1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Mały wielki optymista

Mały wielki optymista

Na świecie jest zarówno zło, jak i dobro. Nie uda się ochronić dziecka przed ciemnymi stronami życia ani ustrzec przed przykrościami. Można za to nauczyć je pozytywnego interpretowania rzeczywistości.

Jak wynika z badań Daniela Gilberta z Uniwersytetu Harvarda, człowiek ma stały poziom optymizmu i nawet jeśli zdarza się coś bardzo przykrego, ludzie, u których jest on wyższy, znacznie szybciej dochodzą do siebie. Optymiści zdecydowanie mniej też chorują – w ich krwi jest więcej leukocytów, więc mają lepszą odporność. O sukcesie szkolnym także decyduje optymizm. W nauczaniu początkowym dzieci dobrze się uczące najczęściej rekrutują się z domów inteligenckich, ale w trakcie trwania nauki zaciera się ten podział i wybitnymi uczniami, laureatami olimpiad i konkursów – zostają właśnie optymiści. Dzieci nieoptymistyczne są szkolnymi marudami, wiecznie psują innym zabawę, przedstawiają czarne scenariusze lub powtarzają przestrogi rodziców. Nic dziwnego, że inne dzieci ich unikają. W tym wieku nie ceni się przesadnego realizmu i nadmiernej ostrożności.

Argumentów za wychowaniem dziecka w duchu optymizmu jest zresztą więcej:

  • Optymiści są zwykle bardzo lubiani, inne dzieci podświadomie lgną do nich, bo w towarzystwie optymisty świat jest dobrym, wesołym, bezpiecznym miejscem.
  • Optymiści nie stresują ludzi, nie zawstydzają ich, nie upokarzają, nie są złośliwi, a częste przebywanie z optymistą podnosi poczucie własnej wartości.
  • Optymiści często są wybierani na partnerów w zabawie – nawet gdy ich poziom sprawności ruchowej jest niski. Zabiegają o nich także trenerzy sportowi.

Optymiści wychowują optymistów

Ponieważ optymizm to nawykowy styl widzenia rzeczywistości, zadaniem rodziców jest wdrożenie dziecka do pozytywnego interpretowania rzeczywistości. Schematy wyniesione z domu towarzyszą człowiekowi czasem przez całe życie, dlatego zrób rachunek sumienia i pomyśl: „czy jestem optymistą?”. Wybierając opiekunów dla dziecka, np. nianię czy nauczyciela, także zwracaj uwagę na ich pogodę ducha i poczucie humoru. Nie skazuj dziecka na kontakt wyłącznie z osobami bardzo rozsądnymi, trzeźwo myślącymi. Bezpieczeństwo jest ważne, ale optymizm bezcenny! Wypracuj w sobie kilka optymistycznych nawyków:

Uważaj, co mówisz
– dzieci są bardzo czułe na rozdźwięk między tym, co dorośli mówią i co robią. Dlatego dbaj, żeby za optymizmem w głosie szedł optymizm w działaniu.

Popieraj przyjaźnie z optymistami
– co prawda dziecko intuicyjnie wybiera sobie znajomych,  bo czuje, kto jest mu na tym etapie życia potrzebny, ale postaraj się stwarzać okazje do zabawy z dziećmi, które tryskają radością życia.

Dobrze zaczynaj dzień
– budź swojego malucha z uśmiechem, zażartuj, przypomnij (sobie i dziecku), że dzisiaj czeka was coś bardzo przyjemnego.

Rób coś z niczego
– każda czynność może być prostą drogą do optymizmu. Wracając z przedszkola, idźcie oboje po krawężnikach, przeskakujcie kałuże, łapcie do ust krople deszczu i udawajcie, że mają smak czegoś pysznego. Podróż do domu zajmie więcej czasu i będzie wymagała cierpliwości i panowania nad emocjami, ale warto zapłacić tę cenę za wychowanie optymisty.

Zachwycaj się cudzą radością!
– Od najmłodszych lat ucz dziecko cieszyć się szczęściem innych. Zachwycanie się osiągnięciami bliskich lub obcych osób to najlepszy probierz poziomu optymizmu. Choć czasem bywa trudno – zwłaszcza kiedy im się udaje, a nam akurat nie… Mimo to opowiadaj, co udało się twoim znajomym i jaki jesteś z nich dumny.

Wysyłaj dobre informacje – zawsze kieruj uwagę swojego dziecka na optymistów: „Jaka ta dziewczynka uśmiechnięta! Jak słoneczko”, „Jaki ten chłopczyk wesoły, aż miło popatrzeć”. Oczywiście bez westchnień w rodzaju: „Jakbym chciała, żebyś ty taki był” – bo skutek może być odwrotny do zamierzonego.

Trzy „optymistyczne” gry

  1. „Ile razy jeszcze…”. Małe dziecko szybko zniechęca się na skutek niepowodzenia. Irytuje się i najczęściej nie chce już powtórzyć próby. Gra w „Ile razy jeszcze” uczy, że wszystko wymaga czasu i ćwiczenia. Na przykład kupiliście wrotki – już przy ich zakładaniu zapytaj dziecko, jak myśli: ile razy trzeba będzie wyjść na dwór, żeby się w końcu nauczyć na nich jeździć. Nie ma znaczenia, czy powie, że sto czy dwa. Zaakceptuj każdą propozycję. Potem przyczepcie na drzwiach kartkę i zaznaczajcie, ile razy już ćwiczyliście. Ta zabawa nastawia na radość z wysiłku i pokazuje dzieciom, że na początku zawsze muszą być trudności.
  2. „Houston, mamy problem…”. Zabawa wykorzystuje wszelkie drobne i duże problemy jako zagadki do rozwiązania. Gdy urwało się sznurowadło, dziecko zgubiło rękawiczkę, nie ma w domu jajek, a chcesz zrobić omlet – stań przed dzieckiem z poważną miną i powiedz: „Houston, mamy problem”. To sygnał do burzy mózgów. Wymyślajcie, co można zrobić w tej sytuacji (kupić jajka, pożyczyć od sąsiadki, zrobić budyń i udawać, że to omlet). Pokaż dziecku jak najwięcej możliwości, bo optymizm to właśnie rozszerzenie spektrum możliwych rozwiązań problemu.
  3. „Pollyanny gra w zadowolenie”. To wyższy poziom wtajemniczenia. Zabawa inspirowana postacią Pollyanny (największej optymistki wśród postaci literackich!). Dziewczynka pragnęła dostać lalkę. Pochodziła z biednej rodziny i mogła liczyć jedynie na dary od organizacji dobroczynnych. Gdy w końcu otrzymała paczkę, były w niej… kule inwalidzkie. Ojciec dziewczynki zareagował natychmiast: „Jak to dobrze, że nie są nam one potrzebne!”. Dokładnie na tym polega ta gra: wyszukujemy dobre strony każdej sytuacji. Na przykład: „W przedszkolnym przedstawieniu nie wybrano mnie do głównej roli, ale to dobrze, bo nie będę się musiał denerwować”, „Nie możemy wyjść na rower, bo leje deszcz, ale to dobrze, bo nareszcie pogramy sobie w chińczyka”.
Pamiętaj tylko, że to dziecko  ma wyszukiwać pozytywy. „Nie zaprosili mnie na urodziny…” – to dla każdego malca bardzo trudne doświadczenie i nie należy nigdy za niego mówić, jakie się widzi dobre strony tej sytuacji.

