1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Oczy mówią o nas najwięcej, niczego nie ukryją – przekonuje Wojciech Eichelberger

Oczy mówią o nas najwięcej, niczego nie ukryją – przekonuje Wojciech Eichelberger

Każdy zna powiedzenie, że oczy są zwierciadłem duszy. Dlatego warto nauczyć się jak w nie patrzeć. (fot. iStock)
Każdy zna powiedzenie, że oczy są zwierciadłem duszy. Dlatego warto nauczyć się jak w nie patrzeć. (fot. iStock)
Ze spojrzenia można wyczytać naszą przeszłość i przepowiedzieć przyszłość. A to dlatego, że to, co przeżyliśmy, ukształtowało wyraz naszych oczu, ale też wpływa na to, co nas spotka w przyszłości. Z tego determinizmu możemy się wydostać, pod warunkiem jednak, że spojrzymy prawdzie o sobie prosto w oczy. Jeśli chcemy być szczęśliwi, warto też, byśmy wiedzieli, dlaczego nikt nie jest tak samotny jak Narcyz i dlaczego nie warto się wstydzić – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Można czytać z naszych oczu jak z otwartej książki czy to tylko poetycka metafora?
Tak, można, bo trudno oczy zmusić do udawania. Choć gdy w dzieciństwie jesteśmy nadmiernie kontrolowani i zmuszani do konspiracji, ukrywania prawdy, to jako dorośli potrafimy kłamać w żywe oczy. Jeśli najbliżsi nas zawiedli i sprawili masę bólu, nasze oczy stają się puste i milczące. Jeśli nas zawstydzano i upokarzano, oczy stają się ciężkie jak kule bilardowe, wiecznie spadają w dół, nie sposób ich podnieść. Uciekają przed wejrzeniem innych oczu, by skryć wmówioną nam winę czy hańbę. Gdy w dzieciństwie nie dostaliśmy miłości, która nam się z urodzenia należy, to oczy wyrażają głód i bolesne oczekiwanie. Jeśli doznaliśmy wiele przemocy, oczy staną się twarde i nieobecne, znieruchomieją w wyrazie gniewu i pogardy – i już nigdy nie zapłaczą. Jeśli dojrzewaliśmy pod nadopiekuńczym kloszem, doświadczając jedynie jasnej, różowej i łagodnej warstwy życia, to nasze oczy nabiorą wyrazu zdezorientowanego dziecka. Jeśli mamy powody, by wycofać się z tego świata do bezpiecznej przestrzeni myśli i marzeń – oczy staną się mętne i nieobecne, jakby zwrócone do wewnątrz. Oczy wyrażają najmocniej emocjonalnie przeżyte, formatywne wątki i epizody naszej biografii. Dlatego nazywamy je zwierciadłem duszy.

Jest w nich coś więcej. Zakochałam się w moim przyszłym mężu, kiedy tylko zobaczyłam jego zielone oczy.
Zakochałaś się więc od pierwszego wejrzenia. Zapewne wejrzałaś, czyli głęboko zajrzałaś w głąb jego duszy przez te zielone oczy. Najwidoczniej wejrzenie to obiecywało coś, czego, nie wiedząc o tym, długo szukałaś. Czy kolor oczu odegrał w tym jakąś rolę – trudno powiedzieć. Wyraz oczu wydaje się w tych sprawach ważniejszy. Barwa tęczówki to tylko kolor drzwi wejściowych. On może nam, oczywiście, coś mówić o mieszkańcu domu – ale może też zmylić. Najprawdopodobniej jednak zdecydowała jakaś twoja nieświadoma asocjacja związana z tym kolorem. Pewnie kiedyś, dawno, jeszcze w kołysce albo w poprzednim życiu, zobaczyłaś takie oczy patrzące na ciebie z radością, miłością i zachwytem. Lub też zobaczyłaś w jakichś ważnych dla ciebie zielonych oczach rezerwę, dystans i chłód. Może podjęłaś wtedy decyzję – o której później całkowicie zapomniałaś – że kiedyś jeszcze rozkochasz w sobie takie zielone oczy.

A może właśnie zielony kolor kojarzy się nam z miłością?
Na pewno z rodzącym się życiem, a życie rodzi się przecież z miłości. Jak już powiedziałem, najistotniejszy jest wyraz oczu i coś, co odbieramy w kategoriach jasne – ciemne. Dla większości ludzi to, co niezależnie od koloru oczu nazywamy jasnym spojrzeniem, jest pociągające, bo pozwala przeczuwać, że ta osoba ma jasno w duszy, że jest wewnętrznie rozświetloną istotą, która z zachwytem patrzy na świat. Jasne, szeroko otwarte, zachwycone i zadziwione światem, nieznające krzywdy ani straty to wzruszające nas oczy niemowlęcia. Żeby dorosły człowiek mógł tak patrzeć na świat, musi uwolnić serce i umysł od gniewu, chciwości, lęku i wstydu, od fałszywych przekonań na temat świata i siebie. Bo jasne oczy ma ten, kto ma otwarty, niedogmatyczny, czysty umysł – w żaden sposób do świata nienastawiony, który każdą chwilę odbiera jako nową i jedyną w swoim rodzaju, cudowną. No ale takich ludzi jest na świecie niewielu. Więc jeśli ktoś nie jest w takim stanie umysłu, ale ma jasny kolor oczu, to nas może nieźle...

...nabrać!
Całkiem niechcący. Analogicznie i stereotypowo uważa się, że ciemny kolor oczu wiąże się z depresyjną, czarną wizją świata. Ale tu znowu nie chodzi o kolor, lecz o trudno uchwytną jakość spojrzenia: jasność versus ciemność. Gdyby kolor miał świadczyć o depresji, to ciemnookie, ale przecież jakże radosne, ludy południowej półkuli gremialnie cierpiałyby na depresję. Chyba większość Polaków też ma ciemne oczy, lecz raczej nie ma ciemnego spojrzenia. Przecież większe kłopoty z depresją mają jasnoocy nordycy. Ale poza – a raczej ponad – różnicami w kolorze oczu oraz w ich kształcie mamy coś wspólnego wszystkim, coś łączącego nas ze wszystkimi ludźmi i innymi istotami posiadającymi oczy. Chodzi o źrenicę – czarną, intrygującą, nieodgadnioną. To przez nią tak naprawdę zaglądamy do wnętrz naszych dusz, a być może do przeczuwanej wspólnej duszy.

Jak się ten wgląd w duszę poprzez oczy odbywa?
W większości wypadków zupełnie podświadomie. Każdy z nas ma doświadczenie z tysiącem oczu. Bo wszędzie tam, gdzie są ludzie – kiedy wsiadamy do autobusu, wchodzimy do biura, do sklepu, na imprezę – pierwszą rzeczą, jaką odruchowo potrzebujemy zrobić, jest spenetrowanie stanu oczu obecnych tam ludzi. To superważna informacja o intencjach i emocjach grupy, do której wchodzimy: czy są spokojni, czy są agresywni, czy są zdystansowani, czy są otwarci. Ponieważ w naszych mózgach mamy fantastyczną bazę danych na temat wszystkich napotkanych w życiu oczu, więc wynik wyświetla się w ułamku sekundy. Często nie rejestrujemy go świadomie. Mamy tylko niejasne wrażenie lub przeczucie.

Psychoterapeutów uczy się czytania z oczu?
Nie trzeba się tego uczyć. To nasze dziedziczone od milionów lat wyposażenie. Praca terapeuty tylko wyostrza i usprawnia to szczególne narzędzie. Po wielu latach takiej pracy, polegającej w dużej mierze na byciu w dobrym kontakcie z ludźmi, na pewno uważniej obserwuję ludzkie oczy i więcej informacji z tego czerpię.

