Tam rozłącza się nerw od mięśnia, tu wykorzystuje się przeciwbólowe działanie toksyny. Znamy kaskadę zdarzeń napadu migreny: z ośrodka bólu w głębi mózgu propagacja na obwód, na opony mózgowe i naczynia. Rozszerzenie naczyń i tak zwane neurogenne zapalenie naczyń powoduje ból. Tak jakby w środku mózgu rozpalało się nam powoli ognisko. Napad migreny wynika z pobudzenia nerwu trójdzielnego unerwiającego całą głowę, to główny nerw czuciowy, jego zakończenia wychodzą na skórę. Toksynę podajemy w okolice zakończeń nerwu trójdzielnego, żeby transportem wstecznym wzdłuż nerwu wyłączyć „generatorek bólu” w środku mózgu.

Dla kogo jest taka kuracja?
Toksyna jest zarejestrowana do leczenia migreny przewlekłej, uważa się też, że może być skuteczna w migrenie epizodycznej z dużą częstotliwością napadów. Leczenie botoksem jest bezpieczne, ma mało ograniczeń. Substancja działa miejscowo, nie wchłania się, a po 12 godzinach od podania jest rozkładana. Problem to niewłaściwe leczenie toksyną stosowane w wielu gabinetach. Na rynku istnieją co najmniej trzy toksyny i to są trzy różne leki. Tylko jedna – toksyna botulinowa typu A – zarejestrowana jest w leczeniu migreny. Podawać ją trzeba w określony sposób. To schemat PREEMP, od 155 do 195 jednostek – od 1,5 do 2 ampułek. Niestety, lekarze robią to według uznania, na przykład podają według schematu stosowanego w medycynie estetycznej, w złej, czyli zbyt małej, dawce. Albo stosują inny preparat. To rzadko bywa skuteczne, ale chory nie jest w stanie tego zweryfikować. Efekt: nie pomogło. I w świat idzie informacja, że botoks nie działa. Warto pytać lekarza o rodzaj preparatu i dawkę oraz o certyfikat umiejętności podawania toksyny, każdy z nas taki otrzymał.

Są jeszcze jakieś metody leczenia?
Przeciwciała monoklonalne. I jest to na dziś najskuteczniejsze. U osób z migreną stwierdzono w mózgu wysokie stężenie białka CGRP, a w momencie napadu migreny następuje jeszcze wyrzut tego białka. Przeciwciała monoklonalne blokują ten nadmiar. Zastrzyk podaje się raz w miesiącu. Pierwsze efekty są po dwóch tygodniach do miesiąca. Problemem jest cena.

Leczenie nie jest refundowane?
Żadne leczenie migreny nie jest refundowane. Ministerstwo Zdrowia odrzuciło właśnie wnioski. Argument: nie wiemy, ilu jest chorych, bo nie ma spójnych badań epidemiologicznych, migrena to choroba, „której nie da się zmierzyć”, trudno też ocenić skuteczność leczenia. A koszty są wysokie. Toksyna to 2–2,5 tysiąca złotych co 12 tygodni, przeciwciała – 2–3,5 tysiąca złotych co miesiąc. To za dużo dla przeciętnego pacjenta. Tymczasem w migrenie przewlekłej, „uzłośliwionej”, tak naprawdę nie ma innej terapii, bo leki są mało skuteczne.

Jak możemy sobie pomóc trybem życia?
Mózg migrenika to mózg uporządkowany. Lubi regularny sen, pobudki o jednej porze, regularne posiłki, unikanie pokarmów prowokujących napady, pilnowanie nawadniania organizmu. To pomaga, ale nie gwarantuje, że napadów unikniemy. Na początku leczenia wskazane jest prowadzenie dzienniczka. Zapisywanie, co się zjadło, co się wypiło, czy bolała głowa, ile czasu, jakie braliśmy leki, co się wydarzyło poprzedniego dnia. Są specjalne aplikacje, nie musimy notować w zeszycie. Możemy w ten sposób znaleźć prawidłowość, z której nie zdawaliśmy sobie sprawy.

Mózg migrenika możemy porównać do żarzącego się ogniska. Napad migreny to wybuch płomieni. W leczeniu chodzi o to, żeby jak najsłabiej się żarzyło. Bo jeśli żar jest duży, to nawet jedna gałązka może sprawić, że płomienie skaczą do góry. Każdy musi sam dojść do tego, co u niego jest tą gałązką.

Czy każdy lek przeciwbólowy jest w migrenie skuteczny?
Na jednych działa paracetamol, na innych ketoprofen, kwas acetylosalicylowy, ibuprofen czy naproksen. U niektórych skuteczny będzie paracetamol z kofeiną, u innych kofeina nasili ból. Kodeina przerywa napad, ale na dłuższą metę nie jest wskazana. No i są tryptany – mamy ich pięć. I nie jest tak, że jeśli dla kogoś jeden lek z tej grupy będzie nieskuteczny, to żaden nie zadziała. Trzeba wypróbować wszystkie.

Migreników przybywa?
Na pewno zaczyna się coraz więcej mówić o migrenie, więc nie wiadomo, czy przybywa chorych, czy precyzyjniej ich diagnozujemy. Nowe sposoby leczenia znane są od niedawna. I ciągle jeszcze funkcjonuje przekonanie: „Taka już pani/pana uroda”. To błędne myślenie. Migrenę trzeba leczyć.

Dr n. med. Anna Błażucka, specjalista neurolog, kierownik Instytutu Diagnostyki i Leczenia Bólu w Warszawie, zajmuje się między innymi leczeniem bólów głowy, polineuropatii, fibromialgii, bólów kręgosłupa.

  1. Styl Życia

Jacek Poniedziałek – po prostu życie

Jacek Poniedziałek:
Jacek Poniedziałek: "Odnalazłem równowagę. Nie potrzebuję euforii, żeby czuć zadowolenie z każdego dnia. Cieszę się małymi rzeczami". (Fot. Monika Stolarska)
Niespokojny duch. Lubi prowokować i eksperymentować. Jacek Poniedziałek gra w teatrze i kinie, tłumaczy i reżyseruje. W swoim szczerym do granic przyzwoitości, a nawet bardziej, „(nie)dzienniku” opisuje, jak pokonał uzależnienie i odzyskał radość z bycia sobą.

Ile to już dni trzeźwości?
Rok, dwa miesiące i dwa tygodnie.

„(Nie)Dziennik” miał pewnie funkcję auto-terapeutyczną?
Tak, był zamknięciem pewnego etapu w życiu.