Uwaga: Niepożądane skutki uboczne!

Dziecko może zanadto rozsmakować się w jasnym postrzeganiu świata i gdy np. okradną cię w tramwaju, wykrzyknie: „to dobrze!” i wymieni szereg korzyści: „Tato, teraz będziesz ostrożniejszy, nauczysz się nie trzymać wszystkiego w jednym miejscu, wreszcie wymienisz stare prawo jazdy, przećwiczysz, jak dzwoni się do banku zablokować kartę... ”, po czym wesoło przejdzie do innego tematu.  Może ci się to nie spodobać.

Przecież musi się udać
Gdy bawisz się z dzieckiem lub coś mu opowiadasz, stwórz postać, która ma niewyobrażalne kłopoty (wciąż się gubi, nic nie umie, wszystko ją przeraża, pogoda nigdy jej nie sprzyja), ale śmiało stawia czoła wszelkim przeciwnościom losu. Zawsze mówi sobie: „Przecież musi się udać”. To zdanie jest mianownikiem jej osobowości. Niech na stałe wejdzie do galerii wymyślanych przez ciebie postaci. Możesz też podarować dziecku pacynkę lub zabawkę, która będzie grałą rolę optymisty i wręcz tak ją nazwać. Dla równowagi możesz wykreować pesymistę i w rozmaitych przygodach przeciwstawiać dziecku te dwa skrajne punkty widzenia. Pokaż, że inne zabawki (a przede wszystkim Pesymista) się załamały, poddały, zrezygnowały, a tylko Optymista zawsze ze wszystkiego wychodzi zwycięsko.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Szczęśliwe nie znaczy beztroskie

Nawet my, dorośli, potrzebujemy zasad i norm, a co dopiero dzieci, które poznają i zdobywają ten świat. Im jest dużo łatwiej – i bezpieczniej – jeśli mają jasno ustalone reguły, czyli czarno na białym określone, co wolno, a czego nie – a tego w bezstresowym wychowaniu brakuje. (Fot. iStock)
Nawet my, dorośli, potrzebujemy zasad i norm, a co dopiero dzieci, które poznają i zdobywają ten świat. Im jest dużo łatwiej – i bezpieczniej – jeśli mają jasno ustalone reguły, czyli czarno na białym określone, co wolno, a czego nie – a tego w bezstresowym wychowaniu brakuje. (Fot. iStock)
Karać czy nie karać? Wymagać czy puścić na żywioł? Powiedzieć, że świat bywa zły czy lukrować rzeczywistość? Jak przygotować dzieci do dorosłości – radzi pedagog Natasza Zyznowska. 

Kilka lat temu w Ameryce trwała burzliwa dyskusja na temat kształtowania dzieci, zapoczątkowana przez książkę krytykującą amerykański bezstresowy model wychowania (Amy Chua, „Bojowa pieśń tygrysicy” – przyp. red.).
Wcale się tej krytyce nie dziwię. Nie ma wprawdzie złotej recepty na szczęśliwe dzieciństwo, bo każde dziecko jest inne, ale jedno jest pewne: żadna skrajność nie jest dobra. Nawet my, dorośli, potrzebujemy zasad i norm, a co dopiero dzieci, które poznają i zdobywają ten świat. Im jest dużo łatwiej – i bezpieczniej – jeśli mają jasno ustalone reguły, czyli czarno na białym określone, co wolno, a czego nie – a tego w bezstresowym wychowaniu brakuje. Bez takich reguł dziecko czuje się trochę jak ktoś otoczony znakami, których nie rozumie, i zasadami, których nie zna.

Dlaczego model bezstresowego wychowania jest tak popularny, skoro nie służy dziecku?
Bo jest wygodny dla rodziców. Dyscyplinowanie dziecka, mądrze, cierpliwie i z miłością, nie jest łatwe. Wielu rodzicom dyscyplina kojarzy się z wymaganiami, pruskim drylem i karami... Krótko mówiąc – z odbieraniem dziecku radości życia. Dyscyplina i reguły nie są złe! Jeżeli dziecko wie, że po śniadaniu idzie do przedszkola, a o 19 do łóżka, to dla niego jasny komunikat, co robić – i tyle. Rodzicielskie reguły są dla dziecka cechami otaczającej go rzeczywistości – jak noc i dzień, nie są ani dobre, ani złe, po prostu ją porządkują. Jeśli się buntuje, to nie dlatego, że coś mu w regułach przeszkadza, tylko żeby sprawdzić, na ile są rzeczywiście obowiązujące. Gdy się przekona, że nie ma od nich ustępstw, nie poczuje rozczarowania czy porażki, ale raczej ulgę: „o, jak dobrze to działa!”.

Słyszałam teorię, że dzieci należy traktować z miłością i wyrozumiałością i na wszystko im pozwalać, bo świat i tak nauczy je ograniczeń.
Rodzic wychowuje lub nie, a konsekwencje ponosi dziecko, i to przez całe życie. Prędzej czy później zderzy się z ograniczeniami. Sęk w tym, że gdy pozna je najpierw za pośrednictwem rodziców, którzy będą je wprowadzać z miłością, nauka będzie mniej bolesna. Świat natomiast zrobi to brutalnie i z całą bezwzględnością.

