1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Ciało mężczyzny – trening wojownika i uwrażliwianie serca. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

„Ludzki, egocentrycznie zaprogramowany umysł uczynił z ciała kozła ofiarnego, w którym umieścił wszystkie swoje nadużycia, niegodziwości i grzechy” – mówi Wojciech Eichelberger. (Ilustracja: Paweł Jońca)
Jedni postrzegają je jako narzędzie. Inni nadmiernie je estetyzują. Jaki właściwie mężczyźni mają dziś stosunek do swoich ciał? A jaki byłby najlepszy? Czy wojna zmieni nasze spojrzenie na męskie ciało? Odpowiada psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Mężczyźni są odcięci od swoich ciał. Tak się o nich pisze. Ale czy to nadal prawda, skoro zaczęli o nie dbać może nawet czasem przesadnie? A jeśli prawda, to może kontakt z własnym ciałem nie jest im potrzebny?
Wszystkie te obawy i przypuszczenia biorą się z jednego źródła: tradycja i męski etos ciała każą mężczyźnie traktować własne ciało jako narzędzie służące do ciężkiej pracy i do walki. Dlatego przez wieki przypominało ono bardziej zbroję lub maszynę niż żywe tkanki, a mężczyźni dbali o nie tylko w imię jego sprawności, siły i odporności na ból. Ciało było więc dla nich przedmiotem niezasługującym na uznanie i szacunek.

W antyku je idealizowano!
Myślę, że historycy i antropolodzy nie zgodziliby się z Tobą. Nie obowiązywał wtedy jednostronny kult ciała ani hedonizm.

Z czasem na szczęście dużo się zmieniło w sposobie rozumienia i traktowania ciała.
W naszej strefie kulturowej etos ciała i stosunek do niego zaczął się urealniać dzięki oświeceniowemu pędowi do wiedzy oraz poznawaniu innych kultur i religii. Także dzięki rozpustnemu barokowi i rozegzaltowanemu romantyzmowi, które pospołu wypromowały pozytywną rolę serca, ciała i seksu w ludzkich relacjach. Kropkę nad i postawiła rewolucja przemysłowa, tworząc maszyny wyręczające mężczyzn w ciężkiej pracy i w walce. Dzięki temu we współczesnej, ponowoczesnej kulturze męskie ciało zostało niemal całkowicie uwolnione od ciężarów i zadań przeszłości. W zamian stało się obiektem potężnej kulturowej i marketingowej presji pozbawiającej je niemal wszystkiego, co kojarzone było z męskością. Nie oszczędzono nawet owłosienia piersi, nóg i krocza.

Depilacja męskich nóg i krocza to kobieca zemsta za patriarchat!
W każdym razie przejaw silnej awersji do wszystkiego, co męskie. Z zewnętrznych atrybutów męskości ostał się tylko pozór w postaci zarostu na twarzy – ale tylko dlatego, że dzięki temu można sprzedać mężczyznom wiele urządzeń, kosmetyków i usług służących do jego pielęgnacji. Jednak to, co dzieje się w Ukrainie, pokazuje, że etos męskiego ciała jako niezbędnego narzędzia walki nadal obowiązuje. A więc może się okazać, że mężczyźni będą musieli narażać swoje wypielęgnowane ciała na głód i pragnienie, na brud i smród, na ciężki pot wysiłku ponad siły, na zimny pot przerażenia.

I tak właśnie dzieje się już w Ukrainie, gdzie walczą nie tylko zawodowi żołnierze, ale na przykład artyści.
Tak, ale aby to znieść i od razu nie zostać ciężko rannym czy nie zginąć albo nie stracić zdrowych zmysłów, trzeba znieczulić się i odciąć od cnót serca, które w czasach pokoju mężczyźni słusznie pielęgnowali choćby przy okazji zajmowania się dziećmi. Gdyby koszmar wojny ogarnął Europę i świat, to wrażliwi mężczyźni musieliby kompletnie zamrozić swoje serca, a umysły wprowadzić w stan bliski szaleństwu. Bo na ukształtowanie twardego, stabilnego emocjonalnie wojownika potrzeba wielu lat treningu.

