1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Imię – pomysł na życie dziecka. Jakie imiona najczęściej wybieramy?

Imię – pomysł na życie dziecka. Jakie imiona najczęściej wybieramy?

W 2019 roku Emma znalazła się na drugim miejscu w top 10 najchętniej wybieranych imion w USA. W Polsce w 2020 roku imię to otrzymały 84 dziewczynki. U nas królują Julie, Zuzanny i Zofie. (fot. iStock)
W 2019 roku Emma znalazła się na drugim miejscu w top 10 najchętniej wybieranych imion w USA. W Polsce w 2020 roku imię to otrzymały 84 dziewczynki. U nas królują Julie, Zuzanny i Zofie. (fot. iStock)
Czy imię człowieka ma znaczenie? Jak najbardziej – wiele mówi o... planie wychowawczym rodziców! Warto się temu przyjrzeć, choćby pod kątem najczęściej wybieranych imion. 

Imię, tytuł życia

Istnieje ścisły związek między tym, jakie imię wybierają dla dziecka rodzice, a jakie podejmą wobec niego działania wychowawcze. Zwrócił na to uwagę twórca psychologii transakcyjnej Eric Berne (autor kultowej książki „W co grają ludzie?”). Jeszcze przed narodzinami dziecka rodzice układają w głowie scenariusz, kim ono będzie, co osiągnie, stworzy, jakie role życiowe przyjmie na siebie itp. Imię jest symbolicznym nośnikiem idei rodziców dotyczącej nie tylko tego, na co w związku z dzieckiem liczą, ale też  sposobu, planu wychowywania.

Dziś wielu młodych rodziców w Polsce szuka dla swoich dzieci imion międzynarodowych, pozbawionych polskich znaków diakrytycznych (Ewa, Anna, Iwo, Adam, Marek). Podświadomie zakładają, że ich dziecko w przyszłości być może wcale nie będzie mieszkać w Polsce, będzie pracować w międzynarodowych koncernach. Następnie konsekwentnie posyłają do międzynarodowych przedszkoli, nagradzają za naukę języków, uczą jeździć na nartach, przyzwyczajają do zdrowego stylu życia. Imię w tym przypadku staje się niejako tytułem życia dziecka.

Rodzice dający dziecku (jako drugie) imię dziadków lub nawet pradziadków świadomie lub nieświadomie decydują się na bardzo konkretne działania wychowawcze. Chcą podkreślić ciągłość i spójność rodziny i w takim duchu wychowują dziecko. Dużo czasu poświęcają na rodzinne opowieści, odwiedzają miejsca związane z rodziną, znają drzewo genealogiczne, doskonale orientują się w historii życia swoich antenatów, doszukując się w nich podobieństwa fizycznego lub psychicznego do różnych członków rodziny. Razem z imieniem dziecko otrzymuje zobowiązanie do kontynuowania tradycji rodzinnych.

Dość często jesteśmy ofiarami stereotypów dotyczących imion. Wierzymy, że imię niesie ze sobą konkretne cechy charakteru (Ewy to ciepłe kobiety, Jacek zawsze ma ścisły umysł itp.). Wówczas wychowywanie dziecka przebiega w taki sposób, żeby podsycać rozwój cech, których spodziewamy się po imieniu. Ten związek badał i opisał Philip Erwin. Rodzice oczekują, że dziecko będzie mieć konkretne cechy charakteru, i wzmacniają takie zachowania, które mają ten stereotyp potwierdzić. Następuje zjawisko samospełniającego się proroctwa. Mama, która uważa, że wszystkie Dorotki to ciekawskie osóbki, być może za kilkanaście lat ocknie się, mając wścibską córkę. Nie zauważy jednak tego, że to ona sama tę cechę u córki konsekwentnie rozwijała.

Imię – pole łamania rodzicielskiego scenariusza

Dzieci intuicyjnie czują, że imię symbolicznie reprezentuje plany i pomysły ich rodziców. Kiedy się buntują przeciw życiu, jakie im zaplanowano, zaczynają od... odrzucenia swojego imienia. Przykład z literatury: niezapomniana Gieniusia z powieści Małgorzaty Musierowicz „Opium w rosole”. Genowefa Pombke vel Bombke vel Zompke w rzeczywistości nazywa się Aurelia Jedwabińska. Gdy czytelnik poznaje jej zimną matkę – nauczycielkę matematyki, oraz stereotypowego, nieobecnego ojca – bez wyjaśnień rozumie, jaki plan wychowawczy skrywa w sobie to wyszukane, eleganckie imię i dlaczego kilkuletnia dziewczynka się przeciw niemu zbuntowała.

Innym przykładem jest syn głównego bohatera filmu Woody’ego Allena „Koniec z Hollywood” – Tony. Na znak całkowitego zerwania z przeszłością przyjmuje pseudonim artystyczny obrażający jego samego – każe się nazywać Świnią X…

Jeśli dziecko deklaruje, że nienawidzi imienia lub brzmienia jednej z jego form („Nie mów do mnie »Kasik«, mam na imię Katarzyna!”), to jeszcze nie bunt. Prawie 50 procent dzieci okresowo nie jest zadowolonych z wyboru imienia (podczas gdy w populacji dorosłych tylko 6 proc. deklaruje niezadowolenie), chce je zmienić lub rzeczywiście zmienia. Okres dorastania to czas mierzenia się właśnie z planami, jakie wobec dziecka mają rodzice.

Mówiąc o polu walki, jakim jest wybrane przez rodziców imię, warto jeszcze przypomnieć o badaniach Charles’a Jouberta. Pokazują, że

sympatia do swojego imienia jest jednym z mierników samooceny. Kto je lubi, akceptuje, jest zadowolony ze swojego imienia – podobny stosunek ma do siebie samego.
Jeśli zatem jest taka zależność, warto, żeby człowiek lubił swoje imię. Bez względu na to, jakie imię wybraliśmy dziecku, pomóżmy mu je polubić.

 

Chęci a możliwości

Ula i Mirek, młode małżeństwo, biedne, pozbawione wsparcia rodzin. Ich wielką radością było pojawienie się córki, dali jej na imię Andżelika. Po 12 latach oboje skończyli studia, pogodzili się z rodzicami, weszli w krąg ludzi zamożnych i wykształconych. Kiedy urodziła się druga córka, nazwali ją Zofia Feliksa. Zmieniła się moda czy może gust rodziców? Nic podobnego. Zmienił się ich status. Jak pokazują badania socjologów Stanleya Liebersona i Jürgena Gerharda, wybór imienia dla dziecka odbywa się poza gustami osobistymi i ma uwarunkowania czysto społeczne. Wybieramy imiona według nasypującego klucza:
Ludzie wykształceni chętnie nadają dzieciom imiona nawiązujące do tradycji i kultury.
W polskich warunkach często także więcej niż jedno – choć używa się jednego, bo okrzyk: „Mateuszu Janie, wyłaź z piaskownicy”, brzmiałby zabawnie. Często zapoznają dziecko z wiedzą o patronie lub o rodzinnej tradycji (U nas pierwszy syn zawsze jest Paweł, Ryszard, Maciej; u nas zawsze pierwsza wnuczka nosi imię po babci ze strony ojca itp.). W następstwie takiego wyboru dziecko będzie nagradzane za poszanowanie tradycji, będzie mu wpajana duma z domu rodzinnego, nakłaniane będzie do nauki, eleganckiego stroju z okazji uroczystości. Według tych samych badań osoby słabiej wykształcone lub żyjące w biedzie znacznie częściej nazywają swoje dzieci imionami obecnych gwiazd i idoli show-biznesu. Co za tym idzie, wierzą w sukces komercyjny zbudowany bardziej na szczęściu niż na ciężkiej pracy. Prawdopodobnie będą bardziej dzieci  rozpieszczać, przygotowując je do przyszłego, wygodnego życia. Pamele i Andżeliki nie zostały przecież tak nazwane, by wdrażać je do harówki. Jeśli będą tego chciały, czeka je trud łamania scenariusza, który wymyślili dla nich rodzice.