Podobno reakcja źrenic jest nie do zakłamania. Z wielu badań wynika, że źrenice zwężają się, kiedy nie lubimy tego, na co patrzymy, albo kiedy weźmiemy narkotyki itp. środki. Rozszerzają się, kiedy widzimy to, co nam się podoba, jesteśmy szczęśliwi albo podnieceni. I dlatego kobiety kiedyś zakrapiały oczy belladonną, by mieć „sympatyczniejsze” źrenice.
„Sympatyczniejsze”, czyli nadające komunikat: otwieram się na ciebie, fascynujesz mnie, zachwycasz, proszę, jeszcze, jeszcze więcej ciebie! Jedna para takich oczu w audytorium pełnym słuchaczy może dodać wykładowcy skrzydeł. W innych sytuacjach patrzenie drugiej osobie uważnie i głęboko w oczy może się okazać spotkaniem bardziej intymnym i pochłaniającym niż seks. Tylko trzeba wytrzymać, przekroczyć granicę układności i zdecydować się na jazdę bez trzymanki. Polecam. Bo ani słowa, ani gesty nie wyrażą złożoności i intensywności naszych uczuć i pragnień lepiej niż oczy. Nawet najlepsi poeci nie są w stanie znaleźć odpowiednich wyrazów.

Zostać zobaczonym to w dzisiejszych czasach pragnienie coraz większej liczby ludzi.
Niestety, rzadko dane jest nam spotkać ludzi, którzy, gdy patrzą, to widzą. Spotkanie z kimś takim jest poruszające. Zostać zobaczonym i usłyszanym to w dzisiejszych czasach pragnienie coraz większej liczby ludzi. Nazbyt często dorastamy w klimacie chaotycznych, pospiesznych, powierzchownych kontaktów z ważnymi dla nas osobami. Zabiegani, przepracowani i zestresowani bliscy nie są w stanie dać nam wystarczająco dużo czasu i uwagi. Więc gdy w gabinecie psychoterapeuty siadamy naprzeciwko kogoś, kto się nie spieszy, widzi nas i słyszy, to czasami niewiele więcej trzeba, byśmy odzyskali poczucie wartości i spokoju. Przecież: „Mamo! Tato! Popatrz! Popatrz!” – to chyba najczęściej wypowiadana przez dzieci prośba. Warto pamiętać, że tam, gdzie spoczną choćby na parę chwil nasze jasno patrzące, rozszerzone, zachwycone źrenice, tam rodzi się miłość i spokój.

Czyli kiedy nie jesteśmy widziani, czujemy się tak, jakby nas nie było?
Gdy dorastamy, potrzebujemy dobrych oczu innych ludzi, by odbijać się w nich jak w lustrze. By dowiadywać się, że jesteśmy i że jesteśmy na tyle ważni, aby inni chcieli kierować na nas od czasu do czasu uważne spojrzenie. Bo tylko oczyma możemy coś/kogoś zauważyć, czyli uznać za ważnego i zarazem uczynić ważnym.

Dlaczego to takie trudne i takie rzadkie patrzeć na kogoś tak, żeby go widzieć? Przecież wszyscy na siebie wciąż patrzymy.
Patrzymy, ale byle jak. A najbardziej byle jak patrzymy na ludzi, których znamy. By naprawdę widzieć innych, niezbędna jest postawa otwartej życzliwości i uważności, świadomość, że dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki. Więc także osoba, którą znamy i spotykamy codziennie, każdego dnia jest inną rzeką, inną osobą. Wszystko się nieustannie zmienia: nasze twarze, nasze ciała, nasze umysły, nasze uczucia i pragnienia. Najmniej zmieniają się oczy. Ale nigdy dość uwagi, by na zawsze nie zamrozić bliskiego człowieka w postaci sprzed lat.

„Patrzycie, a nie widzicie” – te słowa Jezusa dotyczą więc także naszych relacji z drugim człowiekiem. A oczy służą do tego, by widzieć.
Ale też do tego, aby nie widzieć, by widzieć tylko to, co chcemy lub spodziewamy się zobaczyć. Jezus zwraca uwagę na to, że nie wystarczy patrzeć, aby widzieć, że aby zobaczyć świat, tak jak On go widział, trzeba spojrzeć oczyma niewinnego, czyli niezaprogramowanego, zachwyconego dziecka. A to znaczy wywalić z umysłu stare, dziedziczone od niezliczonych pokoleń emocjonalne klisze, racjonalne filtry i przyjęte na wiarę przekonania, które interpretują nam wszystko, na co patrzymy, jeszcze zanim skierujemy tam oczy. Oczy widzą to, co jest, ale nasze zaprogramowane mózgi selekcjonują i zniekształcają te dane. Trzeba dużo odwagi i determinacji, aby się przez to przebić, a potem utrzymać mózg na wodzy. Budzimy się wtedy w raju, odkrywając z ulgą i wzruszeniem, że nikt nas z niego nigdy nie wypędził, lecz to my tylko zapadliśmy w długi koszmarny sen.

Przekonuje się nas dzisiaj, że mamy być ważni i uważni tylko sami dla siebie. Że nie liczy się to, czy inni nas widzą i jak nas widzą. Ale z tego, co mówisz, wynika, że bycie zauważonym przez ważnego innego to podstawa naszego poczucia istnienia i poczucia bycia kimś ważnym.
Tak. To bardzo istotny wymiar naszego dorastania i dojrzewania. Ale gdy jesteśmy już dorośli i jakoś ukształtowani, to warto się zmierzyć z tym, że nikt nas nie będzie zauważał. Dzięki temu uzyskamy wiarygodne świadectwo autonomii, niezależności i dojrzałości, odkryjemy bowiem, że nasza wartość jest niezależna od tego, jak odbijamy się w umysłach innych ludzi, a także we własnym – że jest immanentna, nierozłączna z naszym istnieniem. Jeśli jednak w dzieciństwie potrzeba bycia zauważonym została kompletnie stłumiona, to będziemy starać się ją zaspokoić w naszym dorosłym życiu – co stanie się powodem wielu rozczarowań, konfliktów z otoczeniem i cierpień. Bo nieustannie będziemy domagać się uwagi innych dorosłych. A dorośli innym dorosłym nie mogą i nie chcą dostarczać tego, czego nie byli skłonni ofiarować nawet własnym dzieciom, tym bardziej że w świecie dorosłych obowiązuje zasada partnerstwa i symetrii.

Kim tak naprawdę są zapatrzeni w siebie ludzie? Kim jest narcyz?
Narcyz tylko śni sen narcyza. W istocie niczego mu nie brakuje. Zapatrzył się na siebie, ponieważ nie patrzono na niego wtedy, gdy było to dla niego bardzo ważne. Albo patrzono w sposób, który dawał mu fałszywe odbicie – zbyt dobre albo zbyt złe. Więc nie miał wyjścia – aby zdobyć pozycję w ludzkim stadzie, musiał wynieść siebie najwyżej, jak się dało. Z braku innych, którzy winni mu byli pełne niekłamanego zachwytu zauważenie, zakochuje się sam w sobie, w stworzonym przez siebie wizerunku, i rozpaczliwie usiłuje przekonać do niego innych, a nawet wzbudzić ich zachwyt. W głębi serca boleśnie tęskni za spotkaniem z pozbawionym założeń, nastawień, oczekiwań oraz przeniesionych skądinąd emocji, rzetelnym lustrem, czyli za spokojnymi, uważnymi, cierpliwymi, kochającymi oczami o lekko poszerzonych źrenicach. Nie znajdzie ich już w świecie dorosłych. Zaś wypracowanym w pocie czoła zachwytem i poklaskiem dla swojej autokreacji nie może się nasycić, bo nie potrafi zapomnieć, że jest ona wielką ściemą. Jeśli jednak kiedyś bardzo zechce odnaleźć zapomnianego siebie, to z radością ujrzy, że jego prawdziwa twarz istniała także wtedy, gdy jego rodziców jeszcze nie było na świecie.