Treningu, który krytykowaliśmy za to, że w jego rezultacie „mężczyźni nie płaczą”?
No właśnie. A bez treningu w radzeniu sobie z lękiem, strachem i bólem nie sposób sobie poradzić z ekstremalnym stresem wojny. Z drugiej strony pozwolenie sobie w warunkach frontowych na uzasadnione i naturalne odruchy współczucia i rozpaczy czyni nas bezużytecznymi dla tych, którzy przeżyli i których życia chcemy i powinniśmy bronić. Tak więc jakoś przygotowani do wojny są tylko ci z nas, którzy przywykli do wymagań ciężkiej fizycznej pracy, do niewygód, do ryzyka i zagrożenia dla zdrowia i życia, a także do widoku okaleczonych i martwych ciał.

A ci, którzy ćwiczyli na siłowni czy biegali maratony, nie są gotowi do walki?
Każdy trening wymagający wysiłku, testujący nasze psychofizyczne możliwości jest pomocny w kształtowaniu cech wojownika. Ale też sporo zależy od motywacji ćwiczącego. Jeśli na siłowni chodzi nam przede wszystkim o wygląd i atrakcyjność naszych ciał, a nie o ich sprawność i odporność, to w ekstremalnych warunkach wojny możemy i tak nie dać rady. Tradycyjny etos męskości skłaniał nie tylko mężczyzn, lecz także małych chłopców do stawiania się w sytuacjach ryzykownych, wymagających ekstremalnego wysiłku ciała, woli i psychiki. Bieganie maratonów, zdobywanie gór i ciężki trening sportowy z pewnością wywodzą się z tej tradycji. Ale należy do niej również wymagająca praktyka duchowa – taka jak długotrwałe odosobnienia medytacyjne, życie w klasztornym rygorze, posty, pielgrzymowanie i tym podobne.

A jak było z Tobą i Twoim stosunkiem do własnego ciała?
Ponieważ dorastałem i dojrzewałem w śmiertelnie okaleczonym, zrujnowanym mieście, w oparach niewyobrażalnego cierpienia, a zarazem w blasku heroizmu, więc trening wojownika był już w dzieciństwie naturalną i oczywistą potrzebą. Moje ciało i psychika były więc formatowane w zgodzie z tradycyjnym męskim rytem: brałem udział w walkach młodzieżowych gangów i w licznych pojedynkach, w forsownych marszach, w wymagających obozach harcerskich, uczyłem się strzelać z czego się dało, rzucać nożem, siekierą i dzidą. Ryzykować. Znosić ból, głód, a nawet ranić się samemu, by zawrzeć z przyjaciółmi braterstwo krwi. Potem z zapałem uczyłem się sztuk walki i uprawiałem wiele sportowych dyscyplin. A w ramach studenckiej służby wojskowej oswajałem się z bronią, ze skoszarowanym życiem, z alarmami bojowymi, a także z poligonowym polem bitwy.

To jakim cudem zostałeś empatycznym terapeutą?
Przełom w moim sposobie traktowania siebie i swojego ciała spowodowało zetknięcie się z metodą psychologicznej pracy z ciałem Alexandra Lowena i lektura jego książki „Zdrada ciała”. Zrozumiałem wtedy, że zbyt jednostronnie odkrywałem i rozwijałem mój psychofizyczny potencjał, że w tym sensie zdradziłem swoje ciało. Przede wszystkim zaniedbałem rozwój mojej empatii, wrażliwości, troski, czułości – czyli zdolności do wchodzenia z ludźmi w bliski, otwarty i bezpieczny kontakt. Na poziomie ciała skutkowało to nadmiernie spiętymi mięśniami klatki piersiowej, brzucha, barków i ramion. Praca nad pozbyciem się tego mięśniowego pancerza otworzyła mnie na całkiem zapomniane uczucia i odczucia. Wyraziłem wiele mojego zapomnianego, a nawet wypartego bólu, rozpaczy, żalu, tęsknoty, zachwytu, a także niepohamowanego gniewu. Moje życie stało się pełniejsze, a zarazem zacząłem lepiej rozumieć i odczuwać cierpienia innych ludzi.

Czy jako mężczyzna stałeś się przez to słabszy?
To było wówczas dla mnie ważne pytanie. Musiałem jednak dokonać tego wyboru, bo dobre wykonywanie pracy psychoterapeuty w dużej mierze polega na zdolności do współodczuwania z tym, kto cierpi. Nie mogłem więc dobrze wykonywać tej pracy, będąc jedynie dobrze uzbrojonym wojownikiem. Po jakimś czasie odkryłem, że na szczęście otwarcie serca nie pozbawiło mnie cech wojownika, a wręcz doszedłem do wniosku, że sekwencja: najpierw wojownik, potem otwarcie serca, była właściwa. Bo tylko będąc już silnym, pewnym siebie mężczyzną, mogłem otworzyć się na wyparte, bolesne uczucia i ważne potrzeby mojego serca.

