1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. W centrum uwagi: opanować tremę

W centrum uwagi: opanować tremę

123rf.com
123rf.com
Co zrobić, gdy trema działa na nas paraliżująco? Jak osiągnąć spokój ducha podczas wystąpień publicznych – opowiadają dziennikarka Marzena Rogalska i trenerka Izabela Ziemińska.

Dziennikarka i trenerka – miewacie jeszcze tremę podczas występów publicznych?

Marzena Rogalska:
Ja tak, choć wszyscy uważają, że jest inaczej. To wynika m.in. z troski o moich gości – gdy przychodzą np. do „Pytania na śniadanie” na siedem minut, zależy mi, żeby to było dla nich dobre siedem minut. Przyszli, żeby podzielić się ważnym dla siebie tematem. Podenerwowanie, które mi wciąż towarzyszy i którego się nie pozbyłam, to jest „trema pierwszych pięciu sekund”. Ważne, żeby dobrze zacząć. Później już idzie.

Izabela Ziemińska:
U mnie przed każdym wystąpieniem wzrasta poziom adrenaliny, pojawia się trema, ale taka mobilizująca. Pomaga mi to, że bardzo lubię to, co robię, i koncentruję się na tym, co mam do przekazania. Początkowy niepokój szybko znika. Tego uczymy z Marzeną na szkoleniach – jeśli mówisz o czymś z pasją, wierzysz w to, to nie ma specjalnego znaczenia, czy się pomylisz, czy zdanie będzie miało odpowiedni szyk.

Lapsusy i pomyłki prowadzących często wzbudzają wręcz sympatię odbiorców.

I.Z.:
Najbardziej lubiani trenerzy to tacy, którzy popełniają błędy.

Bo są dalecy od ideału, bardziej ludzcy, „normalni”.

I.Z.:
W sytuacjach wykraczających poza rutynę dnia codziennego, a do takich zaliczam wystąpienia publiczne, dążymy do tego, by wypaść jak najlepiej. I w rzeczywistości to my sami jesteśmy swoimi najsurowszymi sędziami. Tremę mamy wszyscy, odczuwamy niepokój w nowych okolicznościach – to naturalne. Chodzi o to, by „oswoić” te sytuacje, zaakceptować i zamienić stres paraliżujący na mobilizujący. Kiedyś występy publiczne to był dla mnie jakiś horror, szczególnie w szkole na akademiach. Po latach przestałam zwracać tak baczną uwagę na siebie i na to, jak wypadam w oczach innych, a zaczęłam się koncentrować na tym, co chcę przekazać – to przyszło w miarę rozwoju, poznawania siebie i zbierania kolejnych doświadczeń. W wystąpieniach publicznych, podobnie jak w zwykłej rozmowie czy w prowadzeniu programów, o czym wspominała Marzena, istotny jest początek. Ważne, żebyśmy byli pewni tego, co chcemy powiedzieć, warto się dobrze przygotować.

M.R.:
Mnie otuchy dodaje to, że prowadzę warsztaty czy programy z kimś, kogo lubię, z kim dobrze mi się pracuje. Wiem, że taki Łukasz Nowicki, mój współprowadzący z „Pytania na śniadanie”, wejdzie w każdą moją spontaniczną reakcję, po prostu nie muszę się o nic martwić. Ważne jest, by nie skupiać się na obecności kamer albo na tym, że oglądają mnie miliony ludzi. W ogóle się tym nie zajmuję, tylko myślę, że mam okazję porozmawiać z fajnymi ludźmi.

Pracowałam kiedyś w radiu, tam uczyli nas: „wyobrażaj sobie, że mówisz do jednej osoby, i to jakiejś bliskiej, życzliwej – do przyjaciółki albo do mamy”…

M.R.:
Mnie też tego uczyli i z powodzeniem stosuję tę metodę. A oprócz tego nie skupiam się nadmiernie, nie zasadzam się… Paradoksalnie w koncentracji pomaga mi to, że najczęściej na plan wpadam w ostatniej chwili, jeszcze odpisuję na jakiś e-mail, dzwonię, wysyłam SMS. Idę z marszu, z biegu nawet. Adrenalina wręcz dodaje mi skrzydeł, ja to uwielbiam!

Wydawałoby się, że każdy z nas ma doświadczenie w wystąpieniach publicznych, bo przecież wszystkie lata szkoły, studiów, egzaminy to nieustający ciąg autoprezentacji. Mimo to wiele osób miewa tremę, niektórych strach wręcz paraliżuje – czy to dlatego, że – jak w szkole – spodziewamy się oceny?

I.Z.:
Zdecydowanie tak. Obezwładnia nas najczęściej lęk przed oceną innych, jesteśmy jej poddawani od małego. Od bliskich też często słyszymy w dzieciństwie: „Zobacz, jak Zosia ładnie posprzątała, dostała piątkę… itd., a ty?”. Z wystąpieniami publicznymi mamy do czynienia wszyscy, niezależnie od wykonywanego zawodu – bo „występem” może być wizyta w urzędzie skarbowym, zebranie w szkole, rozmowa kwalifikacyjna czy dyskusja ze znajomymi. W zasadzie każde spotkanie, w którym oprócz nas uczestniczą dwie osoby i gdzie musimy zabrać głos, jest jakąś formą prezentowania się publicznie.

W naszej pracy trenerskiej opieramy się m.in. na metodzie Porozumienia bez Przemocy, która odcina się od wszelkich porównań i ocen. Blokuje koncentrowanie się na tym, co inni o nas pomyślą i na tym, kto ma rację. W takich chwilach nie jesteśmy w stanie być w kontakcie ze sobą i przekazać innym tego, co mamy do powiedzenia.

Rusza wasza Szkoła Wystąpień Publicznych – dla kogo będą te zajęcia?

I.Z.:
Przygotowałyśmy program dla osób indywidualnych, w którym mocniej została rozbudowana część rozwojowa, oraz oddzielny dla firm i instytucji. Uruchamiamy tę szkołę z Ewą Tyralik i Anną Maruszeczko. Pracujemy razem od wielu lat, stanowimy więc zgraną i sprawdzoną ekipę. Ja i Ewa jesteśmy trenerkami komunikacji i PR-owcami, natomiast Marzena i Ania to dziennikarki z dużym dorobkiem, nie wyobrażam sobie lepszego połączenia. Łączymy rozwój osobisty z umiejętnościami biznesowymi. Idea jest taka, by przez uczestnictwo w programie  Szkoły Wystąpień Publicznych poprawić przy okazji komunikację z bliskimi i sobą. Bo jeżeli jestem w kontakcie ze sobą, to jestem w stanie występować publicznie i nawiązać kontakt z publicznością. Jeżeli nie mam tego pierwszego kontaktu, trudno mówić o porozumieniu z innymi.

Chodzi o prawdę. To się albo ma, albo nie. Ale czy można się tego nauczyć? Jak się patrzy na taką Marzenę, ma się wrażenie, że wystąpienie publiczne to bułka z masłem…

M.R.:
Każdy chce dobrze wypaść, ale jeśli będziemy otwarci na to, co się dzieje wokół, bo np. ktoś zawoła, opowie dowcip, o coś zapyta i my zareagujemy – to będziemy autentyczni i wiarygodni. Jeśli nie zareagujesz, to po tobie.

