1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jestem brzydka i gruba! Jak pomóc nastolatce zaakceptować jej wygląd

Jestem brzydka i gruba! Jak pomóc nastolatce zaakceptować jej wygląd

Media społecznościowe wytwarzają coraz większą presję na bycie piękną, a nastolatki coraz gorzej sobie z tym radzą. (Ilustracja: iStock/Cofeee)
Media społecznościowe wytwarzają coraz większą presję na bycie piękną, a nastolatki coraz gorzej sobie z tym radzą. (Ilustracja: iStock/Cofeee)
Mamo, jestem gruba! Jak zareagować, po usłyszeniu takiego wyznania. Zaprzeczyć i powiedzieć dziecku komplement? Czy w ogóle nie skupiać uwagi na jego wyglądzie? Dzisiejsze nastolatki  nie wiedzą, co myśleć o swoim ciele. Pedagożka Ewa Nowak wskazuje, jak wielka odpowiedzialność w tej kwestii spoczywa na rodzicach. 

Mamo, jestem gruba! Mamo, czy jestem brzydka? Jak zareagować, po usłyszeniu takiego wyznania. Zaprzeczyć i powiedzieć dziecku komplement? Czy w ogóle nie skupiać uwagi na jego wyglądzie? Dzisiejsze nastolatki nie wiedzą, co myśleć o swoim ciele. Pedagożka Ewa Nowak wskazuje, jak wielka odpowiedzialność w tej kwestii spoczywa na rodzicach - by pokazać swojej córce, jak być piękną nastolatką, która jest pewna zarówno swojej urody, jak i umiejętności, znacząco przewyższających konieczność ładnego wyglądu . 

Sari Shepphird, amerykańska psycholożka kliniczna, która pracuje ze swoimi pacjentkami nad poprawą poziomu ich samoakceptacji, mówi wprost o tym, że nasza kultura przyzwala na komentowanie wyglądu każdej kobiety, bez względu na wiek. W mediach społecznościowych użytkowniczki są oceniane przede wszystkim pod względem urody, najczęściej negatywnie, i same przejmują taki styl zachowania. Nic dziwnego, że nastolatki coraz gorzej radzą sobie w świecie nacisków na bycie przepiękną, przez co w głowie każdej z nich umacnia się przekonanie mówiące „jestem brzydka i gruba”.. 

Samoakceptacja - dlaczego Polki mają z nią problem?

Według badań przeprowadzonych przez Health Behaviour in School-aged Children i Światową Organizację Zdrowia na grupie 220 tys. nastolatków z 42 krajów polskie dziewczęta są najbardziej niezadowolone ze swojego wyglądu. Chcę sprawdzić, czy to prawda, więc poprosiłam znajomą polonistkę z liceum, żeby zapytała, czy któraś z jej uczennic chciałaby porozmawiać ze mną na temat: „Dziewczyna jest warta tyle, co jej wygląd”. Odezwało się ponad 300 nastolatek i 18 nastolatków. Wielu z nich za bagażem traumatycznych doświadczeń związanych z wyglądem. 

Kształt mojej pupy - kogo to obchodzi 

Siedzące wokół mnie dziewczyny w większości mają grube czarne brwi, niewygodnie długie paznokcie, na które trzeba nieustannie uważać, i są za mocno umalowane. Czuję się przy nich mocno zaniedbana. Pytam, czy przejmują się tym, jaki kształt ma ich pupa. Podnosi się las rąk.

– Ja zacznę – zgłasza się Kostka, osiemnastolatka. – Miałam złamaną nogę i w ramach rehabilitacji poszłam na basen. Ratowniczka podała mi rękę, oblukała mnie i smutno pokiwała głową. „Myślę, że do lata damy radę zrzucić osiem kilogramów”. Kiedy powiedziałam o tym w domu, mama się nie zdziwiła. „O co ci chodzi? Przecież podczas choroby pupa strasznie ci się rozlała”. Wcześniej nigdy nie myślałam o kształcie swojej pupy, teraz cały czas ją oglądam.

– Jestem po podobnych przejściach, tylko że z mamą i babcią. Byłyśmy we trzy na lodach – wtóruje jej Martyna. Planuje zostać architektem gier komputerowych. – Weszły trzy dziewczyny jakoś tak w moim wieku. Wszystkie były w dżeginsach, bo w czym miały być? Roześmiane, wyraźnie się lubiły. Moja rodzinka od razu zaczęła je szeptem obgadywać: „Czy one siebie nie widzą? Nie mają lustra? Po co opinać takie grube uda?”. I jak ja mogę się nie przejmować tym, jak wyglądam? 

Dorosłe kobiety – mamy, babcie, ciocie – często bardziej niż mężczyźni są strażniczkami tradycji pięknego wyglądu, bycia zadbaną i oczywiście szczupłą. Czy jestem brzydka? To pytanie wzbudza w każdym pokoleniu kobiet najwięcej wątpliwości. Niemniej ojcowie mają w dramacie nastolatek również swój udział. Jeśli ojciec krytykuje wygląd innych kobiet, utrwala w córce przekonanie, że wyglądem mają zadowolić mężczyznę, bo temu on służy. 

– Mój brat – mówi Hela, 16 lat – poznał w szpitalu wesołą, mądrą, fajną dziewczynę. Nie była otyła, po prostu nie była chuda. Kiedy nasz tata ją zobaczył, powiedział: „Bartuś, naprawdę nie stać cię na nic lepszego?”. Do tego pełna pogardy i niesmaku mina. Ale mnie zapienił! 

Konkurs piękności - dla dziewczynek i chłopaków  

Doktor Renee Engeln w ksiażce „Obsesja piękna” pisze o zjawisku normatywnego niezadowolenia. Dramat naszej cywilizacji polega na tym, że uznaliśmy niezadowolenie dziewcząt ze swojego ciała za normalne. Dotyczy to przede wszystkim figury i twarzy. Obsesja bycia atrakcyjnym, chęć wyparcia z głowy myśli „jestem brzydka” nie atakują jednakowo. Dziewczynki są znacznie mocniej narażone na toksyczny przekaz kulturowy. Autorka powołuje się na dane: 34 proc. pięcioletnich dziewczynek już zaczęło myśleć o idealnym wyglądzie, 40 proc. dziewczynek w wieku 5–9 lat pragnie wyglądać szczuplej! Trudno się temu dziwić, gdy słyszą, że uroda to najważniejszy atut dziewczynki, a na konkursy piękności mamy same zapisują swoje córki. 

Ale i chłopcy nie są wolni od pokusy czynienia ciała perfekcyjnym – wśród nich również zbyt często pada stwierdzenie „jestem brzydki”. Z badań Magdaleny Gajtkowskiej  z UAM w Poznaniu pt. „Obraz własnego ciała współczesnej młodzieży a kultura popularna” wynika, że dla dorastających chłopców najważniejsze jest przede wszystkim zgubienie zbędnych kilogramów (około 46 proc.), zwiększenie muskulatury ciała (około 15 proc.), a także zmiana określonych elementów urody (około 44 proc.). Nic więc dziwnego, że rozmowy, których celem jest zawstydzanie i utrwalanie dezaprobaty w stosunku do własnego ciała, czyli tzw. body shaming, są wśród nastolatków normą. Każda osoba w mojej grupie nastolatków ma przynajmniej jedno takie doświadczenie za sobą, a dla wielu to codzienność. 

Dysmorfofobia, czyli zbytnie zaabsorbowanie niewielkimi defektami swojego wyglądu, wywołuje nieustanne silne napięcie emocjonalne, cierpienie psychiczne oraz ograniczenie funkcjonowania społecznego. U nastolatków może to przybrać formę zamknięcia w pokoju, uzależnienia od gier, arogancji mającej na celu odepchnięcie od siebie ludzi, zwłaszcza rówieśników. Szacuje się, że na dysmorfofobię choruje 1 proc. populacji. Młody człowiek potrzebuje nieustannego wsparcia, żeby nie dotknęło go to ciężkie w leczeniu schorzenie. Kiedy pytam, czy jest ktoś, kto lubi swoje ciało, nie zgłasza się nawet żaden z chłopców...