A co ze złymi wiadomościami? Kiedy zdycha ulubiony chomik, rodzic pędzi kupić podobnego. Oszczędzać maluchom bolesnej prawdy?
Dziecko dorasta i za chwilę dowie się, że na świecie istnieje przemoc, zło i śmierć. O wiele lepiej, żeby usłyszało o tym od kogoś bliskiego. Niech mama czy tata opowie o chomiczym niebie, przytuli i ukoi smutek. I od razu odpowie na najgorsze pytanie „czy ty także umrzesz?” – że owszem, kiedyś, ale dopiero za wiele, wiele lat. Dbanie o to, by dziecko miało szczęśliwe dzieciństwo, nie polega na ukrywaniu bolesnej prawdy o rzeczywistości i utrzymywaniu w przekonaniu, że świat jest bajkowy. W ten sposób skazujemy je raczej na odkrycie gorzkiej prawdy o życiu na własną rękę i – być może – w samotności.

Stawianie granic wymaga ich egzekwowania, a to często wiąże się z wymierzaniem kary. Jak karać, by nie ranić?
Najważniejsze: kara nie jest jednoznaczna z biciem. Czasem wystarczy powiedzieć: „źle zrobiłeś”, czasem posadzić dziecko za karę w kąciku na „karnym jeżyku”, a czasem zabronić przez kilka minut zabawy konkretną zabawką. Możemy skupić się także na drugiej stronie dyscypliny – nagradzaniu dziecka za to, że dobrze coś zrobiło. Pozytywne wzmocnienia to wychowawcza potęga.

A wyzwania? Stawiać je przed dziećmi czy unikać – bo to stres?
Wyzwania są potrzebne. Znam chłopca, który w wieku 5 lat nie umiał zawiązać sobie bucików, bo zawsze robiła to za niego mama. W przedszkolu było mu bardzo ciężko – siedział i płakał, bo inni potrafią, a on nie. Było to dla niego wielkim upokorzeniem. Dziecko, przed którym nie stawiano wyzwań, wkrótce i tak trafi do grupy, w której inni potrafią więcej – i to dopiero będzie nieszczęście. Jeśli stale, ale rozsądnie i odpowiednio do wieku, podnosimy dziecku poprzeczkę, nie tylko się rozwija, lecz ma także satysfakcję z tego, że samo coś zrobiło, z czymś sobie poradziło. A jeśli jeszcze podkreślimy, że to było naprawdę trudne, będzie z siebie bardzo dumne. Takie momenty małych dziecięcych triumfów doskonale budują poczucie własnej wartości i sprawstwa. Ksiądz Jan Twardowski pisał, że do szczęścia potrzebne są też małe nieszczęścia. Bo jak cały czas jest bajkowo, nie doceniamy, kiedy nam się coś uda.

Gorzej, jak się nie uda…
Wtedy trzeba powiedzieć: „Tak się czasami zdarza, ale uważam, że i tak świetnie sobie poradziłeś. Jak jeszcze tylko trochę potrenujesz, będzie super”. Najważniejsze to traktować poważnie dziecięce uczucia. Jeśli maluchowi jest smutno, nie mówmy: „Jakie ty możesz mieć problemy?!”. Jak się boi, nie uspokajajmy: „nie bój się, nie ma czego”. Nie bagatelizujmy też dziecięcych  problemów i obaw – nawet gdy nam się wydaje, że są niczym w porównaniu do naszych.

  1. Psychologia

Pozytywne myślenie - jak nauczyć się optymizmu?

Badania wskazują, że optymizm jest w jakimś stopniu wrodzony. Jednak optymistycznie zakłada się, że jest też możliwy do nauczenia. (Fot. iStock)
Badania wskazują, że optymizm jest w jakimś stopniu wrodzony. Jednak optymistycznie zakłada się, że jest też możliwy do nauczenia. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
I optymistów, i pesymistów spotyka taka sama ilość złych czy dobrych zdarzeń. Różnica polega na postrzeganiu. Udowodnił to w swoich badaniach Amerykanin Martin Seligman, twórca nowej psychologii pozytywnej. Jak zaprosić do swojego życia pozytywne myślenie?

Zarówno optymistów jak i pesymistów spotyka taka sama ilość złych czy dobrych zdarzeń. Różnica polega na postrzeganiu. Udowodnił to w swoich badaniach Amerykanin Martin Seligman, twórca nowej psychologii pozytywnej.

Jak zaprosić do swojego życia pozytywne myślenie? Z pewnością warto zwrócić uwagę na kilka czynników. Przede szystkim: jaką zaspokajamy potrzebę, gdy zamartwiamy się lub narzekamy, co nam to daje? Jakie stosujemy skróty myślowe i schematy? Czy nasze myśli często wybiegają w przyszłość?

Narzekanie i zamartwianie często są sposobem asekuracji. Kobiety np. przewidują, co się może zdarzyć, bo chcą w ten sposób uprzedzić zagrożenia. Poza tym my, kobiety, niebezpieczeństwom stawiamy czoła emocjonalnie, a stąd prosta droga do zamartwiania się. Mężczyźni tymczasem bardziej skupiają się na działaniu niż na sferze odczuć.

Narzekanie z kolei może wynikać z tego, że kobiety chcą sprostać wszystkim swoim powinnościom. A są nimi mocno obciążone. Wiadomo, jak trudne jest chociażby połączenie życia zawodowego z rodzinnym. Często mamy problem z powiedzeniem, że coś nas nie interesuje, że jakichś oczekiwań nie będziemy spełniać. Nie potrafimy również powiedzieć, że czegoś chcemy, bo to jest dla nas ważne. Mamy zwykle kłopot z wyborem. Wynika to m.in. ze zmęczenia (w końcu doba ma tylko 24 godziny). Mężczyźni łatwiej wybierają i skuteczniej koncentrują się na wykonywaniu zadania. Kobiety mają zdolność jednoczesnego myślenia o wielu rzeczach, co bez wątpienia obciąża układ nerwowy. Pojawiają się stany bezsilności... i wtedy zaczyna się narzekanie. Wydaje nam się, że jak sobie ponarzekamy, będzie nam lżej. Jesteśmy zmęczone, bezsilne, złe, to narzekamy, bo mamy nadzieję, że uwolnimy się od emocji, które się w nas nagromadziły.

Tymczasem podobno jesteś tym, co myślisz...

U podłoża emocji zawsze są określone myśli. Myślimy na przykład w ten sposób: „Ojej, muszę iść do pracy, mam dzisiaj mnóstwo spotkań”. Skutkiem takiej myśli jest niepokój, nawet zdenerwowanie. Żeby nie doświadczyć tych emocji, warto zmienić sposób myślenia i powiedzieć sobie np. „Jak to dobrze, że mam pracę. Mam dzisiaj dużo spotkań, trochę się tego boję, ale będę miała okazję poznać nowych ludzi, może coś nowego wniosą do mojego życia”. Gdy ogarniają nas nieprzyjemne emocje, warto zastanowić się, co bym chciała czuć w danym momencie (na przykład: wyjść w dobrym nastroju do pracy, radować się, czuć podekscytowanie). Wówczas świadomie zmieniamy frustrujące myślenie na konstruktywne, dające szansę zmiany samopoczucia. Jest to przekierunkowanie myśli na drugą stronę. Szklanka, do połowy pusta, zapełnia się.