Nie boisz się, że uzależnienie od alkoholu i narkotyków to choroba, która wraca?
Pamiętam bardzo dobrze siebie sprzed ponad roku i to, jak się czułem, jak wyglądałem i jak funkcjonowałem wśród ludzi i w pracy. W tej chwili nie mam potrzeby, żeby do tego wrócić. Nauczyłem się też paru skutecznych sposobów, żeby przechytrzyć głody. Na przykład wizualizuję sobie siebie nie w stanie spełnienia i szczęścia, tylko w stanie upadku, kiedy bełkoczę i jestem takim zdechłym wrakiem leżącym w kącie, który budzi tylko uczucie żałości. Nikt nie lubi tak się czuć. To po pierwsze. Po drugie, wiem, że nie jestem od tego wolny i bardzo łatwo mógłbym w to wpaść ponownie. Jestem też w trakcie długoterminowego leczenia. Biorę delikatny antydepresant, który bardzo mi pomaga. Odnalazłem równowagę. Nie potrzebuję euforii, żeby czuć zadowolenie i radość z każdego dnia. Cieszę się małymi rzeczami.

Marek Edelman w jednej z rozmów z Beresiem i Burnetką na pytanie o to, co jest najważniejsze w życiu, odpowiada, że po prostu życie. To brzmi dość makatkowo i można się z tego śmiać, dopóki się tego nie doświadczy. Dla mnie to najtrafniej dotknięty opis fenomenu życia, z jakim się spotkałem.

Jacek Poniedziałek: 'Nasza cywilizacja jest cywilizacją obrazka. Każdy chce być atrakcyjny, ja też. Mój przypadek polega na tym, że się tego nie wstydzę'. (Fot. Monika Stolarska)Jacek Poniedziałek: "Nasza cywilizacja jest cywilizacją obrazka. Każdy chce być atrakcyjny, ja też. Mój przypadek polega na tym, że się tego nie wstydzę". (Fot. Monika Stolarska)

Skąd wziął się pomysł na prowadzenie dziennika?
Reżyser teatralny Krzysztof Garbaczewski poprosił mnie o napisanie wariacji na temat „Tajnego dziennika” Mirona Białoszewskiego, zwłaszcza jego fragmentu nowojorskiego. Robiliśmy wtedy, właśnie w Nowym Jorku, polsko-amerykański projekt oparty na poezji Białoszewskiego i Allana Ginsberga. Moje pisanie chciał wykorzystać w przedstawieniu, ale się z tego wycofał i te zapiski pozostały w moim kompie. Nie miałem zamiaru tego ciągnąć, ale po powrocie ze Stanów skontaktował się ze mną redaktor z wydawnictwa W.A.B. i złożył mi propozycję, żebym kontynuował. Zgodziłem się bez wielkiej wiary, że to wydam i że to będzie interesujące. Na początku nie widziałem w tych notatkach wyraźnego kierunku, wewnętrznego nurtu, który stanowiłby o ich sile, dlatego często porzucałem tę robotę. Po kilku miesiącach, wracając do tekstu, zacząłem z niepokojem obserwować, jak często pojawiają się tam stany nieważkości.

Zorientowałeś się, że jesteś uzależniony, czytając swoje notatki?!
Tak to niestety było. Kilkanaście lat żyłem dosyć ostro, ale też bez przesady, to nie jest tak, że byłem non stop napruty. Bo ja jestem neurotykiem i też histerycznie o siebie dbam. Zdawałem sobie sprawę, że mam problem, ale jednocześnie gdzieś to wypierałem. I skuteczne zapominałem. Tak działa jeden z najważniejszych mechanizmów uzależnienia: mechanizm iluzji i zaprzeczeń. Parę dni jesteś trzeźwy i od razu wydaje ci się, że stany upojenia to są tylko epizody. Dopiero po lekturze moich zapisków dotarło do mnie, że pod wpływem jestem o wiele, wiele za często. My się lubimy oszukiwać i czasami oszukujemy się skutecznie. Mój brat, który umierał na marskość wątroby w strasznych mękach, przez ostatnie dwa, trzy lata życia, mimo że nie był w stanie zerwać z alkoholem, w rozmowach z nami z najświętszym przekonaniem mówił, że kontroluje sytuację.

Jednak dziennik to nie był jedyny powód, dla którego zdecydowałem się na terapię. Drugim było kilka z rzędu stanów urwanego filmu, co mnie przeraziło, bo ja nie lubię tracić kontroli. Nie lubię nie wiedzieć, co się ze mną dzieje, a to były czasem wielogodzinne epizody blekautu. I to mnie przeraziło, że ja sobie albo komuś zrobię krzywdę, nawet o tym nie wiedząc. Funkcjonujesz wśród ludzi, rozmawiasz, pijesz, stawiasz, żartujesz, tańczysz, ale w ogóle o tym nie wiesz, nic potem nie pamiętasz, ani minuty.

Dosyć niesamowite.
Trochę jak lunatyzm. Wtedy zdecydowałem się na terapię w zamkniętym ośrodku. I tam zrozumiałem, że ta książka musi mieć jakiś głębszy sens, nie może być tylko zbiorem historii o imprezach, chłopakach, ćpaniu, piciu czy też o filmach i książkach, które mi się podobają. Interesująca będzie tylko wtedy, jeśli dam w niej świadectwo głębokiego, ale w gruncie rzeczy budującego doświadczenia, którym jest trzeźwienie. Taki problem jak ja mają miliony ludzi w naszym kraju i mogą w mojej historii odnaleźć też siebie. Nie napisałem tego z intencją, żeby innym pomagać, ale jeśli ten dziennik pomoże choć jednej osobie, nie posiadam się ze szczęścia.

Wspomniałeś, że dzięki zapiskom w dzienniku zauważyłeś swoje uzależnienie. A nie miałeś wcześniej sygnałów od przyjaciół, bliskich?
Byłem – choć od kilku lat pracuję nad sobą i to się zmieniło – wybuchowy, impulsywny, niecierpliwy. Nie słuchałem, narzucałem swoje zdanie, często nie mając o tym pojęcia. To się wiązało z emocjami, które w terapii nazywa się stanami głodu. Kiedy pojawia się gniew, to on jest sygnałem podwójnym. Pojawia się po to, żeby się nachlać albo naćpać i żeby się znieczulić, a z drugiej strony jest sygnałem od organizmu, że powinieneś coś zrobić, bo masz jakiś nierozwiązany problem.

W programie 12 kroków AA jest przekaz o odpowiedzialności wobec innych za swój nałóg i wyrządzone przez siebie krzywdy. Czy ty zdobyłeś się na przeprosiny?
To było trudne. Pod koniec odwyku zostałem poproszony przez terapeutów o wybaczenie mamie, o napisanie do niej listu. Mama już wtedy nie żyła, umarła w 2016 roku. Kiedy pisałem ten list, który przybrał formę wiersza, litanii przebaczenia, pojawiły się w nim także kobiety z mojego teatralnego środowiska, które kiedyś zraniłem i którym okazałem brak cierpliwości. Niekontrolowane wybuchy złości itd. Dokonałem ekspiacji i tę litanię wysłałem do wszystkich tych kobiet i innych osób, z którymi pracuję w teatrze.