Imiona dwupłciowe

Justyna (prawnik): „Chciałam córki i nie wstydzę się tego. Wymyśliłam sobie, że to będzie Kamilka. Gdy urodziłam syna, przez jakiś czas nawet nazywałam go Kamilką”. Kamil jest tegorocznym maturzystą. Wybiera się na projektowanie odzieży. Jest uśmiechnięty, tryska erudycją i poczuciem humoru, z obojgiem rodziców jest w serdecznej komitywie. Justyna wychowała dziecko, tak jak planowała. Płeć niczego tu nie zmieniła. Ale to, że ma na imię Kamil, nie pozostało bez znaczenia – imię zdeterminowało zachowania rodziców. Brzmi nieprawdopodobnie, bo czy to możliwe, że w zależności od tego, jak dziecko ma na imię, będziemy je inaczej traktować, przydzielimy inne obowiązki, narzucimy różny styl kontaktów? Okazuje się, że tak! Badania (analiza wspomnień dorosłych kobiet) Ewy Stanisławiak, Dominiki Modzelewskiej i Krystyny Doroszewicz potwierdzają przykład mamy Kamila. Badaczki pokazały, że ojcowie dziewczynek, którzy oczekiwali chłopca, a urodzonym dziewczynkom dali imiona zapożyczone od imion męskich (Karolina, Kamila, Dominika, Stanisława, Kazimiera, Henryka), stosowali odmienny styl wychowania i weszli w głębszą i serdeczniejszą komitywę z córkami niż ojcowie dziewczynek o imionach klasycznie kobiecych.

Innym przykładem tego, w jak bardzo bezpośredni sposób imiona determinują styl wychowania, jest wypowiedź Karoliny (dziś 33 lata, dermatolog): „Gdy urodził się młodszy ode mnie o dwa lata Karol, staliśmy się nierozłączni i byliśmy wychowywani bez różnicowania płci. Mama często mówiła: »Niech przyjdzie któreś z was i pomoże mi nakryć do stołu«. Tata robił tam samo: »Idę umyć samochód, które mi pomoże?«. Dziś oboje umiemy wszystko. Karol, tak jak ja, też jest dermatologiem”.

Jak twoje dziecko mówi do ciebie?

Nasze dzieci też mają wizję kontaktów z rodzicami. Ich również dotyczy teoria Erica Berne’a. Już jako kilkulatki mają pomysł, jaka będzie jakość kontaktów międzypokoleniowych, i ten pomysł odzwierciedla sposób zwracania się dziecka do ciebie. Jeśli dzieci mówią do ciebie: „mamuś”, „maminko”, albo żartują: „Matko ty moja, dorób mi kanapek”, lub jeśli słyszysz: „Jesteś zdecydowanie moją ulubioną matką”, masz prawo do satysfakcji. To twój sukces. Udało się wychować szczęśliwego, akceptującego siebie człowieka.

Aby dziecko polubiło swoje imię

  • Opowiedz mu, jak je wybieraliście. Zdradź motywy. To jeden z elementów budowania tożsamości.
  • Zachęć, żeby wysłuchało innych członków rodziny. Okaże się, że prawie każdy pamięta to inaczej (najczęściej sobie przypisując autorstwo imienia).
  • Powiedz szczerze, co ci się w nim podoba. Brzmienie? Pochodzenie? Skojarzenie z kimś konkretnym?
  • Opowiedz, jakie imiona rozważałeś, jakie odrzuciłeś (ale nie używaj stereotypów w rodzaju: wszystkie Magdy, które znałam, zawsze były próżne”).
  • Niech dziecko wie, że wybór imienia był dla rodziców poważnym zadaniem.
  • Zwracaj się do dziecka różnie, w zależności od sytuacji. Niech jego imię przechodzi różne fazy. Dzieci, które pamiętają, że rodzice nazywali je ślimaczkami, promyczkami, żuczkami, bez trudu odczytują informację, że były chciane i oczekiwane.
  • Wyposaż dziecko w jak najwięcej rozmaitych historii związanych z jego narodzinami (Całą ciążę się męczyłam, jakby cię tu nazwać, i nic. A gdy wzięłam cię na ręce, od razu wiedziałam, że ty jesteś właśnie Bartosz!).
  • Jeśli wybór imienia jest przed tobą, zadbaj o to, żeby nim nie obciążyć dziecka (O, ty przecież masz na imię Napoleon...).

Jakie imiona były najbardziej popularne w 2020?

Od kilku lat na liście najczęściej wybieranych imion prym wiodą te same imiona - zmieniają się tylko ich pozycje. W 2020 roku, na liście imion żeńskich, Zuzia np. spadła z pierwszego miejsca na drugie. Jeśli chodzi o chłopców, to pierwsze miejsce nadal utrzymuje Antoni.

Top 10 imion dla dziewczynek:

  1. Julia – 3649
  2. Zuzanna – 3639
  3. Zofia – 3588
  4. Hanna – 3364
  5. Maja – 3244
  6. Lena – 2633
  7. Alicja – 2564
  8. Oliwia – 2395
  9. Maria – 2372
  10. Laura - 2049
Imiona najchętniej wybierane dla chłopców:
  1. Antoni – 4037
  2. Jan –  3823
  3. Jakub –  3614
  4. Aleksander – 3541
  5. Franciszek - 3499
  6. Szymon – 3107
  7. Filip  - 2744
  8. Mikołaj – 2587
  9. Stanisław – 2522
  10. Wojciech – 2416
Rebeka, Lotta i Soraja – to dziewczęce imiona, które pojawiają się najrzadziej. Natomiast wśród chłopców możemy spotkać m. in. Zbyszka, Tymura, czy Platona.

Źródło: dane Ministerstwa Cyfryzacji z września 2020 r.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czasem zamiast kroku do przodu warto rozejrzeć się uważnie i docenić to, co już masz

Każda zmiana zaczyna się od poczucia: „Chcę i mogę”. (Fot. iStock)
Każda zmiana zaczyna się od poczucia: „Chcę i mogę”. (Fot. iStock)
Gdy próbuję dokładnie zdefiniować zmianę, to, co ona dla mnie znaczy, dochodzę do wniosku, że najbliższa jest jej wizja koła. Zmiana to przecież proces, który zaczyna się w jednym punkcie, postępuje, a potem wraca do tego samego punktu.

Kiedy próbuję wyrazić definicję zmiany za pomocą spontanicznego ruchu, robię krok do przodu, potem zatrzymuję się i rozglądam dookoła. Zmiana jest albo dążeniem do przodu, ku nowemu, albo pozostaniem w miejscu, w którym jestem, i uważnym rozejrzeniem się dookoła, by ocenić to, co mam. Może teraz łatwiej ci będzie zastanowić się, jakiej zmiany tak naprawdę potrzebujesz, by nie zaprzepaścić dobrej energii nowego roku. Żeby było jeszcze prościej, wybierz tylko jedną rzecz, jaką chcesz zmienić, a ja rozpiszę ci to na kolejne etapy.

Przemyśl błędy z przeszłości

Jeśli spróbujesz przeanalizować, dlaczego poprzednie listy z noworocznymi postanowieniami wylądowały na dnie szuflady, okaże się, że zwykle koncentrowałaś się na przeszłości, na swoich brakach, negatywnych stronach, np. „Muszę schudnąć” albo: „Muszę rzucić palenie”. Może właśnie dlatego twój słomiany zapał wypalał się w okolicach lutego. Tym razem skoncentruj się na „nowym” zamiast na „starym”, na przyszłości, a nie na tym, co już było i na co nie masz wielkiego wpływu. Nowe, choć może budzić lęk, pobudza również ciekawość, a ta może spowodować, że stare samo wygaśnie. Jeden z moich znajomych rzucił palenie z dnia na dzień. Kiedy wszyscy pytali, jak udało mu się to zrobić, filozoficznie stwierdzał, że papierosy pewnego dnia same od niego odeszły. Dopytałam go, co tak naprawdę się stało, i opowiedział mi o warsztatach pracy z emocjami, na których nauczył się nazywać i przeżywać emocje – efekt był taki, że papierosy, jako regulator napięcia, przestały mu już być potrzebne.