Nauka pozytywnego myślenia

Na drodze pozytywnego myślenia warto pozbyć się szkodliwych schematów myślowych oraz irracjonalnych przekonań, których nie zawsze jesteśmy świadomi. Prosty przykład? - „Nigdy mi się nic nie udaje”. Jeśli ktoś tak uważa, jest małe prawdopodobieństwo, że podejmie konstruktywne działania. Nie da sobie szansy na sprawdzenie tego, że coś mu się jednak uda. Albo: „Ludzie są źli”, „Świat jest niesprawiedliwy”. Takie przekonania budzą poczucie zagrożenia, w wyniku których atakujemy lub wycofujemy się z kontaktów z ludźmi. Atak uruchamia w drugim człowieku obronę, odpowiada on wówczas atakiem. I potwierdza się, że ludzie i świat są groźni. Mówi się, że to samosprawdzająca się przepowiednia, a w tym nie ma nic magicznego. Ludzie po prostu mają przekonania, które potwierdzają poprzez swoje działanie. I tak powstaje błędne koło.

Dlatego do wnętrza warto zapraszać dobre myśli. Zamiast mówić, że świat jest zły, zastanów się co dobrego cię spotkało od innych ludzi. Jeśli się podrąży, można niejedno znaleźć. Albo odpowiedz sobie na pytanie „Co mi się ostatnio udało?”. Nie muszą to być jakieś wielkie osiągnięcia, ale właśnie drobnostki budują życie. Można ucieszyć się z tego, że nie zdenerwowałam się, rozmawiając z nielubianą koleżanką albo asertywnie powiedziałam „nie” szefowi. Cuda mogą zdziałać małe przyjemności. Poranna kawa, pół godziny spokoju w swoim pokoju, kąpiel, pomalowanie paznokci, w ogóle poświęcenie czasu swojemu ciału. Rozmowy z przyjaciółką, ale nie o pracy, nie o domu, nie o dzieciach, tylko o sobie. O tym co nas smuci, cieszy, co czasami boli. Warto mówić o uczuciach .Już samo to, że mówimy, co czujemy może uwolnić nas od złych emocji. Ważne, żeby dawać sobie do nich prawo. Przyjmijmy podstawową zasadę - nie ma uczuć złych i dobrych. Wszystkie są dobre, bo nasze. Dajmy sobie prawo do odczuwania smutku, złości, rozgoryczenia. Akceptujmy to, co czujemy. Dając sobie prawo do odczuć, musimy zwracać uwagę na to, jak je wyrażamy, by nie ranić innych. Jeżeli nazwiemy je, nie powinny przeobrazić się w zachowania godzące w drugiego człowieka. Mamy czas, by uwolnić się od nich.

Czy optymizm jest dla każdego?

Badania wskazują, że optymizm jest w jakimś stopniu wrodzony. Jednak optymistycznie zakłada się, że jest też możliwy do nauczenia. Nasz mózg jest przecież plastyczny, wiele można z nim zrobić. Czarodziejskich sposobów nie ma. Chodzi o to, żeby zmieniło się nasze nastawienie, a to wiąże się z umiejętnością życia chwilą, myślenia tylko o teraźniejszości. Jeżeli się w kółko myśli o tym, co było i o tym, co będzie to nigdy się nie jest tu i teraz, w tej chwili. To tak jakby w jednej chwili żyć trzema życiami.

Najlepiej żyć chwilą, ale mamy taką skłonność, że nasze myśli często wybiegają w przyszłość. Dlatego dobrze myśleć o niej z nadzieją, wiarą, ufnością. Jak to robić? Nie ma prostych recept. Na ziemię (w dobrym znaczeniu) skutecznie sprowadza nas myślenie celami i działanie krok po kroku. Zastosowanie tej metody w życiu codziennym, sprawia że realizacja konkretnego zadania przybliża nas do "wymarzonej" przyszłości. W konsekwencji optymistyczniej na nią patrzymy i możemy pozbyć się lęków z nią związanych. To działa w ten sposób, że jak coś robię, to mam poczucie że to zależy ode mnie. Wtedy jestem silniejsza. Przyszłość dotyczy celów, określenia czego chcemy. O przyszłości trzeba myśleć pozytywnie. Mieć cel, który chcemy osiągnąć kiedyś, ale myśląc tu i teraz. Wyznaczamy sobie na przykład dalekosiężny cel dotyczący kariery, ale realizujemy go krokami. Zaczynamy od tego, że zapisujemy się na przykład na konkretne szkolenie. Chcemy wychować szczęśliwe dziecko? Dzisiaj porozmawiajmy z nim, bo przyszło z przedszkola w złym nastroju. Jak się coś zrobi, można poczuć się fantastycznie. Nie ma poczucia zaniedbania, winy, nie ma też miejsca na przewidywanie.

Każdemu może przytrafić się nieszczęście bądź zdarzenie szczęśliwe. Tylko, że optymista podejmuje więcej prób i dlatego ma większe szanse powodzenia. Pesymista ich nie podejmuje, ponieważ uważa że nie warto. U podłoża tkwi sposób wyjaśniania świata, zjawisk. Seligman w książce „Prawdziwe szczęście” pisze o tym, że możemy ćwiczyć swój optymizm w różnych dziedzinach życia. Ważny jest również ten dotyczący przeszłości. Błędem jest myślenie o sobie, że na przykład skoro zostałam wychowana na chorą perfekcjonistkę, to już przez całe życie będę się z tym męczyć. Każdy z nas ma jakieś doświadczenia z dzieciństwa, czasem trudne. Tu chodzi o zmianę przekonań. Jeśli pomyślimy sobie - matka to człowiek, który popełniał błędy i któremu można wybaczyć, uwolnimy się od złych emocji. Ale nie jest to proste. Bo jedno - to sprawa myślenia, drugie - sprawa przeżycia. Konsultacja: Gabriela Kalinowska, socjoterapeutka, trenerka warsztatu umiejętności psycho-społecznych.

  1. Psychologia

Jak nie ulegać presji bycia idealnym rodzicem?