Jak to przyjęto?
Bardzo pięknie. Napisali do mnie bardzo osobiste i pełne empatii wiadomości. Między innymi o tym, że już dawno temu mi wybaczyli, że widzą i rozumieją moją mękę. Jak dokona się takiego aktu ekspiacyjnego i przeprosi się za swoje błędy z całego serca, to niemal nie zdarza się, żeby ci ktoś nie wybaczył, żeby nie zareagował w sposób, który buduje, otwiera serce i wywołuje łzy. To są łzy ulgi.

Podczas lektury „(Nie)Dziennika” znalazłem kilka fragmentów typu: „Już nie jestem fit and hot, ale tragedii nie ma”, albo: „Patrzę na swoje zdjęcie sprzed kilkunastu, nawet kilku lat i w gardle więźnie mi rozdzierający szloch rozpaczy i żalu”. Dlaczego tak bardzo boisz się upływu czasu?
Wyjęte z kontekstu, tak się nie robi. Jestem po prostu próżny. Widzę, jak się szybko zmieniam, tu nie chodzi tylko o to, że się starzeję, ale też o to, jak widzą mnie inni ludzie. Nasza cywilizacja jest cywilizacją obrazka. Każdy chce być atrakcyjny, ja też. Mój przypadek polega na tym, że się tego nie wstydzę. Jestem seksualnym zwierzakiem, namiętnym, to jest obszar, który przez większość lat mojego życia budził moje największe zainteresowanie i ciekawość i któremu poświęcałem ogromną ilość czasu i energii. Choć teraz podejrzewam, że jak będę miał 70 lat, to już z pewnością nie będzie mi się chciało [śmiech].

Czujesz nadciągającą andropauzę?
Zobaczymy. Doceń to, że szczerze o tym piszę. Kobiety potrafią mówić i pisać o menopauzie, jak choćby Krysia Janda, bez jakiegoś wielkiego wstydu i dramatu. A u mężczyzn ten temat jest tabu. To się wiąże z niewygodnym słowem „libido”. Miałem wielu partnerów, w tym trzech stałych, i wiem, że momenty braku popędu przeżywają wszyscy na każdym etapie życia, z różnych powodów, czasami ze względu na psychiczne obciążenia, lęki, zmęczenie albo stres. A mężczyźni się śmiertelnie boją o tym mówić i uważają, że to ich kompromituje.

Twój ostatni partner był od ciebie znacznie młodszy.
Tak, o 25 lat. To proste, Eros i Tanatos. Ta para w wiecznym, morderczym uścisku. Ucieczka przed śmiercią. Zawsze wybierałem młodszych partnerów. Z jednym, i to zasadniczym, wieloletnim wyjątkiem. Ale on tylko potwierdzał regułę. Ja trochę dorastałem w cieniu śmierci. Ojciec, brat, babcia, potem drugi brat. W przeszłości rodziny też wiele traum, bo to były pokolenia wojenne. To się zawsze przekazuje kolejnym pokoleniom.

Mówi się o traumie transgeneracyjnej, o dziedziczeniu traum.
Myślę, że z tego u mnie wynika ta wielka potrzeba zbliżeń cielesnych, które po prostu dają poczucie, że się żyje. Ja to tak interpretuję, a jak jest naprawdę, nie wiem.

Z tego, co piszesz, wyziera poczucie odrzucenia, nawet ze strony matki. Niby wiesz, że ona cię kocha, ale się jakoś mijacie.
Nie potrafiliśmy rozmawiać. Jak patrzę na młodszych ludzi, którzy nie mogą się dogadać ze swoimi rodzicami, to myślę sobie, że to jest w gruncie rzeczy takie proste i jednocześnie najtrudniejsze. Bo trzeba zejść trochę ze swojego ego, tej źle pojętej niezależności. Często nie dopuszcza się tej matki, która jest prosta, nie rozumie niuansów, nie posługuje się tym samym językiem i cały jej światopogląd jest zlepkiem tego, co usłyszy w telewizji albo jej powie sąsiadka. Ona miała tyle niepokoju związanego ze mną, jak się dowiedziała, że jestem gejem. Jak znikałem z telewizji na jakiś czas, to się martwiła. Ten lęk natychmiast wywoływał we mnie złość. Nie potrafisz wtedy zrezygnować ze swojej upiornej, źle pojętej dumy, to chyba na tym polega. Brakuje nam pokory i dlatego nie potrafimy rozmawiać z rodzicami. Widzimy w nich już tylko sędziów, wrogów, zamiast zobaczyć w nich człowieka, który właśnie w taki sposób wyraża miłość i troskę.

Twój rozwój zawodowy jest dowodem na to, że wciąż chcesz pokazać coś więcej. I nie chodzi tylko o ambitne wyzwania aktorskie, zacząłeś tłumaczyć, reżyserować. Może twoje dzieciństwo jest nie tylko kłębkiem bólu, ale dało ci też napęd?
Może. Ale to nie jest tak, że chciałem coś pokazać czy udowodnić, tylko wyrwać się z paraliżu otoczenia, chodziło o wolność. Jak poznałem Korę, mając 17 lat i będąc jeszcze nieukształtowanym chłopakiem, to zafascynowała mnie kondycja artysty. Tryb dnia, sposób życia, pewnego rodzaju nieregularność, swoboda.

Pamiętam taki obrazek z dzieciństwa. Gdy mama chciała się dobudzić przed pójściem na nocną zmianę do pracy, zawsze prosiła mnie, żebym zmielił jej kawę. Uwielbiałem to robić. Mieliśmy stary, brązowy ręczny młynek do kawy. Do dziś pamiętam ten zapach. Zalewałem jej tę kawę gorącą wodą, robiłem taką plujkę, a ona ją piła i szła do pracy. To ładne wspomnienie, ale wiąże się z tym kieratem fabryki, roboty w określonych godzinach w wielkiej firmie. Nie chciałem tak skończyć. Uciekłem przed tym.

Mówiliśmy o upływie czasu. Czy kiedyś lubiłeś siebie bardziej niż teraz?
Wręcz przeciwnie. Może to jest kwestia pogodzenia ze sobą, zrozumienia swojego miejsca? Większa wiara w to, że jestem silny. Teraz wierzę, kiedy ludzie mówią mi, że mam dużą siłę, osobowość. Jako aktor i jako człowiek. Wcześniej wydawało mi się, że jestem słaby, niedoceniany, nieinteresujący. Że jeżeli mi się coś udaje, to są to fuksy, przypadki. Ambicje zawsze miałem dosyć duże, natomiast ich spełnianie szło trochę opornie. Porównywanie się z innymi przeważnie wychodziło na moją niekorzyść, aż w końcu przestałem się porównywać. Krok po kroku zrzucam z siebie te skorupy lęku i niewiary, te ostatnie lata to mi właśnie przyniosły, radość z bycia sobą.