Każde ciało jest super

Już po spotkaniu na szczęście wpadła mi w ręce książka „Ciało śmiało – przewodnik po dojrzewaniu” autorstwa edukatorki seksualnej Sonyi Rene Taylor. Wspaniały poradnik dla nastolatek, niekodujący w podświadomości dziewczynek, że muszą być chude. Ba, przecież nawet nie muszą być piękne! 

„Na świecie jest wiele pięknych rzeczy: kwiaty, ocean, fioletowozłoty zachód słońca. Ale jeśli chodzi o dziewczynki, istnieje mnóstwo innych słów, które pozwalają opisać je lepiej, niż określenia koncentrujące się wyłącznie na wyglądzie. Na przykład: mądra, zabawna, dobra, koleżeńska, pracowita, mistrzyni w przygotowywaniu kanapek z masłem orzechowym” – czytam w książce Taylor. Są w niej nie tylko kolorowe ilustracje, na których dziewczynki wyglądają… normalnie, ale i wiele afirmatywnych haseł, takich jak: „każde ciało jest super” albo „twoje tempo to dobre tempo”. A zwłaszcza: „nie jesteś sama”. Bo zostawienie nastolatki samej z jej kompleksami to najgorsza rzecz, jaką można jej zrobić!

A wy, kochani rodzice, kiedy ostatnio rozmawialiście ze swoją córką o tym, jakie jest miejsce wyglądu w jej życiu? I o tym jak być piękną nastolatką, która jednocześnie nie stawia swojej urody na podium hierarchii wartości?

Przy problemach z samoakceptacją natolatki, ważne jest zwrócenie uwagi na to, co czyta oraz uświadomienie ile wydajecie na kosmetyki upiększające. (Ilustracja: iStock/Cofeee) Przy problemach z samoakceptacją natolatki, ważne jest zwrócenie uwagi na to, co czyta oraz uświadomienie ile wydajecie na kosmetyki upiększające. (Ilustracja: iStock/Cofeee)

Jak uniknąć pułapek w rozmowie o wyglądzie z nastolatkiem, z którego ust pada stwierdzenie „jestem brzydki”, pytamy psycholożkę i psychoterapeutkę Magdalenę Mastalerz 

Dziewczynkom należy mówić komplementy dotyczące ich wyglądu? Jak reagować na takie pytania jak to „czy jestem brzydka”? Czasem uwagi na temat wyglądu mogą być odebrane jako atak, zwłaszcza gdy rodzice chwalą córki tylko w momentach, gdy te są wyszykowane do wyjścia, bo to brzmi, jakby na co dzień córka była nieatrakcyjna. Zresztą nastolatki w ogóle nie lubią, gdy się o nich cokolwiek mówi, więc na temat wyglądu najlepiej jest wypowiadać się tylko wtedy, gdy dziecko zapyta.

Czyje wypowiedzi na temat urody mają większą moc? Taty czy mamy? To zależy od okresu rozwoju. W pierwszych latach mimika twarzy mamy jest najważniejsza, bo wtedy działają neurony lustrzane. Małe dziecko powinno widzieć zachwyt w oczach swojej matki – to mu daje wiarę w siebie. Opinie taty są także szalenie istotne, ale zwłaszcza wtedy gdy dziewczynka dorasta.

A co ma zrobić rodzic, którego córka nabrała niebezpiecznej dla zdrowia wagi? Jak z nią o tym rozmawiać? Skuteczna i nieinwazyjna metoda, którą ja stosuję, to ostentacyjnie wprowadzić w domu zdrowy tryb życia, odżywiania się i rekreacji. Zdrowie na pierwszym planie. Nastolatka na pewno zrozumie przekaz, ale nie poczuje się atakowana.

A jeśli dziewczynka narzeka na swój wygląd? „Mam grube uda, jestem brzydka, mam okropne włosy”? Jak jej pomóc? Najlepiej zapytać: „Z kim się porównujesz?” i o tym na spokojnie pogadać. I w żadnym wypadku nie mówić: „czym ty się w ogóle przejmujesz?”, bo to bagatelizowanie jej problemu.

Pomóż dziecku zaakceptować wygląd i naucz tego, jak być piękną nastolatką czy pięknym nastolatkiem, którzy znają swoją wartość – wypróbuj poniższe wskazówki:

  • Pilnuj siebie. Nie deprecjonuj swojego ciała ani ciał innych ludzi. Nie bierz nigdy udziału w body shamingu, a gdy słyszysz, że robi to twoje dziecko, stwierdzając np. „jestem brzydka i gruba”, wkraczaj i tłumacz, że wyrządza sobie w ten sposób krzywdę.
  • Zawsze podkreślaj, że ruch ma na celu wyzwolenie endorfin, radości, uzdrowienie ciała, a nie służy wyłącznie poprawie wyglądu.
  • Gdy twój nastolatek mówi, że nienawidzi swojego ciała, nie lekceważ tego. Ona/on jest ofiarą obsesji piękna i potrzebuje długofalowej pomocy.
  • Podczas zakupów z nastolatkiem pytaj: „Czy jest ci w tym wygodnie?”. Każ mu najpierw  poczuć, a dopiero potem przejrzeć się w lustrze.
  • Nie eksponuj w domu zdjęć nastoletniej córki w balowej sukience. To komunikat, że kochasz jej wystrojoną wersję. Lepiej  stawiaj zdjęcia z wakacji, w zwykłej bluzce, swobodne.
  • Kupuj książki, które propagują najczęściej występujące proporcje ciała. Jeśli masz w domu małą dziewczynkę, która ma Barbie, niech podczas zabawy lalka będzie aktywna, fajna, dzielna, a nie tylko szykuje się na bal.
  • Kupuj dzieciom pisma, w których uroda jest tematem poruszanym wyłącznie przy okazji
  • Mów, że wygląd nie jest na pierwszym miejscu listy twoich życiowych priorytetów. Chcesz być zdrowa i szczęśliwa, nie masz zamiaru katować się niczym – tylko po to, żeby swoim wyglądem zadowolić właściwie nie wiadomo kogo. 
  • Poruszaj temat reklam, filmów, modelingu. Niech będzie obecny w waszych rozmowach.
  • Postaraj się mówić dziewczynkom wzmacniające komunikaty, ale takie, które nie dotyczą wyłącznie ich urody.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Taka, jaka jesteś – jesteś ok

Siła kompleksów zależy od naszego nastawienia. (Fot. iStock)
Siła kompleksów zależy od naszego nastawienia. (Fot. iStock)
Przychodzimy na świat z ciałem, które zostało nam dane. Służy nam do odczuwania siebie i świata, ale też wyraża naszą osobowość i unikalność. Nikt drugi na świecie nie ma takich linii papilarnych jak ty, ale też takiego nosa i rąk, takiego błysku w oku. Dlaczego zamiast docenić ten dar, ciągle doszukujemy się w nim rys i pęknięć?

Z badań samooceny kobiet, których komentatorką była terapeutka Joanna Godecka, wynika, że tylko 20 proc. uważa się za ładne czy atrakcyjne. Oznacza to, że 80 proc. ma kompleksy. – Kompleks z psychicznego punktu widzenia jest brakiem samoakceptacji, samoodrzuceniem – mówi Joanna Godecka. – Odrzucamy jakąś część siebie, osądzając ją jako gorszą i ukrywając to, co uważamy za mankamenty.

