1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Matka i córka - ta więź daje siłę na całe życie

Matka i córka - ta więź daje siłę na całe życie

Jako matka nie możesz przeżyć życia za swoją córkę. Możesz za to wspierać ją i sprawić, żeby była silna. (Fot. iStock)
Jako matka nie możesz przeżyć życia za swoją córkę. Możesz za to wspierać ją i sprawić, żeby była silna. (Fot. iStock)
Głęboka, zdrowa więź matki i córki potrafi dać siłę na całe życie. Dlatego psycholożka Nuanprang Snitbhan napisała poradnik „Między nami dziewczynami...”. To rodzaj przewodnika po emocjach – pomoże lepiej dogadać się mamom i ich córkom na wyboistej drodze dorastania.

Jestem matką dwóch córek, 8- i 11-letniej, i myślenie o tym, jak najlepiej ułożyć nasze relacje, towarzyszy mi nieustannie. W którym momencie powinnam sięgnąć po twoją książkę?
Twoje córki są w idealnym wieku, żebyście wspólnie przerobiły ćwiczenia z książki. Pisząc ją, myślałam właśnie o dziewczynkach w wieku „przednastolatkowym”, czyli między dziewiątym a 12. rokiem życia. Ale można spróbować tych ćwiczeń nawet z siedmiolatką. Im wcześniej zaczniemy pomagać dzieciom rozumieć i nazywać uczucia, tym lepiej. Moja córeczka ma dopiero dwa lata, a już zna sporo określeń stanów emocjonalnych.

Jest wiele książek psychologicznych dotyczących tego, jak radzić sobie z emocjami i jak się komunikować, ale ta jest o tyle wyjątkowa, że kierujesz ją do matki i córki równocześ­nie. Skąd ten pomysł?
Z własnego doświadczenia. Urodziłam się w Tajlandii, w Bangkoku, i dopiero jako 14-latka przyjechałam z bratem do szkoły w Stanach Zjednoczonych. Musiałam radzić sobie sama i nauczyć się funkcjonować w obcym świecie, nie znając dobrze języka. A byłam w okresie dorastania, nie wiedziałam jeszcze, kim jestem, miotały mną sprzeczne uczucia i popełniałam mnóstwo błędów. Nie mogłam poskarżyć się mamie, która wiele musiała poświęcić, żeby wysłać nas na naukę za granicę. Do tego dochodził azjatycki model rodziny, w której wyrastałam, zgodnie z którym dzieci muszą bezwzględnie podporządkować się starszym. To rodziło wiele frustracji. Dziś jesteśmy z mamą w dobrych stosunkach, ale wtedy odczuwałam żal, byłoby mi lżej przejść przez to wszystko, gdyby umiała ze mną o tym porozmawiać. Drugi powód jest taki, że od prawie 15 lat pracuję jako psycholożka kliniczna zajmująca się dziećmi, nastolatkami i rodzinami. Wiele mam przychodzi z córkami i prosi: „Czy może z nią pani porozmawiać?”. Zawsze proponuję, żeby same wygospodarowały raz w tygodniu 45 minut na rozmowę z dzieckiem. Dzieciaki chcą „ważne” rzeczy usłyszeć od swoich rodziców!

Dlaczego z rozmaitych relacji rodzinnych wybrałaś właśnie tę: matka – córka?
No cóż, kobietom łatwiej przychodzi rozmowa niż mężczyznom [śmiech]. I matki naprawdę chcą nawiązać kontakt ze swoimi córkami! Ale kiedy próbują zrobić to, gdy córka jest już nastolatką, często kończy się frustracją. Zwykło się mówić, że nastolatki są trudne. Według mnie przynajmniej równie trudny jest okres tuż przed wejściem w nastoletni czas. Te dziewczynki nie są już małymi dziećmi, ale jeszcze nie są „prawdziwymi nastolatkami”. Ich ciała się zmieniają, nie wiedzą jeszcze, kim są. Ten okres dla rodziców oznacza zmianę w ich podejściu do dzieci, dawanie im większej swobody zamiast wskazówek, co mają robić. W życiu dzieci jest to czas prób i błędów. Ale nie znaczy to, że nie potrzebują wtedy rodziców! Rodzice nadal muszą być „dla nich” i złapać je, jeśli upadną. Bo upadną na pewno!

Kiedy rozmawiam z przyjaciółkami, często słyszę opowieści o tym, jak trudne są ich relacje z matkami. Znam zaledwie kilka kobiet, które te relacje mają dobre i bliskie.
Wszystkie odczuwamy presję, że powinnyśmy być w przyjaźni z naszymi matkami, móc o wszystkim z nimi porozmawiać. Ale w rzeczywistości nie zawsze tak jest. Dlatego proponuję narzędzia, które pomogą w budowaniu relacji od wczesnych lat.

Przyglądam się relacjom dorosłych już córek oraz ich matek i czasem mam wrażenie, że wisi nad tą więzią jakaś klątwa. Tyle w nich wzajemnej agresji, frustracji, żalu, zawiedzionych nadziei, poczucia krzywdy…
I poczucia winy! Często słyszę od matek dorastających córek: „Boję się, że ona mnie znienawidzi, a ja przecież muszę narzucić jej pewne zasady, wymagam tylko przestrzegania reguł”.

A jak córki widzą te sytuacje?
Dziewczynki zwykle desperacko pragną mieć dobre, głębokie więzi z matką, ale też często nie wiedzą, jak to osiągnąć. „Mama ciągle czegoś ode mnie chce, wymaga, nakazuje, ale mnie nie słucha!” – słyszę często. Moja książka ma pokazać mamom, jak słuchać córek, a córkom – jak słuchać matek.

Wszyscy mamy własne doświadczenia, opinie, poglądy, wasze dorastające córki też je będą miały. One mogą być różne od naszych, bo wyrastałyśmy w innej epoce. Już sam rozwój technologii zmienił w tym czasie nasze życie i wpłynął na relacje międzyludzkie.

A może część nieporozumień bierze się stąd, że to relacja dwóch kobiet, z których jedna jest już dojrzała, a kobiecość drugiej dopiero się wyłania?
Element swoistej walki o władzę czyni ten układ jeszcze bardziej skomplikowanym, ale to nie znaczy, że porozumienie nie jest możliwe. Będę z uporem powtarzać, że zdobycie możliwie wcześnie, zanim nastąpi okres dojrzewania, umiejętności rozmawiania z dzieckiem jest dla relacji matka – córka kluczowe! Dlatego w każdym rozdziale umieściłam sekcję „Czas rozmowy”. Chciałam pokazać, że to nic strasznego: rozmowa nie musi być czymś niezręcznym, ciężkim czy też czymś, co kojarzy się córce z krzyczącą matką. To może być specjalny, wartościowy czas, kiedy powiesz mi, co tylko chcesz, a ja skupię się na tobie i będę cię słuchać. A potem ty wysłuchasz mnie.

Co córka powinna dostać od matki w ich relacji?
Mocne więzi, które przetrwają, szacunek oraz umiejętność słuchania. Bo czasem słowa nie są tak ważne jak to, co ukryte pod nimi. Agresja, która wybucha, nie musi być tym, czym się wydaje. Może w ten sposób twoja córka domaga się miłości albo czegoś innego. Ciekawa jestem, jak jest w polskiej kulturze. Czy relacje matka – córka są partnerskie, czy istnieje wyraźna hierarchiczna przewaga matki, jak np. w kulturze azjatyckiej?

W większości rodzin, które znam, deklarowane jest „równościowe” podejście do dzieci, ale w praktyce różnie to wygląda.
Uważam, że obustronny szacunek to podstawa. Powinniśmy szanować swoich rodziców, zwracać się do nich uprzejmie, ale też od rodziców wymagałabym tego samego! A kiedy dzieci dorastają, muszą wiedzieć, że ich słowa są ważne, że mają prawo do swoich wyborów.

Piszesz w książce o tematach unikanych w rozmowach przez rodziców i dzieci. Które z nich są najtrudniejsze, jeśli chodzi o matki i córki?
Gniew. Może przejawiać się na różne sposoby, nie tylko te gwałtowne. Czasem ktoś się zamyka w sobie i nie ma z nim kontaktu. Inne rodziny są wybuchowe i wyładowują się w krzyku. Wielu ludzi boi się gniewu, ale z mojego punktu widzenia wszystkie emocje są w pewnym sensie takie same. Nie trwają wiecznie, przychodzą i odchodzą. Wszystko zależy od tego, jak je potraktujesz. A ludzie często się gubią, myśląc, że uczucia to oni. Nie jesteś swoimi uczuciami! Zawsze powtarzam to moim klientom.

