1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Zdrowy egoizm - daj sobie prawo do własnych potrzeb

Zdrowy egoizm - daj sobie prawo do własnych potrzeb

Jeśli nie rozwiążesz własnych problemów, niewiele wniesiesz do rozwiązania problemów świata. (Fot. iStock)
Jeśli nie rozwiążesz własnych problemów, niewiele wniesiesz do rozwiązania problemów świata. (Fot. iStock)
Chyba nikt, komu zależy na relacjach z innymi, nie chciałby być nazwany egoistą. Bo przecież egoista to samolub, sobek, osoba aspołeczna – tak przynajmniej najczęściej jest postrzegany. A jednak, jak przekonuje austriacki dziennikarz Josef Kirschner, który spopularyzował pojęcie zdrowego egoizmu, kto nie rozwiąże własnych problemów, niewiele wniesie do rozwiązania problemów świata. Zatem: bądźmy mądrze egoistyczni.

Jeśli masz wątpliwości, czy zajmowanie się sobą jest słuszne, zastanów się, czy zajmowanie się innymi nie jest też formą egoizmu. Czasem służy temu, żeby poczuć się lepszymi, zyskać nad kimś przewagę, podporządkować go sobie. A przynajmniej się wykazać. Tworzą się zależności, nie zawsze zdrowe. Josef Kirschner, autor książek „Biblia egoistów” i „Jak być egoistą, czyli jak żyć szczęśliwie, nawet jeśli innym to się nie podoba”, zauważa, że pomóc sobie w sposób trwały możemy tylko my sami. „Gdyby rzeczywiście każdy troszczył się więcej o siebie niż o innych, na świecie byłoby mniej ludzi nieszczęśliwych. Również takich, którzy tracą czas, przerzucając na bliźnich odpowiedzialność za własne niepowodzenia”.

Najpierw trzeba zacząć od siebie, jak w często przywoływanej sytuacji z maską tlenową w samolocie, którą zakładasz dziecku dopiero, kiedy sam odzyskasz oddech i zdolność działania. Zdrowy egoista daje sobie prawo do własnych potrzeb, rozpoznaje je i stara się zaspokoić – bez naruszania granic innych ludzi, ale też bez poczucia winy. Zna swoje możliwości i ograniczenia, akceptuje niedoskonałości. Troszczy się o własne dobro i dąży do samorealizacji, ale nigdy po trupach. Taka postawa daje same korzyści. Tobie gwarantuje odkrywanie siebie i własnego potencjału, rozwijanie go, wyrażanie. Pełnię życia. Innym – satysfakcję z tego, że dzielisz się z nimi tym, co w tobie najlepsze.

Filtrować wydarzenia

Zdrowy egoizm to jednak złożony temat. I proces – wewnętrzny oraz zewnętrzny. Nie wystarczy deklaracja: „Od dziś na pierwszym miejscu stawiam swoją osobę”. Potrzebna jest odwaga, determinacja i zaufanie do siebie. Umiejętność odróżniania rzeczy ważnych, umiarkowanie ważnych i nieistotnych. Wreszcie odpowiedzialność – za siebie, swoje wybory.

Chcesz sprawdzić, czy jesteś gotów kierować się takim egoizmem? – pytają terapeuci Rachael i Richard Hellerowie, autorzy książki „Zdrowy egoizm” (wyd. Czarna Owca). Oto prosty test: wyobraź sobie, że dostałeś czarodziejską lampę. Gdybyś mógł mieć tylko jedno życzenie, o co byś poprosił? Dobrze się zastanów, nie wymieniaj pierwszej rzeczy, jaka przyjdzie ci na myśl! Tu chodzi bowiem o priorytety, o to, by ustalić, czego naprawdę chcesz, i konsekwentnie dążyć do celu. „Codzienność przytłacza każdego i jeśli nie ma się pomysłu, jak filtrować wydarzenia dnia, popada się w ogromne tarapaty” – powiedział kiedyś Henry Kissinger. Chodzi o to, żeby samodzielnie sterować własnym życiem, bez oglądania się na innych.

Oczywiście ci inni będą protestować, odsądzać cię od czci i wiary. W takich chwilach możesz wspomnieć przytoczoną przez autorów „Zdrowego egoizmu” przypowieść. Pewnego dnia ojciec i syn wyruszyli w długą podróż. Wzięli konia, ojciec usadowił na nim chłopaka. Wkrótce minęli ludzi, którzy stwierdzili: „Rozpieszczony, samolubny dzieciak, jedzie sobie wygodnie, podczas gdy ojciec musi męczyć nogi”. Zawstydzony chłopiec ustąpił miejsca ojcu, a w najbliższej wiosce usłyszeli: „Żaden przyzwoity ojciec nie rozsiadałby się, narażając dziecko na niewygody”. Wsiedli więc na konia razem i wtedy – jak łatwo się domyślić – dowiedzieli się, że są bezduszni, bo męczą biedne zwierzę. Cóż, została jeszcze jedna opcja: obaj zeskoczyli z konia i wędrowali, prowadząc go za uzdę. A w kolejnej osadzie dosięgły ich słowa: „Iść pieszo, kiedy ma się konia do dyspozycji? Trudno o większą głupotę!”.

Cokolwiek wybierzesz, innym może się to nie spodobać. Nie przekonasz ich, nie zmienisz. Jak przypominają Hellerowie, możesz zmienić tylko siebie. Ale to zmienia wszystko!

Czyj to wujek?

Zdaniem Josefa Kirschnera ten, kto chce sam kształtować swoje szczęście, musi pokonać dwóch przeciwników: środowisko i opór wewnętrzny.

Cóż, wszyscy staramy się dostosować do otoczenia – zakładamy, że w pewien sposób nas określa. Dostarcza potrzebnej uwagi, uznania, zaszczytów, lajków. Zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Nic dziwnego, że od dziecka słyszymy, jakie to obrzydliwe być egoistą i że myśląc tylko o sobie, źle skończymy. Naginamy się do tych oczekiwań, ale cena jest bardzo wysoka. Spoglądając wciąż w stronę innych, starając się spełnić ich życzenia, zaniedbujemy nasze pragnienia, zakopujemy marzenia. Nawet nie dostrzegamy tego, że zostaliśmy zmanipulowani, ubezwłasnowolnieni – innym niespecjalnie zależy na naszej niezależności... „Gdyby wszyscy ci, którzy obiecują nam pomoc, mówią o naszym szczęściu i bezpieczeństwie, rzeczywiście dotrzymywali swych obietnic, ludzie staliby się bezgranicznie szczęśliwi. Ale tak nie jest” – zauważa Kirschner. „Kto bowiem szuka oparcia w innych, a nie w sobie samym, oddaje się iluzji, która nigdy nie może być spełniona. Dlatego każdy z nas ma pełne prawo myśleć bardziej o sobie niż o innych”.

Opory wewnętrzne związane są z lękiem przed oceną, przed odrzuceniem. Z lojalnością. Ta ostatnia była kluczowym spoiwem w czasach prehistorycznych – zauważają Hellerowie. Człowiek pozbawiony wspólnoty tracił praktycznie dostęp do pożywienia, schronienia, jego szanse przeżycia znacznie malały. Oczywiście, dziś też jesteśmy wplątani w siatkę pewnych zależności – żyjemy przecież wśród ludzi. Rzecz w tym, że niektórzy wciąż zachowują się tak, jakby bez aprobaty rodziny czy przyjaciół nie byli w stanie przetrwać: stosują się do absurdalnych żądań, pozwalają innym na krytykę, uszczypliwości i różnego rodzaju nadużycia. „Nigdy nie gódź się na takie zachowanie członka rodziny, jakie uznałbyś za niedopuszczalne u kogoś obcego” – ostrzegają Rachael i Richard Hellerowie. Fakt, że to twój brat, kuzyn, twoja ciotka, twoja krew, nie wystarczy za usprawiedliwienie.

Autorzy „Zdrowego egoizmu” przytaczają historię o wujku Louie. Pewna para odkrywa, że wujek, którego dawno temu przyjęli pod dach, jest zwykłym pasożytem. Najpierw nieśmiało zaczynają przyznawać się do dyskomfortu, sprawdzają, co sądzi na ten temat druga strona. Skarżą się na lenistwo wujka, bezużyteczność, wyciągają jego kolejne przewinienia, nie starając się już nawet ściszać głosu. Wreszcie stawiają sprawę na ostrzu noża: trzeba się rozmówić z niewygodnym lokatorem! Tylko kto ma to zrobić? „Ty mu powiedz, to twój wujek!” – mówi mąż. „Jak to? Byłam przekonana, że twój!”.