Wybierz jedną rzecz, którą chcesz zmienić

Na kartce papieru narysuj koło swoich sfer życiowych. Żeby było ci łatwiej określić te sfery, przeanalizuj swój jeden dzień i zaznacz w kole sprawy, którymi się zajmowałaś. Moje koło zawiera sfery: zawodową, finansową, relacji, pasji, rodziny, odpoczynku i przyjemności. Przeanalizuj każdą ze sfer i sprawdź, która z nich twoim zdaniem wymaga zmiany. Która pożera ci najwięcej energii, przynosząc najmniej satysfakcji. Umówmy się, że chcesz zająć się sferą finansową. Teraz dokładnie nazwij, co zamierzasz w niej zmienić, pamiętając, by koncentrować się na przyszłości, a nie na przeszłości: „Chcę zarabiać więcej” zamiast: „Będę bardziej oszczędzać”.

Zadaj sobie pytanie: po co chcę dokonać zmiany?

To zadanie ma na celu oddzielenie pragnień od potrzeb. Bo jeśli twoje pragnienia są inne niż potrzeby, możesz wygenerować konflikt wewnętrzny, który będzie sabotował twoje działania. Wracając do naszego przykładu: potrzebujesz więcej pieniędzy, bo masz duże zobowiązania finansowe, ale chcesz mieć więcej czasu na rozwijanie swoich pasji, a nie tkwić przed komputerem. I konflikt gotowy. Sprawdź, czy i jak można pogodzić te dwie motywacje.

Nie zapominaj o marzeniach, one są doskonałym motywatorem do zmian. Możesz zrobić mapę marzeń – kolaż ze zdjęć, wycinków z gazet. Zrób z nich obraz, kierując się intuicją. Odkryj symbolikę zdjęć. Może rysunek przedstawiający kobietę siedzącą przed komputerem na tarasie z widokiem na ocean to twoja wizja nowej pracy, którą pokochasz i przyniesie ci ona tyle pieniędzy, ile potrzebujesz? Porównaj obecne marzenia z tymi z dalekiej przeszłości (to jedyny moment w procesie zmiany, kiedy możesz do niej wrócić). Co udało ci się zrealizować? Czy dawne marzenia są aktualne?

Określ swoje zasoby

Motywacja silnie łączy się z poczuciem wewnętrznej mocy. Moim zdaniem każda zmiana zaczyna się od poczucia: „Chcę i mogę”. Bardzo często największą przeszkodą w osiągnięciu celu są fałszywe przekonania, które odbierają nam moc. Te wszystkie: „Nie mogę”, „Nie dam rady” czy „Nie należy mi się” – poczuj związek tych przekonań ze swoją sferą finansową. Czy jesteś na sto procent przekonana, że energia, umiejętności i zaangażowanie, które wkładasz w twoją pracę, powinny być bardziej doceniane?

Czasami nasze poczucie mocy jest nadmiarowe i jednokierunkowe – bagatelizujemy swoje sukcesy albo przypisujemy je ślepemu losowi, jednocześnie obwiniając się za wszystkie porażki. To ma związek z naszymi przekonaniami. Może myślisz: „Chciałabym więcej zarabiać, ale skoro szef sam nie proponuje mi podwyżki, to znaczy, że na nią nie zasługuję”, jesteś gotowa wziąć dodatkową pracę i nawet ci do głowy nie przychodzi pomysł, że może powinnaś się bardziej cenić i negocjować kwestię podwyżki.

Nowe wymaga nie tylko zmiany w tobie, ale także w świecie zewnętrznym. Czasami to właśnie tam warto zrobić rewolucję. Nie ma w firmie pieniędzy na nowe projekty? OK. Przedstaw swój pomysł w taki sposób, by pieniądze się znalazły, a jeśli nie, odważnie powiedz, że pójdziesz z nim do konkurencji.

Wytrop zgubne nawyki

Jeśli jakiś sposób działania w dojściu do celu nie daje efektów, to znajdź nowy, zamiast naiwnie wierzyć, że w końcu je da. Chcesz więcej zarabiać? Zmień strategię działania albo poszukaj firmy, która cię doceni. Rób inaczej, efektywniej i tylko to, co się sprawdza. Eksploruj, rozwijaj swoje talenty, próbuj wszystkiego, czego jeszcze nie sprawdzałaś. Jednak pamiętaj, że nie jesteś robotem, nie możesz pracować bez końca. Daj sobie odpocząć, a światu podziałać. Nie masz obowiązku zmieniać tylko siebie, możesz również kreatywnie zmieniać świat.

Odkryj swój indywidualny rytm zmian

Zmiana jest procesem podobnym do oddychania: wdech – zatrzymanie – wydech – zatrzymanie. W procesie zmian określ własne tempo: zwyżki i zniżki energii, a także fazy zatrzymania. W pełni korzystaj ze swoich naturalnych zasobów. Jeśli np. zimą potrzebujesz więcej odpoczynku, a mniej pracy – uszanuj ten fakt. Fazy zatrzymania, analizy tego, co udało ci się już zrobić, są naturalnym i bardzo cennym momentem na niedziałanie i refleksję.

Wróć do punktu wyjścia

Jeszcze raz uważnie przyjrzyj się swojemu kołu sfer życiowych i poczuj, czy naprawdę chcesz (a nie musisz) coś zmienić. A może to tylko przymus, moda, obowiązek? Może zamiast kroku do przodu warto zatrzymać się i rozejrzeć, odnaleźć w tym, co już masz? I z całego serca to docenić. Jeśli tak, to oznacza to, że w kole sfer wracasz do punktu wyjścia, nie ruszając się z miejsca.

Moje tegoroczne postanowienie noworoczne brzmi: „Cieszyć się tym, co udało mi się osiągnąć. Rozsiąść się wygodnie, odetchnąć pełną piersią. Pochwalić i docenić samą siebie. Dać się podziwiać. Zbierać plony tego, co posiałam”.

Ewa Klepacka-Gryz psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trener warsztatów rozwojowych dla kobiet. 

  1. Psychologia

Mindfulness dla najmłodszych – jak uczyć dzieci uważności?

"Mindfulness daje nie tylko narzędzia do tego, by się uspokoić, niesie też świadomość własnego zachowania". (Fot. iStock)
Mindfulness dla dzieci - to coś nowego! Lepsza koncentracja i pamięć, uspokojenie emocji - same korzyści. Tylko czy można nauczyć medytacji pięciolatka? Eline Snel, trenerka i autorka książki "Uważność i spokój żabki", przekonuje, że tak, ale najpierw wyciszyć się musi rodzic.

Na czym polega ćwiczenie z żabką?
To ćwiczenie uczące małe dzieci, w wieku 4-5 lat, medytacji. Zapraszamy je, żeby usiadły na podłodze albo poduszce i spróbowały przez chwilę się nie ruszać, nie machać rękami ani nogami, no i nie rozmawiać. Chodzi o to, żeby się wyciszyły, jak żabka nad brzegiem stawu.

To nie jest łatwe - zatrzymać pędzące dzieciaki...
Tak samo trudne jak zatrzymanie dorosłych. Kiedy podczas pierwszego spotkania w ramach treningu uważności dla dorosłych proszę ich, żeby w spokoju zrobili skan całego ciała, zwykle nie mogą usiedzieć w miejscu. No więc z dziećmi jest tak samo. Czasem chciałoby się po prostu nacisnąć im gdzieś przycisk "stop", ale chodzi o to, żeby to one same umiały się zatrzymać. Dlatego podczas pierwszych zajęć z maluchami pytamy je, gdzie umieściłyby na sobie taki przycisk "stop", gdyby mogły to zrobić. Czasem pokazują na głowę, czasem na brzuszek. Mój trzyletni wnuk mówi, że przycisk "stop" ma na lewym ramieniu. Kiedy biega po domu jak Speedy Gonzales, pytam go, czy pamięta, gdzie jest jego guzik "stop". Tak. Wówczas zadaję kolejne pytanie: czy chciałby go nacisnąć dla mnie, usiąść i po prostu pooddychać przez chwilę. Już nauczył się, jak to robić.