Niełatwo znieść zachowanie ukochanej córki, która wrzeszczy na ciebie, bo coś jej się nie powiodło, ale to na tobie wyładowuje frustrację i ciebie traktuje jak wroga. Czasami trudno się powstrzymać, żeby samemu nie zacząć krzyczeć na dziecko.
To trudna gra – trzymać buzię na kłódkę, kiedy córka cię atakuje. Pierwsza rzecz, którą bym zrobiła, to uznałabym i potwierdziła jej uczucia: „Jesteś teraz na mnie wściekła? OK, to zanim o tym porozmawiamy, zróbmy przerwę i rozejdźmy się na chwilę do pokojów. Spotkajmy się za moment, kiedy emocje trochę opadną”. Jeśli od razu będziesz chciała wszystko wyjaśnić, to nie zadziała! Nazywanie emocji jest kluczowe dla dzieci. One często nie rozumieją, co czują, trzeba nauczyć je, jak używać słów opisujących uczucia. Dobrze sprawdzają się tzw. dzienniki emocji, w których można wybrać określony obrazek czy emotikonkę opisujące nasz stan emocjonalny. Używam ich podczas sesji terapeutycznych, ponieważ ludzie powinni nauczyć się przede wszystkim rozpoznawać, co czują tu i teraz. Muszą najpierw zidentyfikować emocję, zanim ruszą dalej.

Wskazówka, żeby raz w tygodniu znaleźć czas na wspólne ćwiczenia i rozmowy – jak proponujesz – wydaje się cenna także dlatego, że dziś żyjemy szybko. Zanurzeni w smartfonach i komputerach nie mamy czasu na pielęgnowanie relacji.
A te ćwiczenia to czas tylko dla nas, czas na bycie razem. Wystarczy 20 minut. I nie codziennie, bo program jest tak pomyślany, że każdego tygodnia ćwiczone są inne umiejętności, trzeba więc czasu, żeby przyswoić materiał, porozmawiać o nim. I kolejna rzecz – róbcie ćwiczenia z książki, kiedy jesteście zrelaksowane, w dobrym nastroju. Kiedyś jedna z mam zapytała mnie, czy może korzystać z książki, kiedy się z córką pokłócą, czy wtedy ćwiczenia mogą to szybko naprawić. Otóż nie. Znajdźcie spokojny moment, np. w weekend, kiedy macie otwarte umysły.

Piszesz, że współczesne czasy są dla nas wyzwaniem, wywołują wiele napięć, które są szczególnym ciężarem dla dzieci. W przypadku dziewczyn dochodzi presja związana z wyglądem i wiele sprzecznych oczekiwań: masz być piękna, masz być świetną uczennicą etc. One często nie wiedzą już, kim mają być, co robić. To chyba też ważny temat do przepracowania w relacji mamy i córki?
Dorastające dziewczynki chcą być jak inni. Dopiero odkrywają swoją tożsamość, muszą więc mieć prawo do błędów. Najpierw naśladują innych, żeby sprawdzić, czy coś jest dla nich, czy nie. Rodzicom trudno patrzeć, jakie ich dzieci wyczyniają czasem głupoty. Ale przybieganie za każdym razem na ratunek nie daje dziecku okazji, żeby samo rozwiązało problem, nauczyło radzić sobie z konfliktami czy rozładowywać stres.

Możemy spróbować dać im narzędzia…
Tak, ale nie możemy przeżyć życia za nie. Pewnego dnia twoja córka pójdzie w świat i chciałabyś, żeby była wtedy niezależna i umiała zadbać o siebie w relacjach z innymi. Musi więc rozwinąć te umiejętności, kiedy jest dzieckiem. Ludzie się załamują, kiedy rzeczy przestają iść gładko, a powinni uczyć się, jak sobie pomóc. Nie możesz po prostu poddawać się, kiedy upadniesz. Nie zgadzam się, żeby dziewczynki nasiąkały takimi wzorcami. Powinny od nas słyszeć: „Jesteś wystarczająco dobra, możesz to zrobić. Poradzisz sobie”. To jest właściwy przekaz!

W twojej rodzinie to matka mówiła ci, co masz robić, nie byłyście „równe”. Jednak jest też teoria, że niekoniecznie dobre jest, gdy matka staje się przyjaciółką córki.
Wierzę, że matka powinna być raczej rodzajem przewodniczki niż przyjaciółki. Nasze córki mają już wystarczająco dużo przyjaciół. Powinnyśmy być dla nich mamami, uczyć, co dobre, a co złe. Stawiać granice. Jeśli tego nie robisz i próbujesz wejść w rolę przyjaciółki, dziecko nie czuje się z tobą bezpiecznie. Trudno mu zaufać mamie, kiedy ta nagle zapragnie być jednak autorytetem i uczyć, co jest właściwe.

Ale trudno zachować równowagę pomiędzy byciem mądrym przewodnikiem a wszystkowiedzącym dyktatorem.
Tak, sztuka polega na złapaniu tej równowagi. Dlatego zalecam stawiać granice, uczyć wartości, ale i słuchać dzieci, interesować się tym, co czują. Uznawanie uczuć dzieci jest najważniejsze: „Też jest mi smutno, kiedy widzę, że tobie jest smutno. Możemy przez to przejść, dasz radę”.

Twoja córka ma dopiero dwa lata, więc jest znacznie młodsza od dziewczynek, do których skierowana jest książka. Co byś powiedziała o tych pierwszych latach, które przygotowują grunt pod późniejszą relację?
Rozmawiam z nią dużo o uczuciach, nazywam je. Wzrusza mnie, kiedy mówi: „Mamusiu, jestem smutna”. Chciałabym, żeby była w kontakcie ze swoimi emocjami, wiedziała, jak z nimi pracować, żeby nie wybuchły i nie poraniły jej i mnie. „Między nami dziewczynami…” napisałam także dla niej. A teraz zastanawiam się, czy powinnam napisać kolejną książkę dla chłopców i ojców. Jak uważasz? Tylko że oni ze sobą nie gadają o emocjach.

Ale tego właśnie potrzebujemy, my, kobiety – mężczyzn, którzy mówią! [Śmiech].
Może najpierw napiszę o matkach i synach. To matki pierwsze uczą ich rozmawiać o uczuciach.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Pierwszy seks po traumie. Rozmowa z psychoterapeutką Agnieszką Czapczyńską

Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, nie pozostanie neutralny. Bo te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać. (Fot. iStock)
Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, nie pozostanie neutralny. Bo te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać. (Fot. iStock)
Rana po doświadczeniu przemocy seksualnej boli długo. Gdy uda się ją względnie opatrzyć, pojawia się potrzeba zbudowania bezpiecznego związku. O tym, jak (i czy w ogóle) rozmawiać o dawnej traumie z nowym partnerem, mówi psychoterapeutka Agnieszka Czapczyńska.

Gwałt potrafi na bardzo długo zamknąć nas na jakąkolwiek bliskość z drugim człowiekiem. Po czym poznać, że jest się już gotową?
U osób, które przeżyły traumę gwałtu, pojawia się pewien rodzaj ambiwalencji: z jednej strony jest potrzeba bliskości, chęć posiadania związku, z drugiej strony występuje lęk. Jeśli reakcja awersyjna jest bardzo silna, to poziom lęku związany ze zbudowaniem nowej relacji jest bardzo wysoki.

Od wielu lat pracuję w grupie wsparcia kobiet doświadczających różnych form przemocy, nie tylko seksualnej, ale to właśnie w tej grupie jest najwięcej singielek. Kiedy lęk wygrywa, wybieramy bycie samą.

Samotność wydaje się jedynym rozsądnym rozwiązaniem, bo daje poczucie bezpieczeństwa. Jakie sygnały oprócz lęku i awersji mogą świadczyć o tym, że to wciąż otwarta rana?
Jeżeli po doświadczeniu przemocy seksualnej rozwinął się zespół stresu pourazowego, to rana zawsze jest otwarta i sama się nie zagoi. O PTSD możemy mówić jako o stałym rozregulowaniu układu nerwowego. Symptomami są: wspomniana reakcja awersyjna, stała reakcja czujności, autoagresywne myśli, których nie można zatrzymać, flashbacki, czyli wracające obrazy traumy, którym towarzyszą odczucia w ciele, jakby działo się to tu i teraz. Poza tym pojawia się dysregulacja cyklu snu, dysregulacja emocji – albo odcięcie od nich, albo zalewanie się nimi, oraz silnie obniżone poczucie własnej wartości. Kobiety, które doświadczyły przemocy seksualnej, często nawet nie wiedzą, że mają PTSD. Ich stan jest diagnozowany jako depresja czy zaburzenia osobowości. Tymczasem źródłem wszystkiego jest trauma i właśnie zespół stresu pourazowego.

Statystyki mówią, że przy przemocy fizycznej, zwłaszcza tak drastycznej jak gwałt, PTSD rozwija się u 70–90 proc. kobiet. Dla porównania, w wyniku wypadków samochodowych – u 30 proc.

Rozumiem, że przy odpowiednim wsparciu rana może się zagoić?
Wierzę, że można się wyleczyć. Po doświadczeniu traumatycznym przez kilka tygodni występuje reakcja adaptacyjna. Układ nerwowy usiłuje dojść do równowagi po drastycznym przeciążeniu. To jest normalne i należy dać mu szansę. U części osób te symptomy z każdym tygodniem zaczynają słabnąć i w miarę upływu czasu powraca równowaga psychiczna. Natomiast jeśli symptomy utrzymują się dłużej, to oznacza, że układ autoregulacji nie dał rady i potrzebujemy pomocy z zewnątrz. Nowoczesne metody terapii, takie jak EMDR, Somatic Experiencing, Brainspotting czy TRE rozładowują napięcie na poziomie układu nerwowego, czyli tam, gdzie nastąpiło główne zaburzenie. Stosuje się też pracę w nurcie behawioralno-poznawczym dopasowanym do pracy z traumą. Wszystkie te podejścia są skuteczne. To znaczy doprowadzają osobę do momentu, w którym zostaje pamięć doświadczenia, ale nie towarzyszy jej pobudzenie ani dyskomfort. Pozostaje wspomnienie, które nie wyrzuca z „tu i teraz”, nie powoduje silnych emocji i nie wpływa negatywnie na poczucie własnej wartości.