A więc najlepsze podejście mężczyzny do własnego ciała powinno być oparte na tym, by nie odpuszczając treningu wojownika, pracować nad uwrażliwianiem i otwieraniem serca?
Tak, bo wtedy współczując i nieuchronnym ofiarom, i jednocześnie oszalałemu agresorowi, mężczyzna będzie potrafił zabić agresora. Oczywiście o ile inne rozwiązania nie będą już wchodziły w grę i tylko w obronie słabszych. Ale i tak mężczyzna poniesie z tego tytułu karmiczną odpowiedzialność – czyli zostanie w przyszłości z tego, co zrobił, rozliczony przez los. Bo z punktu widzenia mistycznej duchowości grzech zabójstwa nie ma miejsca tylko wtedy, gdy w pełni oświecony wojownik zabija w walce innego oświeconego wojownika. Choć jest oczywiście mało prawdopodobne, aby dwóch oświeconych chciało się z jakiegokolwiek powodu pozabijać.

Nie rozumiem, czemu oświecony może zabić i w dodatku tylko innego oświeconego?
Uznany japoński nauczyciel zen zapytał swoich uczniów: „Gdy dwóch w pełni oświeconych samurajów walczy i jeden z nich ginie – czy ktoś zabił i czy ktoś zginął?”. Mistrz próbuje tylko uzmysłowić uczniom, że dla oświeconego umysłu forma istnienia nie ma znaczenia. Ale gdyby oświecony zabił kogoś, kto utożsamia się z ciałem i ze swoim ego, to spowodowałby ogromne cierpienie tej osoby – a tego oświecony nie chce i nie może zrobić, bo kieruje nim bezgraniczne współczucie. Z tego samego powodu oświecony, gdy chcą go zabić nieoświeceni, pozwala siebie zabić. O tym właśnie jest Wielkanoc.

A więc kompromis pomiędzy wewnętrznym wojownikiem i współczującym jest możliwy czy nie?
W sprawach odbierania życia sobie albo innym nie ma kompromisu. To zawsze jest błędem. Ale gdy sytuacja zmusza nas – na przykład w imię ratowania życia niewinnych ofiar napaści – do zabicia agresora, to mamy prawo, a nawet obowiązek popełnić ten błąd, świadomie biorąc jego konsekwencje na siebie. Bo wprawdzie wybieramy mniejsze zło – ale jednak to mniejsze też jest złem.

Jak wychowywać chłopców, aby byli gotowi dokonywać takich wyborów?
Rodzice winni wziąć sobie do serca mądre zalecenie Greka Zorby: „Zanim dasz chłopcu karabin do ręki, naucz go tańczyć”. Czyli trzeba chłopcom – a myślę, że dziewczynom także – zapewnić doświadczenie zarówno „tańca”, czyli afirmacji życia, radości i pokoju, jak i doświadczenie „karabinu”, czyli zdolności do walki w imię obrony tego wszystkiego, co kojarzy się z tańcem. Ważna jest też kolejność tych doświadczeń, aby zanim nauczymy kogoś walczyć i w razie potrzeby zabijać, nauczyć go szacunku do życia i pozwolić doświadczyć radości, jaką można z niego czerpać. Nauczyć go także szacunku do własnego ciała i ciał innych – a ponadto radości płynącej z miłosnej bliskości z drugim człowiekiem. Tylko wtedy jest szansa na to, że przyszły wojownik nie będzie broni używał przeciw życiu, lecz w jego obronie.

A jaka jest Twoja rada dla dorosłych mężczyzn?
Aby nie traktowali swoich ciał tak, jak traktuje się maszyny, ani też jako atrakcyjny przedmiot pożądania. By w relacji z ciałem nie zabrakło im szacunku i pokory, jakie należą się mistrzowi życia, zjednoczonemu z całą naturą planety i z całym kosmosem. Żeby wiedzieli, że przyroda wspiera życie ich ciał nie tylko z zewnątrz, lecz także od wewnątrz w postaci miliardów mikroorganizmów zasiedlających ludzki organizm. Żeby zdawali sobie sprawę, że ich ciało jest mądre mądrością całej natury, doskonale z nią zsynchronizowane i niczemu niewinne. Bo to ludzki, egocentrycznie zaprogramowany umysł uczynił z ciała kozła ofiarnego, w którym umieścił wszystkie swoje nadużycia, niegodziwości i grzechy.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii; www.ipsi.pl

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze