1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kryzys duchowy człowieka - jak żyć w zgodzie z kosmosem?

Kryzys duchowy człowieka - jak żyć w zgodzie z kosmosem?

W zgodzie z kosmosem (Fot. iStock)
W zgodzie z kosmosem (Fot. iStock)
Jeśli człowiek żył w zgodzie z porządkiem świata przez kilkadziesiąt tysięcy lat, to czy jest możliwe, żeby w ciągu 200 lat, które minęły od rewolucji francuskiej, mógł zmienić radykalnie wszystko? – powątpiewa Joanna Tokarska Bakir, antropolożka kultury.

Mówi się o kryzysie duchowym współczesnego człowieka, i pewnie słusznie. Naprawdę trudno jest rozeznać się w tej wielości rzeczy i możliwości. Wpadliśmy we własną sieć?
Można powiedzieć, że mocno się w tej sieci zaplątaliśmy. Od początku, czyli od epoki, którą umownie można by nazwać oświeceniową, chodziło nam przede wszystkim o wolność, to znaczy o zwiększenie pola wyboru. O to, żeby nie było przymusów, żeby można było iść w lewo albo w prawo, ożenić się z tą kobietą albo wyjść za nie tego mężczyznę, którego nam rodzice przeznaczyli.

To źle?
Nie, ale to pole wyboru zwiększyliśmy tak kolosalnie, że objęło ono także te dziedziny życia, które wcale nie chcieliśmy, żeby objęło. Co więcej, okazało się, że ten proces nie daje się zatrzymać.

Trudno, żeby zatrzymać świat. Technika idzie nieprawdopodobnie do przodu i choćby stąd konieczność nowych wyborów.
Czy to aby na pewno konieczność? Dam taki przykład. Widziałam najnowszy model telefonu, taki „wszystko mający”: możliwość odbioru Internetu, odtwarzania filmów. I pomyślałam sobie, że gdybym go nabyła, to byłaby moja zguba. Przez pewną część roku odosabniam się z wyboru w schronisku, w którym nie ma Internetu, gdzie mogę pisać i być sama ze swoimi myślami. A gdybym miała taki telefon, pewnie nie mogłabym oprzeć się pokusie, żeby sprawdzić pocztę.

Bez możliwości wyboru trudno wyobrazić sobie dziś życie!
To prawda, wybór oznacza wolność. Ale jednocześnie jest to niesamowite brzemię, z czego nie wszyscy zdajemy sobie sprawę.

Na czym to brzemię polega?
Na nieustannym niepokoju, jaki nam towarzyszy. Człowiek przystosowany jest tylko do pewnej liczby wyborów i decyzji. Niektóre podejmuje za nas organizm, np. kiedy się należy bać – czujemy to, nasze ciało nam to mówi. A dziś coraz bardziej wchodzimy w kompetencje naszego organizmu i chcemy decydować np. o płci dziecka, o momencie swojej śmierci. Nie wypowiadam się tu na temat etycznych aspektów tych decyzji, tylko mówię o zwiększeniu pola wyborów.

Coraz więcej ludzi skarży się dziś, że nic nie sprawia im radości: ani pieniądze, ani sukcesy zawodowe. Może szczęśliwi nie czujemy się właśnie dlatego, że brakuje w naszym życiu Boga, duchowości?
Fundamentalne pytanie człowieka brzmi: Po co to wszystko? Kazimierz Obuchowski [psycholog] uważa, że są dwie specyficznie ludzkie potrzeby: uogólnionego poznania świata i sensu życia. Obie są ze sobą związane, ani jednej, ani drugiej nie mają zwierzęta. I obie mają związek z sacrum. Ale dziś przypominamy sobie o sacrum trochę w taki dziecinny sposób. Myślimy sobie: tego nie mam, tamtego mi brakuje, to może dorzucę do tych niezaspokojonych potrzeb jeszcze sacrum. To odwrócenie wszystkiego, czym w istocie jest sacrum i czym było dla człowieka od czasów górnego paleolitu.

No to czym jest i było?
Uporządkowanym kosmosem, w którym człowiek ma miejsce, do którego przynależy, ale w którym to nie on jest najważniejszy. Współcześni ludzie uważają zaś, że człowiek zawsze jest w centrum i że sam może coś z sacrum zrobić: raz użyje Boga do tego, drugi raz do czegoś innego, ale zawsze to on jest sprawcą i podmiotem. Tymczasem jeśli mamy poważny stosunek do sacrum, to powinniśmy raczej poszukać przynależności, czegoś większego od siebie, no, ale przynależność oznacza – co nie jest dziś popularne – wyciszenie się, słuchanie, a może nawet posłuszeństwo, podporządkowanie… Czy mam na pewno mówić dalej?

Mów, mów, jeśli chcesz mieć wrogów.
Nie są to tak przyjemne pojęcia, jak „wybór”, „wolność”, „moje potrzeby”. Kto lubi się samoograniczać? Tyle że jeśli nie poznamy tego prawdziwego porządku, tej całej siatki współzależności we wszechświecie (ona nie jest opisana w książkach, trzeba ją sobie zrekonstruować w rozmowie ze sobą i światem), będzie nam bardzo trudno.

Czy w dzisiejszym świecie nie jesteśmy w tym względzie skazani  na porażkę? Jeśli człowiek żył w zgodzie z odwiecznym porządkiem przez kilkadziesiąt tysięcy lat, to czy jest możliwe, żeby w ciągu 200 lat, które minęły od rewolucji francuskiej, zmienił wszystko radykalnie? Mamy w sobie wiedzę o sacrum, tylko trzeba ją sobie przypomnieć. Mircea Eliade pięknie to ujął, pisząc, że sacrum nie jest fazą w rozwoju człowieka, tylko elementem jego duszy, struktury jego świadomości. Jest jego częścią.

 
Optymistyczne jest więc to, że nie musimy szukać daleko.
Ale po tym optymistycznym stwierdzeniu musi przyjść ostrzeżenie. Fatalną stroną zwiększenia puli wyborów są trudności ze znalezieniem wskazówek, jak się uczyć żyć. Wykorzystują to np. sekty, do których lgną ludzie właśnie dlatego, żeby tę pulę wyborów zmniejszyć. Zarówno sekty, jak i fundamentalizmy religijne są właśnie takimi sposobami patologicznego ograniczania wolności i odnajdywania na skróty tej siatki współzależności z kosmosem, w obrębie której człowiek czuje się bezpieczny, w której zredukujemy niepokój. Przez wpadanie z choroby w chorobę nie da się wyzdrowieć.

Nie da się uniknąć rozmowy z samym sobą, to jest najbardziej deficytowe zjawisko współczesności. Jesteśmy zagłuszeni i odurzeni, nikt nie uczy nas tej rozmowy. Nie potrafimy słuchać siebie, jak więc moglibyśmy umieć słuchać innych. Na przykład studentów uczy się, że w nauce słuchanie nie jest ważne, że znaczenie ma tylko mówienie. Ludzie przychodzą dziś na studia w przekonaniu, że dopiero tu będą się mogli wypowiedzieć. Mają wdrukowaną potrzebę gadania, nie słuchania. W Akademii Platońskiej było tak, że dopiero po kilku latach słuchania student miał prawo się odezwać, i to w dodatku nie gadając, ale zadając pytanie. Po tym pytaniu poznawano, na jakim jest poziomie. Zresztą czy można się dziwić, że młodzi ludzie zbuntowali się przeciwko słuchaniu, skoro było tyle nadużyć autorytarnego modelu wychowania, w którym całkowicie i bez sensu odbierano im głos.

Dawnemu człowiekowi poczucie bezpieczeństwa dawały rytuały. My traktujemy je coraz częściej jak ornament.
Można by powiedzieć, że rytuały to narzędzia oswajania kosmosu, ale w tej definicji jest coś z niewłaściwej relacji człowiek – kosmos, w której znów czynimy kosmos sobie podległym. Powiem więc tak: rytuał to coś, co doprowadza nas do zgody z kosmosem, to sposób odnawiania przynależności do niego. Nie jesteśmy jego panami, tylko częścią.

Jak odnaleźć to, co jedni nazywają szczęściem, inni duchowością, a jeszcze inni łącznością z kosmosem?
Nie ma prostej odpowiedzi na to pytanie. Każdy z nas powinien spytać siebie: „Po co żyję?”, i wierzyć, że dla każdego z nas jest odpowiedź. Nie możemy uciekać się do łatwych rozwiązań, ale starać się zrekonstruować tę rozciągniętą przez pokolenia siatkę współzależności, w którą jesteśmy wpisani. Może jakąś wskazówką postępowania jest dobrowolne samoograniczanie własnej wolności, jeśli prowadzi to do zwiększenia dobra na świecie. W samoograniczeniu jako pewnej drodze, w której mamy na oku dobro większe niż tylko nasze własne. W ogóle doradzałabym przyglądanie się temu, co jest większe ode mnie i czego jestem częścią, i żyłabym z tym w zgodzie.