Lata temu poproszono mnie, bym poprowadziła wybory Mistera Polski w klubie w Rzeszowie. Miałam na sobie wspaniałą sukienkę, błyszczącą, amerykańską, po prostu cudo. Pamiętam, że wbiegłam za kulisy i wpadła tam na mnie kobieta, która szła akurat z kuchni z garnkiem zupy. Zderzyłyśmy się i zupa znalazła się na mojej sukience. Gdy zmywałam plamę wodą, zastanawiałam się: „co tu robić, przecież mam tylko jedną sukienkę, a zaraz wychodzę na scenę”. Wyszłam mokrusieńka i natychmiast opowiedziałam widzom, co mi się przytrafiło za kulisami. Publiczność doceniła moją szczerość i dostałam wielkie brawa. A sukienka...? Cóż, schła na mnie do końca wieczoru.

I.Z.:
Nie ma nic gorszego niż udawanie przed innymi, że czegoś nie ma, podczas gdy to jest.

Gdy pewnego razu zobaczyłam nagranie ze swojego występu publicznego, przeżyłam szok. To nie byłam ja! Wiem, że prowadzicie zajęcia z kamerą – czy często ludzie, którzy widzą się na ekranie pierwszy raz, mają problem z akceptacją siebie?

M.R.:
Gdy studiowałam socjologię i nawet jeszcze nie myślałam, że kiedyś będę dziennikarką radiową i telewizyjną, zapisałam się na zajęcia z historii kina, bo jestem kinomanką. Prof. Alicja Helman, wielki autorytet w świecie filmowym, powiedziała nam wtedy, że wszyscy aktorzy, widząc się pierwszy raz na ekranie, kompletnie odrzucają swój wizerunek. Możesz go z czasem zaakceptować, a może ci się to nie udać nigdy. Niewątpliwie można się do tego przyzwyczaić. To naturalne, że postrzegamy siebie inaczej.

I.Z.:
Obie z Marzeną uwielbiamy ten moment, gdy oglądamy wraz z uczestnikami szkolenia nagrania na koniec dnia i mamy szansę porównać pierwsze i ostatnie spotkanie przed kamerą.

M.R.:
Mija zaledwie kilka godzin – a jak oni się zmieniają, jak się otwierają, uśmiechają, jak rosną im skrzydła! Z ćwiczenia na ćwiczenie robią ogromne postępy, naprawdę. Występując publicznie, trzeba zapanować nad wieloma rzeczami – tym, jak wyglądasz, tym, co chcesz przekazać, musisz się skupić nad treścią, pamiętać o czasie. To nie przychodzi od razu, potrzebny jest trening. I nie należy bać się błędów, wpadek.

A talizman? Pomaga?

I.Z.:
Jako początkujący trener często zakładałam szal, który Marzenka przywiozła mi z Indii.

M.R.:
A ja mam ulubione buty. Można oczywiście zaproponować parę sztuczek, ale nie o to chodzi, wtedy inni nie wezmą od ciebie tego najlepszego, co możesz dać.

I.Z.:
To, co przekazujemy, jest filtrowane przez odbiorców – przez ich przeżycia, doświadczenia – nie mamy wpływu na to, czy kogoś nie drażni nasz głos, bo, dajmy na to, jest podobny do głosu kogoś, kogo on nie lubi. Koncentrujmy się na tym, na co wpływ mamy. Jeśli masz świadomość siebie, wiesz, co cię blokuje, a co wzmacnia, jakimi zasobami dysponujesz, jakie masz przekonania, i umiesz z tym pracować – to ta energia idzie na budowanie kontaktu z innymi i na przekazanie tego, co chcesz przekazać. Ludzie czują, co jest prawdą, a co nie.

Pracujecie nad wizerunkiem, a tak naprawdę otwieracie ludzi na polubienie i akceptację siebie?

M.R.:
Odpowiem na własnym przykładzie – ja też chciałam być inna, niż jestem, idealna, poukładana. Trochę czasu mi zajęło, zanim zaakceptowałam to, że najlepiej pracuje mi się w pędzie – i wtedy dopiero zaczęłam tłumaczyć: „nie sadzajcie mnie przed kamerą na długo przed programem, bo wtedy ze mnie schodzi cała energia”.

Zatem każdy musi odnaleźć swój sposób, swój styl. Nie ma uniwersalnych prawd do zastosowania dla każdego?

I.Z.:
Są pewne zasady, które pomagają i się sprawdzają, ale zachęcamy, by filtrować je przez siebie. Istotne jest np. uziemienie, żeby mieć podparcie, kontakt z podłogą, nie chwiać się, przemawiając na stojąco. Nie zmuszaj się do szpilek, jeśli nie czujesz się w nich pewnie i wolisz buty na koturnie. Dobrze jest też wcześniej zapoznać się miejscem, gdzie występujesz, przemawiasz czy coś prezentujesz. Dać sobie czas na dotarcie, nie biec w ostatniej chwili, nie spieszyć się, bo to dodatkowo stresuje. Wreszcie strój – ubierz się w to, w czym dobrze się czujesz. I najważniejsze – bądź przygotowana, musisz wiedzieć, co chcesz powiedzieć.

M.R.:
Można sobie to zapisać w punktach, ja notuję także nazwiska osób, z którymi mam rozmawiać, choć dobrze je znam. Zdarza się, że z powodu stresu zapominamy nawet własnego imienia! Mój kolega w radiu przedstawił się kiedyś tylko nazwiskiem, bo zapomniał, jak ma na imię.

I.Z.:
To, co również jest ważne – to żeby postawić się po stronie widzów, słuchaczy. Ci ludzie nie chcą nas zjeść, tylko dostać jakąś korzyść. Nikt nie czyha na nasze potknięcia. To bardzo wspierające, jeśli tylko zdamy sobie z tego sprawę. Szukajmy tego, co nas wzmacnia, i skupiajmy się na tym, co mamy do przekazania.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak przyciągnąć dobrą zmianę? Naucz się budować dobre relacje

Świat zewnętrzny jest lustrzanym odbiciem twojego wewnętrznego świata. Chcesz zmienić widok w lustrze – zacznij od udoskonalenia obrazu w swoim wnętrzu. (Fot. iStock)
Świat zewnętrzny jest lustrzanym odbiciem twojego wewnętrznego świata. Chcesz zmienić widok w lustrze – zacznij od udoskonalenia obrazu w swoim wnętrzu. (Fot. iStock)
Życie jest trochę jak układanka z puzzli. Dopasujemy jeden element i obraz zaczyna się składać. Dlaczego ciągle przyciągam ten sam typ partnera i zawsze kończy się to źle? Dlaczego każdego dnia idę do pracy z niechęcią? Dlaczego tkwię w trującym związku?

Artykuł archiwalny

Jeśli dręczą cię podobne wątpliwości – czas, by coś zmienić i nauczyć się budowy dobrych relacji. Pomocną metodą może być popularny dziś coaching, zwany efektywną formą rozwoju osobistego w kierunku zmian na lepsze. Coach to jakby życiowy trener, a dokładniej – jeśli zbadamy pochodzenie słowa – woźnica. W XVI wieku w węgierskim miasteczku Kocs skonstruowano pierwszą furę, a tym samym narodził się coaching, choć nikomu nie przyszło to do głowy... Coachami nazwano potem nauczycieli przygotowujących uczniów do egzaminu, wreszcie – trenerów zawodników sportowych. Metody ze świata sportu podchwycili ludzie biznesu – początkowo stosowano je wśród osób zajmujących stanowiska kierownicze. Okazało się jednak, że ludzie przychodzący do coacha z tematem czysto marketingowym, z chęcią poprawy swoich umiejętności menedżerskich, muszą zacząć od... siebie, zmiany relacji z żoną czy mężem, a coaching powoduje życiową rewolucję. Życie – nasza prywatna fura – wjeżdża czasem na wyboiste bezdroża.

