1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Wydobywać na światło dzienne

Wydobywać na światło dzienne

Kontrowersyjna, przerażająca dla obserwatorów i zaskakująco opiekuńcza dla klientów. Terapia prowokatywna to jedna z najbardziej nietypowych metod psychoterapii. Jej twórca, Frank Farrelly, słynie z sesji, które przypominają teatr. Klient próbuje odnaleźć się w swojej roli, ale jest z niej wytrącany. W końcu musi przewartościować swoje postawy i poglądy, by zbudować je na nowo.

To sposób na sprowokowanie zmian w postawie, postrzeganiu świata i siebie, w sposobie działania. System psychoterapii, w którym terapeuta przewrotnie popiera mroczne uczucia i oczekiwania klienta, zachęcając go do wytrwania w odbiegających od normy i patologicznych zachowaniach. Zaskakujący, wspierający i opiekuńczy humor uwrażliwia klienta na zaburzające go wzorce poznawcze, emocjonalne oraz wzorce zachowań i prowokuje do przyjęcia racjonalnej, otwartej i przystosowawczej postawy.

Prowokacja, czyli pro+ vocare oznacza „wywoływać”, „wyłaniać”, „wydobywać na światło dzienne”. Zadaniem terapeuty jest wywołanie pięciu różnych reakcji, tak aby klient nauczył się:

  • wyrażać samouznanie i samoakceptację, zarówno w zachowaniach, jak i werbalnie,
  • zachowywać się asertywnie i adekwatnie do sytuacji, zarówno w realizacji zadań, jak i w związkach,
  • chronić się w sposób realistyczny przed negatywnymi ocenami innych,
  • realistycznie oceniać rzeczywistość psychospołeczną i dokonywać rozróżnień niezbędnych do reagowania w elastyczny sposób,
  • komunikować uczucia ciepła, troski, uwagi, przyjaźni i miłości ważnym dla niego osobom.

Dać upust odczuciom wobec pacjenta

Frank Farrelly pod koniec lat 50. XX w. rozpoczął pracę na oddziale zamkniętym szpitala psychiatrycznego, zajmując się najbardziej opornymi pacjentami. Współpracował z Carlem Rogersem i pozostawał pod wpływem jego terapii zorientowanej na klienta. Jednak nie był zadowolony z wyników swojej pracy i coraz częściej doznawał frustracji, stosując metodę Rogersa polegającą na czekaniu, aż to klient zapoczątkuje większość działań i zachowań. Bierna, receptywna rola terapeuty stanowczo mu nie odpowiadała. Zaczął zauważać w swojej praktyce, jak uczucia przeciwprzeniesione wobec klienta stają się bardziej pomocne od wyuczonych, profesjonalnych reakcji.

Potwierdzeniem jego obserwacji okazała się książka Stanleya W. Standala i Raymonda J. Corsiniego „Przełomowe zdarzenia podczas terapii”, w której każdy przypadek, gdy terapeuta „wyrzucał terapię za okno”, dając upust tłumionym odczuciom wobec pacjenta, w efekcie przynosił pacjentowi poprawę! Dla Franka Farrelly’ego takim przełomem była 91. sesja z jednym z pacjentów, podczas pracy z chronicznymi schizofrenikami w 1963 roku. Farrelly komunikował mu trzy podstawowe idee: jesteś wartościowy, potrafisz się zmienić, twoje życie może być inne. Pacjent odpowiadał: jestem bezwartościowy, jestem beznadziejny i nigdy się nie zmienię, moje życie będzie zawsze jednym długim epizodem psychotycznym i pobytem w szpitalu. Empatyczne zrozumienie, ciepła troska i spójność prowadziły donikąd, Frank powiedział więc: „Dobrze, zgadzam się. Jesteś beznadziejny. Spróbujmy w ten sposóbprzez kolejnych 91 sesji. Spróbujmy od dzisiaj zgodzić się z twoją opinią na swój temat”.

Niemal natychmiast pacjent zaczął protestować i zapewniać, że nie jest aż tak źle i że nie jest aż tak beznadziejny. Sześć sesji później został wypisany ze szpitala, a gdy powrócił za rok i znowu trafił na terapię z Frankiem, po dwóch tygodniach wyszedł i nigdy nie wrócił.

System terapii prowokatywnej zaczął się krystalizować, a założenia przyjęte przez Farrelly’ego, zaczęły się sprawdzać również poza kliniką psychiatryczną, po drugiej stronie drzwi bez klamek.

 

Założenia podejścia prowokatywnego

Terapia prowokatywna nie jest wierna żadnym teoretycznym formułom dotyczącym ludzkich zachowań, rozwoju psychospołecznego, motywacji i sensu życia. Uważa, że narazie nie ma zintegrowanego pola teorii dotyczących ludzkich zachowań. Jednak jak każda forma komunikacji stosuje założenia, które kierują postrzeganiem, reakcjami, odpowiedziami terapeuty prowokatywnego oraz reakcjami, które prowokuje ze strony klienta.

Ludzie zmieniają się i rozwijają w odpowiedzi na wyzwanie. Klient ruszy w stronę pozytywnych zachowań psychospołecznych, jeżeli postawi mu się odpowiednie wyzwanie, z którym będzie zmuszony się zmierzyć i którego nie będzie mógł uniknąć. Wyzwanie prowokujące irytację na samego siebie doprowadzi do decyzji o wprowadzeniu zmiany i wtedy może się rozpocząć postęp w terapii. Zadaniem terapeuty jest stawianie takich wyzwań.

Klienci zmieniają się, jeżeli dokonają wyboru. Wzięcie odpowiedzialności za swoje czyny, nieprzerzucanie jej na innych czy na „ systemy” jest trudne, ale kluczowe. Ludzie mają problemy, ponieważ dokonali takiego wyboru (często nieświadomie) – to założenie pozwala na zmianę postaw, percepcji i zachowań ze strony klientów i umożliwia im aktualizację ich potencjału.

Klienci mają o wiele większy potencjał osiągania przystosowawczych, produktywnych i prospołecznych modeli życia, niż zakładają to oni sami i większość klinicystów. Czarnowidztwo dotyczące braku umiejętności klientów jest raczej odbiciem subiektywnej reakcji klinicystów i ich bezradności, niż obiektywnym twierdzeniem dotyczącym klienta.

Psychologiczna kruchość pacjentów jest wielką przesadą, wyolbrzymiają ją i oni sami, i inni. Większość terapii jest pod wielkim wpływem tego, co jest negatywne, zauważając raczej psychopatologie i dewiacje niż potencjał siły i zdrowia w człowieku. Jeżeli terapeuta skupia się na tych dysfunkcjonalnych, kryzysowych zachowaniach, otrzymuje skrzywiony obraz i niedokładny pomiar prawdziwych sił i umiejętności klienta w radzeniu sobie z różnymi sytuacjami. Terapeuta prowokatywny parodiując tradycyjne postawy, przesadnie koncentruje się na tym, co złe w pacjencie, przez co prowokuje go do uświadomienia, co w nim jest dobrego.

Nieproduktywne, antyspołeczne postawy i zachowania klienta można radykalnie zmienić, niezależnie od poziomu ich natężenia i przewlekłości. Jeżeli terapeuta spodziewa się, że stan klienta się poprawi, będzie używał wzmocnień, przymusu i innych metod, żeby wywołać pożądaną reakcję klienta. Jeśli spodziewa się, że klient nie ma szans na poprawę, może nawet nie spróbować, a na pewno nie będzie wystarczająco konsekwentny, by do zmiany doprowadzić.

Dorosłe i bieżące doświadczenia w kształtowaniu wartości, postaw i zachowań klienta, są co najmniej tak ważne (jeżeli nie ważniejsze?), jak doświadczenia z dzieciństwa lub przeszłości. Rówieśnicy, media, wartości społeczne, system nagród i indywidualne wybory jednostki kształtują osobowość tak samo, jak rodzice. Jeżeli terapeuta potrafi dotrzeć do klienta i użyć wszelkich umiejętności z zakresu pojęć, postaw i emocji, jakich klient nauczył się jako dorosły, wtedy potencjał do zmiany jest wielki.

