1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Seks w cieniu cellulitu

Seks w cieniu cellulitu

Wiele zależy od tego, na ile aprobujący stosunek do nagości panował w naszym domu. (fot. iStock)
Wiele zależy od tego, na ile aprobujący stosunek do nagości panował w naszym domu. (fot. iStock)
Smukli kochankowie w scenach łóżkowych, porady, w jakiej pozycji będziesz najlepiej wyglądać w sytuacji intymnej… Presja idealnej sylwetki dosięgła nas nawet w sypialni. Tymczasem dobry seks nie ma nic wspólnego z proporcjami ciała – przekonuje sex coach Marta Niedźwiecka. Jak wyrzucić z łóżka kompleksy? Zacznij od oswojenia nagości.

Latem rośnie ochota na seks. Czy dlatego, że bardziej odsłaniamy ciało?

Wiosenno-letnią zwyżkę libido powoduje zarówno ciepło i słońce – jako mieszkańcy zimnego kraju bardzo za nimi tęsknimy – jak i nieuchronne przy tej okazji odsłanianie ciała. Także zamiana rytmu dobowego i lżejsza dieta bardzo wzmagają zainteresowanie seksem. Więcej się ruszamy, a aktywność ożywia ciało, więc natychmiast bardziej nam się chce. Poza tym działają też afrodyzjaki społeczne: wysyp spotkań towarzyskich, wieczory poza domem, podróże, mnogość bodźców i inspiracji. Wiosna i lato to idealny czas na namiętność – żeby ją odkryć w sobie na nowo, jeśli przez długą zimę nieco przygasła.

Żyjemy pod presją szczupłego i jędrnego ciała. Czy to przenosi się na poczucie własnej atrakcyjności w seksie?

Atrakcyjność ciała zawsze była połączona z pojęciem atrakcyjności seksualnej. Możemy debatować, czy to dobrze, czy źle, ale ludzie patrzą na siebie także pod kątem tego, czy mają ochotę z tą osobą pójść do łóżka, czy też nie. Jeżeli norma kulturowa jest bardzo restrykcyjna, czyli za właściwy uznawany jest tylko określony kształt i rozmiar piersi, pośladków, ust, rysy twarzy takie, a nie inne – to przestaje istnieć przestrzeń dla różnorodności. A przecież w odmienności jest powab. Podążając ślepo za nowoczesnym kanonem piękna, fundujemy sobie wieczną niepewność w zakresie ciała. Skoro nie wyglądam jak piękność, to jak mogę czuć się atrakcyjna i ponętna? Jeśli nie czuję się atrakcyjna, to jak mam odnaleźć pewność siebie w sypialni, gdzie jeszcze dodatkowo czuję się oceniana męskim spojrzeniem? To zaklęty krąg, z którego wyprowadzić nas może tylko zdrowy rozsądek i autentyczna akceptacja ciała.

Jest już cały zestaw badań pokazujących, że kobiety, które przez określony czas oglądały magazyny albo zdjęcia w Internecie z wyretuszowanymi wizerunkami kobiecego ciała, mają dramatycznie zaniżoną samoocenę, znikomą akceptację siebie i doświadczają całego spektrum trudnych emocji – od smutku do rozpaczy i gniewu. To, jak od kilku dekad kultura traktuje temat ciała, zahacza o perwersję.

Co masz na myśli?

Pozornie żyjemy w wolności decydowania o naszych ciałach. Mogłoby się wydawać, że wszystkie dawne zasady dotyczące wyglądu i zachowania znikają, a ludzie Zachodu dysponują nieznaną dotychczas niezależnością cielesnego bycia tym, kim chcą być. Jednak to wszystko nie jest takie proste. W przestrzeni publicznej ludzkie ciało jest powszechnie eksploatowane jako scenografia reklamowa, utylizowane jako komunikat w mediach społecznościowych - po prostu używane jak przedmiot. Z drugiej strony nakładane są na nie rozliczne obostrzenia, którym my poddajemy się bez szemrania, niczym nasze prababki dające się sznurować w obciskające gorsety.

Teoretycznie możemy się ubrać, jak chcemy, i wyglądać, jak chcemy, ale kanon urody, kształtu kobiecego ciała jest jeszcze bardziej restrykcyjny niż pod koniec minionego stulecia. W latach 90. supermodelki wyglądały jak boginie i kobiety chciały wyglądać podobnie, jednak w większości wiedziały, że to raczej niemożliwe. Dziś niemal każde konto na Instagramie udowadnia nam, że perfekcyjny wygląd jest na wyciągniecie ręki. Jeśli więc nie wyglądasz perfekcyjnie, to znaczy, że nie starasz się dość mocno. To już nie jest presja kulturowa, to raczej terror. I dotyka on zarówno nastolatek, których stosunek do ciała właśnie się kształtuje i które wzrastają wypełnione kompleksami i niepewnością, dwudziesto- i trzydziestolatek, które czują, że miesiąc po urodzeniu dziecka powinny zmieścić się w dżinsy z liceum, jak i kobiet dojrzałych, które dają się zastraszyć przemijaniu i inwestują fortunę w usuwanie jego śladów.

Za małe piersi, cellulit, oponka na brzuchu... Czy to wszystko ma znaczenie dla partnera?

Będę radykalna: jeśli związałaś się z mężczyzną, który trudności relacyjne czy seksualne łączy z rozmiarem twojego biustu lub niedoskonałością skóry na pośladkach, to jesteś z niewłaściwym mężczyzną.

Ale idźmy dalej. Jeśli kobieta wierzy że każdy mężczyzna, z którym mogłaby mieć relację, oceni ją według określonych norm kulturowych, to będzie się starała do nich dostosować, żeby zwiększyć swoje szanse na udany związek miłosny. Pozornie wszystko brzmi logicznie, ale warto się tutaj zatrzymać i chwilę pomyśleć. Czy żyjemy po to, żeby zadowolić innych ludzi? Czy związek, który zbuduję tylko na podstawie wyglądu, da mi szczęście? Moment, w którym odłączamy się od oczekiwań innych ludzi na nasz temat i zaczynamy uznawać swoje zasady, to moment prawdziwej wolności. Mamy prawo kochać swoje ciała w ich pełnej nieidealności. Bo każde ciało, także to perfekcyjnie sfotografowane, zoperowane, jest nieidealne - poci się, smuci, starzeje. Bo jesteśmy nieidealni i tacy chcemy być kochani.

Czy mężczyźni także odczuwają w łóżku kompleksy?

Ich nigdy nie poddawano tak surowej ocenie pod względem wyglądu. W Polsce mamy nawet powiedzenie: "byle był ładniejszy od diabła". Trudno porównywać tę sytuację z tym, jak wiele oczekuje się od kobiet pod kątem wyglądu, troski o siebie i atrakcyjności. Jednak mężczyźni też cierpią, bo stają w szranki o rozmiar penisa, czas erekcji, stan konta bankowego oraz pozycję społeczną. No i oczywiście to odwieczne pytanie, czy są wystarczająco męscy. Jednym zdaniem - im też doskwiera obawa przed byciem nieatrakcyjnymi i także czują się w łóżku niepewnie, zastanawiając się, czy sprostają wymaganiom. Warto zobaczyć, że obydwie płcie uganiają się za nieistniejącymi ideałami, by zdobyć aprobatę. A kiedy nawet ją osiągną, to nie są w stanie jej przezywać, ponieważ w tym łóżku spotykają się dwie osoby, które udają kogoś innego, kogoś lepszego.

Łóżko to drugi, po plaży, obszar, gdzie nasze ciało bywa nagie. Na plaży możemy się owinąć w pareo, a co w łóżku?