My, kobiety, mamy w tym sporo praktyki. Nosimy spodnie odpowiednio maskujące krągłe łydki, wkładamy biustonosze typu push-up, by ukryć brak krągłości piersi. Zagęszczamy włosy, pudrujemy piegi, brak talii skrywamy pod luźnymi ubraniami, chociaż wcale nam się nie podobają. Skąd biorą się te kompleksy? – Często z dzieciństwa spędzonego wśród bliskich, którzy sami mieli kompleksy – odpowiada terapeutka. – Z badań wynika, że matki uważające się za niezbyt atrakcyjne indukują swój model myślenia córkom. Jeśli nie czują się dobrze w swoim ciele i komentują jego niedoskonałości, uczą dzieci postrzegania siebie przez pryzmat słabych stron.

Nawet jeśli w domu nie doświadczamy oceny swojego wyglądu, możemy ją usłyszeć od rówieśników, a ci bywają okrutni. Zaszczepione w dzieciństwie kompleksy zwykle ugruntowują się w okresie nastoletnim, kiedy zmienia się i kształtuje nasza sylwetka – dziewczynom rosną piersi, zaokrąglają się biodra, ale też pojawiają się wypryski czy nadmierne owłosienie. Chłopcy mają z kolei pierwszy zarost, przechodzą mutację. W efekcie później bardzo surowo się oceniamy i nie czujemy się ze swoim wyglądem komfortowo.

Jestem za gruba, więc nie wychodzę z domu

Kompleksy rzutują na wiele sfer życia – towarzyską, uczuciową, zawodową. Utrudniają realizację marzeń, blokują sprostanie aspiracjom. Stajemy się defensywni i koncentrujemy się na przewidywaniu negatywnych scenariuszy, zakładając, że nie mamy szans na spełnienie swoich oczekiwań. Że nie jesteśmy warci sukcesu. Czasem niedoskonałości mogą urosnąć do rangi tak wielkich problemów, że bycie szczęśliwym staje się niemal niemożliwe. Długotrwała koncentracja na wadach i słabych stronach wiąże się z obniżeniem nastroju i większą podatnością na depresję.

– Jeśli lęk przed konfrontacją, wynikający z kompleksów, jest tak silny, że zaczynamy się wycofywać z jakiejś aktywności, będzie on zajmował kolejne obszary – mówi Joanna Godecka. – Jeśli nie pójdę na firmową imprezę, ponieważ uważam, że jestem za gruba, to za jakiś czas nie wybiorę się też na spotkanie w małym gronie znajomych i zacznę popadać w niebezpieczną izolację. Skupiając się na lęku i uznając jego przewagę, daję mu moc. Kiedy zaś coraz bardziej się rozpanoszy, utwierdzę się w przekonaniu, że jakieś drzwi są już dla mnie zamknięte. I może mimo że jestem singielką i pragnę związku, przestanę spotykać się z mężczyznami. Lęk nasyca kompleks, który staje się coraz potężniejszy.

Sprowokowane

Joanna Godecka jako terapeutka uczestniczyła w programach telewizyjnych przy metamorfozach wyglądu kobiet i zauważyła, że skutecznym sposobem na kompleksy są prowokacje. Polegają one na obezwładnianiu kompleksu poprzez wyciąganie go na światło dzienne. Od natężenia lęku zależy, na ile warto próbować robić pewne rzeczy trochę na przekór sobie. – Kobiecie, która dopiero w mocnym makijażu, perfekcyjnej fryzurze i eleganckim ubraniu, może wyjść na ulicę, poradziłabym, żeby przespacerowała się po galerii handlowej nieumalowana, w dżinsach i T-shircie, z włosami związanymi gumką – mówi terapeutka. – Ludzie, którzy uważają się za mało atrakcyjnych, żyją w przekonaniu, że ich mankamenty są nie tylko widoczne, ale wręcz wytykane palcami. A podczas takiego eksperymentu okazuje się, że wzbudzamy takie samo zainteresowanie jak bez maskujących zabiegów. To może być uwalniające przeżycie, bo zaczniemy oswajać się z sytuacjami, które wydawały się groźne. Przestaniemy tkwić w pułapce, że musimy coś zrobić, żeby było dobrze, i dojdziemy do wniosku, że nie musimy już odwracać uwagi od kompleksów.

Dlatego kobiecie uważającej się za zbyt wysoką zalecane jest chodzenie w szpilkach, a niskiej – w balerinach. To nam pomoże w akceptacji siebie i zaprzestaniu odrzucania siebie. – Akceptacja jest dłuższym procesem, który trzeba wspierać – mówi Joanna Godecka. – Nie możemy czekać wyłącznie na wyniki pracy wewnętrznej. Na to, aż prawdziwie pogodzimy się z tym, jakie jesteśmy. Tego typu prowokacje przyśpieszają ten proces. Po pewnym czasie potrzeba prowokacyjnych zachowań znika. Nie chodzi o to, żeby właścicielka masywnych ud zawsze chodziła w legginsach, ale żeby mogła bez problemu chodzić na basen i spacerować w kostiumie kąpielowym po plaży, ciesząc się słońcem i wakacjami.

Nie walcz i nie uciekaj

Siła kompleksów zależy od naszego nastawienia. Ucieczka od kompleksów poprzez zabiegi odwracania od nich uwagi tak naprawdę nasila koncentrację na nich. Joanna Godecka sama zmagała się z lękiem przed wystąpieniami publicznymi, zdarzało się, że podczas emisji na żywo była jak sparaliżowana. – Nie chciałam jednak z tej części mojej pracy rezygnować – opowiada. – Najpierw po prostu mówiłam na wizji, że mam tremę i z tego powodu mogę nie wypaść idealnie. Potem odkryłam, że im mniej myślę o lęku, tym słabiej go zasilam i mniej go we mnie jest. Za to starałam się być dobrze przygotowana i skupiałam się na tym, że wiem, co mam powiedzieć. To był mój drugi sposób. Potem wreszcie pomyślałam sobie – czy ja muszę za każdym razem dawać niebywały występ? Jeśli coś nie pójdzie, to trudno.... To też było pomocne. Jeżeli chcemy coś zwalczyć, za bardzo się napinamy i osiągamy efekt odwrotny.

Kompleksy sprawiają, że podświadomie rywalizujemy z osobami wyższymi, o bardziej gładkiej cerze, mądrzejszymi. Wtedy stajemy w kontrze, prowadzimy wojnę, a to osłabia. Według Nathaniela Brandena, autora książki „6 filarów poczucia własnej wartości”, akceptacja jest odmową bycia własnym wrogiem. – To już wystarczy – mówi Joanna Godecka. – Jeśli nie jesteś swoim wrogiem, to znaczy że jesteś życzliwy i wspierający. Jeśli jesteś wrogiem, walczysz. To, co robisz, i to, co myślisz, jest destrukcyjne, niszczy cię.

Jeśli krytykujesz swoje cienkie włosy, zapytaj się, czy jesteś swoim wrogiem czy przyjacielem. Czy powiedziałabyś to samo komuś bliskiemu? Tym, co człowieka wzmacnia, jest bezpieczeństwo emocjonalne. Dlatego mimo kompleksów, a może zwłaszcza z nimi, okazujmy ludziom otwartość i życzliwość. Chociaż boimy się odrzucenia z powodu nadwagi, podejmijmy próbę kontaktu. Wtedy kompleksy stracą swoją moc. – Zaobserwowałam, że tym, co wręcz magicznie działało na kobiety, które zgłosiły się do programu telewizyjnego, żeby przejść metamorfozę wyglądu, było wsparcie całej ekipy pracującej przy programie. Każdy chciał pomóc: fryzjer, makijażystka, stylistka. Ta życzliwość okazała się uzdrawiająca. Dlatego namawiam do zapraszania ludzi do swojego życia – kiedy dostajemy wsparcie, zaczynamy się czuć bezpieczniej. Zapewnijmy je sobie i innym.