Warto pamiętać, że przy traumie na poziomie poznawczym budują się przekonania, które są bardzo negatywne i destrukcyjne, typu: „To moja wina”, „Mogłam się obronić”, „Jestem słaba”, „Świat nie jest bezpieczny”. Te przekonania były sposobem rozumienia sytuacji w momencie gwałtu, ale są w większości irracjonalne. Przez skuteczną terapię traumy rozumiem taką, która sprawia, że doświadczenie przestaje niszczyć i buduje potraumatyczną siłę. Kobieta wychodzi z poczuciem mocy i przekonaniem: „Przetrwałam, dałam radę”, „Zrobiłam wszystko, co mogłam, „Jestem OK taka, jaka jestem”.

Droga od „Mogłam się obronić” do „Zrobiłam wszystko, co mogłam” jest długa. Sam czas nigdy nie uleczy rany?
W przypadku traumy powiedzenie, że czas goi rany, jest mitem. Możemy się od niej odciąć, omijać szerokim łukiem, włączać różnego rodzaju mechanizmy obronne, które nas dysocjują, dzięki którym nie będziemy czuły jakiejś części siebie, ale prędzej czy później to się ujawni. Życie w zamrożeniu, odcięciu od swojego ciała jest dewastujące, ponieważ żyjemy kawałkiem siebie. Reszta jest odcięta. Nie mamy dostępu do emocji, czucia na głębokim poziomie, żyjemy jakby za szybą.

Czy w budowaniu nowej relacji ma znaczenie, kim dla ofiary był sprawca i kiedy doszło do przemocy seksualnej?
W mojej wieloletniej pracy tylko raz spotkałam się z przypadkiem gwałtu na ulicy. 99,9 procent przypadków przemocy seksualnej odbywa się w relacjach pozornie bezpiecznych. Sprawcami są znane ofiarom osoby, zaprzyjaźnione z nimi, które nawet jeśli znały je tylko kilka godzin, to zdążyły wzbudzić sympatię i zaufanie. Traumy seksualne, do których doszło w dzieciństwie, kiedy kształtowała się nasza tożsamość, mocniej wkraczają w całą strukturę osobowości, stają się bardziej wrośniętą, integralną częścią poczucia, kim jesteśmy. Jeżeli doświadczyłyśmy traumy w szóstym roku życia i od tego czasu lęk towarzyszy nam codziennie, to mając 35 lat, myślimy o sobie: „Jestem lękowa, taka się urodziłam”. Mamy taki obraz siebie, choć on nie jest prawdą.

Jak fałszywy obraz siebie wpływa na późniejsze budowanie relacji?
Jeśli dziewczynka wyrasta na kobietę, która ma poczucie bycia niewartościową, bo trauma zaniża poczucie własnej wartości – ma wysoki poziom lęku, silną reakcję unikania, nie jest w stanie być niezależna i samodzielna w różnych obszarach życia. Kobieta niewierząca w swoje siły łatwo znajdzie sobie opiekę partnera dominującego. Czasem to dobry wybór, czasem zwiększa ryzyko, że odtworzy sytuację przemocy w kolejnym związku. Może budować różne relacje zależnościowe i trudniej jej będzie się bronić.

Traumy różnią się nie tylko czasem powstania, ale też częstotliwością – czy były jednorazowe, czy wielorazowe. Z jednorazowym doświadczeniem traumatycznym, czyli na przykład gwałtem na randce, można uporać się szybciej. Terapie metodami, o których wspomniałam, polegają na rozładowaniu energetycznym w ciele trudnego doświadczenia i przynoszą bardzo szybko pożądane efekty na poziomie fizycznym i w sferze poznawczej, czyli w budowaniu pozytywnych przekonań na swój temat. Transformacja przez ciało jest dużo szybsza niż przez umysł i terapię narracyjną, może zamknąć się w 10–15 sesjach. Natomiast gwałt w małżeństwie nigdy nie jest jednorazowym doświadczeniem. To jest trauma złożona, proces leczenia jest długi, ponieważ doświadczenie miało czas wrosnąć w strukturę osobowości, myślenie o sobie, sposób funkcjonowania. Wzorzec utrwalał się przez lata.

Załóżmy, że kobieta po traumatycznych doświadczeniach jest gotowa na nowy związek. Czy powinna poinformować o nich nowego partnera?
Na pewno do niczego nie należy się zmuszać. Warto wyznać partnerowi prawdę z jednego powodu: jeśli nie będzie rozumiał pewnych naszych reakcji, może pomyśleć, że są one skierowane przeciwko niemu, co nie będzie służyło budowaniu więzi. Przypuśćmy, że w trakcie intymnego zbliżenia nagle wróci mi pamięć trudnego doświadczenia i zacznę płakać, stanę się agresywna albo cała zesztywnieję – dobrze by było, by partner, z którym jestem, rozumiał, co się ze mną dzieje. W przeciwnym razie może się przestraszyć i zachowywać obronnie. Z drugiej strony dzielenie się tak intymną i bardzo delikatną częścią siebie wymaga zaufania. Powinnyśmy mieć poczucie, że osoba, której to mówimy, nie wyśmieje nas, nie odwróci się na pięcie, nie przestraszy się, nie zminimalizuje problemu. W relacji potrzebujemy czuć się bezpiecznie, musimy wiedzieć, czy ta osoba jest godna zaufania i czy to jest właściwy moment. Uważam, że warto mówić o trudnej przeszłości, tylko trzeba to robić w bezpieczny dla siebie sposób.

Bezpieczny, czyli jaki? Jakich użyć słów? Jak rozpocząć rozmowę?
Każdy trudny temat w relacji warto jest poruszać w spokojnej atmosferze. Gdy jesteśmy w silnych emocjach, nie panujemy nad słowami, więc łatwo o zranienie. Poważne rozmowy wymagają maksymalnie bezpiecznej przestrzeni, warunków i czasu. Nie oczekiwałabym, że w trakcie jednej rozmowy powie się wszystko. Można dać znać, że miało się trudne doświadczenie i ono wpływa teraz na relację z partnerem. Można zacząć od ogólników. Jeśli poczujemy się bezpiecznie, zobaczymy, że to jest przyjęte we właściwy sposób, to możemy otworzyć się bardziej.

Co znaczy właściwy? Jakiej reakcji można się spodziewać?
Właściwa reakcja partnera to reakcja empatyczna. Może on doświadczyć mnóstwa emocji: smutku, żalu, poczucia winy, chociażby dlatego, że przynależy do gatunku sprawców. Może pojawić się poczucie wściekłości na sprawcę. Te reakcje są bardzo OK.

Niepokojącym sygnałem są oskarżenia typu: „To była twoja wina, po co tam szłaś”, deprecjonowanie: „Daj spokój, co tam będziesz wspominać, skoro to było lata temu”, wyśmiewanie: „Jesteś histeryczna, chodź, przytulimy się, to wszystko minie, ja cię uleczę”. Te reakcje nie są empatyczne. Ale nie oznaczają, że mężczyzna jest złym człowiekiem, możliwe, że nie ma pojęcia, jak wspierać partnerkę. Uważam, że partnerzy, którzy tworzą lub chcą stworzyć związek z kobietą, która przeżyła przemoc seksualną, mogliby o tym trochę poczytać. Polecam zwłaszcza książki „Obudźcie tygrysa” Petera Levine'a oraz „Strach ucieleśniony” Bessela van der Kolka. Albo jednorazową konsultację, żeby dowiedzieć się, jak mają wspierać swoją partnerkę.

Może pani w kilku zdaniach wypunktować, jak wspierać kogoś po takim wyznaniu?
Po pierwsze, empatycznie słuchać, nie komentować, nie podważać. Po drugie, spytać, w jaki sposób można jej towarzyszyć, czego od nas potrzebuje, zapewnić ją, że jesteśmy po jej stronie, mówiąc na przykład: „To nie była twoja wina”. Po trzecie, motywować ją do terapii.

Ile czasu partner może potrzebować na oswojenie się z informacją o takim kalibrze?
Nie wiem. Nie wiem, czy w ogóle jest w stanie pogodzić się do końca z tym doświadczeniem. Nie spodziewam się, że partnerowi będzie łatwo z tym żyć. Nieuleczona trauma ma taką właściwość, że przypomina nierozbrojoną bombę. Jest w nas, ciągle tyka i co jakiś czas wybucha w postaci intruzywnych myśli, przerażających wspomnień, zalewających uczuć lęku, smutku, złości. Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Więc nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, przyjmie do wiadomości i zrozumie, nie sądzę, by był w stanie stać się neutralny, ponieważ te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać.