Zachowanie klienta wobec terapeuty jest dosyć wiernym odbiciem zwyczajowych wzorców relacji społecznych i interpersonalnych. Klienci przynoszą na sesję swoje stereotypowe zwyczaje, ale po odpowiednim przeciwwarunkowaniu (zmianie reakcji nieadekwatnej na adekwatną) potrafią asymilować nowe emocjonalne lekcje i przenosić zachowania na inne sytuacje.

Człowiek kieruje się doskonałą logiką; człowieka da się zrozumieć. W ludziach jest dużo więcej podobieństw, które ich łączą, niż różnic, które dzielą. Terapeuta prowokatywny nie uważa klienta (nawet poważnie zaburzonego) za wyjątkową zagadkę, ale zdobywa dane, aby go zrozumieć.

Wyrażanie „terapeutycznej nienawiści” w stosunku do klientów może przynieść im wyraźne korzyści. W praktyce klinicznej i w życiu należy rozróżnić krótkoterminowe „okrucieństwo” i długoterminową dobroć z jednej strony, a z drugiej krótkoterminową „dobroć” i długoterminową szkodę. Skoro sama miłość nie wystarcza, sama kara również; miłość i kara łącznie są skuteczne w dokonaniu zmiany zachowania.

Istotne komunikaty wędrują między ludźmi niewerbalnie. Od tego, co się mówi, ważniejsze jest to, jak się mówi. Mimika, intonacja, modulacja głosu, gestykulacja pomagają terapeucie rozszyfrować przekaz i pogłębić zrozumienie. On sam często stosuje niewerbalne przekazy towarzyszące słowom.

 

Terapeuta bardziej zwariowany niż klient

Terapia prowokatywna korzysta z wielu technik, by prowokować bezpośrednie emocjonalne doświadczanie, wywołać zarówno pozytywne, jak i negatywne reakcje. Terapeuta często zachęca do odchyleń, jest ostry, idzie na konfrontację. Frank Farrelly obala wszystkie konwencje psychoterapii, jednak troszczy się o klientów, którzy odczuwają to podczas całej sesji. Absolutnym warunkiem pracy w stylu prowokatywnym jest szacunek oraz miłość do człowieka. Wtedy niewerbalnie komunikowane akceptacja, uznanie, zaufanie docierają do adresata, a ostre słowa wypowiadane ciepło i z przymrużeniem oka wzmacniają, a nie zabijają.

Terapeuta to adwokat diabła, który stosując „szaloną” wersję scenariusza sesji, prowokuje klienta do przyjęcia racjonalnej, otwartej i przystosowawczej postawy. Jego rolą jest wyrazić sprawy, które są tabu dla klienta, ubrać w słowa jego ukryte wątpliwości, wydobyć jego lęki. Klient odkrywa, że to go nie niszczy i w przyszłości potrafi radzić sobie z tymi konfliktowymi obszarami.

W przeciwieństwie do większości terapii, które stawiają na powagę, terapia prowokatywna nie tylko zaleca, ale wręcz wymaga tego, żeby klient śmiał się podczas sesji. Humor pozwala uzyskać właściwy psychologiczny dystans, nadający uczuciom i irracjonalnym ideom zrównoważoną perspektywę.

Choć nie ma recepty, jak powinien zachować się terapeuta prowokatywny i każdy znajduje własny styl, opracowano zachowania, wzorce, strategie i działania mentalne, które stosuje w swojej pracy Frank i nazwano je Czynnikami Farrelly’ego. Podstawą jest kontakt wzrokowy oraz fizyczny (dotyk, głaskanie, poklepywanie), wychylenie się w stronę klienta, używanie żartobliwego, hipnotycznego bądź niby sfrustrowanego tonu głosu. W użyciu są anegdoty, brak logicznego biegu sesji, demonstrowanie niespójności, przerywanie klientowi i naśladowanie go. Przydają się absurdalne wyjaśnienia i surrealistyczne rady, wyolbrzymianie stereotypów kulturowych i negatywnych wyobrażeń klienta o swoim ciele.

Ważną rolę odgrywa obwinianie. Frank opracował nawet Kartę Win Terapii Prowokatywnej, aby pomóc klientowi „odnaleźć” przyczyny jego problemów (ciało, przeznaczenie, historia, natura, społeczeństwo, rodzina, układ). Punkt zwrotny nazwany momentem bingo, w którym klient uzmysławia sobie, że nie ma żadnych winnych i on sam ponosi odpowiedzialność za siebie i swoje życie, jest kluczowy w terapii.

Najdzikszy klinicysta

Frank Farrelly urodził się w 1931 roku w irlandzko-amerykańskiej rodzinie jako dziewiąte z dwanaściorga dzieci. Wśród jego rodzeństwa są księża i zakonnice, on sam również zamierzał zostać kapłanem. Odejście z seminarium spowodowane było „oblaniem ślubu posłuszeństwa”. Praca w domu towarowym to kolejne niepowodzenie w karierze Franka, który sprzedawał klientom to, co było na miarę ich potrzeb i kieszeni, zamiast namawiać ich na droższe produkty. Postanowił zostać terapeutą. Kiedy rozpoczął pracę w Stanowym Szpitalu Mendota w Madison w stanie Wisconsin, przyłączył się do Rogersa i grupy terapeutów zajmujących się chronicznymi schizofrenikami. Terapia Prowokatywna powstała na oddziale zamkniętym, gdzie Farrelly, niezadowolony ze skuteczności stosowanej tam psychoterapii, zaczął badać nowe sposoby wywoływania istotnej, trwałej zmiany u długoletnich pacjentów. Pracował w zakładzie 17 lat, rozwijając i udoskonalając swoje techniki. Frank Farrelly jest autorem wielu publikacji, w tym książki „Terapia Prowokatywna” (1974, wydanie polskie: Metamorfoza 2004). Przez wiele lat był profesorem w klinice Szkoły Opieki Społecznej Uniwersytetu Wisconsin i docentem na Wydziale Psychiatrii Szkoły Medycznej Uniwersytetu Wisconsin. Prowadzi warsztaty, seminaria i prezentacje swojej pracy dla grup profesjonalistów w Stanach Zjednoczonych, Europie, Australii i Azji.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Terapeutyczna moc fotografii

Terapia z użyciem fotografii pozwala na scalenie różnorodnych przeżyć i przekształcenie ich w doświadczanie siebie. Gdy czujesz, że przychodzi pora zmian i musisz przepracować pewne zagadnienia w swoim życiu – warto sięgnąć po fototerapię. (Fot. Getty Images)
Terapia z użyciem fotografii pozwala na scalenie różnorodnych przeżyć i przekształcenie ich w doświadczanie siebie. Gdy czujesz, że przychodzi pora zmian i musisz przepracować pewne zagadnienia w swoim życiu – warto sięgnąć po fototerapię. (Fot. Getty Images)
Robienie zdjęć podczas sesji fotograficznej to dopiero początek. Kolejny krok to poszukiwanie wizualnych znaczeń, przyglądanie się samemu sobie. Doświadczeniami z udziału w fototerapii dzieli się z nami Grzegorz Mieczkowski, projektant, wydawca i pasjonat muzyki.

Czasem, kiedy czujesz, że przychodzi pora zmian, potrzeba przepracowania pewnych zagadnień w swoim życiu – możesz sięgnąć po proste narzędzia, by odkryć siebie. Ja wraz z bliskimi sięgnąłem po siłę fototerapii. Jej namacalnym efektem są zdjęcia, ale jeszcze ważniejszym – przemyślenia.