Taki wujek może mieszkać u każdego z nas. Może to być jakiś sztuczny byt, przymus, który utrzymujemy przy życiu, dajemy mu energię i nawet tego nie zauważamy (a kiedy już zauważymy, myślimy, że to nie nasze). Jak to wygląda na co dzień? Powiedzmy, że para wybiera się do znajomych. Żona wolałaby zostać w domu (notabene ma ochotę na seks), ale poświęca się, przekonana, że mężowi zależy na tym wyjściu. Tymczasem mąż, który na co dzień widuje mnóstwo osób, z niechęcią myśli o kolejnym spotkaniu (notabene ma ochotę na seks), ale nie wspomina o tym, żeby nie krzyżować planów żony. Idą więc, oboje niezadowoleni. Kto wie, może gospodarze wieczoru też chętnie spędziliby go inaczej... Cóż, wujek Louie objawił się w całej krasie! Zdrowy egoista szybko by go zdemaskował, nie pozwoliłby się wykorzystywać.

Trzy zasady

Jeśli już pokonasz zewnętrze i wewnętrzne opory, uzbrój się w konsekwencję i cierpliwość. Do zostania zdrowym egoistą potrzebne ci będzie przestrzeganie trzech zasad.

Szczerość. Załóżmy, że masz przyjaciela, którego zachowanie budzi w tobie dezaprobatę. Nie mówisz mu tego, znosisz coraz mniej cierpliwie kolejne „niestosowności”. Myślisz, że go chronisz, robisz mu przysługę. Otóż nie. Pozwalasz mu tkwić w miejscu, być może z dala od rzeczywistości. Niewykluczone też, że uzależniasz go od siebie, bo inni nie tolerują już jego zachowań, a od ciebie wciąż dostaje sygnały, że jest wspaniały. Zaciskając zęby, poświęcając się „dla dobra sprawy”, nie wyświadczasz przysługi ani jemu, ani sobie. O wiele lepiej by się stało, gdybyś – z jak najbardziej egoistycznych, czyli zdrowych, pobudek – powiedział mu prawdę.

Stawianie granic. Zdaniem autorów „Zdrowego egoizmu” każdego od czasu do czasu nachodzi myśl, by porzucić dotychczasowe życie. Im częściej roztaczasz wizje, by rzucić to wszystko w diabły, tym większa dawka zdrowego egoizmu jest ci potrzebna. A może rzeczywiście zechcesz wyobrazić sobie swoje życie na odległej wyspie?

Sporządź listę przyjaciół, którym chciałbyś podać swój nowy numer – proponują Hellerowie. Poczuj, że jesteś w nowym miejscu i słyszysz dzwoniący telefon – to ktoś z listy. Po tym, gdy opowiesz o swoich doświadczeniach, rozmowa toczy się jak dawniej. Czy cieszysz się, że słyszysz tę osobę? Chciałbyś, żeby odezwała się do ciebie ponownie? Nie jesteś przekonany? Skreśl to nazwisko! – sugerują terapeuci.

Oczywiście możesz zacząć rozwijać tę umiejętność w mniej zobowiązujących relacjach. Zdaniem Josefa Kirschnera każdy człowiek potrzebuje swojego rewiru. Świadomość własnej przestrzeni może być źródłem siły, niezbędnej do jej obrony. Tą przestrzenią może być ziemia, na której żyjemy, mieszkanie, pokój, biurko. Ale też to, co stanowi naszą osobowość. Terapeutka Robin Norwood uważa, że do bycia samolubnym – czyli kochającym siebie – niezbędne jest przeświadczenie, że jesteś kimś wartościowym i utalentowanym. I że masz prawo to uzewnętrznić. „To właśnie twoja wyjątkowa osobowość jest największym darem, który możesz ofiarować całemu światu, a zwłaszcza najbliższym” – twierdzi Amerykanka.

Równowaga w wymianie. Jako przykład jeszcze jedna historia od Hellerów. Pewien skąpiec kupił konia. Wykorzystywał go w gospodarstwie do najcięższych prac, a że koń spisywał się świetnie, chłop ograniczył mu wkrótce racje żywieniowe – uznał, że zwierzę i tak doskonale sobie poradzi. Kiedy koń zaczął słabnąć, mężczyzna stwierdził, że przepłacił za niego. I zaczął jeszcze bardziej oszczędzać na karmie. Niedożywiony koń słabł w oczach, a jego właściciel wściekał się, że ubił kiepski interes. Wreszcie wygłodzone zwierzę padło. A gospodarz? Utwierdził się w przekonaniu, że go okradziono... Wykorzystywanie innych niewiele ma wspólnego ze zdrowym egoizmem.

Czego chcę?

Stawianie siebie w centrum to wymagająca umiejętność. Każe wciąż stawiać pytania: Czy jestem zadowolony, szczęśliwy? Czy to, co robię, jest w zgodzie ze mną? Czy daje mi poczucie spełnienia? Rachael i Richard Hellerowie twierdzą, że powinniśmy na każdym kroku zadawać sobie jedno pytanie: czego chcę? Działa ono jak strzałka nawigatora: „Jeśli chcesz dbać o szefa, o szwagierkę albo sprzedawczynię z pobliskiego sklepu, pójdziesz taką drogą. Jeżeli chcesz przyznać sobie prawo do zdrowego egoizmu, wybierzesz inną”. W pewnym sensie decyzja zapadnie sama.

Zdrowy egoista daje sobie prawo do własnych potrzeb, rozpoznaje je i stara się zaspokoić – bez naruszania granic innych ludzi, ale też bez poczucia winy. Troszczy się o własne dobro i dąży do samorealizacji, ale nigdy po trupach

Zdrowy czy pozytywny?

Termin „pozytywny egoizm” wypromowali Dagmara i Tomasz Skalscy, autorzy książki „Egoizm to nie grzech!” i twórcy „Projektu Egoistka”. Dlaczego „pozytywny”, a nie „zdrowy”? Na czym polega różnica? Słowo „pozytywny” wywodzi się z łacińskiego positivus, który oznacza też „uzasadniony”, „ugruntowany”, „oparty”. Pozytywny egoista zwraca się więc ku sobie nie tylko po to, by zaspokajać swoje potrzeby czy zachcianki, ale by w samym sobie znaleźć oparcie, swój „grunt”. Pozytywny egoizm kładzie duży nacisk na samoświadomość: nie zatracam się w wyścigu o pieniądze czy władzę, w różnych przepychankach. Jeśli o coś zabiegam, to dlatego, że ma to związek z moim rozwojem, celem życiowym (czy wręcz misją). W tym ujęciu mniej chodzi o bunt i udowadnianie, że moje potrzeby są ważniejsze od potrzeb innych. Kluczowa jest ich weryfikacja: które naprawdę są moje (nie narzucone, wyimaginowane), płynące z głębi serca, w pełni ze mną spójne? To pozwala żyć w bardziej autentyczny sposób.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wpółczucie - bezpieczne schronienie dla nas wszystkich

Współczucie jest trudne, wymaga odwagi, ponieważ wiąże się z gotowością odczuwania bólu, a nie uciekania od niego. (Fot. iStock)
Współczucie jest trudne, wymaga odwagi, ponieważ wiąże się z gotowością odczuwania bólu, a nie uciekania od niego. (Fot. iStock)
Każdy z nas ma nieprzebrane pokłady wrażliwości i wielkie serce. Gdy dotykamy tych wrażliwych miejsc, pozwalamy tym samym, aby przepełniło nas współczucie. A wtedy czujemy się mocni, łagodni i niezniszczalni.

Współczucie jest czymś najpiękniejszym i najcenniejszym, mówią ci z nas, którzy znają już jego siłę. Jest lekarstwem. Odkrycia neurobiologów i neuropsychologów wskazują na to, że współczujące serce jest najważniejszym składnikiem zdrowia psychicznego; łagodzi stany depresyjne, podnosi poziom energii życiowej, kontaktuje nas z wewnętrznym spokojem i poczuciem własnej wartości. Im częściej współczucie odczuwamy, tym bardziej umacniamy naszą zdolność pokonywania trudności i przekształcania ich w pozytywne działania. Doświadczamy wewnętrznej wolności i radosnego uniesienia, a to sprawia, że możemy się rozluźnić i głęboko odpocząć. Współdziałanie z innymi w przepływie ciepła i współczucia czyni nasze życie szczęśliwym i spełnionym, a także – co ważne – radykalnie je wydłuża.