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dojrzewanie w trybie online

W czasie pandemii młodzi odkrywają efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. (Fot. Getty Images)
W czasie pandemii młodzi odkrywają efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. (Fot. Getty Images)
Wydaje się, że młodzi w pandemii mają trudniej niż my. Że skutki izolacji mogą być dla nich fatalne. Czy tak jest rzeczywiście? Michał Czernuszczyk, psychoterapeuta, uważa, że bilans nie jest wcale wyłącznie ujemny. Bo tego typu doświadczenia mogą się przekładać twórczo na życie.

Wszyscy mamy dosyć. Izolacja, brak prawdziwych spotkań, świat zredukowany do ekranu komputera. Młodzi znoszą pandemiczną samotność gorzej niż my, dorośli. Widzi to pan w gabinecie?
Widzę. Byłem zresztą zdziwiony, że młodzi ludzie są izolacją aż tak poruszeni. Czytałem badania na ten temat – zaskakująca jest dla mnie odpowiedź emocjonalna tej właśnie grupy. Mówimy o adolescentach – to czas między 14. a 24. rokiem życia. Kiedy młody człowiek jest w czasie dojrzewania, nieosadzony jeszcze w dorosłych rolach społecznych. Układ nerwowy wciąż się kształtuje. Oczywiście między 18-latkiem a 24-latkiem różnica etapu życiowego jest ogromna, ale z medycznego punktu widzenia można ich włożyć do jednej grupy. Myślałem, że skoro komunikacja online to dla nich codzienność, przestawienie się na to, że będzie jej więcej, nie sprawi im kłopotu. A jednak okazało się, że to właśnie oni najczęściej reagują lękowo.

Czyli lęk jest dominującą emocją?
Tak. To jest lęk uogólniony. Nie strach, tylko lęk, reakcja niepokoju uwarunkowana okolicznościami.

Czyli nie lęk o przyszłość, o egzaminy, o utratę miłości?
Nie. Oczywiście, jeśli zapytamy o konkretną sprawę, na przykład właśnie egzaminy, maturę, studia, mówią: „Tak, boimy się, że będziemy gorzej przygotowani, że będziemy mieć gorszy start w życie”. Jeśli zapytamy o relacje z rówieśnikami, mówią: „Tak, boimy się, że ucierpią”. Ale ten lęk rozlewa się raczej na różne dziedziny życia. Mocny jest też lęk przed chorobą, przed zarażeniem. O swoje zdrowie i życie. Młodzi ludzie wiedzą, że są w grupie stosunkowo mało narażonej, że nawet jeśli zachorują, to jest duża szansa, że przejdą zakażenie lekko albo wręcz bezobjawowo – a jednak się boją. I to zdecydowanie bardziej o siebie niż bliskich.

Nie miałam świadomości, że tak duży jest lęk przed chorobą.
Tak, i to prowadzący czasem do stanów pełnoobjawowych ataków paniki. Młodzi doświadczają też uczucia osaczenia, uwięzienia, tylko przejawia się to nie złością, lecz przestrachem.

Choć przecież każdy tego uczucia uwięzienia doświadcza.
Ja za chwilę kończę 47 lat. I kiedy opowiadam moim wczesno­nastoletnim dzieciom o swojej młodości, to mówię o tym, że wtedy telefon był rzadkością. I nie chodzi o telefon komórkowy, ale o zwykły stacjonarny. Proszę sobie teraz wyobrazić, co by było, gdyby nagle zniknęły komórki, Internet. Cechą naszych czasów jest to, że z każdym w każdej chwili można mieć kontakt. W Polsce, w innym kraju, na innym kontynencie. I my, starsi, jesteśmy nauczeni, że ten kontakt to nie jest coś oczywistego. I że nie musi być non stop. Że czasem można, a czasem nie. Wiemy to, rozumiemy, bo mamy takie doświadczenie. Oni nie, bo ich doświadczenie jest inne – każdy zawsze, w każdej chwili jest dostępny.

Ale tego im nikt nie odbiera, przeciwnie, kontakty przeniosły się do sieci, ale w tej sieci odbywają się z ogromnym natężeniem.
Tak, choć, jak się okazuje, jest pewien problem. Na początku pandemii byłem przekonany, że bez większego problemu da się kontynuować terapię online. I oczywiście robię to, ale są różnice. Esencją psychoterapii jest rozmowa – i ta się odbywa, coś jednak nam umyka. Kiedy siedzimy razem w gabinecie, widzę całą sylwetkę pacjenta, czuję bijące od niego ciepło, czasem wręcz zapach. Teraz jestem od tych bodźców towarzyszących odcięty i jednak o coś uboższy. Rozmowa osobista to coś diametralnie innego. Lockdown pokazuje nam więc pewną umowność tego pozornie nieustannego dostępu do świata, który ofiaruje sieć. Kontakt online tylko w połączeniu z możliwością osobistego spotkania jest wnoszący. Odkrywamy teraz efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. I jeśli do młodych dociera, że kontakt przez media elektroniczne jest tylko namiastką prawdziwego spotkania, to tym sroższy zawód przeżywają, im bardziej byli wcześniej w tym wirtualnym świecie zanurzeni. Są podwójnie rozczarowani. Bo muszą zrezygnować z pewnej ułudy, która dotychczas współtworzyła ich wizję świata, że ta powszechna dostępność kontaktu to podstawa. Kiedy moi rówieśnicy używają Internetu, nawet jeśli robią to bardzo sprawnie, to traktują to jednak narzędziowo. Dla młodych komunikacja online była czymś więcej niż sięganie do, umownie mówiąc, bardzo dużej biblioteki.

Brak kontaktu osobistego z rówieśnikami to jedna strona medalu. A druga – nadmiar kontaktu z domownikami. A ten nie zawsze jest dobry.
Tylko pytanie, co to znaczy dobry kontakt. Lockdown w przypadku młodych trafił w czas, kiedy zadaniem rozwojowym człowieka jest zbudowanie własnej, odrębnej tożsamości. Trudniej powiedzieć wtedy, czego się chce, łatwiej – czego się nie chce. To się kształtuje przez odrzucenie. Co, siłą rzeczy, wpływa na atmosferę w domu.

Łatwiej odrzucić, jak z tego domu można wyjść, budować siebie na zewnątrz.
Tak, jeśli można spędzać czas z rówieśnikami, znajdować u nich zrozumienie, potwierdzenie swojego stanowiska, zaprzeczenie dotyczące zasad poprzedniego pokolenia. Współprzeżywanie. Często zresztą – tu dygresja – mówi się o tym buncie jak o zjawisku negatywnym, opartym tylko na destrukcji. Ale to moim zdaniem niesprawiedliwa ocena. Spójrzmy choćby na problem klimatu. To pokolenie jest zaangażowane, właśnie oni podkreślają, że trzeba troszczyć się o Ziemię, o środowisko, o bioróżnorodność, niby przeciwzależność i bunt, a jakie konstruktywne przesłanie. Plus bezkompromisowość, o którą trudniej u starszych. Ale wracamy do tematu – zweryfikowaniu odczuć młodych służy grupa rówieśnicza. Czy kiwają głowami, czy się wykrzywiają, czy przybijają piątkę. Jest więc w nich niepewność przy wyrabianiu sobie nowych poglądów. Coś z ich życia zniknęło. Coś, co w tym momencie rozwojowym jest wręcz kluczowe. Z jednej strony deficyt kontaktów. Z drugiej – dom. Już Konrad Lorenz pisał, że stężenie osobników tego samego gatunku na małej przestrzeni grozi aktami agresji. Jeśli więc jesteśmy zmuszeni, żeby non stop zajmować tę małą przestrzeń, to wydaje się to trudny emocjonalnie, napinający czynnik, który może prowadzić do eskalacji konfliktów.