To, jakimi jestesmy rodzicami wynika z wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. (Fot. iStock)
To, jakimi jestesmy rodzicami wynika z wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. (Fot. iStock)
Zanim powiesz: „Jestem beznadziejną matką, bo nie piekę ciasteczek i nie jeżdżę na wszystkie mecze”, pomyśl, że większość dzieci ma w nosie, czy je ciastka z piekarnika, czy ze sklepu. Dziecko potrzebuje tylko sensownego kontaktu z rodzicem, chce czuć się ważne – mówi Beata Chrzanowska-Pietraszuk, pedagożka i psychoterapeutka.

Mam wrażenie, że otaczają mnie kobiety zwariowane na punkcie swojej macierzyńskiej roli: jedna zawsze zgłasza się do trójki klasowej, druga piecze ciasteczka na szkolne imprezy, trzecia zawala noce, ale szyje dla całej klasy stroje na przedstawienie. Ratunku, wracam do domu ledwo żywa, pełna kompleksów. Kto zwariował – ja czy one?
A ktoś musiał zwariować?

Matki, które nie są tak zaangażowane, czują się winne.
Jeśli czują się winne, to mają kłopot. Pytanie: skąd im się to wzięło? Jedne osoby mają potrzebę angażowania się, inne nie.

Z czego wynika ta potrzeba?
Powody są różne. Może moje dziecko jest trudniejsze, sprawia kłopoty wychowawcze. Wtedy sensowniej jest być w stałym kontakcie ze szkołą. A jak można mieć lepszy kontakt ze szkołą, niż będąc w trójce klasowej? Myślimy: „Jeśli ja pokażę się z fajnej strony, to ktoś życzliwiej spojrzy na moje dziecko”. To nie ma nic wspólnego z wyrachowaniem. Ale są też osoby, które po prostu są społecznikami. Uwielbiają działać. Łatwo je rozpoznać. Gdy trzeba zebrać pieniądze dla sąsiada, któremu spalił się dom, one będą organizować zbiórkę. Zawsze przyjadą do chorej koleżanki z pracy do szpitala, pomogą przy przeprowadzce. Udzielają się w trójce klasowej, ale też w samorządach.

Nie wszyscy mają na to czas.
Oczywiście. Pytanie, co jest moim priorytetem. Jako matki i jako człowieka. Rozwijanie swojej pasji zawodowej czy angażowanie się w szkołę dziecka?

Już widzę te reakcje, gdy matka mówi, że jej priorytetem jest rozwijanie pasji. Na to nie ma społecznego przyzwolenia. Często słyszę komentarze: „Ta to nigdy nie bywa na zebraniach, ta nigdy nie pojawiła się na szkolnym kiermaszu…”.
Bo dziś stawiamy macierzyństwo na piedestale. Mamy większą wiedzę niż kiedyś. Badania dotyczące roli matki w życiu człowieka dały fundament pod silny ruch promacierzyński. Matka stała się osobnym zawodem. Kobiety, które nie pracowały, a ich celem było wychowanie dzieci, poczuły się wzmocnione. Tak, wybrałam dobrą drogę. Z kolei te, które mają inne priorytety, poczuły się winne. Ale albo będziemy żyć pod dyktando innych – nieszczęśliwe – albo zgodnie ze swoimi oczekiwaniami. Gdy dziecko idzie do szkoły, to ta szkoła zawłaszcza nie tylko jego życie, ale i życie całej rodziny. Często pytam rodziców, o czym rozmawiają w domach. Co się okazuje? Że o wywiadówkach, zadaniach domowych, nauczycielach. Swoje dzieci też pytają tylko o to, co zadane, jaka ocena ze sprawdzianu. Tymczasem temat szkoły powinien zajmować 30 procent wszystkich rozmów.

Dużo jest takich rodziców zaangażowanych?
Nie, w większości są przeciętni. Pracują. Trochę inaczej jest w szkołach prywatnych, społecznych. Również wtedy, gdy matka nie pracuje. Ale naprawdę trudno porównywać kobietę, która ma 12 godzin na poświęcenie ich dziecku, bo mąż świetnie zarabia, z tą, która pracuje w korporacji i musi być w firmie minimum osiem, dziewięć godzin dziennie. Chciałabym też zaznaczyć, że odróżniłabym zwyczajne zaangażowanie od swego rodzaju „nadaktywności”.

Kiedy mamy do czynienia z tym drugim?
Kiedy rodzic za wszelką cenę próbuje dowiedzieć się, co dziecko w szkole mówiło, jak się zachowywało. Sprawdza wszystko. Wypytuje każdego nauczyciela. Syn stał czy chodził, grał w badmintona, nie grał, z kim rozmawiał na przerwie itd.

W szkole jest na śniadanie białe pieczywo, matka walczy o ciemne, robi wykłady o zdrowym żywieniu. To nie jest troska?
Nie lepiej po prostu jeść w domu zdrowo i przynosić to jedzenie do szkoły? Każda matka czuje się odpowiedzialna za dziecko. Za jego zdrowie. Ale przesadne poczucie odpowiedzialności może się przekładać na myślenie za dziecko, nadmierną opiekę albo kontrolę. Gdy on będzie miał 25 lat, pójdzie do jego firmy i sprawdzi, co mu gotują, a jak gotują niedobrze, zrobi awanturę? No przecież nie...

Co to jest nadmierna opieka?
Na przykład histeryczne pilnowanie 12-latka i tego, co je. Bieganie do nauczycieli i robienie afer, bo źle dziecko potraktowali. W przypadku młodszych dzieci mówienie: „Ubierz się cieplej”, bez pytania, czy im zimno, albo: „A ja ci każę: załóż sweterek”. Jest taka piękna psychologiczna definicja sweterka. Sweterek to jest ta część garderoby, którą musi założyć dziecko, kiedy mamie jest za zimno.

Znam matki, które nakazują dziecku: „Teraz zjesz, teraz pójdziesz do łazienki. Na pewno chcesz. Nie chcesz? Wydaje ci się”.
To nie jest troska, to niezwracanie na dziecko uwagi. Nadopiekuńczość to niewidzenie w dziecku drugiej osoby. Jeśli ja coś czuję, to ono też. Jeśli ja tak myślę, ono też. Czasem matka dopytuje: „Boisz się, ale boisz się?”. Albo stwierdza: „Rozumiem, że się boisz”, nie pytając, czy tak jest. Dlaczego? Bo sama się boi. Uważa więc za oczywiste, że dziecko też. Działania rodzica teoretycznie są nakierowane na pomoc dziecku, w praktyce to nieliczenie się z jego potrzebami.