Współczucie jest najistotniejszym czynnikiem w każdym ludzkim działaniu. Wschodnie przysłowie mówi, że skuteczność leczenia zależy od serdeczności i współczucia lekarza. I odwrotnie: każde działanie pozbawione życzliwości i współczucia może stać się niebezpieczne.

Wydaje się jednak, że nie za bardzo współczuciu ufamy. Nie wiemy, czym w istocie jest. Współczucie to nie litość. Kiedy mówimy o współczuciu, mamy na ogół na myśli pomaganie tym, którzy mieli mniej szczęścia od nas; powinniśmy wspierać tych wszystkich biedaków, którzy nie mają takiego wykształcenia jak my, zdrowia czy talentów. Nie ma tu partnerstwa. Jest wyższość, poczucie bycia lepszym. I nawet jeśli intencje są najlepsze, to raczej poniżanie kogoś niż wzmacnianie. Współczucie nie jest relacją biednego cierpiącego i litościwego pocieszyciela. To partnerski kontakt między równymi sobie. Podstawowe znaczenie słowa „współczucie” to „czuć z…”. Uświadomienie sobie, że to, co czuję ja, czujesz również ty. To, co rani ciebie, rani również mnie. Wszyscy pragniemy tego samego; chcemy doświadczać pełni, bezpieczeństwa i szczęścia, lękamy się cierpienia, bólu oraz śmierci i chcielibyśmy się od nich uwolnić.

Współczucie wywodzi się z serca, z życzliwości, akceptacji i szacunku. To pragnienie ulżenia innym – tak jak sobie – w cierpieniu. To niejako wzięcie w nawias oceniającego, osądzającego i krytycznego umysłu i danie pierwszeństwa sercu. Czujemy się szczęśliwi, gdy jesteśmy traktowani ze współczuciem i miłością. Inni także czują się dobrze, gdy okazujemy im ciepło i współczucie. Tak się dzieje, ponieważ współczujące serce to nasz dom, do którego pragniemy powrócić, prawdziwa wartość życia. Bez kontaktu z tą jakością, z głęboką wrażliwością na uczucia innych odczuwamy istotny brak. Kiedy blokujemy współczucie, czujemy się mali, bezbronni i pełni lęku.

Z natury jesteśmy łagodni i współczujący. I silni. Najczęściej jednak nie zdajemy sobie z tego sprawy. Nawet budowa naszych ciał kształtująca współczujące i łagodne usposobienie jest pokrewna tym gatunkom ssaków, które prowadzą spokojny, pokojowy tryb życia. Nasze ręce ukształtowane są w sposób sprzyjający bardziej obejmowaniu niż uderzaniu; nie mamy szponów, pazurów i zębów do rozszarpywania. Gdyby nasze dłonie były przeznaczone do zadawania ciosów, nie potrzebowalibyśmy tak pięknych palców!

Współczucie jest trudne, wymaga odwagi, ponieważ wiąże się z gotowością odczuwania bólu, a nie uciekania od niego. Prawdziwa komunikacja płynąca z serca do serca oznacza otwarcie na innych, ale przede wszystkim otwarcie na siebie; pozwalamy sobie czuć to, co czujemy, niczego nie tłumiąc. Możemy to zrobić jedynie w otwartej, wolnej od wartościowania przestrzeni. Nie będąc uwikłani we własną wersję rzeczywistości, możemy ujrzeć, usłyszeć i odczuć, kim są inni.

To, co odrzucamy w świecie zewnętrznym, jest jednocześnie tym, co odrzucamy w sobie. I odwrotnie: w innych nienawidzimy tego, czego nienawidzimy w sobie. Mamy dla innych tyle współczucia, ile go mamy dla siebie. Dobrze jest więc zacząć od odczuwania współczucia dla odrzuconych, „upośledzonych” aspektów siebie – własnych niedoskonałości, o których nie chcemy wiedzieć. W miarę jak wzrasta w nas współczucie dla siebie samych, obejmujemy uwagą, świadomością i współczuciem wszystkich wokół.

Dopuszczając ból, dostrzegamy niechęć i uprzedzenia. I mamy wybór: możemy się wycofać, ale możemy też zrobić coś nieoczekiwanego – spróbować współczuć. Wtedy pomału, stopniowo rozpuszczamy kolejne warstwy lęku.

Mieszkając w mieście, żyjemy obok tysięcy ludzi, których codziennie ignorujemy. Jesteśmy obojętni i pełni lęku wobec wielu z nich. A gdybyśmy tak patrząc na innych, pamiętali o tym, co nas łączy – wszyscy mamy ciało, umysł i emocje. Rodzimy się w podobny sposób i w podobny umieramy. Pragniemy szczęścia. Boimy się. Wszyscy mamy to samo w głowie. Gdybyśmy pamiętali, że religia, kultura czy kolor skóry to drugorzędne różnice. Gdybyśmy wiedzieli, że w innych spotykamy siebie.

Możemy uczyć się pobudzać współczucie. Możemy na przykład postawić się na miejscu drugiej osoby i spojrzeć z jej perspektywy, wejść w jej skórę. Najczęściej inni nie chcą nam zrobić krzywdy, próbują po prostu złagodzić własny ból lub lęk. Jeśli wyrządzają krzywdę, robią tak, ponieważ nie czują się bezpieczni czy szczęśliwi. Boją się. A my wiemy, co to lęk.

Na przykład jadąc windą z nieznajomą, możemy pomyśleć: „Ona podobnie jak ja boryka się w życiu ze stresem, ma problemy”. Za sprawą naszych nadziei i lęków, radości i cierpienia jesteśmy ze sobą wzajemnie głęboko powiązane. Możemy podejmować tę praktykę podczas śniadania z najbliższymi, na dworcu autobusowym, w poczekalni do lekarza. Czytając w gazecie o kimś, kto miał wypadek samochodowy, możemy wzbudzić w sobie współczucie dla tej osoby i dla jej rodziny, jak gdyby byli naszymi przyjaciółmi. Możemy wzbudzić w sobie współczucie także wobec kogoś, kto dopuścił się przemocy. To trudne, jednak nie jest niemożliwe. Przestajemy wówczas postrzegać siebie jako oddzielonych od innych; poczucie izolacji zmniejsza się, a my się wzmacniamy.

Nie chodzi o to, byśmy uginali się pod ciężarem cierpienia. Możemy wejść w kontakt z głębokim, szczerym współczuciem, nie tonąc w bólu. Możemy być świadomi, że jest przestrzeń o wiele, wiele większa niż ból; i „oprzeć się” na niej. Oczywiście, świadomość, że ktoś, o kogo się troszczymy, przeżywa ból, może złamać nasze serce. Ale złamane serce jest sercem otwartym. Każde bolesne przeżycie to szansa, aby popłynęły przez nas miłość i współczucie.

Żyjemy na jednej planecie. Jesteśmy ze sobą połączeni. Gdy rozwijamy współczucie, staje się jasne, że wszystko, co robimy dla innych, robimy też dla siebie i na odwrót. Gdy z głębi serca życzymy wszystkim – wszystkim! – szczęścia, uwalniamy się z więzów obojętności i wyobcowania, stajemy się spokojniejsi, bardziej skoncentrowani i uważni; mocniejsi, oddani sobie nawzajem. Tworzymy przyczyny i warunki dla wspólnego szczęścia. Być może już niedługo nie będziemy potrzebowali żadnych praw, armii, policji czy bomb. Każdy z nas ma nieprzebrane pokłady wrażliwości i wielkie serce. Gdy dotykamy tych wrażliwych miejsc, pozwalamy tym samym, aby przepełniło nas współczucie; bezpieczne schronienie dla nas wszystkich.

Korzystałam z książek: Pemy Cziedryn – „Mądrość nieuciekania”, „Miejsca, które budzą lęk”, „Kiedy życie nas przerasta”; Dalajlamy – „Moc współczucia”; dr. Davida R. Hamiltona – „Zaraźliwa moc myślenia” i „Uzdrawianie ciała za pomocą umysłu”.