– Zauważyłam, że często przychodzą do mnie osoby, które mają trudności w relacji ze wspólnikiem, z partnerem, dziećmi czy rodzicami – mówi Agnieszka Przybysz, coach, założycielka pierwszego Coaching Institute w Polsce i autorka książek: „Przyciągnij miłość”, „Sięgnij gwiazd”, „Mechanizm sukcesu”. Rozmawiamy przy kawiarnianym stoliku o coachingu relacji, modnym ostatnio prawie przyciągania, pacjentach i o tym, jak zmieniać swoje życie na lepsze.

– Kiedy zaczynamy coaching, to dzieje się tak, że ruszamy jeden obszar, a za nim uruchamia się cała reszta. Jak w przypadku Maćka – chciał zmienić relacje z partnerką. Pragnął rodziny, dzieci – był w związku z kobietą, która tego nie chciała. Kiedy zamknął tę relację, uświadomił sobie swoje pragnienia – spotkał nową miłość. Do tego od razu z dziećmi! Ma bardzo fajną rodzinę. Mało tego – poprawił relacje ze wspólnikiem, z którym już chciał się rozstać. Zmiana w układzie z partnerką pociągnęła za sobą zmianę we wszystkich relacjach.

W poszukiwaniu talentu

Ewa – kobieta 36-letnia. Kiedy trafiła na coaching kariery, pracowała w dużej korporacji. Otrzymała nowe projekty do realizacji, chciała poprawić swoje umiejętności menedżerskie. Takie osoby jak Ewa szukają u coacha rady, jak podołać nowym wyzwaniom zawodowym, tymczasem okazuje się, że tak naprawdę chodzi o radykalną zmianę całego życia.

– Już na pierwszych sesjach wyszło, że Ewa potwornie męczy się w tej korporacji – opowiada Agnieszka Przybysz – a głęboko w niej tkwi marzenie o czymś własnym. Potrzebowała wolności. Lubiła harmonię, negocjacje handlowe zupełnie jej nie pasowały. Pragnęła miejsca spokojnego, pięknego, gdzie ludzie odpoczywają i mogą uwolnić się od stresu. Marzyła o własnym salonie piękności. Okazało się też, że musimy popracować nad zamknięciem jej relacji z byłym mężem.

– Traktuj tę pracę jak uniwersytet – naucz się maksymalnie dużo, abyś mogła potem sama zarządzać we własnej firmie – poradziłam jej. – Nie jest łatwo ze świadomością pracownika wykształcić w sobie świadomość właściciela... Ewa uczyniła tak, dodatkowo zapisała się na kursy. Potem odeszła z korporacji z dnia na dzień i założyła własny salon urody.

– Powiedziałaś mi ważną rzecz – napisała potem do Agnieszki – zaczęłam wierzyć, że każdy ma wyjątkowy talent, może coś dać ludziom na tym świecie i powinien za nimi podążać. Gdzie jest talent, tam znajdą się pieniądze. We mnie nastąpiła jeszcze jedna zmiana – przyciągam teraz innych mężczyzn. Kiedy zaczęłam oczekiwać pięknych rzeczy, przyszli do mnie piękni ludzie. Uwierzyłam w to, że zasługuję na to, aby być ze wspaniałym mężczyzną.

 
Czy podczas seansów coachingu przede wszystkim szukasz talentu? – pytam Agnieszkę Przybysz.

– Ja go raczej aktywuję – odpowiada. – Już moment, kiedy sobie talent uświadomimy, jest sukcesem. Posługuję się pytaniami, ale człowiek mówi też językiem ciała, pomaga mi intuicja, dla mnie ważne są elementy miękkie, choćby błysk w oczach Ewy, gdy zaczynała mówić o salonie...

Jak działa ten mechanizm?

Relacje to system powiązań człowieka z ludźmi. Działa jak mechanizm, który sprawia, że na przykład przyciągamy określony typ ludzi. Bardzo ważne, by zdać sobie sprawę, jaki to mechanizm, jak został zbudowany.

Świat zewnętrzny jest lustrzanym odbiciem twojego wewnętrznego świata. Chcesz zmienić widok w lustrze – zacznij od udoskonalenia obrazu w swoim wnętrzu. Bardzo ważne, by tam posprzątać...

 – To, co się dzieje i kogo spotkasz, sam programujesz swoimi myślami. We wszechświecie działa prawo przyciągania – pisze Agnieszka Przybysz w swojej książce „Przyciągnij miłość” – emanujesz energią mentalną, która przyciąga ludzi i zdarzenia harmonizujące z twoimi myślami – dobrymi i złymi. O czym myślisz najintensywniej? Ludzie sukcesu to ci, którzy myślą pozytywnie i przyciągają do siebie pozytywnych ludzi i pomysły. Trzeba mieć świadomość, że jeśli nic się nie zmieni w negatywnych myślach o sobie, to nie ma szans, żeby przyciągnąć nagle innego partnera i dobre wydarzenia. Poczucie, że coś umiem, że reprezentuję wartości potrzebne światu, sprawiają, że świat też w to uwierzy. Tak z kolei działa prawo odwzorowania – czyli taka prawidłowość, że świat zewnętrzny jest lustrzanym odbiciem świata wewnętrznego. Chcesz zmienić obraz w lustrze, wokół siebie – zacznij od poprawy obrazu w swoim wnętrzu.

Ania wskrzesiła miłość

Czy żona alkoholika powinna skupić się na mężu, pomóc mu? A może go porzucić? – Nie. Nade wszystko zadbać o siebie i stać się silniejszą. Zrozumieć, że to on ma problem i to nie jej wina. Ania przyszła do mnie na couching biznesowy – Agnieszka opowiada o kolejnej swojej pacjentce. – Jej mąż był alkoholikiem, a ona obwiniała o to siebie. Uciekała w pracę, miała nadzieję, że będzie przynajmniej dobrym marketingowcem, skoro jest tak fatalną partnerką. Zaczęłyśmy coaching od niej samej – najpierw musiała nauczyć się szanować siebie i poznać własną wartość. Na pierwszych sesjach nic nie mówiła. Cicha, szara myszka. Szukałyśmy tego, co się w niej dzieje, co ona myśli o sobie. Nie myślała najlepiej. Szukała winy w sobie, patrzyła na męża jak na symbol swojej klęski życiowej. Ale wygrała. Zmieniła relację z mężem – przestał pić, wrócili do dawnej miłości. Potrafiła sama zainicjować weekend we dwoje – wyrazić jasno swoje potrzeby i oczekiwania. Jej przemiana trwała trzy miesiące. Od tamtej pory ich relacja jest bardzo fajna i bliska, ale ona nigdy już nie weźmie odpowiedzialności za jego decyzje. Wie, że to, co może zrobić, to zmieniać siebie i swój wizerunek, walczyć o swoją miłość. Bo Ania nie przestała kochać swojego męża – gdyby go nie kochała, inny byłby cel coachingu – żeby się rozstali w zgodzie.