Nie ukrywasz rozczarowania tym, jak traktuje się w naszym kraju osoby nieheteronormatywne. Masz jeszcze poczucie, że Polska to jest twoje miejsce?
Kocham Polskę i chciałbym, żeby tu było lepiej. Chciałbym zmieniać społeczeństwo u podstaw, jego mentalność, uczyć większej otwartości i empatii wobec drugiego. Takim wzorem, z którym się zetknąłem niedawno i który jest dla mnie fenomenalnym przykładem otwartości i mądrości życiowej, jest Daniel Rycharski. Ostatnio zagrałem w filmie o nim „Wszystkie nasze strachy” w reżyserii Łukasza Rondudy.

Rycharski to gej i artysta wizualny mieszkający na polskiej wsi. Jest otwarcie homoseksualny i jednocześnie bardzo wierzący, należy do ruchu Wiara i Tęcza. Z jakimś rozczulającym, nieprawdopodobnym uporem Syzyfa próbuje budować społeczeństwo otwarte w konserwatywnym środowisku wiejskim. To jest dla mnie w ostatnich latach jedna z najsilniejszych i najjaśniejszych inspiracji, żeby tutaj tkwić i budować, bo kiedy spojrzymy na historię innych krajów europejskich, choćby Irlandii, wszystko wskazuje na to, że wahadło poglądów i sympatii politycznych w końcu przechyli się w drugą stronę.

To, że jest u nas tak, jak jest, wynika z lęku, zresztą nie tylko z lęku konserwatywnej części społeczeństwa przed tą bardziej otwartą, że im coś narzuci. My wszyscy boimy się, że dostaniemy po ryju, jeśli zwrócimy się z wyciągniętą ręką do kogoś o różnym od naszego światopoglądzie. Tymczasem z moich doświadczeń wynika, że kiedy spotykasz się z człowiekiem twarzą w twarz i jesteś otwarty, szczery i nie masz w sobie agresji, a tylko słuchasz, to jest możliwe porozumienie z każdym, naprawdę.

(Fot. materiały prasowe Wydawnictwa W.A.B.)(Fot. materiały prasowe Wydawnictwa W.A.B.)

Jacek Poniedziałek rocznik 1965. Aktor, tłumacz, reżyser teatralny. Od 2008 roku w zespole Nowego Teatru w Warszawie. Grał u: Krzysztofa Warlikowskiego, Jerzego Grzegorzewskiego, Krystiana Lupy, Jerzego Jarockiego, Krzysztofa Garbaczewskiego, Michała Borczucha. Na ekranie występował między innymi w: „Rewersie”, „Ziarnie prawdy”, „Sercu miłości” i „Eterze”. Grywa także w serialach, takich jak „M jak miłość” i „Chyłka – Inwigilacja”. Jego „(Nie)Dziennik” ukazał się w marcu 2021.

  1. Psychologia

Powstał mural solidarności z osobami doświadczającymi kryzysu psychicznego

#zdrowie psychiczne ma znaczenie (Fot. archiwum Dariusza Paczkowskiego)
#zdrowie psychiczne ma znaczenie (Fot. archiwum Dariusza Paczkowskiego)
Takich ludzi spotykamy wszędzie - w pracy, w autobusie, w bloku, na ulicy, w sklepie. Nie zawsze to wiemy. Z muralu mówią do nas hasłami: „Wrażliwość jest zaletą. Psychoterapia odmieniła moje życie”, „Żyj pełnią. Kochaj, pracuj, baw się. Możesz wyzdrowieć”.

16 maja w Warszawie koło Dworca Gdańskiego miało miejsce oficjalne odsłonięcie muralu. Jest on artystycznym wydarzeniem towarzyszącym III Kongresowi Zdrowia Psychicznego, który odbędzie się 7 czerwca w stolicy. Na ścianie znalazły się portrety osób, które doświadczyły kryzysu psychicznego, aktywistów działających na rzecz zdrowia psychicznego oraz podobizna wybitnego psychiatry, prof. Antoniego Kępińskiego, autora słynnego zdania „Nie ma pacjenta, jest człowiek”. Autorem muralu jest Dariusz Paczkowski z 3Fala, prezes Fundacji Klamra, któremu przy tworzeniu dzieła pomagał sztab studentów medycyny, działających w kółkach psychiatrycznych przy Warszawskim Uniwersytecie Medycznym i Szpitalu Nowowiejskim.

„Z odwagą. Rozmowa jest jak masaż serca. Traktuj inne osoby z empatią i otwartością” (Fot. archiwum Dariusza Paczkowskiego)„Z odwagą. Rozmowa jest jak masaż serca. Traktuj inne osoby z empatią i otwartością” (Fot. archiwum Dariusza Paczkowskiego)

- Na jednym ze spotkań organizacyjnych tegorocznego Kongresu Zdrowia Psychicznego, padł pomysł stworzenia muralu. Później pojawił się Darek. Z całym ogromem swojej energii, ciepła i entuzjazmu. Stworzenie muralu. Wizualnego manifestu w przestrzeni publicznej tego o co walczymy - wspomina Maria Hołdys, studentka medycyny na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, przyszły psychiatra, twórczyni muralu. - Jestem osobą z doświadczeniem kryzysu psychicznego. Umarłam. Każdego dnia walczę o to, by żyć. Prawdopodobnie nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie pomoc, którą otrzymałam. Psychiatryczną, psychoterapeutyczną. Niezwykle ważną pomoc bliskich osób. Walczę, aby i każda osoba doświadczająca kryzysu mogła otrzymać godną pomoc. Lokalną, darmową i dostępną. Aby widziała, że zasługuje na to by ją otrzymać. Po to, by żadna osoba doświadczająca kryzysu, nie musiała dłużej bać się o tym powiedzieć. Przez stygmatyzację. Całkowicie skrzywiony, niesamowicie krzywdzący, społeczny stereotyp osób z zaburzeniami psychicznymi. Bym ja nie musiała się bać. By żadna z nas nie musiała się dłużej bać - dodaje Maria Hołdys.

