fbpx

Emocje: jak sie z nimi obchodzić? Jak je witać i żegnać?

Witać i żegnać emocje
123rf.com

Czasem najtrudniej jest pozwolić rzeczom być takimi, jakie są. Powiedzieć „zgadzam się”. Zaufać. Poddać się. Odpuścić. Jak? Zwyczajnie, bez żadnych strategii. Chyba że zechcesz zastosować Metodę Sedony.
Metoda Sedony pomaga rozpoznać własne emocje czy stany mentalne, pożegnać je (po to, żeby być może powitać kolejne) i do żadnego się nie przywiązywać.

– Kiedy poznałem tę technikę, tak mnie wciągnęła, że pracowałem nią po parę godzin dziennie – mówi Krzysztof Wirpsza, trener rozwoju osobistego i nauczyciel języka angielskiego, który odkrył Sedonę dla Polaków, a przede wszystkim dla siebie. – Patrzyłem na tę emocję – taką brudną, brzydką, małą – a po jakimś czasie zamieniała się ona w piękny kwiat. Czułem, że wszedłem w posiadanie niezwykle cennego narzędzia. Witałem kolejne emocje i pozwalałem im odejść. Wcielałem w życie ideę przyzwolenia.

Wypuścić słonia

O co chodzi z ideą przyzwolenia? Aby uczynić ją bardziej przystępną, Krzysztof Wirpsza napisał bajkę. Jej bohater, niejaki pan Filo, został poproszony przez Prezesa o przechowanie Gucia. Skąd mógł wiedzieć, że chodzi o afrykańskiego słonia? Pan Filo był zadłużony u Prezesa i odczuwał wobec niego respekt graniczący z paniką. Słoń zamieszkał więc u Filów – zajmował pół domu, jadł na potęgę i nie mniej brudził. Do tego muchy, pożarte książki, garderoba na straty… Pan Filo – by ratować siebie i rodzinę – zapisał się na specjalny kurs: poznaj moc umysłu, kreuj rzeczywistość itp. Kurs przyniósł efekty – pan Filo wpadł na pomysł, żeby zbudować dla słonia stodołę. A co więcej, pokazywać go jako atrakcję turystyczną. Podziałało – życie pana Filo i jego rodziny uległo zasadniczej zmianie. Tyle że słoń zachorował na katar – kichał tak potężnie, że trzęsła się cała stodoła, a turyści trzymali się od niej z daleka. Weterynarze nie potrafili pomóc, Prezes się wściekał, pan Filo rozpaczał. Aż podczas kąpieli objawił mu się dziwny stwór – Halucynogeniusz, zostawiając na odchodnym jedno słowo: „pozwól”. Pan Filo nie wiedział, co to znaczy, ale nieoczekiwanie dla siebie samego znalazł się w szlafroku pod stodołą i wypuścił słonia. Słoń oddalił się w stronę lasu, a życie Filo i jego rodziny płynęło odtąd spokojnie. Do dnia, w którym pod dom zajechał Prezes – z mężczyznami w kominiarkach i pistoletem. Filo poczuł nawet ten pistolet na skroni… I wtedy nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji. Prezes wzbił się w górę. To słoń owinął go trąbą i potrząsał nim bezpardonowo. Po czym oddalił się, wraz z nieproszonymi gośćmi. Pan Filo mówił potem, że „rzeczy nie zawsze toczą się zgodnie z planem i że to chyba nie zawsze jest źle”.

Jak wyjaśnia autor bajki, zostały w niej przedstawione trzy podstawowe strategie ludzkiego działania: wytrzymywanie (znosimy wszystkie niedogodności jako zło konieczne, spinamy się, zaciskamy zęby, żeby przetrwać), przechytrzanie (staramy się rozwiązać problem, traktując go jako kwestię stricte techniczną) i wreszcie przyzwolenie. – W tym ostatnim chodzi o to – tłumaczy Wirpsza – żeby potraktować problem jak żywą istotę, która ma prawo zachować się zgodnie ze swoją naturą. Oznacza to w praktyce porzucenie kontroli nad sytuacją i stworzenie warunków, by mogła ona odnaleźć własną, inteligentną drogę do harmonii.