To, jakimi jesteśmy rodzicami, wynika z…?
Wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. Wyznawanie skrajnej wolności to puszczanie dzieci samopas, one mają prawo robić wszystko, nie należy ich ograniczać, same się wychowają. Wyznawanie skrajnego posłuszeństwa i dyscypliny to duszenie dziecka, pozbawianie go prawa do decydowania, kontrolowanie, mówienie, jak należy żyć. Ojciec wychodzi codziennie z synem, by nauczyć go jazdy na rowerze. Dziecko płacze, nie chce. Ale ojciec wyobraża sobie, że każdy musi jeździć na rowerze. Po co to robić? Przecież chłopiec prędzej czy później się tego nauczy. Albo i nie. Co z tego? Może lepiej zastanowić się, dlaczego on na tym rowerze nie chce jeździć. Może ma trudności z koordynacją ruchową i ani to dla niego fajne, ani łatwe. Dlaczego kogoś zmuszamy? Podobnie jak matka, która jeździ z córką na wszystkie zawody tenisowe, wywiera na nią presję wygranej. Po co? To, że dla matki sport jest wartością, to naprawdę nie znaczy, że dla jej córki też ma być. Dociskanie i kompletne odpuszczanie to dwie skrajności. A powinno się szukać złotego środka. Jasne, przyjdę do szkoły na mecz, gdy dziecko tego chce, ale nie będę się darła jak opętana, dopingując, albo krzyczała, bo niedostatecznie się stara.

Jak dzieci reagują na nadmierne zaangażowanie rodziców?
Nie znam takich, które się z tego cieszą. Żeby dobrze się rozwijać, dziecko potrzebuje trochę samodzielności i samotności. Czasu bez wszechwiedzącego rodzica, który je monitoruje, pilotuje. Jeździ na wycieczki, jest na każdym kiermaszu. Ono wtedy nie może być sobą, nie może się normalnie zachowywać, bo „oko matki czuwa”. Kiedyś dzieci wychowywały się na podwórku. Grupa rówieśników uczyła społecznych zachowań, rozwijała. Teraz wszędzie są rodzice. Czym innym jest interweniowanie, gdy dziecko jest szykanowane, czym innym bieganie za nim z parasolem ochronnym. Wyjątkiem są dzieci, które wymagają specjalnej opieki. Na przykład te mające zespół Aspergera. One potrzebują obecności rodzica, który będzie rozmawiał w ich sprawie, bo same mają problemy z komunikacją. Ale nawet tu potrzeba przytomnego rodzica, a nie kogoś, kto załatwi za dziecko wszystko.

Ale znam dzieci, które mówią: „Chodź, pojedź ze mną na szkolną wycieczkę, potrzebuję cię”.
Wtedy należy zastanowić się, z czego ta potrzeba wynika. Może z poczucia niepewności? Wtedy świetnym pomysłem będzie trening umiejętności społecznych czy trening dla dzieci nieśmiałych, aby się tej pewności nauczyły. Czasem warsztaty plastyczne, sport. To jest prawdziwe zaangażowanie – pomyślenie, co mogę zrobić, żeby mój syn czy córka działali sami. Inaczej dziecko nie nauczy się radzić sobie z kłopotami. Czasem matki mówią: „Dziecko potrzebuje”. A to nieprawda, to ja siedzę w domu i się nudzę, chcę wyjść. Albo jestem aktywistką. Albo lubię rysować, dlatego dekoruję klasę przed każdą imprezą czy świętem. Ale miejmy tego świadomość – tak, robię to dla siebie, nie dlatego, żeby mojemu dziecku było przyjemniej, tylko ja tego chcę. Jeśli tego nie rozdzielam, to kiepsko. Oceniam wtedy inne matki, jestem surowa.

A jeśli jestem po drugiej stronie i matki zaangażowane mnie złoszczą?
Warto się zastanowić, dlaczego nas złoszczą. W co naszego to uderza? Jeśli w poczucie winy, że ja tego nie robię – to pytanie, kto decyduje, która matka jest lepsza. Dlaczego ta, która piecze ciasteczka? Dla dziecka nie ma to znaczenia – ciasteczka można kupić. Ale może jeśli mnie irytują te matki, to znaczy, że ja bym się chciała bardziej angażować, a nie mogę. Albo słyszę ten głos w głowie: „Dobra matka to…”. Takie myślenie należy wywalić do kosza. To pułapka.

Odwieczne pytanie matek pracujących: „Ile czasu spędzać z dzieckiem?”.
Tyle, ile potrzebuje, jedno potrzebuje 15 minut aktywnego zaangażowana, drugie dwóch godzin, a trzecie tylko tzw. dostępności rodzica. Rodzic jest w domu, robi swoje, ale jeśli syn lub córka przychodzą i mówią: „Proszę, zrób coś ze mną”, to odpowiada na tę prośbę. Odkłada to, co robi, i jest dla dziecka. To bardzo ważne. Żadne „za chwilę”, „nie teraz”. To jest znacznie ważniejsze niż nasze obsesyjne podążanie za dzieckiem, towarzyszenie mu we wszystkich aktywnościach. Czasem na terapii otwieram oczy ze zdumienia. Dlaczego dziesięciolatek nigdy nie był w sklepie i nie przejechał sam nawet jednego przystanku autobusem? Nigdy nie sprzątał? Dlaczego 17-latkowi matka zabrania wracać po 22:00?

Tyle się słyszy o morderstwach, zaginięciach dzieci...
A o 20:00 nikogo nie mordują? A o 17:00? Napadów na szkołę też nie ma? Zadaniem rodzica jest opiekować się dzieckiem, ale nie opiekować się nim w sposób nachalny.

Beata Chrzanowska-Pietraszuk pedagożka specjalna, psycholożka i psychoterapeutka. Prowadzi szkolenia dla rodziców, psychologów i nauczycieli z zakresu umiejętności wychowawczych i budowania relacji. Pracuje z dziećmi z trudnościami rozwojowymi, zwłaszcza nadpobudliwymi, i ich rodzicami.

  1. Psychologia

Wymykaj się lękowi, żyj swoim życiem i celebruj pozytywy

Celebrowanie oznacza wykonywanie czynności, które potwierdzają i wzmacniają dobre rzeczy w naszym życiu. (Fot. iStock)
Celebrowanie oznacza wykonywanie czynności, które potwierdzają i wzmacniają dobre rzeczy w naszym życiu. (Fot. iStock)
Lęk dotyczy problemów. Może wiązać się z przeszłością, teraźniejszością lub przyszłością, ale zawsze polega na zamartwianiu się tym, co w życiu idzie nam nie tak. To koleina, w której brniemy. Możesz się z niej wydostać, jeśli odnajdziesz w życiu rzeczy, które osłabiają lęk, i nauczysz się je celebrować.