Joanna Tokarska Bakir - doktor habilitowany, kierowniczka  Katedry Antropologii Kulturowej Collegium Civitas, wykładowczyni w Instytucie  Stosowanych Nauk Społecznych UW. Autorka książek „Rzeczy mgliste” oraz „Obraz osobliwy. Hermeneutyczna lektura źródeł etnograficznych”.  Pomysłodawczyni i redaktorka serii antropologicznej PWN.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Bez wolności nie ma bliskości

Bez wolności nie jest możliwe zbudowanie prawdziwej, zdrowej bliskości. (Fot. iStock)
Bez wolności nie jest możliwe zbudowanie prawdziwej, zdrowej bliskości. (Fot. iStock)
Wolność jest dla człowieka jak powietrze, musi ją mieć, by żyć, tak jesteśmy skonstruowani. Ale jednocześnie jesteśmy też tak skonstruowani, że musimy wyznaczać jakieś ramy tej pierwotnej potrzebie. O tym, gdzie leżą granice wolności w relacji, mówi psychoterapeutka Iza Falkowska-Tyliszczak.

Mogłoby się wydawać, że dobra relacja poszerza nasze horyzonty, a nie je zawęża – zyskujemy, a nie tracimy. Tymczasem utarło się na przykład, że wieczór panieński czy kawalerski, które poprzedzają wejście w związek, są ostatnim oddechem wolności.
Wchodząc w związek, robimy miejsce w naszej codzienności dla drugiego człowieka, udostępniamy fragment swojej przestrzeni. Wydaje mi się, że słowo „udostępniamy” jest tu bardziej właściwe niż słowo „oddajemy”. „Udostępnić” znaczy dobrowolnie umożliwić komuś podejście blisko do siebie. Dlaczego więc utarło się, że wejście w relację to wyrzeczenie się wolności? Mam wrażenie, że bardzo wybiórczo myślimy o wolności, że interpretacja tego pojęcia jest okrojona. Generalnie emocjonalny rozwój człowieka możemy podzielić na trzy zasadnicze fazy. Pierwsza to zależność, kiedy po prostu w pełni zależymy od naszych opiekunów, druga faza to przeciwzależność, kiedy „wyodrębniamy siebie” – do tego konieczny jest bunt, aż w końcu „dopływamy” do wolności, czyli trzeciej fazy. Ta dojrzała wolność oznacza możliwość wyboru, decydowania o sobie. Dość często tę trzecią fazę mylimy z drugą – uważamy, że wolność to bunt, to wyrwanie się z jakiegoś uwięzienia, to powiedzenie „nie”, a najlepiej wykrzyczenie tego „nie”. Tymczasem właściwie pojmowana wolność dokładnie w tym samym stopniu dotyczy sprzeciwu co aprobaty. Wolność to przecież także możliwość powiedzenia „tak”. Więc równie dobrze można powiedzieć, że wieczór panieński czy kawalerski, a potem sam ślub to pochwała, świętowanie wolności. I ta wolność w związku jest bardzo potrzebna.

Czemu ona służy?
Bez wolności nie jest możliwe zbudowanie prawdziwej, zdrowej bliskości.

Na pierwszy rzut ucha mogłoby się wydawać, że jest odwrotnie…
Przytoczę fragment pewnego wiersza Wisławy Szymborskiej pt. „Jestem za blisko, żeby mu się śnić”. Brzmi tak:

„Jestem za blisko, żeby mu się śnić. Nie fruwam nad nim, nie uciekam mu/pod korzeniami drzew. Jestem za blisko. [...] Za blisko, żebym mogła wejść jak gość,/przed którym rozsuwają się ściany./[...] Ja jestem za blisko, żeby mu z nieba spaść”.

Chodzi o to, że bliskość prawdziwie rozumiana wiąże się z zachowaniem części wolności. Inaczej nie mamy do czynienia z bliskością, tylko z symbiozą, która tak naprawdę w dorosłym życiu, z wyjątkiem krótkich chwil intymności seksualnej, jest powrotem do dziecięcego sposobu przeżywania, a to nie służy ani żadnemu z partnerów, ani samej relacji. Dystans jest potrzebny, a nawet konieczny. Konieczny jest jakiś rodzaj zaskoczenia. To, co ludzie często uważają za ogromną zaletę, zdobycz, mówią z dumą: „Znam go/ją na wylot”, jest w gruncie rzeczy kłodą dla związku, bo to już jest za blisko, by… mu się śnić. Każdy z partnerów musi mieć swoją przestrzeń, swoją wolność właśnie, swój świat. Powiedziałyśmy na samym początku, że wchodząc w relację, jakiś fragment swojej przestrzeni udostępniamy drugiemu człowiekowi, to bardzo ważne, ale równie ważne wydaje mi się dbanie o to, by mieć taki fragment, którego mu nie udostępnimy.

Jednak ta wolność musi mieć jakieś ramy, granice. Można je ustalić? A może wręcz należy je ustalić?
Jeśli pytasz o spisanie tych granic w punktach, myślę, że to ma sens jedynie w sytuacjach kryzysowych, to znaczy wtedy, kiedy już jedna ze stron wyraźnie zasygnalizowała, że poczucie wolności tej drugiej strony przekracza jej próg, że w jakiś sposób została zraniona. Jednak takie wytyczanie granic a priori wydaje mi się niemożliwe, sztuczne, bez sensu. Życie zawsze nas zaskoczy. Tu raczej konieczne jest rozeznanie na bieżąco, przy każdej kolejnej „okazji”, tu konieczna jest możliwość dialogu. Wyobrażam sobie na przykład sytuację, kiedy partner ma od dzieciństwa przyjaciółkę. Głupim byłoby oczekiwanie czy wymaganie, że teraz, gdy ma żonę, z tej przyjaźni zupełnie zrezygnuje. Ale istotne jest, w jaki sposób będzie tę przyjaźń teraz „realizował”. Czy na przykład będzie nadal, tak jak kiedyś, gdy był singlem, zwierzał jej się z intymnych spraw, czy będzie wciąż spędzał z nią tyle samo czasu co wcześniej, czy będzie chciał spotykać się zawsze z nią sam, bez obecności swojej żony itd. Wyobrażam sobie związek, są takie, w którym każde z partnerów ma swoje grono znajomych i spotykają się z nimi w pojedynkę. Ale… nikt nie czuje się nieważny czy mniej ważny od przyjaciółki, kumpla. I może to poczucie jest jedną z takich granic wolności w relacji.

Wolność jest dla człowieka jak powietrze. Ale jednocześnie musimy wyznaczać jej jakieś ramy. (Ilustracja: Malwina Kuna-Mieczkowska) Wolność jest dla człowieka jak powietrze. Ale jednocześnie musimy wyznaczać jej jakieś ramy. (Ilustracja: Malwina Kuna-Mieczkowska)

Mówimy często, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka.
No właśnie, a ja dodałabym jeszcze, że nasza wolność w związku kończy się tam, gdzie zaczyna się dobrostan partnera. Tę granicę wyznaczać może zatem właśnie poczucie ważności. Jeśli żona zaczyna czuć się drugoplanowa, nieważna czy mniej ważna od znajomej, koleżanki z pracy albo przyjaciółki, to może oznaczać, że przekroczona jest granica wolności. Tu może mieć znaczenie także jakiś rodzaj symetrii, to znaczy, czy to tylko jedna ze stron „żyje swoim życiem”, a druga w tym czasie zawsze czeka w domu, czy obie strony „rozchodzą się” raz na jakiś czas, by potem do siebie wrócić. Myślę, że granicą wolności jest też poczucie lojalności w relacji. Czyli jeśli moja partnerka czuje, że nie byłem wobec niej lojalny, bo właśnie na przykład zwierzyłem się z jakichś ważnych rozterek przyjaciółce, a nie jej, to może być to także przekroczeniem granicy wolności w tej relacji. Jednak to są trudne sytuacje, bo to poczucie przekroczenia granicy wolności bywa subiektywne.

Ale rozumiem, że poczucie bycia zranioną jest jednak takim wyznacznikiem.
Przy założeniu, że to dojrzała relacja, a raczej że to dwoje względnie dojrzałych osób ją tworzy, wtedy zdecydowanie tak.