  1. Psychologia

Jak zachować zdrowie psychiczne?

Pełne zdrowie psychiczne to klucz do szczęścia. Po czym je rozpoznać? (fot. iStock)
Pełne zdrowie psychiczne to klucz do szczęścia. Po czym je rozpoznać? (fot. iStock)
Albert Ellis, psycholog, psychoterapeuta, twórca terapii racjonalno - emotywnej, wymienił 13 elementów, które znacząco wpływają na stan psychiczny.

Uznany przez Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne za jednego z najbardziej wpływowych psychologów XX wieku - Albert Ellis zgłębiał tajniki ludzkiego umysłu. W szczególności interesowały go tajniki umysłu chorego, zaburzonego, pełnego lęków, napięć i fobii. W toku swych zawodowych poczynań zadał sobie trud zdefiniowania człowieka zaburzonego, zarówno w sferze społecznej, poznawczej jak i emocjonalnej.

Według Ellisa człowiek zaburzony przejawia zachowania autodestrukcyjne uniemożliwiające samorealizację, przeżywanie szczęścia i spełnienia w życiu. Twierdził on, że negatywne emocje wywodzą się z błędnej interpretacji świata, a nie z samej rzeczywistości. Negatywne przekonania są drogą do niewłaściwej i irracjonalnej percepcji samego siebie, tym samym mogą prowadzić do zaburzeń neurotycznych, depresyjnych, czy cierpienia.

Skoro błędne przekonania są źródłem lęku, to jakie przekonania są właściwe? Czym w takim razie jest zdrowie psychiczne?

Według Ellisa osoba zdrowa psychicznie myśli w sposób logiczny, tak samo również działa. Nie jest autodestrukcyjna, nie zachowuje się wrogo, depresyjnie czy lękliwie. Może się rozwijać, uczyć na własnych błędach i brać, w sposób rozsądny to, co najlepsze z życia.

Albert Ellis wymienił 13 obszarów, które pozwalają cieszyć się lepszym samopoczuciem i pozostać w zdrowiu psychicznym.

1. Dbanie o własne dobro

To prawo do bycia sobą. To JA jestem kowalem swojego losu, biorę sprawy w swoje ręce i piszę scenariusz do filmu „moje życie”, bez niepotrzebnych powinności, zewnętrznych przymusów czy zachowywania konwenansów. Moje potrzeby wyznaczają moje cele. Szanuję innych, ale przede wszystkim respektuję siebie.

2. Przystosowanie społeczne

Człowiek to nie samotna wyspa, dlatego inni potrzebni są mu do szczęścia. JA lubię ludzi, a oni lubią mnie. Dobre relacje interpersonalne, współpraca, obcowanie z drugim człowiekiem - definiują przystosowanie społeczne.

3. Autonomia

Mam świadomość własnego JA, niezależności, zdrowej potrzeby akceptacji, przyjęcia odpowiedzialności za własne życie. Zachowuję własną przestrzeń w związku i odcinam pępowinę od rodziców.

4. Tolerancja

Tolerancja to prawo do inności, prawo do błędu, pomyłek, wybaczania. Daję to prawo sobie i innym. JA nie potępiam, nie oceniam, pamiętam, że tak jak i JA, każdy jest tylko człowiekiem.

5. Akceptowanie dwuznaczności i niepewności

Przekonanie, że świat ma charakter probabilistyczny i nic na ziemi nie jest całkowicie konieczne i pewne. JA eksploruję świat, smakuję mądrze życie i nie przestaję się uczyć.

6. Giętkość myślenia

Jestem ciekawy poznawczo, otwarty na zmiany i nowości. Słucham siebie, ale i słucham innych, jestem otwarty na nowe idee i poglądy.

7. Myślenie naukowe

Stawianie hipotez to moja specjalność. Myślę krytycznie, racjonalnie i obiektywnie - to mój sposób na pojmowanie świata i rozumienie siebie.

8. Zaangażowanie

Czyli aktywność w działaniu, zarówno w pracy jak i prywatnie. Odważnie zdobywam świat, cechuję się kreatywnością i nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Szukam lepszego życia i robię wszystko, aby tak było.

9. Podejmowanie ryzyka

Pomimo, że istenieje ryzyko niepowodzenia są cele, które chcę osiągnąć. Bez naiwności, ale z rozwagą, bez pyszałkowatości, ale z pokorą podejmuję nowe wyzwania.

10. Samoakceptacja

Akceptuję siebie w pełni i bezwarunkowo (przeszłość, dokonania, wygląd). Kocham i lubię siebie, nie narcystycznie i zuchwale, ale rozsądnie i dojrzale. Zdrowa samoocena przekłada się przecież na relacje z innymi ludźmi.

11. Hedonistyczne, ale rozsądne nastawienie do życia

Poszukuję przyjemności tylko wtedy, gdy to jest najlepsze rozwiązanie dla mnie. Nie bawię się w miałkie przyjemności, które do niczego nie prowadzą. Nie ma sensu też zadręczać się przekonaniem, że przyjemność jest czymś złym.

12. Brak perfekcjonizmu i utopijnych poglądów

Akceptuję, że nie da się być najlepszym we wszystkim. Wiem, że perfekcjonizm czy idealizm istnieją tylko w filmach albo w snach. Dążę ku temu, co ma sens. Moja świadomość pomaga mi zrozumieć, że czasem dobrze, znaczy tyle samo, co idealnie.

13. Przyjmowanie odpowiedzialności za własne trudności

Nie obwiniam innych za całe zło tego świata. Widzę, gdzie jest granica mojego JA, co jest w zasięgu mojej ręki, a co staje się trudnością, na którą nie mam wpływu.

  1. Psychologia

Zakochujemy się, dorastamy, rozwodzimy, ktoś bliski umiera. Jak kształtują nas przełomowe momenty w życiu?

Przechodzenie przez radykalną zmianę to, rzecz jasna, nic łatwego. To czasem przejście przez burzę z piorunami. Ale po burzy przychodzi spokój, pojawia się uczucie ulgi. (Fot. iStock)
Przechodzenie przez radykalną zmianę to, rzecz jasna, nic łatwego. To czasem przejście przez burzę z piorunami. Ale po burzy przychodzi spokój, pojawia się uczucie ulgi. (Fot. iStock)
Dorastamy. Wybieramy szkołę. Zakochujemy się. Zostajemy rodzicami, pracownikami. Ktoś bliski umiera, ktoś nas rani. Zmieniamy pracę. Rozwodzimy się. Idziemy na emeryturę. W tych przełomowych momentach gorączkowo szukamy odpowiedzi na wiele pytań. Zwracamy się wtedy do wszystkich, tylko nie tu, gdzie mamy najbliżej, czyli do siebie samych.

Anna, dziennikarka, 42 lata, na podwójnym zakręcie: zwolniona z pracy, w trakcie rozwodu. Załamana, pełna lęków. Lamentuje: – Jak tu teraz żyć, jak wychowywać syna, bez pracy, sama jak palec. Radzi się przyjaciół i rodziny.

W odpowiedzi słyszy: „Żadnych kompromisów, graj twardo, wnoś o rozwód z jego winy, o alimenty dla syna i siebie”. Więc Anna walczy, choć bez przekonania. Końca sprawy nie widać. Usilnie szuka też pracy. Wysyła setki CV, chodzi od redakcji do redakcji, od prawnika do terapeuty. Bez skutku. Zaczyna wątpić, czy nadaje się do zawodu. Powtarza na prawo i lewo: – Skoro po raz trzeci z rzędu tracę pracę, to coś ze mną chyba nie tak. Skoro mąż mnie rzucił dla innej, to znaczy, że jestem mało warta. Coraz więcej pije, coraz mniej rozumie, co się z nią dzieje.