Posprzątać swoje wnętrze

Co blokuje nam budowę dobrych relacji? Brak fundamentu – wewnętrznego przekonania, że potrafię te relacje nawiązać, że mam coś do zaoferowania światu. – Z człowiekiem jest trochę tak jak z komputerem – mówi Agnieszka Przybysz – jaki program wgramy, taki będzie działał. Najpierw trzeba uświadomić sobie, na jakim programie nadaje moja świadomość i podświadomość. Może kłócą się ze sobą? Co jest programem dominującym – może wzorce destrukcyjne? Według jakiego wzorca sam się postrzegasz – co myślisz o sobie, co słyszałeś na swój temat? Jaka lista uwag ze strony rodziny czy szefów go zbudowała? Jeśli ktoś działa na zaszyfrowanych programach negatywnych: że jest beznadziejny, że się do niczego nie nadaje – to jakiego partnera ma przyciągnąć? Tylko potwierdzającego te opinie, takiego, który będzie mówił: „Seks do niczego i rosołu nie umiesz ugotować!”. Wzorce wyniesione z dzieciństwa, poprzednich relacji – ten system mocno działa, chociaż nie zdajemy sobie z tego sprawy. Te wzorce rządzą naszym istnieniem – mówi Agnieszka. –  Podobnie jest z podświadomością – mamy wgrany program zbudowany z tego, co nam wpajano. 21 dni potrzeba na zmianę chemiczną w organizmie i ja potrzebuję 21 dni, żeby wprowadzić do podświadomości osoby, z którą pracuję, nową informację, żeby człowiek uwierzył, że nie jest beznadziejny, i wybaczył sobie, że w ogóle tak myślał. Aby wgrał nowy program, np.: „Zasługuję na to żeby mnie ludzie kochali”. Bardzo ważne jest, by zmienić swoje wnętrze, posprzątać tam. Zamienić listę negatywnych na listę pozytywnych komunikatów. Dlatego kluczem do zmiany jest samodoskonalenie!

Rozmowa dobiega końca. Agnieszka Przybysz dodaje: – Serce mi się raduje, kiedy moi pacjenci dzwonią i mówią: będę mieć dziecko, uwolniłam się, jadę na wakacje... Dla takich chwil warto żyć.

  1. Psychologia

Oparcie w sobie. Na czym polega? Jak je odnaleźć? – wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Bez dobrego kontaktu ze swoim ciałem i bez rozumienia jego potrzeb trudno znaleźć w sobie prawdziwe oparcie. (fot. iStock)
Bez dobrego kontaktu ze swoim ciałem i bez rozumienia jego potrzeb trudno znaleźć w sobie prawdziwe oparcie. (fot. iStock)
Mogłoby się wydawać, że nie ma nic bardziej oczywistego niż ciało. A jednak w naszej kulturze mało kto ma świadomość ciała. Co to takiego i jak wpływa na radzenie sobie ze stresem, tłumaczy psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Są sytuacje, kiedy mamy poczucie, że nadmiar stresu, spraw, trudnych decyzji do podjęcia nas przytłacza. Wówczas szukamy kogoś, na kimś możemy się oprzeć. Przyjaciela, partnera...
I nic w tym złego, warto szukać wsparcia w trudnych chwilach. Ale wsparcia, a nie oparcia. To zupełnie inny ciężar. Oparcie zdrowy człowiek musi mieć w sobie. Inaczej będzie dla innych i siebie ciężarem, co się dla nikogo dobrze nie kończy.

Co to jest oparcie w sobie?
Poczucie, że mogę na sobie polegać, że znam swoje mocne i słabe strony, mam poczucie sprawczości, jestem w kontakcie z tym, co się dzieje. To solidny fundament, na którym stoję. Jeśli go mam, mogę przeżywać chwile zachwiania, zamętu, życie może mi się walić, ale jakoś się odbuduję. Na oparcie w sobie składa się wiele rzeczy, ale przede wszystkim ugruntowana świadomość własnego ciała. Gdy ciało nie jest uświadomione, staje się naszym wrogiem – a wtedy świat też stanie się naszym wrogiem i będziemy się od niego odwracać.

Uświadomione ciało, czyli co?
Ciało zaakceptowane. Takie, jakie jest. Z wszystkimi jego zaletami, ale i z „wadami fabrycznymi”. Z tym, jak się rusza, pachnie, co wydziela, wydala, czego nie umie i czego mu się zachciewa. Z tym, że się starzeje, robią mu się zmarszczki, łysieje, słabnie. Jeśli nie zaakceptujemy ciała, to nie będziemy chcieli sobie go uświadamiać w pełni. Wszystko, co w nas niezaakceptowane lub/i odrzucone, bezproduktywnie wiąże jakąś część naszej świadomości, a to ogranicza możliwość pełnego uczestniczenia w tym, co się w tej właśnie chwili dzieje.

Dlaczego tak wiele osób nie uświadamia sobie ciała?
Jest to związane z negatywnym przekazem kulturowym. Temat rzeka, więc tylko zasygnalizujmy: z jednej strony mamy wyśrubowany i odrealniony wizerunek wiecznie młodego, szczupłego ciała, w zderzeniu z którym żadne normalne ciało nie ma szans. Z drugiej – ciało było i nadal jest (choćby przez różne religie) uznawane za siedlisko ciemnych mocy, popędów, nieczystości. Dlatego odruchowo dystansujemy się od ciała, uciekając w domenę „czystego” ducha lub intelektu. W rezultacie ciało jest odchudzane, zmieniane, a jednocześnie dyscyplinowane, karane, ograniczane, krytykowane, wpychane do ciemnego lochu nieświadomości. Tymczasem dopiero w pełni zaakceptowane, uświadomione ciało otwiera się zmysłowo na świat. I dopiero wtedy możemy myśleć o urealnieniu, czyli byciu w realnym, zmysłowym kontakcie ze światem.

A jak to się ma do obecności?
Do tej pory mówiliśmy o obecności jako o wewnętrznej decyzji, by świadomie kierować reflektorem naszej uwagi. A teraz mówimy o tym, co mimo tej decyzji i szczerych usiłowań może zaburzać i ograniczać nasz kontakt z tym, co rzeczywiste. Urealnienie ma bowiem wymiar bardzo fizyczny. Uświadamiamy sobie ciało, mamy poczucie oparcia w jego strukturze kostnej, mięśniowej i zmysłowej. Dzięki temu odbieramy wrażenia i sygnały zmysłowe z kontaktu ze światem. Wszystko to razem daje poczucie ugruntowania, oparcia, mocnego stania na ziemi. Ugruntowanie to tak ważny element świadomości ciała, że zasługuje na osobny komentarz. Dziś skupmy się na ciele zmysłowym. Nie wszyscy wiedzą, że oprócz takich zmysłów, jak węch, wzrok, słuch, smak i dotyk, mamy jeszcze zmysł czucia ciała, czyli priopriocepcję. To on pozwala nam czuć ciało, jego przestrzeń, rozmiary, a także rozpoznawać jego obecny stan. Dzięki niemu wiemy, czy ciało jest zmęczone, napięte, zimne, ciepłe, rozluźnione, czy chce się położyć, czy dobrze oddycha itd. Gdy wiemy, co się dzieje z naszym ciałem, lepiej funkcjonujemy. To szczególnie ważne w trudnych sytuacjach, by mózg mógł „widzieć” ciało mimo znieczulającego efektu adrenaliny.