Dzisiaj już wiem, że zmieniając siebie, wpływam na jakość życia oraz relacje z innymi ludźmi. Uważam, że można to zrobić w każdym momencie, bez względu na wiek czy przekonania. A narzędzi do naprawy samego siebie należy szukać w skrzynce zwanej umysłem. Oczywiście, różne sytuacje motywują potrzeby takich zmian. Ja znalazłem swój „klucz” po rozpadzie kilkuletniego patchworkowego związku, o którym myślałem wyłącznie pozytywnie, a który był kolejnym etapem w moim życiu po rozwodzie oraz po śmierci mamy. Swoje życie porównałbym do magicznej, niewidocznej trampoliny, po której skaczę, a chwile zawieszenia to kolejne etapy, w których dokonuję zmian. Tak właśnie za pomocą sesji fotograficznej zilustrowaliśmy moje najważniejsze cele. Dzięki fototerapii doświadczyłem cudownych emocji – wyzwolenia się z tego, co „siedzi” we mnie. Poprawiłem tym samym jakość życia. Trzy fotografie ilustrują moje priorytety: dzieci, szczęście, duchowość.

Dzieci

Podobno prawdziwy mężczyzna powinien: spłodzić syna, wybudować dom i posadzić drzewo. Mam 44 lata i, jeśli chodzi o dom i drzewo, nie spełniłem oczekiwań stawianych mężczyznom, ale nie jest to raczej moim celem. To stereotyp – „przestrzenny wzorzec” działania, któremu my, mężczyźni, próbujemy sprostać. Skutkiem tego są kompleksy, spadek poczucia wartości własnego życia i różnego rodzaju dolegliwości. A może wybudować drewniany domek na drzewie i tam spłodzić syna? A czy pojawienie się córki przekreśla wszystko? Marzymy o tym, aby nasze dzieci były wyjątkowe, mądre, wybitnie uzdolnione, a w przyszłości miały dobrą pracę. Ja zawsze chciałem, aby były szczęśliwe, uśmiechnięte, radosne, pełne swoich pasji. Mam dwóch cudownie zakręconych synów – Maks (lat 17) i Maciej (lat 11). Oprócz zewnętrznego podobieństwa łączy nas miesiąc urodzin – wszyscy jesteśmy z marca – oraz pasja słuchania muzyki. Daliśmy temu wyraz w pełnej ekspresji i luzu, punkowo-rock’n’rollowej wizji muzycznego tria. Pomysłów mieliśmy kilka, ale podzielenie się garderobą z mojej szafy uznaliśmy wspólnie za najlepszy, co dostarczyło nam nieprawdopodobnych emocji – ta interakcja połączyła nas w szale podskoków i dziwacznych póz. Doświadczenie to utwierdziło mnie w przekonaniu, że moja maszyna zwana „ojcostwem” jest sprawna i dobrze naoliwiona.

Szczęście

To stan radości i zadowolenia, do którego dążymy przez całe życie. Od narodzin po czas starości. Co może potęgować, utrzymywać taki nastrój? Istnieje opinia, że pies to najlepszy przyjaciel człowieka. Moja bezgraniczna radość z posiadania psa pojawiła się dopiero po jakimś czasie, kiedy byliśmy zdani na siebie. Pewnej nocy przyśnił mi się Winyl (takie imię nosi mój pies) i podał mi swój psi numer telefonu, z prośbą, żebym do niego dzwonił o każdej porze dnia i nocy, gdybym cokolwiek chciał mu powiedzieć. Czyż nie taki właśnie powinien być przyjaciel? Dostępny w każdej chwili, bezinteresowny, któremu można zaufać i powierzyć sekrety. Taki jest dla mnie mój pies. Stał się częścią mnie. Obecnie większą część dnia – ze względu na swoją pracę zawodową – spędzam w domu, w związku z czym wiele rzeczy robimy razem: od porannej kawy, poprzez przygotowywanie posiłków, po wspólne oglądanie filmów. Jakiś czas temu złożyliśmy sobie życzenia – które właśnie się realizują – że każdy z nas spotka dla siebie wymarzoną partnerkę. A pomysł na nasze wspólne zdjęcie był początkowo zupełnie inny, ale jak to w życiu – okazało się, że to nie skacząco-tańczący na co dzień Winyl ma w sobie Michaiła Barysznikowa – tylko ja.

Duchowość

Kilkanaście lat temu moje zainteresowania skupiły się wokół postrzegania pozazmysłowego. Pojawiła się świadomość, że jest we mnie cząstka transcendentalnego istnienia. Pragnienie dotarcia do źródła. Przeczytałem wiele książek, uczestniczyłem w kursach rozwoju duchowego, praktykowałem głodówki, doświadczyłem inicjacji drugiego stopnia reiki, ćwiczę jogę i jestem ewangelikiem. Nie wyobrażam sobie rozpoczęcia dnia bez porannej modlitwy. Ostatnio zadałem sobie pytanie: Jak mógłbym doświadczyć bycia Jezusem? Niestety, pytanie pozostało bez odpowiedzi, ale postać Jezusa i jego życie są mi bliskie, szczególnie doświadczenie ubiczowania i ukrzyżowania. Tkwiły one we mnie od zawsze. Dlatego uznałem, że jedynie poprzez pewną artystyczną formułę swojego ukrzyżowania doświadczę tego metafizycznego stanu. Tak też się stało. Uwolniłem się z wielu blokad tkwiących we mnie, a najważniejszą było, że świętości nie wolno tykać. Szczerze polecam taką formę „uwolnienia” drzemiących w nas nieprzepracowanych spraw. A jeśli dodatkowo mogą w tym wziąć udział bliskie nam osoby, będzie to stanowiło ogromną wartość.

Dziś mój bilans doświadczeń życiowych uznaję za korzystny. Tryskam optymizmem i zadowoleniem z życia. Poznaję ciekawych, różnorodnych ludzi, pełnych pasji, których łączy najbardziej wartościowa dla mnie cecha charakteru: szczerość.

Co daje fototerapia?

Przeglądając swoje zdjęcia, czujemy, że niektóre lubimy, inne zaś uznajemy za nieudane. I tak jest też na co dzień – czasem akceptujemy się bardziej, a czasem mniej. Czasem mamy więcej kontroli nad sobą, a czasem mniej. Czasem czujemy się lepiej, a czasem gorzej. Fototerapia, czyli terapia z użyciem fotografii, pozwala na scalenie tego rodzaju różnorodnych przeżyć i przekształcenie ich w doświadczanie siebie. W tym procesie odkrywania własnych emocji i przeżyć nie ma znaczenia to, czy „dobrze wyjdziemy” na zdjęciu, ponieważ centralnym elementem jest bycie ze sobą tu i teraz, zaakceptowanie swoich emocji i otwarcie się na ich swobodną ekspresję.

Prawdopodobnie właśnie dzięki zrzuceniu z siebie konwenansów, zapomnieniu o zewnętrznych oczekiwaniach czy zawieszeniu potrzeby kontroli nad tym, co dzieje się wewnątrz oraz wokół nas, Grzegorz zyskał możliwość zobaczenia siebie, autentycznego spotkania swoich synów czy pogłębienia duchowości. To, co wydarza się w procesie fototerapii, można by przyrównać do gąsienicy przekształcającej się w motyla. Do fotografa „przypełza” człowiek obciążony poczuciem niespełnienia, i początkowo próbuje „jakoś wyjść” na zdjęciach. Jednak powoli, wraz z kolejnymi fotografiami, pojawia się gotowość do odkrycia czegoś więcej. Uczestnik zawija się teraz w swój kokon i doświadcza trudnych, niewygodnych emocji i ograniczeń. Nie przejmuje się już tym, „jak wyjdzie”, gdyż spogląda na siebie, a nie na aparat. Wreszcie kokon pęka, a człowiek nabiera ochoty, by poczuć wolność, szczęście i pozytywne emocje, które były dotąd skrywane czy blokowane, otwiera więc skrzydła niczym motyl, by doświadczać wolności, piękna i dobra – dostrzeganych w sobie i innych.

