fbpx

Solo przez świat, czyli jak podróżować samotnie?

Solo przez świat - samotne podróże
Wędrówka daje możliwość wyciszenia się, tworzy dodatkową płaszczyznę dla myśli, dzięki której można spojrzeć na własne życie z dystansu. (fot. iStock)

Na przekór stereotypom, wbrew ograniczeniom, pomimo słabości. Niezależnie od motywacji, mają jeden cel: udać się w jakieś niezwykłe miejsce i… dotrzeć w głąb siebie. Kobiety samotnie podróżujące – twardzielki czy buntowniczki?

Na pozór sprawa jest prosta: kupujesz bilet, pakujesz plecak i… ruszasz w podróż swojego życia. Sama! Nie musisz do nikogo dostosowywać planów, z nikim nie zrównujesz swojego tempa, jesteś w pełni niezależna. Bez presji, bez pośpiechu. Czy to ciekawy pomysł? Pewnie nie dla wszystkich. Co siedzi w głowach kobiet, które porywają się na tego typu wyprawę?

Na pewno chęć wyłamania się ze stereotypu kobiety – patronki domowego ogniska. Samotne podróżniczki chcą pokazać, że tak naprawdę nie są ani mniej odważne, ani mniej sprawne, ani mniej zaradne od mężczyzn. I że podróżowanie nie jest wyłącznie męską domeną.

– W świadomości społecznej jest bardziej niż dawniej rozpoznawalna taka figura jak kobieta podróżująca samotnie – zauważa Anna Horolets, socjolog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. – Co nie oznacza, że liczba takich wędrowniczek zwiększyła się drastycznie. Po prostu ten temat jest teraz bardziej społecznie zauważalny. Coś się zmieniło na poziomie wartości i możliwości dokonywania tego rodzaju wyboru.

Na daleką Północ

Samotna, trzymiesięczna podróż na północną Syberię, gdzie zimą temperatura spada do -50 stopni C, a lato… nie przypomina w niczym sielskiego obrazka znad Wisły. Jedyna roślinność, jaka występuje w tej szerokości geograficznej, to mchy, porosty i karłowate gatunki drzew, a niektóre obszary pokryte są wieczną zmarzliną. Brzmi niezbyt zachęcająco? Nie w przypadku Magdaleny Skopek. W wieku 30 lat, tuż po obronie doktoratu z fizyki, postanowiła samotnie wybrać się na Półwysep Jamalski i zamieszkać z Nieńcami – koczowniczą ludnością trudniącą się hodowlą reniferów i rybołówstwem.

– Wyruszyłam sama, bo kierunek wyprawy wszystkich zniechęcił – mówi Magdalena Skopek. – Mnie podróż nie musi bawić. Nie jadę gdzieś po to, żeby było fajnie czy przyjemnie. Oprócz poznania świata zewnętrznego chcę znaleźć coś w sobie.

Pierwszą dużą wyprawę odbyła jeszcze na studiach, z kilkoma osobami koleją transsyberyjską przemierzyła Rosję, Mongolię i Chiny. To wtedy zakochała się w Bajkale. I w krajobrazie tundry, stepu, pustyni. Jak sama mówi, ta pierwsza podróż pozostawiła w niej trwały ślad. Zapragnęła pojechać na Jamał.

Po obronie zorganizowała imprezę pożegnalną dla najbliższych przyjaciół i swojego chłopaka, i z drżącym sercem wsiadła do samolotu. Dopiero wtedy zaczęło do niej docierać, na co się porwała. Strach był duży, ale zwyciężyła świadomość, że wycofać się w tym momencie, to jak stchórzyć przed swoim największym marzeniem. Przyznaje, że kierowała nią fascynacja światem i ludźmi oraz chęć „wyczyszczenia” głowy: – Dzisiaj, na myśl o tym, że mam przejść w pojedynkę Martwą Drogę, popukałabym się w czoło. A wtedy miałam taką potrzebę, byłam w amoku, wiedziałam, że muszę choć na chwilę znaleźć się jak najdalej od swojego życia, uciec od sztywnych ram.