„I ty możesz być wsparciem, możesz przyjąć pomoc. Masz moc sprawczą” (Fot. archiwum Dariusza Paczkowskiego)„I ty możesz być wsparciem, możesz przyjąć pomoc. Masz moc sprawczą” (Fot. archiwum Dariusza Paczkowskiego)

- Jestem na terapii od ponad roku i jestem zadowolona z efektów, uczę się pewności siebie, której mi bardzo brakuje, choć pewnie na pierwszy rzut oka tego nie widać - mówi Katarzyna Nowak, twórczyni muralu. - Chciałabym, żeby ludzie poważnie traktowali problemy psychiczne, że to nie tylko depresja, ale całe spektrum różnych zaburzeń - i że warto je leczyć, omawiać, rozmawiać o tym, że to nie jest wstyd. Że większość z nas (wszyscy?) potrzebujemy jakiejś formy terapii, mamy jakieś nieprzepracowane sprawy z przeszłości, które ciągną się za nami jak duchy - niewidzialne, ukryte. Ale są, a w razie jakiejś trudnej sytuacji w naszym życiu, niestety najprawdopodobniej zaatakują i bardzo nas osłabią. W UK młode pokolenie rodziny królewskiej (William, Harry, Kate) bardzo zaangażowało się w promocję zdrowia psychicznego - sądzę, że przede wszystkim przez wzgląd na Księżną Dianę, która cierpiała na depresję, bulimię i długo nie otrzymywała pomocy. Na Zachodzie Europy o zdrowiu psychicznym mówi się coraz więcej i jest coraz więcej otwartości w tym temacie.

Dla Katarzyny Szczerbowskiej, z Fundacji efKropka, rzeczniczki Biura do spraw pilotażu Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego, osoby sportretowanej na muralu, ta ściana to „spotkanie”. - Wystarczy przed nim stanąć, by spojrzeć w oczy osobom, które doświadczyły kryzysu psychicznego. Takich ludzi spotykamy wszędzie - w tramwaju, na swojej klatce schodowej, w pracy, na ulicy w sklepie. Tylko nie zawsze to wiemy. Tu mówią do nas hasłami zachęcającymi do otwierania się na nie i do szukania pomocy w potrzebie. Mural też przemawia do nas swoim hasłem: zdrowie psychiczne ma znaczenie. Teraz zatroszczenie się o nie jest szczególnie ważne, gdy w związku z pandemią wiele osób doświadcza lęku o bliskich i o siebie, stresu związanego z utratą pracy, niepewnością jutra. Depresja jest jednym z powikłań zakażenia wirusem COVID-19. Osoby doświadczające kryzysu żyły w ukryciu, bo zwykle stykają się z niezrozumieniem, niechęcią, odtrąceniem lub nawet wykluczeniem. A jest ich w społeczeństwie bardzo dużo - 2 miliony mieszkańców Polski cierpi na depresję, 800 tysięcy choruje na chorobę afektywną dwubiegunową, 400 tysięcy na schizofrenię, a jest jeszcze mnóstwo innych zaburzeń i trudności zdrowia psychicznego. Wiele odsłoniło twarze i mówi o swoim doświadczeniu chorowania i zdrowienia (...). Mój portret ogromnie mi się podoba. Jestem na nim szczęśliwa. Kiedy umieściłam jego zdjęcie na Facebooku, kiedy jeszcze praca powstawała, zadzwoniła do mnie moja mama i pierwszy raz powiedziała, że jest ze mnie dumna. Od 7 lat działam na rzecz osób z dotkniętych kryzysem psychicznego opierając się na własnym doświadczeniu chorowania i zdrowienia. Mama cały czas mnie wspiera ale nie raz mówiła, że się martwi tym, że ludzie mogą mnie postrzegać przez pryzmat choroby i psychiatrycznej diagnozy. A jest przecież jeszcze cała reszta. Kocham góry i czytanie książek, jestem mamą dorosłej córki, lubię gotować i patrzeć w dal na pustyni i nad morzem, przez 20 lat pracowałam jako dziennikarka i redaktorka. Nawet jeżeli w niektórzy widzą we mnie tylko chorobę, myślę, że warto się dzielić tym doświadczeniem, bo ludzie mogą dowiedzieć się, jak ono naprawdę wygląda, jak sobie z nim radzić. Cieszę się, że coraz więcej osób opowiada o tym, jak wygląda kryzys, na przykład na wykładach dla studentów medycyny i psychologii, na konferencjach poświęconych zdrowiu psychicznemu i w mediach. To pozwala zmienić stereotypy na prawdę. W sztuce ulicy niesamowite jest to, że prace artystów możemy obejrzeć w świetle dziennym, przechodząc obok nich, gdy zwykle dzieła sztuki oglądamy w galeriach i muzeach. Dariusz Paczkowski, autor muralu, stworzył piękne portrety, ta praca sprawia wrażenie trójwymiarowej. Te twarze żyją i są pełne radości. Uśmiechają się, mają blask w oczach. Chciałabym, żeby mural zarażał tą radością, skłaniał do spojrzenia na życie z optymizmem - dodaje Szczerbowska.

7 czerwca w Amfiteatrze Wolskiego Centrum Kultury w Parku Sowińskiego w Warszawie odbędzie się III Kongres Zdrowia Psychicznego. Spotkanie to nie jest konferencją naukową, a ruchem oddolnym tworzonym wspólnie przez specjalistów związanych z ochroną zdrowia psychicznego i osób z doświadczeniem kryzysów psychicznych. Jego ideą jest wypracowanie standardów, w których bezpłatna pomoc w kryzysie psychicznym jest przyjazna, szybka, jak najbardziej dostosowana do potrzeb pacjenta i obejmująca wsparciem także jego otoczenie. Kongres będzie transmitowany na żywo online z bezpłatnym dostępem.

  1. Styl Życia

Obserwacja ptaków poprawia nasz dobrostan i samopoczucie

Obserwacje ptaków pozwalają osiągnąć stan flow, czyli taki, w którym tracimy poczucie czasu, ale w pozytywnym sensie. Można je też porównać z medytacją mindfulness, czyli stanem uważności, który na tyle wyostrza zmysły, że jesteśmy w stanie doświadczać tego, co dzieje się wokół. (Fot. iStock)
Obserwacje ptaków pozwalają osiągnąć stan flow, czyli taki, w którym tracimy poczucie czasu, ale w pozytywnym sensie. Można je też porównać z medytacją mindfulness, czyli stanem uważności, który na tyle wyostrza zmysły, że jesteśmy w stanie doświadczać tego, co dzieje się wokół. (Fot. iStock)
Nie ma wątpliwości, że kontakt z przyrodą jest korzystny dla naszego zdrowia i psychiki. I nie ma co usprawiedliwiać się brakiem czasu na wyprawę za miasto. Wystarczy pójść do najbliższego parku na bezpłatną sesję ptakoterapii.