Zewnętrznym efektem fotometamorfozy Grzegorza jest wdzięczność, że podzielił się cząstką siebie poprzez zdjęcia, które już na zawsze będą przywoływać emocje i zachęcać do spotykania siebie tu i teraz.

Artykuł pochodzi z archiwum miesięcznika "Sens".

  1. Psychologia

Psychoanaliza. Co ukrywa twoja nieświadomość?

Czy psychoanaliza może cię uzależnić od terapeuty? Co możesz uzyskać podczas terapii? (fot. iStock)
Czy psychoanaliza może cię uzależnić od terapeuty? Co możesz uzyskać podczas terapii? (fot. iStock)
Psychoanaliza bywa nazywana terapią dla bogatych, substytutem przyjaźni i modą - w swoim dorobku ma jednak skuteczne narzędzia diagnostyczne i psychoterapeutyczne. Wątpliwości wielu budzi sam proces psychoanalityczny, pozbawiony określonego celu i ram czasowych.

Marta prosi, by nie podawać jej prawdziwego imienia, pracuje w znanym domu mediowym i chce zachować dyskrecję. Terapię przerwała po czterech latach, wbrew opinii swojego psychoanalityka. Zdaniem terapeuty właśnie zbliżali się do przełomu, stać niechęć do kontynuowania terapii, a ostatecznie jej przerwanie, które miało być wtórne do jej relacji z ojcem - tata Marty umarł, gdy miała 13 lat. Opór to słowo, które często słyszała: za każdym razem, gdy nie chciała zająć się określonym tematem ze swojej przeszłości lub teraźniejszości. Na terapię trafiła, bo jej małżeństwo przechodziło kryzys. Była pewna, że mąż ma kochankę, ale nie rozmawiali o tym, prawie w ogóle o niczym nie rozmawiali, każde z nich było zajęte swoją pracą, do której dojeżdżało własnym samochodem. Psychoanalizę - najstarszy nurt psychoterapeutyczny - polecił jej znajomy z Ameryki, gdzie stała się bardzo popularna.

Psychoanaliza: czego dowiesz się na terapii?

Na terapię wydawała średnio 1600 zł miesięcznie - 4 spotkania w tygodniu, każde po 100 zł. Przez pierwsze dwa lata o dziewiątej rano, tuż przed pracą, później o osiemnastej, bo po trudniejszej sesji nie mogła się skupić na swoich obowiązkach. Spotkania trwały 50 minut, Marta za każdym razem wchodziła do elegancko urządzonego gabinetu, kładła się na zielonej kozetce i zaczynała opowiadać. Na początku była nieufna, dużo mówiła o pracy, znajomych, swojej rodzinie. Podczas pewnej sesji opowiedziała o śnie, który wracał do niej co kilka miesięcy - jest w swoim domu, leży na łóżku, gdy nagle pojawia się woda. Marta zaczyna płynąć, ale wody przybywa z każdą chwilą. Gdy znajduje się pod sufitem, budzi się przerażona. Opowiedziała terapeucie sen i rozmawiali o nim przez kolejne kilka sesji, aż dotarło do Marty, że jest on metaforą jej obecnego życia, ale też relacji w domu rodzinnym, w którym o ważnych sprawach rozmawiało się bardzo rzadko i dopiero gdy uzbierało się sporo problemów. Wówczas ojciec zwoływał rodzinę, w dłoni trzymał kartkę papieru, na której miał wypisane tematy do omówienia. Dopiero po wszystkim mogli iść spać. Czasami rodzinna narada, pełna napięcia i oskarżeń, trwała do trzeciej w nocy, a później przez długie tygodnie, a niekiedy miesiące, nie rozmawiali o emocjach, problemach i tym, co ważne, chociaż każdy wiedział, że ojciec w swoim pokoju, spisuje nowe tematy, które wypłyną, gdy kartka się zapełni.

Podczas kolejnych sesji Marta czuła, jak pozbywa się napięcia, które niosła ze sobą od dzieciństwa. Nie znalazła jeszcze sposobu na przeprowadzenie rozmowy z mężem, chociaż wiedziała, że musi do tego dojść. Chciała się uwolnić, odejść, ale liczyła na to, że mąż zrobi to pierwszy, w związku z czym tkwiła w marazmie.

Pewnego razu przyszła na sesję z kartką papieru, na której wypisała wszystkie tematy, które chce omówić z mężem. Dzięki pytaniom terapeuty zrozumiała, że wybrała strategię stosowaną przez ojca, który zamiast patrzeć w oczy, wolał zerkać na kartkę.

Psychoanaliza osłabia mechanizmy obronne, które blokują zmianę

Psychoanaliza to terapia wyłącznie długoterminowa i zazwyczaj bardzo kosztowna. Pacjent spotyka się z terapeutą 4 albo 5 i więcej razy w tygodniu przez kilka lat. W czasie sesji psychoanalityk siedzi za głową pacjenta, tak by kontakt wzrokowy nie był możliwy. Pozycja ta ma sprzyjać swobodnemu odkrywaniu wszelkich treści wypływających z nieświadomości. Podczas procesu istotne jest stworzenie bezpiecznej atmosfery, która pozwala na nieskrępowane opowieści na dowolny temat. Czasami w ich trakcie dochodzi do regresji, czyli emocjonalnego powrotu do dzieciństwa i ponownego przeżycia oraz zrozumienia wewnętrznych konfliktów i wypartych treści, które były zbyt trudne lub bolesne. Analityk słucha, czasami notuje, próbuje zrozumieć sens ukryty za wypowiedzianymi słowami, interpretuje opowieści i zadaje pytania, pozostając w relacji z pacjentem.

Częste spotkania są niezbędne dla uruchomienia procesu psychoanalitycznego, który w znacznej części oparty jest na dotarciu do nieświadomości - to tam zdaniem Zygmunta Freuda, ojca psychoanalizy, leżą przyczyny zaburzeń osobowości, napięć, natręctw, depresji i innych chorób psychicznych. Na poziomie świadomym pacjent może deklarować chęć zmiany, ale jeśli nie uda mu się dotrzeć do głęboko ukrytych przyczyn - zmiana nie jest możliwa. Spotkania dzień po dniu pomagają nie tylko oswoić się ze swoim analitykiem, ale również osłabić mechanizmy obronne, które ukrywają wewnętrzny świat pacjenta.

Mechanizm przeniesienia: do jakich uczuć dojdziesz w procesie psychoanalizy?

Podczas terapii Marta zrozumiała, że powiela zachowania ojca, które budziły w niej lęk i niechęć, ale dawały poczucie kontroli nad swoim małżeństwem, mężem i zwalniały ją z obowiązku zaryzykowania, czyli wyrażania uczuć wprost. Po dwóch latach od pierwszej wizyty mówiła na kozetce bez wstydu o swoich fantazjach, pragnieniach, również seksualnych, o najbardziej skrytych snach, czasami płakała, czasami się śmiała.

Poczuła, że może skończyć terapię, ale analityk ostrzegł ją, że nie jest nawet w połowie procesu i może to być niebezpieczne, dlatego kontynuowała sesje, ale teraz w godzinach popołudniowych. Pomimo że nie potrafiła nazwać celu tych spotkań, czuła ulgę, gdy kładła się na kozetce, zmęczona po dniu pracy, lubiła głos swojego terapeuty. W pewnym momencie jej życie ograniczało się jedynie do pracy i psychoanalizy, porzuciła szereg znajomości i jedną przyjaźń, potrzebę bliskości załatwiała na kozetce.

Brakowało jej dotyku, bliskości, w końcu odważyła się wyznać analitykowi, że czuje się w nim zakochana - omawiali to uczucie przez kolejne miesiące, aż wygasło. Terapeuta zasugerował, że tak naprawdę przenosi na niego niewyrażone uczucia do ojca, przez którego nigdy nie czuła się w pełni kochana - i dodał, że również z tego powodu wybrała nieobecnego męża, który od kilku lat miał kochankę.