Kasia, 19 lat, świeżo upieczona maturzystka w jednym z renomowanych warszawskich liceów. Pięć przedmiotów na poziomie rozszerzonym zdanych na 90–100 procent. Może dostać się na wszystkie kierunki: od politechniki, przez prestiżowe studia na SGH, po uniwersytet. Tuż po ogłoszeniu wyników siedzi i rwie sobie włosy z głowy: Co wybrać, jaki kierunek ma przyszłość? Wydzwania do przyjaciół, krewnych i znajomych. Ktoś pyta: „a co chciałabyś robić?”. Milczenie. Kasia nie wie. Od pierwszej klasy była prymuską ze wszystkich przedmiotów. W liceum trafiła na świetnego geografa, więc polubiła geografię. Takiego kierunku jednak nie wybierze, bo co może potem robić. Po kilku dniach nerwówki wybiera elitarne międzywydziałowe studia matematyczne na UW. Ale szczęśliwa nie jest. No bo może powinna pójść na prawo, iberystykę albo SGH...

Zaplątani w sieci

Większość z nas, tak jak Anna i Kasia, w trudnym momencie życia rozgląda się za podpowiedziami: Jakie rozwiązanie wybrać? Do jakich drzwi zapukać? Kogo zapytać? Po jakie książki sięgnąć? Odpowiedzi szukamy na ogół na zewnątrz. I nic w tym dziwnego, nasze zmysły są bowiem nastawione na percepcję świata zewnętrznego. A poza tym – żyjemy w sieci zależności, zaplątani w niej niczym muchy, bez możliwości wydostania się z pułapki. Ważniejsze staje się dla nas to, co sądzą, co myślą i czują inni, niż to, co sami czujemy i myślimy. A to oznacza, że jesteśmy pozbawieni łączności ze sobą. Ale, co ciekawe, ta łączność kiedyś istniała. Jako dzieci byliśmy bardzo silnie zespoleni i ze swoim ciałem, i ze swoimi emocjami. Jak się cieszyliśmy, to całym sobą. Jak płakaliśmy, to do ostatniej łzy. Jak czegoś nie lubiliśmy, to otwarcie to komunikowaliśmy.

Gdzie się podziały tamte reakcje? Oduczyliśmy się ich w procesie socjalizacji. Nauczyliśmy się natomiast czegoś innego – jak ukrywać szczere myśli i uczucia. Efekt? Jako dorośli zwracamy uwagę przede wszystkim na to, co na zewnątrz: co kto o nas pomyśli, jak oceni, czy kogoś zadowolimy, czy wpasujemy się w obowiązujące trendy i kanony.

Dokąd prowadzi ten proces? Do miejsca, w którym właściwie nas nie ma, istnieje tylko świat zewnętrzny. Już nie słyszymy wtedy sygnałów płynących z głębi naszego ciała ostrzegających, że coś nam uwiera, tylko pędzimy za głośnymi sygnałami z zewnątrz. Już nie wiemy, czego chcemy, co czujemy. Z czym nam dobrze, a z czym źle. Już nie mamy dostępu do tego, co nam w duszy gra. A ten dostęp jest warunkiem naszego zdrowia, szczęścia, życiowej harmonii.

Po burzy przychodzi spokój

To zachęta do zajrzenia pod te wszystkie warstwy, którymi obrośliśmy. Do posłuchania swoich myśli. Odczucia swoich prawdziwych emocji. Zrozumienia siebie. Dlaczego to takie ważne? Bo w przełomowych momentach, w których radykalnie zmienia się nasze życie, nie umiemy rozpoznać swoich prawdziwych preferencji, nie wiemy, co się z nami dzieje ani jak postąpić. Bywamy wtedy zaskoczeni, zdezorientowani, wylęknieni. Jak to? Dzieci wyprowadzają się z domu? Rodzice umierają? Firma upada? Zapominamy o tym, że życie to nieustanna zmiana. A zapominamy między innymi dlatego, że jesteśmy totalnie odcięci od przyrody, która przecież nieustannie pozostaje w ruchu.

Rytm zmian biologicznych to proces niezatrzymywalny, a my też jesteśmy systemem biologicznym i też podlegamy tym zmianom. Tymczasem próbujemy je zatrzymać. Nawet jak w przełomowych momentach strasznie nam źle, niewygodnie, duszno, bronimy się przed zrobieniem kroku naprzód.

Przechodzenie przez radykalną zmianę to, rzecz jasna, nic łatwego. To czasem przejście przez burzę z piorunami. Wieje, leje, błyska się, grzmi. Ale po burzy przychodzi spokój, pojawia się uczucie ulgi. Oczyszcza się atmosfera. Otwiera przestrzeń na nowe. Nabywamy nowych kompetencji. Otwieramy drzwi do innych obszarów życia. Poprawiamy jego jakość. Co nie znaczy, że odtąd nasze życie będzie lepsze. Nie będzie ani lepsze, ani gorsze, może być natomiast bogatsze. Dzięki zmianie możemy więcej dowiedzieć się o świecie i zobaczyć to, czego dotąd nie dostrzegaliśmy. To paradoks – im więcej widzimy, tym bardziej „znikamy”. Im więcej zobaczymy w sobie, tym bardziej jesteśmy ciekawi tego, co na zewnątrz.

Zmiana daje niesamowitą możliwość konfrontacji ze swoimi słabościami, cieniami. Bo w codziennym życiu bazujemy na mocnych stronach, na kompetencjach. Kiedy natomiast przechodzimy przez zmianę, ujawniają się wszystkie nasze słabości. Ale one też nas określają i sprawiają, że ten „obraz” (czyli życie) widzimy w całej pełni, dokładniej. Dlatego tak ważne jest przechodzenie przez ów próg, ten moment podnoszenia nogi. Kiedy bowiem stawiamy ją już po drugiej stronie, kasujemy wiele ujawnionych słabości. I dobrze, bo słabe strony nie będą nas dołować. Ale warto pamiętać, że też się z nich składamy.

Bywa, że dopiero w czasie radykalnej zmiany po raz pierwszy nawiązujemy kontakt ze sobą na jakimś poziomie. Tak jak Joanna, młoda, wykształcona, piękna i w dodatku kobieta sukcesu. Gdy zaszła w ciążę, przyznała: – Nigdy wcześniej nie czułam, że żyję w ciele. Mimo że uprawiałam sporty, chodziłam do kosmetyczki i bardzo o siebie dbałam. Czuję to dopiero teraz, kiedy jestem ociężała, boli mnie kręgosłup i puchną nogi. Wcześniej byłam skoncentrowana na tym, że muszę dobrze i młodo wyglądać. Teraz wiem, że to oczekiwanie nie ma nic wspólnego z prawdziwym życiem. Uświadomiła mi to dopiero ciąża.

Tymczasem ludzie boją się zmiany. Uciekają w chorobę, w nałogi, w wirtualny świat. Wmawiają sobie, że nic się nie zmienia, podczas gdy wszystko wokół staje się inne. Zużywają przy tym dużo energii na zakłamywanie rzeczywistości, co może być niebezpieczne dla psychiki, bo z jednej strony mają poczucie, że nie jest tak, jak starają się sobie wmówić, a z drugiej – to poczucie zagłuszają.

Dlaczego opieramy się zmianom?

Między innymi dlatego, że nie potrafimy spojrzeć na siebie z pozycji obserwatora. Tak kurczowo trzymamy się tego, co zbudowaliśmy, tak mocno jesteśmy przywiązani do wysiłku, jaki włożyliśmy, żeby znaleźć się w tym momencie i w tym miejscu, że na nic innego nie chcemy się otworzyć. Za tą niechęcią skrywa się lęk, żal do rzeczywistości, do ludzi, że przecież tyle zainwestowałam, a tu nagle przychodzi jakiś koniec.

Naciski zewnętrzne, żebyśmy się zmienili, nic nie dadzą. Im większa presja, tym bardziej rośnie opór. Zmniejszy się dopiero wtedy, gdy presja zmaleje, a podskoczy wewnętrzna motywacja. Jak ją wykrzesać? Po pierwsze – spróbować spojrzeć na siebie z możliwie wszelkich stron, perspektyw i zadać sobie pytania: Gdzie jestem? Co na tej zmianie tracę, a co zyskuję? Co mi otwiera, a co blokuje? Czyli przygotować się do niej niejako „operacyjnie”. Czasem, owszem, uznajemy, że zmiany są konieczne, ale nie poprzedzamy ich żadną refleksją, tylko od razu je wprowadzamy. No a później okazuje się, że w naszym życiu zapanował jeszcze większy bałagan.