Taki przycisk "stop" daje nadzieję rodzicom.
Zgadza się, ale nie obejdzie się bez ich zaangażowania. To oni muszą przypominać dzieciom, z początku kilka razy dziennie, gdzie jest ich przycisk, pytać, czy potrafią go nacisnąć, i prosić, by to zrobiły. Wtedy maluch wie, że może na chwilę się uspokoić, odpocząć. A potem wstać i biec dalej. Ważne jest też, by rodzice dali przykład dziecku, żeby sami także potrafili się wyciszyć.

No tak, a rodzice są cały czas w ruchu.
Właśnie, i jeszcze wołają: "Pośpiesz się!", "Musimy już biec, jesteśmy spóźnieni!", a dzieci kopiują ich zachowania. Dziecko, które widzi, że mama z niczym się nie wyrabia i wiecznie o czymś zapomina, także staje się roztargnione i rozproszone. Obserwuję to już nawet u dwulatków. Kiedy dzieci nauczą się, jak się świadomie uspokajać, będą mogły korzystać z tej umiejętności także jako dorośli. Ale mindfulness daje nie tylko narzędzia do tego, by się uspokoić, niesie też świadomość swojego zachowania. Zamiast zwracać dziecku uwagę: "Przestań biegać", "Nie zachowuj się tak", można zapytać: "Czy jesteś świadomy, że od godziny biegasz po domu?". Bo przez większość czasu dzieci tego nie zauważają, one po prostu robią swoje.

Jak zatem stać się świadomym rodzicem, bardziej skupionym na tu i teraz, skoncentrowanym na dziecku i umiejętnie je wspierającym?
W obecnych wymagających czasach, kiedy oczekuje się od nas, żebyśmy byli idealnymi rodzicami, idealnymi pracownikami i idealnymi małżonkami, to wyjątkowo trudne. Uważności nie można się nauczyć dzięki temu, że przeczytamy jakąś książkę albo obejrzymy film, tę umiejętność zdobywa się jedynie dzięki praktyce, czyli medytacji, i wsparciu dobrego przewodnika czy nauczyciela. Dlatego niezmiernie ważne jest, by zanim staniemy się przewodnikami naszych dzieci - najpierw nauczyć się widzieć i odczytywać nasze myśli, rozpoznawać uczucia i emocje oraz oczekiwania, jakie mamy wobec siebie i wobec dzieci, a także jakie one mają wobec nas.

Od czego zacząć?
Od siebie, od pracy nad własną uważnością, nad tym, by być bardziej obecnym, zwracać uwagę na własne uczucia i myśli. Kiedy byłam mała, miewałam czasem swoje nerwowe, trudne nastroje, jak każde dziecko. Wtedy moja matka mówiła: "Idź do swojego pokoju, nie chcę cię oglądać w takim stanie. Przyjdź, kiedy ochłoniesz i znów będziesz normalna" (śmiech). Nie było to miłe. Zdaję sobie sprawę, że wielu rodziców nie miało szansy nauczyć się, jak radzić sobie z trudnymi emocjami, ale od tego trzeba właśnie zacząć. Zanim staniemy się przewodnikiem dla naszego dziecka, musimy sami wiedzieć trochę o swoich trudnych i silnych uczuciach, musimy umieć sobie mądrze z nimi radzić.

Wróćmy do maluchów. Jak rodzic może ćwiczyć z nimi uważność?
Podczas wieczornej kąpieli można na przykład zapytać dziecko, czy czuje wodę na swojej skórze, i jakie to jest uczucie. W trakcie śniadania zapytać, czy smakuje mu chleb, jogurt. Codziennie na śniadanie ma te same produkty, a może by tak odkryć je na nowo? Albo pobawcie się we wkładanie kawałków jedzenia do buzi, kiedy dziecko ma zamknięte oczy. Dzieci uwielbiają tę zabawę.

Silne emocje to trudny temat. Łatwiej nam, rodzicom, zrozumieć, gdy dziecko płacze albo tęskni, niż gdy się wścieka, złości czy jest złośliwe.
Jako rodzice musimy pamiętać, że możemy wpływać na zachowanie dzieci, ale musimy też dać im przestrzeń na doświadczenie. Kiedy nasze dziecko się złości, pierwsze, co powinniśmy zrobić, to ochronić je przed wchodzeniem głębiej w tę emocję, przed zatraceniem się w niej. Zachowujemy się wtedy jak ratownik, czyli podnosimy dziecko i trzymamy je dopóki fala nie przejdzie.

Warto powiedzieć: "Widzę, że jesteś naprawdę zły, rozumiem cię, to w porządku, że tak się czujesz". I zapytać, gdzie w jego ciele mieści się ta złość. Dzieci mówią wtedy, że czują złość w pięściach albo w nodze, bo najchętniej by kogoś kopnęły. Gdy dziecko wchodzi z nami w kontakt, zostaje odcięte od magnetycznej siły przyciągania samej emocji, nie daje się wciągnąć w jej wir, zamiast tego jest w stanie obserwować, a nie byś w środku niej. Podczas warsztatów często pytamy dzieci, jak się czują, w jakim są nastroju. Rozmawiamy o tym, że są różne nastroje, które, jak pogoda, same się zmieniają. Musimy pamiętać, że dzieci myślą w sposób absolutny, wydaje im się, że jakaś sytuacja czy uczucie będą trwały wiecznie. Warto im pokazać, że poranny burzliwy humor może za chwilę zmienić się w słoneczny spokój.

Czy pięciolatek naprawdę może nauczyć się medytować?
Tak, oczywiście. Ale nie nastawiajmy się, że małe dziecko usiądzie sztywno, zamknie oczy i wytrwa tak pół godziny. To jest niemożliwe. Ja zaczynam naukę medytacji od ćwiczeń z dzwoneczkiem. Proszę dzieci, by skupiły się i powiedziały, ile razy słyszą uderzenia dzwoneczka. Tylko tyle. To już jest medytacja, słuchająca medytacja. Potem rozmawiamy o ich oddechu. Nagle odkrywają oddech - do tej pory po prostu oddychały, nie przywiązując wagi do tego, jaki to dar. W ten sposób dzięki pięciominutowej zabawie przynajmniej chwilę spędzają w kompletnej ciszy.

Czyli można nauczyć medytacji pięciolatka? - Okazuje się, że są na to sposoby. (Fot. iStock)Czyli można nauczyć medytacji pięciolatka? - Okazuje się, że są na to sposoby. (Fot. iStock)

A nastolatki? Trenowanie z nimi musi być wyzwaniem.
O nie, uwielbiam je. Podręcznik dla nauczycieli i rodziców nastolatków zaczynam od uroczej historii chłopaka, który powiedział rodzicom, że idzie do lekarza, żeby sprawdzić swoje DNA, bo nie może uwierzyć, że jest ich dzieckiem. A matka, czyli ja, bo to było jedno z moich dzieci, odpowiada, że wobec tego też idzie do lekarza, bo nie może sobie wyobrazić, że ten chłopak jest jej synem (śmiech).

Moja córka - choć nie była najlepszym z moich nauczycieli - na pewno była jednym z najgorszych nastolatków, jakie kiedykolwiek spotkałam w życiu. A mam czworo dzieci. Ostatnie słowa w "Uważności i spokoju żabki" należą do niej. Napisała, że miała szczęście do takich rodziców, bo ufaliśmy jej, choć robiła wiele rzeczy zakazanych. W wieku 13 lat upiła się na szkolnej imprezie. Na drugi dzień obudziła się z kacem i poprosiła o tabletkę na ból głowy. Powiedziałam, że nic nie dostanie, bo musi poczuć, co to znaczy pić alkohol, co alkohol robi z jej ciałem i zdrowiem i z nią samą. Już nigdy więcej się tak nie upiła.