– Tę podróż można interpretować jako niezwykłe gap year (ang. „rok przerwy”) – stwierdza Anna Horolets. – Kiedy młody człowiek po ukończeniu szkoły nie idzie ani do pracy, ani na studia, tylko wyjeżdża gdzieś daleko i przez rok trudni się różnymi zajęciami, a potem wraca odnowiony i wzbogacony. Jest też znana z korporacji praktyka career break (ang. „przerwa w karierze”). Pracownik otrzymuje bezpłatny urlop i wyjeżdża na pół roku albo na rok. Taka podróż jest swoistym obrzędem przejścia, często zdarza się w momencie, kiedy kończymy jakiś etap życia albo zaczynamy nowy. Tak jak to było u Magdy.

Badaczka podkreśla, że ta wyprawa jest także wyjątkowa pod innym względem. Samodzielnie zorganizowana, w odległe, niezwykłe miejsce; podróżniczka nie chce odhaczać kolejnych atrakcji turystycznych, tylko „pójść w głąb”, spotkać się z ludźmi, doświadczyć miejscowego życia. – To nastawienie i długi okres bliskiego obcowania z tubylcami sprawia, że wyprawa Magdy przypomina klasyczne wyprawy antropologów, takich jak Bronisław Malinowski, choć podróżniczka miała zapewne nieco inne cele – dodaje.

Za wewnętrznym głosem

Dla Doroty Głuskiej, 32-latki z Warszawy, z zawodu analityka biznesowego, wszystko zaczęło się od Wenezueli. Pojechała tam w towarzystwie przyjaciela podróżnika w lutym 2008 roku – na dziko, bez żadnych planów. Pokochała tamtejsze kolory, wszędobylski chaos, nieprzewidywalność. Zapragnęła wrócić do Ameryki Południowej i poznać pozostałe kraje. To właśnie w Wenezueli nastąpił punkt zwrotny w myśleniu Doroty o podróżowaniu. Jej towarzysz, mający na swoim koncie półroczną wyprawę w pojedynkę, upierał się, że wyjazdy w grupie są co najwyżej wakacjami, a na prawdziwe wyprawy człowiek wybiera się w samotności. Rok później, pewnego dnia powiedziała sobie: „Jadę. Jadę i już!”. Nie pozostało nic innego, jak nakreślić trasę podróży, podszkolić hiszpański, wziąć pięciomiesięczny urlop w pracy i ruszyć za wewnętrznym głosem.

– To było moje marzenie, długa, samotna włóczęga, podczas której mogę odkryć kawałek świata, ale również jakąś nieznaną część siebie. Byłam niesamowicie zdeterminowana, nikt i nic nie mogło mnie odwieść od wyjazdu – opowiada Dorota.

– Na pewno chciałam też odpocząć, tak po prostu. Nie potrzebowałam towarzystwa, mój ówczesny chłopak został w Polsce. To była samotność z wyboru. Widocznie w tamtym momencie ja byłam dla siebie najważniejsza.

Sama, ale nie samotna

Jak twierdzą nasze bohaterki, przemieszczanie się w pojedynkę to najlepszy przepis na nawiązanie w podróży dużej ilości kontaktów.

– Kiedy wędrujesz solo, miejscowi ludzie sami do ciebie podchodzą i nawiązują rozmowę – zauważa Dorota Głuska. – Podczas mojej eskapady po Ameryce Południowej zawsze ktoś się do mnie przysiadał, zagadywał w autobusie, nawiązywała się taka malutka nić, pierwsza relacja, właśnie dlatego, że byłam sama. No i ja też, jeżeli chciałam się czegoś dowiedzieć, musiałam się odezwać.

Podobne spostrzeżenie ma Magdalena Skopek: – Ludzie podróżujący w grupie zamykają się w niej, tworzą własną wspólnotę, porozumiewają się w swoim języku. A kiedy człowiek jest sam, siłą rzeczy wchodzi w interakcje z tubylcami.