Jeśli w łóżku odczuwamy dyskomfort z powodu tego, jak prezentuje się nasze ciało, to musimy wrócić do początków. To znaczy, że potrzebujemy zobaczyć ciało nie jako kombinezon okrywający nasze "ja", który powinien być dostosowany do obowiązujących trendów, tylko jako najbardziej namacalną i fizyczną jego emanację. Czując się niepewnie z ciałem, czujemy się niepewnie w wielu sferach życia. Doświadczając wstydu, zakłopotania, lęków - przezywamy całą swoją nieadekwatność. Nie ma pareo, które to przykryje, ani makijażu, który to zatuszuje. Aby dotrzeć do miejsca, w którym przyjmiesz i zaakceptujesz wszystkie aspekty siebie - od wad charakteru poprzez obwód bioder - potrzebujesz sobie uświadomić, że twoje ciało to tak naprawdę ty.

Jak oswoić się z własną nagością?

Jeśli jesteśmy dorośli i traktowanie własnej nagości jako naturalnej nie przychodzi nam z łatwością, warto zastanowić się nad przekonaniami, które za tym stoją. Możemy sądzić, że to "niepoważne" lub "nie przystoi, tak się obnosić ze swoim ciałem", możemy nawet uważać, że w byciu nago jest coś niewłaściwego. Wiele zależy od tego, na ile aprobujący stosunek do ciała i nagości panował w naszym domu. Uporanie się tymi przekonaniami - na przykład przez pytanie samego siebie, czy się z nimi zgadzamy - powinno nieco odciążyć nasz sposób myślenia. Po tym może nastąpić drugi krok: wizualne oswajanie się z widokiem ciała, takim jakim jest. Możemy oglądać się w lustrze po kąpieli, spacerować nago po mieszkaniu. Ważne, żeby powstrzymywać się w czasie od negatywnych ocen i nie krytykować siebie samego.

Czy nagość na co dzień działa pobudzająco, czy powszednieje?

Nie ma reguły. Będą osoby, które poczują dreszcze wzdłuż pleców za każdym razem, gdy zobaczą partnera czy partnerkę w negliżu, innym zaś to spowszednieje bardzo szybko. Z pewnością jedna aktywność powtarzana nieustannie raczej będzie się nam nudzić, wiec jeśli z uroczego dezabilu chcemy zrobić afrodyzjak, to postarajmy się o odmianę.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Piersi - drogocenna i wrażliwa część kobiecego ciała. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Dorosłe kobiety tak samo jak mężczyźni pragną kontaktu z kobiecą piersią, tylko z powodów obyczajowo-religijnych boją się do tego przyznać – nawet same przed sobą. (Fot. iStock)
Dorosłe kobiety tak samo jak mężczyźni pragną kontaktu z kobiecą piersią, tylko z powodów obyczajowo-religijnych boją się do tego przyznać – nawet same przed sobą. (Fot. iStock)
Rozmowy o ciele kobiety bez słowa o piersiach?! Piersi mogą nam dużo powiedzieć o stosunku ich właścicielki do kobiecości. Przez pryzmat kobiecych piersi można wiele się dowiedzieć o świecie, w którym żyjemy. W reklamach, na filmach, w Internecie, w teledyskach, na plaży spotkamy je całkiem nagie. Czy więc są jeszcze wyzwaniem, wabikiem, owocem zakazanym – zastanawia się psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Piersi nie są problemem, brak piersi owszem, mówi moja przyjaciółka. Za małe piersi to dla większości kobiet dyskomfort. Mówiąca te słowa też chętnie kupowałaby stanik o rozmiar większy...
Kobiety mają rozmaity stosunek do swoich piersi, zwłaszcza te dorastające. Dla wielu jest to długo oczekiwany dar natury: „Nareszcie!”. Dla innych nieszczęście: „O rany! Już się zaczyna! Ratunku!”. Stosunek do własnych piersi zależy od tego, jaki wzorzec kobiecego losu zapisał się w świadomości dorastającej dziewczyny, czyli czego się wcześniej o nim dowiedziała. A przekaz rzadko bywa zachęcający. Większość dorosłych kobiet przytłacza dziewczynki swoją martyrologią. Robią to zapewne w dobrej wierze, chcąc przygotować córki czy wnuczki na trudy kobiecego życia. Nie zdają sobie sprawy z tego, że jednocześnie zobowiązują je do nieświadomego naśladownictwa. Stąd częste negatywne reakcje wielu dziewczynek na ich rozkwitające piersi. Tym bardziej zrozumiałe, że z powodu zwiększającej się ilości niefermentowanej soi w wielu produktach spożywczych pokwitanie ciągle przyspiesza. W efekcie nawet dziesięcioletnie dziewczynki miewają dzisiaj piersi i miesiączkę. Oczywiście, ich rozwój mentalny i emocjonalny za tym nie nadąża. I tak po świecie biega coraz więcej dziewczynek opakowanych w kobiece ciała, niewiedzących, jak radzić sobie z naporem własnych seksualnych zainteresowań, a tym bardziej z pożądliwością dorosłych, acz niedojrzałych mężczyzn.

Piersi nie są więc sygnałem, że dziewczyna jest już gotowa do rozpoczęcia życia seksualnego?
Chyba nigdy tak nie było. Piersi rozwijają się powoli i początki tego procesu nie mają nic wspólnego z dojrzałością seksualną. Ta sytuacja wręcz krzyczy o dojrzałą edukację  seksualną w szkołach i mediach. Nasza ogólnonarodowa hipokryzja i schizofrenia w tej sprawie powoduje coraz więcej szkód. Bo młodzież masowo nadrabia brak rzetelnej wiedzy o seksualności człowieka pseudoedukacją internetowo-pornograficzną i lekturą pisemek dla nastolatek zachęcających do jak najszybszej seksualnej inicjacji. Są więc też kulturowe powody przedwczesnej inicjacji, wszechobecna agitacja i propaganda seksualności. Co za tym idzie, noszenie piersi dla dorastających kobiet coraz rzadziej jest okazją do odczuwania przypisanej im dumy i godności. Kultura wymusza na przebranych w kobiece ciała dzieciach jak najszybsze przeistaczanie się w obiekt pożądania, a także podmiot ryzykownej gry na seksualnej giełdzie. Większość młodzieży czuje się w tym totalnie zagubiona.

Kiedy jesteśmy już dorosłe, piersi nam nie przeszkadzają, odwrotnie, zazwyczaj chcemy je powiększać, podnosić itd.
Potem jest i śmieszno, i straszno, bo kobiece piersi osiągnęły status i znaczenie niespotykanego w dziejach fetyszu seksualnego. Właściwie tylko z tego jednego punktu widzenia patrzy się teraz na nie. Stąd zanikająca w Polsce – i nie tylko w Polsce – akceptacja widoku karmiącej matki.

Przecież wszędzie pełno gołych kobiecych piersi – na każdym niemal billboardzie.
Właśnie o tym mówię. Decyduje kontekst pokazywania piersi. Widok kobiecej piersi w jej naturalnej, karmiącej roli zostaje uznany za estetycznie nie do przyjęcia, a co więcej, często za niemoralny i godzący w dobre obyczaje. Tylko aspekt seksualny jest dopuszczalny i aprobowany. Dla mnie, pamiętającego powojenny baby boom, gdy trudno było znaleźć miejsce, w którym nie byłoby piersi, a parki, skwery, tramwaje, autobusy i kawiarnie pachniały kobiecym mlekiem – to szokujący obrót sprawy. Wtedy piersi nie były jednak seksualnym fetyszem, nie występowały w reklamach. Może nie trzeba było zachęcać mężczyzn do prokreacji, więc piersi zostały zwolnione z roli przedmiotu pożądania. A może podaż towarów nie nadążała za popytem, więc piersi nie były niezbędne jako zachęta do kupowania cementu, cegieł, blach?