Są wyznaczniki przekroczenia tych granic wolności „wewnętrzne”, tak jak wspomniane poczucie nieważności czy zranienia. A czy są – i jeśli tak, to jakie – wyznaczniki „zewnętrzne”?
Myślę, że są takie kategorie „zewnętrzne” niejako ponad ustaleniami konkretnej pary. I taką kategorią wydaje się na przykład nasza tożsamość kulturowa. To znaczy, niezależnie od naszego stosunku do religii, wyrastamy z korzenia tradycji judeochrześcijańskiej, w związku z tym siedem z dziesięciu przykazań to jest coś, co stanowi granice wolności, także w relacjach osobistych. Kolejna kategoria to prawo. Oczywiście, zdrada w związku nie jest karana, ale jest ona argumentem, który może przesądzić podczas rozwodu o zawyrokowaniu winy jednej ze stron. Czyli, pośrednio, te granice wolności odnoszące się do relacji osobistych warunkuje także prawo.

A jaki wpływ na nasze granice wolności czy w ogóle interpretację pojęcia „wolność” ma nasz dom rodzinny, to, w czym wyrastaliśmy?
Z pewnością istnieje jakiś rodzaj przekazu generacyjnego, istotnie „nosimy” w sobie różne wzory.

Myślę na przykład o mężczyźnie, który wychował się w domu, w którym zupełnie normalne, naturalne było, że ojciec spędzał wieczory z kumplami, a matka odgórnie „przydzielona” była do opieki nad dziećmi. Dla niego taki schemat mieści się w granicach wolności mężczyzny.
Może być tak, że się w tych granicach mieści i on będzie robił dokładnie to samo, sądząc, że ma do tego pełne prawo, ale może być też tak, że jeśli patrzył na cierpienie matki, nie powieli tego schematu i jej cierpienie uzna właśnie za wyznacznik przekroczenia granicy wolności. Pytanie tylko, czy ta matka pokaże, że cierpi, albo wręcz w ogóle będzie sama wiedziała, że cierpi. Bo czasem jest tak, że ktoś nasze granice dalece przekracza, ale my, z różnych powodów, nie zdajemy sobie z tego sprawy, nie dopuszczamy tego do siebie. Przytoczę tu film „Zawieście czerwone latarnie”. Obserwujemy harem pewnego chińskiego możnowładcy. Norma kulturowa dopuszcza, że mężczyzna może mieć wiele żon, czyli mamy tu naszą „zewnętrzną” granicę wolności formalnie nieprzekroczoną. Kobiety teoretycznie pogodzone są z sytuacją, bo ta jest „normalna”. Tymczasem ten film jest opisem potwornej walki, rywalizacji między kobietami, u której źródła leży straszliwe cierpienie większości z nich z powodu tego, że jest ich więcej niż jedna. Choć nie zdają sobie sprawy z tego, dlaczego walczą… Czyli tu istnieje kolejna trudność, kultura mówi ci, że nie powinnaś cierpieć, a ty czujesz coś innego i szukasz dla tego ujścia. Chodzi mi o to, że te granice nie zawsze są uchwytne. Nie zawsze czujesz, że twój mąż przekracza twoje granice wolności, czasem zaczyna cię po prostu na przykład coraz częściej boleć głowa. Nie wiesz, co ci jest, chcesz zrobić tomografię, a tam nic nie znajdziesz, bo chodzi o to, że czujesz się mniej ważna od koleżanki męża, z którą on od miesiąca prawie codziennie zjada lunch i rozmawia o czymś więcej niż pogoda.

Wolność jest dla człowieka jak powietrze, musi ją mieć, by żyć, tak zostaliśmy skonstruowani. Ale jednocześnie jesteśmy też tak skonstruowani, że musimy wyznaczać jakieś ramy tej naszej pierwotnej potrzebie.

  1. Psychologia

Człowiek pokorny wie, że nie ma doskonałości

Człowiek pokorny wie, że nie da się żyć idealnie. Fajnie jest się rozwijać, ale nie ma co przed sobą udawać, że droga rozwoju prowadzi do doskonałości. (Fot. iStock)
Człowiek pokorny wie, że nie da się żyć idealnie. Fajnie jest się rozwijać, ale nie ma co przed sobą udawać, że droga rozwoju prowadzi do doskonałości. (Fot. iStock)
Pokora jest zrozumieniem, że nieszczęście nie spada na mnie dlatego, ponieważ na nie zasłużyłam, tylko tak po prostu funkcjonuje świat. Człowiek pokorny nie ma potrzeby wywyższania się. Ludziom pokornym żyje się łatwiej. 

Wielu ludzi się dziwi, gdy im się mówi, że pokora to coś bardzo pozytywnego. Dla części z nich wiąże się ona bowiem przede wszystkim z religią i uniżeniem, a może nawet poniżeniem. Tak jak odrzucamy słowo „litość” i nie chcemy, by ktoś się nad nami litował, tak samo nie chcemy być pokorni, bo wydaje nam się, że ktoś pokorny daje sobie postawić but na karku i zaprzecza swojej wartości. Guzik prawda. Będąc młodą zbuntowaną dziewczyną, też miałam taką wizję pokory. Za żadne skarby nie chciałam być pokorna wobec matki. Byłam przekorna, zbyt ostra, nieustannie walczyłam. Zbliżyłam się do niej dopiero długo po wyprowadzce z domu. Wreszcie dotarło do mnie, że nie muszę walczyć ze światem. Wróciłam też do duchowości (nie mylić z religią). A jak jest duchowość, to jest i pokora.

Do prawdziwej pokory trzeba dojrzeć. Z czasem doszłam do tego, że to jest po prostu zgoda na to, co się dzieje. Przeciwieństwo roszczeniowości, obrażania się na świat, pychy. Człowiek pokorny wcale nie uważa, że jest mniej ważny niż inni, wie, że jest tak samo ważny. Pokora jest zrozumieniem, że nieszczęście nie spada na mnie dlatego, ponieważ na nie zasłużyłam, tylko tak po prostu funkcjonuje świat.

Jakoś nie dziwi nas, gdy nie poszczęści się komuś innemu. A jak to dotyka nas, pytamy, dlaczego ja. Zdarza się, że dzieci umierają na nowotwór, a my pytamy, dlaczego nasz rodzic zachorował na tę chorobę. Otóż z tego samego powodu.

Może to właśnie religia przyczyniła się do tej niechęci do pokory swoimi nakazami typu: „Zły grzeszniku, kajaj się, posyp sobie głowę popiołem”. Bo religijnie pokora wiąże się przecież z uznaniem grzechów, a więc w pewnym sensie z myśleniem, że jestem jakaś gorsza i należy mi się kara. Z drugiej jednak strony – stoi za nią przekonanie, że źródłem wszystkiego jest Bóg i że wszyscy jesteśmy przed nim równi. Widzę w tym pewne niebezpieczeństwo – ślepa ufność pokładana w Bogu łatwo może się zmienić w myśl, że ja nic nie mogę, będzie tylko tak, jak Bóg zechce. Tymczasem do własnych poczynań lepiej Boga nie mieszać, bo to my za nie odpowiadamy.

W Polsce wszyscy czują się spadkobiercami tradycji szlacheckiej, a przecież przytłaczająca większość społeczeństwa to byli chłopi. Cóż, nie bardzo sobie radzimy z poczuciem własnej ważności i wartości. Dlatego potrzebujemy podpórki w postaci – często wymyślonego – szlacheckiego pochodzenia. I dlatego też myślimy, że jak przychodzi nam się na coś godzić, to znaczy, że ktoś nas wziął pod but. Podejrzewamy, że kryje się za tym rodzaj poniżenia, wykorzystywania.

Pokora przynosi ulgę, o czym najczęściej nie wiemy. Jej sedno oddaje modlitwa o pogodę ducha, do której często się odwołuję

„Boże, użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić, i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego”.

Jeśli przyswoimy tę treść, przestajemy się szamotać. Bo mamy świadomość swoich ogromnych możliwości, ale też ograniczeń. Nawet jeśli mam wielkie zasoby, nie mogę wszystkiego. Jeśli jestem pokorna naprawdę, potrafię sobie wybaczać. Nieustanne żale i pretensje do siebie i innych oznaczają, że nasza pokora jest tylko deklarowana. Swojej pokory nauczyłam się powoli, pomogły mi spotkania z różniącymi się ode mnie  ludźmi, którzy byli zadowoleni z siebie, robiąc rzeczy może nie najważniejsze dla wszystkich, ale takie, które chcieli i lubili. To był przykład samoakceptacji. Często przykro patrzeć, jak ktoś nieustannie stara się być kimś innym, lepszym od siebie samego.