A jeśli ucieknie po samym wyznaniu – warto walczyć o taki związek?
Zarówno zamrożenie i brak emocji, jak i silna reakcja emocjonalna na taką wiadomość są całkowicie normalne. Może zdarzyć się, że partner nie potrafi tego udźwignąć, pomieścić w sobie tej ilości bólu. Jeśli obie strony widzą, co się z nimi dzieje, i mają wolę rozmowy, walki o związek, to zawsze jest szansa na przetrwanie tego kryzysu. Gwałt to doświadczenie, w którym mężczyzna niszczy życie kobiety, ale też życie innych mężczyzn – brata, ojca, partnera, syna. Przechodzimy przez to razem, niezależnie od płci.

Jednak lęk przed tym, że on odejdzie, zwłaszcza na początku relacji, może być większy niż chęć wyznania…
Ale on może odejść także dlatego, że mu nie powiesz. Trudno jest wytrzymać z osobą, która przeszła traumę i utrzymuje to w tajemnicy. To doświadczenie niszczy relację. Gdy rozumiemy to, co się z nami dzieje, i zostaje to nazwane, przynajmniej jesteśmy świadomi przyczyny takiego zachowania i wiemy, co z tym możemy zrobić.

Pierwszy seks po takim wyznaniu może być pełen obaw z obu stron.
Terapia służy odklejeniu doświadczenia seksu od poczucia zagrożenia i ponownemu połączeniu go w naszym umyśle z przyjemnością, bliskością i radością. Na pewno kolejne zbliżenie będzie wymagać uważności, delikatności i uczenia się siebie na nowo. W miejscu, w jakim byłyśmy zranione, zawsze będziemy bardziej delikatne, ostrożne.

Po traumie mamy skłonność do dysocjacji, więc wszystkie praktyki, które ściągają uwagę do bycia w teraźniejszości i czucia w ciele, są dobre. Zachęcam do terapii i różnego rodzaju praktyk budujących obecność w ciele, połączenia body-mind, czyli medytacji mindfulness, dowolnych technik medytacyjnych, jogi czy tai-chi.

Może zdarzyć się tak, że opowiedzenie o traumie nie chce przejść przez gardło. Czy ktoś może nas w tym wyręczyć?
Jeśli trudno jest powiedzieć to wprost, szukajmy sposobów, żeby to stało się możliwe. Miałam takie przypadki, że partnerzy albo członkowie rodziny przychodzili na sesję wspólnie z moją pacjentką, żeby w obecności osoby neutralnej porozmawiać o doświadczeniu gwałtu. W moim odczuciu przynosiło to dobre efekty. Sama terapia traumy jest terapią indywidualną, nie zabieramy na nią towarzysza.

A czy mówić o gwałcie innym? Matka – córce, córka – matce?
Nie mówiłabym nastoletniej córce, ale dorosłej – być może tak. Po to, by zrozumiała, co się ze mną dzieje, albo żeby sama lepiej rozumiała swoje odczucia, bo czasem trauma jest raną transgeneracyjną, poczucie zagrożenia może się przenosić z pokolenia na pokolenie. Jeśli trauma dotyczy dziecka, zawsze trzeba powiedzieć bezpiecznemu dla siebie dorosłemu, na przykład mamie. Bo ktoś musi udzielić pomocy. U moich pacjentek, które były ofiarami gwałtu, a po stronie których stawała matka czy ojciec, często następowała spektakularna poprawa.

Czy taka rozmowa może być formą terapii dla kobiety? Czy przeciwnie, niechcący otworzy drzwi do nieprzepracowanych emocji?
Ujawnienie tajemnicy, o ile zostanie właściwie przyjęte przez otoczenie, zwykle daje dużo ulgi. Oczywiście może otworzyć pamięć starych doświadczeń i być równocześnie bolesne. Z drugiej strony potrzebujemy uwolnić swój ból, może nawet szczególnie ten, który nosimy latami. Stara rana otwiera się, płyną łzy - jest to nieprzyjemne, ale tak działają mechanizmy samoregulacji. Ciało jest mądre i próbuje pozbyć się wewnętrznego napięcia. Warto pamiętać, że emocje wracają nie dlatego, że jesteśmy „uszkodzone”, ale dlatego, że ciało chce uzdrowić się z traumy. Ona jest stałą częścią ludzkiego życia, była obecna zawsze i nasze ciało jest w pełni wyposażone w mechanizmy powrotu do zdrowia.

Agnieszka Czapczyńska, psychoterapeutka, superwizorka w obszarze przeciwdziałania przemocy IPZ PTP, prowadzi Ośrodek Rozwoju Osobistego i Psychoterapii „Radość Bycia”, www.radoscbycia.com.

  1. Psychologia

Matka-córka – relacja na całe życie. Nie wszystko od niej zależy 

Szczególnie matki lubimy obwiniać o to, że nam się nie układa w życiu. Tymczasem przerzucenie na innych odpowiedzialności za to, jakie jesteśmy, jak wygląda nasze życie, sprawia, że stoimy w miejscu i się nie rozwijamy. (Fot. iStock)
Szczególnie matki lubimy obwiniać o to, że nam się nie układa w życiu. Tymczasem przerzucenie na innych odpowiedzialności za to, jakie jesteśmy, jak wygląda nasze życie, sprawia, że stoimy w miejscu i się nie rozwijamy. (Fot. iStock)
Chodzi o moment, kiedy arcyważne, kluczowe przestaje być dla ciebie to, czego chce twoja matka. Rozmowa z psychoterapeutką Izą Falkowską-Tyliszczak.

Nie znam ani jednej kobiety, która określiłaby swoje relacje z matką jako bardzo dobre, zawsze są jakieś punkty zapalne. Czy to oznacza, że relacja między tymi dwiema konkretnymi dorosłymi kobietami jest tą najbardziej naminowaną spośród wszystkich relacji międzyludzkich?
Na wstępie musimy zdać sobie sprawę z tego, że wszystkie uczucia, które żywimy są mieszane. Więc być może cię zaskoczę, ale powiem, że nie ma nic dziwnego w tym, że nie znasz kobiety, która ma ze swoją matką jednoznacznie dobre relacje, bo one zawsze w każdej więzi są pomieszane. Oczywiście, rozumiem że może chodzić o to, że mało jest relacji matka – córka, w których to, co dobre byłoby w znaczącej przewadze. Rzeczywiście, między matką i córką bywa dość „gorąco” choćby dlatego że poza miłością i obustronną chęcią zbliżenia wpisana jest w tę relację rywalizacja. A kiedy między ludźmi jest rywalizacja może pojawić się nawet wręcz nienawiść. I ona, istotnie, wcale nierzadko pojawia się między kobietami, które darzą się jednocześnie także miłością. Poza tym relacja z matką jest naszą pierwszą i choćby przez to najważniejszą oraz najintensywniejszą relacją.

No tak, ale ta ważność i intensywność dotyczą także relacji matki z synem, a ta jest chyba jednak łatwiejsza, pomimo spełniania tych samych warunków.
Dlatego powiedziałam też o rywalizacji, w przypadku dwóch kobiet jest zdecydowanie bardziej „nabrzmiała”.

Pojawia się zawsze, nawet, kiedy wydaje nam się, że jej nie ma?
Jest zawsze, jest częścią układanki czy konstelacji matka – córka. Jest w nią wpisana.

Już Freud pisał o rywalizacji dotyczącej „walki” o względy ojca. A czy „walczymy” ze sobą o coś jeszcze?
O czas, o punkt, w którym znajdujemy się na linii życia. Jak pomyślisz o sytuacji, kiedy córka wchodzi w dorosłość, to zwykle moment, kiedy parabola życiowa matki jest już po osiągnięciu szczytu. Czyli córka wdrapuje się na szczyt życia, matka z niego schodzi. I teraz, w relacji, w której przeważa między kobietami to, co dobre, matka przede wszystkim cieszy się, że córka kwitnie, idzie w życie, a jakaś część matki idzie w świat dalej w jej córce, ale to nieuchronnie budzi w niej też ból, cierpienie i zazdrość. Zawsze. Pytanie tylko, co będzie przeważało? Radość czy zazdrość?

Czyli, córka jest zawsze, tylko w różnym stopniu toksyczności, dla matki ucieleśnieniem jej tęsknoty za kobiecością, za mijającym czasem?
Zdecydowanie tak. Pewnie wszyscy znamy kobiety, które nie są w stanie pogodzić się z tym stanem rzeczy. Na zewnątrz przejawia się to choćby strojem czy sposobem bycia. Patrzysz na dwie kobiety, matkę i córkę, i nie jesteś w stanie, po tym jak wyglądają, odróżnić, która w życie wchodzi, a która ze szczytu schodzi. Bo ta druga robi wszystko, by zatrzymać czas. Ubiera się, powiedzmy, „młodzieżowo”, a do córki zwraca się w taki sposób jak byłyby koleżankami. Chętnie pójdzie z nią i jej znajomymi do klubu, by poszaleć… Sprawdzić, która z nich wzbudzi w mężczyznach więcej uwagi i atencji, itd.