To co robić? Psychologowie mówią: rozmawiać. Ale to chyba nie takie proste. Zwłaszcza że często rozmawiać nie umiemy. Jak tu nagle wdrożyć w życie taki program?
Muszę przyznać, że mam ochotę dać radę przeciwną. Żeby niekoniecznie rozmawiać. Jeśli już jesteśmy ściśnięci w ograniczonej przestrzeni, to może dobrym pomysłem jest wejść we własną przestrzeń. Dosłownie i w przenośni. Starać się raczej oddzielać. Spójrzmy na kulturę eskimoską. Rodzina, igloo, minus 40 stopni – wyjść trudno, trzeba być razem. Tam się więc złości jawnie nie okazuje. Porównanie ekstremalne, ale zobaczmy jego użyteczną część. Kiedy jesteśmy zamknięci, ciśnienie wzrasta. Rozmowa – jeśli będzie otwarta, jeśli pojawią się treści do tej pory unikane – ma swoją cenę. I potem z efektami trzeba móc coś zrobić. Jakoś odreagować. Czy przez aktywność fizyczną, sport, czy kontakt z kimś na zewnątrz naszej domowej grupy. W lockdownie o to trudno. Ja do takich szczerych rozmów nie namawiam. Oczywiście kiedy młody człowiek zgłosi taką potrzebę, trudno odmówić, ale też warto mieć świadomość możliwych kosztów. Można natomiast spróbować pobyć we własnej przestrzeni. Poprzyglądajmy się też sobie. Swoim oczekiwaniom. Wobec siebie, wobec innych. Nie musimy ich wypowiadać, czekać na reakcję. Jest oczywiście pokusa, żeby – kiedy coś przeżywam – się tym dzielić, ale to nie jest dobry moment. A ponieważ nie ma już szczęśliwie zakazu wychodzenia z domu, to wychodźmy. Warto do tego dzieci zachęcać. Ruch na powietrzu, zwłaszcza intensywny – to może być bieganie, choć może też być zwykły spacer – naprawdę dobrze robi. Pomaga się „odtruć”, wyrzucić z siebie emocje. Dobrze robi też kontakt z naturą. Spacer w parku czy lesie ma teraz szczególną wartość.

A z praktycznego punktu widzenia – widzę, że coś złego dzieje się z dzieckiem, widzę lęk, niepokój, samotność. Rodzice – nie zawsze, ale często – są w parze, dzieci są od swojej pary czy grupy odcięte. Co robić? Zostawić?
Tu powstaje paradoksalna sytuacja. Rodzic, którego autorytet ma w tym czasie w sposób naturalny maleć, wydaje się teraz tym, który ma możliwość kojenia, dostarczania sposobów radzenia sobie z tą trudną sytuacją. Nie ma tu jednej uniwersalnej rady. Nie bardzo wierzę w to, że można się uczyć na cudzych błędach, naszym zadaniem życiowym jest nauczyć się na błędach swoich. A żeby tak się stało, musimy mieć możliwość ich popełniania. Choć może teraz sposobem będzie korzystanie z autorytetów pośrednich – pokazywanie, jak inni radzili sobie w podobnych okolicznościach. Mogą to być przykłady zaczerpnięte z literatury, filmu czy seriali. Przychodzi mi na myśl serial „Terror”, o okrętach, które utknęły w lodzie Arktyki, załogi muszą przeżyć razem w tej ekstremalnej sytuacji. Dość to okrutne, ale i realistyczne, pokazuje, że między ludźmi bywa trudno. Pomóc może nie zapewnienie, że będzie dobrze, ale powiedzenie: choć trudno, jesteśmy razem. COVID-19 uczy nas, że przeświadczenie o wszechmocy człowieka było ulotne, więc w deklaracje, że na pewno będzie dobrze, nikt myślący nie uwierzy. Dlatego warto nienatrętnie proponować jakieś wzorce.

Rozmawiamy o sytuacjach trudnych, ale nie ekstremalnych. Bywa jednak, że uaktywniają się uśpione od jakiegoś czasu problemy, jak choćby anoreksja. Zaczyna się depresja. Pojawiają się nawet myśli samobójcze. Co robić, żeby niczego nie przegapić?
Jeśli mówiłem wcześniej o niezmuszaniu do rozmowy, o wycofaniu się do własnej przestrzeni, nie miałem na myśli obojętności czy niezwracania uwagi na dziecko. Nie chcę podgrzewać kwestii zagrożenia samobójstwami, ale wiem i widzę, że zwiększa się liczba stanów okołodepresyjnych. Nie ma co zapewniać, że „będzie dobrze”, to nigdy nie działa. Depresja, którą obserwujemy teraz, to depresja sytuacyjna. Nie jest to tak dramatyczna forma choroby jak ta, która przychodzi nie wiadomo skąd i dlaczego, i jest podwójnie bolesna, bo oderwana od kontekstu. Dziś na ogół depresje pojawiają się w specyficznym, pandemicznym kontekście. Problemy najczęściej zgłaszane określam jako podwyższony poziom lęku, przejęcie tym, co będzie, wytrącenie z równowagi, zgubienie ścieżki, którą do tej pory podążaliśmy, obawy o realizację planów. Kiedy coś się dzieje, musimy reagować. Powiedzieć, że istnieje możliwość konsultacji psychologicznej czy psychiatrycznej. To na ogół przyjmowane jest fatalnie, mówię bez złudzeń, ale czasem, kiedy myśl zostanie wypowiedziana, udrażnia jakiś kanał, z którego za jakiś czas można będzie skorzystać. Wiele osób nadal myśli, że „psychiatra to dla świrów”, i ta stygmatyzująca treść powstrzymuje przed zwróceniem się do specjalisty. Ale można odwołać się do badań mówiących, że ludzie fatalnie znoszą izolację. I że są możliwe formy pomocy, czy to psychoterapia, czy farmakoterapia. Czasem wystarczy konsultacja. I świadomość, że jeśli będzie gorzej, mogę sięgnąć po leki. Czasem zapisuje się małe dawki. Depresja to nie tylko przygnębienie, to też bezsenność, drażliwość, poczucie braku sensu. Warto uświadomić sobie, że to nie jest coś bez nazwy, co dotyka tylko mnie. A jak już ma nazwę, staje się czymś konkretnym – można sięgnąć po leczenie. Z nadzieją, że, powiedzmy, w ciągu roku mamy szanse na zluzowanie obostrzeń. Może świat nie wróci w takiej formie, jaką znaliśmy, ale jakąś część naszego dawnego życia odzyskamy. Łatwiej więc sięgać po pomoc z myślą, że to przejściowe.

Mówi pan: za jakiś czas, może za rok. Ale wydaje mi się, że dla młodych rok jest w gruncie rzeczy dłuższy niż dla osoby dorosłej, dla nich inaczej płynie czas.
Także dlatego, że te lata są dla nich tak ważne, na nich potem będą budować. Dla człowieka dorosłego jeden rok tej samej pracy jest bliźniaczo podobny do innego, u adolescentów jest inaczej, klasa maturalna na przykład już się nie powtórzy.

W mediach społecznościowych rośnie też cyberprzemoc.
Ja w gabinecie mam z tym mały kontakt, choć oczywiście wiem, że to istnieje. Jest też – poza „zwykłym” ośmieszaniem, drwinami, upokarzaniem, coś, co nosi nazwę revenge porn. Polega na umieszczeniu w sieci – w ramach zemsty, odegrania się – nagrań scen intymnych. To narusza intymność, obraża, upokarza, daje poczucie wielowymiarowej zdrady, jest źródłem wstydu, a przy tym jest praktycznie nieusuwalne, czyli stale rani. Na szczęście to nie jest zjawisko powszechne. Pamiętajmy jednak, że były już samobójstwa pod wpływem hejtu w mediach społecznościowych.