Kiedy? Teraz!

Co zrobić, żeby dać przyzwolenie? Najlepiej nic. I to jest właśnie najtrudniejsze (choć tak naprawdę najłatwiejsze). Krzysztof Wirpsza, pracując jako nauczyciel angielskiego, zrezygnował w pewnym momencie ze żmudnego przerabiania podręczników i różnych wyszukanych metodologii. Przychodzi na lekcje nieprzygotowany – rozluźniony i otwarty na to, co może się zdarzyć. Pozwala, by lekcja i proces nauczania płynęły. Jest przekonany, że każdy z nas jest z natury mądry. I że najważniejsze w odkrywaniu własnego talentu jest nie przeszkadzać mu się przejawiać.

Ale przecież jest jeszcze Sedona. A Sedona dostarcza technikę. – Zachodni umysł potrzebuje wiedzieć „jak”, lubi zasady, procedury i to takie precyzyjne, wyskalowane, z użyciem odpowiednich słów – mówi Wirpsza. – Takim podejściem wyróżniają się szczególnie Amerykanie. Dla mnie najważniejsze jest, żeby to działało. A Sedona działa – twierdzi.

Nic dziwnego, że twórcą metody jest Amerykanin – Lester Levenson, biznesmen, który w wieku 42 lat (był rok 1952) znalazł się u progu śmierci. Z powodu stresu miał zniszczone niemal wszystkie organy wewnętrzne. Zamknął się w pokoju hotelowym i przez trzy miesiące pracował systematycznie ze swoimi emocjami, posługując się samodzielnie wymyślonymi technikami. W tym czasie jego ciało całkowicie wyzdrowiało, co więcej, uzyskał trwały stan głębokiego spokoju… Nazwa „Sedona” wzięła się od miasta w stanie Arizona, gdzie opracował tę metodę.

Sedona pozwala uwolnić emocje, zniwelować napięcia, stres. – Na przykład stwierdzam, że jestem smutny, zaniepokojony albo poirytowany. Zaczynam od zidentyfikowania tego, co w danej chwili odczuwam, nazwania tej emocji albo stanu mentalnego – tłumaczy Krzysztof Wirpsza.

Pierwsze, wyjściowe pytanie więc brzmi: „Co czuję?”. Kolejne to:
„Czy mogę powitać to uczucie?”
„Czy mogę je zaakceptować?”,
„Czy jestem w stanie je »puścić« (z ang. let it)?”
„Czy to zrobię?”
„Kiedy?”.

Chodzi o to, żeby pozwolić sobie na to uczucie, wykonać próbę podejścia do niego. – Załóżmy, że pracujemy ze smutkiem. Pytam: „Czy mogę powitać ten smutek?”, „Czy mogę go zaakceptować?”. Sprawdzam to w sobie i odpowiadam „tak” lub „nie”. Te dwa pytania są do siebie bardzo podobne – ważne jest, żeby poczuć ten smutek głębiej, zanurzyć się w nim – mówi Wirpsza. – Zwykle takie zanurzenie pomaga „puścić” daną emocję, stąd kolejne pytania, dotyczące puszczenia właśnie. Jeśli odpowiemy na nie: „tak”, pozostaje jeszcze spytać: „kiedy?”. Pracujemy z daną emocją tak długo, aż będziemy gotowi odpowiedzieć na ostatnie pytanie: „teraz”. Taka odpowiedź oznacza, że rzeczywiście żegnamy nasz smutek (a właściwie już nie nasz). Brak takiej gotowości jest równoznaczny z rozpoczęciem całej procedury od początku.