Na czym polega pokora wobec życia? Podam jeszcze przykład dotyczący związków, a konkretnie mojego partnera Edka, z którym jestem najdłużej, bo ponad 30 lat, choć z przerwami. Jestem na tyle dorosła, żeby wiedzieć, że jeden mężczyzna to każdy mężczyzna, a jedna kobieta to każda kobieta. Mówiąc jaśniej, wiem, że nie mogę sobie powybierać fajnych cech i potem znaleźć mężczyzny, który je wszystkie będzie miał. Dostaję partnera, jaki jest. Niektóre rzeczy w nim uwielbiam, innych nie znoszę, jeszcze inne toleruję. Tych pierwszych jest na tyle dużo, że pozostałe mają mniejsze znaczenie. Biorę pełen zestaw, to jest też pokora. My się z Edziem coraz bardziej lubimy, coraz bardziej się siebie uczymy znosić. Dajemy sobie prawo do tego, że czasem każde z nas jest nie do wytrzymania. Moją pokorą jest zgoda na niego, a jego pokorą jest zgoda na mnie. Wiem, że on mnie nie idealizuje, ale też nie odrzuca, gdy bywam niefajna albo gdy się zdarzy, że nie spełnię jego oczekiwań i marzeń. Człowiek pokorny wie, że nie ma doskonałości, nie da się żyć idealnie. Fajnie jest się rozwijać, ale nie ma co przed sobą udawać, że droga rozwoju prowadzi do doskonałości. Oszukiwanie się, że możemy być doskonali, jest niebezpieczne, prowadzi nas choćby do perfekcjonizmu, który unieszczęśliwi nas i naszych bliskich. Stąd tylko krok do stawiania siebie ponad innych. Człowiek pokorny nie ma potrzeby wywyższania się. Nie musi się porównywać, wie, że jeden jest lepszy w tym, drugi w czymś innym. Pokora jest oparciem, miejscem regeneracji.

Fragment książki „Życie od A do Z”, w której Katarzyna Miller po raz kolejny dzieli się z czytelnikami swoim terapeutycznym doświadczeniem. Autorka nie ucieka przed trudnymi tematami ani przed podpowiadaniem konkretnych rozwiązań, ale też zachęca do autorefleksji. Nie brakuje tu jej dosadnego poczucia humoru, ciepła, a przede wszystkim – szczerości, dzielenia się bardzo osobistymi historiami. Książka powstała dzięki rozmowom z Dariuszem Janiszewskim, redaktorem „Zwierciadła”.

  1. Styl Życia

Czy każdy z nas ma szansę na oświecenie?

Wszyscy jesteśmy więźniami naszych pomysłów, idei, teorii, konceptów, sposobu myślenia, opinii. Skoro jednak zbudowaliśmy własne więzienie, to mamy klucz, żeby siebie z niego wypuścić (fot. iStock)
Wszyscy jesteśmy więźniami naszych pomysłów, idei, teorii, konceptów, sposobu myślenia, opinii. Skoro jednak zbudowaliśmy własne więzienie, to mamy klucz, żeby siebie z niego wypuścić (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Czy można osiągnąć oświecenie w jedno popołudnie? Roshi Genpo Merzel, mistrz zen, twierdzi, że tak. Chodzi o to, by przestać się utożsamiać z głosem, a właściwie głosami, jakie ciągle słyszymy w swojej głowie.

Czy można osiągnąć oświecenie w jedno popołudnie? Roshi Genpo Merzel, mistrz zen, twierdzi, że tak. Chodzi o to, by przestać się utożsamiać z głosem, a właściwie głosami, jakie ciągle słyszymy w swojej głowie. I nie oznacza to wielogodzinnej medytacji w ciszy, ale rozmowę w luźnej atmosferze. A gdy robi się zbyt poważnie, Roshi przerywa i mówi: „Nie macie z tego w ogóle żadnej radości!”

Ponad 50 osób na sali. Większość z nich uczestniczyła w porannych warsztatach Roshiego, ale z ciekawości i potrzeby przyszli także na popołudniowe. Roshi śmieje się, że choć już są oświeceni, to jednak dopiero od kilku godzin, więc jest nad czym pracować. W końcu jemu przejście od niedojrzałej fazy bycia oświeconym do tej dojrzałej zajęło 15 lat. Roshi Dennis Genpo Merzel (Genpo jest jego buddyjskim imieniem) jest mistrzem zen (Roshi oznacza mistrza), uczniem słynnego mistrza Taizana Maezumiego. Założył międzynarodową grupę buddyzmu zen Kanzeon International Sangha z siedzibą w Salt Lake City. Polską grupę przez długi czas prowadziła jego spadkobierczyni, Małgorzata Braunek.

Zrzuć skorupę

– Czy wiecie, jak rosną homary? – zaczyna Roshi. – To ciekawe, bo robią to dokładnie jak my – dodaje. Otóż homar rośnie wewnątrz swojej skorupy, a gdy ta staje się zbyt ciasna i zaczyna go uwierać, długo waha się, czy ją zrzucić. Pozbycie się jej uczyni go wprawdzie bezbronnym, ale pozostawienie jej skazuje go na ból. W końcu homar zrzuca skorupę, chowa się pod skałą i czeka, aż wyrośnie mu nowy pancerz. Tak się dzieje za każdym razem, gdy skorupa znowu okazuje się za mała. Podobnie jest z ludźmi, tyle że naszą skorupę tworzą przekonania, sposób myślenia, nawet nasze opinie. Jesteśmy tak do nich przywiązani, że wolimy mieć rację niż być szczęśliwi. I w końcu ta potrzeba posiadania racji zaczyna nas uwierać, ale boimy się, że – porzucając swoje przekonania i opinie – staniemy się bezbronni. Praktyka zen mówi, że trzeba zrzucić skorupę. – Nikt nie robi skorupy dla homara, on sam ją wytwarza. W jakimkolwiek więzieniu jesteś, sam je sobie budujesz – kończy Roshi i dodaje: –  Mam dla was dobrą i złą wiadomość. Zła jest taka, że wszyscy jesteśmy więźniami naszych pomysłów, idei, teorii, konceptów, sposobu myślenia, opinii, nawet jeśli przyszły od innych autorytetów, to przyjęliśmy je jako swoje. Dobra wiadomość jest taka, że skoro zbudowałeś własne więzienie, to masz klucz, by siebie z niego wypuścić. Nie ma zewnętrznego autorytetu, który mógłby ci pomóc. Możesz liczyć na to, że praktyka zen cię wyzwoli, ale drzwi musisz otworzyć sam – kończy.

Gdy Budda przebudził się ze swojego koszmaru, iluzji, powiedział: „Jestem przebudzony. I wszyscy inni też są, tylko że ja to sobie uświadamiam, a inni jeszcze nie”. – Jesteście całkowicie przebudzeni, tylko w to nie wierzycie. Wolicie inwestować w prawo do posiadania racji niż w bycie wolnym i szczęśliwym – mówi Roshi. – Kiedy w końcu zrzucamy swoją skorupę, stajemy się bezbronni. Podobnie kiedy tracimy kogoś, kogo kochamy, przechodzimy wtedy przez proces żałoby i smutku, który czyni nas bezbronnymi. Mówimy, że mamy złamane serce, ale ono jest tylko odsłonięte, bo pękła otaczająca je skorupa. I chociaż jesteśmy wtedy bezbronni, to z drugiej strony właśnie teraz możemy poczuć prawdziwą bliskość. Kiedy przechodzimy proces smutku i żałoby, ciężko jest nam zobaczyć w nim coś pozytywnego. Ale jeśli przejdziemy przez ten trudny czas, wszystko się zmieni. Zaczniemy dostrzegać jasną stronę sytuacji, dojrzejemy – puentuje Roshi. I proponuje: – A teraz zróbmy trochę Big Mindu.

Głosy w nas

Big Mind to słowo klucz tych warsztatów. Autorska metoda rozwoju osobowości Roshiego Genpo, proces, który prowadzi do oświecenia. Big Mind łączy w sobie mądrość Zachodu i Wschodu, czerpiąc zarówno z mistycznych doświadczeń autora i praktyki zen, w tym medytacji, jak i z psychologii głębi, technik psychologii Gestalt oraz terapii Junga, jako że mistrz sam przed laty był terapeutą Gestalt. Roshi wykorzystał tu zwłaszcza metodę Hala i Sidry Stone’ów, pary terapeutów, który stworzyli tzw. Dialog z Głosami. Koncepcja ta zakłada istnienie w człowieku kilku osobowości, które często dochodzą do głosu, i z którymi błędnie identyfikujemy się, jako z prawdziwym „ja”. Podczas rozmowy z tymi osobowościami przenosimy je do naszej świadomości, dzięki czemu przestają nami rządzić. Tę samą metodę rozmowy z głosami możemy wykorzystać w rozwoju duchowym, podczas kontaktu z Absolutem, czyli właśnie Big Mind, Wielkim Umysłem.