Może to sexy, kiedy blondyna leży nie na masce ekskluzywnego auta, ale na koparce czy na elementach ze stali nierdzewnej?
Mężczyzna zawsze zwróci uwagę na widok kobiecych piersi, ust, nóg czy pośladków. To prosty, atawistyczny odruch orientacyjny, dający szansę na sukces prokreacyjny – nie wolno mężczyzn za to potępiać. Biologicznie zorientowana antropologia nie pozostawia w tej sprawie żadnych wątpliwości. Jedna z jej teorii mówi, że piersi spełniają funkcję skutecznego wabika dla mężczyzn, bo tak naprawdę symbolizują pośladki. Uniesione wysoko i prawie całkowicie widoczne w śmiałym dekolcie, w połączeniu z karminowymi wargami kojarzą się mężczyznom jednoznacznie z zachętą seksualną. Należę do wyjątków w tej sprawie. W dzieciństwie napatrzyłem się na ciężko pracujące matczyne piersi, a potem jako ojciec towarzyszyłem żonie w trudzie karmienia itd. Pewnie dlatego piersi nie są dla mnie fetyszem, a przede wszystkim drogocenną i wrażliwą częścią kobiecego ciała – budzącą odruch troski i opieki. Ale i zachwytu. Uważam więc, że kobiety powinny wiedzieć, jak przez niektórych mężczyzn mogą być odebrane ich upiększające zabiegi – push-up i malowanie ust karminem. Nie można wykluczyć, że eksponowanie piersi ma zachęcić coraz mniej seksualnie wydolnych, przepracowanych lub rozleniwionych samców do większej aktywności, a przynajmniej podnieść im nieco poziom testosteronu i utrzymywać w stanie zachwytu i rywalizacji, co mężczyznom dobrze robi. Pewnie dlatego karmiące piersi zostały usunięte z publicznej sceny.

Także bezwzględny zakaz publicznego pokazywania sutka utrzymujący się w USA z uporem godnym lepszej sprawy doskonale wpisuje się w tę strategię. Gdy kilka lat temu siostra Michaela Jacksona prowokacyjnie pokazała sutek na koncercie, została powszechnie potępiona.

Jeden mały odsłonięty sutek obnażył wielką amerykańską hipokryzję.
To prawda. Ale z punktu widzenia proponowanej przeze mnie tezy wszystko trzyma się kupy, a raczej sutka. Bo przecież pośladki nie mają sutka. Więc sutek w tym zasadniczo przeszkadza, bo kieruje uwagę męskiej publiczności ku karmieniu i macierzyństwu zamiast ku seksualności. Z punktu widzenia klasycznej, dynamicznej psychologii i psychoterapii relacja z piersią jest jedną z najważniejszych w ludzkim życiu. Tworzy zręby naszego charakteru. Bo pierś to pierwszy obiekt w życiu każdego z nas, z jakim wchodzimy w relację.

Pierś jako całkiem samodzielny i oddzielny obiekt?
Tak, bo niemowlę nie widzi całej matki, więc dla niego pierś jest matką. Dlatego to, w jaki sposób układa się nasza relacja z piersią matki, wpływa na kształtowanie się naszych relacji z ludźmi w życiu dorosłym. Jeśli pierś jest chętna, ciepła, niezawodna, cierpliwa, zrelaksowana i szczodra, to mamy szansę wyrosnąć na osobę otwartą, ufną i optymistyczną. Jeśli skąpi, wycofuje się, jest niecierpliwa, napięta i zdystansowana, to pozostanie w nas niedosyt i zarazem niewiara w jego zaspokojenie, napięcie i lęk. Możemy też odczuwać wieczne pragnienie ciepła, bezpieczeństwa, pokarmu, a także seksu.

Czyli to, z jakimi emocjami byliśmy karmieni w niemowlęctwie przez matkę, wpływa na całe nasze życie?
Ta zależność ujawnia się i często potwierdza w trakcie psychoterapii. Ale wracając do roli i przeznaczenia piersi, z punktu widzenia niemowlęcia jej najważniejszym elementem jest sutek. To z niego wypływa słodkie, niezbędne do życia mleko gwarantujące możliwość przeżycia. Nic dziwnego, że pierś się ogromnej większości ludzi jak najlepiej kojarzy i wzbudza ciepłe uczucia, a potem, gdy już nie potrzebujemy od niej mleka, przekształca się w obiekt erotycznego pożądania. Zjawisko to nie dotyczy bynajmniej tylko mężczyzn. Wyjaśniła mi to znajoma psychoterapeutka lesbijka: „Dorosłe kobiety tak samo jak mężczyźni pragną kontaktu z kobiecą piersią, tylko z powodów obyczajowo-religijnych boją się do tego przyznać – nawet same przed sobą. To, że się nam tego zabrania, jest rażącym przejawem seksistowskiej dyskryminacji kobiet”. Nie znalazłem powodów, aby nie przyznać jej racji.

Jakoś mi piersi do pieszczenia nie brakuje. Może dlatego, że mam własne, i jakby mnie coś naszło, zawsze mogę siebie podotykać.
Słyszałem kilka razy od kolegów na poły żartobliwe oświadczenie, że gdyby mieli piersi, toby się nimi bawili. Ale panowie z jeszcze jednego powodu mają lepszą relację z kobiecą piersią. Otóż z wielu badań wynika, że matki dłużej i chętniej karmią piersią synów niż córki. Matki chłopców – szczególnie te samotne – potrafią przedłużać karmienie nawet do trzech lat. W rezultacie samodzielny, biegający i gadający szkrab traktuje matkę jak automat z napojami. Kilka razy byłem świadkiem takiej sytuacji: na towarzyskiej imprezie w ogrodzie trzylatek podbiega do zaangażowanej w rozmowę z grupą osób matki, podciąga jej bluzkę i z okrzykiem: „Dawaj cyca”, zaczyna ją ssać. A matka, nie przerywając rozmowy, udostępnia się swojemu synkowi na żądanie, tak jakby był niemowlęciem. Nie zdaje sobie sprawy, że uczy tak syna nieliczenia się z granicami kobiety, a także roszczeniowej, uprzedmiotawiającej postawy wobec kobiet.

Wszystko to razem źle wróży jego przyszłym związkom. Tacy duzi chłopcy w przebraniu mężczyzn grasują potem wśród kobiet na zasadzie: „Mam teraz potrzebę i ty mi ją natychmiast zaspokój”.

I dziwić się, że kobiety czują się mniej ważne od mężczyzn, skoro widzą od dziecka, że oni są faworyzowani.
No właśnie. Pewnie dlatego nie słyszałem o trzyletniej ani nawet dwuletniej córeczce, która podbiegałaby do matki, podnosiła jej bluzkę i krzyczała: „Dawaj cyca!”. Prawdę mówiąc, nie wiem, jak by takie wychowanie wpływało na charakter dziewczynki. Być może uprzywilejowane traktowanie chłopców stanowi trzon psychologiczny patriarchalnej dominacji i męskiej tendencji do urządzania się na tym świecie kosztem kobiet. Gdyby tak było, to ważnym elementem zmiany w kierunku pełnej emancypacji stałaby się zmiana nastawienia matek do karmienia piersią swoich córek.