Gdy Marta podjęła decyzję o rozwodzie, przychodziła na sesje po wsparcie. Mijały kolejne miesiące, czuła zadowolenie z życia, pogodzenie ze swoją samotnością, tym razem mniej bolesną, bo pozbawioną oczekiwania na męża. Zadziwiało ją tylko, że rozstanie było tak łatwe i krótkie. Kolejny raz chciała przerwać terapię, ale została powstrzymana przez psychoanalityka, który uznał, że nie przepracowali jej relacji z matką. Marta czuła, że nie ma ochoty zajmować się tym tematem, a co ważniejsze, poczuła się uzależniona od swojego terapeuty. Podczas kolejnej sesji dowiedziała się, że to wszystko jest klasycznym oporem i lękiem przed zmierzeniem się z przeszłością.

'Częste spotkania są niezbędne dla uruchomienia procesu psychoanalitycznego, który w znacznej części oparty jest na dotarciu do nieświadomości'. (fot. iStock) "Częste spotkania są niezbędne dla uruchomienia procesu psychoanalitycznego, który w znacznej części oparty jest na dotarciu do nieświadomości". (fot. iStock)

Id, ego i superego w konflikcie

Uprawnionymi do prowadzenia psychoanalizy są licencjonowani psychoanalitycy będący członkami Polskiego Towarzystwa Psychoanalitycznego, którzy odbyli wieloletnie szkolenie. Pomimo to zdarza się, że terapię prowadzą osoby bez odpowiedniego szkolenia i niepoddające swojej pracy superwizji. Zakończenie następuje wtedy, gdy zarówno pacjent, jak i terapeuta uznają, że to odpowiedni moment.

Analityk podczas sesji unika kontaktu fizycznego, zachowuje się powściągliwie, nie ujawnia żadnych osobistych informacji dotyczących swojego życia. To wszystko umożliwia powstanie mechanizmu przeniesienia, czyli swobodnego przypisywania terapeucie cech i właściwości. Z tego powodu Marta mogła w terapeucie zobaczyć swojego ojca czy męża. Terapeuta z kolei podlega mechanizmowi przeciwprzeniesienia, czyli może przypisywać swojemu pacjentowi cechy, które nie ma - sprawy te powinien za każdym razem omówić podczas własnej terapii lub superwizji.

Psychoanaliza nazywana jest metodą badania umysłu, tego, jak został ukształtowany w toku przebywania ze znaczącymi osobami. Istotne jest również, w jaki sposób jednostka radzi sobie z konfliktami pomiędzy id, ego i superego. Id odpowiada za impulsy, popędy, to pierwotna energia, która popycha w stronę przyjemności i pozwala uniknąć tego, co przykre. Ego kontaktuje się ze światem zewnętrznym, pomaga odróżnić fantazje od tego, co realne, podejmować racjonalne decyzje. Z kolei superego to poziom idei, nazywany sumieniem, tutaj przechowujemy nakazy i zakazy, pragnienie bycia doskonałym. W trakcie psychoanalizy chodzi o rozwinięcie obserwującego ego, czyli tej części naszej osobowości, która jest w stanie pogodzić pragnienie id z wymogami superego. Już od czasów Freuda uważa się, że nierozwikłany konflikt pomiędzy tymi dwoma obszarami generuje napięcie i choroby psychiczne.

Czy psychoanaliza uzależnia?

Gdy Marta podjęła decyzję o zakończeniu terapii, musiała przez długi czas mierzyć się z poczuciem winy wobec swojego psychoanalityka, czuła, że go zawiodła. I chociaż była mu wdzięczna za wiele ważnych odkryć, sporo czasu zajęło jej, by na nowo zaufać swoim myślom i uczuciom – za każdym razem pojawiał się w niej odruch skonsultowania sposobu myślenia z terapeutą. By uwolnić się od niepokojących myśli i odczuć, wyjechała na samotne wakacje. Ostatecznie znalazła oparcie w samej sobie, dziś czuje się otwarta na nowy związek, chociaż niepozbawiona obaw, czy uda jej się wejść w niego bez porównywania nowego partnera do byłego męża, ojca i terapeuty – trzech najważniejszych mężczyzn jej życia.

  1. Psychologia

Obśmiej to - na czym polega terapia prowokatywna?

Aby komuś pomóc, możesz to zrobić śmiejąc się z niego, wyolbrzymiając wady aż do granic absurdu. (Fot. iStock)
Aby komuś pomóc, możesz to zrobić śmiejąc się z niego, wyolbrzymiając wady aż do granic absurdu. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Aby komuś pomóc, możesz to zrobić śmiejąc się z niego, wyolbrzymiając wady i obawy aż do granic absurdu. Warunek: z życzliwością i akceptacją. To terapia prowokatywna. Mówi o niej Noni Höfner, terapeutka od lat pracująca tą metodą.

Noni Höfner terapię prowokatywną poznała w 1958 roku, gdy do Monachium przyjechał twórca metody Frank Farrelly. „Najprawdopodobniej nie zareagowałabym na nią tak entuzjastycznie, gdybym przez całe życie osobiste nie była wystawiona na ten sposób komunikacji” – pisze w swojej książce „Styl prowokatywny w terapii i coachingu”. (GWP 2017). Wychowała się w rodzinie, w której wszyscy mieli duże poczucie humoru, więc nauczyła się w życzliwy sposób obśmiewać słabości innych i własne. Również mężczyzna, z którym jest związana od ponad 40 lat, potrafi trafnie i czule żartować z niej, z siebie oraz z nich jako pary.

Noni: – Gdy na przykład zadaję mężowi typowo kobiece pytanie o to, czy mój tyłek nie wygląda zbyt grubo w nowych obcisłych dżinsach, mogę być pewna, że szczerząc się, odpowie, że wyglądam grubo nie tylko w nowych obcisłych dżinsach i w związku z tym nie powinnam w ogóle opuszczać domu z tyłkiem takich rozmiarów!

I to cię nie denerwuje, nie złości ani nie przygnębia?
Nie, ponieważ wiem, że tak naprawdę on nie ma nic do mojego tyłka. Chce się pośmiać, nie przeszkadza mi to. To jest klucz do prowokatywnego podejścia – nie masz tu żadnego własnego interesu, żeby ktoś koniecznie się zmienił, bo ty tak chcesz. Jeśli z życzliwości chcesz komuś pomóc, pokazując mu absurdalność miejsca, w którym utknął, możesz to zrobić w lekki, zabawny sposób. W podejściu prowokatywnym nie chodzi o to, aby człowieka atakować.

Terapia prowokatywna zrodziła się, gdy Frank Farrelly przepracował już 90 godzin rygorystycznie zastosowanej terapii zorientowanej na klienta z pacjentem chorym na schizofrenię. Cierpliwie go słuchał, dodawał odwagi, zapewniał, jaki jest zdolny. Pacjent albo nie reagował na te pozytywne oceny z zewnątrz, albo niezmiennie i monotonnie im zaprzeczał. Na 91. sesji Farrelly poczuł, że ma dość, i zaczął, podążając za własnym natchnieniem, zgadzać się z negatywną samooceną pacjenta. No tak, jest bezwartościowy, niepotrzebny, brzydki, jest kompletnym nieudacznikiem… Zapadnięty w sobie apatyczny pacjent zaczął samoistnie prostować się i bronić. „Tak źle to z nim nie jest! Potrafi to i tamto” – wyliczał energicznie swoje umiejętności. Jak to działa?
Farrelly przyznał, że jemu samemu ze zdziwienia opadła szczęka. Już w chwili narodzin terapii prowokatywnej ten rezultat zszokował jej twórcę. Okazało się, że klienci wcale nie wymagają, by ich oszczędzać, nie są słabi i krusi, jak się ogólnie przyjmuje, oraz dysponują znacznie większymi zasobami, niż wydaje się ludziom wokół. Terapeuta nie bagatelizuje więc obaw klienta, lecz je rozdmuchuje i skrajnie wyolbrzymia negatywne konsekwencje zmiany, wręcz do granic absurdu – aż klientowi nie pozostaje nic innego, jak przejść na przeciwny biegun. Psychika człowieka jest tak skonstruowana, że każda próba bagatelizowania faktycznego stanu rzeczy jako czegoś bez znaczenia roznieca ciekawość i opór. Wyolbrzymiając w sposób absurdalny i zabawny, pomagamy klientowi przechytrzyć i wyłączyć rozum, który produkuje autodestrukcyjne myśli.