W tym celu musisz przenieść uwagę z sytuacji wywołujących lęk na pozytywne aspekty twojej codzienności. Dostrzeganie pozytywów lub przyjemnych, wolnych od lęku myśli to ważny pierwszy krok na tej drodze. Pomaga nam od nowa nauczyć się myśleć i czuć. Doskonałym sposobem jest tworzenie listy lub kolekcji przedmiotów, które nie wzbudzają w tobie lęku. Mogą to być konkretne osoby lub sytuacje albo czynności, na przykład porządkowanie w szufladach, czytanie czy jogging. Zapisując je, zyskujesz materialne narzędzie, które pomaga ci przypomnieć sobie to, co dobre. Ponieważ jednak lęk bywa w nas silnie zakorzeniony, trudno może być go wyeliminować samym pisaniem. Zwykle trzeba dodać do tego celebrowanie.

Celebrowanie oznacza wykonywanie czynności, które potwierdzają i wzmacniają dobre rzeczy w naszym życiu. To pomaga nam uwierzyć w dobro i nie stracić go z oczu. Choć nasz mózg charakteryzuje się negatywnym nastawieniem, ma też ośrodek samonagradzania, który zachęca nas do koncentrowania się na pozytywach. Kiedy zrobimy coś, nawet małą rzecz, żeby uczcić przyjemne aspekty życia, mózg aktywuje wydzielanie dopaminy, potężnego hormonu szczęścia, która zwalcza hormony stresu i lęku, m.in. kortyzol. Doświadczamy przypływu szczęścia i energii, które zaczynają przeganiać lęk.

Celebrowanie może mieć wiele najróżniejszych form. Wypróbuj podane sposoby lub wymyśl coś własnego.

  • Brodzenie po kałużach.
  • Zjedzenie zdrowej przekąski.
  • Podskoki.
  • Gra w klasy.
  • Rysowanie kredą.
  • Czytanie.
  • Delektowanie się kawą lub herbatą.
  • Śpiew.
  • Zabawa ze zwierzątkiem domowym.
  • Wycieczka na łono natury.
Celebrowanie tego, co w życiu pozytywne, zmniejsza lęk i daje nam poczucie lekkości, zadowolenia i spokoju psychicznego.

Fragment książki „Jak żyć bez lęku. 101 sposobów, aby uwolnić się od niepokoju, fobii, ataków paniki.” Książka prezentuje plan, który pomoże Ci uwolnić się od pułapki, jaką jest życie w ciągłym napięciu. Pracując nad kontrolowaniem swoich obaw i poprawą jakości życia, pamiętaj, aby żyć chwila za chwilą. Żyć spokojnie, „po kawałku”, to jeden z najlepszych sposobów na pokonanie lęku.

  1. Psychologia

Uparte dziecko - czy upór należy oduczać?

Wiele typowych cech uparciucha ma związek z jego temperamentem, czyli wrodzoną skłonnością do reagowania w określony sposób. (Fot. iStock)
Wiele typowych cech uparciucha ma związek z jego temperamentem, czyli wrodzoną skłonnością do reagowania w określony sposób. (Fot. iStock)
Uparte dziecko jest powodem wielu naszych frustracji. Nie wiemy, jak je traktować i jak reagować w konkretnej sytuacji. Nie chcemy tolerować złego zachowania. Zanim jednak zaczniemy działać, musimy zrozumieć, skąd się bierze jego upór.

Krzyczy, kopie, gryzie, pluje, wali pięściami – repertuar jego zachowa jest doprawdy imponujący. A wszystko po to, żeby postawić na swoim. Bo co by o małych uparciuchach nie mówić, jedno nie ulega wątpliwości – mają bardzo silne poczucie niezależności. To cecha skądinąd pozytywna. Sprawia, że ludzie nią obdarzeni są stanowczy, pewni siebie, zdecydowani i wytrwali. Niestety, silnemu poczuciu niezależności często towarzyszy nieustępliwość, kłótliwość i buntowniczość, a silna wola dzieci na ogół pozostaje w konflikcie z tym, co rodzice uważają za stosowne i dobre.

Dlaczego ono tak się upiera?

Wiele typowych cech uparciucha ma związek z jego temperamentem, czyli wrodzoną skłonnością do reagowania w określony sposób. Wyobraźmy sobie dwóch maluchów biegających po trawniku. Nagle się przewracają. ¯Żadnemu z nich nic się nie stało, ale jeden krzyczy i płacze, drugi natomiast sam wstaje i śmiejąc się, wraca do zabawy. Sposób, w jaki dzieci zareagowały na upadek, po części odzwierciedla różnice w ich temperamencie.

Jak uczyć spokojnego reagowania?

Niestety bywa, że pewne metody wychowawcze, jak na ironię, nasilają upór dziecka. Rodzice zapominają bowiem, że najskuteczniej uczymy się nie poprzez nakazy, napominanie, tylko przez obserwowanie przykładów (tak zwane modelowanie). Jeżeli więc sami wpadamy w złość w trudnej sytuacji, to jest wielce prawdopodobne, że dziecko zareaguje tak, jak my.

Często stosowana przez dorosłych filozofia „rób, jak mówię, nie jak robię” nie skutkuje, ponieważ modelowanie wpływa na dziecko silniej niż słowa. Dlatego nade wszystko trzeba dawać dziecku dobry przykład. Jeżeli, powiedzmy, zostaniemy wyprowadzeni z równowagi, reagujmy stanowczo, a nie agresywnie. Gdy robimy coś trudnego, bądźmy wytrwali. Niech maluch widzi, że mimo trudności, sukces jest możliwy do osiągnięcia.

Innym sposobem uczenia w ogóle, a w szczególności spokojnego reagowania, jest wzmocnienie (czyli nagradzanie, ale nie należy mylić go z nagrodami materialnymi). To klucz do umiejętności społecznych. Zasada wzmacniania jest prosta. Nagradza się zachowanie, które przynosi jakieś pozytywne efekty, co daje duże prawdopodobieństwo, że pojawi się ono w przyszłości. Trzeba jednak pamiętać, że żadne pojedyncze nagradzanie nie będzie miało istotnego wpływu na zachowanie. Pozytywne wzmocnienia działają bowiem powoli i – żeby w zauważalny sposób wpłynąć na czyjeś zachowanie – muszą się powtarzać.