W takich sytuacjach zapominamy, że mamy ciało... Dlatego rozwijanie w sobie świadomości ciała jest ważne zwłaszcza w przypadku ludzi bardzo obciążonych odpowiedzialnością i obowiązkami, którzy przez większość czasu działają pod wpływem dużych dawek adrenaliny. Tylko ktoś, kto ma dobrą świadomość ciała, zdaje sobie sprawę z tego, co się z nim dzieje, mimo że jest znieczulony adrenaliną. To pomaga lepiej działać, dbać o siebie i nie doprowadzać się do energetycznego wypalenia.

 
W filmie „Monty Python i Święty Graal” sparodiowano taką postawę: Czarny Rycerz broniący mostu nie chce przepuścić króla Artura na drugą stronę. Dochodzi do walki, w której rycerz po kolei traci obydwie ręce i nogi, zamieniając się w sikający krwią kadłubek, a mimo to wzywa króla do dalszej walki, krzycząc, że to, co się stało, to zaledwie draśnięcie...
To nie jest odległe od prawdy. Nasze czasy produkują znieczulonych i ogłuszonych walką wojowników, którzy nie zauważają, że tracą zdrowie i życie. Są jak kierowca tira, który bez odpoczynku pędzi po krętych alpejskich trasach, nie patrząc na tablicę wskaźników. Więc nie wie, że mu się silnik przegrzewa, że brak mu benzyny, że hamulce ledwie działają. Zmierza ku katastrofie. I ktoś taki przychodzi na terapię, twierdząc, że nie było żadnych sygnałów ostrzegawczych i że nie wiadomo, dlaczego z poniedziałku na wtorek wszystko się posypało.

Co robić, by do tego nie dopuścić?
Między innymi ćwiczyć świadomość ciała. To pomaga ratować się przed wypaleniem stresowym i chorobami.

Ale jak ćwiczyć?
Regularnie uprawiać różne formy ruchu. Ciała uczymy się od urodzenia. Przychodzimy na świat prawie bez dziedziczonego programu sterowania ciałem. Działają tylko podstawowe funkcje dotyczące oddychania, pobierania pokarmu i wydalania. Świadomość ciała rozwija się przez doświadczenie i jest to proces, który może trwać całe życie. Dlatego każdy, kto chce żyć pełniej i być bardziej odpornym na trudy życia, powinien znaleźć sobie dyscyplinę ruchową, która daje okazję do uczenia się ciągle nowych ruchowych algorytmów.

Moshe Feldenkrais, którego system ćwiczeń i filozofię proponujemy w IPSI, wychodził z założenia, że chcąc świadomie używać ciała, musimy zmieniać nawyki ruchowe, które często nie są dla naszego przetrwania i rozwoju optymalne. Mogą wręcz niepotrzebnie obciążać, a w konsekwencji uszkadzać ciało. Żaden ruch nie jest nam dany raz na zawsze. Wśród istot zamieszkujących Ziemię człowiek ma wyjątkowe możliwości modyfikowania swojego sposobu poruszania się, zdobywania nowych „terytoriów” ruchowych. A teraz bardzo ważna wiadomość: wraz z ciałem uczy i rozwija się także nasz mózg.

Udowodniono, że nowy ruch powoduje tworzenie nowych ścieżek neuronowych w mózgu.
Uczenie się nowych sportów, pozycji jogi rozwija nie tylko potencjał ruchowy i świadomość ciała, ale też usprawnia działanie mózgu. Sprawia, że tworzą się nowe neuronowe połączenia, a to z kolei zwiększa naszą zdolność do myślenia w sposób dynamiczny, przestrzenny i intuicyjny. Jak to się dzieje? Powiedzmy, że dziecko uczy się łapać piłkę. Ileż danych jego biologiczny komputer musi uwzględnić, jak szybko je zanalizować i wydać rozkazy do mięśni, by w końcu ono tę piłkę mogło złapać. W mgnieniu oka musi ocenić parametry lotu piłki i skoordynować je z parametrami ruchu ciała tak, by w odpowiedni sposób i w odpowiednim momencie przeciąć parabolę lotu piłki i ją pochwycić – czyż to zadanie nie jest porównywalne z programowaniem procedury spotkania dwóch obiektów w przestrzeni kosmicznej? W ten sposób uświadomiony ruch, odbywający się w określonym czasie i przestrzeni, pomaga nam wyobrazić sobie skomplikowane procesy przestrzenno-czasowe. Bez tego nie bylibyśmy w stanie uporać się ani z geometrią przestrzenną, ani z chemią molekularną, ani z astrofizyką, ani nawet ze szczegółowym zaplanowaniem dnia. Tak więc ci z nas, którzy uważają, że mogą w pełni rozwinąć swój intelektualny potencjał, dbając wyłącznie o umysł i ignorując ciało, są w błędzie. Z pewnością dokonaliby więcej, gdyby systematycznie trenowali uświadamianie sobie ciała i ruchu, gdyby dogadali się z ciałem.

  1. Zdrowie

#AdvantageHers. Jak żyć z łuszczycą? Diagnoza, terapia, wsparcie

Dagmara Samselska - Prezes Fundacji „AMICUS” i Unii Stowarzyszeń Chorych na Łuszczycę i Łuszczycowe Zapalenie Stawów. (Fot. archiwum prywatne)
Dagmara Samselska - Prezes Fundacji „AMICUS” i Unii Stowarzyszeń Chorych na Łuszczycę i Łuszczycowe Zapalenie Stawów. (Fot. archiwum prywatne)
Ideą kampanii #AdvantageHers jest zachęcanie kobiet, zmagających się z przewlekłymi chorobami zapalnymi, takimi jak reumatoidalne zapalenie stawów do aktywnego podejmowania decyzji dotyczących ich leczenia oraz uświadomienie im, że szybka diagnoza i rozpoczęcie leczenia, może odegrać kluczową rolę w utrzymaniu dotychczasowej aktywności rodzinnej, zawodowej i społecznej na satysfakcjonującym poziomie. Rozmowa z Dagmarą Samselską – Prezes Fundacji „AMICUS” i Unii Stowarzyszeń Chorych na Łuszczycę i Łuszczycowe Zapalenie Stawów. 

Zgodziła się Pani wesprzeć kampanię, której twarzą jest światowej klasy tenisistka Caroline Woźniacki chorująca na reumatoidalne zapalenia stawów (RZS), ponieważ ma Pani osobiste doświadczenie z inną chorobą, która podobnie jak RZS jest przewlekłą chorobą zapalaną– choruje Pani na łuszczycę. Jaki i kiedy dowiedziała się Pani o chorobie? Bardzo się cieszę, że Caroline zainicjowała kampanię #AdvantageHers pokazując, że pomimo choroby przewlekłej można żyć aktywnie, realizować się zawodowo i spełniać marzenia. Ja diagnozę usłyszałam mając 29 lat. Nie znałam łuszczycy. Wiedziałam tylko, że jest nieuleczalna oraz, że nie można się nią zarazić. Zdjęcia, które zobaczyłam, szukając informacji na jej temat w internecie, przeraziły mnie. Dla mnie diagnoza była szokiem, tym bardziej, że zmiany z dnia na dzień obejmowały całe ciało. Teraz, z perspektywy czasu, a także na podstawie wiedzy, jaką mam o tej chorobie, wiem, że przy braku świadomości jaki panował w tamtych latach, miałam ogromne szczęście. Kluczowe znaczenie miało to, że zaufałam lekarzowi, przestrzegałam jego zaleceń, a kiedy było to konieczne, byłam leczona w ramach hospitalizacji. Dzięki wsparciu, jakie wówczas otrzymałam, łuszczyca wycofała się bardzo szybko i nie wracała kilkanaście lat. Teraz mam zaledwie kilka malutkich plamek. W chorobach zapalnych bardzo ważna jest szybka diagnoza i terapia dlatego, że im dłużej choroba jest nieleczona, tym większe konsekwencje niesie dla organizmu. Leczenie pomaga opanować stan zapalny i chroni przed chorobami współistniejącymi – np. schorzeniami sercowo-naczyniowymi, cukrzycą, dyslipidemią i co należy podkreślić – depresją, która dotyka ponad 60% osób z chorobami zapalnymi.