Prosimy o rozmowę z głosami, by poznać ich prawdziwą naturę, zdecydować, czy chcemy być oświeceni i przejąć odpowiedzialność za swoje życie, czy też pozostać nieświadomi i żyć w złudzeniu, a tym samym pozwolić, by głosy nami kierowały.

Bąbelek, który chce być większy od oceanu

Kluczowym pojęciem w Big Mind jest „self” czyli „ja”. To nasz Umysł Dualny, głos, z którym mamy do czynienia na co dzień, z którym się utożsamiamy. W rzeczywistości to głos ograniczony, a jednocześnie różnicujący świat na tu i tam, nas i innych, podmiot i przedmiot, złe i dobre. Aby wyjść poza te ograniczenia, musimy skontaktować się z Umysłem Niedualnym, który nie rozróżnia, nie ocenia, tylko obserwuje – Absolutem.

Jak mówi Roshi, „self” uważa siebie za najważniejsze, ustawia siebie w centrum wszechświata. – Nasza prawdziwa natura to ocean, a „self” jest jedynie bąbelkiem na jego powierzchni. Tych bąbelków jest milion i każdemu z nich się wydaje, że jest najważniejszy i nie może pęknąć, bo świat się wtedy rozpadnie. Ten bąbelek zbudowany jest z naszych napięć – tłumaczy Roshi. – Dlatego tak bardzo boimy się śmierci i utraty siebie. Tak długo jak identyfikujemy się z bąbelkiem, tak długo jesteśmy spięci, zestresowani. Żeby się rozluźnić, musimy puścić bąbelek. Boimy się jednak, że wówczas stracimy pewną wersję siebie, w którą wierzymy. To prawda, stracimy ją, ale wtedy staniemy się oceanem, czyli naszą prawdziwą naturą – dodaje.

Przejmij odpowiedzialność

Roshi: Czy mogę rozmawiać z głosem, który jest już oświecony, ale „self” sobie tego jeszcze nie uświadomiło? Powiedzcie, jak zachowuje się „self”, kiedy nie wie, że jest oświecone? Uczestnicy: Jest pełne lęku.

Jaki to lęk? Przed nowym, przed wszystkim, przed śmiercią, chorobą, samotnością, odrzuceniem, utratą kontroli.

Jak zachowuje się „self” pod wpływem lęku? Ocenia, kontroluje sytuację, zrzuca odpowiedzialność na inne osoby. Koncentruje się na wizerunku, myśli o tym, jak inni je odbierają, cały czas ocenia, czy sytuacja jest dobra czy zła.

– Kiedy rozmawiamy z głosem, który jest oświecony, to, co z was wypływa, nazywamy mądrością – tłumaczy Roshi. – Ale wyobraźcie sobie, że rozmawiamy z kimś, kto jest oświecony, ale „self” tego jeszcze nie wie. Budda nazwał ten stan złudzeniem. Choć jesteśmy oświeceni, zachowujemy się jak nieświadomi. Jesteś tu cały czas – oświecony – ale „self” nie wierzy, że tu jesteś. Nie wierzy, bo nie chce uwierzyć, że jest całkowicie odpowiedzialne za swoje życie. Dlatego wybiera złudzenie. Wiedząc, jak się sprawy mają, dostajemy klucz i wolność wyboru. Możemy powiedzieć: „Wybieram bycie w złudzeniu, nieświadomości”, ale możemy też wybrać niebycie w złudzeniu. A kiedy coś wybieramy, bierzemy za to odpowiedzialność – kwituje Roshi. I dodaje, by rozluźnić poważną atmosferę: – Mój nauczyciel powiedział, że woli żyć w złudzeniu, bo to jest zabawniejsze.

Warsztaty trwają. Genpo po kolei rozmawia z pełni oświeconym, świadomym, przebudzonym „ja”, oraz z nieświadomym „ja”, które nie wie, że żyje w złudzeniu. Za każdym razem pyta głosy, jak się czują w danej sytuacji. Na koniec prosi o rozmowę z głosem, który obejmuje w pełni świadome i oświecone „ja” oraz w pełni nieświadome, żyjące w złudzeniu „ja”.

– Kiedy ktoś myśli, że jest oświecony, to pozostaje nieświadomy, w złudzeniu, a gdy ktoś myśli, że żyje w złudzeniu, to właśnie jest oświecony. To od nas zależy, czy jesteśmy jednym czy drugim – podsumowuje Roshi. – Do nas należy głos Ostatecznego Autorytetu. Nie znajdziemy w tej kwestii akceptacji pochodzącej z zewnątrz, czyli tam, gdzie autorytetu szuka nasze dualne „self”. To my jako ostateczny autorytet musimy zaakceptować, przyjąć nasze „self” takim, jakim ono jest, z pełnym uznaniem.

Czy czuję się oświecona? Raczej zdezorientowana. Ale pocieszam się, bo po pierwsze praktyka czyni mistrza (dosłownie!), a po drugie, jak mówi Roshi, różnica między oświeceniem a nieświadomością jest taka, że złudzenie uważa, że jest jakaś różnica między tymi stanami, a oświecenie wie, że jej nie ma.

Jak patrzeć na siebie z boku? - wyjaśnia Roshi Genpo Merzel

Jak na co dzień panować nad głosami w swojej głowie, które zatruwają życie i chwieją poczuciem własnej wartości? Tu potrzeba medytacji, by móc oglądać, patrzeć na te myśli, pozwolić, by one przyszły, bez oceniania ich, bez krytyki, bez preferencji. Nie zastanawiamy się, czy one są złe albo dobre, pozwalamy im przyjść i odejść. To trochę jak z czystym niebem, na którym pojawiają się chmury. A niebo ich nie ocenia, tylko obserwuje. Problem polega na tym, że gdy umysł otrzymuje te niepokojące myśli, odbiera je jako prawdziwe, jako coś wielkiego. Ale tak naprawdę możemy je tylko obserwować i pozwolić im odejść, traktować je jak bąbelki na powierzchni wody, nie utożsamiać się z nimi.

Bardzo trudno jest widzieć siebie takim, jakim chcemy, ale ważne, by być otwartym na ludzi, którzy nas znają, kochają i którym na nas zależy. Pozwólmy im opowiedzieć nam o nas, wysłuchajmy, co chcą nam przekazać, to ma ogromną wartość i moc. Można też wyjść z własnego „self”, zadać sobie interesujące pytania – wtedy jesteśmy szczerzy, bo nie identyfikujemy się ze sobą, z własnym „self”, patrzymy na siebie z boku. Teraz ważna rzecz: jeśli kogoś nie lubimy lub nie akceptujemy jakiejś cechy w tej osobie, możemy być pewni, że mamy tę cechę w sobie. Po prostu nie dopuszczamy jej do głosu, albo wiemy że jest, tylko negujemy jej istnienie.

Mamy wiele twarzy, jak odróżnić fasadę od prawdziwego „ja”? Właściwie wszystko, co myślimy o sobie, co jakoś nas określa, jest fasadą. „Self” samo w sobie jest puste. Ale to jest piękne, bo oznacza, że możemy odłożyć na bok fasady i rozmawiać z prawdziwym „ja”. Mówimy: pozwól mi porozmawiać z fasadą. W naszym trójkącie na jednym rogu podstawy mamy fasadę, na drugim prawdziwe „ja”. A na wierzchołku, gdzie fasada jest prawdziwym „ja”, a prawdziwe „ja” fasadą, możemy wybrać, na co się decydujemy, możemy się zmieniać, być bardziej elastyczni. Ważne, żeby wiedzieć, na co się godzimy. Chodzi nie tyle o wybór, ile o świadomość wyboru, jakiego dokonujemy. To tak jak z byciem raz szczodrym, raz skąpym. Możemy być i tacy, i tacy, nie musimy tego akceptować, wystarczy, że przyznamy, że jesteśmy raz tacy, a raz tacy.

  1. Styl Życia

Miejski szamanizm, czyli jak w erze technologii żyć zgodnie z duchowością

Zjawiska naturalne mają na nas dużo większy wpływ niż chce to przyznać współczesny człowiek. (Fot. iStock)
Zjawiska naturalne mają na nas dużo większy wpływ niż chce to przyznać współczesny człowiek. (Fot. iStock)
Cztery żywioły, cztery pory roku, cztery fazy Księżyca... Zjawiska naturalne mają na nas dużo większy wpływ niż chce to przyznać współczesny człowiek. Jak w erze technologii żyć zgodnie z duchowością przyrody - pytamy terapeutę i praktyczkę szamanizmu Ranjanę A. Pomar.