Czy nasza psychika wypowiada się przez rozmiar biustu? Czy te kobiety z większymi piersiami są bardziej kobiecie, czy tylko za takie uważane?
Nie tylko geny i ewolucja wpływają na wielkość piersi. Także psychika kobiety ma w tej sprawie dużo do powiedzenia. Np. dziewczynka zagrożona nadużyciem seksualnym w rodzinie lub nadużywana potrafi zahamować cały swój rozwój seksualny – w tym wzrost piersi – by zmniejszyć swoją atrakcyjność seksualną w oczach tego, który ją wykorzystuje lub potencjalnie może to zrobić. Są też inne powody, dla których dziewczynki mogą chcieć jak najdłużej pozostać dziewczynkami i uniknąć w ten sposób presji seksualnej mężczyzn. Blokują wtedy psychicznie nie tylko rozwój piersi, ale również miesiączkowanie. Dodajmy tylko, że umysł dziewczynki podświadomie może też działać w drugą stronę i powiększać piersi u dziewczynek żyjących w poczuciu, że nie są kochane przez ojców. Na zasadzie: „Skoro mnie nie kochasz, to przynajmniej mnie pragnij”. Bywa też, że dorosłe już kobiety, które są wojowniczkami jak mityczne Amazonki, symbolicznie pozbawiają się jednej piersi, czyli połowy swojej kobiecości. W skrócie – ich ciało zaczyna produkować więcej męskich hormonów, co prowadzi m.in. do problemów z zajściem w ciążę, a więc rezygnacji z macierzyństwa. Jak widać, piersi ciągle odgrywają kluczową rolę w kobiecych strategiach znajdowania sobie miejsca, pozycji i roli w nadal męskim świecie.

  1. Psychologia

Jakie mamy korzyści z lubienia siebie?

Gdy lubimy siebie, żyje nam się po prostu lżej. (fot. iStock)
Gdy lubimy siebie, żyje nam się po prostu lżej. (fot. iStock)
Samoocena jest niezwykle ważnym aspektem w życiu każdej osoby. Ma wpływ na adekwatną ocenę swoich osiągnięć, ocenę relacji i bliskich związków. Sprawia, że w określony sposób postrzegamy swoją przyszłość. Ponadto, jeśli samoocena jest wysoka, z odpowiednim zapałem kształtujemy dzięki niej swój rozwój - zaznacza Izabela Jąderek, psycholożka, seksuolożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS.

Kiedy zastanawiamy się nad tym rozwojem, zwykle skupiamy się na tematach dotyczących akceptacji swojego ciała, osiągnięcia sukcesów, stania się bardziej pewnym siebie. Tymczasem, wszystkie te elementy i ich realizacja zależne są od tego, w jakim stopniu lubimy siebie.

Łatwo jest się zagubić, kiedy media, rodzina, otoczenie mają czasem zupełnie inną wizję tego, jacy powinniśmy być. Kreowanie wizji wyrozumiałego partnera, skromnej córki czy syna, namiętnego kochanka/ kochanki – wedle wizji, którą ktoś przygotował, skutkuje porównywaniem się, poczuciem bycia niewystarczająco dobrym i odbiegającym od narzuconego kanonu piękna i sukcesu.

Czasem, gdy jesteśmy tak bardzo skupieni na swoich niedoskonałościach, zapominamy o tym, że aby dać coś innym, najpierw trzeba samemu to mieć. Innymi słowy, aby dać komuś na przykład poczucie bezpieczeństwa, trzeba najpierw samemu czuć się ze sobą dobrze. Dlatego zalet lubienia siebie jest bez liku:

  • to wzrost akceptacji siebie,
  • większe poczucie niezależności od innych,
  • samodzielność i samopoznanie,
  • a co za tym idzie - większa umiejętność życia zgodnie ze swoimi wartościami.

Poczucie własnej wartości

Wzrost poczucia własnej wartości to większa otwartość na siebie. A to z kolei poszerza dostęp do swoich myśli i uczuć, dając ich lepsze zrozumienie. To również umiejętność reagowania i szukania rozwiązań w adekwatny sposób do danej sytuacji czy problemu. Carl Rogers, główny przedstawiciel psychoterapii humanistycznej, twierdził, że ludzie, którzy troszczą się o siebie i rozumieją własne potrzeby, są bardziej twórczy, pomocni, a także bardziej przyjaźnie nastawieni wobec innych.

Naszą negatywną samoocenę można nazwać w dwójnasób. Albo, idąc przykładem pychodynamicznym, nazwiemy ją karzącym superego, które ocenia każdą naszą aktywność, lub też - wewnętrznym krytykiem, który występuje przy codziennych działaniach i wiele z nich kwestionuje i neguje.

Krytyk pełni trzy role:

  • Wewnętrzny wpływa na nasze własne przekonania, myśli, uczucia.
  • Zewnętrzny - przypisuje komuś własne obawy, postawy i uczucia.
  • Trzecia rola jest akurat pozytywna, bo krytyk wskazuje nasze błędy, zachęca do pracy i samodoskonalenia.
Krytyk sprawia jednak, że niezwykle trudno jest pokochać samego siebie. Za każdym razem przypomina nam, jak bardzo jesteśmy niedoskonali.

Zatem zamiast na pytanie, jak polubić samego siebie, warto poszukać odpowiedzi na inne pytanie:

Czego w sobie pokochać nie potrafię?

Nie da się wszystkiego zmienić od razu. Tak jak nie da się zjeść dużego ciasta na raz – ale można je jeść po kawałku. Podobnie jest ze strachem przed działaniem, przed oceną ze strony innych. Nie da się pokonać go od razu, bo jest bardzo mocno zakorzeniony. Sekret leży w tym, by cały czas poszerzać swoją strefę komfortu i zaczynać robić rzeczy małe, po to, aby coraz bardziej móc je oswoić, aż staną się one dla ciebie czymś zupełnie naturalnym.

Źródło: strefapsyche.swps.pl; psycholożka Izabela Jąderek.

  1. Zdrowie

Trzymiesięczny trening na piękne ciało i... silną psychikę

Trening, który proponujemy godzi ćwiczenia fizyczne z pracą nad poczuciem własnej wartości. (Fot. Getty Images)
Trening, który proponujemy godzi ćwiczenia fizyczne z pracą nad poczuciem własnej wartości. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Żeby mieć płaski brzuch? Wejść w sukienkę w rozmiarze S? Błąd! Twoim celem nie powinna być praca nad jednym elementem, lecz zadbanie o całą maszynę, jaką jest twój organizm. Czas rozpocząć trzymiesięczny trening, który nie tylko zbuduje piękne ciało, ale też wzmocni psychikę.

Na swojej drodze zawodowej bardzo często spotykam kobiety, które wkładają dużo energii w to, żeby pracować nad wyglądem zewnętrznym – ćwiczą kolejne partie mięśni po to, aby wymodelować sylwetkę i uzyskać idealne proporcje. Zdrowe, jędrne ciało jest oczywiście ważne. Zauważyłem jednak, że to, na co najbardziej zwracam uwagę u kobiet, to wcale nie szczupła figura, a raczej energia i siła witalna – a co się z tym wiąże, pewność siebie, opanowanie, inteligencja emocjonalna. Kobieta w moich oczach jest piękna wtedy, gdy jest świadoma siebie. Ta obserwacja stała się dla mnie inspiracją do ułożenia treningu, który będzie stanowił receptę na to, jak połączyć piękno zewnętrzne z siłą wewnętrzną, czyli pogodzi ćwiczenia fizyczne z pracą nad poczuciem własnej wartości.