Ćwiczenia z akceptacji

Nauczycielka jogi Tiffany Cruikshank w swojej książce „Zredukuj wagę dzięki medytacji” proponuje dwa ćwiczenia ku większej akceptacji swoich niedoskonałości i swoich atutów.

Ćwiczenie 1. Przezwyciężenie perfekcjonizmu

Nasze niedoskonałości są częścią ludzkiej natury, bez nich bylibyśmy jak roboty, a życie byłoby niesamowicie nudne. To niedoskonałości otwierają nas na relacje i dostrzeganie podobieństw w drugim człowieku. Perfekcjonizm i doskonałość każą trzymać się na dystans. Zatem czy mając tego świadomość, możesz zacząć postrzegać swoje wady jako coś, co czyni cię idealnie nieidealną? Jako część siebie, która pozwala ci nawiązać lepszy kontakt ze światem? Niezależnie od tego, czy są to piegi, cellulit, czy przerwa między zębami.

Wybierz jedną niedoskonałość, która twoim zdaniem szczególnie cię wyróżnia, np. kształt nosa. Czy jesteś w stanie wyobrazić sobie, że wszyscy ludzie na świecie mają ten sam kształt ciała? Po czym byśmy ich wtedy odróżniali? Może to właśnie niedoskonałości nadają nam charakter? Zastanów się, jak to jest żyć w twoim ciele z twoim nosem. A teraz wybierz trzy cechy, które cię wyróżniają – czy bez nich byłabyś sobą? Cokolwiek wybrałaś: piegi, kształt nosa czy rozstępy po ciąży – zastanów się, jaką rolę te niedoskonałości odegrały w ukształtowaniu ciebie, np. gdyby nie twoje rozstępy, nie byłabyś teraz matką. Jeśli bardzo nie lubisz jakiejś części swojego ciała, spróbuj odpuścić sobie negatywne odczucia na jej temat tylko na jeden dzień. Sprawdź, jak się wtedy poczujesz.

Ćwiczenie 2. Przyjmowanie swojego piękna

Wiele kobiet praktykuje codziennie różne rytuały związane z urodą – robią makijaż, układają włosy, starannie wybierają ubrania. Ale ta rutyna może zamienić się w obowiązkowe przygotowania przed pokazaniem się światu. Przez myśl im nie przejdzie, by wyjść z domu bez makijażu albo z rozczochranymi włosami. Gdy więc zdarzy się im mieć włosy w nieładzie, nie będą czuły się sobą – mimo że nadal sobą będą. A przecież wszystkie mamy w sobie naturalne piękno, które widać też na zewnątrz: uśmiech, blask skóry, długie nogi czy wyraziste oczy. Uwydatnianie naszego piękna i przyciąganie do niego uwagi jest sprytnym sposobem na zaprezentowanie siebie. Kiedyś jednak trzeba powiedzieć „dosyć”. Czy jesteś pewna, że nie możesz pójść do pracy bez makijażu? Przyjrzyj się uważnie swoim nawykom związanym z urodą i zastanów się, czy codzienna rutyna nie stała się obowiązkiem, bez którego wpadasz w panikę. Czy jesteś w stanie bardziej odsłonić swoje naturalne piękno? Zacznij się doskonalić w dostrzeganiu tego piękna – myśl o tych elementach fizyczności, z których jesteś najbardziej zadowolona.

Wymyśl jeden lub dwa sposoby na naturalne podkreślenie urody, które zaczniesz stosować od teraz. Może to być picie większej ilości wody, szczotkowanie włosów aż do połysku czy relaksująca kąpiel z olejkami zapachowymi. Chodzi o metody zupełnie różne od dotychczasowych. Zastanów się też, co możesz wyeliminować z codziennej rutyny dbania o wygląd. Może zrezygnować z jakiegoś kosmetyku? Kupując balsamy i kosmetyki do makijażu, nabywamy jednocześnie przekaz, że nasze piękno zależy od ich użycia. Uświadom sobie, że to, jaka pokazujesz się światu, wysyła innym podświadomy komunikat o tym, czy wierzysz w swoje wrodzone piękno, które kryje się w skórze lub uśmiechu, a nie w warstwie podkładu.

Emocjonalna myśl, która została stłumiona

Pojęcie kompleksu narodziło się na przełomie XIX i XX wieku. Jako pierwszy użył go Josef Breuer, austriacki lekarz i filozof, który współpracował z twórcą psychoanalizy Zygmuntem Freudem. Razem opracowali metodę katartyczną, która polegała na uwalnianiu się od traumatycznego wspomnienia w stanie hipnozy. Zaobserwowali, że po uświadomieniu traumy związanej z konkretnym wydarzeniem i opowiedzeniu o nim, ustępowały objawy nerwicy. W psychologii pojęcie kompleksu rozpowszechnił wybitny szwajcarski psycholog i psychiatra Carl Gustav Jung, dla którego oznaczało ono zbiór ukrytych w nieświadomości myśli, przeżyć i doświadczeń, ujawniających się pod wpływem określonego bodźca. – Dzisiaj kompleks potocznie oznacza dyskomfortowe uczucia, które pojawiają się w związku z ekspozycją społeczną – mówi Joanna Godecka. – Z kompleksem Breuera, Freuda i Junga łączy go to, że najczęściej jest związany z przeżywaniem lęku i wstydu. Kompleksy w jakimś stopniu dotyczą każdego z nas i nikt jeszcze nie wymyślił złotej recepty na ich całkowite uleczenie.

  1. Styl Życia

Mądra akceptacja siebie

Prawdziwa akceptacja swojego ciała jest wtedy, kiedy mam świadomość tego, że jestem ideałem, ale właśnie z tymi niedoskonałościami, które mam. (Fot. iStock)
Prawdziwa akceptacja swojego ciała jest wtedy, kiedy mam świadomość tego, że jestem ideałem, ale właśnie z tymi niedoskonałościami, które mam. (Fot. iStock)
Nie odchudzaj się, nie męcz treningami, nie rób operacji plastycznych? Wprost przeciwnie – mówi psycholog Katarzyna Pietroń – ale w granicach zdrowego rozsądku

Co to znaczy akceptować swoje ciało? Zgadzać się na każdą fałdkę tłuszczu, każde znamię – bo jestem ideałem?
Jestem ideałem, ale właśnie z tymi niedoskonałościami, które mam.

Ale jak pokochać np. krzywe nogi?
Nie znam osoby, która w zupełności akceptowałaby każdy centymetr swojego ciała. Zaakceptować, pokochać nie znaczy, że coś ma mi się nagle spodobać. To bardziej myślenie w stylu: „wiem, że mam mankamenty, cóż zrobić, na szczęście mam też fragmenty, którymi mogę się pochwalić”. W akceptacji jest przecież miejsce na krytykę. Niektóre rzeczy, które się nam mniej podobają, można zmienić. Mogę przecież sobie zrobić trwałą, jeśli zawsze marzyłam o kręconych włosach, mogę sobie kupić zielone soczewki, jeśli zamiast piwnych chciałabym mieć zielone oczy. Pewnych rzeczy jednak się nie poprawi, chociaż bardzo by się chciało i chociaż niektóre kliniki chirurgii plastycznej na świecie podejmują się takich zmian, jak np. wydłużanie nóg. Są to jednak pomysły niemające wiele wspólnego ze zdrowym rozsądkiem.