To musiała być dla pani prawdziwa szkoła przetrwania.
Tak było. Zawsze zaznaczam, że nastolatki nigdy nie będą zachowywać się poprawnie tylko dlatego, że opanują wrażliwość. W końcu są nastolatkami. Ale możemy pozostać z nimi w kontakcie, będąc jednocześnie w uważnym kontakcie ze sobą i nie oczekiwać od siebie bycia idealnymi rodzicami. Pogódźmy się z tym, że będą kłótnie i walki, ale bądźmy z dziećmi cały czas w kontakcie. Bądźmy blisko nich, ale nie trzymajmy ich zbyt ciasno przy sobie.

Eline Snel, terapeutka i certyfikowana trenerka mindfulness, założycielka Academy for Mindful Teaching. Jej podręczniki do pracy z dziećmi nad uważnością od 5 do 19 roku życia wykorzystywane są w szkołach i ośrodkach zdrowia.

  1. Psychologia

Współpraca nie wyklucza zdrowej rywalizacji. Jak przekazać to dzieciom?

Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony. (fot. iStock)
Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony. (fot. iStock)
Zachęcajmy dziecko do samopoznania, pomagajmy mu zrozumieć siebie oraz to, dlaczego powinno podążać w tym, a nie w innym kierunku – mówi pedagożka dr Marta Majorczyk.

Rodzice z jednej strony widzą, że współczesny świat nastawiony jest na konkurencję, szkoła na rywalizację, a z drugiej – coraz częściej słyszą, że powinni wychowywać do współpracy. To czego powinni uczyć?
Powinni przygotowywać dziecko na obydwie opcje. Przy czym warto rozróżnić rywalizację pozytywną od negatywnej. Pozytywna opiera się na zdolnościach, talentach, cechach, umiejętnościach, kompetencjach, wiedzy, czyli przymiotach, które mamy w sobie i z których korzystamy, chcąc osiągnąć sukces.

A rywalizacja negatywna?
Odwołuje się do elementów, których nie mamy w sobie, które znajdują się na zewnątrz. Na przykład do tego, że rodzice są majętni, więc dziecko ma najdroższe ubrania, gadżety, wyjazdy. Innym przykładem rywalizacji negatywnej są wybory miss czy mistera szkoły, gdzie ocenia się wygląd, czyli coś, na co dziecko nie ma wpływu. Zadanie rodziców powinno polegać nie na stymulowaniu takiej rywalizacji, ale na jej osłabianiu.

Czyli na czym konkretnie?
Na przykład na podkreślaniu: co z tego, że masz lepsze ubrania, skoro to nie zależy od ciebie, tylko od tego, że akurat mamy pieniądze. Warto uczyć skromności, a nie eksponowania dóbr materialnych, markowych ciuchów, większych możliwości, niż mają inne dzieci. Skutkiem negatywnej rywalizacji jest osłabienie poczucia wartości dziecka, które bierze udział w rywalizacji, bo jeżeli uważa, że jest brzydsze, źle ubrane, to czuje się gorsze. A ponieważ nie jest w stanie tego zmienić, to może w pewnym momencie przestać podejmować jakiekolwiek działania.

Jakie są skutki rywalizacji pozytywnej?
Bardzo ważną rolę odgrywają tu rodzice – powinni rozmawiać z dzieckiem i wyjaśniać mu, że rywalizacja nie przynosi tylko sukcesów, że na pewno kiedyś trzeba zmierzyć się z porażką. Ale to, że dziecko przegra, nie znaczy, że jest do niczego, tylko że powinno ćwiczyć dalej i pogodzić się z tym, że ktoś jest lepszy. Koniecznie trzeba budować w dziecku poczucie wartości.

Jak reagować, jeżeli to poczucie zmieni się w poczucie wyższości? Bo osiągając sukcesy, można wpaść w pułapkę wysokiego mniemania o sobie. Dziecko uzdolnione w jakiejś dziedzinie ma łatwiej niejako z definicji, niezdolne może łatwo się zniechęcić.
Poruszyła pani ważną kwestię. Weźmy taki przykład: dziewczynka bardzo chce tańczyć tak jak utalentowana w tej dziedzinie koleżanka. Natomiast ja, mama, widzę, że z poczuciem rytmu nie jest u córki za dobrze. Proponuję więc: świetnie radzisz sobie językowo, jesteś komunikatywna, masz bogaty zasób słownictwa, możesz pisać opowiadania, współpracować ze szkolnym radiem itp. Trzeba córkę umiejętnie pokierować w inną stronę. Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony.

Jak to robić?
Można zadawać pytania coachingowe: „Co sprawia ci radość?”; „Jak sądzisz, czy wystarczy więcej popracować, czy może powinieneś szukać innej dziedziny, w której mógłbyś się spełniać?”. Zamiast podsycać rywalizację, lepiej zachęcać dziecko do samopoznania, pomagać mu zrozumieć siebie oraz to, dlaczego powinno podążać w tym, a nie innym kierunku.

I podkreślać, że każdy jest inny?
Tak. Badacz inteligencji wielorakiej Howard Gardner wykazał, że nie ma jednej inteligencji, tylko jest cały zespół inteligencji. Tłumaczmy dziecku, że niemożliwe, aby było świetne we wszystkim, natomiast na pewno jest w czymś dobre i musi to coś znaleźć. Zarówno rodzicom, jak i nauczycielom polecam książkę Aldony Kopik i Moniki Zatorskiej „Wielorakie podróże – edukacja dla dziecka”, która zawiera kwestionariusz do badania inteligencji wielorakiej. Pomaga na podstawie obserwacji dziecka wykreślić jego profil inteligencji.

Gdy już poznamy ten potencjał, łatwiej nam będzie zachęcać je do rywalizacji z samym sobą, a nie z innymi?
Oczywiście, dobrze motywować je do tego, żeby ćwiczyło, uczyło się, pracowało. Ale warto zwracać też uwagę, że skoro jest dobre na przykład w pisaniu, a koleżanka w mówieniu, to mogą, uzupełniając się, zrealizować wspólnie jakiś projekt na lekcję polskiego. Istnieje pojęcie nauczania kooperatywnego, które polega między innymi na tym, że nauczyciel dzieli materiał między uczniów w taki sposób, żeby każdy stał się specjalistą w innym obszarze wiedzy. Potem wszyscy nawzajem się od siebie uczą. Na przykład na lekcji biologii jeden uczeń zajmuje się budową komórki, drugi – jej procesami, trzeci – odżywianiem komórkowym, potem wymieniają się informacjami i w ten sposób poznają całość wiedzy na ten temat. Przy okazji dzieci przekonują się, że zrozumienie całości nie jest możliwe bez współpracy.

Jak jeszcze zachęcać do kooperacji?
Na początku wystarczy wykorzystywać naturalne potrzeby dziecka, czyli chęć zabawy, kontaktu z rówieśnikami. One ujawniają się już w wieku wczesno­szkolnym. Dzieci wtedy lgną do siebie, przy czym dziewczynki bardziej stawiają na zabawę, bliskość, a chłopcy na rywalizację, bo to chłopięcy sposób budowania relacji z kolegami.

Szkoła często zabija te naturalne odruchy.
Wszystko w rękach nauczyciela. Jego rolą jest poznanie dzieci, rozdzielenie zadań zgodnie z ich talentami, a potem zmotywowanie ich do wymiany. Na przykład Jaś to nasz klasowy Lewandowski, więc zachęcam go, żeby pokazał swoim kolegom, jak strzela gole. W ten sposób nauczyciel upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu – zbuduje w Jasiu poczucie kompetencji, własnej wartości, wiary w siebie, a także uruchomi tutoring rówieśniczy, który polega na tym, że dziecko dobre w jakiejś dziedzinie może uczyć inne dzieci i dzięki temu przyczyniać się do budowania zgranej paczki.