Steruj swoją maszyną

Poczucie własnej wartości jest podstawową potrzebą człowieka. Czym ono jest? Tak naprawdę to przyznanie sobie prawa do tego, żeby być szczęśliwym. Zaakceptowanie siebie takim, jakim jestem tu i teraz, uświadomienie sobie mocnych i słabych stron i podjęcie pracy nad doskonaleniem siebie. Bo kluczowe w wyznaczaniu planów treningowych wcale nie jest to, żeby na końcu móc porównać efekt „przed” i „po”, ale to, żeby skupić się na samej drodze, którą przebyliśmy. Ta droga od podjęcia decyzji i wyznaczenia celu do jego osiągnięcia stanowi świetną okazję do lepszego poznania siebie, podjęcia refleksji nad tym, jaki jestem, popracowania nad własnymi słabościami, przyjrzenia się sobie w procesie zmiany. Bo nie jest istotny tylko efekt końcowy, ale też to, żeby dokonać trwałych zmian w sobie, żeby po osiągnięciu np. upragnionej sylwetki umieć ten efekt utrzymać, a nie zaraz wracać do dawnych nawyków.

Zastanawiałaś się kiedyś, dlaczego tak wiele osób po przejściu spektakularnej metamorfozy szybko wraca do punktu wyjścia? Przyczyną zazwyczaj jest wyznaczenie niewłaściwego celu – nie powinno nim być to, żeby schudnąć, np. przed ważnym wyjściem, ale to, żeby w ogóle zadbać o siebie, poznać swoje ciało, mechanizmy jego działania, nauczyć się zarządzać swoją maszyną, czyli umieć sterować samym sobą.

6 filarów własnej wartości

Swój program treningowy oparłem na sześciu filarach poczucia własnej wartości, które wyodrębnił kanadyjski psychoterapeuta i pisarz Nathaniel Branden. Są to:

1. samoświadomość 2. samoakceptacja 3. prawość 4. asertywność 5. dążenie do celu 6. odpowiedzialność.

W każdym miesiącu będziemy pracować nad dwoma z nich. Zaczniemy od samoświadomości i samoakceptacji. Połączenie tych dwóch rzeczy w treningu, czyli: jestem tu, gdzie jestem; taka, jaka jestem, oraz jestem własnym sprzymierzeńcem i wiem, że chcę się rozwijać – powoduje, że wchodzisz w zupełnie nowy świat – wiesz, po co ćwiczysz, i jesteś nastawiona na długoterminowe cele, a nie na osiągnięcie chwilowego efektu.

I filar – samoświadomość

Aby ją wzmocnić, podczas treningu ciała skupimy się na mięśniach brzucha, grzbietu i mięśniach korowych, które odpowiadają za naszą stabilizację (z ang. core stability), koordynację ruchową, postawę i chód. Mięśnie korowe ćwiczy się świadomie – nie wykonujemy zwykłych skłonów brzucha, tylko skupiamy się na napięciu właściwych partii. Żeby to zrobić, musisz się otworzyć, a żeby się otworzyć, musisz mieć samoświadomość, a to z kolei wymaga treningu uważności. Poczucia, że robisz to tu i teraz, umysłu, który myśli i który się koncentruje, który jest obecny. To jest otwarcie się na to, że chcesz tego dokonać. Przy tym treningu na mięśnie głębokie brzucha jednocześnie rozwijasz swoją samoświadomość.

II filar – samoakceptacja

Czyli podanie sobie ręki, przekaz: „ja jestem swoim sprzymierzeńcem, jestem też gotowa, żeby doznawać nowych emocji, nowych wyzwań”. I to można też potrenować – np. mówiąc sobie: „akceptuję na dzień dzisiejszy to, że czegoś nie umiem, nie oceniam się, że jestem słaba, ale jestem gotowa do tego, żeby sprostać zadaniu, czyli… (dajmy na to rozwinąć mięśnie brzucha, mieć wąską talię itp.), jestem gotowa na te zmiany”. Czyli zdajesz sobie sprawę ze swoich niedociągnięć, ale nie karcisz się za to i to cię nie hamuje.

Zobacz drugi odcinek serii „Trzymiesięczny trening” – o radzeniu sobie z wymówkami:

Ćwiczenia na ciało

Ćwiczenie 1. Mięśnie grzbietu 

Pozycja wyjściowa: połóż się na brzuchu, ramiona wyciągnij przed siebie. Ruch: jednoczesny wznos rąk i nóg w górę oraz powrót do pozycji wyjściowej.

Fot. Jacek Heliasz Fot. Jacek Heliasz

Ćwiczenie 2. Mięśnie brzucha

Pozycja wyjściowa: podpór bokiem na prawej ręce, ręka lewa w górę. Ruch: rotacja tułowia, tak aby lewa ręka skrzyżowała się z prawą, i powrót do pozycji wyjściowej, potem zmiana ręki.

Fot. Jacek Heliasz Fot. Jacek Heliasz

Ćwiczenie 3. Waga

Pozycja wyjściowa: lekki rozkrok. Ruch: opad tułowia z jednoczesnym wymachem lewej nogi w tył i dotknięciem lewą ręką prawej stopy – powrót do pozycji wyjściowej i na drugą stronę.

Fot. Jacek Heliasz Fot. Jacek Heliasz

OPIS: Trening AMRAP - 15, tyle powtórzeń, ile jesteś w stanie wykonać przez 15 minut.

ĆW. 1. – 5 powtórzeń na stronę ĆW. 2. – 10 powtórzeń na stronę ĆW. 3. – 15 powtórzeń na stronę. Czyli w skrócie: 5, 10, 15.

Zadanie polega na powtarzaniu tej sekwencji przez 15 minut i liczeniu, ile serii udało nam się zrobić (jedna seria to wykonanie 3 ćwiczeń). Zapisz wynik i po 2 tygodniach powtórz trening, aby zobaczyć progres.

Ćwiczenia na umysł

Ćwiczenie 1. Napisz ogłoszenie, w którym reklamujesz się jako przyjaciółkę. Możesz użyć do tego ok. 30 słów. Napisz to w taki sposób, żeby było jasne, dlaczego właśnie ty, a nie ktoś inny, będzie najlepszą przyjaciółką.

Ćwiczenie 2. Rozbierz się do bielizny i stań przed lustrem. Przypatrz się sobie uważnie. Następnie wykonaj trzy kroki:

  1. Napisz, co ci się w sobie podoba,
  2. Napisz, co ci się w sobie nie podoba,
  3. Napisz, jakie korzyści wynikają z tych cech, których w sobie nie akceptujesz.
Zobacz trzeci odcinek serii „Trzymiesięczny trening” – o tym jak sport kształtuje charakter:

  1. Psychologia

Kobiety często utożsamiają swoje ciało z wyglądem

Wiele kobiet patrząc na ciało tylko zewnętrznie, nie wsłuchuje się w jego potrzeby. (fot. iStock)
Wiele kobiet patrząc na ciało tylko zewnętrznie, nie wsłuchuje się w jego potrzeby. (fot. iStock)
Wiadomo, że nasza kultura uprzedmiotawia kobiety. Ale żebyśmy same to sobie robiły? A robimy! Przynajmniej część z nas na hasło: „ciało” odpowiada: „wygląd”. Obraz w lustrze przesłania nam to, co dzięki ciału przeżywamy.

Nie wiedziałam, że bywa z nami tak źle, aż do niedawnych warsztatów, na których przyglądałyśmy się temu, jak to jest być kobietą i czy można nią być inaczej. W zamierzeniach miałyśmy wyjść poza stereotypy i dać sobie prawo do własnego sposobu istnienia. I dać takie prawo innym kobietom. Wszystko szło dobrze, aż w pewnym momencie zaproponowałam rozmowę o ciele. Grupa już nieźle się znała, więc taki osobisty temat nie wydał mi się za trudny. Uczestniczki dobrały się w pary i każda z nich przez kilka minut mówiła o swoim ciele. Mogła mówić wszystko, co przyjdzie jej do głowy. I wszystkim przyszło do głowy to samo! Wygląd i jego odstępstwa od ideału.