Jaki związek ze zdrowym rozsądkiem mają w ogóle operacje plastyczne?
Jestem „za” w przypadkach, kiedy problemem są blizny, oparzenia, zajęcze wargi…

A odstające uszy, mały biust…?
Zależy od tego, co przypisujemy tym uszom i biustowi. Jeśli traktujemy je jako defekt, ale myślimy: „Mogę mieć mniej odstające uszy, bo wtedy będę mogła wiązać włosy, chodzić z przepaską, nie przejmować się tym, że się na mnie gapią”, to wtedy taka zmiana ma sens. Jeśli jednak odstające uszy obarczam winą za wszystkie moje niepowodzenia: za to, że nie wiedzie mi się w pracy, że nie mogę sobie nikogo znaleźć, to wtedy po operacji może się okazać, że źródło nieszczęścia umieszczę w innej części ciała i też będę chciała ją zmienić. Dobra motywacja jest taka: robię sobie operację plastyczną, żeby zwiększyć komfort życia. Zła: robię sobie operację, żeby odmienić całe życie. W drugim przypadku szybko okaże się, że problem nie leży wcale w ciele i jego defektach, tylko zupełnie gdzie indziej.

Ale czasem lepszy wygląd, a za tym lepsze nastawienie do świata, potrafi naprawdę odmienić życie…
Owszem, ale bez głębszej zmiany ta poprawa będzie tylko chwilowa. Jest duże ryzyko, że każda rysa na tym nowym, idealnym wizerunku stanie się prawdziwą katastrofą.

To jaki stosunek do ciała jest najzdrowszy?
Poznanie go: jego mocnych i słabych stron i akceptacja obydwu. Do tego szeroko pojęte dbanie o siebie, prowadzenie zdrowego trybu życia, czyli dieta, ruch, codzienna pielęgnacja. Oczywiście, bez specjalnego zaabsorbowania i koncentracji całego życia wokół dobrego wyglądu. Tak naprawdę trudno jest uchwycić ten złoty środek, zwykle albo za bardzo się zaniedbujemy, albo za bardzo skupiamy na tym, jak się prezentujemy, na szczęście co jakiś czas odczuwamy potrzebę złapania równowagi.

Ważne jest, by być po prostu dobrym dla samego siebie, robić coś nie dlatego, że muszę, tylko że chcę. Motywacja zewnętrzna, wynikająca ze społecznego trendu czy czyjejś opinii, na dłuższą metę nie działa. Najsilniejsza jest następująca: „robię coś dla siebie, dla swojego dobra”.

Nie dla opinii innych.
Jeżeli nie mogę wyjść na ulicę bez makijażu albo kupuję coraz to nowsze i silniejsze kremy, żeby się odmłodzić, to problem na pewno leży o wiele głębiej.

Lęk przed upływem czasu?
To już chyba jakaś tendencja społeczna, że nie wypada się starzeć. Nasz organizm ma swoją wytrzymałość i nie można wymagać od niego, żeby znosił wszystko tak bezproblemowo, jak wtedy, gdy mieliśmy kilkanaście lat. Z tym też trzeba się pogodzić. Całonocna impreza, gdy ma się np. 37 lat, będzie miała bardziej bolesne konsekwencje niż gdy się ma 17. Ale jeśli chcę je ponieść – proszę bardzo. Gorzej, jeśli nie chcę ponosić żadnych konsekwencji, bo się na nie nie zgadzam. To bardzo niedojrzałe podejście.

  1. Psychologia

Człowiek pokorny wie, że nie ma doskonałości

Człowiek pokorny wie, że nie da się żyć idealnie. Fajnie jest się rozwijać, ale nie ma co przed sobą udawać, że droga rozwoju prowadzi do doskonałości. (Fot. iStock)
Człowiek pokorny wie, że nie da się żyć idealnie. Fajnie jest się rozwijać, ale nie ma co przed sobą udawać, że droga rozwoju prowadzi do doskonałości. (Fot. iStock)
Pokora jest zrozumieniem, że nieszczęście nie spada na mnie dlatego, ponieważ na nie zasłużyłam, tylko tak po prostu funkcjonuje świat. Człowiek pokorny nie ma potrzeby wywyższania się. Ludziom pokornym żyje się łatwiej. 

Wielu ludzi się dziwi, gdy im się mówi, że pokora to coś bardzo pozytywnego. Dla części z nich wiąże się ona bowiem przede wszystkim z religią i uniżeniem, a może nawet poniżeniem. Tak jak odrzucamy słowo „litość” i nie chcemy, by ktoś się nad nami litował, tak samo nie chcemy być pokorni, bo wydaje nam się, że ktoś pokorny daje sobie postawić but na karku i zaprzecza swojej wartości. Guzik prawda. Będąc młodą zbuntowaną dziewczyną, też miałam taką wizję pokory. Za żadne skarby nie chciałam być pokorna wobec matki. Byłam przekorna, zbyt ostra, nieustannie walczyłam. Zbliżyłam się do niej dopiero długo po wyprowadzce z domu. Wreszcie dotarło do mnie, że nie muszę walczyć ze światem. Wróciłam też do duchowości (nie mylić z religią). A jak jest duchowość, to jest i pokora.

Do prawdziwej pokory trzeba dojrzeć. Z czasem doszłam do tego, że to jest po prostu zgoda na to, co się dzieje. Przeciwieństwo roszczeniowości, obrażania się na świat, pychy. Człowiek pokorny wcale nie uważa, że jest mniej ważny niż inni, wie, że jest tak samo ważny. Pokora jest zrozumieniem, że nieszczęście nie spada na mnie dlatego, ponieważ na nie zasłużyłam, tylko tak po prostu funkcjonuje świat.

Jakoś nie dziwi nas, gdy nie poszczęści się komuś innemu. A jak to dotyka nas, pytamy, dlaczego ja. Zdarza się, że dzieci umierają na nowotwór, a my pytamy, dlaczego nasz rodzic zachorował na tę chorobę. Otóż z tego samego powodu.

Może to właśnie religia przyczyniła się do tej niechęci do pokory swoimi nakazami typu: „Zły grzeszniku, kajaj się, posyp sobie głowę popiołem”. Bo religijnie pokora wiąże się przecież z uznaniem grzechów, a więc w pewnym sensie z myśleniem, że jestem jakaś gorsza i należy mi się kara. Z drugiej jednak strony – stoi za nią przekonanie, że źródłem wszystkiego jest Bóg i że wszyscy jesteśmy przed nim równi. Widzę w tym pewne niebezpieczeństwo – ślepa ufność pokładana w Bogu łatwo może się zmienić w myśl, że ja nic nie mogę, będzie tylko tak, jak Bóg zechce. Tymczasem do własnych poczynań lepiej Boga nie mieszać, bo to my za nie odpowiadamy.

W Polsce wszyscy czują się spadkobiercami tradycji szlacheckiej, a przecież przytłaczająca większość społeczeństwa to byli chłopi. Cóż, nie bardzo sobie radzimy z poczuciem własnej ważności i wartości. Dlatego potrzebujemy podpórki w postaci – często wymyślonego – szlacheckiego pochodzenia. I dlatego też myślimy, że jak przychodzi nam się na coś godzić, to znaczy, że ktoś nas wziął pod but. Podejrzewamy, że kryje się za tym rodzaj poniżenia, wykorzystywania.

Pokora przynosi ulgę, o czym najczęściej nie wiemy. Jej sedno oddaje modlitwa o pogodę ducha, do której często się odwołuję

„Boże, użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić, i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego”.

Jeśli przyswoimy tę treść, przestajemy się szamotać. Bo mamy świadomość swoich ogromnych możliwości, ale też ograniczeń. Nawet jeśli mam wielkie zasoby, nie mogę wszystkiego. Jeśli jestem pokorna naprawdę, potrafię sobie wybaczać. Nieustanne żale i pretensje do siebie i innych oznaczają, że nasza pokora jest tylko deklarowana. Swojej pokory nauczyłam się powoli, pomogły mi spotkania z różniącymi się ode mnie  ludźmi, którzy byli zadowoleni z siebie, robiąc rzeczy może nie najważniejsze dla wszystkich, ale takie, które chcieli i lubili. To był przykład samoakceptacji. Często przykro patrzeć, jak ktoś nieustannie stara się być kimś innym, lepszym od siebie samego.