Kiedy rozmawia pan z młodymi w gabinecie, widzi pan, jak ważny jest kontakt osobisty. Że dopiero uzupełnienie się światów realnego i wirtualnego stanowi całość. A czy młodzi mają tę świadomość? Czują brak? Czy jakość kontaktu w sieci też się jakoś teraz zmienia?
Widzę tu dwie skrajności. Jedna – że pojawiło się zjawisko przebywania ze sobą non stop. Mamy cały czas włączony komunikator, nasz partner po drugiej stronie ekranu jest świadkiem naszego życia, a my – jego. Ale jednocześnie zajmujemy się nie tym partnerem, lecz sobą. I niby ten kontakt trwa całą dobę, ale to właściwie nie jest kontakt. Po prostu tam ktoś jest, ale nie wchodzimy z nim w interakcję. Druga – że kontakt online intencjonalny, w parze czy w grupie, nakierowany na wymianę myśli, jest dużo słabszy. Bo nie ma tych pozawerbalnych informacji, których na co dzień nie dostrzegamy, więc nawet nie umiemy powiedzieć, że ich brak. Badania neuropsychologiczne pokazują, jak ważna jest mikromimika, takie gesty czy miny, które robimy nieświadomie, trwające tysięczne części sekundy. Przez nasz system poznawczy nie są one rejestrowane, ale przez system afektywny jak najbardziej, przez to poznajemy, jakie nastawienie do nas ma druga osoba. To w kontakcie online ginie, pozawerbalnych sygnałów kamerka w laptopie nie pokaże. To powoduje poczucie pewnej pustki, czegoś nie ma, nie wiemy nawet czego.

Czy to może coś zabrać na dobre? Młodzi stracą coś, czego już nie odbudują?
Nie wiemy, co będzie dalej. To, czego doświadczamy, to coś nowego, coś, czego się nikt nie spodziewał. Naprawdę nie wiadomo, jak się to rozwinie. Nie odważę się przewidywać. Nie mówię tylko o rzeczywistości pandemii, ale o relacjach z innymi. Czy to, że teraz są inne, coś młodym ludziom w kontakcie na przyszłość zabierze? Te relacje się zmienią? Znów: nie będę prorokować. Oczywiście gdyby się okazało, że kontakt internetowy stanie się teraz normą i zastąpi kontakt osobisty, to byłoby zubażające. Choć nie jest tak, że coś to nam amputuje – mogłoby się tak zdarzyć w przypadku noworodka, który byłby pozbawiony żywego kontaktu z opiekunami, to okaleczyłoby go emocjonalnie. Ale adolescenci mają już aparat emocjonalny wykształcony. Bezpośredni kontakt nie jest im niezbędny do przeżycia, ale na pewno jego brak nas zubaża. Może to skutkować depresją, zniechęceniem do życia.

Stracone pokolenie? Ktoś tak mi o młodych ludziach powiedział.
Nie, ja tego tak nie widzę. Powiem więcej – ja młodymi ludźmi jestem zachwycony. Uważam za niesamowite, jak potrafią się adaptować do okoliczności, korzystać z różnych form wyrazu, wystarczy spojrzeć, jak się ubierają, jak używają form, kolorów, jak są twórczy i odważni. Mają elastyczność przeżywania, która z wiekiem więdnie. Prowadzą rodzaj żywej gry ze światem, także w pandemicznych okolicznościach znajdują swoje środki wyrazu. Córka pokazała mi ostatnio komiks, który narysowała do szkolnej gazetki. Trzy obrazki. Na pierwszym postać i jej myśli, sny. Na drugim – marzenia. Na trzecim szare tło, bezlistne drzewa, człowiek pod parasolem – i podpis: „rzeczywistość”. Z jednej strony – smutek. Z drugiej – myślę, że przełożenie poczucia smutku i szarości na rodzaj sztuki to sposób twórczy i życiodajny. Jeśli tak ma wyglądać stracone pokolenie, to nie, ono nie jest stracone.

Widzę tu trochę optymizmu.
Doświadczenia związane z cierpieniem nas kształtują. Z jednej strony doświadczamy cierpienia, z drugiej – przekonujemy się, że to coś, co przemija. A czasem okazuje się czymś poza naszą kontrolą. Lockdown to pokazuje. Młodzi czują lęk, często dołącza się też poczucie winy w stosunku do starszych pokoleń, bardziej narażonych na zakażenie i skutki choroby. Tego typu doświadczenia mogą przekładać się twórczo na życie, bo widać, o co warto się starać, dlaczego warto żyć. Cierpienie konfrontuje z kwestiami egzystencjalnymi, zmusza do pewnej uwagi, refleksji, myślenia o wartości życia. Ja tak właśnie patrzę na młodych. Myślę, że oni dzięki pandemii mają też ogromną szansę. 

Michał Czernuszczyk, psycholog i psychoterapeuta certyfikowany przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne. Prowadzi psychoterapię indywidualną dorosłych i młodzieży oraz psychoterapię grupową.

 

  1. Psychologia

Technika Uwalniania – sposób na trudne emocje i choroby psychosomatyczne

Korzyści stosowania Techniki Uwalniania realizują się na kilku poziomach: fizycznym, emocjonalnym, duchowym, a także relacyjnym. (fot. iStock)
Korzyści stosowania Techniki Uwalniania realizują się na kilku poziomach: fizycznym, emocjonalnym, duchowym, a także relacyjnym. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Badania dowodzą, że Technika Uwalniania, opracowana przez dr. n. med. Davida R. Hawkinsa, amerykańskiego psychiatrę, jest niezwykle skuteczniejsza w łagodzeniu fizjologicznych reakcji na stres. Dlatego warto o niej przypomnieć w czasach, które wielu osobom kojarzą się z silnym niepokojem.

Umysł, wraz z myślami, które tworzy, napędzany jest przez uczucia. Z kolei każde uczucie, które się u nas pojawia, generuje wiele tysięcy powiązanych z nim myśli. Tworzy to pewien mechanizm, który sam się napędza. Ponadto większość ludzi przez całe życie tłumi uczucia lub próbuje od nich uciec. Niestety, ta wyparta energia kumuluje się i szuka ujścia poprzez choroby psychosomatyczne, zaburzenia na poziomie fizycznym, zaburzenia emocjonalne, zaburzenia zachowania i relacji osobistych. Skumulowane emocje blokują zarówno rozwój duchowy, jak i świadomość, a także powodzenie w wielu obszarach życia. Z pomocą może przyjść Technika Uwalniania.

Technika Uwalniania, która wykorzystuje „mechanizm poddania”, to praktyczna metoda usuwania przeszkód i przywiązań.

Jakie są korzyści stosowania Techniki Uwalniania?

Poziom fizyczny

Na tym poziomie technika działa na autonomiczny układ nerwowy, który często jest nadmierne stymulowany poprzez tłumione w ciele emocje. Pozbycie się tych stłumionych emocji odblokowuje m.in. akupunkturowy system energetyczny. Praktykując stale uwalnianie, odczuwa się coraz mniej zaburzeń fizycznych i psychosomatycznych, które często całkowicie znikają. Ciało, bardziej odprężone, zaczyna z powrotem optymalnie funkcjonować.

Poziom behawioralny

Gdy zmniejsza się niepokój i negatywne emocje, znika wówczas potrzeba, by od nich uciekać. Ucieczka przed emocjami przybiera bardzo różne formy. Zwykle są to nałogi (narkotyki, alkohol), rozrywka, nadmiernie długi sen. Rezygnując z tej ucieczki, odzyskujemy ogromne pokłady energii. Zwiększa się witalność, uważność, dobrostan, wydajność i bezwysiłkowe funkcjonowanie we wszystkich obszarach życia.

Relacje międzyludzkie

Kiedy trudne uczucia (które postrzegamy jako negatywne dla nas) zostaną uwolnione, wówczas podnosi się poziom uczuć pozytywnych (budujących). Skutkiem tego jest widoczna poprawa wszelkich relacji. Zwiększa się również nasza zdolność do kochania. Mamy mniej konfliktów z innymi, przez co poprawia się wydajność naszej pracy. Pozbycie się negatywnych blokad pozwala także na osiąganie zawodowych celów z dużo większą łatwością. Zanikają też zachowania oparte na poczuciu winy. Coraz mniej intelektualizujemy, a coraz bardziej korzystamy z intuicji. Skupieni na wewnętrznym dojrzewaniu i rozwoju osobistym często ujawniamy kreatywność i zdolności psychiczne, których się po sobie nie spodziewaliśmy. Niezwykle ważne jest to, że zmniejsza się poczucie bycia zależnym, tak zgubne we wszystkich relacjach międzyludzkich.