W jaki sposób rodzice mogą zachęcać rodzeństwo do wspólnego działania?
Powinni pamiętać, żeby nie porównywać dzieci, nie krytykować jednego przy drugim, nie zawstydzać, ale chwalić za to, co każdy robi dobrze. I pokazywać, że wspólnie możemy więcej niż każdy osobno. Kiedy w sobotę trzeba posprzątać mieszkanie, a dzieci chcą iść do kina, zaproponujmy, że sprzątamy wspólnie – tata łazienkę, mama sypialnię, dzieci swoje pokoje. Potem razem gotujemy obiad i takim sposobem całe popołudnie mamy wolne, możemy iść nie tylko do kina, ale i na rowery. I tak oto mimochodem uczymy współpracy, która bardzo przyda się dzieciom w życiu dorosłym.

Jednak górą współpraca.
Nie należy całkowicie eliminować rywalizacji, to naturalna potrzeba. Człowiek od zawsze rywalizował z innymi. Trzeba tylko kształtować pozytywną wersję, a eliminować tę negatywną.

Co dobrego wynika z rywalizacji?
Rozwija talent (najbardziej widać to w sporcie, bo żeby wygrać, trzeba się starać, pracować, ćwiczyć). Uczy znosić porażki, a tym samym przygotowuje do adaptacji w różnych sytuacjach, bo w życiu też trzeba będzie przecież przegrywać.

Najskuteczniejsze ćwiczenie na pozytywną rywalizację?
Gry planszowe, tu rywalizacja jest niezbędna, bo każdy chce pierwszy dotrzeć do mety. Czasem wygrywam ja, czasem córka. Jeżeli przegrywam, to prezentuję swoją postawą, jak to znosić: „OK, przegrałam”, więc gratuluję córce zwycięstwa i chcę zmierzyć się z nią raz jeszcze. Ale rzucając kostką, mówię, że los czasem sprzyja mnie, a czasem jej, tak jak w życiu. Trzeba uczyć wyciągać wnioski z porażek: dostałam złą ocenę, bo się nie nauczyłam, przegrałam mecz, bo się nie zaangażowałam.

Można rywalizować i zarazem współpracować?
Tak, na przykład wtedy, gdy jako klasa walczymy o zwycięstwo w jakiejś dziedzinie z inną klasą. Wynik meczu czy konkursu zależy od tego, czy uczniowie potrafią się porozumiewać, kooperować. Takie formy rywalizacji bardzo sprawdzają się w grupach powyżej 12 lat.

Współdziałanie pozostaje w Polsce umiejętnością mocno zaniedbaną, zwłaszcza w szkołach. Nawet jeśli wypisuje się ją na sztandarach, to potem promuje się indywidualne osiągnięcia – jak w pewnym renomowanym warszawskim gimnazjum, szczycącym się społecznym profilem, w którym na zakończenie roku szkolnego nagradzano za indywidualne wyniki w olimpiadach i konkursach.
W organizowaniu wszelkiego typu konkursów nie ma nic złego, pod warunkiem że dzieci same decydują o udziale, bo to oznacza de facto, że biorą za nie odpowiedzialność. A poza tym – ich sukcesy mogą przynieść pożytek wszystkim, cieszyć się nimi może cała społeczność szkolna. Wszystko zależy od tego, jak te sukcesy „sprzeda” nauczyciel. Według mnie współpracy i rywalizacji nie trzeba rozdzielać, tylko umiejętnie łączyć. Najlepszym przykładem takiego połączenia są sporty zespołowe, które z jednej strony wzmacniają współpracę, a z drugiej – stawiają na zwycięstwo w rywalizacji. Większą satysfakcję sprawia jednak wspólne działanie. Pamiętam doskonale, jak podczas meczów siatkówki (należałam do szkolnej drużyny) wzajemnie się wspierałyśmy, co sprawiało nam większą radość niż wygrana.

Warto więc w szkole nastawionej na rywalizację zachęcać do gier zespołowych?
Na pewno. Ale w szkołach duży nacisk kładzie się też na współpracę. Już w nauczaniu początkowym obowiązuje kształcenie metodą projektu. Polega ono na tym, że cała klasa robi coś wspólnie, czyli nauczyciel dzieli zadania między uczniów, a oni dyskutują, pracują, a potem prezentują owoce wspólnego działania. I znowu – wszystko zależy od nauczyciela. Jeżeli zna i rozumie sens takich metod aktywizujących całą klasę, to przyjemność płynąca z nauki zdecydowanie staje się większa. Wiadomo, że najskuteczniej uczymy się poprzez doświadczanie, więc takie metody efektywnie pomagają w nauce, no a poza tym kształtują społeczne postawy.

Jak motywować do współpracy?
Istnieje wiele strategii motywacyjnych. W sukurs nauczycielom przychodzi neurodydaktyka – wiadomo, że dzieci chętniej uczą się poprzez zabawę, dlatego najlepiej aranżować ciekawe zadania w miłej atmosferze. Dobre efekty przynoszą pozytywne wzmocnienia, pochwały, bazowanie na mocnych stronach dziecka, natomiast nad słabymi stronami pracujemy, korzystając z tutoringu rówieśniczego, czyli poprzez tworzenie zespołów, w których lepsi uczniowie dzielą się swoją wiedzą ze słabszymi. Warto dążyć do wzbudzenia najskuteczniejszej formy motywacji – wewnętrznej, czyli takiej, kiedy dziecko samo chce pracować i samo siebie nagradza: „Udało mi się, będę działać dalej, bo mnie to ciekawi, bo chcę wiedzieć więcej”.

To trudne do osiągnięcia.
Niestety, taką motywację zabija rywalizacja negatywna. I tak oto zamknęliśmy się w błędnym kole. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie wszystkie dzieci reagują jednakowo. Jedne rywalizacja pobudza do działania, inne odwrotnie – w obliczu konkurencji się wycofują. Jedne dzieci wolą pracować w grupie, inne bardziej sprawdzają się w pracy indywidualnej. Kłania się tu psychologia różnic indywidualnych. Nic zatem na siłę, wiele zależy od dziecka.

Rodzice na ogół nie mają wiedzy psychologicznej.
To prawda, dlatego mogą skorzystać z coachingu rodzicielskiego – metody pracy, której można się nauczyć podczas specjalnych warsztatów organizowanych przez coachów. Ale – uwaga – wyposażeni w te metody nie rozwiązujemy za dziecko problemów, tylko uczymy je, jak ma sobie samo z nimi radzić. Zadajemy pytania, ćwiczymy koncentrację, nazywanie emocji, uczuć. Coaching rodzicielski to sprawdzona metoda pracy z dzieckiem.

Wydaje mi się, że w Polsce nadal musimy bardziej uczyć współpracy niż rywalizacji, bo tę ostatnią mamy opanowaną.
Podobnie uważa profesor Janusz Czapiński. Powiedział, że przez lata dzięki rywalizacji dużo osiągnęliśmy: wysoki poziom życia, sukcesy zawodowe, natomiast teraz stoimy przed następnym wyzwaniem – jak ze sobą współpracować. Wystarczy rozejrzeć się dokoła siebie, żeby zobaczyć, że profesor ma rację – zazdrościmy sobie nawzajem, konkurujemy, rzadko skrzykujemy się, żeby zrobić coś wspólnie dla naszej ulicy. Samorządność nadal u nas kuleje, choć powoli to się zmienia.

Marta Majorczyk: doktor nauk humanistycznych, pedagożka, doradczyni rodzinna. Pracuje z Collegium Da Vinci w Poznaniu. Pracuje w poradni psychologiczno-pedagogicznej przy Uniwersytecie SWPS w Poznaniu. Mama Patrycji i Piotra.

  1. Psychologia

Nadgorliwe i zbyt dokładne - jak pomóc dziecku, które za bardzo się stara?