No i drugim bardzo ważnym obiektem rywalizacji, jak wspomniałaś, jest ojciec, czy partner matki. Tu „walka” rozpoczyna się o wiele wcześniej, bo już mniej więcej w momencie, gdy córka kończy trzy lata. I oczywiście, „zdrowym” scenariuszem, dobrym dla późniejszych relacji matki i córki jest sytuacja, w której akurat ten wyścig „wygrywa” matka. Jeśli stanie się inaczej, albo jeśli wynik nie będzie jednoznacznie czytelny, to nie wpłynie dobrze na dalsze kształtowanie się relacji między dwiema kobietami.

Co jeszcze, z psychologicznego punktu widzenia, może być puntem zapalnym między matką a córką?
Sądzę, że te dwie batalie są absolutnie kluczowe, i chyba wszystko, co poza nimi jest jedynie pochodną przejścia przez te dwa progi w nie do końca właściwy sposób. Choć może jeszcze wspomniałabym o władzy i kontroli. To znaczy, chodzi o to, by to matka pozostała w rodzinie tą kobietą, która do pewnego momentu dyktuje warunki, dominuje nad córką, oczywiście uwzględniając szacunek i miłość wobec dziecka, ale to jednak ona ma do pewnego czasu być tą, która sprawuje kontrolę, decyduje, jej a nie córki zdanie powinno być ostatnie.

A czy jakieś znaczenie ma także konstrukcja psychiczna kobiety? Czy fakt, że kobieca emocjonalność jest „bardziej złożona” ma jakiś znaczenie i wpływa na trudność porozumienia między matkami i córkami? Czy to może jedynie szkodliwy stereotyp?
Nie przesądzałabym, że specyfika konstrukcji kobiecej psychiki ma tu znaczenie. Powiem wręcz, że jeśli chodzi o rozmaite zakłócenia psychiczne są one potencjalnie częstsze u mężczyzn niż u kobiet. Dzieje się tak dlatego, że w procesie rozwojowym najpierw dochodzi zawsze do identyfikacji z pierwszym obiektem, a tym jest matka. Czyli, chłopiec pierwotnie identyfikuje się z obiektem płci przeciwnej, a dopiero później zmienia ją na identyfikację z ojcem, czyli tę już zgodną ze swoją płcią. Zatem, mówiąc obrazowo, jego droga jest podwójna, dziewczynka ma ją w sposób naturalny skróconą. Dlatego, nie zgodzę się, by powiedzieć, że my, kobiety jesteśmy bardziej „złożone psychicznie”. Z pewnością jest tak, czy to z biologicznych czy kulturowych przyczyn, że jesteśmy bardziej ekspresyjne, czyli bardziej „odsłonięte”. I to rzeczywiście może mieć jakieś znaczenie. Siłą rzeczy, kiedy mężczyzna, syn, jest mniej ekspresyjny, to temperatura relacji matka – syn jest z założenia niższa niż temperatura relacji między dwiema kobietami. Choć oczywiście nie wolno pomijać tu kwestii osobniczych, związanych z temperamentem. Zatem wiele, zależeć będzie od tego jakiej matce rodzi się jaka córka.

Wiemy już, co może być powodem trudnych relacji między matką i córką, że ich źródło najczęściej leży w niewłaściwym przejściu przez dwa ważne progi, momenty. Wiadomo – nikt nie jest doskonały i każdej matce może zabraknąć kompetencji. Jednak, choć wspólna przeszłość jest ważna, naznaczająca, nie musi przecież ostatecznie zdeterminować przyszłości. Mamy wybór, możemy iść przez życie z transparentem: „Matka mnie skrzywdziła” lub zrobić coś, by uwolnić się od nie najlepszego wczoraj… Być może takie uwolnienie byłoby oddechem dla obu stron, dla obu kobiet?
Bez wątpienia to, co dostajemy w domu, od matki, jest paczką na wynos, na całe życie. Ale to jeszcze nie oznacza, że z jej całą zawartością musimy przez dalsze życie maszerować, bo: „Dostałyśmy plecak z zawartością, więc z nim idziemy. Koniec, kropka”. Dojrzałość polega na tym, by kiedy czujemy, że coś mocno uwiera nas w plecy, zatrzymać się w pewnym momencie, zdjąć pakunek, otworzyć go, przejrzeć zawartość, ustalić, co uwiera i to wypakować!

Brzmi pięknie, jednak w praktyce zwykle jest potwornie trudne…
To, co zostaje? Kapitulacja? Bycie ofiarą, z wielu powodów, bywa atrakcyjną ofertą, zdejmujemy z siebie odpowiedzialność, nie musimy ryzykować, itd., ten „luksus” uzależnia. Ale na końcu zawsze jest cierpienie. Nasze własne, bo to my przegrywamy swoje życie. Czy naprawdę warto na złość matce odmrozić sobie uszy? Nie układa mi się z mężczyznami? To wina mojej matki! Jasne, tylko to mnie się nie układa… Poza uczuciami jesteśmy wyposażeni w jeszcze jeden genialny instrument – myślenie. Warto z niego skorzystać. Kiedy kierujemy się wyłącznie uczuciami, zwiększamy tylko naszą zależność od matki. I na co czekamy? Można czekać na słowo „przepraszam”, ale nie warto czekać biernie. Szkoda czasu, lepiej już teraz wziąć swoje życie we własne ręce.

Mam wrażenie, że często czujemy zgubny przymus, by to co było czy nadal jest jednoznacznie określić. Chcemy wiedzieć czy relacja z matką jest biała czy czarna. I koniecznie tę jedną barwę jej nadać. Córka, by pójść dalej chce poukładać swój świat – stwierdzić jednoznacznie czy jej matka jest/była dobra czy zła. Tymczasem uwolnienie przyjdzie z innego miejsca, ze spojrzenie z innej perspektywy.

Wydaje mi się, że przymus nadawania barw widoczny jest bardzo jaskrawo już w bajkach dla całkiem małych dziewczynek. Zauważ, że niemal w każdej z nich występują dwie postaci – poza dobrą wróżką jest też wiedźma. To obrazuje ambiwalencję, która jest obecna w psychice dziecka wobec ważnego obiektu, którym jest matka. I teraz to, co powinno stać się w procesie rozwojowym, to ustanowienie stałości obiektu.

To znaczy?
Chodzi o to, by uznać, że moja matka czasem jest dobrą wróżką a czasem wiedźmą. I że to jest ta sama osoba o różnych cechach. W bajce i w psychice dziecka bardzo długo to są dwie odrębne kobiety. Dojrzałość polegałaby na tym, by uznać, że to jedna i ta sama postać. Jeśli to nam się uda, idąc dalej, najbardziej konstruktywne, dobre rozwiązanie jest takie, by przestać obwiniać matkę i nie układać sobie w związku z tym życia, tylko w ramach odwetu na tej części naszej matki, która jest wiedźmą, podnieść się i pokazać jej: „Zobacz, radzę sobie!”, „Zobacz, i tak jestem szczęśliwa!”.

A co wtedy zrobi ta dobra wróżka w naszej matce?
Ucieszy się, ona się bardzo ucieszy!

Istnieje jeszcze legendarne przebaczenie…
Dobre i także uwalniające rozwiązanie, tylko do tego procesu konieczna jest gotowość, ruch wykonany po obu stronach. Bo bardzo ciężko jest wybaczyć komuś, kto o wybaczenie nie prosi…
Prawdziwa niezależność, uwolnienie, to moment, kiedy możesz ze spokojem ducha, z „wolnej stopy” zrobić coś nawet wtedy, kiedy twoja matka tego chce… Kiedy możesz na przykład spokojnie założyć na siebie marynarkę nawet jeśli ona podoba się twojej matce. Bo zarówno podporządkowanie się jej i noszenie tego, czego nosić nie chcesz, czy bunt, kontestacja marynarki, ta dwa różne warianty tego samego – zależności. Chodzi o moment, kiedy arcyważne, kluczowe przestaje być dla ciebie to, czego chce twoja matka. To jest prawdziwie uwolnienie.

  1. Psychologia

Celebruj relacje

Dobre relacje dają życiową siłę. (Fot. iStock)
Dobre relacje dają życiową siłę. (Fot. iStock)
Szukając pozytywnych cech innych osób, ważnych aspektów swoich relacji i własnych działań, a następnie celebrując je wedle uznania, pobudzasz wydzielanie dopaminy - hormonu szczęści.

Relacje to skomplikowane sprawy, które nierzadko są źródłem różnego rodzaju zaburzeń lękowych. Z kolei życie w lęku utrudnia nam kontakty z ludźmi. Obawy, czy jesteś dostatecznie dobrym partnerem albo przyjacielem, strach przed porzuceniem i lęk wywołany nieustannym analizowaniem każdej sytuacji uniemożliwiają ci spokój i radość z przyjemnych chwil spędzanych z bliskimi.

Przyjaźnie. Związki. Rodzic. Dziecko. Kolega z pracy. Każdy z nas nawiązuje bardzo wiele różnych relacji. Możesz określić, w jakim kierunku pójdą i czy będą się wiązać z lękiem. Jest na to dość przyjemny sposób: wyszukiwanie drobnych rzeczy, które chcesz celebrować każdego dnia.