W jaki sposób wzmacniamy pozytywne reagowanie dziecka? Poprzez dotyk, przytulenie, uśmiech, komplement, miłe spojrzenie, słowa zachęty. To o wiele skuteczniejsze metody niż nagrody materialne takie jak zabawki, słodycze czy pieniądze. I co ważne – takie wzmocnienia wracają potem od dzieci do rodziców. Dokładnie w takiej samej postaci, w jakiej zostały przekazane – uśmiechu, miłego słowa itp.

Jakich pułapek unikać?

Wielu rodziców najchętniej posługuje się jednak inną metodą oduczania uporu – karaniem. Ale trzeba być tu niezwykle ostrożnym, bo nadmiar kar rodzi więcej problemów, niż przynosi korzyści. Jest dla dziecka informacją, czego nie należy robić, ale nie uczy, co robić należy. Rodzi agresję. Częste stosowanie kary osłabia jej skuteczność, dlatego rodzice zaczynają karać coraz dotkliwiej, co może doprowadzić do przemocy.

Ale i wzmacnianie może mieć negatywne skutki, jeżeli nagradzamy (najczęściej w sposób nieuświadomiony) zachowania, które próbujemy wyeliminować.

Klasyczny przykład: Mama robi zakupy z malcem, a on nagle zaczyna domagać się nowej zabawki. Na nic zdają się tłumaczenia. Dziecko płacze, krzyczy, rzuca się na podłogę. Mama próbuje go uspokoić i pocieszyć. Ale to nie skutkuje. Więc zrezygnowana i zła, dla świętego spokoju, kupuje mu zabawkę.

Co się stało podczas tego zdarzenia? Nagrodzony został płacz i krzyk. Czego mały Jaś się nauczył? Że płaczem i krzykiem może nie tylko zwrócić uwagę, ale i dostać to, co chce. Następnym razem, gdy znowu czegoś zechce, prawdopodobnie zacznie płakać i krzyczeć. A my znów mu ulegniemy. Psychologia nazywa to pułapką pozytywnego wzmocnienia.

Podobny pojedynczy incydent nie wpłynie na zachowanie dziecka. Jeżeli jednak takie sytuacje będą się zdarzały częściej, może to prowadzić do eskalacji uporu. Ponieważ z pewnością nie chcemy wzmacniać złego zachowania dziecka, musimy przeanalizować swoje postępowanie. Czy nie nagradzamy złego zachowania dziecka? Jeżeli odkryjemy, że i owszem, musimy natychmiast zaprzestać tych praktyk. Nie dziwmy się jednak, że może okazać się to bardzo trudne. Stare nawyki nie tak łatwo bowiem zmienić.

Dzieci często upierają się, aby uniknąć tego, czego nie lubią. Częsty przykład: Mówisz dziecku, aby pozbierało porozrzucane zabawki. Ono tego nie robi, więc powtarzasz polecenie kilkakrotnie, aż w końcu tracisz cierpliwość i zaczynasz je strofować. Na co malec reaguje płaczem, mówi, że jesteś wstrętna i ucieka do innego pokoju. Dochodzisz do wniosku, że pozbieranie zabawek nie jest warte tylu nerwów. I w końcu robisz to sama.

Co się zdarzyło tym razem? Otóż malec nauczył się, że płacząc i uciekając od ciebie, osiąga to, że przestaje być strofowany i nie musi wykonywać poleceń. To z kolei przykład pułapki negatywnego wzmocnienia. Specyfika bliskich związków w rodzinie powoduje, że jej ofiarami są zarówno rodzice, jak i dzieci.

Amerykański psycholog Gerald Patterson przeprowadził na ten temat badania i odkrył coś, co nazwał procesem przymusowym. Zachodzi on w wielu rodzinach, w których są uparte dzieci. Ich zachowanie staje się coraz gorsze, a zdolność rodziców do kierowania dzieckiem maleje. Uparciuch coraz częściej ma napady złości, a rodzice częściej krzyczą i wymierzają coraz mocniejsze klapsy. I tak powstaje błędne koło.

Naukowcy zdefiniowali cechy, które obserwuje się u większości uparciuchów:

  • Gwałtowny sposób reagowania,
  • Trudności w przystosowaniu się do nowych sytuacji i zadań,
  • Wytrwałość. Ta cecha ma zazwyczaj pozytywne skutki, ale u uparciuchów przybiera negatywne formy. Takie dzieci są zazwyczaj zawzięte i bez przerwy czegoś się domagają,
  • Niestabilność emocjonalna. Nastroje uparciuchów ciągle się zmieniają, ale przeważają te złe. Dlatego uparty malec nieustannie marudzi i grymasi. Może to wynikać z jego temperamentu, ale także z wychowania. W jakich proporcjach? Tej kwestii nie da się rozstrzygnąć jednoznacznie. Wiele badań sugeruje, że cechy temperamentu upartego dziecka mogą się zmieniać w miarę jego rozwoju. A to znaczyłoby, że nie są one biologicznie utrwalone, ale że są to raczej pewne skłonności, które mogą być modyfikowane przez wychowanie i środowisko.

Co robić, żeby zmniejszać upór dziecka?

  • Staraj się dawać dziecku możliwość wyboru. Dzieci niemogące się spełnić, próbują osiągnąć cel upartymi naleganiami, natomiast gdy są pewne siebie – negocjują. Kiedy jednak dokonają dobrych wyborów, powinny usłyszeć słowa pochwały.
  • Nie dyskutuj, gdy dziecko coś wymusza. Wstrzymaj nalegania: „Już mi wszystko powiedziałeś, teraz muszę się nad tym zastanowić”.
  • Mów jasno o regułach postępowania, oczekiwaniach i ograniczeniach. Godzina na placu zabaw i ani chwili więcej. Dwa ciasteczka. Dla upartych dzieci chwila twojego wahania jest oznaką słabości, a jednocześnie sygnałem, co by tu można jeszcze wskórać.
  • Pozwól dziecku samemu wyznaczać granice, których nie należy przekraczać. Czasami rodzice narzucają nieposłusznym dzieciom tyle ograniczeń, że czują się one zbyt skrępowane.
  • Zachęcaj do zaprzestania marudzenia. Starszym dzieciom tłumacz, że nikt nie lubi marud.
  • Zamieniaj wadę w zaletę: Naucz dziecko, jak uporem zdobywa się laury.