Na początku marca na stronie PAP pojawiła się depesza o czterech bocianach z okolic Siedlec, które zmierzają w stronę Polski. Dzięki nadajnikom GPS ich trasę monitorują przyrodnicy z Grupy Ekologicznej. (Kiedy oddajemy ten numer do druku, ptaki nadal są w podróży). Informację przekazałam wielu znajomym i każdego z nich ucieszyła w równym stopniu jak mnie. Czy tylko dlatego, że w zalewie doniesień o pandemii i wobec wynikającej z niej niepewności, daje namiastkę normalnego funkcjonowania? Rzeczywiście jesteśmy dziś spragnieni poczucia, że nie wszystko zależy od wprowadzania (lub nie) lockdownu, ale – jak przekonują Piotr Tryjanowski i Sławomir Murawiec w książce „Ornitologia terapeutyczna” – obserwacja ptaków poprawia nasz dobrostan w każdych okolicznościach, nawet praktykowana na balkonie!

Autorzy przywołują wyniki badań na temat znaczenia kontaktu z ptakami dla samopoczucia mieszkańców miast, przeprowadzonych na kilku uniwersytetach w Szwecji, z których wynika, że już samo słuchanie śpiewu ptaków może stymulować tworzenie dobrych wspomnień i zmniejszać poziom odczuwalnego stresu. Bez trudu przychodzi mi w to uwierzyć, skoro samo doniesienie o lecących tysiące kilometrów boćkach nie mnie jedną podniosło na duchu.

Ptasie sesje

„Początki bywają trudne. Coś przeleciało, zaświszczało, zaśpiewało. Co? Miało być tak pięknie i może nawet pięknie jest, ale nie bardzo wiadomo, co i jak. By poznać źródło dźwięku, trzeba się nieco namęczyć” – czytamy w przywołanej książce. Jeden z autorów, dr Sławomir Murawiec, psychiatra i psychoterapeuta, postrzega jednak w początkowych trudnościach pozytywy, bo satysfakcja, której doświadczymy po znalezieniu odpowiedzi, zwykle zachęca do bardziej uważnej obserwacji przyrody.

Przygodę z ptasiarstwem warto zacząć od niespiesznych spacerów po okolicy. Nawet w dużym mieście mamy szansę dostrzec kilkanaście gatunków ptaków, choć dla niewprawnego oka wszystkie mogą wydawać się podobne. Wróbel czy mazurek? Sikorka bogatka czy modraszka? Dostrzeżenie różnic to dobre zadanie na początek.

Dla niektórych przebywanie sam na sam z przyrodą może być sporym wyzwaniem, na przykład wzmagać poczucie osamotnienia (badania wskazują, że z czasem przebywanie w naturze przyczynia się do osiągnięcia stabilności emocjonalnej). Ptasiarstwo nie wyklucza jednak bycia w towarzystwie – wprost przeciwnie. Miłośników ptaków jest więcej niż może nam się wydawać (a w trakcie pandemii pewnie ich jeszcze przybyło). A więzi społeczne w grupie osób mających wspólne zainteresowania łatwiej się rodzą.

Obserwacje ptaków pozwalają też osiągnąć stan flow, czyli taki, w którym tracimy poczucie czasu, w pozytywnym sensie tego określenia. Doktor Murawiec uważa, że można je porównać z medytacją mindfulness, czyli stanem uważności, który jakby przenosi nas w inny wymiar, ale jednocześnie na tyle wyostrza zmysły, że jesteśmy w stanie doświadczać tego, co dzieje się wokół.

Ornitolodzy wskazują, że ptaki żyjące w miastach nasiliły głośność śpiewu, żeby mimo rosnącego hałasu w dalszym ciągu były słyszalne gołym uchem. Tym bardziej warto odpowiedzieć na ich wysiłek i skorzystać z prowadzonych przez nie bezpłatnych sesji mindfulness – zachęcam, powtarzając apel autorów „Ornitologii terapeutycznej”.

Ptasia autoterapia dla początkujących

  • Idź do najbliższego parku albo skupiska drzew. Wycisz się i spójrz na ptaki. Nawet najpospolitsze gatunki dostarczają wiele radości podczas ich obserwowania.
  • Zapamiętaj szczególne cechy ptaków, a potem porównaj je z opisem w Internecie lub przewodniku. Ile z nich dostrzegłeś w naturze? Ile z nich potrafisz wymienić z pamięci po upływie kwadransa?
  • Które z zaobserwowanych gatunków są twoimi ulubionymi? W jakich warunkach je widziałeś? Dlaczego właśnie te spodobały cię się najbardziej?
  • Czy pamiętasz śpiew ulubionego ptaka? Postaraj się wyobrazić go sobie, naucz się rozróżniać ten dźwięk. Słuchaj go z nagrań, szukając tego, co wyróżnia go spośród innych.
  • Włącz Symfonię „Pastoralną” Beethovena i spróbuj wychwycić ptasie dźwięki. Pamiętaj, że utwór trwa ok. 40 min, więc zarezerwuj sobie dość czasu, by go uważnie wysłuchać, wracając w razie potrzeby do wybranych fragmentów.

Więcej w książce: „Ornitologia terapeutyczna”, Piotr Tryjanowski i Sławomir Murawiec, wyd. Bugucki Wydawnictwo Naukowe.

„Ornitologia terapeutyczna”, Piotr Tryjanowski i Sławomir Murawiec, wyd. Bugucki Wydawnictwo Naukowe„Ornitologia terapeutyczna”, Piotr Tryjanowski i Sławomir Murawiec, wyd. Bugucki Wydawnictwo Naukowe
  1. Psychologia

Daj sobie czas... Psycholożka Ewa Woydyłło o tym, jak nie przekuć żałoby w depresję

- Odwrotnością cierpienia i żałoby nie jest ani szczęście, ani nieszczęście, ale... pogodzenie się z tym, czego nie możemy zmienić - mówi psycholog Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
- Odwrotnością cierpienia i żałoby nie jest ani szczęście, ani nieszczęście, ale... pogodzenie się z tym, czego nie możemy zmienić - mówi psycholog Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
„Każda ciężka, nieodżałowana strata, zatrzaśnięta w sercu człowieka – wcześniej czy później znajdzie sobie ujście” – mówi dr Ewa Woydyłło. „Żałobę trzeba zaakceptować”.

Żałobę po śmierci kochanej osoby nazywamy „raną duszy”. Jak ją zabliźnić, by nie zamieniła się w depresję?
Jeżeli żałoba utrwali się jako psychiczne załamanie, rozpacz, poczucie krzywdy... to wtedy może prowadzić do depresji. Ale jeżeli od samego początku wstąpimy na drogę prowadzącą do akceptacji, to nie przerodzi się w stan chroniczny. Zaakceptować to znaczy pogodzić się, czyli nie tylko przyjąć stratę do wiadomości, ale potraktować ją jako część swojego życia – bo ono dalej ma się toczyć.