Kobiety opowiadały sobie o tym, co im się nie podoba w ich ciele, co ukrywają, a z czego są zadowolone i jak to zmieniało się w czasie. A potem usiadłyśmy w kręgu i dzieliłyśmy się tym, co wydarzyło się w parach. Jedne narzekały na zbyt mały biust, inne z kolei na zbyt duży, szczególnie w wieku dojrzewania było to dotkliwe. Jedne jako nastolatki były zbyt chude, inne zbyt grube, jedne mają za proste włosy, innym bez sensu się kręcą, bo rzadko jest tak, żeby było dobrze. We wszystkich parach okazało się, że z wiekiem nasze niedoskonałości są mniej dolegliwe, jakoś udaje nam się z nimi pogodzić, co było optymistycznym akcentem w tej lawinie zarzutów i zażaleń pod adresem ciała. No i tyle.

Niemożliwe, myślałam, słuchając tych relacji ze spotkań w parach. Przecież któraś musiała powiedzieć o tym, jak ciało jej służy, że lubi swoją sprawność, że lubi dotyk, że lubi zmęczenie po wysiłku, no takie normalne sprawy i drobne przyjemności płynące z ciała. Czekałam, że któraś powie o tym, że ma do ciała zaufanie albo że sprawia jej ono problemy i to ją martwi albo złości. A tu nic. Jakby ciało było ciałem obcym, na które patrzymy z zewnątrz. Przedmiotem, który spełnia jakieś wymogi estetyczne albo nie, a nie nami.

To jak to jest? To po cholerę nam to ciało? Żeby wyglądać? Nic dziwnego, że mamy kompleksy i trudno nam lubić siebie, bo przecież ciała nie są doskonałe. Może nawet nie po to są, żeby były? W intymnych rozmowach w parach kobiety przyjęły perspektywę obserwatorek – nie wzięły pod uwagę własnych doznań, jakby one były nieistotne. Ważne jest dla nas to, co widać – ciało jako przedmiot prezentacji. Ani słowa o naszej sile, sprawności, zdrowiu, wytrzymałości, zdolności działania. Ani słowa o radości z ruchu, jedzenia, seksu. Czyżbyśmy tego nie doświadczały?

– I to już? – zapytałam bezradnie, gdy ostatnia osoba skończyła mówić.

– Niczego wam tu nie brakuje?

Dziewczyny patrzyły zdziwione.

I co im miałam powiedzieć?

– A gdybyście były mężczyznami? Wyobraźcie sobie, co wtedy byście mówiły o swoim ciele.

Tą sytuacją kobiety nieźle się bawią. Rozsiadły się swobodnie, poklepują po brzuchach i udach, są rozluźnione i zadowolone.

– Lubię swój duży brzuch – mówi jedna.

– Każdy ptaszek ma swój daszek – dopowiada druga i grupa wybucha śmiechem.

Jeden za drugim padają żarty, z których wynika, że mężczyźni akceptują swoje ciała i są z nich zadowoleni.

– I to już? – znów zapytałam bezradnie, gdy żarty ucichły.

Zapadła cisza.

– No pewnie oni też mają kompleksy, na przykład jak są za niscy – zastanawia się jedna.

– Albo jak mają odstające uszy – dopowiada druga.

Patrzą na mnie wyczekująco, czy uznam to za prawidłową odpowiedź. I po co ja im zaproponowałam tę rozmowę o ciele? To miał być tylko krótki przerywnik pozwalający zbliżyć się do siebie samych i siebie nawzajem, a teraz muszę w to brnąć dalej i nie wiadomo, czy coś z tego wyniknie, bo te kobiety zdają się być bezcielesne!

– A jeśli ci mężczyźni uprawiają jakiś sport, to powiedzieliby o tym w takich rozmowach?

– No! Chwaliliby się swoimi osiągnięciami!

– A myślicie, że oni lubią grać w piłkę czy w tenisa? Że lubią swoją siłę i sprawność? Że lubią się zmęczyć? Że lubią prysznic po treningu i napić się wody i...

– Chyba tak – przerywa mi któraś.

– A wy nie?

– Ja lubię się ruszać – mówi jedna. – I lubię się zmęczyć.

– Ja lubię tańczyć – dołącza druga.

Uff! A jednak mają ciało, dzięki któremu czują, a nie tylko wyglądają! Szybko okazuje się, że lubią się przeciągać i pić kawę, że lubią ćwiczyć, że lubią swoją sprawność, lubią dotyk, cierpią, gdy są chore, okazuje się, że lubią jeździć na rowerze, umieją stać na głowie lub zrobić szpagat i są z tego dumne. W końcu otworzyły wielki worek z doznaniami, których doświadczamy dzięki ciału.

– A seks? Też bywa źródłem przyjemności? – drążę dalej, bo ciągle mi mało.

Konsternacja.

– Ja już nie pamiętam, jak to jest – mówi w końcu jedna, inne też ledwie pamiętają, tylko niektóre przytakują, że seks może być źródłem rozkoszy.

Ach! Wpuścić tu Joannę Keszkę z jej zestawem wibratorów i innych gadżetów dla kobiet! Znacie jej książkę „Grzeczna to już byłam. Kobiecy przewodnik po seksie”? Warto przeczytać. Od dawna podziwiam odwagę autorki. Mówi otwarcie o kobiecej seksualności. O tym, że mamy prawo do orgazmu! Niby wszystkie o tym wiemy, ale jak cieszyć się seksem, gdy najważniejszy jest wygląd i to, co pomyślą o nas inni? Chętnie bym zawołała za Joanną Keszką: „Drogie siostry, pora uwolnić swój orgazmiczny potencjał!”. Albo przytoczyła jej złotą myśl, jedną z wielu równie zabawnych: „Mam wibrator i nie zawaham się go użyć!”. Ale trochę się wstydzę, bo przecież jestem kobietą. I nie wiem, co pomyślałyby o mnie uczestniczki? O matko! Ta grupa wpędza mnie w stereotypy, z których miałyśmy się przecież wyzwalać!

Włączam muzykę i proponuję taniec Afrodyty. Na początku jest nieco sztywno, ale potem…

Dziewczyny czują radość z kontaktu z ciałem. Mówią o tym, za co są mu wdzięczne. Doceniają, jak świetnie im służy. I może to jest w ciele najważniejsze?

– A wygląd? – pytam jeszcze dla porządku.

– Chrzanić wygląd! – wykrzykuje jedna, a inne podchwytują bojowy okrzyk.

Artykuł archiwalny

  1. Psychologia

Twoja relacja z ciałem - czy dobrze się w nim czujesz?

Jak odczuwasz swoje ciało? Jak je traktujesz? Relacja z ciałem wiele mówi nam o naszym podejściu do życia i natury. Jeżeli chcemy dobrze się w nim poczuć, zwróćmy uwagę na sygnały płynące z ciała. (Ilustracja: Getty Images)
Jak odczuwasz swoje ciało? Jak je traktujesz? Relacja z ciałem wiele mówi nam o naszym podejściu do życia i natury. Jeżeli chcemy dobrze się w nim poczuć, zwróćmy uwagę na sygnały płynące z ciała. (Ilustracja: Getty Images)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jaki jest najbardziej niedoceniany naturalny zasób na ziemi? Nasze ciała. Mają niemal nieludzką cierpliwość. Znoszą to, że je źle karmimy, krytykujemy ich wygląd, wyczerpujemy do granic możliwości pracą. O ile mniej stresująco by się nam żyło, gdybyśmy zawarli z nimi pokój i zaczęli traktować je, jak żywe, czujące istoty, którymi przecież są – mówi Caroline Carey, trenerka Movement Medicine.