Z perfekcjonizmem u dziecka warto rozprawić się za wczasu, zanim zacznie dziecku poważnie utrudniać życie. (fot. iStock)
Z perfekcjonizmem u dziecka warto rozprawić się za wczasu, zanim zacznie dziecku poważnie utrudniać życie. (fot. iStock)
Skrupulatność, rzetelność, dokładność – to styl pracy z gruntu pozytywny. Ale czy zawsze? W edukacji szkolnej dziecko obarczone nadmiernym perfekcjonizmem, nazbyt dokładne, a nawet nazbyt rzetelne, nie ma lekkiego życia i wymaga solidnego wsparcia domu i szkoły.

Przed dzieckiem, które zaczyna edukację, stawia się wiele rozmaitych zadań. Jednym z nich jest praca w określonym tempie. Gotowość szkolna dziecka to nie tylko dojrzałość inteligencji, poziom abstrakcyjnego myślenia, zasób słownictwa, ale właśnie wykonywanie zadań w określonym czasie. Z tym nasze dzieci mają ogromy problem.

Jeśli twoje dziecko ma problem nadmiernie perfekcyjnego wykonywania poleceń w szkole, postaraj się mu pomóc. W jaki sposób?

1. Przede wszystkim nie prowokuj

•    Nie nagradzaj za perfekcjonizm. Nie zachwycaj się, że pięknie wykonał kolorowankę, nad którą siedział cztery godziny. •    Nie opowiadaj, że najbardziej cenisz prace staranne. Takie uwagi są wskazane tylko dla niektórych dzieci – bałaganiarzy, rozproszonych i chaotycznych; małemu perfekcjoniście wyrządzą tylko krzywdę. •    Zapytaj swoich znajomych i rodzinę, czy ty jesteś perfekcjonistką. Jeśli tak, nie wymagaj od dziecka tego, czego wymagasz od siebie.

2. Zdiagnozuj problem

Najważniejsze to poznać przyczynę – odkryć, co składnia twoje dziecko do poświęcania się, żeby dopracować szczegóły. Etiologia tego zjawiska może być różna i często pozornie zupełnie niezwiązana z tym, co określmy dziecięcym perfekcjonizmem.

Obserwuj życie towarzyskie swojego dziecka. Czy ono jest lubiane? Czy ma kolegów? Tylko pozornie perfekcjonizm i popularność nie mają ze sobą nic wspólnego. W rzeczywistości dzieci nadmiernie skrupulatne często są samotne, czują się odtrącone i perfekcjonizmem rozładowują wynikającą z tego frustrację. Perfekcjonizm pozwala również dzieciom odrzuconym unikać kontaktu z rówieśnikami.

Dzieci popularne towarzysko nie popadają w przesadny perfekcjonizm, bo szkoda im na to czasu.

3. Pomóż, ale mądrze

To będzie bardzo trudne, ale nie pomagaj mu w wykonywaniu prac domowych. Trzymaj się z daleka od jego zeszytów. Uważaj, byś nie wpadła w pułapkę rodziców małego perfekcjonisty: „Jak mam mu nie pomagać, skoro on sam z niczym nie może zdążyć?”. Właśnie niech ma niezrobione, niech nauczycielka zobaczy, że tempo pracy klasy przekracza możliwości twojego dziecka. Jeśli ty będziesz kończyła za dziecko, nauczycielka będzie myślała, że twoje dziecko nie ma problemów z tempem pracy. Jeśli masz wątpliwości co do słuszności tej strategii, zadaj nauczycielce pytania: „Skoro on nie daje rady, to czy ja mam to za niego robić?”.

W domu koniecznie wyznacz dziecku obowiązki. Podlewanie kwiatów, ścieranie kurzy, odkurzanie, nakrywanie do stołu – to zajęcia wspaniale rozładowujące napięcie, wykształcające sprawność motoryczną. Pamiętaj też, że w przypadku dzieci starszych perfekcjonizm może być ucieczką od obowiązków: „Jak mam ci pomóc, skoro jeszcze nie dokończyłem pracy domowej?”.

Egzekwuj obowiązki domowe właśnie u dziecka, które ma problem z pracą w tempie, nie zwalniaj z prac domowych tylko dlatego, że ono pracuje wolno.
Mały perfekcjonista potrzebuje też ćwiczeń ukierunkowanych na usprawnienie motoryki drobnej. Ciastolina, plastelina, masa solna, szycie, wszelkie nawlekania przedmiotów drobnych na drucik czy igłę, układanie puzzli, majsterkowanie, a nade wszystko prace kuchenne. Jedno samodzielne obranie marchewki zastępuje kilka godzin rysowania szlaczków.

Zadbaj o jego dłonie. Dzieci mają coraz mniej okazji do wypracowania koordynacji ruchów. Nie skupiaj się na tym, żeby dokończyło. Wręcz przeciwnie – postaw na sport. Wszelkie gry z piłką znakomicie rozwijają dzieci ruchowo.

W domu wciąż wymyślaj zabawy na czas. Kto szybciej założy buty, kto szybciej zbiegnie na dół, kto szybciej zmieni powłoczkę na jaśku. Nie mów dziecku, czemu to służy, ale pamiętaj, że w ten sposób dyskretnie wysyłasz dziecku informację, że czas jest równie ważny jak styl wykonania zadania.

4. Poszukaj pomocy

Nie ukrywaj przed szkołą tego problemu, nie maskuj go. Obowiązkowo poinformuj nauczycielkę, że twoje dziecko nie może nadążyć z wykonywaniem poleceń, bo skupia się na idealnym wykonaniu graficznym. Pokaż zeszyty z niekończonymi pracami. Zapytaj, jak ona chce rozwiązać ten problem. Czasem wystarczy tylko pół linijki szlaczka (zamiast całej) i perfekcjonista wykona zadanie równo z innymi dziećmi.

Poproś nauczycielkę, żeby nie szafowała poleceniem „dokończyć w domu”; brzmi ono niewinnie, a twojemu dziecku zabiera trzy godziny dzieciństwa. Ustal, żeby nagradzała twoje dziecko za zadania o innym charakterze niż te, w których istotą jest perfekcyjne wykonanie.

Dowiedz się od pani, w czym twoje dziecko jest dobre. Jeśli tylko w dokładności, masz odpowiedź, dlaczego na tym się skupia – perfekcjonizm chroni je przed wykonywaniem zadań, w których nie czuje się pewnie. Być może słabo liczy, ma problemy z czytaniem, nie rozumie poleceń…

5. W ostateczności… poproś o radę psychologa

Jeśli twoje dziecko nie chce podejmować żadnych innych zadań poza ponadprzeciętnym wykonywaniem prostych, ale żmudnych zadań, skonsultuj się z psychologiem. Nie popadaj od razu w przerażenie, że to cechy autyzmu wczesnodziecięcego. Tak nie musi być. Pamiętaj, że strach przed kolegami, matematyką, czy nawet czytaniem na głos, może przyjąć formę ucieczki w perfekcjonizm.

  1. Psychologia

Co zrobić, żeby dziecko polubiło matematykę?

Matematyka przydaje się w życiu. Umiejętności matematyczne podnoszą też samoocenę dziecka. Jak postępować więc, aby przekonać dziecko do przedmiotów ścisłych? (fot. iStock)
Matematyka przydaje się w życiu. Umiejętności matematyczne podnoszą też samoocenę dziecka. Jak postępować więc, aby przekonać dziecko do przedmiotów ścisłych? (fot. iStock)
Za to, że dzieci są słabe z matematyki, prawie zawsze odpowiadają ich rodzice. I to wcale nie w sensie genetycznym.