Pani dzięki szybkiej diagnozie i odpowiedniemu leczeniu szybko mogła wrócić do normlanego życia. Czym zajmuje się Pani dziś? Choroby takie jak: łuszczyca, atopowe zapalenie skóry, choroby zapalne stawów – bardzo stygmatyzują. Widoczne zmiany sprawiają, że obawiając się reakcji otoczenia, sami zamykamy się w domu i unikamy ludzi. Współwystępująca depresja lub obniżenie nastroju nie pomaga walczyć o siebie, o utrzymanie pracy, czy kontakty społeczne. Ja dostałam swoją szansę. Na początku słyszałam – „Nie pokazuj się w telewizji, mówiąc o łuszczycy, bo będziesz miała problemy w pracy.” Jednak to, co jest traktowane jako słabość – chorobę, przekułam na siłę. Wokół mnie jest mnóstwo osób, które widzą sens we wspieraniu chorych i angażują się w projekty, które realizuje założona przeze mnie Fundacja Amicus i Organizacje zrzeszone w Unii Stowarzyszeń Chorych na Łuszczycę i ŁZS, które reprezentuję. Nie mogę tu nie wspomnieć o lekarzach. Mamy zaszczyt i ogromną przyjemność współpracować z czołowymi polskimi ekspertami. Wspólnie organizujemy spotkania edukacyjne dla osób z chorobami skóry i łuszczycowym zapaleniem stawów takie jak Dzień bez Kamuflażu, czy konferencja PSOlife, podczas których pacjenci korzystają z wykładów i konsultacji interdyscyplinarnych. Poza tymi wydarzeniami cyklicznymi, rozpoczynamy kilka nowych inicjatyw – np. Ogólnopolski Program Edukacyjny „Psycholog dla Skóry”, w ramach którego we współpracy z Centrum Medycznym Kształcenia Podyplomowego w Warszawie odbędą się m.in. szkolenia dla psychologów i zostanie zbudowany system wsparcia psychicznego dla osób z chorobami skóry.

Dlaczego zdecydowała się Pani na pracę z pacjentami? W Polsce na łuszczycę choruje ponad 1 200 000 osób. Duża grupa chorych nie ma właściwie dobranego leczenia, ani wsparcia. Chorzy często cierpią latami w przekonaniu, że są w chorobie sami. Nie mają świadomości, że jest już dostępne leczenie, dzięki któremu mają szansę mieć „czystą skórę”. Polski system opieki zdrowotnej jest bardzo skomplikowany, pacjentom trudno się w nim odnaleźć. Nasza Fundacja wskazuje drogę i daje niezbędną wiedzę. Podejmujemy także działania w ramach kampanii społecznych, aby zmienić postrzeganie osób z chorobami skóry. Co czwarty Polak nie wie, że łuszczycą NIE można się zarazić.

Czy z Pani obserwacji i doświadczenia wyniesionego z pracy w organizacji wynika, że to kobiety częściej chorują na przewlekłe choroby zapalne? W przypadku reumatoidalnego zapalenia stawów (RZS) kobiety chorują 2-3 razy częściej niż mężczyźni. Zesztywniające zapalenie stawów kręgosłupa natomiast trudniej rozpoznać u kobiet, w związku z tym później otrzymują diagnozę. U kobiet większe jest także nasilenie bólu, ale rzadziej zgłaszają się do lekarza, co pogarsza ich rokowania. Częściej pojawiają się u nich choroby współistniejące, jak zapalenie błony naczyniowej oka i fibromialgia oraz łuszczyca. Z kolei kobiety obciążone łuszczycą deklarują niższy poziom szczęścia (kobiety: 18,5%; mężczyźni 11,3% – niższa niż ogólna populacja) i są bardziej narażone na stres (kobiety: >60%; mężczyźni: 42%), samotność (kobiety: 25-28%; mężczyźni: 19-24%), stygmatyzację (poczucie stygmatyzacji, kobiety: 93,2%; mężczyźni: 78%) i zmniejszoną aktywność seksualną w porównaniu do mężczyzn (kobiety: 33%; mężczyźni 19%).*

Co Pani zdaniem jest najważniejsze w życiu z przewlekłą chorobą? Dla pacjenta z chorobą przewlekłą ważne jest oswojenie się z myślą, że jest to choroba przewlekła i należy to uwzględnić przy planowaniu strategii terapeutycznej. Diagnoza zapalnej choroby przewlekłej bardzo często jest ciosem, z którym bardzo trudno sobie poradzić. Szansą dla najciężej lub umiarkowanie chorych są coraz bardziej innowacyjne leki biologiczne. W Polsce dostępne są one dostępne w ramach refundacji w programach lekowych NFZ, w wybranych klinikach specjalistycznych, np. dermatologicznych, czy reumatologicznych. Na każdym etapie choroby bardzo istotne jest wsparcie psychiczne. Powinno być ono dostępne już na etapie diagnozy. 10. Grudnia 2020 roku została zainicjowana polska edycja ogólnoświatowej kampanii Advantage Hers. Została ona stworzona w celu podkreślenia niespełnionych potrzeb i szczególnych wyzwań, z jakimi zmagają się kobiety żyjące z określoną podgrupą przewlekłych chorób zapalnych, takich jak: reumatoidalne zapalenie stawów, osiowa spondyloartropatia, łuszczycowe zapalenie stawów, czy łuszczyca. Ambasadorka kampanii polskiego pochodzenia – mistrzyni tenisa, zdobywczyni Wielkiego Szlema Caroline Wozniacki – opowiada o swoich doświadczeniach z reumatoidalnym zapaleniem stawów na swoich kanałach w mediach społecznościowych – od początkowych trudności w uzyskaniu trafnej diagnozy, poprzez zmiany, które wprowadza w swoim życiu, po cele, jakie sobie wyznacza na przyszłość – by inspirować, zachęcać i wspierać inne kobiety żyjące z tymi przewlekłymi chorobami zapalnymi, co pozwoli im odgrywać bardziej aktywną rolę w procesie leczenia. Więcej informacji można znaleźć na stronie kampanii: AdvantageHers.com.