Decyzję o zmianie dobrze więc poprzedzić sprawdzeniem swoich zasobów, siły, predyspozycji. Bo człowiek przygotowujący się do nowego zadania jest jak aktor pracujący nad rolą. Aktor, zanim wystąpi na scenie czy w filmie, czyta scenariusz, myśli o bohaterze, którym się stanie, ma próby z innymi aktorami. Nie wskakuje w rolę od razu. Gra dopiero wtedy, gdy czuje się przygotowany, gdy pozna świat, w którym przyjdzie mu funkcjonować.

My też powinniśmy przygotować się do nowej roli. A ponieważ żyjemy nie tylko „indywidualnie”, „w sobie”, ale też w relacjach, niejako w układzie współrzędnych – dobrze jest zastanowić się, czy nasz system nas wesprze, czy wprost przeciwnie – będzie nas blokował. I trzeba pogodzić się z tym, że czasem niektóre relacje muszą odejść, że niemożliwe będzie ich utrzymanie. Umiejętność rezygnacji to też wielka sztuka.

Jedną z najważniejszych i zarazem najtrudniejszych zmian w życiu jest moment, kiedy stajemy się rodzicami. Siła dziecka, ale i jego słabości biorą często swój początek właśnie w wychowaniu. Od nas, rodziców, zależy bardzo dużo, na przykład tak zwane style przywiązania dziecka. Może ono, przy naszym współudziale, wykształcić patologiczny albo zdrowy styl przywiązania. Czyli myśleć o życiu jak o walce albo jak o przygodzie, być wrogo nastawione do ludzi albo traktować ich po partnersku. Właśnie dlatego warto przed decyzją o powołaniu na świat dziecka uważnie przyjrzeć się sobie. Czy jesteśmy gotowi wyjść poza swoją pierwszoplanową rolę? Czy potrafimy zrezygnować ze swojej wolności i niezależności? W ogóle warto przyglądać się sobie w każdej sytuacji.

Mój własny scenariusz

Ktoś może mieć obawy, czy zagłębianie się w sobie nie trąci egoizmem. Nie – jeśli czas i energia poświęcone ćwiczeniu „mięśnia” JA są zrównoważone ćwiczeniem innego ważnego „mięśnia” – MY. Wtedy rozwijamy się harmonijnie. (Równowaga, harmonia to w rozwoju osobistym słowa klucze). Natomiast większość z nas wręcz ucieka od ćwiczenia JA. To tak, jakby używać jednej nogi, podczas gdy ma się do dyspozycji dwie.

Kolejnym naszym grzechem jest życie w nieświadomości tego, co się z nami dzieje, jakie są przyczyny naszych stanów, jakie łączą nas relacje z ludźmi i ze sobą. Zagłębianie się w swoje wnętrze nie służy tylko nam. Daje dużo także innym. Kiedy stajemy się świadomi siebie, jesteśmy bardziej tolerancyjni, bardziej otwarci na inność, akceptujący. Potrafimy rezonować nawet ze swoimi wrogami. Nawiązujemy z nimi niesłychaną nić porozumienia, współbrzmienia, jak gdyby mówimy swoim zachowaniem: „Wrogu, ty też jesteś częścią mnie, odnajduję w tobie to, czego nie lubię, i przez to dowiaduję się czegoś o sobie”.

To nie znaczy, że ludzie świadomi siebie nie mają problemów. Mają, ale żyją pełnią swojego potencjału. A gdy się tak żyje, można zrozumieć każdego człowieka. I nie oceniać innych, nie przyklejać im etykietek, tylko zastanowić się, co doprowadziło ich do takiego stanu. Często zapracowuje na to całe społeczeństwo. Bycie w rezonansie z innymi powoduje, że łatwiej dochodzi do wymiany energii i umiejętności. Patrzymy na świat inaczej, ale możemy o tym rozmawiać. Świadome życie owocuje we wszystkich relacjach, także między rodzicami a dziećmi. Zdrowa wymiana zawsze jest dwukierunkowa: dajemy, ale i bierzemy.

Bardzo łatwo skopiować czyjś scenariusz na życie. Efekt może być jednak opłakany – nie osiągniemy tego, o co nam chodzi, choć będziemy mieć poczucie, że zrobiliśmy wszystko. Dlatego piszmy, mniej lub bardziej udolnie, ale po swojemu. Wykorzystując swoje mocne strony, ale i ze świadomością słabych. Od czego zacząć? Od spojrzenia w głąb siebie, w każdej sytuacji i na każdym etapie życia.

  1. Psychologia

Zadbaj o swoje życie wewnętrzne - inspiracje na listopad

Listopadowe wieczory warto przeznaczyć na praktykowanie duńskiej filozofii hygge, która oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także cieszenia się drobnymi przyjemnościami. (Fot. iStock)
Listopadowe wieczory warto przeznaczyć na praktykowanie duńskiej filozofii hygge, która oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także cieszenia się drobnymi przyjemnościami. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Listopadowe dni spędzamy raczej stacjonarnie (i w pobliżu źródła ciepła). Warto wykorzystać ten czas na zrobienie porządków oraz gruntownych remontów we wnętrzu dosłownym i metaforycznym.

Ćwiczenie 1. Rozmyślania w fotelu

Jesienna aura może wprawiać nas czasami w melancholijny, a nawet depresyjny nastrój. Szarość na zewnątrz konfrontuje z niewyrażonymi emocjami i „uwierającymi” stanami: smutkiem, żalem, rozczarowaniem i poczuciem, że utraciliśmy coś bezpowrotnie. Może również aktywować w nas lęk przez zmianami i starzeniem się. To, co możesz zrobić, kiedy dopadnie cię jesienna melancholia, to uświadomić sobie i nazwać to, co dokładnie teraz czujesz. Następnie zadaj sobie kolejno pytania: Co jest prawdziwą przyczyną mojego smutku (żalu, rozczarowania, lęku etc.)? Czego obecnie potrzebuję? Jak mogę o siebie teraz zadbać? Jeśli w tej chwili w życiu doświadczasz niespodziewanej zmiany, spróbuj spojrzeć na tę sytuację z szerszej perspektywy. Jak powiedział Dalajlama: „Kiedy coś tracisz, pamiętaj, aby nie stracić tej lekcji”. Zadaj sobie pytanie: Jaka ważna lekcja pojawiła się dzięki tej zmianie? Jak mogę to wykorzystać pozytywnie? A teraz pomyśl o tym, że kiedy tracisz jedno, robi się przestrzeń na coś nowego. Weź kilka głębokich oddechów i spróbuj poczuć ciekawość związaną z tym, co nowego może się teraz wydarzyć w twoim życiu.

Ćwiczenie 2. Uwolnij się od nadmiaru

Rozejrzyj się dookoła. Czy naprawdę potrzebujesz wszystkiego, co cię otacza? Takie pytanie proponuje zadać sobie propagatorka minimalizmu, japońska pisarka Hideko Yamashita. Jej autorska metoda Dan-Sha-Ri (opisana w ksiażce pod takim tytułem) to sztuka ustanawiania porządku w otoczeniu poprzez eliminację wszystkiego, co nie jest niezbędne. Może być szczególnie inspirująca, jeśli należysz do plemienia zbieraczy, którzy latami chomikują przedmioty i mają problem z rozstaniem się z nimi. Trzy filary Dan-Sha-Ri oznaczają kolejno: odmowę (mówienie „nie” kolejnym nowym, a bezużytecznym rzeczom, które chcą stać się częścią naszego życia); wyrzucanie (pozbywanie się przedmiotów, które przepełniają naszą przestrzeń) i odcięcie się (rezygnację z przywiązania do rzeczy).

Aby zrobić przestrzeń na coś nowego w życiu, niezbędna jest umiejętność pożegnania się z tym, co nie jest użyteczne. Robiąc gruntowne porządki w domu, wykreujesz stan wewnętrznej równowagi w sercu i umyśle. Warto spróbować i podelektować się stanem określanym jako Ri – uczuciem wolności i lekkości, poczuciem wewnętrznej harmonii. Uzyskasz go tylko dzięki regularnemu powtarzaniu Dan i Sha.

Ćwiczenie 3. Sięgnij po marzenia!