Szamanizm kojarzy się z animizmem, który postrzega naturalne obiekty, takie jak woda, góry czy drzewa, przez pryzmat mieszkających w nich duchów. Życie w mieście wydaje się zaprzeczeniem takiej wizji świata, a jednak proponuje pani też praktyki szamańskie dla mieszkańców dużych miast.
Tradycja szamańska, której jestem wierna, wywodzi się od plemienia Mapuczów, ta nazwa oznacza „ludzie z ziemi”. Inkowie mają Machu Picchu, Majowie – piramidy w Meksyku, a Mapucze, którzy żyli na terenie dzisiejszego Chile, nie wybudowali żadnych świętych miejsc. Uzasadniali to dbałością o naturę. Ona jest ich rajem, a świątynią – ziemia.

Zaczęłam uczyć się szamanizmu, gdy miałam 21 lat. Co roku, przez 17 lat, jeździłam na trzy miesiące w Andy i żyłam wśród tamtejszej społeczności. Spędzaliśmy wiele godzin na rytuałach oczyszczających w tzw. szałasach potów, wspinaliśmy się, nurkowaliśmy w zimnych górskich strumieniach, przeprowadzaliśmy ceremonie z ogniem, śpiewem i tańcami. Braliśmy też udział w tzw. poszukiwaniach wizji, polegających na czterodniowych wyprawach do lasu bez sprzętu, bez jedzenia, piliśmy tylko wodę. A po powrocie prowadziłam normalne życie: studiowałam, pracowałam, wyszłam za mąż. Nie traciłam kontaktu z naturą, ale jednocześnie lubiłam swoje miejskie przyzwyczajenia: lampkę wina wieczorem, wyjście do restauracji. Nie chciałam rezygnować ani z jednego, ani z drugiego, więc zaczęłam praktykować szamanizm tam, gdzie mieszkałam. Dużo wtedy podróżowałam i zauważyłam, że wiele osób żyjących w miastach nie jest zadowolonych z tego, że są odcięci od przyrody i całymi dniami wpatrują się w monitor czy telewizor. Chcą coś zmienić, więc ćwiczą jogę, medytują, a niektórzy interesują się szamanizmem. I dla nich zaczęłam prowadzić codzienne praktyki, które pozwalają zrównoważyć poziom hormonów w ciele. Wpływają również na emocje. Nazwałam je miejskim szamanizmem.

Na czym on się opiera?
Na podziale życia na cztery sfery związane z żywiołami: z ziemią, wodą, ogniem i powietrzem. Ziemia wiąże się z jedzeniem, ciałem, kośćmi, pieniędzmi, ćwiczeniami fizycznymi. Powietrze u mężczyzn łączy się z inteligencją i racjonalnym myśleniem, a u kobiet – z intuicją. Ogień oznacza działanie, ochronę, łowiectwo i wiąże się głównie z mężczyznami. Jeśli nie jest opanowany, wzmaga zachowania rywalizacyjne, a nawet prowadzi do agresji. Z kolei woda to bardzo kobiecy element. A że na wodę wpływa Księżyc, to kobiety są bardziej „księżycowe”.

Co to oznacza?
Księżyc ma cztery fazy: nów, pierwsza kwadra, pełnia, ostatnia kwadra – i warto, by kobiety poznały ich wpływ na swoje funkcjonowanie, bo także żyją w czterofazowym cyklu miesiączkowym. Na warsztatach uczę więc, jak, zwiększając wrażliwość i słuchanie swojego ciała, zsynchronizować fazy cyklu z tym księżycowym. Nie przez przypadek oba trwają tyle samo. Najlepiej jeśli owulacja przypadnie na pełnię, bo wtedy cykl synchronizuje się z analogicznymi fazami Księżyca: gdy księżyca przybywa, to zalążek rośnie, gdy księżyca ubywa – zmniejsza się. W pełni będzie czas płodny, a podczas nowiu niezapłodniona komórka jajowa zostanie wydalona, wracając do Matki Ziemi. Jeśli kobieta owuluje w czasie pełni Księżyca, to jej układ hormonalny wytwarza więcej oksytocyny, a ta odgrywa pozytywną rolę m.in. w tworzeniu więzi społecznych i rozmnażaniu płciowym. W tym czasie ciało kobiety jest bardziej otwarte na seks niż w pozostałych dniach. Kobieta jak księżyc zmienia się cztery razy w miesiącu. Mężczyźni są bardziej stabilni, bo są powiązani z porami roku.

Także czterema...
Tak, w wielu częściach świata mamy wyraźne cztery pory w skali roku, a z tym związana jest ilość energii słonecznej, jaka do nas dociera. Energia słoneczna ma  bardzo duży wpływ na mężczyzn – to dzięki niej są praktyczni, racjonalni, nakierowani na cel. Energia słoneczna wspomaga też inteligencję, aktywność i pracę. Mężczyźni z miast pracują zazwyczaj w pomieszczeniach zamkniętych i są oderwani od sygnałów natury, na przykład tego, że zachód słońca daje organizmowi znak do spowolnienia i przygotowania się do snu. Stąd biorą się problemy z produkcją melatoniny, regulującej czas snu i czuwania, i w rezultacie z nadmiarem kortyzolu, tzw. hormonu stresu. Pory roku mają też znaczenie dla diety. Kiedyś jedliśmy sezonowe potrawy, teraz, wraz z globalizacją, mamy dostęp do warzyw i owoców w każdym miesiącu. I nawet nie widzimy w tym nic nienaturalnego...

Praktyki, które pani proponuje, pozwalają to dostrzec?
Szamanizm miejski pomaga przywrócić w nas równowagę. Mieszkam teraz w Barcelonie, codziennie chodzę nad morze, by obejrzeć wschód słońca, i medytuję przynajmniej przez pięć minut na powitanie dnia. Wiosną tego roku przez pandemię i dwumiesięczną kwarantannę nie mogliśmy tego robić. Pamiętam pierwszy poranek, gdy po zniesieniu obostrzeń wyszliśmy wreszcie na zewnątrz. Ludzie, którzy przyszli tego dnia rano na plażę, by obejrzeć słońce, mieli łzy w oczach. Dopiero wtedy doceniliśmy, jakimi szczęściarzami jesteśmy, że możemy podziwiać świat, wcześniej uważaliśmy to za niepodważalne prawo.

Wywiad przeprowadzono na Festiwalu Tantry, Szamanizmu, Świadomości i Relacji w ośrodku Tu i Teraz w Nowym Kawkowie k. Olsztyna. 

Ranjana A. Pomar, terapeutka, praktykuje szamanizm, medytacje, tantrę. Prowadzi warsztaty samorozwoju na świecie, w Polsce w ośrodku Tu i Teraz w Nowym Kawkowie.

Szamanizm w wielkim mieście

Oto ćwiczenia, które pozwolą ci na lepszy kontakt z czterema żywiołami.

Ziemia

  • Co rano po przebudzeniu przynajmniej przez minutę rozkoszuj się porankiem. Dotykaj swojego ciała (ono jest elementem ziemi), podziękuj w duchu lub na głos za kolejny dzień twojego życia. Jeśli to możliwe, obserwuj słońce jeszcze z łóżka. Następnie weź prysznic: najpierw polej się gorącym strumieniem, potem bardzo zimnym – to rozbudzi wszystkie komórki organizmu i lepiej przygotuje cię do aktywności całego dnia. Wiele osób pobudza ciało porannymi ćwiczeniami, na przykład jogą.
  • Jeśli masz ogród, latem spaceruj na bosaka po trawie, tak by poczuć rosę, chłód ziemi, źdźbła trawy. Ten zwyczaj nie tylko sprawia dużo przyjemności, ale też łączy cię z ziemią i uwalnia wiele napięć. Ostatni efekt możesz wesprzeć w prosty sposób: stojąc na trawie, potrząsaj energicznie ciałem przez 5 minut (tak jak podczas praktyki TRE). Ćwiczenie można dodatkowo powtarzać po południu.
  • Żywioł ziemi dobrze wzmacniać praktyką wdzięczności: dziękuj za każdy miniony dzień, za otrzymane pieniądze, za pyszny posiłek.
Woda
  • W czasie nowiu zrób sobie kąpiel z ziołami, np. miętą, szałwią, które wydzielają silny zapach; to oczyści twoją aurę. Zaparz je w dzbanku, odcedź i wlej do wanny z wodą.
  • Podczas pełni Księżyca polecana jest kąpiel w płatkach róży (symbolizują miłość, dawanie siebie) albo w lawendzie (przynosi spokój i odprężenie, uwalnia od stresu).
Powietrze 
  • Jeśli masz w sobie wiele napięć, podnoś ręce, wdychając silnie powietrze przez nos. Wypuszczaj je ustami, wydając głośny dźwięk i strzepując energicznie ręce w dół – jakby otrzepując je z czegoś.
  • Jeśli odczuwasz lęk, oddychaj głęboko i głośno przez nos. To uspokaja, uwalnia napięcia, złość, pomoże ci się zrelaksować.
  • Gdy jesteś smutny, oddychaj przez usta, w średnim tempie, nie w pośpiechu.
  • Gdy ogarnie cię złość, oddychaj bardzo szybko przez nos.
Ogień
  • Wiosną, latem i jesienią pamiętaj o korzystaniu z kąpieli słonecznych. Jeśli pozwala na to pogoda, połóż się bezpośrednio na ziemi na 10 min. Zimą przed pójściem spać usiądź wygodnie i obserwuj przez kilka minut płomień świecy. W ten sposób ciepło ogrzeje twoją duszę.