Chodzi o punkt widzenia. Ludzie mają tendencję do skupiania się na negatywach, co w naturalny sposób wzbudza lęk. Szukając negatywnych cech w ludziach i w naszych relacjach z nimi – często w sposób nieuświadomiony – widzimy głównie problemy. Komplikacje zdarzają się w każdym związku, ale jeśli koncentrujemy się głównie na nich, czujemy coraz większy strach i zdenerwowanie.

Gdy przeniesiemy uwagę na pozytywne aspekty relacji, mamy szansę na zupełnie inne doświadczenia. Aby jednak ta metoda była skuteczna, trzeba nie tylko dostrzegać pozytywy, ale wręcz je celebrować. To proste. Myśl o pozytywnych stronach twojego związku, a następnie rób drobne rzeczy, które to uczczą.

Na przykład:

  • Kup sobie lub komuś, kogo znasz kawę i wypijcie ją razem, delektując się jej smakiem.
  • Stwórz własną playlistę, którą udostępnisz znajomemu lub członkowi rodziny. Baw się, dodając nowe piosenki i dzieląc się reakcjami.
  • Znajdź znajomego, który będzie chodził z tobą na spacery. Ciesz się dawką ruchu i miłym towarzystwem.
  • Dodaj własne pomysły – pomyśl o prostych, ale atrakcyjnych sposobach na uczczenie pozytywnych aspektów twoich relacji.
  • Czy celebrowanie naprawdę pomaga zapanować nad lękiem? Odpowiedź brzmi: tak. Celebrowanie stymuluje mózg. Szukając pozytywnych cech innych osób, ważnych aspektów swoich relacji i własnych działań, a następnie celebrując je wedle uznania, pobudzasz wydzielanie dopaminy. To mechanizm nagrody w postaci dobrego samopoczucia. Twój mózg łączy relację z przyjemnością, jaką sobie z tej okazji fundujesz (przy czym nie muszą to być huczne obchody) i wydziela dopaminę, która odpowiada za uczucie zadowolenia i redukuje lęk. Zmiana nastawienia, celowe dostrzeganie i celebrowanie pozytywów pobudza wydzielanie hormonu szczęścia i zmniejsza niepokój.

Serdeczność wraca

Nieważne, czy chodzi o przyjaźń, miłość czy relacje zawodowe. Gdy dwoje ludzi dostrzega dobro w sobie i w partnerze, ich relacja jest silna i satysfakcjonująca. Oczywiście nie jest całkowicie wolna od problemów, ale potrafimy się wspierać i koncentrować na pozytywach, nawet podczas konfliktu. Kluczem jest nasze poczucie własnej wartości oraz przekonanie o wartości drugiej osoby.

Mówiliśmy już, że możesz wzmocnić poczucie własnej wartości dzięki „serdecznym afirmacjom”. Z kolei ciepłe myślenie o partnerze, przyjacielu czy innych ludziach w twoim życiu ma kilka skutków. Po pierwsze, zaczynasz inaczej postrzegać daną osobę, akceptując ją w całości, bez skupiania się na wadach. To uczy cierpliwości i zrozumienia dla innych. Eliminuje też lęk, ponieważ nie koncentrujesz się na problemach – ani własnych, ani cudzych. Osłabienie lęku wynika również z zaakceptowania wartości twojego przyjaciela lub partnera. Jeśli dostrzegasz wartość w sobie i innych pomimo ich słabości, łatwiej jest ci nawiązywać relacje. W miarę jak utrwalasz pozytywną perspektywę, twój lęk w naturalny sposób zanika.

Możesz wykorzystać serdeczne afirmacje także wobec innych, podobnie jak wykorzystujesz je w stosunku do siebie. Pozytywne stwierdzenia mogą dotyczyć ciebie, osób w twoim życiu i reszty świata. Możesz je zapisać i schować w łatwo dostępnym miejscu. Niektórzy trzymają listę w samochodzie i zerkają na nią, stojąc na światłach, inni przechowują ją w miejscu, w którym spędzają najwięcej czasu w ciągu dnia. Listę możesz stworzyć również w telefonie. Najważniejsze, abyś mógł z niej korzystać codziennie.

W tworzeniu listy pomogą ci poniższe przykładowe afirmacje. Możesz je przeformułować tak, żeby pasowały zarówno do innych osób, jak i do ciebie.

  • Oby mój partner/przyjaciel czuł się komfortowo, odpoczywając ze mną.
  • Oby dostrzegał, jak jest dla mnie ważny.
  • Oby pozbył się wszystkich zmartwień.
  • Oby pozbył się lęku przed oceną. O
  • Obyś potrafił spojrzeć na siebie i innych z ciepłem i sympatią, czując spokój zamiast lęku.

Fragment książki „Jak żyć bez lęku. 101 sposobów, aby uwolnić się od niepokoju, fobii, ataków paniki.” Książka prezentuje plan, który pomoże Ci uwolnić się od pułapki, jaką jest życie w ciągłym napięciu. Pracując nad kontrolowaniem swoich obaw i poprawą jakości życia, pamiętaj, aby żyć chwila za chwilą. Żyć spokojnie, „po kawałku”, to jeden z najlepszych sposobów na pokonanie lęku.

  1. Psychologia

Odchodzę… i co dalej? W jaki sposób kończymy relacje?

Rozstanie to przeżycie traumatyczne. Otwiera całą przestrzeń do spekulacji, co by było gdyby, do oskarżania siebie, partnera. Czasami ciągnie się latami, uniemożliwiając ludziom rozpoczęcie sensownego życia. (fot. iStock)
Rozstanie to przeżycie traumatyczne. Otwiera całą przestrzeń do spekulacji, co by było gdyby, do oskarżania siebie, partnera. Czasami ciągnie się latami, uniemożliwiając ludziom rozpoczęcie sensownego życia. (fot. iStock)
Koniec w relacjach z ludźmi jest zawsze trudniejszy niż początek. Na liście najbardziej stresujących wydarzeń w naszym życiu rozwód zajmuje drugie miejsce po śmierci współmałżonka. A zwolnienie z pracy trzecie. Tym większą więc sztuką jest odejść bez strat po obu stronach. Tylko czy to w ogóle możliwe?

Sposób, w jaki się rozstajemy, więcej mówi o nas niż to, jak rozpoczynamy znajomość albo pracę. Wszyscy to wiemy. Jednak gdy przychodzi się rozstać, puszczają wszelkie hamulce. Jeszcze niedawno kochający się ludzie skaczą sobie do oczu, a dotąd zadowoleni pracownicy nasyłają na pracodawcę kontrole, idą „na chorobowe”, kopiują i wynoszą z firmy bazy danych. Mało kto traktuje rozstanie jako krok naprzód, jako zmianę, dzięki której można się rozwinąć i czegoś nauczyć.

Końca wojny nie widać

Ewa (nauczycielka, lat 35) i Piotr (handlowiec, lat 32) rozstają się już cztery lata. Od momentu, kiedy Ewa złożyła pozew o rozwód, odbyło się pięć rozpraw (nie licząc pojednawczej) i jak na razie nie ma finału. Ewa żąda rozwodu z orzeczeniem o winie męża.

Ewa: – Zdradzał mnie przez całe trzy lata, kiedy byliśmy razem, o czym dowiedziałam się oczywiście ostatnia. Niech się przyzna, że to on rozwalił nasz związek. A Piotr przyznać się do winy nie zamierza. Owszem, zdradził, ale to był według niego tylko incydent, za który zresztą żonę przeprosił.

Piotr: – Nie można karać na tysiąc sposobów za jeden czyn. Ewa wyrzuciła mnie z domu, zażądała rozwodu i odszkodowania, nie dopuszcza mnie do córki. A niech powie, dlaczego ją zdradziłem! Sama się o to prosiła!

Ewa: – On ma argument – zdradziłem, bo nie chciałaś ze mną spać. A to nie tak. Bardzo źle znosiłam ciążę, przez cztery miesiące musiałam leżeć plackiem, wymiotowałam. Po urodzeniu Gabrysi przeszłam depresję poporodową. A on wtedy spotykał się z tamtą kobietą!

Każde z nich robi wszystko, żeby dowieść, że racja jest po jego stronie. Niczym innym teraz nie żyją. Zbierają przeciwko sobie dowody, namawiają świadków do zeznań, utrudniają sobie nawzajem życie. I on, i ona doskonale wiedzą, jak najmocniej dopiec drugiemu – posługując się dzieckiem. Dosłownie wydzierają sobie Gabrysię (ma pięć lat) z rąk. Któregoś dnia Piotr odebrał ją z przedszkola i nie chciał oddać Ewie. Wezwała policję. Teraz wnioskuje o ograniczenie ojcu praw rodzicielskich. A na wszelki wypadek nie posyła córki do przedszkola, małą opiekują się dziadkowie. Ewa jest skrajnie wyczerpana, od wielu miesięcy na lekach antydepresyjnych. Piotr nie jest już z tą trzecią, zmienia partnerki, z nikim nie chce się wiązać. Liczy na to, że ułoży sobie nowe życie, gdy zakończy stare. Ale końca wojny nie widać.

Zostańmy przyjaciółmi!