Na czym polega pokora wobec życia? Podam jeszcze przykład dotyczący związków, a konkretnie mojego partnera Edka, z którym jestem najdłużej, bo ponad 30 lat, choć z przerwami. Jestem na tyle dorosła, żeby wiedzieć, że jeden mężczyzna to każdy mężczyzna, a jedna kobieta to każda kobieta. Mówiąc jaśniej, wiem, że nie mogę sobie powybierać fajnych cech i potem znaleźć mężczyzny, który je wszystkie będzie miał. Dostaję partnera, jaki jest. Niektóre rzeczy w nim uwielbiam, innych nie znoszę, jeszcze inne toleruję. Tych pierwszych jest na tyle dużo, że pozostałe mają mniejsze znaczenie. Biorę pełen zestaw, to jest też pokora. My się z Edziem coraz bardziej lubimy, coraz bardziej się siebie uczymy znosić. Dajemy sobie prawo do tego, że czasem każde z nas jest nie do wytrzymania. Moją pokorą jest zgoda na niego, a jego pokorą jest zgoda na mnie. Wiem, że on mnie nie idealizuje, ale też nie odrzuca, gdy bywam niefajna albo gdy się zdarzy, że nie spełnię jego oczekiwań i marzeń. Człowiek pokorny wie, że nie ma doskonałości, nie da się żyć idealnie. Fajnie jest się rozwijać, ale nie ma co przed sobą udawać, że droga rozwoju prowadzi do doskonałości. Oszukiwanie się, że możemy być doskonali, jest niebezpieczne, prowadzi nas choćby do perfekcjonizmu, który unieszczęśliwi nas i naszych bliskich. Stąd tylko krok do stawiania siebie ponad innych. Człowiek pokorny nie ma potrzeby wywyższania się. Nie musi się porównywać, wie, że jeden jest lepszy w tym, drugi w czymś innym. Pokora jest oparciem, miejscem regeneracji.

Fragment książki „Życie od A do Z”, w której Katarzyna Miller po raz kolejny dzieli się z czytelnikami swoim terapeutycznym doświadczeniem. Autorka nie ucieka przed trudnymi tematami ani przed podpowiadaniem konkretnych rozwiązań, ale też zachęca do autorefleksji. Nie brakuje tu jej dosadnego poczucia humoru, ciepła, a przede wszystkim – szczerości, dzielenia się bardzo osobistymi historiami. Książka powstała dzięki rozmowom z Dariuszem Janiszewskim, redaktorem „Zwierciadła”.

  1. Psychologia

Mamo, jestem brzydka

Dziewczynki identyfikują się z mamami, ważne więc, jaki my, dorosłe kobiety, mamy stosunek do własnego ciała, co o sobie mówimy. (Fot. iStock)
Dziewczynki identyfikują się z mamami, ważne więc, jaki my, dorosłe kobiety, mamy stosunek do własnego ciała, co o sobie mówimy. (Fot. iStock)
Jak w głowie dziewczynki powstaje obraz własnego ciała? Czemu tak często jest negatywny? O tym, jaki wpływ na to mają matki – z dr hab. Katarzyną Schier rozmawia Ewa Pągowska. 

"Jestem brzydka”. Jak takie przekonanie powstaje w głowie kilkuletniej dziewczynki?
Jednym z głównych powodów może być zaburzony proces kształtowania się obrazu ciała. Obraz ciała jest częścią „ja cielesnego”, czyli pierwszego „ja”, jakie buduje człowiek. Przyjmuje się, że powstaje około 6. roku życia. Przez pierwsze lata zyskujemy wiedzę m.in. o tym, jak jesteśmy zbudowani, świadomość, że np. mamy twarz, chociaż możemy ją zobaczyć tylko w lustrze. Budujemy stosunek emocjonalny do ciała i jego poszczególnych części. Co ważne – to wszystko tworzy się relacyjnie, a więc w bliskości z drugą osobą.

Jak to się dokładnie odbywa?
Ogromną rolę w kształtowaniu obrazu ciała odgrywa dotyk. Dowiedziono, że jeśli jest częsty i czuły, małe dziecko otrzymuje informację, że jego ciało, a więc ono samo, jest piękne i warte miłości. Pomiędzy niemowlęciem a jego głównym opiekunem, czyli najczęściej matką, dochodzi do bardzo dużej liczby epizodów interakcyjnych – małych, codziennych sytuacji, w których dziecko uczy się, jak jego ciało jest odbierane. Dotyk pomaga też nauczyć się granic, czyli tego, gdzie kończy się ono samo, a gdzie zaczyna druga osoba. Ma to bezpośredni związek z późniejszą umiejętnością określania granic na poziomie emocjonalnym. Dlatego zabiegi pielęgnacyjne, takie jak przewijanie i kąpiel, nie powinny być tylko mechanicznym wykonywaniem koniecznych czynności. Ani, co gorsze, wykonywane z dezaprobatą, jak to zdarzyło się w przypadku pewnej dziewczynki. Kiedy była niemowlęciem, rodzice nie radzili sobie z zapachem jej kupy i przewijając dziecko prychali z obrzydzeniem. Dziewczynka później, w wieku kilku lat, myślała, że jest wstrętna, bo śmierdzi, chociaż nie miało to nic wspólnego z prawdą.

Czyli dziewczynce, która czuje się brzydka, we wczesnym dzieciństwie zabrakło dotyku matki?
Możliwe, ale dotyk to jeden z wielu elementów. Jak twierdził brytyjski pediatra i psychoanalityk Donald Woods Winnicott, szalenie ważne jest to, co dziecko widzi w oczach matki. Czy siebie jako wcielenie Wenus lub Apolla – czy przerażenie, chęć rywalizacji, depresję, wycofanie lub nawet echa konfliktu z partnerem. Jeśli nie ma tam miejsca na miłość i akceptację, to emocjonalny ból, jaki odczuje dziecko, można porównać do sytuacji porzucenia.

A kiedy dziewczynka ma już kilka lat, znaczenia nabierają słowa, zwłaszcza mamy…
Dziewczynki identyfikują się z mamami, ważne więc, jaki my, dorosłe kobiety, mamy stosunek do własnego ciała, co o sobie mówimy. Łatwo sobie wyobrazić, jak będzie myśleć o sobie córka matki, która wiecznie się odchudza. Takiej, która wciąż narzeka na swój wygląd, nigdy nie ma się w co ubrać i za każdym razem, kiedy staje przed szafą, dochodzi niemal do katastrofy.

Przekazami, które mogą utrudniać dziewczynce akceptację jej ciała, są też te negujące kobiecość np.: „kobiety mają ciężko”, „zobaczysz, urodzisz dziecko, to też przytyjesz”. Często wypowiadają je mamy, które podświadomie są niezadowolone z tego, że urodziły córkę. Mogą postrzegać ją jako rywalkę. Zachowują się więc jak macocha z bajki, która chce usunąć Królewnę Śnieżkę, żeby pozostać najpiękniejszą. To wcale nie taka rzadka sytuacja, kiedy matka nie radzi sobie z tym, że córka dorasta, i próbuje nieświadomie zniszczyć w niej kobiecość. Z zazdrości o jej młodość i szanse, jakie ma przed sobą. Oczywiście na kształtowanie się prawidłowego obrazu ciała źle wpływają też negatywne uwagi na temat wyglądu, jak np.: „z takim kołtunem na głowie nie wyjdziesz”, „fatalnie wyglądasz w tych spodniach”, „jesteś za gruba – mówię to dla twojego dobra”.