Czasem używam takiej metafory: Żałoba spowodowana śmiercią kogoś drogiego jest jak wejście do ciemnego tunelu. Wytężam wzrok, ale nic nie widzę, jedynie na jego końcu dostrzegam maleńki, jaśniejszy punkt. To on jest właśnie tą stratą. Czyli widzę tylko to, co mnie boli, i mam poczucie, że oprócz tego niczego już w moim życiu nie ma. Trzeba wyjść z tego tunelu – wprawdzie strata pozostanie, ale człowiek zobaczy, że poza tym, co utracił, istnieje nadal mnóstwo rzeczy, które mogą czynić jego życie ciekawym i pełnym zwyczajnych czy nadzwyczajnych zdarzeń. Czasami trzeba to wręcz na sobie wymusić.

A co, jeśli ktoś się w tym tunelu zatrzyma?
Wtedy stan załamania może przerodzić się w przewlekłe zniechęcenie do życia, rozczarowanie, apatię... Może też przybrać postać urazy, gniewu, gdy zaczniemy myśleć: „Jak mogło mnie coś takiego spotkać?”. Bywa że ludzie wierzący odwracają się nawet od Boga, no bo: „Jak Bóg mógł mi coś takiego zrobić”. Gdy zbyt długo zatrzymamy się na etapie rozpaczy, to żałoba może spowodować wycofanie się z życia, a wtedy już krok do depresji. Tak samo, jeśli ktoś przyjmuje śmierć jako cios, karę, niesprawiedliwość. Żałobę trzeba „przepracować”, co w języku psychologicznym znaczy: rozmawiać, pisać, wspominać... po to, by od niezgody przejść do akceptacji.

Osobie, która niedawno pożegnała kogoś bliskiego i jest jeszcze w stanie szoku, otępienia, bólu – trudno zacząć myśleć o akceptacji.
Akceptacja to długi proces, może trwać wiele miesięcy. Nie jest odwrotnością smutku i nie znaczy, że smutek ma zamienić się w radość. Kiedyś przyszła do mnie kobieta, która nie potrafiła pogodzić się ze śmiercią matki, choć ta zmarła w wieku 86 lat. Od pogrzebu minęły dwa lata, a córka nadal pogrążała się w żałobie. Zadałam jej kilka pytań: „Gdyby twoja mama żyła, to myślisz, że ona by chciała, żebyś zawsze już była smutna? Czy byłaby szczęśliwa, gdyby dowiedziała się, że wycofałaś się z życia, oddaliłaś się od męża, zaniedbujesz dzieci i nie odchodzisz od jej grobu? A gdyby jeszcze trochę pożyła, to czy odzyskałaby pamięć, pozbyła się swych dolegliwości? Chciałabyś, by żyła dłużej, ale coraz gorzej?”. Nasza rozmowa bardzo jej pomogła. Nie można kwestionować smutku, osobie w żałobie trzeba raczej pomóc zobaczyć, czy to jest dobra żałoba.

A jaka jest dobra?
Taka, która nie niszczy, nie krzywdzi ciebie i innych. Taka, z której człowiek wychodzi dojrzalszy i może dalej normalnie żyć. Śmierć jest częścią życia, choć bolesną, smutną, a niekiedy tragiczną.

Jak długo może trwać żałoba?
Długo, nawet rok – u jednych krócej, u innych dłużej. To zależy od cech osobowości, charakteru, doświadczeń, otoczenia, tradycji. Każdy ma inną wrażliwość: jakieś zdarzenie będzie dla jednego bolesne, a drugi pozbiera się po nim bardzo szybko. Nawet żałoba dobra, spokojna, nie u wszystkich przebiega jednakowo. Badania jednak dowodzą, że tylko około 15 procent ludzi, którzy doznali nagłej straty kogoś bliskiego, nie potrafi sobie z tym poradzić i popada w depresję, pozostali w krótszym lub dłuższym czasie zaczynają normalnie funkcjonować.

Czy droga przez tunel dzieli się na jakieś etapy?
Autorką pierwszej pracy na temat zachowań w obliczu śmierci jest szwajcarska psychiatra Elisabeth Kübler-Ross. Jej książka „Rozmowy o śmierci i umieraniu” zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Podczas lektury miałam wrażenie, że pisała ją przy łóżkach umierających ludzi. Według Ross, okres żałoby dzieli się na fazy: najpierw zaprzeczanie, potem bunt, gniew, złość, dalej żal, smutek, rozpacz, następnie targowanie się: „A może jednak to nieprawda?”. I wreszcie akceptacja. Na każdym etapie można się zatrzymać i wpaść w emocjonalną pułapkę. To utrudni wyjście z tunelu.

Jan Kochanowski zawarł ojcowski ból po śmierci Urszulki w słynnych „Trenach”. Zwracał się do niej, śnił. Ludzie, którzy stracili kogoś bliskiego, mówią czasem: „O, moja mama w nocy do mnie przyszła” albo „Spadł obraz, to ojciec dał mi znak”... Ta swoista magia podtrzymuje iluzję, opóźnia akceptację nieodwracalności śmierci. Końcową fazą żałoby powinna być akceptacja, a wraz z nią wyciszenie i spokój. Przestajemy się buntować, złościć, rozpaczać. Odwrotnością cierpienia i żałoby nie jest ani szczęście, ani nieszczęście, ale... pogodzenie się z tym, czego nie możemy zmienić. Przez te fazy najlepiej przechodzić w pełni świadomie, we własnym tempie.

Nie należy przyspieszać tego procesu? Dać sobie czas na przeżycie bólu?
Tak, ważne, żeby iść do przodu. Zdarzają się osoby, które uważają się za supermocne, supertwarde i chcą strzepnąć żałobę jak pyłek z ramienia i bez zastanowienia popędzić dalej. Ale mogą zapłacić za to ogromną cenę. Niedokończona, przerwana lub zablokowana żałoba może prowadzić do wielu chorób czy dolegliwości, takich jak bezsenność, migreny, bóle kręgosłupa i inne chroniczne przypadłości. Niektórzy uważają, że nawet nowotwory bywają odpowiedzią na nadmierny wysiłek emocjonalny, jaki wkłada się w to, by zablokować cierpienie. Nie należy tego robić.

Jak wspierać osobę pogrążoną w żałobie?
W najbliższym otoczeniu, kto tylko może powinien ją objąć, przytulić, razem z nią popłakać, a potem starać się stopniowo przywrócić do normalnego życia: wziąć taką osobę na spacer, zaprosić na kolację, gdzieś z nią wyjechać... Pomocna bywa propozycja, np.: „Chodź, pokaż mi wasze zdjęcia i opowiedz o najpiękniejszych chwilach, jakie razem przeżyliście...”. I to niezależnie od tego, czy zmarło dziecko, ktoś młody czy stary.