Ciało może być zasobem w walce ze stresem?
Podstawowym. Ale nie podoba mi się tak sformułowane pytanie. Rozumiem, że to terminologia coachingowa, ale mimo wszystko wolałabym rozmawiać o ciele jako jednym z najcenniejszych darów, jakie otrzymaliśmy, przychodząc na świat. Mówienie o zasobach za bardzo przypomina eksploatację, czyli to, co zwykle z ciałem robimy. Uważamy je za oczywistość, coś, co ma nam służyć. Myśląc w ten sposób, dajemy sobie prawo, by je wykorzystywać, a w rezultacie nadużywać go, zupełnie jakby było czymś podrzędnym, od nas niezależnym, a nie żywym, czującym tworem, najbardziej oczywistą częścią nas samych.

Myślałam o tym, jak mało we mnie wdzięczności dla mojego ciała. Zmuszam je do pracy, źle je karmię, nie śpię tyle, ile powinnam. A ono cały czas mi służy.
Traktujemy ciało tak, jakby było niezniszczalne. Nie szanujemy go. Podobnie zresztą postępujemy z Ziemią. Dla mnie to się łączy. Sprzyja temu nasza konsumpcyjna kultura, ale przede wszystkim antropocentryczne podejście. Fakt, że człowiek stawia siebie ponad wszystkimi innymi istotami, a ducha nad materią – ciałem. Głowa, czyli rozum, rządzi wszystkim i widać, do czego to prowadzi. Zasoby są na wyczerpaniu. Szczególny wpływ na nasz stosunek do ciała ma religia. Wychowałam się w Irlandii i choć byłam protestantką, chodziłam do katolickiej szkoły. Tam słyszałam, że ciało jest siedliskiem żądz, czyli zła, grzechu, że mam je zakrywać, by nie kusić chłopców. Moja mama była pruderyjna, nie rozmawiała ze mną o kobiecej fizjologii, seksualności. Jak wiele dzisiejszych kobiet wyrosłam w poczuciu wstydu, winy, strachu przed własnym ciałem i jego chęciami. Dziś to nieco złagodniało, ale nadal ciało jest jedynie mniej ważnym opakowaniem dla ducha.

Mam wrażenie, że dziś przesadzamy w drugą stronę, bo opakowanie zdaje się ważniejsze niż zawartość. Należy za wszelką cenę mieć ciało młode, gładkie, jędrne, szczupłe...
Coś jednak łączy te pozornie sprzeczne podejścia: w obu ciało traktowane jest przedmiotowo. Na skutek takiego myślenia większość ludzi jest od ciała odcięta i nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Sama doświadczałam tego przez lata. W dzieciństwie byłam molestowana seksualnie przez dziadka. Nie umiałam sobie poradzić z sytuacją, więc uciekałam z ciała, odcinałam się od uczuć i żyłam w świecie fantazji. Całe szczęście uwielbiałam też tańczyć i jeździć konno. Dzięki temu zachowałam jednak jakiś kontakt z ciałem, ale nie w sensie połączenia ze swoją kobiecością, zmysłowością, uczuciami. Ta sfera cielesności była dla mnie zakazana, zbrukana. Długie lata pracowałam, by odzyskać dostęp do samej siebie.

Co pomogło?
Przede wszystkim praca z ciałem. Szczególnie taniec, który w bezpieczny sposób pomógł mi wyrazić te trudne uczucia, których w dzieciństwie nie umiałam ogarnąć i uwolnić się w ten sposób od poczucia winy. Teraz prowadzę tą drogą innych. Ludzie zwykle odcinają się od ciała, bo boją się swoich reakcji emocjonalnych, przez co tracą zupełnie połączenie z tym, co się w nich dzieje. Stąd między innymi tak wielka popularność horrorów czy sportów opartych na adrenalinie. Ludzie przekraczają próg strachu czy nawet bólu, byle tylko poczuć cokolwiek. Przecież żyć to znaczy czuć.

Niektórym się wydaje, że żyć to znaczy myśleć...
Serdecznie takim osobom współczuję. Radość życia to przede wszystkim doznania fizyczne. Możemy je poczuć tylko poprzez ciało. W szkole baletowej uwielbiałam tańczyć polkę, wirować coraz szybciej, by potem zatrzymać się i czuć, jak w moim ciele wszystko tańczy, serce bije jak szalone, energia krąży. To było ekstatyczne doznanie, którego nie rozumiałam. Dopiero później dowiedziałam się, że podczas intensywnego ruchu mózg wydziela endorfiny, nazywane hormonami szczęścia. Mamy to doznanie w zasięgu ręki.

Tyle że nie zawsze o tym pamiętamy. Ostatnio miałam prowadzić zajęcia ruchowe, a byłam bez energii. Bałam się, że nie dam rady. By sprawdzić, ile czasu zajmą ćwiczenia, zaczęłam sama je robić. I w cudowny sposób wróciły mi siły. Rozbawiło mnie to. Przecież wiem, że ruch tak działa, a tak trudno mi było się przełamać...
Tak już mamy, że kiedy jesteśmy w dołku, wolimy raczej się położyć, niż energicznie maszerować po pokoju... Ja wypracowałam sobie taki odruch, że kiedy jestem zmęczona albo nie potrafię sobie emocjonalnie dać z czymś rady, biegnę do ogrodowej jurty i tańczę. Wyrzucam z siebie to, co mnie boli, całą sztywność. Ruch szczególnie dobrze robi na zmęczenie emocjonalne związane z tym, że trzymamy długo na wodzy jakieś uczucia, choćby frustrację czy gniew. Jakbyśmy się starali utrzymać na sznurku wściekłego psa i w dodatku tak, żeby nikt go nie zauważył. Warto w odosobnieniu to spętane zwierzę wypuścić na wolność. Niech sobie potupie, potańczy, pokrzyczy, pomacha rękami. Tyle się wtedy uwalnia energii! Najzdrowszy sposób na odreagowanie. W dodatku nikomu innemu się przy tym nie dostanie...

A jak ktoś nie lubi tańczyć?
Jest joga, tai-chi, bieganie... Ja tańczę, bo moje ciało to kocha. Poza tym taniec to coś więcej niż fizyczna aktywność, kształtowanie mięśni, kondycji. To praca ze sobą. Podczas swobodnego tańca możemy doświadczać różnych ruchów, rytmów, obserwować swoje reakcje, emocje, jakie się pojawiają, bawić się i poszerzać swój repertuar. Eksperymentowanie z ruchem przekłada się na psychikę. Osoby o sztywnych poglądach mają zwykle usztywnione ciało, bo boją się „ruszyć” poza znane terytorium. Kiedy uwalniają ciało, stają się też stopniowo bardziej elastyczni mentalnie, twórczy. Najbardziej niesamowitą właściwością ciała jest to, że można poprzez nie wpływać bezpośrednio na umysł. To ogromny, wspaniały zasób, szczególnie ważny dziś. Świat jest coraz bardziej chaotyczny, często nas zaskakuje – to właśnie nazywamy stresem. A bywa, że jest to po prostu sytuacja nowa, taka, jakiej nie przewidzieliśmy. Gdy jesteśmy elastyczni, otwarci, nie przeraża nas to – wiemy, że sobie poradzimy. Sztywność, czyli przywiązanie do tego, jak ma być, utrudnia życie.

