Być singielką – co na temat samotności mówi Katarzyna Miller?

Przyczyną ucieczki od związku może być lek przed bliskością i uczuciowym uzależnieniem, chociaż nie traktowałabym decyzji o byciu singlem głównie w ten sposób. Ta decyzja to często droga ku wolności osobistej. (fot. iStock)

Tak samo jak ludzie potrzebują wchodzić w relację, tak samo potrzebują mieć jakiś kawałek suwerenności, przestrzeni dla siebie. Jeżeli spędzasz z kimś bardzo dużo czasu, masz go dosyć i podobnie jeśli jesteś bardzo długo sama, masz tego dosyć. Chodzi o rodzaj równowagi.

Nie nauczyliśmy się jej wszyscy, istnieją jednak związki dość luźne. Nie w takim sensie, że partnerzy są dla siebie nieważni, tylko w takim, ze nie spędzają ze sobą całego czasu, a nawet mieszkają osobno. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że warunkiem udanego związku jest pewnego rodzaju osobność, związek tworzą przecież dwie różne, niezależne osoby. Najlepsza wersja jest taka, że mamy przestrzeń moją, twoją i wspólną. Jeśli jestem singlem i z nikim nie mam wspólnej przestrzeni, to jest mi przykro i smutno, ale mogę mieć wspólną przestrzeń z przyjaciółmi, z dochodzącym kochankiem albo z komuną, z którą mieszkam.

Jestem sama, ale nie samotna. Kobiety coraz częściej dziś mówią: Dlaczego mam być z kimś, kto mi w ogóle nie pasuje, kto mnie próbuje sobie podporządkować albo nie potrafi zrozumieć. Po co z nim być, skoro mogę się z nim spotkać od czasu do czasu albo wspólnie gdzieś wyjechać.

Im więcej dobrobytu, im wyższy standard życia, tym więcej ludzi decydujących się na bycie singlem. Wystarczy spojrzeć na bogatsze od Polski kraje, świetnym przykładem jest choćby Szwecja. Odchodzimy od wspólnotowości na rzecz skrajnego indywidualizmu. Poziom naszego życia tak się poprawił, że możemy być samowystarczalni. To duża pokusa: „Nie muszę iść już na kompromisy, decyduję o wszystkim sama”. Mówi się, że taki wybór wynika z egoizmu i znieczulenia na potrzeby innych. Wcale tak nie uważam. Stawianie na wygodę może być zwodnicze, ale trudno się dziwić, że nas kusi, bo wygodne życie jest zwyczajnie łatwiejsze i przyjemniejsze.

Często odsuwamy od siebie decyzję zaangażowania się w stałą relację, bo ważniejsza jest dla nas samorealizacja. Chcemy najpierw zbudować karierę albo osiągnięcia naukowe, zobaczyć, na ile nas stać. Gorzej, jeśli tych celów nie uda się zrealizować, nie przychodzi sukces zawodowy i nie mieliśmy czasu na bujne życie towarzyskie. Wtedy wybór życia solo na ogół zaczyna nam doskwierać. A obecność drugiej osoby ma być kompresem na to, że nam wyszło. Ekwiwalentem sukcesów życiowych. Jednak w takim wypadku związek nie da poczucia spełnienia. Poza tym samotnym można się czuć również w związku, to się zdarza bardzo często.

Przyczyną ucieczki od związku może być lek przed bliskością i uczuciowym uzależnieniem, chociaż nie traktowałabym decyzji o byciu singlem głównie w ten sposób. Ta decyzja to często droga ku wolności osobistej. Ludzie mogą się realizować również w pojedynkę, indywidualność jest dużą wartością, tak jak jest nią bliskość.

Niby wiadomo, że podstawowym warunkiem tworzenia więzi jest umiejętność bycia samemu ze sobą. Paradoksalnie związek ma większą szansę, jeśli nie potrzebujemy innych do odczuwania satysfakcji z życia. Wtedy nie wybiorę drugiego człowieka, żeby wypełniał moje braki, jako zastępstwa za siebie. Wejdę w relację nie dlatego, że jej potrzebuję, tylko dlatego, że jej chcę. Wybieram związek, a nie muszę go mieć. Jednak osobom samotnym, które za nic nie mogą znaleźć partnera, trudno mówić o konieczności tworzenia relacji z samym sobą. One są w rozpaczy i cierpią. Po prostu nie mają szczęścia. Mam dwie znajome, które straciły pracę i od dłuższego czasu nie mogą znaleźć innej. Imają się wszelkich dorywczych zajęć, żeby tylko zarobić parę złotych. Tak samo bywa z ludźmi, którzy nie mogą spotkać partnera. Tak czasem bywa, że coś nam się zatnie i nie chce za nic ruszyć. To nie jest tak, że te samotne czegoś nie robią, ale robią to w taki sposób, że nie dostają.

Możemy tu mówić o wewnętrznym sabotażyście, o przeznaczeniu albo o tym, że pewien procent populacji stanowią ludzie samotni, tacy, którzy nie spotkają partnera. I wcale nie dlatego, że są brzydsi, głupsi lub mniej fajni. Jedna z moich przyjaciółek samotnie wychowująca dziecko nie ma stałych związków, ale bardzo dobrze żyje. Nie dlatego, ze tak woli, tylko dlatego, że umie. Jest otwarta na stały związek i gdyby pojawiła się na taki szansa, na pewno by z niej skorzystała. Gdy podejmuje kolejną nietrafioną próbę, nie rozdziera szat, że musi wrócić do siebie samej, bo cały czas ze sobą jest. Nie opuszcza siebie, gdy spotyka faceta.

Dojrzałe singielstwo jest postawą, która niczego nie niszczy, a dużo wnosi. Chociaż nie pasuje do stereotypu kultury patriarchalnej. Ale to przecież bzdura, że singielki zagrażają rodzinie, tak jak bzdura jest to, że samotne matki wychowują samotne w przyszłości dzieci, a związki gejowskie – dzieci homoseksualne. Potrzeba wypracowania większej przestrzeni na samotność w sobie i kontaktu ze sobą jest podstawowa i niezmiernie ważna. Dopiero gdy ją zaspokoimy, będziemy mogli efektywnie zająć się potrzebami wyższego rzędu, czyli w tym wypadku budowanie relacji z innymi, ze światem. Samotność to nie jest potwór, jak się nam wmawia. Jednak jeśli bedziemy sobie to powtarzać, że jest straszna, taka się dla nas stanie. Nie musi być też wcale samotna. Można żyć w pojedynkę i być otoczony ludźmi. Wybór życia poza związkiem nie musi być żadnym samooszukiwaniem się. Nie oznacza, że nie mamy potrzeby więzi z innymi, po prostu realizujemy ją w inny sposób. Część kobiet decyduje, że nie chce mieć dzieci, i ich nie ma. Sama jestem taką kobietą i jestem ze swojej decyzji zadowolona. Ze związkiem może być tak samo. Można wybrać wolność.

 

 

Więcej w książce „Życie od A do Z” Katarzyny Miller i Dariusza Janiszewskiego, Wydawnictwo Zwierciadło. Książka dostępna w naszym sklepie internetowym.