Według Anny Horolets podróżowanie w grupie wytwarza coś w rodzaju niewidzialnej ściany między podróżnikiem a światem – jesteśmy ze sobą, jest nam dobrze, nie potrzebujemy się otwierać na Innego, a Inny z kolei nie chce się do nas wtrącać. Kiedy tej blokady nie ma, momentalnie pojawia się wiele nowych sytuacji. Inni się do nas zwracają, bo chcą nam pomóc, nakarmić, zaprosić do siebie. A kiedy podróżnikami są kobiety, młode (a więc prawie dzieci) i do tego samotne – to w świadomości wielu kultur wymagają one pomocy. Dlatego niejednokrotnie samotni wędrowcy, a szczególnie kobiety, spotykają się z otwartością, wręcz z opiekuńczością tubylców.

Solo przez świat, czyli jak podróżować samotnie?
(fot. iStock)

Wejść w głąb siebie

Według jednej z teorii antropologicznych Nelsona H. H. Graburna, podróż to docieranie do sfery sacrum. Współcześnie mamy do czynienia z kryzysem religijności i „supermarketem” różnych ofert duchowych, co sieje w ludzkich umysłach chaos.

– Podróże stają się sferą przeżycia duchowego, momentem, kiedy mamy możliwość oderwać się od codzienności, rutyny. Przemieszczanie się w przestrzeni jest jednocześnie przechodzeniem do innego porządku rzeczywistości – zauważa Anna Horolets. I dodaje, że wyprawa w nieznane jest wyjściem z bańki środowiskowej, z bezpiecznej sfery świata udomowionego.

Wędrówka daje możliwość wyciszenia się, tworzy dodatkową płaszczyznę dla myśli, dzięki której można spojrzeć na własne życie z dystansu. – Wpadamy w taki rytm: praca, dom, zakupy, kawa ze znajomymi – mówi Dorota Głuska – To wszystko jest szablonem, w obrębie którego się poruszamy.

Jak wspomina, właśnie podczas samotnej podróży zrodził się w jej głowie plan, żeby w przyszłości pojechać do Azji, zająć się jogą, na trochę zamknąć się w klasztorze i pomyśleć o tym, jak być lepszym człowiekiem. – Nie chodzi o to, żeby wrócić i zrobić rewolucję w swoim życiu, tylko żeby zobaczyć, które aspekty były fajne, które są konieczne, chociażby do realizacji innych planów czy marzeń, które mi dają satysfakcję, a które nie – dodaje. – To jest odkrywanie siebie w zupełnie innym otoczeniu, takie oderwanie daje też możliwość dojścia do ładu z różnymi wydarzeniami.

– Myślę, że jeśli chcemy zajrzeć w głąb siebie, to nie ma znaczenia, gdzie jesteśmy – niezależnie od miejsca, odkryjemy to samo. Tyle że może tak na co dzień trudniej nam to zrobić, trudniej się oderwać – zauważa Magdalena Skopek.

Anna Horolets dodaje, że podróż dostarcza możliwości odkrywania lub po prostu przypomnienia sobie o własnej duchowości: – Trzeba mówić w innym języku niż na co dzień, uczyć się innych zwyczajów, wszystko jest postawione trochę na głowie. To jest taki antyświat, w pozytywnym znaczeniu. A podróż wymagająca wytężenia sił to także okazja, by człowiek doznał olśnienia. Wielu turystów, którzy decydują się na ekstremalne formy podróżowania, w tym kompletnym, fizycznym wymęczeniu siebie poszukuje nie tylko adrenaliny, ale właśnie takiego olśnienia.

Zdaniem Anny Horolets, na podobne wyprawy można też patrzeć jako na rodzaj protestu przeciwko przyspieszeniu, a wejście do sfery sacrum, do innego wymiaru, daje szansę nabrania dodatkowych miękkich umiejętności: inteligencji emocjonalnej, kapitału kulturowego, którego inni nie będą mieli. Poza tym fakt, że ludzie podczas takiej podróży mogą odkryć wewnętrzne pokłady spokoju czy dystansu do świata, sprawia, że po powrocie często łatwiej jest im odrzucać propozycje, które wciągają w „wyścig szczurów”. Potrafią dokonywać mądrzejszych wyborów.

Niezbędnik samotnej podróżniczki

  • Jak przygotować się mentalnie do wyprawy na własną rękę?