Kampania Advantage Hers jest organizowana we współpracy z firmą UCB

* Gottlieb AB, Ryan C, Murase JE. Clinical considerations for the management of psoriasis in women, International Journal of Women’s Dermatology, doi.org/10.1016/j.ijwd.2019.04.021

  1. Zdrowie

#AdvantageHers. Caroline Wozniacki wspiera chorych na reumatoidalne zapalenie stawów

Caroline Wozniacki gwiazda tenisa, rzeczniczka kobiet cierpiących na przewlekłe choroby zapalne
Caroline Wozniacki gwiazda tenisa, rzeczniczka kobiet cierpiących na przewlekłe choroby zapalne
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Caroline Wozniacki: Pewnego dnia obudziłam się z tak silnym bólem, że nie byłam w stanie sama wstać, mąż musiał mnie podnieść z łóżka. Nie mogłam się ruszyć. Natychmiast zgłosiłam się do lekarza, był to początek mojej drogi do ostatecznej diagnozy, jaką okazało się reumatoidalne zapalenie stawów (RZS)

.

Informacja o tym, że mistrzyni tenisa - Caroline Wozniacki cierpi na ciężką, autoimmunologiczną chorobę była szokiem dla niej samej, dla jej bliskich i fanów. Zdobywczyni Wielkiego Szlema usłyszała o diagnozie w 2018 roku, będąc u szczytu swojej kariery. Teraz jako ambasadorka światowej kampanii „Advantage Hers”/„Jej Przewaga”, postanowiła wspierać wszystkie pacjentki z przewlekłymi chorobami zapalnymi takimi jak: reumatoidalne zapalenie stawów (RZS), osiowa spondyloartropatia, łuszczycowe zapalenie stawów (ŁZS) i łuszczyca, dając świadectwo możliwości aktywnego życia z takimi schorzeniami.

Ta kampania jest ważną inicjatywą, zwłaszcza, że ww. choroby diagnozowane są one u ponad 180 mln ludzi na całym świecie. W Polsce cierpi na nie ok. 5-7 % populacji, a mimo to wiedza o ich specyfice nadal jest zbyt niska - mówi Dagmara Samselska, prezes Fundacji „AMICUS” i Unii Stowarzyszeń Chorych na Łuszczycę i ŁZS.

Budząca powszechną sympatię i ciesząca się ogromnym uznaniem mistrzyni tenisa - Caroline Wozniacki - opowiada o swoich doświadczeniach z reumatoidalnym zapaleniem stawów na swoich kanałach w mediach społecznościowych – od początkowych trudności w uzyskaniu diagnozy, poprzez zmiany, które wprowadza w swoim życiu, po cele, jakie sobie wyznacza na przyszłość. A wszystko po to, by wspierać inne kobiety żyjące z tymi przewlekłymi chorobami zapalnymi, co pozwoli im odgrywać bardziej aktywną rolę w procesie leczeniu. Jej postawa, zarówno w sporcie, jak i w walce z chorobą inspiruje, zwłaszcza osoby dotknięte tymi schorzeniami, do pokonywania słabości, stawiania wyzwań i osiągania osobistych zwycięstw w codziennym życiu.

Kiedy zdiagnozowano u Ciebie reumatoidalne zapalenie stawów? Byłam u szczytu mojej kariery tenisowej w 2018 roku, kiedy zdiagnozowano u mnie reumatoidalne zapalenie stawów. Wygrałam Australian Open w styczniu 2018 r., ale jesienią przed US Open zaczęłam odczuwać bóle stawów, ciągłe zmęczenie i inne niewyjaśnione objawy. Zaczęłam przegrywać mecze, które spodziewałam się z łatwością wygrać. Pewnego dnia obudziłam się z tak silnym bólem, że mąż musiał mnie podnieść z łóżka. Nie mogłam się ruszyć. Natychmiast zgłosiłam się do lekarza, co zapoczątkowało moją drogę do ostatecznej diagnozy – RZS. Czas od momentu wystąpienia objawów do momentu uzyskania diagnozy, porównałabym na poziomie emocjonalnym i fizycznym do podróży kolejką górską, ponieważ nie wiedziałam, jak sprawić, by ludzie w moim życiu zrozumieli nagłe i dziwne objawy, których doświadczałam. W niektórych momentach czułam się bardzo samotna. Na szczęście mąż nie pozwolił mi się poddać.

Co spowodowało, że zdecydowałaś się zostać ambasadorką kampanii „Advantage Hers”? Z własnego doświadczenia znam trudności, z jakimi w codziennym życiu zmagają się osoby cierpiące na przewlekłą chorobę, taką jak reumatoidalne zapalenie stawów i wiem, że uzyskanie szybkiej i dokładnej diagnozy jest często opóźnione. Nawet w moim przypadku - sportowca u szczytu kariery - z bezpośrednim dostępem do pomocy medycznej - uzyskanie diagnozy nie było łatwe. Teraz wiem, że miałam bardzo dużo szczęścia, bo wielu ludzi walczy o to latami. Prawidłowa i terminowa diagnoza jest bardzo ważna. Pozwala skupiać się na tym, jak zyskać przewagę nad chorobą. Moim celem jest dzielenie się doświadczeniem i działanie tak, aby inspirować do wzajemnego wspierania się i realizowania własnego planu leczenia.

Jaki jest cel kampanii Advantage Hers”? Dlaczego jest ona tak ważna? Poprawa standardu opieki nad kobietami z przewlekłymi chorobami zapalnymi takimi jak: reumatoidalne zapalenie stawów (RZS), osiowa spondyloartropatia, łuszczycowe zapalenie stawów (ŁZS) i łuszczyca jest niezbędna, ponieważ niektóre z tych schorzeń mogą powodować - właśnie u kobiet - znacznie poważniejsze skutki fizyczne i emocjonalne niż u mężczyzn. Celem kampanii „Advantage Hers” jest poprawa standardu opieki nad kobietami cierpiącymi na wyżej wspomniane przewlekłe choroby zapalne oraz wsparcie ich, dzięki czemu będą w stanie współdecydować o własnym leczeniu. Kobiety te zmagają się ze szczególnymi wyzwaniami dotyczącymi różnic zdeterminowanych płcią, powodującymi opóźnienia w diagnostyce, zwiększone obciążenia fizyczne i psychiczne w porównaniu z mężczyznami chorującymi na te same choroby. Dodatkowym obciążeniem są dla nas obawy związane z planowaniem rodziny i ciążą.

W jaki sposób kobiety z przewlekłymi chorobami zapalnymi mogą zaangażować się w kampanię? „Advantage Her” to kampania uświadamiająca każdej z nas, że jesteśmy silne i możemy być sprawcze pomimo diagnozy przewlekłej choroby zapalnej. Aby zdobyć więcej informacji zachęcam do odwiedzenia polskiej wersji strony AdvantageHers.com Znajdują się tam przewodniki dla pacjentów, praktyczne wskazówki w formie artykułów i materiałów wideo. Dodatkowo, kampanię można śledzić na moich kanałach społecznościowych oraz poprzez hashtag kampanii #AdvantageHers. Zapraszam wszystkich zainteresowanych przewlekłymi chorobami zapalnymi – pacjentów, ich przyjaciół, rodziny, współpracowników, opiekunów. Z mojego doświadczenia wiem, jak ważne jest wsparcie najbliższych w radzeniu sobie z chorobą. Poprzez tę nową, podnoszącą świadomość i wzmacniającą pozycję kobiet kampanię, chcę dotrzeć do jak największej liczby kobiet z przewlekłymi chorobami zapalnymi na całym świecie, aby inspirować i zachęcać kobiety, takie jak ja i zapewniać im jak najwięcej wsparcia oraz informacji. Wspólnie możemy wspierać się w walce z chorobą.