Tak samo jak Farrelly nie oszczędzasz swoich klientów. Kobiecie, która wymaga od mężczyzny, aby koniecznie się zmienił, radzisz: „Jajka w imadło i dociskaj!”. Kobiecie, która przesadnie pomaga rodzinie i przyjaciołom, oznajmiasz zachwycona: „Matka Teresa żyje!”. I nikt się nie obraża.
Pamiętam pierwszą obejrzaną przeze mnie interwencję Franka. Podeszło do niego małżeństwo, które miało poważny problem w relacji; myśleli o rozwodzie. Farrelly opisał wspólne życie tej pary jako życie pana i psa – a właściwie skamlającego pieska. Żona była panem, a mąż pieskiem, który ziając, żebrał o ciastko. Farrelly zaczął naśladować stojącego na tylnych łapach burka, któremu ślina cieknie z pyska – każdy wiedział, jakie znaczenie miało ciastko. Zaproponował mężowi, aby stał się jeszcze bardziej służalczy, a żonie, by jeszcze mocniej kopała psa i jeszcze krócej trzymała smycz, żeby już zupełnie go sobie podporządkować. Najbardziej zadziwiające było to, że ci ludzie nie skoczyli Farrelly’emu do gardła, lecz zaczęli się śmiać na cały głos, a podczas późniejszego omówienia rozmowy zapewniali w nietypowej dla siebie zgodzie, że jeszcze nigdy nie czuli się tak dobrze zrozumiani! Sprawiali wrażenie bardziej rozluźnionych, a jednocześnie przepełnionych energią, ożywionych. Tak właśnie zachwyciłam się tą metodą.

Jak to działa w waszej rodzinie?
Taki przykład: moja siostra umarła, kiedy miała 14 lat. Gdy moja córka skończyła 14 lat, bała się, że też może umrzeć. Przed snem schodziła do nas do salonu i pytała na przykład, czy może umrzeć od tego, że jej wrasta paznokieć. Mówiliśmy: „Tak, to jest śmiertelne! To koniec! Nie obudzisz się jutro rano! Tak się cieszymy, że mogliśmy cię mieć przez te 14 lat!”. Ona mówiła: „aha”, szła do pokoju i spokojnie spała do rana. Za jakiś czas znów przychodziła z jakimś absurdalnym pomysłem. I znów wszystko potwierdzaliśmy i wyolbrzymialiśmy. Trwało to jakiś czas.

Dosyć przerażająca historia.
Nie byliśmy przerażeni. Wręcz przeciwnie, byliśmy odprężeni i wspierający. Chodziło tylko o to, aby ją prowokatywnie uspokoić. Gdybyśmy zaprzeczali, ona by się upierała, mnożyła przeszkody, żeby nie pójść spać, bezproduktywnym dyskusjom nie byłoby końca.

To wygląda jak magia.
Chodzi o to, aby osoba, której chcesz pomóc, zobaczyła absurdalność swojego myślenia, bo to ją zrelaksuje. Im bardziej przerysowujesz, tym więcej odprężenia. Gdy utykamy w jakimś przekonaniu, jesteśmy sparaliżowani, ponieważ myślimy, że musi się coś wydarzyć, żeby nastąpiła zmiana. Rozluźniając się, redukujemy tendencję do samodestrukcji i dajemy sobie szansę. Interwencja prowokatywna sprawia, że nie możemy dłużej zachowywać się tak jak do tej pory. To już nie jest możliwe.

Odprężenie, lekkość to są klucze do zmiany?
Tak. Styl prowokatywny wnosi też dużo luzu i zabawy do życia rodzinnego i towarzyskiego. Od zawsze mam problem z moimi włosami; uważam, że jest ich za mało, więc kiedyś poszłam do fryzjerki, żeby mi zrobiła trwałą. Gdy wróciłam do domu, czułam się jak na skraju załamania nerwowego. Akurat był u nas Frank Farrelly. Popatrzył na mnie, wyjął w kieszeni jakąś wizytówkę i mówi: „Tu masz namiar do najlepszego prawnika, pozwij fryzjerkę!”. Czasem w prowokatywności można przeholować. W pierwszych latach naszego małżeństwa mój mąż opowiadał przyjaciołom, że ma TO tylko w święta Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy. Któregoś razu przyjaciółka wzięła mnie na stronę i pyta, czy jestem oziębła, nie mam orgazmów, czy co. Poprosiłam męża, żeby już dał spokój z tym tematem.

Ludzie, którzy was znają jedynie powierzchownie, pytają, czy nie jesteście aby przed rozwodem…
Mój mąż potrafi bardzo przekonująco pokazać się publicznie jako biedny uciśniony wykonawca moich poleceń i ciemiężony niewolnik dominującej żony. Jednocześnie nasz prowokatywny sposób komunikacji stanowi istotny wkład w to, że od ponad 40 lat wciąż jesteśmy małżeństwem, i to dość energicznym.

To może zadziałać w przeciętnej – niezorientowanej prowokatywnie – rodzinie?
Pewna kobieta opowiadała mi, jak radzi sobie z wybuchami złości swojego synka. Miała wrażenie, że on potrzebował emocjonalnej eksplozji. Gdy jego brat dostał niebieskie pióro, a on czerwone, zaczynał szaleć: „Chcę takie pióro, jakie ma brat!”. Matka w końcu znalazła sposób. Gdy zaczynał szaleć, filmowała go smartfonem, potem pokazywała mu film. Natychmiast przestawał. Mówiła, że cały czas była rozluźniona, chodziło jej tylko o to, aby ulżyć dziecku, które cierpiało przez takie zachowanie; pociło się, męczyło, nie mogło złapać tchu. Gdyby działała w złości tylko dlatego, że nie może tego znieść, nie byłaby skuteczna, bo dziecko by to wyczuło. Inna kobieta rzuciła się na podłogę w supermarkecie i krzyczała równie głośno jak jej synek. Dziecko zamilkło. No, ale do tego potrzeba odwagi!

To szalone!
Całkowicie! Dziecko myśli: „Co to jest?! To przecież moje zadanie, żeby krzyczeć!”. I przestaje.

Przyjaciółka prosiła, aby zapytać, czy może prowokatywnie zadziałać w stosunku do męża, który nie ma pracy…
Niestety, nie, ponieważ – jak rozumiem – ona ma interes w tym, żeby on się zmienił. Najlepiej, żeby go kochała takim, jaki jest. A wtedy on się zmieni, ponieważ ją kocha. Im bardziej naciskamy, żeby mężczyzna się zmienił, tym bardziej on się nie zmienia. Naciskanie jest stresujące dla obojga. Może trzeba by zadziałać prowokatywnie w stosunku do siebie: zobaczyć absurdalność tej walki, presji. A potem w serdeczny sposób powiedzieć mu, jak wspaniale byłoby, gdyby energia w domu się zmieniła.

Prowokacja wobec siebie?
Tak, polecam. Zobacz sytuację, w której utknęłaś, jak na tym filmie, i spróbuj w sposób absurdalny wyolbrzymić to wszystko, co – jak ci się wydaje – cię ogranicza.

Masz jakiś szczególny przekaz dla nas?
Tak, śmiejmy się z siebie! Jak najczęściej!

  1. Psychologia

Semantyka – słowa mają moc. Czy wypowiadasz je z uważnością?