Ciało jest tak niezwykłe, a my traktujemy je jak coś oczywistego...
Albo wręcz coś, co nam przeszkadza, staje na drodze do spełnienia. Gdybym była ładniejsza, miała większe piersi, była szczuplejsza, byłabym szczęśliwsza. To smutne, że nie kochamy naszych ciał, nie cenimy tak, jak na to zasługują. Jedną z najważniejszych rzeczy, jakie możemy zrobić, żeby lepiej się czuć, jest nauczyć się akceptować swoje ciało. Wierzę, że urodziliśmy się dokładnie z takim ciałem, jakie jest nam potrzebne, byśmy mogli osiągnąć to, do czego jesteśmy stworzeni. To niby oczywiste, ale proszę spojrzeć, jak wygląda nasz świat. Ile pieniędzy wydajemy na to, by wyglądać inaczej? Ile energii inwestujemy w myślenie: „ach, jak ja źle wyglądam”. Co by sobie wstrzyknąć, podciągnąć, wyciąć, jak się odchudzić, żeby upodobnić się do dziewczyny z okładki? Brak akceptacji własnego wyglądu to olbrzymie źródło stresu. Podstępnego, codziennego stresu, który podkopuje dobre samopoczucie, poczucie wartości, zjada nas od środka. Moim zdaniem za mało się o tym mówi, lekceważy się coś, co jest źródłem złego samopoczucia i wielu chorób. Odrzucamy nasze ciała, odnosimy się do nich źle. Więc one źle się czują. Nie kwitną, tylko więdną. W końcu zaczynają chorować. A my się wtedy dziwimy. Co się dzieje? Dlaczego? To niesprawiedliwe. Głupie ciało!

Oj, trochę chyba pani przesadza...
W żadnym razie. Ciało to najbardziej nadużywana, niedoceniana część nas.

No ale dbamy o nie, wcieramy kremy, chodzimy na siłownię...
Większość dba o ciało nie z miłości do niego, tylko z jej braku. Bo im się nie podoba to, co mają, chcą to zmienić. Ta niewypowiedziana, podświadoma niechęć gdzieś się w nich odkłada i przekłada na kiepskie mniemanie o sobie w ogóle, na złe samopoczucie, brak satysfakcji. Proszę spojrzeć na mnie. Mam 51 lat, przechodzę menopauzę. Moje ciało się zmienia, skóra, napięcie mięśniowe, włosy, wszystko. Najłatwiej w takiej sytuacji narzekać albo próbować się od siebie odcinać, brać leki, by zagłuszyć czy próbować powstrzymać tę rewolucję, która się we mnie odbywa. Ale mi zależy na kontakcie ze sobą, nie chcę przegapić tak ważnego momentu w moim życiu. Bo teraz przekształcam się w kobietę dojrzałą, starszą. U Indian 52 lata to był moment, w którym kobieta przechodziła do starszyzny plemiennej. Symbolicznie oznaczało to, że zgromadziła mądrość i mogła się nią dzielić z innymi. Dla mnie to oznacza przede wszystkim, że już nie będę miała więcej dzieci – a mam sześcioro, więc czuję się nasycona. Czas, by moja kreatywność zaczęła się wyrażać w inny sposób. W sumie się cieszę, że ciało przechodzi tę zmianę, bo w naturalny sposób kieruje moją uwagę na inne obszary życia i doświadczenia. Obserwuję to z wielkim zainteresowaniem. Myślę o tym, w jaki sposób to mnie zmieni, jakie ta zmiana znajdzie odbicie w moim ciele. Ciało to przecież zapis naszych doświadczeń.

Nie boi się pani starzenia się?
Boję się. Zmiany przybliżają mnie przecież do śmierci. Nie chcę, by moja skóra się pomarszczyła, włosy stały się białe... Boję się utraty urody, niedołężności. Czuję ten strach, ale przepuszczam go przez siebie, nie skupiam się na nim, nie pozwalam mu sobą zawładnąć. Bo jeśli pozwolę, by mną kierował, mogę próbować zatrzymać czas. I w ten sposób zaprzeczę sama sobie, zacznę żyć, udając kogoś, kim nie jestem. Nie obchodzi mnie to, że nasza kultura próbuje mnie zmusić, bym wyglądała na 20 lat. Jestem sobą, tańczę swój taniec.

Pamiętam jak wróciłam z Hawajów. Uwiodło mnie to, że wszyscy są tam tacy pogodni. W jednej z tamtejszych książek znalazłam radę: jeśli chcesz się dobrze czuć, chwal swoje ciało, dziękuj mu na głos. „Kochane ciało, dziękuję, że jesteś takie sprawne, piękne, że wczoraj siedziałeś do późna, a dziś wstałeś tak wcześnie w dobrym humorze, lubię cię za to, jak sprawnie sprzątasz” itp.
Cudny pomysł! Uniknęlibyśmy wielu stresów, gdybyśmy tak robili. Zachęcam do prowadzenia dialogu ze swoim ciałem. Mówmy mu dobre rzeczy, ale też słuchajmy tego, co chce nam przekazać. Gdy nauczymy się słuchać ciała i reagować na drobne sygnały z niego płynące, nie będzie chorować. Bo choroba to nic innego jak głośny krzyk, który mówi nam, że coś źle się dzieje. Te pierwsze znaki, jak np. ból głowy, zwykle mówią: hej, potrzebuję nieco uwagi, chcę pobyć sam przez chwilę, mam dość hałasu itd. A my zagłuszamy ten głos, biorąc pigułkę, i uważamy, że ciało nas zdradza, bo nie pozwala nam żyć. Ciało to nasz barometr. Uczy nas naszego własnego tempa, tego, co dla nas dobre.

A jeśli mój naturalny rytm jest inny niż ten, jaki wymusza otoczenie? Rodzina, praca?
Warto zadbać o równowagę. Dziś ja się dostosuję, jutro dostosuj się ty. Jeśli zarwę noc, muszę ją kiedyś odespać. Jako matka szóstki dzieci przeszłam niezłą szkołę. Zrozumiałam, że to się samo nie stanie, muszę zadbać o swoje potrzeby, mówić o nich głośno, stawiać granice i nie poświęcać się dla wszystkich w imię idei bycia dobrą matką. Ciało było moim najlepszym nauczycielem. Mówiło na przykład: jeszcze mogę to zrobić bez szczególnego problemu, ale też: mogę to zrobić, jeśli chcesz, ale to oznacza, że jutro padnę. I padało. Sygnały z ciała są czytelne. Jeśli nauczymy się z nim rozmawiać, poprowadzi nas do dobrego, spełnionego życia.

Caroline Carey, pisarka, poetka, terapeutka. Certyfikowana nauczycielka Movement Medicine, 5 Rytmów oraz Sacred Trust. Twórczyni Alchemy in Movement. Prowadzi warsztaty i sesje indywidualne. Jej pasją jest taniec, medytacja, uwalnianie ciała i odkrywanie twórczej indywidualności. W 2010 r. wydała autobiografię „Ms’Guided Angel”. Mieszka w Seaford w Wielkiej Brytanii. Ma sześcioro dzieci i wnuki. 

Movement Medicine to praktyka świadomego spontanicznego ruchu i tańca, stworzona przez Yacov’a i Susannę Darling Khan, by wspierać w uwolnieniu napięć w ciele oraz pogłębianiu połączenia z naturalną energią życiową. Pomaga osiągnąć równowagę miedzy ciałem, sercem, umysłem i duchem.