W szkole najbardziej nie cierpiałem matematyki – choć to nawet prawda, zastanów się, zanim powiesz to swojemu dziecku. Dlaczego? W ten sposób nieświadomie przekazujesz mu następujące informacje: że matematyka jest trudna i nieciekawa, do niczego mu się w życiu nie przyda oraz – być może najważniejsza – skoro ty jej nie lubiłeś, to ono też nie będzie, dlatego spokojnie może być z niej słabe. Zapominasz, że matematyka to nie liczby czy figury geometryczne, tylko myślenie abstrakcyjne, które przydaje się we wszystkich dziedzinach życia. Rozwija nasz mózg, pomaga znaleźć wyjście z wielu sytuacji i dodaje pewności siebie. Dziecko dobre z przedmiotów ścisłych znacznie mniej się denerwuje szkołą, niestraszna mu nowa klasa czy zmiana nauczyciela, nie boi się testów ani klasówek. Natomiast to, które radzi sobie z matmą gorzej, ma ograniczony wybór przyszłej drogi zawodowej. Nie może pójść na studia medyczne, ekonomiczne czy farmaceutyczne, nawet takie kierunki jak żywienie człowieka czy weterynaria zawierają w sobie jej elementy. Dlatego wychowując dziecko na dobrego matematyka, dajesz mu większą szansę na odnalezienie się w przyszłym życiu.

Jak zachęcać dziecko do matematyki?

Zacznij od zmiany nastawienia. Chwal dziecko za postępy w nauce, na przykład za dobre opanowanie tabliczki mnożenia. To zresztą najlepsze z ćwiczeń rozwijających pamięć. Twój maluch ma z nią trudności? Możesz mu pomóc, dzieląc cały system tabliczki na kawałki, najlepiej na osobne działania. Przygotujcie razem karteczki (fiszki). Na jednej stronie zapisz działanie, na drugiej jego wynik. Niech opanuje kolejno wszystkie. Ty też bierz w tym udział.

Wprowadzanie dziecka w świat matematyki możesz zacząć już, kiedy jest w przedszkolu. Złym pomysłem jest wręczenie mu zeszytu i ołówka, by przepisywało rzędy cyfr. Jego mała motoryka jest do tego jeszcze nieprzyzwyczajona, a koordynacja oko–ręka niewykształcona. Natomiast nigdy nie jest za wcześnie na zabawy. Poniżej pięć przykładowych.

  1. Co ma wspólnego klucz z gwoździem? To główne pytanie w kształceniu myślenia abstrakcyjnego. Staraj się szukać okazji, podczas których dziecko może dostrzec cechy wspólne pomiędzy dwoma przedmiotami, zjawiskami, zwierzętami, samochodami, różnymi urządzeniami…
  2. Policz pionki! Mów tak zawsze po skończonej grze, gdy chowasz ją do pudełka. Pokaż dziecku, że układając pionki parami, można łatwiej sprawdzić, czy jest ich tyle, ile potrzeba.
  3. Podaj mi żółtą czwórkę. Już trzylatka można nauczyć, by posługiwał się konkretnymi nazwami klocków lego, budując z nich różne konstrukcje. Nawet dziecko, które jeszcze nie mówi, umie zareagować na: „podaj mamie rączkę”, będzie wiedziało, co znaczy: „podaj mi żółtą czwórkę”. Zobaczysz, jak szybko nauczy się precyzyjnego nazywania klocków.
  4. Co jest dłuższe? Przy każdej okazji proś dziecko, by porównywało różne rzeczy (na przykład buty, sznurowadła, butelki, lalki) poprzez położenie czy postawienie ich obok siebie.
  5. A teraz borsuk idzie w lewo… Jeśli masz w łazience kafelki, dysponujesz wspaniałym przyrządem do nauki. Weź do ręki małą zabawkę. Niech wędruje wolno po kafelkach, a ty mów: „Teraz borsuk skręca w prawo, potem idzie dwa kafelki w górę, potem dwa kafelki w dół, teraz trzy w bok…”. Zobaczysz, jak szybko dziecko nauczy się bezbłędnego poruszania się po… niczym innym jak po układzie współrzędnych.

Sześciolatek, czyli ważny moment

W tym wieku dziecko idzie zwykle do szkoły, co nie znaczy, że przestaje mieć czas na zabawę. Wprost przeciwnie, teraz właśnie potrzebuje jej bardziej niż wcześniej. To wspaniale rozwinie jego matematyczne zdolności. W co się bawić?
  • Statki. Na tej starej poczciwej grze wyobraźnię przestrzenną, koncentrację i abstrakcyjne myślenie wykształciło już wiele pokoleń.
  • Warcaby. A może nawet szachy… Nie ma znaczenia, jeśli nawet grasz w nie słabo lub wcale. Już samo opanowanie zasad będzie dla dziecka wyjątkowo twórcze. Postaw skoczka na dowolnym polu i zademonstruj, jakie ruchy są dopuszczalne. Przesuń go na inne pole i poproś, żeby teraz dziecko pokazało, gdzie można go przestawić.
  • Memo, czyli kartki lub klocki z obrazkami. Wybierz temat obrazków zgodny z zainteresowaniami dziecka i grajcie przy każdej okazji. Prowadź specjalne zapiski, róbcie domowe turnieje. Pamięć sześciolatka jest niemal fotograficzna, więc będzie mieć sporo satysfakcji, zapamiętując miejsce położenia par obrazków i ogrywając wszystkich dorosłych. Oprócz ćwiczenia pamięci ta genialna gra rozwija koncentrację, upór, pozytywne nastawienie do wysiłku intelektualnego oraz chęć rywalizacji.
Pamiętaj: nigdy nie dawaj dziecku forów, bo tym wyrządzisz mu więcej złego niż dobrego.

Starsze dziecko

Gdy wracasz do domu lub dzwonisz z pracy, najczęściej pytasz dziecko: „co tam w szkole?”. A ono odpowiada zawsze tak samo: „w porządku”. Zamień to pytanie na konkret, w tym przypadku interesujący nas przedmiot szkolny. Ktoś, kto chce mieć w domu mistrza olimpijskiego, zawsze pyta: „co robiłeś na wuefie?”, ty mów: „co robiliście na matmie?”. Ważne, żeby twoje zainteresowanie zajęciami w szkole było szczere, a nie pro forma. Przyjrzyj się też uważnie rzeczom, którymi otacza się twój uczeń, i postaraj się, by miały „matematyczne” zastosowanie. Jeśli twoje dziecko lubi grać na komputerze, podsuń mu znakomite gry kształcące wyobraźnię przestrzenną, czyli np. takie, w których musi poukładać w coraz szybszym tempie bryły nieforemne. Najlepszą zachętą będzie, jeśli sam zaczniesz w nie grać, a najlepiej razem z nim. Podobnie rób ze wszystkimi prezentami, które przywozisz mu z podróży lub kupujesz na urodziny – niech rozwijają je umysłowo.

Możesz wykorzystać to, co już macie. Wręcz dziecku miarkę budowlaną – niech zmierzy wszystko, co jest w domu, i zapisze wyniki pomiarów. Potem poproś, by wskazało najdłuższą i najkrótszą rzecz. Gdy ma więcej niż sześć lat, powiedz, by zmierzyło fotel i kanapę i pokazało na miarce, o ile kanapa jest dłuższa, a fotel krótszy. O tyle samo?! Albo weźmy taki zegar. To jedno z najlepszych naturalnych narzędzi kształcenia zdolności matematycznych. Gdy tylko dziecko nauczy się trochę nim posługiwać, pytaj: „Która godzina będzie za osiem minut? Cztery minuty, to ile sekund? Dwie godziny i pięć minut — ile to minut? Mój zegarek późni się sześć minut, czyli którą godzinę teraz pokazuje?”. Jeśli zrobisz z tego domową zabawę, być może za pomocą zwykłego czasomierza, ku swojemu zaskoczeniu, wychowasz laureata olimpiady matematycznej. Miej jednak świadomość, że twoje dziecko wcale nie musi zostać świetnym inżynierem czy profesorem. Najważniejsze, by było człowiekiem bez kompleksów, który korzysta w pełni z możliwości, jakie daje mu jego mózg. Umiejącym radzić sobie w banku, w sklepie i rozumiejącym, na czym polega procent składany.