Co robić z nawykiem oceniania, krytykowania, obwiniania? Marshall B. Rosenberg w książce „Porozumienie bez przemocy” proponuje, abyśmy spróbowali „języka serca”. (Ilustracja: iStock)
Co robić z nawykiem oceniania, krytykowania, obwiniania? Marshall B. Rosenberg w książce „Porozumienie bez przemocy” proponuje, abyśmy spróbowali „języka serca”. (Ilustracja: iStock)
Słowa dają i odbierają życie. Są błogosławieństwem i przekleństwem. Niszczą i leczą. Bywają jak uderzenie kamieniem i jak miód na serce. Napastliwe są przyczyną depresji i chorób, zachwytu – uskrzydlają. Jakich słów używamy? Jakich chcielibyśmy słuchać? Dlaczego tak łatwo wypowiadamy te, które ranią, a tak rzadko słowa uznania?

Używamy raniących słów, a nawet dopuszczamy się słownej agresji. Chyba nie ma nikogo, kto byłby od tego wolny. Kierowani lękiem i bezsilnością staramy się uzyskać władzę i kontrolę nad ludźmi, aby poczuć się lepiej. Często nie jesteśmy ani trochę świadomi, co kryje się za słowami, które wypowiadamy, ponieważ zjawisko słownej agresji jest w pewnym sensie częścią naszej kultury, jak pisze w książce „Toksyczne słowa” [Jacek Santorski & Co 2002] Patricia Evans.

„Dominacja, wymuszanie uległości, umniejszanie cudzych osiągnięć i zawyżanie własnych, dławienie oporu, manipulacja, krytyka, stosowanie nacisku i zastraszanie to akceptowane przez wielu reguły gry”.

Możemy poddać się dyktaturze kultury, jednak dobrze wiedzieć, że agresja słowna jest źródłem niezliczonych cierpień, ponieważ odcina od życia, od stanu współczucia. Wyklucza bliskość. Napastliwe słowa są przyczyną depresji i chorób. Głębokiego bólu. Smutku. Ciężaru w żołądku. Dławienia w gardle. Ściśniętego serca.

Gdy doktor Marshall B. Rosenberg, psycholog, założyciel Ośrodka Porozumienie bez Przemocy, zastanawiał się, jakie czynniki decydują o tym, że wzmacniamy w sobie życiodajny stan współczucia, uderzyła go kluczowa rola języka i sposobu, w jaki posługujemy się słowami. Posłuchajmy siebie: jakich słów używamy i w jaki sposób to robimy? Jakie słowa kierują do nas ludzie?

Sęk w tym, że jesteś strasznym samolubem

Komunikaty odcinające od życia to – wśród ogromnego bogactwa form, które mamy do dyspozycji – osądy, czyli stwierdzenia sugerujące, że ludzie, których działanie jest niezgodne z naszym systemem wartości, nie mają racji lub są źli. „Sęk w tym, że jesteś strasznym samolubem”, „Ona jest leniwa”, „Oni mają mnóstwo uprzedzeń”.

Zaprząta nas, kto jest dobry, zły, normalny, nienormalny, odpowiedzialny, nieodpowiedzialny, bystry, ograniczony, leniwy, głupi. Jeśli bliska osoba prosi mnie o więcej czułości, niż od niej dostaję, jest „zachłanna i niesamodzielna”.

Ale jeśli ja zapragnę więcej czułości, niż od niej dostanę, uznam, że jest „wyniosła i niewrażliwa”. Jeśli koleżanka z pracy bardziej niż ja przejmuje się detalami, jest „małostkową pedantką”, lecz jeśli to mnie detale bardziej leżą na sercu niż jej, będzie „niechlujną bałaganiarą”.

Patricia Evans w „Toksycznych słowach” wyróżnia rodzaje słownej agresji. To nie tylko wyzwiska („idioto”, „głupku”), wybuchy gniewu („zamknij się!”), zastraszanie, rozkazywanie, ale także nasze całkiem zwyczajne, niewinne powiedzonka. Wycofywanie się: „co mam ci powiedzieć?”, „o co ci chodzi, przecież rozmawiamy?”, „nigdy nie dopuszczasz mnie do głosu”. Sprzeciwianie się: „ależ skąd, wcale tak nie jest”, „mylisz się”. Lekceważenie: „jesteś przewrażliwiona”, „wyciągasz pochopnie wnioski”, „przesadzasz”, „masz zbyt bujną wyobraźnię”, „nie wiesz, o czym mówisz”, „wydaje ci się, że zjadłaś wszystkie rozumy”, „kiedy nie narzekasz, jesteś nieszczęśliwa”, „opacznie wszystko pojmujesz”. Słowna agresja ukryta w żartach („niedługo zapomnisz własnej głowy”, „czego można się spodziewać po kobiecie?”) rani do żywego, trafiając w najczulsze punkty.

Gdy mówimy, że jest nam przykro, możemy usłyszeć, że nie znamy się na żartach, bierzemy wszystko zbyt poważnie, robimy z igły widły. Wszystkie te stwierdzenia mają charakter napastliwy. Przerywanie i odwracanie uwagi: „zawsze musisz mieć ostatnie słowo!”, „nie rozumiem, do czego zmierzasz! Koniec dyskusji!”, „to stek bzdur!”, „odczep się ode mnie!”, „daj spokój!”, „przestań gadać!”, „skąd ci przyszedł do głowy tak szalony, głupi (dziwaczny, kretyński) pomysł?”, „przestań zrzędzić!”. Krytykowanie: „nie potrafisz wygrywać”, „zwariowałaś”, „nie wiesz, kiedy przestać”, „następnym razem powinnaś...”, „zobacz, co przegapiłaś”. Stwierdzenia zaczynające się od słów: „kłopot z tobą polega na tym, że...”, „twój problem polega na tym, że...”, są formą krytycznego, agresywnego osądu.

Podważanie opinii: „kto cię pytał?”, „zawsze musisz dorzucić swoje pięć groszy!”, „to cię przerasta”, „nigdy ci się to nie uda”, „myślisz, że jesteś taka mądra!”, „kogo chcesz zadziwić?!”.

Co ten człowiek czuje? Czego mu trzeba?

Co z tym robić? Co robić z nawykiem oceniania, krytykowania, obwiniania? Marshall B. Rosenberg w książce „Porozumienie bez przemocy” [Jacek Santorski & Co 2003] proponuje, abyśmy spróbowali „języka serca”. Teoretycznie to proste: zamiast osądzać i stawiać diagnozy, skupiamy się na jasnym wyrażaniu swoich spostrzeżeń, odczuć i potrzeb. Zamiast obrażać się na ludzi za ich nieprzemyślane słowa, wsłuchujemy się w nie i wydobywamy z nich uczucia, którymi są podszyte, ponieważ za każdym komunikatem kryją się uczucia i potrzeby. Nie mamy w tym wprawy, ponieważ raczej nie uczono nas ufać uczuciom, więc odcinamy się od tego, co się w nas dzieje. Nasza uwaga zwrócona jest na zło i niedostatki „nieprawidłowej” natury, nad którą musimy zapanować.

Tymczasem nasza natura jest jak najbardziej w porządku– w sposób naturalny jesteśmy zdolni czerpać radość ze współczującego dawania i brania. Gdy osądzamy i interpretujemy cudze zachowanie, tym samym ujawniamy własne pragnienia i oczekiwania. Reagujemy zgodnie z nawykiem: skoro moje potrzeby nie zostały zaspokojone, poszukam winy w tobie. Jeśli ktoś mówi: „Nigdy mnie nie rozumiesz”, tak naprawdę informuje tylko o tym, że pragnie być rozumiany.

Słuchaj, czego ludzie potrzebują, a nie co o tobie myślą – to jedna z głównych tez porozumienia bez przemocy. Każdy napastliwy komunikat może być dla nas jedynie informacją o drugim człowieku, o jego niezaspokojonych potrzebach.