Kinga (42 lata, anglistka) i Sławek (również 42, politolog i informatyk) od dwóch lat są po rozwodzie. Poznali się na drugim roku studiów. On wywiesił kartkę, że poszukuje tłumaczki dla zespołu, którego koncert przygotowywał, ona zaoferowała pomoc. Wybuchła wielka miłość. Ewa rozpoczęła nawet drugie studia na naukach politycznych, żeby mogli być jak najbliżej. Szybko wspólnie zamieszkali. Na ostatnim roku wzięli ślub, dwa lata potem zostali rodzicami Kuby. Razem pracowali (założyli firmę informatyczną), robili zakupy, gotowali, sprzątali, odpoczywali. Znajomi mówili o nich: „Ci do siebie przyklejeni”.

Coraz lepiej im się powodziło, firma się rozrastała. Trzy lata temu zatrudnili kilkoro nowych pracowników, w tym kolegę Sławka z liceum. Niedługo potem, po raz pierwszy w czasie 19 lat znajomości, wyjechali oddzielnie: on w interesach do Krakowa, ona, razem z kilkoma pracownikami firmy, na branżowe targi do Poznania.

Kinga: – Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało. Po prostu zakochałam się i już. W Jacku. Serce zabiło mi mocniej, jak tylko zobaczyłam go po raz pierwszy. Ale nową miłość dopuściłam do głosu dopiero na tym wyjeździe. Może dlatego, że nie było obok mnie Sławka. Potem sprawy potoczyły się błyskawicznie. On wyprowadził się z domu, wniósł pozew o rozwód. Nie było orzekania o winie, podziału majątku przed sądem i walki o syna.

Sławek: – Wszystko uzgodniliśmy. Dom jest dla Kingi i syna, dla mnie konto i samochód. Niedawno zresztą kupiłem obok ich domu działkę, będę się budował. Firmę nadal prowadzimy razem.

Kinga: – Dla dobra syna bardzo zabiegałam o to, abyśmy pozostali przyjaciółmi. I chyba się udało. Mamy już swoje nowe związki, często spotykamy się całymi rodzinami, nasze dzieci się lubią. Ostatnio byliśmy wszyscy razem na wakacjach.

Ponieważ brzmi to tak pięknie, że aż nieprawdziwie, usiłowałam dowiedzieć się, jak w tym czworokącie czują się nowi partnerzy Kingi i Sławka. Odmówili rozmowy.

Pani już tu nie pracuje

Krystyna w ubiegłym roku obchodziła 55. urodziny i 35-lecie pracy w pewnej znanej firmie. Przeszła drogę od sekretarki do dyrektorki administracyjnej. Przeżyła ośmiu prezesów, kilkunastu kierowników. Przez wszystkich chwalona jako sumienna, pracowita, oddana firmie. Nie zdziwiła się więc, gdy jej bezpośredni przełożony oznajmił: „Ubierz się elegancko i 10 maja jedź do centrali”. Pewnie dadzą mi nagrodę, pomyślała, bo 10 maja firma miała świętować jubileusz. W przeddzień Krystyna poszła do fryzjera i kosmetyczki. Tamto majowe popołudnie pamięta do dziś. Wyciągnęła z szafy markową garsonkę, szpilki, założyła sznur pereł. – I jeszcze wróciłam po aparat, żeby jakiś ślad po tej uroczystości został. Spodziewałam się nagrody, bo to była okrągła rocznica, a firma miała się czym chwalić. Wchodzę uśmiechnięta do biura prezesa, a on bez żadnych wstępów wręcza mi zwolnienie. I podniesionym tonem mówi: „Od jutra już tu pani nie pracuje”. Po czym przez pół godziny perorował, jakim to on był dobrym szefem, co on to dla firmy zrobił, jak długo tolerował ludzi ze „starego rozdania”, czyli między innymi mnie. Gdy otworzyłam usta, żeby powiedzieć, co o tym myślę, przerwał mi: „Rozmowę uważam za zakończoną”. Co miałam robić, uniosłam się honorem i podpisałam.

Okazało się, że na jej miejsce zatrudniono młodą dziewczynę, jak się plotkuje, kochankę prezesa. Zmieniono tylko nazwę jej stanowiska. Krystyna wniosła sprawę do sądu. Wie, że ma małe szanse na wygraną, bo wypowiedzenie przecież podpisała. Walczy tylko o swoją godność.

Pomocne lektury: Jakub Jabłoński „Rozwód. Jak go przeżyć?”, W.A.B. 2008; Marshall B. Rosenberg „Rozwiązywanie konfliktów poprzez porozumienie bez przemocy”, Jacek Santorski & Co 2008; Martin E.P. Seligman „Prawdziwe szczęście”, Media Rodzina 2008; Maciej Bennewicz „Coaching, czyli restauracja osobowości”, G&J 2008.

  1. Psychologia

Mindfulness na trudne czasy. Rozmowa z Zuzanną Ziomecką, trenerką uważności

Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce
Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce "Wyspa spokoju. Jak mindfulness pomaga w trudnych sytuacjach" trenerka Zuzanna Ziomecka. (Fot. Michał Wargin)
Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z naszego życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W dzisiejszych czasach to rzecz bezcenna. Zuzanna Ziomecka tłumaczy, jak praktyka mindfulness może pomóc również w podejmowaniu trudnych decyzji.

W swojej najnowszej książce piszesz, że paradoksalnie praktyka mindfulness przygotowała cię na falę niespodziewanych zdarzeń: nagłą utratę pracy i śmierć ukochanej babci. Sądzisz, że bez tego nie dałabyś sobie wtedy rady?
Nie wiem, czy nie dałabym sobie rady, ale na pewno dałabym sobie radę gorzej. Mindfulness pomaga, bo buduje mentalną formę. Tak samo jak budujemy kondycję fizyczną po to, by kiedy ucieknie nam autobus, móc go szybciej dogonić, zamiast zaczynać ćwiczyć dopiero na przystanku, gdy on już odjeżdża. Z mindfulness jest bardzo podobnie. To praktyka, która wzmacnia odporność psychiczną i zapobiega temu, by rozmaite życiowe problemy wzbudzały w nas bardzo destrukcyjną reakcję.

Ja doświadczyłam tego podczas masażu dźwiękiem. Wprowadził mnie w stan tak wielkiego spokoju, że wszystko, co potem spadło na mnie w ciągu dnia, przyjmowałam z anielską cierpliwością, a zwykle takie sytuacje wytrącały mnie z równowagi. Mindfulness powoduje, że w ogóle nie dochodzi do wzburzenia czy po prostu powrót do równowagi jest szybszy?
To zależy. Reakcja stresowa zwykle dodaje nam dużo energii do działania – walki lub ucieczki – ale żeby to zrobić, musimy ją skądś zabrać. Ośrodek, który ponosi podczas stresu największą stratę, to nowoczesna część mózgu zwana korą przedczołową. W stresie tracimy dostęp do tego obszaru, a to on jest odpowiedzialny za nasze najważniejsze kompetencje, wiedzę i umiejętności. W nim mieści się pamięć, zdolność do sprawnego komunikowania, umiejętność analizy, kreatywność, uczenie się, empatia... I nagle ciach, stres nam to zabiera. Utrzymanie dobrej „formy uważnościowej” poprzez regularną praktykę powoduje, że ta reakcja odpala się rzadziej albo w mniejszej skali, czyli nie tracimy rozumu w obliczu stresu. Są jednak takie sytuacje losowe, których nie sposób nie przeżywać. Gdy dzieje się coś, co przewraca nasze życie do góry nogami, jak śmierć kogoś bliskiego, choroba czy choćby właśnie utrata pracy – na to nie ma magicznego pstryczka.

Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W takim stanie nie reagujemy automatycznie, czyli nie wchodzimy w utrate koleiny, które sprawiają, że zachowujemy się tak, że później żałujemy. A stres albo nie pojawia się wcale, albo pojawia się, ale jesteśmy w stanie go lepiej opanować.

Opowiedz o swojej osobistej historii z mindfulness. Jak rozumiem, wszystko zaczęło się w 2013 roku, a czynnikiem zapalnym był artykuł w „Przekroju”, który wtedy prowadziłaś, na temat tego, jak radzą sobie ze stresem wizjonerzy z Doliny Krzemowej.
Nasz artykuł w „Przekroju” był pierwszym dużym tekstem w ogólnokrajowych mediach na temat mindfulness. Napisała go dziennikarka z działu nauki, która była bardzo zainteresowana tym, w jaki sposób ćwiczenia mentalne wpływają na organizację i strukturę mózgu. Faktycznie wtedy najgłośniej i najczęściej mówili o tym przedsiębiorcy z Doliny Krzemowej, którzy pracowali nad ważnymi innowacjami pod ogromną presją czasu. Śledziłam ich poczynania i odwoływania do praktyki uważności od jakiegoś czasu w magazynach, którymi byłam wtedy zafascynowana, jak „Wired” czy „Fast Company”. To były pisma, które traktowały przedsiębiorców i start-uperów niczym gwiazdy rocka. A hasło „mindfulness” przewijało się nagminnie. Intrygowało mnie więc od dawna, ale dopiero tekst w „Przekroju” pomógł mi lepiej zrozumieć, czym owo mindfulness jest. Poza inspiracją czerpaną od innych, bardzo lubię rozumieć, jak coś działa. To mi daje dużą motywację. Dlatego moja książka jest pełna wyjaśnień naukowych oraz historii praktyków.