Formy wsparcia nie da się ująć w jakieś ramy czy receptury, bo to indywidualna sprawa. Ale zawsze wymaga empatii, uważności i wrażliwości. Jeśli wiesz, że np. koledze z pracy umarł ktoś bliski, a masz problem, jak zareagować, to po prostu podejdź i powiedz: „Słuchaj, wiem o twojej stracie. Czy chciałbyś o tym porozmawiać? Jeśli nie teraz, to kiedy zechcesz. Możesz na mnie liczyć”. Należy to zrobić dyskretnie, żeby nie narazić tej osoby na dodatkową przykrość.

Czy nadmierne współczucie nie przedłuża smutnego okresu?
Trzeba mieć wyczucie, bo tu dotykamy bardzo delikatnej materii. Ale współczucie jest potrzebne i pomocne, zwłaszcza wtedy, gdy okazuje je ktoś, kto sam tak bardzo nie cierpi, kto ma poczucie rzeczywistości i rozumie, że nadal znajdujesz się w tym tunelu i widzisz jedynie swoje nieszczęście. Ale on stoi poza tunelem i wie, że tam są kwieciste łąki, które mogą radować także twoje oczy. Podaje ci pomocną dłoń, bo czuje się silniejszy, a jest silniejszy, bo to nie jest jego cierpienie, tylko twoje. Najgorzej, jak dwie osoby równie załamane pochylą się nad tym samym grobem – wtedy obie mogą do niego wpaść. Dobry system wsparcia polega na podawaniu ręki przez ludzi, którzy rozumieją cierpienie, ale sami są od niego wolni. Jest takie powiedzenie: żeby dać cokolwiek drugiemu człowiekowi, trzeba samemu to mieć.

Czego nie należy robić wobec osoby przeżywającej żałobę?
Zaprzeczać jej bólowi. Cierpienie jest zawsze subiektywne i nie należy go w czyimś imieniu pomniejszać lub lekceważyć. Jeśli ktoś jest w szoku po stracie kochanej osoby, trzeba okazać mu zrozumienie, ufność, dać spokój, nadzieję, wiarę... Można też próbować zdystansować tę osobę do problemu i powiedzieć np.: „Wiesz, i tak miałaś szczęście, przeżyłaś z nim przecież czterdzieści wspaniałych lat. Byłaś przy nim, kiedy odchodził. Żył tyle lat. Możesz być mu za to wdzięczna”. Taka rozmowa wymaga delikatności, taktu, wrażliwości, wyobraźni, no i znajomości tej osoby. Ale zawsze należy starać się dzielić z nią jej cierpienie.

Bardzo często bliscy osoby, która odeszła, wyrzucają sobie, że coś zaniedbali, że gdyby... to może udałoby się kochaną osobę uratować i nadal byłaby z nami. Jak sobie poradzić z takimi wyrzutami?
Poczucie winy i doszukiwanie się własnych zaniedbań lub udziału w przyczynieniu się do śmierci kogoś bliskiego jest często pierwszym odruchem emocjonalnym. Jeżeli z kimś takim rozmawiamy, trzeba skierować jego myśli na racjonalny tor, zwracając uwagę na to, że żaden człowiek nie ma w ostatecznym rozrachunku kontroli nad życiem drugiego człowieka.

Ludziom głęboko wierzącym łatwiej jest zaakceptować śmierć, ponieważ religia, w każdym razie chrześcijańska, czyni odpowiedzialnym za wszystko, co nas spotyka – Boga, a nie nas samych. „Bóg tak chciał” – mówią religijni ludzie. Oni też najprędzej wychodzą z ciężkiej żałoby. Nie znaczy to jednak, że niewierzący skazani są automatycznie na bezkresną żałobę. Kwestia kontroli nad losem – a więc i nad śmiercią – jest uniwersalnym problemem egzystencjalnym. Każdy myślący człowiek musi w końcu uświadomić sobie, że z największym trudem, i tylko w niektórych sprawach, można mieć kontrolę nad swoim postępowaniem. Ale na pewno nie jest to możliwe wobec kogokolwiek innego. I o tym trzeba rozmawiać z kimś, kto zbyt uporczywie obwinia siebie za los drugiego człowieka i czuje się sprawcą tego losu. To jest po prostu nieracjonalne i nierealistyczne. To osobliwa forma ułudy, która chwilowo ogarnia niemal każdego, ale powinna szybko minąć.

Zabliźnić bolesną ranę jest chyba szczególnie trudno u dziecka, które straciło rodzica. Jak z nim postępować, by w dalsze życie nie poszło okaleczone?
Wsparcie dziecka ogarniętego głębokim żalem po stracie jest rzeczywiście trudniejsze, bo ono zazwyczaj zamyka się ze swoim bólem i trzyma go w sobie jak ziarno, które kiełkuje, kiełkuje, aż kiedyś może przybrać postać depresji. Z wielu badań wynika, że depresja w wieku dojrzałym bywa właśnie echem traumy z dzieciństwa lub młodości, związanej ze śmiercią (lub odejściem) bliskiej osoby, zwłaszcza rodzica.

Czasem dziecko traci jednego rodzica i jednocześnie uwagę drugiego, który jest pogrążony w bólu...
No tak, ale dlatego warto przypomnieć afrykańskie przysłowie: „Żeby dobrze wychować dziecko, potrzeba całej wioski“. Bo jeden rodzic, a nawet oboje, to za mało. Tym bardziej, że oni także mogą być w stanie żałoby i zmagać się ze swoim cierpieniem, a wtedy bardzo łatwo dziecko zaniedbać, czegoś nie zauważyć... Dlatego do pomocy potrzeba innych ludzi.

Od nagłej śmierci mojego taty minęło już ponad 30 lat, a moje rodzeństwo i ja nadal czujemy w sercu ból i bardzo za nim tęsknimy...
Tęsknota i nostalgia mogą pozostać. Także ból, ale... zaakceptowany, taki, który nie przeszkadza pójść do kina, zjeść lody, spotkać się z przyjaciółką, wyjechać na wakacje. Groźny jest ból, który demobilizuje.

A jeśli nie można przeżyć żałoby tak, jakby się chciało, bo coś lub ktoś nam w tym przeszkadza?
To ta nieodżałowana, zatrzaśnięta w człowieku strata może się odezwać w postaci wzmożonej – kiedyś, nagle, znienacka, pozornie bez powodu. Pojawi się jako depresja albo zaburzenia psychosomatyczne – w każdym razie skutek może być bardzo dotkliwy. Niedokończona żałoba wcześniej czy później znajdzie sobie ujście.

Żeby sobie poradzić z przewlekłym i demobilizującym żalem po stracie, można skorzystać także z psychoterapii. To na pewno zdrowsze i na dłuższą metę skuteczniejsze, niż otumanianie się i zagłuszanie uczuć lekami psychotropowymi.