Zadajemy sobie wówczas pytania: Co ten człowiek czuje? Czego mu trzeba? Jakie budzi we mnie uczucia i jakie potrzeby kryją się za tymi uczuciami?

Rosenberg przywołuje historię, która mu się przydarzyła. Prowadził zajęcia o języku serca w meczecie na terenie obozu dla uchodźców w Betlejem. Słuchało go 170 palestyńskich muzułmanów. Nagle jeden z nich nazwał go „amerykańskim mordercą”. „Na szczęście zdołałem skupić się na jego uczuciach i potrzebach”, pisze Rosenberg. Zaczęli rozmawiać i usłyszał o jego bólu, rozpaczy, pragnieniu lepszego życia i złości na Amerykanów. „Kiedy ten człowiek nabrał pewności, że go rozumiem, zdołał wysłuchać moich wyjaśnień, dlaczego przyjechałem do obozu uchodźców. Gdy minęła kolejna godzina, ten sam człowiek, który nazwał mnie mordercą, zaprosił mnie do siebie do domu na świąteczną kolację, bo działo się to akurat w czasie Ramadanu”.

Polecamy: Theodore Zeldin „Jak rozmowa zmienia twojeżycie”, W.A.B. 2001; Samuel Shem, Janet Surrey „Musimy porozmawiać”, Jacek Santorski & Co 2002; Arthur H. Bell „Nie musisz tego słuchać”, Rebis

  1. Psychologia

Zdrada – szukanie bliskości poza związkiem to alarm

Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego samego, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. (Fot. iStock)
Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego samego, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. (Fot. iStock)
Mamy tendencje do interpretowania zdrady w kategorii okrutnego sprawcy i niewinnej ofiary. Ale to nie takie proste.

Kiedyś wspólnota religijna, rodzina wielopokoleniowa zaspokajały naszą potrzebę przynależności, jasno określonej tożsamości, a teraz tę potrzebę przerzucamy na partnera, chcemy dostać to od niego w gratisie. Zbyt dużo na nim wieszamy. Marzymy, by ktoś, kogo wybraliśmy, wyrównał nam wszelkie straty, żeby nas dopieścił, sprawił, że poczujemy się nareszcie docenieni. Dodatkowo zaciera się definicja związku, formalizacja tego, że jest się razem, nie jest już konieczna, mamy seks przedmałżeński, bez ślubu możemy mieć wspólne dzieci. Wierność, obietnica wyłączności stają się więc często ostatnim wyraźnym wyznacznikiem związku. Nic dziwnego, że zdrada partnera tak mocno nas dotyka.

Z badań socjologicznych wynika, że choć potępiamy zdradę bardzo stanowczo, to jednocześnie powszechnie ją praktykujemy. Ta „schizofrenia” bierze się z potrzeby myślenia o sobie jako o lepszych, niż jesteśmy. Boimy się prawdy, szczególnie jeśli w przeszłości byliśmy nieuszanowani przez rodziców i wychowawców. Obawiamy się, że może mieli rację, a zdrada byłaby przecież tego potwierdzeniem. Poza tym człowiek dorosły choć wie, że musi liczyć na siebie, marzy, że jego partner zdejmie z niego część odpowiedzialności za życie, da więcej bezpieczeństwa, wsparcia. I jak on zdradza, to odczuwamy wtedy wielką samotność, stajemy twarzą w twarz z okrutnym losem.

Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego same- go, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. Niekoniecznie ze względu na kochankę, bo ona się po prostu trafia. Zdradzający szuka balsamu na serce, nie tyle innej osoby, ile innego siebie – ciekawszego, młodszego, bardziej frapującego, zadowolonego z siebie, żyjącego pełnią. Gdy ktoś zaczyna nas ekscytować, to my się sobie samym bardzo podobamy. Oczywiście, jeżeli w tej fascynacji możemy liczyć na wzajemność. Warto więc to samobiczowanie ukrócić i skończyć z odnoszeniem zdrady do siebie. Nie ma też sensu pytać o jej szczegóły, zamiast tego lepiej pytać o to, co ona znaczy dla naszego związku.

Na początku naszą reakcją na zdradę są żal, złość, strach, zazdrość i chęć ukarania winnego, ale jak już się trochę ogarniemy, to nie ma co zachowywać się wsobnie w stylu: „Co ty mi zrobiłeś?!”. No, nie tobie, raczej sobie. Jeśli nie zaczniemy rozumieć partnera czy partnerki, to znów będziemy żyli obok siebie, a nie razem.

Ludzie, którzy są ze sobą blisko, którym ze sobą ciepło i dobrze, nie zdradzają się, bo nie mają takiej potrzeby. Stwarzają sobie razem bogaty świat, są spełnieni erotycznie i emocjonalnie. Niewierność pojawia się, kiedy w relacji czujemy się samotni lub nieszczęśliwi.

Mamy tendencje do interpretowania zdrady w kategorii okrutnego sprawcy i niewinnej ofiary. Ale to nie takie proste. Czy ktoś, kto nie lubi siebie ani swojego partnera, rzeczywiście może się nazwać ofiarą zdrady? Albo ktoś, kto odmawia seksu partnerowi, i on zaspokaja swoje potrzeby gdzie indziej? Zawsze podkreślam, że kobieta, z którą zdradza cię twój partner, jest taka sama jak ty.

Sama diagnoza kryzysu, mówienie, że w związku jest źle, że jest mi smutno czy pusto przy tobie, zazwyczaj niespecjalnie do ludzi trafia, niestety.

Tak wynika z mojego doświadczenia i doświadczeń moich pacjentów. Reakcja to zwykle: „O co ci chodzi, przecież wszystko jest dobrze!”. Często dopiero zobaczenie rywala czy rywalki działa oprzytomniająco, ponieważ utrata związku staje się realna i nie ma co udawać, że wszystko jest okej. Następuje wtedy mobilizacja. I kobiety, i mężczyźni, kiedy robią skok w bok, najczęściej mówią, że ktoś się nimi zachwycił. To wcale nie musi być lepszy seks ani tak zwany lepszy model. To może wynikać z pragnienia aprobaty, ciepłych słów. Dobrze jest więc częściej okazywać sobie nawzajem więcej aprobaty. Jednak zacznijmy od siebie, ponieważ człowiek z siebie niezadowolony nie daje nikomu ciepła, bo nie ma z czego.

Jak świat światem ludzie z różnych powodów wchodzili w związki „nieoficjalne”. Czasem para, która sobie pasuje przez wiele lat, stopniowo się rozchodzi. Jeśli się nie dostarcza materiału związkowi, jeżeli ludzie się zajmują osobno zupełnie różnymi sprawami, to wtedy w tej swojej osobności mogą spotkać kogoś innego, kto stanie się bliski. Szukanie bliskości poza związkiem może być sygnałem alarmowym, że oddalamy się od siebie, że nie zaspokajamy w związku swoich potrzeb. Bywa też tak, że dochodzi do rozstania, bo ktoś spotyka lepszego dla siebie partnera, ciekawszego, bardziej odpowiedniego, i odchodzi. I gdy zdrada kończy związek, i wtedy, gdy on dalej trwa – można na nią spojrzeć konstruktywnie. Bo ona daje nam refleksję, że związek jest z jakichś powodów niedobry i albo trzeba go zmienić, albo pożegnać. W obu wypadkach kochance męża należą się kwiaty, że nawiążę do tytułu mojej książki. Gdy przyspieszyła koniec niedobrego związku, ale też gdy relacja przetrwa. Bo to znaczy, że jest na tyle ważna, że opłaca się budować nowe podwaliny, żeby już nie powtórzyć tego, co było. Najciekawsze jest to, że można zacząć być z tą samą osobą trochę jak z nową. Zdrada bywa katalizatorem zmian w związku, co oczywiście, nie znaczy, że jest przyjemnym doświadczeniem.