Poziom świadomości /uważności /duchowości

Odpuszczenie negatywnych emocji sprawia, że doświadcza się stale rosnącego szczęścia, zadowolenia, spokoju i radości. Wzrasta uważność i doświadczanie w swoim wnętrzu jedności z Jaźnią.

Każdy może łagodnie realizować wszystkie te cele poprzez ciche uwalnianie i odpuszczanie w każdej chwili codziennego życia. Dla lepszego śledzenia postępów zaleca się jednak robienie notatek  na temat swoich osiągnięć. Po chwilowej ekscytacji łatwo popaść w „znudzenie” systematycznością tej techniki. Pojawia się wtedy typowy opór i przekonanie, że „to nie działa”.

Jak praktykuje się Technikę Uwalniania krok po kroku?

  • Uświadom sobie dane uczucie, pozwól mu się w pełni ukazać i pozostań z nim w kontakcie. Pozwól sobie na odczuwanie.
  • Nic w nim nie zmieniaj – pozwól, aby swobodnie płynęło. To oznacza, że wyrażasz zgodę na to, że to czujesz, bez oceniania, opierania się, bez obawiania się tego uczucia, potępiania siebie za nie. Skupiasz się na uwolnieniu ukrytej za tym energii. Oznacza to porzucenie osądów i zdanie sobie sprawy, że to tylko uczucie.
  • Jesteś obecna / obecny z tym uczuciem i odpuszczasz wszelkie wysiłki, aby w jakikolwiek sposób je zmienić. Odpuść też chęć, by mu stawić opór. To właśnie opór powoduje, że uczucie trwa. Gdy przestaniesz stawiać opór lub próbować je zmienić, przejdzie ono w następne uczucie i będą mu towarzyszyć łagodniejsze doznania. Uczucie, któremu się nie opieramy, zniknie, gdy tylko wyczerpie się energia, która je napędza.
  • Kiedy uwolnienie następuje, natychmiast odczuwamy lekkość i szczęście.
Ważne: podczas uwalniania ignorujemy wszelkie myśli. Skupiamy się na samym uczuciu, a nie na myślach, które mu towarzyszą. Myśli nigdy się nie kończą, napędzają się same i generują kolejne. Myśli są racjonalizacjami umysłu, który stara się wyjaśnić obecność uczuć. Jeśli całkowicie uwolnimy i odpuścimy dane uczucie, zazwyczaj wszystkie myśli, które były z nim powiązane całkowicie znikają. (źródło: strona informacyjna Wyd. Virgo „Technika Uwalniania. Podręcznik rozwijania świadomości” Davida R. Hawkinsa).

Więcej na temat Techniki Uwalniania Davida R. Hawkinsa w wywiadzie („Droga do wolności”) z Joanną Heidtman, socjolożką i psycholożką :

  1. Psychologia

Czy szczerość zawsze popłaca?

Budowanie relacji na kłamstwie i udawaniu nie ma sensu, bo wtedy to nie relacja, lecz gra, układ. Nawet gdy oszustwo wydaje się konieczne dla czyjegoś dobra, ma tylko pozorną wartość. (Fot. iStock)
Budowanie relacji na kłamstwie i udawaniu nie ma sensu, bo wtedy to nie relacja, lecz gra, układ. Nawet gdy oszustwo wydaje się konieczne dla czyjegoś dobra, ma tylko pozorną wartość. (Fot. iStock)
Biblia głosi, że prawda wyzwala. Życie pokazuje, że potrafi być kłopotliwa i raniąca. Stare porzekadło przestrzega: prawda bywa matką nienawiści! 

Wiele dyscyplin duchowych stawia na prawdę i zaleca marsz w jej kierunku, przebijanie się przez pokłady różnych życiowych oszustw, złudzeń i zafałszowań. To piękna, ale nieco utopijna tendencja, bo gdy tak uważnie przyjrzeć się codziennemu życiu, łatwo odkryć,  że każdy człowiek to mniejszy lub większy kłamczuch.

Po co kłamstwo?

Kłamiemy z różnych powodów – z lęku, z lenistwa, by uniknąć odpowiedzialności, dla wygody, by nie zrobić komuś przykrości… Kłamstwo jest pierwszą z wyboru metodą ochrony ludzkiego dobrostanu, bo jest skuteczne, łatwe, wygodne i zawsze pod ręką. Ten mechanizm poznajemy już w dzieciństwie. Rodzice starają się wpoić zamiłowanie do uczciwości, przekonują, że kłamstwo jest złe, i zachęcają do mówienia prawdy, ale dzieci są bystrymi obserwatorami. Słyszą, jak tata mówi do mamy: „kochanie, wiatr otworzył okno i dlatego spadł ten wazon z parapetu”, choć sam go stłukł. Szybko też zauważają, że szczerość nie popłaca. Bo gdy uczciwie się do czegoś przyznasz, to najpewniej dostaniesz karę.

Po co prawda?

Z drugiej strony trening do bycia uczciwym robi swoje. Dobrze wychowany człowiek, kłamiąc, czuje się niekomfortowo. To głos superego, które spieszy z karą za kłamstwo: poczuciem winy i wyrzutami sumienia. Do szczerości skłania też lęk przed konsekwencjami. Od małego, przyłapani na przeinaczaniu prawdy, bywamy przecież karani: zawstydzani czy odsuwani od życia rodzinnego.

A przy tym oszustwo to... spory wysiłek psychiczny: wyobraźni, precyzji, pamiętania tego, co się powiedziało i... ciągłej czujności. Bo kłamstwo tworzy historię, którą trzeba ciągnąć. I dobrze reżyserować, by nie wypaść z roli. Dlatego mówienie prawdy jest zwyczajnie łatwiejsze.

Dla twojego dobra kochany

Kłamstwo w związkach ułatwia niektóre kwestie, ale rzadko jest rozwojowe. Budowanie relacji na kłamstwie i udawaniu nie ma sensu, bo wtedy to nie relacja, lecz gra, układ. Nawet gdy oszustwo wydaje się konieczne dla czyjegoś dobra, ma tylko pozorną wartość. Po pierwsze większość energii pochłonie gra, utrzymanie masek, po drugie – nieprawda skutkuje dojmującym poczuciem samotności, bo w związku pojawia się trzecia osoba, ta, którą odgrywamy. A taka naprawdę nie istnieje. Mówienie trudnej prawdy partnerowi nie jest łatwe, gdyż większość wiedzy, która ma wyzwolić, jest jednocześnie tą, której nikt nie ma ochoty słyszeć. Ale trzeba ją wyjawić, by się z nią zmierzyć, wiedzieć, nad czym musimy popracować. Ucieczka w kłamstwo na dłuższą metę oddala od ludzi i skazuje na samotność.

Oto przykład literacki. Słynne kłamstwo utrzymywane w dobrej wierze jest kanwą „Kamizelki” Bolesława Prusa. Umierający na gruźlicę mąż chudł, a że nie chciał martwić ukochanej żony, codziennie dopasowywał kamizelkę tak, by nie było widać, że staje się za duża. Żona z kolei nocami zwężała jej pasek, by mąż nie widział, jak szybko chudnie i jak bardzo uchodzi z niego życie. Chronili się nawzajem przed cierpieniem i zetknięciem z prawdą, że on niebawem odejdzie. Mąż myślał, że chroni żonę. Ona, że chroni jego. To plus tej sytuacji. Ale jest i minus: oboje nie mieli szansy tak naprawdę się spotkać. Ostatnie miesiące, choć razem, spędzili osobno w swoim, chcąc nie chcąc, oszustwie. Nie pożegnali się, bo do końca grali w „nic się nie dzieje”. Kochali się, ale na odległość.