  1. Psychologia

Pragniemy sacrum, gonimy za profanum. Jak rozwijać inteligencję duchową?

Inteligencja duchowa nie zwiedzie nas nigdy. Ułatwia dialog pomiędzy rozumem a emocjami, umysłem a ciałem. Daje punkt oparcia potrzebny do rozwoju i przemiany (fot. iStock)
Inteligencja duchowa nie zwiedzie nas nigdy. Ułatwia dialog pomiędzy rozumem a emocjami, umysłem a ciałem. Daje punkt oparcia potrzebny do rozwoju i przemiany (fot. iStock)
W kulturach tradycyjnych świętością było niemal wszystko: praca, jedzenie, seks. Dzisiaj desakralizacji ulegają nawet święta. Ale z drugiej strony rozpaczliwie poszukujemy sensu życia, harmonii, czegoś trwałego i niezmiennego. Czy naszym ratunkiem jest rozwijanie duchowej inteligencji?

Piotr, lat 47, był jednym z pierwszych biznesmenów rozkręcających w Polsce rynek informatyczny. Zaczynał pod koniec lat 80. Od małego fiata, którym jeździł instalować komputery znajomym. Dość szybko przesiadł się do zachodniego samochodu, klientów indywidualnych zamienił na wielkie korporacje, w zawrotnym tempie rozwinął swoją firmę, dorobił się. W wieku 35 lat miał wszystko. Wygodny dom pod Warszawą, malowniczo położone działki na Mazurach i w Bieszczadach, luksusowy samochód, pokaźne konto w banku. Korzystał z życia – bawił się, zmieniał kobiety, jeździł po świecie. Ale nic nie sprawiało mu prawdziwej radości. Wciąż był nienasycony: próbował nurkowania, wspinaczki wysokogórskiej, nawet skoków ze spadochronem. Gdy brakowało adrenaliny, sięgał po alkohol.

– No i stało się to, co się stać musiało – wspomina. – Któregoś dnia miałem wypadek, tylko cudem z niego wyszedłem. Leżałem w szpitalu, cierpiałem, ale miałem też czas, żeby przemyśleć całe swoje życie. To były bardzo bolesne chwile, przede wszystkim dlatego, że musiałem skonfrontować się sam ze sobą, tak naprawdę po raz pierwszy zajrzeć do swojej duszy. Zobaczyłem w niej rozdzierającą pustkę. Zacząłem prowadzić długie rozmowy ze sobą, z Bogiem i po raz pierwszy ja, wychowany w wierze katolickiej, sięgnąłem do Biblii.

Dzisiaj Piotr, choć ma ugruntowaną pozycję w biznesie, żonę, troje dzieci, choć mógłby sobie pozwolić na wiele, żyje skromnie, nie pomnaża już majątku. Cały wolny czas poświęca rodzinie i pracy charytatywnej.

Podobną drogę przechodzi dziś wielu ludzi. Osiągają szczyty, ale nie czują się szczęśliwi. Szukają czegoś więcej, czasami kompletnie przewartościowują swoje życie.

Widzimy kolory, lecz nie dostrzegamy znaczenia

Jak podkreślają zgodnie filozofowie i antropologowie, życie pozbawione kontekstu sacrum doprowadziło człowieka do największego kryzysu naszych czasów, czyli do kryzysu duchowego.

Danah Zohar i Ian Marshall w „Inteligencji duchowej” piszą: „Rozum oddalił nas od przyrody, bliźnich i religii. Dokonując postępu w technologii, odrzuciliśmy tradycyjną kulturę i osadzone w niej wartości. Inteligencja racjonalna sprawiła, że mniej pracujemy, jesteśmy zdrowsi i dłużej żyjemy. Dzięki niej stworzyliśmy mnóstwo gadżetów, z których wiele zagraża naszemu środowisku i nam samym. Wciąż jednak nie wiemy, jak nadać temu wszystkiemu sens. Duchowe otępienie uwidacznia się nie tylko na Zachodzie, ale coraz częściej również w tych państwach azjatyckich, które przejęły zachodnie wzorce”.

Naukowa diagnoza naszego stanu ducha na progu nowego tysiąclecia jest bezlitosna: Dostrzegamy i przeżywamy tylko to, co bezpośrednie, widoczne i praktyczne. Jesteśmy ślepi na głębsze poziomy symboliki i znaczenia, które tworzą egzystencjalny kontekst dla otaczających nas obiektów, wykonywanych czynności i nas samych. Widzimy kolory, lecz nie dostrzegamy sensu. Optymistyczne jest tylko jedno – że coraz częściej pytamy samych siebie: O co chodzi w moim życiu? Po co mi to wszystko? Dlaczego biorę udział w tym wyścigu? Czego tak naprawdę pragnę?

Dawniej w ogóle nie zadawano by sobie takich pytań. Rytm życia narzucany przez naturę i kulturę był uporządkowany i przewidywalny. Tradycja, społeczność, w jakiej się żyło, religia – wszystko to wyznaczało niezmienne granice zachowania człowieka. Funkcjonowały jasne kodeksy moralne, a cele życia były z góry ustalone.

 
Mircea Eliade, religioznawca, filozof kultury, eseista, w książce „Próba labiryntu: rozmowy z Claude Henri Rocquetem” pisze: „Na najbardziej pierwotnym i archaicznym poziomie kultury życie ludzkie było samo w sobie aktem religijnym – odżywianie, życie płciowe, praca miały wartość sakramentu. […] W skrócie można by rzec, że świat archaiczny nie znał czynności »świeckich«: każda czynność, która miała określony sens, uczestniczyła w pewien sposób w sacrum. Świeckie były tylko czynności niemające znaczenia mitycznego, czyli niemające wzorcowych modeli. Można więc rzec, że każda odpowiedzialna i zmierzająca do precyzyjnie określonego celu czynność była dla świata archaicznego rytuałem”.

Pragniemy sacrum, gonimy za profanum

Idąc tropem myślenia Eliadego, można powiedzieć, że człowieka współczesnego odróżnia od jego dalekiego przodka doświadczenie sacrum rozumiane – za „Słownikiem etnologicznym” – jako kategoria rzeczy i działań, które są uznawane przez określoną społeczność za święte i z tej racji podlegają religijnej czci, w przeciwieństwie do tego, co codzienne, czyli profanum. Niemiecki teolog i historyk religii Rudolf Otto, aby objaśnić, w jaki sposób człowiek wierzący przeżywa świętość, Boga, wprowadził do religioznawstwa termin „numinosum” (od łac. numen – bóstwo, boskość) oznaczający coś niepoznawalnego i niewyrażalnego. To tajemnica, coś, czego nasz rozum nie jest w stanie pojąć, coś przeczuwane, ale nie rozumiane. Według Otto sacrum z jednej strony przepełnia człowieka trwogą, budzi respekt, a jednocześnie fascynuje i rodzi nieodparte pragnienie.

Dziś desakralizacji ulegają nawet święta. Wielkanoc, Boże Narodzenie traktowane są w kategoriach wydarzeń rodzinnych, świeckich, a msza, która kiedyś była rytuałem w ścisłym tego słowa znaczeniu, postrzegana jest jako coniedzielny ceremoniał bądź też uciążliwy obowiązek. Jednak, jak podkreśla Mircea Eliade, potrzeba przeżywania sacrum jest głębokim pragnieniem człowieka. Dlaczego człowiek miałby pragnąć sacrum?

Dlatego że posiada wrodzoną inteligencję duchową  – odpowiadają Danah Zohar i Ian Marshall. Według nich oprócz siedmiu rodzajów inteligencji opisanych przez Howarda Gardnera w książce „Inteligencje wielorakie” istnieje jeszcze jedna – duchowa, która jest kwintesencją człowieczeństwa. Ani bowiem inteligencja racjonalna, ani emocjonalna, ani nawet ich połączenie nie wystarczą, by w pełni opisać złożoność ludzkich zachowań  i zdolności.