Na forach internetowych znalazłam sporo wypowiedzi mam, które pisały, że ich córki są „grubasami” i „nie mogą przestać się obżerać”.
Jeśli nie stwierdzono, że przyczyną otyłości czy nadwagi dziecka (te dwa stany należy różnicować) jest jakaś choroba, a tylko, jak określa to mama, fakt, że jej dziecko „się obżera”, to ja pytam: dlaczego to dziecko musi się obżerać? Dlaczego poprzez jedzenie musi regulować swoje napięcie? W psychologii klinicznej otyłość prosta jest często wiązana nie tylko ze złymi nawykami żywieniowymi i brakiem ruchu, ale także z zaburzeniami więzi. Zamiast koncentrować się na technikach odchudzania, zajęłabym się poszukiwaniem rzeczywistych przyczyn takiej otyłości. Zwłaszcza gdy mama używa określeń, jakie pani zacytowała. Jeśli ona jest wściekła, że ma „grubego, brzydkiego bachora”, to nawet gdy nie powie tego dziecku, ono to wyczuje i tak właśnie będzie o sobie myśleć.

Skąd u matki biorą się takie odczucia?
Prawdopodobnie z jej osobistych doświadczeń. Być może w dzieciństwie wstydziła się otyłej mamy albo sama cierpi z powodu nadwagi – szczególnie gdy słyszy krzywdzące komentarze od partnera. Z moich doświadczeń terapeutycznych wynika, że zatrważająco często mężczyźni mówią do swoich kobiet „gruba babo” lub „znów się nażarłaś”. Nic dziwnego, że później widok córki z nadwagą budzi w tych kobietach lęk, niechęć i wstyd, że są złymi mamami, skoro do tego dopuściły.

Na kształtowanie się obrazu ciała ogromny wpływ mają też rówieśnicy.
Ostatnio słyszałam o czterolatce, która chciała się odchudzać, bo usłyszała w przedszkolu, że ma duży brzuszek. Podobała mi się reakcja jej taty. Nazwał to wszystko grandą, a potem pokazał córce w gazetach i książkach jej rówieśniczki. Wytłumaczył, że w tym wieku wszystkie dzieci mają podobne brzuszki. To wystarczyło. Tata zadziałał jak tarcza.

Rodzice muszą pełnić funkcję korektywną wobec informacji z zewnątrz. Także tych płynących z mediów. Przecież już małe dziewczynki starają się dopasować do lansowanego wzorca piękna. Chcą wyglądać jak Barbie, a to przecież niemożliwe. Ta lalka ma proporcje, które w naturze nie występują! Proszę zobaczyć, jak trudno w takiej sytuacji być zadowoloną ze swego wyglądu. Czasem zdarza się wręcz, że mała dziewczynka obejrzy konkurs piękności dla małych dzieci, oceni, że nie miałaby w nim szans i stwierdzi: „jestem brzydka”. Przy okazji chciałabym stanowczo odradzić wysyłanie małych dziewczynek na konkursy piękności. One nie rozumieją tego, co się dzieje i bardzo przeżywają porażkę. Czują, że sprawiły zawód mamie i tacie, i cierpią.

A jeśli dziewczynka mówi: „jestem brzydka” i to nie ma nic wspólnego z konkursem piękności?!
Trzeba dowiedzieć się, dlaczego uważa się za brzydką. Można poprosić, żeby siebie narysowała. Potem razem obejrzeć rysunek i porozmawiać o poszczególnych częściach jej ciała. Zapytać, co konkretnie i dlaczego jej się nie podoba. Odpowiedzi mogą być naprawdę zaskakujące. Może na przykład nie podoba jej się fakt, że rosną jej piersi. To z kolei jest spowodowane lękiem przed dorosłością, którego dziecko sobie po prostu nie uświadamia.

My jednak możemy się domyśleć, że ta postawa wynika np. z matczynej dezaprobaty dla własnej kobiecości i swojego życia. Bez względu na przyczyny, warto częściej powtarzać córce, że dla nas jest najpiękniejsza. Ale takie słowa muszą wypływać z potrzeby chwili i być wypowiadane z miłością.

A starsze dziewczynki? Mam wrażenie, że „zadowolona ze swego wyglądu nastolatka” to oksymoron.
Trochę tak. Ale pamiętajmy, że z okresem dojrzewania wiąże się też wiele dobrego, jest uważany za drugą rozwojową szansę. W tym czasie wszystko się przebudowuje, kształtuje się osobowość, zmienia sposób widzenia świata. Mama może wtedy stanowić ważne wsparcie w rozwoju „ja” seksualnego. Jeśli we wcześniejszym okresie były jakieś problemy w relacji mama – córka, to teraz można je naprawić.

Dorastające córki ze swoimi matkami najczęściej się kłócą. Może lepiej powstrzymać się od wszelkich uwag dotyczących wyglądu nastolatki?
To zależy, czego dotyczą i w jaki sposób będą wypowiedziane. Warto zachować delikatność, ale nie milczenie. Wczesną wiosną widziałam w metrze dziewczynkę w okresie dorastania, która była bardzo lekko ubrana. Dekolt jej bluzki był tak duży, że niemal wychodził z niego biust. Jej strój nie pasował ani do miejsca, ani do temperatury. W moim odczuciu ta dziewczynka była całkowicie niezaopiekowana. Zabrakło kogoś, kto by z nią porozmawiał, zanim wyszła z domu. Mama w trosce o bezpieczeństwo i zdrowie córki musi czasem pozwolić sobie na pewne uwagi. Nie tyle krytykować i zabraniać, ile mówić o ewentualnych konsekwencjach.

Czasem wydaje nam się, że córka ubrała się po prostu brzydko.
Zasada jest prosta: małe dzieci się ubiera, starszym daje ubrania do wyboru, a strój nastolatka się toleruje. Styl ubierania tego ostatniego jest częścią poszukiwań własnej tożsamości, sposobu wyrażania siebie. Warto powstrzymać się od komentarzy: „znów na czarno, nałóż wreszcie coś kolorowego”. Nie ma nic gorszego niż matka, która ma w głowie idealny obraz nastolatki. Tego, jak powinna wyglądać, ubierać się i zachowywać. I która do takiego wyimaginowanego obrazu stara się dopasować swoją córkę.

A jeśli rodzice od zawsze powtarzają, że jest najpiękniejszą dziewczyną na świecie. To źle?
Skąd. Dziewczynka powinna żyć w przekonaniu, że dla swoich rodziców jest najpiękniejsza na świecie, że jest ich królewną. Trzeba więc prawić jej komplementy, prawdziwe. Koncentrować się na tym, co ma dobrego, ładnego... Ona nie może żyć w iluzji, bo kiedyś ktoś powie jej prawdę i zupełnie nie będzie umiała sobie z tym poradzić. Trzeba pokazać jej, że ma np. piękną buzię i trochę mniej zgrabne nogi. Powiedzieć prawdę.

Jeśli uwagi matki wynikają z jakichś nie do końca uświadomionych uczuć – lęku, zazdrości czy złości – to wtedy bolą. Ale jeśli kieruje się dobrymi intencjami i troską o córkę i jej wygląd, to zwykle bez problemu potrafi sformułować zdania, które nie ranią. Niedobrze mówić np.: „masz brzydką cerę”. Lepiej powiedzieć: „coś ci się zrobiło na buzi, chodź pójdziemy z tym do kosmetyczki”. I iść!

Dr hab. Katarzyna Schier psycholożka, psychoterapeutka. Podstawowe obszary jej zainteresowań naukowych: relacja psychika – ciało, czyli problematyka rozwoju i zaburzeń Ja cielesnego oraz geneza i leczenie zaburzeń psychosomatycznych; ukryte formy przemocy w rodzinie (odwracanie ról czyli parentyfikacja); mechanizmy rządzące psychoterapią. 