Przede wszystkim trzeba uwierzyć, że sobie poradzimy. Wiele kobiet myśli, że jeśli pojadą w pojedynkę, to zaraz ktoś je obrabuje czy zgwałci. To przesada. Zamiast układać czarne scenariusze, lepiej jest myśleć pozytywnie – że będziemy spotykać ludzi, którzy chętnie nam pomogą, będą uczynni i gościnni. Chociaż oczywiście uważać trzeba, kobieca intuicja jak najbardziej się przydaje. Wielu z nas się wydaje, że jesteśmy za młode czy za stare na taką wyprawę. Tymczasem wiek nie ma znaczenia – ja spotykam na szlaku zarówno dwudziestoletnie dziewczyny, jak i panie po siedemdziesiątce. Kiedyś na Tajwanie poznałam podróżniczkę, która miała około osiemdziesiątki i też samodzielnie jeździła z plecakiem i nocowała w hostelach. Dobrze jest też nastawić się na to, że nasz plan w trakcie podróży może ulec zmianie – bo na tym polega cały urok podróży, że jest to rodzaj nieprzewidywalnej przygody i trzeba często improwizować. Poza tym ważna jest otwartość w stosunku do ludzi, ale oczywiście z zachowaniem pewnej rezerwy.

  • Jakiego typu informacje dobrze jest zgromadzić przed wyjazdem?

Warto zebrać dane o rejonie, do którego jedziemy, bo na pewno szkoda by było przejechać koło jakiegoś fajnego miejsca i nie wiedzieć, że je właśnie mijamy. Druga ważna rzecz to informacje kulturowe, jak panujące zwyczaje, dobrze je znać, by nie popełnić jakiegoś faux pas, zwłaszcza w miejscach kultu religijnego. Ale ważne są też podstawowe zasady zachowania, bo w wielu krajach obowiązują inne niż u nas, ja np. byłam kiedyś na weselu w Kuwejcie, gdzie podano mi kawę, po którą sięgnęłam lewą ręką. Wywołało to lekki zgrzyt, bo w krajach islamskich i buddyjskich powinno się przyjmować poczęstunek prawą ręką. Trzeba też być ostrożnym w kwestii ubioru – więcej sympatii zaskarbimy sobie przy kontaktach z lokalnymi kobietami, jeżeli będziemy chodziły ubrane podobnie jak one. Ja np. zawsze mam w plecaku jakąś chustę, którą zakładam przy wejściu do niektórych świątyń, takich jak meczet czy cerkiew. Na pewno też trzeba uważać z gestami czy odruchami, które mogą być kojarzone z flirtowaniem, m.in. patrzenie się komuś w oczy – w krajach, w których dominuje kultura macho, będzie to odbierane jako zaproszenie do bliższego kontaktu.

  • Co ze sobą koniecznie zabrać, a czego nie ma sensu dźwigać?

Bierzmy jak najmniej rzeczy, bo liczy się każdy gram – bagaż będziemy nosić na własnych plecach, a w samolotach bardzo często obowiązują ograniczenia co do jego wagi. Jeżeli chodzi o kosmetyki, to dziś na całym świecie, nawet w najmniejszych wioskach afrykańskich, możemy kupić wszelkie niezbędne rzeczy. Ja stawiam na minimalizm – pakuję kosmetyki w małych opakowaniach.

Kolejna rzecz – ręcznik, często widzę, że ludzie zabierają ze sobą ręczniki frotté, tymczasem teraz można kupić takie z materiałów szybko schnących, które zajmują bardzo mało miejsca i są lekkie. Moim ulubionym gadżetem jest malutki jedwabny śpiwór, który po złożeniu mieści się do kubeczka. W ciepłych krajach służy mi za przykrycie, a w zimnych sprawdza się jako wkładka – nawet jeżeli przyjdzie mi spać w hotelu, gdzie dostanę kołdrę nie pierwszej świeżości, mogę zrobić sobie z niego pierwszą warstwę ochronną. Niezbędne okazują się też czasem koreczki do uszu – na wypadek płaczącego dziecka w samolocie czy miejscowego kierowcy, który włącza muzykę na cały regulator. Biorę też tabletki do odkażania wody tam, gdzie wiem, że są problemy z higieną i trzeba uważać.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>