Cóż to takiego owa inteligencja duchowa? To „wewnętrzna, wrodzona zdolność ludzkiego umysłu i psychiki, czerpiąca swe bogactwo z serca i wszechświata”. Tym, co przede wszystkim odróżnia inteligencję duchową od emocjonalnej, jest właśnie zdolność przemiany. O ile inteligencja emocjonalna pozwala nam rozeznać się w swoim położeniu i adekwatnie do niego zachować, o tyle inteligencja duchowa prowokuje do stawiania pytań: Czy w ogóle chcę pozostać w tej sytuacji, czy raczej zdecyduję się ją zmienić?

Autorzy „Inteligencji duchowej” podkreślają, że ten rodzaj inteligencji nie zawsze wiąże się z religią. Owszem, może się poprzez nią wyrażać, ale religijność wcale nie oznacza wysokiego ilorazu inteligencji duchowej. Co więcej – badania przeprowadzone prawie 60 lat temu przez psychologa Gordona Allporta wykazały, że doznania duchowe częściej  występują u osób niezwiązanych z największymi Kościołami.

Tęsknimy za jednością z kosmosem, a słuchamy ego

Inteligencją duchową obdarzeni byliśmy od zarania dziejów, ale dowodów na jej istnienie dostarczyły dopiero badania neuro-biologiczne w latach 90 ubiegłego wieku. Dowód pierwszy – odkrycie w ludzkim mózgu przez neuropsychologa Michaela Persingera tzw. punktu Boga. Gdy badane osoby słyszą rozmowy na tematy religijne lub duchowe, punkt ten na zdjęciach mózgu uzyskanych metodą pozytronową się rozświetla.

Dowód drugi – badania austriackiego neurologa Wolfa Singera, które wykazują, że w mózgu następuje zespalanie naszych doznań i nadawanie im znaczenia, a wszystko to dzięki „trzeciej sile”. Wcześniej znane były tylko dwie formy organizacji nerwowej mózgu: połączenia szeregowe stanowiące podłoże inteligencji racjonalnej i „różnokierunkowe”, które są podstawą inteligencji emocjonalnej. Singer wskazuje na istnienie trzeciego rodzaju myślenia, jednoczącego dwa poprzednie, którym zarządza inteligencja duchowa.

Dowód trzeci – badania nad ludzką mową amerykańskiego neurologa i antropologa Terrence’a Deacona. Dowodzą one, że język jako zjawisko charakterystyczne tylko dla człowieka, symboliczne w swej istocie i operujące znaczeniem ewoluował wraz z szybkim rozwojem płatów czołowych mózgu. Ssaki wyższego rzędu nie umieją mówić, ponieważ nie posiadają odpowiednika płatów czołowych, które powiększały się u człowieka dzięki inteligencji duchowej.

 
Co nam ona daje? Jej dwie bliźniacze siostry: racjonalna i emocjonalna, mogą czasem sprowadzić człowieka na manowce. Inteligencja duchowa nie zwiedzie nas nigdy. Ułatwia dialog pomiędzy rozumem a emocjami, umysłem a ciałem. Daje punkt oparcia potrzebny do rozwoju i przemiany. Sprawia, że jesteśmy kreatywni, kontaktuje nas z naszą twórczą spontanicznością. Pomaga nam uświadomić sobie problemy egzystencjalne, rozwiązać je albo przynajmniej pogodzić się z nimi. Sprawia, że widzimy sens naszych zmaga  z życiem. Pozwala wniknąć w istotę rzeczy, ujrzeć jedność istniejącą pomimo różnic, dotrzeć do naszych możliwości i wykorzystać je. Dzięki niej możemy wieść bogatsze życie. I wreszcie – pozwala nam odróżnić dobro od zła.

Życie wielu z nas jest dziś boleśnie pokawałkowane. Tęsknimy za tym, co poeta T.S. Eliot nazwał „dalszą jednością, głębszą wspólnotą”, ale nie znajdujemy jej ani w sobie, ani w istniejących symbolach czy instytucjach naszej kultury. Naszym ratunkiem – o co apelują nie tylko duchowi przywódcy, jak Dalajlama, papież, ale co dostrzega także coraz więcej ludzi – jest rozwijanie ducha. (Według słownika Webstera duch to „ożywiająca, życiodajna siła; to, co w odróżnieniu od materialnych elementów organizmu jest źródłem życia; tchnienie życia”).

Dalajlama wyodrębnia dwa poziomy duchowości. Pierwszy związany jest z przekonaniami religijnymi. W książce „Sztuka szczęścia” pisze: „Na świecie żyje pięć miliardów ludzi o różnych umysłowościach, w pewnym sensie potrzebujemy więc pięciu miliardów różnych religii. Wierzę, że każdy człowiek powinien wstąpić na taką ścieżkę duchową, która najlepiej pasuje do jego stanu umysłu, naturalnych skłonności, temperamentu, przekonań, wartości wyniesionych z domu i korzeni kulturowych”.

Szukamy gotowych odpowiedzi, choć powinniśmy pytać

Religijność nie świadczy o inteligencji duchowej, ale głęboka wiara przynosi ludziom wiele korzyści. Badania Instytutu Gallupa wykazały, że wierzący częściej niż niewierzący uważają swoje życie za szczęśliwe. Dowiodły również, że wiara pomaga w osiąganiu sukcesów i radzeniu sobie z kryzysami, traumatycznymi doświadczeniami, starzeniem się. Statystyki pokazują, że w rodzinach o silnych przekonaniach religijnych jest mniej przestępstw, problemów z alkoholizmem, narkomanią. Co więcej – istnieją dowody na to, że wiara może pozytywnie wpływać na zdrowie. Badania Instytutu Medycznego w Pittsburghu wykazały, że głęboko wierzący pacjenci z przeszczepionym sercem szybciej wracają do zdrowia. Z kolei inne badania dowiodły, że po operacji tętnicy wieńcowej lub zastawki prawdopodobieństwo przeżycia jest trzykrotnie większe wśród pacjentów wierzących niż niewierzących.

Każda religia daje poczucie przynależności, akceptacji. Silne przekonania religijne sprawiają, że mamy głęboką świadomość celu, do którego dążymy. Że możemy spojrzeć z dystansu na problemy życia codziennego. Jednak według Dalajlamy ważniejszy jest drugi poziom duchowości, który nazywa podstawowym, bo obejmuje najważniejsze ludzkie wartości, takie jak: dobroć, życzliwość, współczucie, troska. „Bez względu na to, jak wspaniała jest dana religia, przyjmuje ją jedynie ograniczona liczba ludzi – pisze w »Sztuce szczęścia«. – Wszyscy potrzebujemy jednak owych podstawowych wartości duchowych, bez nich życie staje się ciężkie, jałowe, człowiek nie jest szczęśliwy, cierpi rodzina, a w ostatecznym rozrachunku – całe społeczeństwo. Takie wartości jak: współczucie, tolerancja, zdolność wybaczania, opiekuńczość, są najważniejszymi wartościami duchowymi, ponieważ nie mogą współistnieć z negatywnymi stanami umysłu”.

przemia

Jak dotrzeć do owego poziomu, czyli inteligencji duchowej? Poprzez pielęgnowanie tego, co dla nas święte. Dobre uczynki. Praktyki duchowe. Te ostatnie nie mogą opierać się jednak tylko na uczestnictwie w religijnych obrzędach, nawet nie tylko na modlitwie. Według Dalajlamy praktyka duchowa to ćwiczenie, np. poprzez medytacje, odpowiedniego stanu umysłu, nastawienia do ludzi, stanu psychicznego i emocjonalnego. Czasami, aby w pełni dotrzeć do inteligencji duchowej, trzeba zaznać rozpaczy, bólu, cierpienia, straty. Wtedy doświadczamy głęboko ukrytej tęsknoty za sensem swojej ludzkiej egzystencji. Pytamy: Po co żyjemy? Dlaczego właśnie tak? Jaki ma sens nasza praca? Jak powiedział żydowski mistyk Abraham Heschel: „Gdy zadajemy pytania, jesteśmy bliżsi Boga niż wtedy, gdy mamy wrażenie, że znamy odpowiedzi”.

Korzystałam z książek: Mircea Eliade „Sacrum – mit – historia”, PIW, Warszawa 1993; Mircea Eliade „Próba labiryntu: rozmowy z Claude Henri Rocquetem”, Sen, Warszawa 1992; Danah Zohar, Ian Marshall, „Inteligencja duchowa”, Rebis, Pozna  2001; Dalajlama „Sztuka szczęścia. Poradnik życia”, Rebis, Pozna  2000; Keith Ward „Bóg”, Rebis, Pozna  2006.