Ale uwaga! Po tym, jak padnie sakramentalne „teraz”, zabawa się nie kończy – sprawdzamy, jak się czujemy, co teraz wypływa na powierzchnię. Prawdopodobnie odkryjemy, że pod emocją, którą przed chwilą pożegnaliśmy, kryje się kolejna, a pod nią jeszcze inna. Pod tym względem Sedona przypomina EFT (tapping), zakłada, że nasze stany emocjonalne i mentalne poukładane są piętrowo. – Tę pracę można porównać do obierania poszczególnych warstw cebuli – zauważa Wirpsza. – Albo do przchodzenia przez kolejne drzwi. Znajdziemy za nimi bardziej inspirujące emocje i bardziej inteligentne myśli. Aż dotrzemy do naszej mocy, talentu. Do czegoś, czego nie chcieliśmy czuć, bo woleliśmy trzymać się tego, co znane – zanim postanowiliśmy wreszcie doświadczać, sięgać głębiej…

Nie zatrzymuj się, idź dalej!

Sedona pozwala wykształcić w sobie dużą dyscyplinę, żeby nie lekceważyć emocji, uświadamiać sobie ich istnienie. Ważne jest, żeby nie przechodzić przez rundę pytań mechanicznie. Co prawda, jak twierdzi Krzysztof Wirpsza, amerykańscy biznesmeni potrafią stosować tę procedurę na zawołanie, „na guziczek” – w dowolnym miejscu, bez przygotowań. Ale może to być również głęboka medytacja… Sam nazywa Sedonę „zachodnim zen”.

– Tyle że zen posiada całe to bogate zaplecze – mistrzów, ich nauki. Tu tego nie ma. Ale tu też chodzi o to, żeby dokopać się do takiego miejsca w sobie, w którym czujemy stan pełnego odprężenia, szczęścia. Często jest tak, że człowiek wchodzi w głęboki stan medytacyjny, a potem zaczyna się nudzić i mówi: „już mam to szczęście i co dalej?”. Nie o takie szczęście tu chodzi! Kiedy osiągamy stan prawdziwej szczęśliwości, chcemy w nim trwać, nie chcemy z niego wychodzić. A jednocześnie nie ma on nic wspólnego z bujaniem w obłokach, odpływaniem – opisuje Wirpsza.

Kiedy słyszy od kogoś, kto pracuje Sedoną: „mam już błogość, więcej nie potrzebuję”, mówi: „nie zatrzymuj się, idź dalej!”. Bo błogostan bywa często przykrywką dla innej emocji – pod spodem coś jeszcze na pewno jest, warto tego poszukać. – Nie dążymy bynajmniej do oświecenia, ale do tego, żeby odblokować energię, żeby skontaktować się z uczuciami i pozwolić im swobodnie płynąć. Wtedy energia będzie przepływać przez ciało. Tak naprawdę nie należy się przywiązywać do żadnego stanu. Błogość to taka sama iluzja jak ból – przemija. To, co nie przemija, to uczucie szczęścia, kiedy „wpadamy we własne serce” i pozostajemy w tych głębinach – w pełnym poczuciu tego, że jesteśmy częścią życia. Gotowi do działania, do dzielenia się… – opisuje.

Wirpsza podkreśla, żeby nie przywiązywać się też do samej procedury. – Najważniejsze to poczuć emocje i spróbować je „puścić”, w przeciwnym razie będą napierać, atakować nas. Cała reszta to tylko otoczka, żeby ten proces był bardziej płynny i żeby człowiek miał więcej przestrzeni, więcej czasu na zastanowienie się. Po nabraniu wprawy można to wszystko skrócić do dwóch pytań: „Czy mogę to zaakceptować?” i „Czy mogę to »puścić«?”. Zaawansowani w Sedonie posługują się tylko tym ostatnim. Największej wewnętrznej zmiany można dokonać, jeśli nauczymy się nie robić nic. Jeśli przestaniemy zasilać daną emocję czy myśl i otworzymy się na to, co gotowe jest w nas rozkwitnąć.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>