Mary Reynolds, projektantka ogrodów, bohaterka filmu „Dzika jak natura”, marzy o udziale w prestiżowym konkursie. Zapisuje na kartce: „Dziękuję za przyznanie mi głównej nagrody w konkursie”, a potem wykonuje pierwsze kroki na drodze do realizacji tego marzenia. Nie załamuje się, kiedy pojawiają się niespodziewane komplikacje. Jest zmotywowana, ponieważ realizuje swoje pragnienie z dzieciństwa. Zainspiruj się jej historią. Pomyśl, o czym marzyłeś w dzieciństwie? Jakie pomysły odłożyłeś „na później”? Wybierz jedno marzenie i zastosuj metodę małych kroków. Codziennie pielęgnuj w sobie to marzenie, myśl o nim pozytywnie rano i tuż przed zaśnięciem. Wejdź w uczucia i emocje, jakie się wtedy w tobie budzą. Trwaj w tym procesie „karmienia” marzenia, aż poczujesz gotowość do kolejnego kroku – działania. Jesień i zima to znakomity czas na sadzenie ziarenek marzeń, pielęgnowanie ich i troszczenie się o nie.

Ćwiczenie 4. Zadbaj o swój hygge time

Listopadowe wieczory są też idealne na praktykowanie bardzo modnej duńskiej filozofii hygge. Hygge oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także bezpieczeństwa i cieszenia się drobnymi przyjemnościami. To wszystko, co wprawia nas w dobry nastrój i stan relaksu. Istotą hygge jest uczucie więzi, jaką odczuwasz, przebywając z bliskimi, z naturą, ale również sam ze sobą. Oto przykłady sytuacji, które pomogą ci wejść w stan wewnętrznego ukojenia: Owinięty kocem siedzisz na fotelu z pyszną herbatą w ulubionym kubku lub filiżance. Słuchasz muzyki, czytasz ciekawą książkę, kontemplujesz chwilę obecną, jest ci ciepło, błogo, po prostu dobrze.
  • Spotykasz się w przytulnym miejscu z grupą przyjaciół. Panuje atmosfera luzu, radości, wzajemnego szacunku i troski.
  • Jesz kolację z ukochaną osobą. Za oknem szaro, a ty delektujesz się uczuciem więzi z kimś bliskim oraz pysznym jedzeniem.
  • Spacerujesz po lesie, jesteś w kontakcie z przyrodą, cieszysz się ciszą i tym, że możesz oddychać świeżym powietrzem i naładować wewnętrzne baterie.

Ćwiczenie 5. Moc muzyki

Jesienią zwykle mamy obniżony nastrój związany z niedoborem słońca. Jednym ze sposobów na poprawę samopoczucia jest terapeutyczna moc muzyki. Ścieżka dźwiękowa powinna być radosna i słoneczna. Zaprzyjaźnij się z flamenco, brazylijską sambą, muzyką z Afryki czy Karaibów. Jeśli rano brakuje ci energii, nagraj kilka ulubionych utworów na telefon i słuchaj ich po przebudzeniu oraz w trakcie drogi do pracy. A wieczorem, aby nastroić się do snu, nastaw spokojną bossa novę, muzykę instrumentalną albo relaksacyjną, która wywołuje w mózgu fale alfa, związane z odprężeniem i kreatywnością.

Ćwiczenie 6. Kreatywny zeszyt

Jak jeszcze bardziej uruchomić kreatywność? Na przykład prowadząc twórcze notatki. Wybierz zeszyt z okładką, która najbardziej ci się spodoba. Umów się ze sobą, że codziennie napiszesz cokolwiek, choćby jedno zdanie, które odzwierciedla to, jak się czujesz, czego potrzebujesz, co masz w planach czy co właśnie przyszło ci do głowy. Możesz również malować lub rysować, a nawet wklejać obrazki wycięte z pism. Zapisuj wszystkie, nawet z pozoru bezsensowne myśli i pomysły. Kreatywny zeszyt zachęca do ekspresji, wyrażania tego, co w danej chwili krąży w twoim umyśle i sercu. Już samo przeglądanie takich zapisków bywa inspirujące.

Ćwieczenie 7. Rozgrzewający napój

Deszcz i zimno to nie najlepsza aura dla układu immunologicznego. Aby wzmocnić odporność, polecam oczyszczający i rozgrzewający napój na bazie naturalnych składników. Weź 1/2 łyżeczki kurkumy, 1/2 łyżeczki imbiru, szczyptę czarnego pieprzu lub pieprzu cayenne oraz 1/2 łyżeczki cynamonu. Wsyp wszystkie składniki do kubka i zalej je wrzątkiem. Po minucie dodaj sok z 1/2 cytryny. Wymieszaj wszystko. Możesz dodać odrobinę ksylitolu, syropu z agawy lub miodu. Pij taki napój co rano na czczo oraz między posiłkami. Dobry humor i zdrowie gwarantowane!

  1. Psychologia

Przyzwyczajenia wzmacniają psychikę. O dobrych i złych nawykach opowiada Tatiana Mindewicz-Puacz

Tatiana Mindewicz-Puacz (Fot. Maciej Zienkiewicz)
Tatiana Mindewicz-Puacz (Fot. Maciej Zienkiewicz)
Wiele codziennych czynności wykonujemy automatycznie. Dzięki temu odciążamy mózg, który może koncentrować się na ważniejszych zadaniach. Warto jednak zadbać o to, by nawyki nas wspierały, a nie zdominowały. Jak to osiągnąć – wyjaśnia psychoterapeutka Tatiana Mindewicz-Puacz.

Słyszymy słowo „nawyk” i od razu mamy jedno skojarzenie – „zły”. Tak jakby nawyki były wyłącznie czymś, co utrudnia nam życie.
Tak nam się rzeczywiście wydaje, bo najczęściej mówi się o złych nawykach, natomiast to, co dobre albo neutralne, umyka naszej uwadze. Nawyki są różne: złe, dobre, ale też takie „zwyczajne”, bo przecież nawykiem jest choćby mycie zębów. Nie zdajemy sobie sprawy, że ogromną część rzeczy robimy automatycznie. Czytałam wyniki badań mówiące o tym, że około 40 procent naszych zachowań to zachowania nawykowe! Sądzę, że gdybyśmy do tego dołożyli nawykowe reakcje emocjonalne i myśli, statystyka by się jeszcze podniosła.

A jaka jest w zasadzie najważniejsza funkcja nawyku?
Bardzo pozytywna – chodzi o to, by odciążyć mózg, zwolnić go z ciągłego wysiłku. Nawyki upraszczają funkcjonowanie, redukują ilość wysiłku, który musimy włożyć w codzienne życie. Gdybyśmy za każdym razem, kiedy myjemy zęby albo naciskamy sprzęgło w samochodzie, chcieli robić to w pełnej koncentracji, to przy dzisiejszym tempie życia bardzo szybko byśmy eksplodowali. Zatem – im większy postęp technologiczny i cywilizacyjny, tym więcej nawyków, dobrych, złych i neutralnych.

Ile wysiłku potrzeba, by wyrobić w sobie dobry nawyk?
Nad każdym nawykiem trzeba popracować, nad złym także. Aby dana czynność stała się nawykiem, musimy wykonać kilka rzeczy. Najpierw stworzyć, a potem świadomie powtarzać pewną sekwencję zdarzeń czy zachowań. By taka „procedura” mogła się utrwalić, potrzeba – jak mówią statystyki – od 20 do 70 dni, dopiero potem powstaje automatyzm, czyli nawyk.

A w jaki sposób można przyjrzeć się swoim złym nawykom, a potem coś z nimi zrobić?
Na pewno warto im się w ogóle przyglądać. Bo w przypadku każdego nawyku prawidłowość jest następująca: najpierw to my tworzymy nasze nawyki, a potem w pewnym sensie to one tworzą nas, kierują nami. I jak twierdzy bronią swojej funkcji. Kiedy chcemy zmienić nawyk, włączają się wszystkie możliwe mechanizmy obronne.

Bo już wszystko było poukładane, a tu burzy się porządek?
Dokładnie tak, już nie myślimy, tylko działamy. Jest coś takiego jak pętla nawyku. Każdy nawyk ma trzy główne składowe. Najpierw musi być jakaś wskazówka, wyzwalacz, coś, co nas uruchamia. Czyli na przykład jeśli nawykowo sięgamy po papierosa w momencie zdenerwowania czy ekscytacji, wyzwalaczem będzie jakieś zdarzenie, choćby spięcie z szefem. Potem, i to druga składowa, pojawia się konkretne zachowanie, w tym przypadku sięgnięcie po papierosa, aż w końcu trzecia składowa, czyli nagroda. Czy ta nagroda jest rzeczywiście nagrodą, czy nie, to już nie ma większego znaczenia – w pętli „zapisano”, że jest to gratyfikacja. W tym konkretnym przypadku jest nią rozładowanie napięcia.