Niepotrzebne kłamstwo

Czy wszystko trzeba koniecznie wiedzieć? Nie. Często ukrywamy fakty nawet przed sobą. Mowa o tendencji do samooszukiwania, przymykania oka, zaprzeczania, wypierania, racjonalizowania czy fantazjowania. To mechanizmy obronne, często nieuświadomione, ale wiernie służące ludzkości i chroniące przed przykrą prawdą, np. że wszyscy umrzemy albo że przysięga wierności składana przed ołtarzem – według głosu statystyki – ma małe szanse na dotrzymanie…

Świadoma konfrontacja z rzeczywistością odebrałaby pewnie wielu osobom optymizm i poczucie bezpieczeństwa, a egzystencja stałaby się nieznośnym ciężarem.

Istnieją sytuacje, w których nie warto mówić prawdy, bo jest raniąca i tak naprawdę nikt jej nie oczekuje. Po co mówić rudemu, że rudy, a garbatemu, że garbaty?  Lepiej też unikać zbytniej szczerości, jeśli niczego nie wnosi, a może być trudna do przyjęcia. Po co nowemu partnerowi opowiadać o poprzednich kochankach, nawet jeśli pyta o szczegóły przeszłości seksualnej? To nie dotyczy przecież jego, to moja przeszłość, mam prawo milczeć. Tym bardziej, że mało kto – a już zwłaszcza nowy mężczyzna – jest w stanie udźwignąć prawdę o tabunach dawnych  kochanków.

Albo zdrada: załóżmy, że zdarzyła się raz, przypadkowo, pod wpływem alkoholu. Nie ma sensu mówić o niej partnerowi. Po co? Taka prawda może tylko zranić, zburzyć związek. Dlaczego zatem ujawnienie zdrady jest tak kuszące? Najczęściej chodzi o rozgrzeszenie, usprawiedliwienie, o to, by pozbyć się napięcia i poczucia winy albo zrzucić ciężar sytuacji i odpowiedzialność za decyzję na drugą osobę – teraz to ona musi coś z tym zrobić. Może zrozumie i wybaczy, a może powie: „musimy się rozstać”. W każdym razie to ona musi rozstrzygnąć. Tak, tylko... takie zachowanie przestaje być szlachetne.

Kiedyś w „Sensie” pojawiło się pytanie zrozpaczonej matki, czy powinna powiedzieć prawdę swojemu dziecku o tym, że jest poczęte z gwałtu. Choć to inna sytuacja, to jednak podobny problem. Znowu trzeba postawić pytanie, czemu miałaby służyć ta informacja, a zwłaszcza, czy służyłaby dobru dziecka. Takie pytanie powinna zadać sobie matka. I jeśli ma uzasadnione podejrzenia, że dziecko na tym nie skorzysta, śmiało może zrezygnować z objawienia tej prawdy. Lepiej powiedzieć, że ojciec zniknął lub wyjechał i dotąd się nie odezwał. A być może trzeba będzie zweryfikować sytuację w przyszłości. Bo zdać sobie sprawę z tego, że nie jest się owocem miłości, lecz przemocy, to trudne przeżycie. Jednak dla niektórych, zwłaszcza jeśli są już dorosłymi i zrównoważonymi osobami, może to być wiedza bardzo oczyszczająca, tłumacząca wiele zdarzeń, także tych z dzieciństwa. Może więc, gdy dziecko podrośnie, zdarzy się okazja, by powrócić do tego tematu. Matka z pewnością wyczuje taką potrzebę ze strony dorosłego już potomka, a może on sam wprost ją zasygnalizuje.

Moralne niepokoje

„Mówić czy nie?” – takie pytanie pada w sytuacji, gdy ktoś bliski zapada na poważną chorobę. Uważamy często, że prawda może być zbyt okrutna, załamać, fatalnie wpłynąć na stan zdrowia chorego. Tak, istnieje takie ryzyko, ale prawdą jest też to, że osoby chore mają pełne prawo do wiedzy na temat swojego życia, ciała i zdrowia.

Każdą informację można przekazać na tysiąc sposobów. Zawsze trzeba zadbać o rzetelny przekaz choremu, a także udzielić mu mocnego wsparcia: mówić o nadziei, metodach leczenia, a przede wszystkim być z nim.

Dylemat pojawia się również, gdy mamy o kimś kompromitujące lub niepokojące informacje. Czy przekazywać je jego bliskim, by – jak to się mówi – „przejrzeli na oczy”?

Nie ma tu jednego słusznego rozwiązania. Wiele zależy od relacji z osobami, o których prywatnym życiu coś wiemy. Powstaje pytanie, czy jest to relacja wystarczająco bliska, żeby czuć się uprawnionym do podzielenia się posiadaną wiedzą? Warto spytać siebie również: „czemu ma to służyć?”. Czy chcę przekazać prawdę, bo boję się o tego kogoś, pragnę go przed czymś ustrzec, czy zależy mi raczej na wywołaniu sensacji, zasianiu zamętu?

Dylemat niejednej kobiety: czy powiedzieć koleżance, że jej partner ma romans z inną, czy lepiej sprawę przemilczeć? Jeśli nie powiem, a ona się dowie, może mieć pretensje, że przemilczałam. A gdy powiem, może zarzucić, że szkaluję go w jej oczach, bo jestem zazdrosna o ich miłość. Co robić?

Najbardziej trafnym wyjściem z takiej sytuacji byłoby przeprowadzenie rozmowy z niewiernym partnerem i szczery komunikat: „Wiem o twoim romansie i jeśli ty jej sam o tym nie powiesz, to ja to zrobię”.

Dylemat męża

Dla niektórych mężów równie poważnym wyborem jest kwestia tego, jak odpowiedzieć na pytanie żony: „Powiedz mi proszę, czy podobam ci się w tej sukience? Nie wyglądam w niej za grubo?”. Otóż, panowie, żonie zawsze należy mówić, że się nam podoba, bo przecież to prawda: patrzymy na nią oczami miłości. Dopiero po takiej deklaracji można dodać, że w innej sukience podoba nam się jeszcze bardziej.

 Jak mówić trudną prawdę?

Vaclav Havel powiedział kiedyś, że prawda jest nie tylko tym, czym jest, ale też okolicznościami, w jakich jest mówiona, do kogo, jak i dlaczego. Bo możemy ją podać tak, by kogoś zabolała, albo w intencji poprawy relacji. Dlatego mówiąc komuś trudną do przyjęcia prawdę:
  • róbmy to życzliwie i delikatnie, zwracając uwagę na uczucia tej osoby. Obserwujmy jej reakcje, bo czasem trzeba dostosować poziom prawdy do wrażliwości osoby, z którą rozmawiamy, i podawać ją w dwóch, a nawet trzech porcjach, dając czas na stopniowe oswajanie się z trudną wiedzą. Ciężko bywa przyjąć niełatwą prawdę, która spada jak grom z jasnego nieba;
  • warunki rozmowy niech będą spokojne i bezpieczne. Nie wykrzykujmy zaskakujących prawd w trakcie awantury. Nie powinny być kolejnym argumentem, który ma zaważyć na wyniku dyskusji;
  • ostrożnie dobierajmy słowa. Im trudniejsza informacja do przekazania, tym większa powinna być dbałość o formę;
  • prawdy drobne, codzienne, nawet jeśli niezbyt miłe najlepiej przekazywać, odwołując się do poczucia humoru. Ubrane w żart bywają łatwiejsze do przełknięcia.

  1. Materiał partnera

Renomowany dostawca sprzętu do gabinetów okulistycznych i zakładów optycznych

Fot. materiały prasowe
Fot. materiały prasowe
Na każdym kroku dowiadujemy się o nowinkach medycznych i nowych sposobach leczenia przeróżnych dolegliwości. Duży wpływ na te pozytywne wiadomości mają nie tylko medycy, ale również, a może nawet przede wszystkim, producenci różnego rodzaju sprzętu medycznego. W użyciu są narzędzia dedykowane w zasadzie do każdej, nawet najmniejszej, części ludzkiego ciała. Dzisiaj skupimy się na narządzie wzroku.