  1. Psychologia

„Nie muszę być pierwsza, by czuć się ważna” – skąd czerpać zdrowe poczucie wartości?

Poczucie prawdziwej wartości mam wtedy, gdy niezależnie od ocen płynących z zewnątrz czuję się ważna jako człowiek (fot. iStock)
Poczucie prawdziwej wartości mam wtedy, gdy niezależnie od ocen płynących z zewnątrz czuję się ważna jako człowiek (fot. iStock)
Do poczucia własnej wartości pomaga dotrzeć głęboka świadomość, że każdy z nas jest niepowtarzalny, jeden jedyny we wszechświecie – mówi trenerka i doradczyni rozwoju osobistego Barbara Wójcik.

Jaka jest pani definicja zdrowego poczucia własnej wartości?
To szczególny stosunek do siebie samego o podłożu emocjonalnym, na który składają się dwie jakości: poczucie godności i wysoka samoocena. Doświadczam szacunku do siebie jako osoby i uznaję swoje prawo do istnienia, a na tym fundamencie buduję drugi składnik – wysoką samoocenę. Pierwotne jest jednak poczucie, że jako istota ludzka jestem ważna tak jak każdy inny człowiek. Bo jeśli wiem, że mieszka we mnie cząstka, nazwę ją duchową, taka jak w każdym człowieku, to mogę dobrze się czuć, choćbym niczego nie dokonała. Mogę z szacunkiem patrzeć na innych niezależnie od tego, co robią, czy ich zachowanie jest godne uznania. Nowoczesne społeczeństwa wyrażają ten szacunek w swoim prawodawstwie – każdy z nas ma te same prawa!

Na tym poziomie wszyscy jesteśmy równi.
Otóż to. I jeżeli mieliśmy szczęście wychowywać się w środowisku, w którym szanuje się życie, to nie mamy kłopotu z poczuciem własnej wartości: fundamentalna godność jest tożsama z darem życia.

Ale mamy kłopot. Czy nie dlatego, że wychowanie i edukacja oparte są na porównywaniu?  
Porównywanie osób sugeruje, że ktoś jest mniej, a ktoś więcej wart. Oczywiście różniąc się pod każdym względem, zajmujemy różne pozycje w hierarchiach zawodowych i społecznych. Jeśli mam poczucie godności, niskie miejsce w rankingu nie robi mi żadnej szkody, bo nie muszę być pierwsza, żeby wiedzieć, że jestem coś warta. Fundament mam taki sam jak wszyscy, ale to, co na nim buduję, zależy od moich zasobów. Właściwa edukacja to umacnianie w dzieciach poczucia godności i pomoc w rozpoznawaniu ich indywidualnych zasobów.

Nasze poczucie wartości nadszarpuje także wieczne ocenianie.
Poczucie prawdziwej wartości mam wtedy, gdy niezależnie od ocen płynących z zewnątrz czuję się ważna jako człowiek. Cały rozwój osobisty opiera się na tym, co mam, a nie na tym, czego nie mam. Dlatego tak niesłychanie ważne jest rozpoznawanie swoich mocnych stron. Jeśli na rynku wymiany umiejętności zdecyduję się wystawić swoje, to one zawsze będą podlegać ocenie. Każdy może ocenić mnie jako trenerkę, lecz nie jako człowieka!

Jak odkryć głębokie poczucie własnej wartości?
Jeżeli staramy się siebie samych zrozumieć, to prędzej czy później mamy szansę zobaczyć, że poczucie naszej wartości nie jest zależne od innych ani od tego, w jakich warunkach dorastaliśmy. Na trudne przeżycia można spojrzeć w nowy sposób. Dotarciu do samego siebie służy poszerzanie samoświadomości, a także praca terapeutyczna. Jako dzieci byliśmy bezradni, teraz możemy sobie poradzić, korzystając z zasobów, które mamy jako dorośli.

Co nam jednak w tym przeszkadza? Przyjmowanie roli ofiary?
Nie można zaprzeczać, że krzywdy istnieją. Natomiast warto się z nimi zmierzyć. Można wtedy odkryć, że nie musimy żyć w poczuciu krzywdy. Bez zaakceptowania siebie taką, jaka jestem, się nie obejdzie. Nie zmienię tego, że pewnych cech nie mam. Natomiast może mi się wydawać, że brakuje mi czegoś, co tak naprawdę mam. Urealnione patrzenie na siebie naprawdę jest uzdrawiające. Dotrzeć do poczucia własnej wartości pomaga głęboka świadomość, że każdy z nas jest niepowtarzalny, jedyny we wszechświecie.

Ale na samoocenę trzeba pracować?
Owszem, pracować w tym sensie, żeby rozwijać to, co się ma. Moja samoocena wzrasta, bo widzę, że sobie radzę, że potrafię robić coś coraz lepiej. Jeżeli mam oparcie w sobie, to żadna strata czy porażka nie wyrządzą mi szkody.

My szukamy potwierdzenia własnej wartości raczej na zewnątrz.
Zawsze będziemy chętnie słuchać o sobie dobrych rzeczy i smakować sukcesy, bo potwierdzają wysoką samoocenę. Czemu mielibyśmy się z tego nie cieszyć? Jednak jeżeli swoje poczucie wartości budujemy wyłącznie na tym – jest ono chwiejne. Umacnia je jedynie fundament własnej godności. Samoocena, owszem, ewoluuje, bo jedne zadania idą nam świetnie, a z innymi nie dajemy sobie rady. Coś mi nie wyszło, ale nie robię z tego powodu tragedii. Wycofuję się na jakiś czas, by potem wrócić lepiej przygotowana, lub szukam innej drogi.

Co zrobić, żeby nasze dzieci miały poczucie własnej wartości? Po pierwsze, zbadać, czy sami je mamy, bo tylko dorosły, który czuje się ważny jako człowiek, może to przekazać swojemu dziecku. Po drugie, cenić dziecko za to, że jest, a nie za to, jakie jest. Ważne jest przy tym poszanowanie jego uczuć i myśli.

Akcentuje pani mocno poczucie godności. Dlaczego?
Poczucie godności to jest taki rdzeń, który stanowi o naszym człowieczeństwie. Jeżeli uznamy go w sobie, to uznamy także w kimś i już tego rdzenia nie naruszymy. Jeżeli natomiast zabraknie nam tego fundamentu, zabraknie też zdrowej bazy do budowania wysokiej samooceny. Wtedy nasze poczucie własnej wartości będzie zależeć np. od tego, co osiągniemy. Tymczasem nie da się go zbudować poprzez zmianę zawodów, mężów, domów, gromadzenie dóbr. Bert Hellinger, niemiecki terapeuta i twórca słynnych już rodzinnych ustawień, odkrył, co musimy zrobić, abyśmy poczuli się ze sobą pogodzeni. Otóż jest to możliwe wtedy, gdy przestaniemy mieć pretensje do rodziców, a więc przyjmiemy ich takimi, jacy są. A co to tak naprawdę znaczy? Że przyjmiemy dar życia bez zastrzeżeń.

A jeśli rodzice wyrządzili nam krzywdę?
Może pomóc myślenie: życie kosztowało mnie więcej, miało wyższą cenę. Ale któż by się targował o życie. Przyjmuję je więc ze wszystkimi warunkami. To podstawa. Trzeba przyjąć do serca także członków naszego systemu rodzinnego: dziadków, rodziców i ich rodzeństwo, własnych braci i siostry, także przyrodnie i zmarłe. Jeżeli uporządkujemy system rodzinny, to możemy z niego czerpać siłę. Rzeka życia wyrzuciła nas na brzeg przy pomocy rodziców i przodków i jeśli czujemy, że stoją za nami, to dopiero wtedy niczego nam nie brakuje, czujemy się pełni i znamy własną wartość.