Najłatwiejszym sposobem, żeby zmienić nawyk, jest przerwanie tego łańcucha, pętli. Ludzie zwykle próbują od początku tworzyć na miejsce starych i złych nawyków nowe i dobre. Tylko że po pierwsze to trudne, po drugie – zanim wyrobimy nowy nawyk, zostaje puste miejsce po starym, a nasza naturalna konstrukcja nie lubi pustki. Dlatego najlepiej pokombinować, by zmodyfikować dawny nawyk.

Jak to zrobić?
Jeśli pojawia się pierwsza składowa, czyli wyzwalacz, trzeba zastanowić się, jakim innym zachowaniem mogę zastąpić to dawne, aby także otrzymać nagrodę. I to jest jedna z metod na zmianę nawyków. Jest jeszcze inna, którą bardzo lubię, ale wiem, że nie wszystkim się ona podoba. Mianowicie to metoda: „za dużo nie myśleć”. Z moich osobistych doświadczeń, a także tych z pracy zawodowej, wynika, że czasem zastanawianie się, jakim nowym zachowaniem zastąpić stare, przypomina wojnę – musimy zderzyć się z armią mechanizmów obronnych! Dlatego łatwiej jest zamiast rozmyślania wprowadzić działanie, i zrobić jak najszybciej, w kilka sekund, zanim „głowa się zorientuje”! Na przykład wielu z nas, kiedy jest ranek i w telefonie dzwoni budzik, otwiera oczy i nawykowo włącza funkcję drzemki. Telefon zadzwoni za pięć minut, a my mamy nadzieję, że przez ten czas „bardziej” się wyśpimy. Dzieje się inaczej, bo kolejne minuty zwiększają jedynie ochotę na sen, a nie na wyskoczenie z łóżka. Metoda, o której mówię, polega na tym, żeby po przebudzeniu natychmiast się podnieść, nie myśleć o tym, że mam wstać – tylko to zrobić. Jak już jestem na nogach i działam – nagrodą jest satysfakcja, że to zrobiłam, a nie obietnica, jak w przypadku kolejnej drzemki.

A gdyby ten sam nawyk spróbować zmienić za pomocą tej pierwszej metody? Od czego zacząć?
Na przykład możemy nie zabierać do sypialni telefonu (przy zmianie nawyku pierwszą metodą ważne jest, żeby nie mieć pod ręką dostępnego „starego” narzędzia: telefonu, papierosa itd.), tylko postawić zwykły analogowy budzik bez funkcji drzemki. Niestety, mogą włączyć się wtedy mechanizmy, o których wspomniałam: one podpowiedzą nam tyle argumentów za tym, że ten telefon jest jednak nam przy łóżku potrzebny, że się im w końcu poddamy.

Rozmawiamy o zmianie złych nawyków na dobre, a jakie dobre nawyki możemy w sobie wykształcić od A do Z, by żyło nam się na co dzień łatwiej?
Zawsze zachęcam do tego, by najpierw popracować nad tym, co już mamy, zmodyfikować to, a nie od razu zabierać się do tworzenia zupełnie nowej jakości. Ludzie boją się już samego hasła: „zmiana nawyku”. Mają poczucie, że przed nimi gigantyczny wysiłek, że trzeba będzie przewrócić życie do góry nogami. A to mit. Nawyki można, a nawet należy, zmieniać metodą małych kroków. Czyli nie: „zmienię nawyk, będę zdrowo żyć”. To jest takie samo przedsięwzięcie jak postanowienia noworoczne – energii starcza nam na kilka dni, a potem jesteśmy tak wyczerpani, że albo wracamy do punktu wyjścia, albo wręcz spadamy jeszcze niżej.

Czyli nie: „Zmienię nawyk, będę zdrowo żyć”, tylko…?
Na przykład: „będę ćwiczyć pięć minut dziennie”, a nie „pół godzinny”; „zacznę jeść śniadania przed wyjściem do pracy”, a nie: „będę zdrowo się odżywiać”.

Czyli małe kroki i niewielkie wyzwania.
To o wiele lepsza metoda, bo największym motywatorem do zmiany nawyku jest najcenniejsza z nagród – zadowolenie z siebie, poczucie satysfakcji. Nic innego nas tak nie wzmacnia. Jeśli porwiemy się z motyką na słońce, szybko nie zobaczymy efektu i wyłożymy się. A jeśli zrobimy mały kroczek, to zobaczymy zmianę, dostaniemy nagrodę w postaci zadowolenia z siebie, a wtedy nasza motywacja do kolejnego kroku poszybuje w górę. Dlatego zachęcam najpierw do małych zmian złych nawyków, które już mamy.

Potem łatwiej nam będzie wprowadzać w życie zupełnie nowe dobre nawyki?
Jak najbardziej. Trening czyni mistrza. Już mamy ugruntowane poczucie sprawczości, wiemy, że mamy wpływ na własne życie i możemy rozwinąć w tej materii skrzydła! Przychodzi mi do głowy przynajmniej kilka takich nawyków, które warto wprowadzić. Na przykład nawyk medytowania czy modlenia się – każdy ma swoją ścieżkę. Chodzi o wyciszenie, które pozwala złapać dystans do tempa, w jakim żyjemy. Kolejna sprawa to wsłuchanie się w siebie. Chodzi o to, żeby poświęcić dwa razy dziennie po pięć minut na rozmowę z samym sobą (po przebudzeniu i przed zaśnięciem). Oczywiście, nie ma tu miejsca na narzekanie, umartwianie się czy użalanie nad sobą – to czas na refleksję, budowanie siebie od wewnątrz. Warto wyrobić w sobie nawyk doceniania tego, co mamy, tego, co jest i cieszenia się tym, co osiągnęliśmy. Na przykład codziennie mam za zadanie znaleźć rano trzy powody do wdzięczności, a wieczorem trzy rzeczy, które zrobiłam dobrze, z których jestem zadowolona. Nawet wtedy, kiedy dzień był „do kitu”, sam fakt, że sobie z takim dniem poradziłam, jest ważny.

Jaki jeszcze nawyk wart jest wprowadzenia?
Z pragmatycznej strony bardzo dobrym nawykiem, który pomaga nam zmniejszać obciążenie głowy, a jednocześnie poczucie winy, jest  to, żeby wszystkie konieczne rzeczy – te, które i tak musimy wykonać, posegregować w zależności od czasu potrzebnego do ich zrobienia. I następnie wszystkie te, które nie trwają dłużej niż trzy minuty, zrobić natychmiast, automatycznie, bez odkładania w czasie. Czyli zamiast mówić sobie: „Włożę te buty do szafy wieczorem” czy „Zapakuję zmywarkę za godzinę”, po prostu to zrobić. Taka selekcja bardzo ułatwia funkcjonowanie. Świetnym nawykiem jest także wykonanie codziennie przynajmniej dwóch telefonów do ludzi, którzy wnoszą w nasze życie coś fajnego, dobrego, i którym my także możemy dać coś z siebie.

Lepsze niż łykanie suplementów!
Gwarantuję! Innym nawykiem, który doskonale się sprawdza, jest robienie notatek. Każdego dnia warto przelać choćby kilka swoich przemyśleń na papier. To pomaga się rozwijać, działa terapeutycznie. Ważne, żeby zapisywać nasze osiągnięcia – bo to skarb na przyszłość. Kiedy poczujemy się słabi, można sięgnąć do „archiwum” i sprawdzić, że nie z takimi kłopotami sobie już poradziliśmy. Aż w końcu genialny nawyk dzielenia spraw i zdarzeń na te, na które mamy wpływ, oraz te, z którymi nic nie możemy zrobić. Zanim zaczniemy się martwić, zróbmy selekcję, wtedy będziemy wiedzieć, czym należy się pomartwić i w jakiej sprawie trzeba działać. To bardzo odciąża nasze akumulatory, pomaga zachować spokój, równowagę. A przecież nawyki właśnie temu mają służyć.

Tatiana Mindewicz-Puacz, psychoterapeutka, trenerka rozwoju osobistego, coach, ekspertka  ds. kampanii społecznych, tatianamindewiczpuacz.pl.