Ponad ćwierć wieku doświadczenia

W pracy okulisty i optyka niezwykle istotną rolę pełnią sprzęty dedykowane tym sferom medycyny. Firma KRAK-OPTIC Sp. z o.o., posiada wieloletnie doświadczenie we współpracy z większymi, jak i mniejszymi zakładami optycznymi. Historia przedsiębiorstwa sięga roku 1991. Zatem to już prawie trzydzieści lat na rynku optyczno-okulistycznym.

KRAK-OPTIC jest jedynym przedstawicielem i autoryzowanym serwisantem produktów marki WECO w Polsce. Co ciekawe, jednym z partnerów handlowych firmy, jest sieć optyczna Vision Express Polska. Sprzedawca współpracuje nie tylko z podmiotami z Polski, ale także z Rosji, Białorusi, Litwy, Ukrainy, Czech, Słowacji i Niemiec. Głównymi celami całej załogi spółki KRAK-OPTIC, jest dostarczanie produktów najwyższej jakości oraz profesjonalna obsługa sprzedażowa i posprzedażowa.

Katalog produktów sprzedawcy dostępny jest na jego stronie internetowej, która znajduje się pod adresem: krak-optic.pl. Asortyment obejmuje nowe wyroby dedykowane okulistyce i optyce. Co ciekawe, firma prowadzi także giełdę urządzeń i części używanych.

Urządzenia okulistyczne i optyczne

Jak wiadomo, zadaniem lekarza okulisty jest badanie budowy oczu oraz rozpoznawanie i leczenie chorób narządu wzroku. Celem optyka oraz optometrysty jest właściwy dobór szkieł korekcyjnych i opraw okularowych. W ofercie KRAK-OPTIC, znajdują się następujące rodzaje sprzętu:
  • autorefraktometry,
  • blokery, centroskopy,
  • deblokery,
  • kasety okulistyczne,
  • projektory, rzutniki optotypów,
  • przylepce optyczne,
  • rowkarki,
  • szlifierki ręczne,
  • starblocki,
  • unity okulistyczne,
  • barwiarki,
  • dioptromierze,
  • foroptery,
  • lampy szczelinowe,
  • mikroskopy,
  • perymetry,
  • monitory
  • pupilometry,
  • skanery,
  • tonometry.
Dużym zainteresowaniem cieszą się także oferowane przez sklep multifunkcyjne stacje diagnostyczne. Są to urządzenia gwarantujące profesjonalizm badania i nowoczesne rozwiązania technologiczne. Za pomocą takiego jednego narzędzia można wykonać kilka rodzajów badań (w tym: topografię, refrakcję, pachymetrię, keratometrię, analizę suchego oka). Na jakość pracy wpływa duży, kolorowy wyświetlacz.

Meble i akcesoria do gabinetów okulistycznych i zakładów optycznych

Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom klientów, do oferty wprowadzono także meble oraz akcesoria okulistyczne i optyczne. Charakteryzują się ponadprzeciętną funkcjonalnością oraz atrakcyjnym wyglądem. Jeżeli chodzi o meble, to w sprzedaży znajdują się: fotele okulistyczne, unity okulistyczne, stoliki okulistyczne. Produkty wpływają na wygląd gabinetu i jednocześnie pozwalają na właściwe wykonanie badania.

W asortymencie znajdują się także: tablice okulistyczne, adaptery obrazowania oka do smartfonu, okulary z filtrem Blue Ray, okulary przeciwsłoneczne dla dzieci, folie ochronne, naczynia stalowe do barwiarek, testy (np. fotochromatyczne, polaryzacji), tarcze szlifierskie, żarówki, starblocki, przylepce, deblokery ręczne.

  1. Psychologia

Asertywność najlepiej trenować w dzieciństwie

Asertywności możemy nauczyć się jako dorośli, czasem jednak wymaga to ogromnej wewnętrznej przebudowy. (fot. iStock)
Asertywności możemy nauczyć się jako dorośli, czasem jednak wymaga to ogromnej wewnętrznej przebudowy. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Dobrze się żyje, gdy jesteśmy otwarci w relacjach z ludźmi. Kiedy umiemy opowiadać o swoich emocjach i zgodnie z nimi reagować. Gdy złościmy się wtedy, kiedy jest ku temu powód. Ulegamy, jeśli mamy na to ochotę. Tak żyją ludzie asertywni. Czym jest asertywność? - wyjaśnia psychoterapeuta Jarosław Józefowicz.

Czym jest asertywność? To pewność siebie, wynikająca ze znajomości swoich poglądów i jasności stanowiska na dany temat. To też siła, którą dysponuję, żeby te przekonania wyartykułować. Co ważniejsze - asertywność to również autentyczność, płynąca ze znajomości swoich uczuć oraz adekwatne do nich reagowanie. Czy mamy dobry dostęp do swoich emocji, możemy sprawdzić w sytuacjach choć trochę stresowych, które dzieją się szybko w relacji z drugą osobą czy w grupie. Wówczas działamy automatycznie i od razu widać, czy bazą naszych zachowań jest to, co naprawdę czujemy, czy też może nasze reakcje płyną z miejsca maski, przyzwyczajenia, przyjętych zewnętrznych norm. To jedna część pojęcia „asertywność”. Drugim aspektem tego zagadnienia jest sposób, w jaki stajemy za swoimi poglądami i uczuciami. Bronienie racji w sposób asertywny oznacza zachowania, które nie ranią. Takie, które otoczenie jest w stanie przyjąć i zrozumieć.

Są ludzie, którzy są asertywni i nie muszą się tego uczyć. Co za taką postawą może stać? Wychowanie. Zdrowa asertywność wynika z pozytywnych doświadczeń, przede wszystkim z dzieciństwa. Zależy to od tego, czy w tamtym okresie postawa ważnych dla nas osób była bardziej wspierająca i wzmacniająca niż osłabiająca i krytykująca. Czy nasze granice były szanowane, respektowane. Jeśli tak było, będą one dla nas czymś naturalnym. Nie będziemy musieli ich ani zaciekle bronić, raniąc innych, ani ulegle wpuszczać kogoś na swoje terytorium. Ktoś asertywny, gdy chce o coś zawalczyć, do czegoś startować, czuje że ma do tego prawo. To kwestia głębokiego przekonania niedostępnego intelektowi, a dotyczącego poczucia. Ludzie nieasertywni z kolei czują, że im się nic nie należy.

Z czego jeszcze może wynikać brak asertywności? Z braku dostępu do swoich uczuć, z niepewności czego chcę, co tak naprawdę myślę. Z niewiary w realność i zasadność własnych potrzeb. Często wiąże się to z trudną historią osobistą i wynikającym z niej krytykiem wewnętrznym. To postać w środku nas, która mówi, że to co myślimy jest głupie, a nasze potrzeby mało ważne i nie na miejscu. Ten głos nie bierze się znikąd. Już kiedyś od kogoś słyszeliśmy ten przekaz.

Dlaczego uważasz, że asertywność to postawa nabyta? Dlatego, że ludzie nie rodzą się asertywni lub nieasertywni, tylko te zachowania wykształcają. Szkielet osobościowy i psychiczny człowieka powstaje mniej więcej do piątego roku życia. Najlepszym jego budulcem jest miłość i wsparcie w połączeniu z pewnymi ramami, dającymi dziecku poczucie stabilności, bezpieczeństwa i chroniącymi przed nadmiernym egoizmem. Ta wewnętrzna konstrukcja, którą otrzymujemy w dzieciństwie, przez resztę życia pozostaje prawie niezmienna. Potem w dorosłym życiu, w milionie codziennych sytuacji czy w powtarzających się kłopotach w relacjach cały czas odgrywamy ten sam schemat, chociaż często nie uświadamiamy sobie tego. Pierwszy krok na drodze do zmiany to właśnie wpuszczenie świadomości.

Jarosław Józefowicz, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog. Prowadzi terapie indywidualne, par i małżeństw, pracuje z dziećmi, rodzinami, grupami, organizacjami. Prowadzi treningi psychologiczne, grupy i warsztaty, zajęcia rozwojowe.