Kampania realizowana przy współpracy firmy UCB

  1. Psychologia

Bój się i rób, co chcesz. Jak oswoić strach przed nowym?

Większość naszych działań zabarwionych jest strachem, dlatego częściej robimy rzeczy, które są rozsądne, a nie te, które odzwierciedlają nasze marzenia. (Fot. iStock)
Większość naszych działań zabarwionych jest strachem, dlatego częściej robimy rzeczy, które są rozsądne, a nie te, które odzwierciedlają nasze marzenia. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Nawet nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo strach określa nasze działania. Mamy mnóstwo racjonalnych powodów, dlaczego nie staraliśmy się o te stanowisko, trzymaliśmy się tego faceta albo nie zapisaliśmy na ten kurs. Nasze wybory, przekonania na temat świata, wybór zawodu, partnera, sposobu spędzania czasu często zabarwione są strachem. Robimy rzeczy, które są rozsądne,  a nie koniecznie te, które odzwierciedlają nasze marzenia.

Zrewidowałam swoje koncepcje na temat strachu półtora roku temu, jak przeprowadziłam się na stałe do Belgii do mojego przyszłego męża. Wydawało się na pierwszy rzut oka, że kraj podobny do Polski i w zasadzie mogę robić to samo co wcześniej, w ten sam sposób. I najpierw nie zdawałam sobie sprawy, co się dzieje - dwa kilo mi przybyło od belgijskiej czekolady, to może nic nie szkodzi. Ale zaczęłam czuć się zmęczona, chorować - jesienią dwa razy brałam antybiotyk, co jest do mnie zupełnie niepodobne. I nagle wszystko zaczęło być takie nużące. Jako coach dopiero po pewnym czasie zorientowałam się, że pod zajadaniem się czekoladkami i znużeniem belgijską pogodą, która wcale nie była taka zła tej jesieni, leży strach.

Strach przed czym? Strach przed nieznanym. Przed porażką. Przed odrzuceniem. To nie są ludzie, którym dawałam treningi od lat i doskonale znam ich reakcje. To są NOWI ludzie. Inaczej reagują. Śmieją się w innych miejscach. Na niektóre rzeczy w ogóle nie reagują. Wyrażają mniej emocji na twarzach, więcej tłumią pod przykrywką bycia miłym. To nie są te same twarze. I język nie jest ten. Angielski to jest NOWY język. Nie tak łatwo się w nim wyrazić Słowianinowi jeszcze z polskim akcentem, mówiąc do Belgów. A moje tytuły, referencje nic nie mówią tutejszym firmom. Trzeba zdobyć NOWE referencje. Zacząć trochę od początku. Dać się im poznać i… OCENIĆ NA NOWO.

Przebrnęłam przez ten trudny czas, kiedy nawet miasto, po którym się poruszałam, nie było to samo, tylko NOWE. I dom zrobił się bardziej swojski, jak przywiozłam wszystkie rzeczy, poprzestawiałam meble, kupiłam nowe kwiaty, zawiesiłam SWÓJ obraz. Nie mogłam jednak opierać się na starych umiejętnościach i starych sposobach patrzenia na świat, bo one tutaj wydawały się nieaktualne. Musiałam zdobyć nową wiedzę na temat ludzi i rzeczy. Wyrobić sobie nowe poglądy na temat nawet najprostszych spraw. I porzucić schematy, które wydawały mi się tak nie zastąpione. Jak już się do tego przed sobą przyznałam, to w wielu sytuacjach odczuwałam strach, w których wcześniej byłam pewna siebie. Przede wszystkim niepewność, jak się zachować i co powiedzieć, jak zareagować, jaką podjąć decyzję. Przeczytałam wtedy książkę: „Feel the fear and do it anyway” Susan Jeffers i zaczęłam tak postępować - czując strach, robić to, co chcę mimo wszystko.

Ważną próbą był mój eksperyment podczas wyjazdu na wakacje. Poszliśmy do parku wodnego, gdzie były różnego rodzaju zjeżdżalnie do wody. Największym wyzwaniem była tuba, spod której usuwała się podłoga i leciało się 15 metrów prawie pionowo w dół, zanim zaczynała zakręcać. Dopiero za drugim razem, gdy przyszliśmy do tego parku, odważyłam się zjechać. I zdarzyło się coś nieprawdopodobnego - bardzo się bałam, a jednocześnie nie wpłynęło to na same działania. Weszłam do tuby i zjechałam, mimo strachu. Strach fizjologiczny niekoniecznie ma wpływ na to, co robimy. Więc warto jest się odważyć mimo strachu. Za drugim razem jak zjeżdżałam strach był mniejszy. Susan Jeffers definiuje strach jako tak duży, jakim go sami określimy i w dużej mierze ten strach znika, kiedy przyzwyczajamy się do nowej aktywności.

Z moich obserwacji to, na co składa się strach, zawiera w sobie kilka elementów:

  1. Emocja - czyli to, co się dzieje w naszej głowie, kiedy myślimy o tym, co najgorszego może się stać.
  2. Aktywność - czyli to, co robimy lub to czego unikamy, kiedy się boimy.
  3. Zewnętrzna przyczyna strachu - np. duża wysokość, nieznana publiczność, może to być przyczyna często subiektywna, niekoniecznie racjonalna, która nie zawsze istnieje.
  4. Przeszłe złe wspomnienia - często z czasów dzieciństwa i szkoły, kiedy mieliśmy mniej doświadczenia i robiliśmy bardziej ryzykowne rzeczy z niewiedzy przed niebezpieczeństwem lub kiedy braliśmy bardzo do siebie przykre słowa dorosłych.
Jeżeli chodzi o ostatnie dwa elementy: zewnętrzną przyczynę strachu oraz przeszłe złe wspomnienia, to można łatwo je racjonalnie przepracować. Poprzez modelowanie pozytywne na podstawie zachowania innych osób, można dojść do wniosku, że jak inni stąd skaczą i to tyle osób dziennie lub że jak inni zostali pozytywnie odebrani przez tę publiczność, to my też zrobimy to z sukcesem. To było trudne i niebezpieczne w dzieciństwie, ale już nie musi takie być, kiedy jesteśmy dorośli. Wtedy możemy z kolei skupić się na wykonywaniu aktywności, jakby strach nie istniał i wtedy to, co pozostało, czyli strach - emocja - szybko minie.

Według wielu mistyków Wschodu i buddystów strach nie istnieje. Niektórzy uważają, że słowo „FEAR” po angielsku jest skrótem od „False Evidence Acting Real” (Fałszywego Dowodu Udającego Prawdziwy). Jeżeli byśmy wrócili do mojej definicji strachu, to po poradzeniu sobie z elementem 3. oraz 4. i rozpoczęciu aktywności, czy można mówić, że sama emocja strachu reprezentuje sobą fragment realnej rzeczywistości? Z drugiej strony Eckhart Tolle pisze w „Potędze Teraźniejszości”, że tak naprawdę nie musimy odczuwać strachu, aby racjonalnie ocenić niebezpieczeństwo. Wystarczy do tego zdrowy rozsądek, a w innych sytuacjach podążajmy po prostu swoją drogą bez oglądania się na preteksty, aby stać w miejscu.