Mamy masę dowodów na to, że dzięki praktykowaniu uważności ciało migdałowate w mózgu zmniejsza swoją objętość i staje się mniej reaktywne na zdarzenia stresowe. Mamy też dowody na to, że praktycy mindfulness podejmują bardziej świadome i lepszej jakości decyzje. Mamy nawet dowody na to, że lepiej radzą sobie z konfliktami w rodzinie, związkach czy pracy. Tych badań jest ponad sześć i pół tysiąca. W książce zebrałam 12 historii z życia różnych osób pokazujących, że to nie są wnioski oderwane od rzeczywistości, tylko prawdziwe zmiany, których można doświadczyć w życiu codziennym i w trudnych momentach.

Czyli nie bez powodu panuje opinia, że medytacja, a zwłaszcza medytacja mindfulness, która wydaje się najłatwiejsza „w obsłudze”, jest dziś lekarstwem na wszystkie bolączki.
Nie jest! Nie! Mindfulness nie rozwiązuje żadnego problemu, ale w obliczu każdego pomoże ci lepiej poradzić sobie z sobą. Problem nie zniknie, ale ty będziesz silniejsza, bardziej opanowana, mądrzejsza. W tym sensie jest pomocny we wszystkich trudnych i zwykłych okolicznościach, bo daje kontakt ze sobą, pokazuje wyraźnie, co się dzieje i pozwala działać świadomie i rozsądnie, zamiast impulsywnie i odruchowo.

Najbardziej ze wszystkich korzyści, o których piszesz, zainteresowała mnie pomoc w podejmowaniu decyzji. Jest kilka powodów, dla których bywa to dla nas trudne. Po pierwsze, nie wiemy, jakie będą ich skutki, więc wyrzucamy sobie po czasie, że podjęliśmy złą decyzję, że mogliśmy kogoś spytać albo że za szybko zareagowaliśmy. Mindfulness sprawia, że podejmujemy lepsze decyzje czy że nie mamy do siebie potem o nie pretensji?
Magia tkwi w samym procesie, bo na to mamy wpływ. Możemy pracować nad uważnym podejmowaniem decyzji, co jest trochę inną rzeczą niż jej konsekwencje. To, co się wydarzy potem, zależy od wielu czynników, nie do końca takich, które kontrolujemy.

Jak w tym procesie może nam pomóc uważność?
Może nam dać przekonanie, że nie pominęliśmy niczego ważnego w rozważaniach, nie zachowaliśmy się pochopnie i że decyzja, którą podjęliśmy, nie jest oderwana od tego, kim jesteśmy i do czego zmierzamy w życiu. To są najważniejsze kwestie, które warto wziąć po uwagę przy dokonywaniu trudnych wyborów. I one nie są dla nas dostępne, gdy włącza się napięcie i poczucie presji czasu, które odbierają nam cierpliwość. Mamy wtedy potrzebę, by działać szybko. Dlaczego? By rozładować nagromadzoną w ciele energię, którą stres nam dostarcza. Dlatego tak trudno jest słuchać innych oraz siebie, gdy jesteśmy zdenerwowani. Trudno się skupić, zdystansować, pomyśleć, bo ciało przede wszystkim łaknie działania. Jakiegokolwiek działania.

Regularna praktyka uważności przywraca cierpliwość – pozwala spokojnie się zastanowić, dać sobie czas i przestrzeń na to, by obejrzeć sprawę z różnych stron. Te różne strony to na przykład sprawdzenie, jak ludzie, którym ufam, a którzy nie są dokładnie tacy jak ja, widzą tę sprawę. Nasze postrzeganie rzeczywistości jest biologicznie dość wąskie i ograniczone. Dlatego im więcej mądrych i zaufanych osób powie nam, jak one to widzą, tym szerszy obraz zobaczymy.

Druga rzecz, która jest bardzo wartościowa, to słuchanie trzewi albo inaczej: brzucha, albo jeszcze inaczej: intuicji, które ja rozumiem jako dostęp do naszych wcześniejszych doświadczeń. Wszystkie są zapisane w specjalnym „katalogu”, do którego nie mamy świadomego dostępu. Jest tylko jedno połączenie z nim i ten kabelek biegnie do ciała, nie do świadomego umysłu. Kiedy w tym katalogu dochodzi do rozpoznania pozytywnego wzorca np. „O, to jest podobne do fajnej sytuacji, której kiedyś doświadczyłam”, to ciało reaguje radością na wybór, który przypomina tamten z przeszłości. W drugą stronę to działa tak samo – jeśli podobny wybór w przeszłości skończył się dla nas źle, to ciało będzie mówiło: „Nie, nie tędy droga”. Intuicja jest bardzo pomocnym źródłem informacji.Kłopot w tym, że nie działa, kiedy mamy do czynienia z sytuacją, z którą nie mamy wcześniejszych doświadczeń. Wtedy nie pojawiają się sygnały od intuicji, tylko zwykłe lęki czy pragnienia, które nie zawsze są dobrymi doradcami. Uważność pomaga zatrzymać się i zauważyć takie sygnały z ciała oraz stwarza sposobność, by odczytać, co mogą oznaczać.

Ostatnia rzecz, jaką daje mindfulness, to przestrzeń do przemyśleń bardziej osobistych. Związanych z tym, co ja chcę osiągnąć w życiu, kim chcę być i jakie są moje wartości. Bo dokładnie ten sam wybór u kogoś innego może skutkować odwrotną decyzją niż u mnie, i nadal być dobrym wyborem. Każdy z nas trochę inaczej nawiguje przez życie i do czegoś innego zmierza. Kiedy to wszystko rozpatrzymy, to właściwie nie będziemy musieli podejmować już żadnej decyzji. Ona sama się podejmuje, bo wszystko stanie się jasne. To piękny moment. I okazuje się, że najlepsze, co musisz zrobić, by wybrać właściwie dla siebie, to posiedzieć w ciszy.

Zachęcasz też do poszukania zdania, które określa naszą misję, czegoś w rodzaju życiowego motta, do którego możemy się odwołać w trakcie podejmowania decyzji.
Nie nazwałabym tego mottem, bo to słowo kojarzy mi się z cytatem z kalendarza ściennego czy ze szkolnego zeszytu. Długo zresztą szukałam słowa, by określić, co mam na myśli. Po angielsku jest idealne – purpose, które można przetłumaczyć jako powołanie lub sens twojego życia. I faktycznie jest tak, że jeśli mamy ułożone, odkryte i zdefiniowane, do czego w życiu dążymy, to trudne decyzje stają się o wiele łatwiejsze do podjęcia.

Jednym z przekleństw naszych czasów jest mnogość wyboru. Mamy tyle możliwości. Możemy mieszkać praktycznie w każdym miejscu na świecie, robić wszystko, o czym marzymy, bo stosunkowo łatwo jest się przebranżowić. Do tego jest tyle mężczyzn i kobiet, z którymi moglibyśmy być, tyle przepisów na to, co moglibyśmy ugotować... Jeżeli nie mamy swojego azymutu, swojej gwiazdy północnej, według której nawigujemy w życiu, to zaczynamy hasać od Sasa do Lasa. Być może ostatecznie wylądujemy w fajnym miejscu i z fajną osobą, a może nie. Bez znalezienia swojego sensu w życiu, oddajemy wszystko w ręce losu.

W pandemii musimy podjąć mnóstwo decyzji, które kiedyś wydawały się proste. Dokąd pojechać z dziećmi na wakacje? Czy odwiedzić rodziców? Dziś nie wiemy, czy to bezpieczne dla nich i dla nas. Żyjemy w trudnych czasach i do tego dochodzą jeszcze trudne okoliczności. Jak sobie z tym radzić?
Ostatni rozdział mojej książki jest chyba dla mnie najważniejszy, bo traktuje o trudnościach, na które nie mamy wpływu; o problemach, których naszymi decyzjami czy zachowaniami nie jesteśmy w stanie rozwiązać. Pandemia jest dobrym przykładem.

Jedną z najgłębszych zmian, jakie mindfulness oferuje praktykom, jest umiejętność bycia w niepewności. Jakie to teraz ważne, prawda? Nigdy nie byliśmy w obliczu tak wielkiego znaku zapytania jak teraz, gdy niepokój jest ukryty pod właściwie każdą decyzją. Zgoda na „nie wiem” powoduje, że jesteśmy w stanie znaleźć spokój mimo niepewności. Może się wydawać, że jedno wyklucza drugie, bo niepokój i trudne emocje, jak strach, gniew czy smutek, mają tendencję do dominowania naszego doświadczenia. Nie lubimy ich, powodują cierpienie i bardzo trudno z nimi funkcjonować. Praktyka mindfulness sprawia, że te stany stają się mniej bolesne. One cały czas są, ale obok nich jest też spokój, opanowanie i świadomość, że to minie. Bo główna obserwacja na temat tego, jaka jest rzeczywistość, jest właśnie taka: wszystko jest ulotne, zmienne. Myśl, którą mam i która w tej chwili wydaje się taka pilna, też zniknie. I to samo dotyczy emocji. Nawet te najbardziej bolesne też w końcu znikają. Ta świadomość daje siłę i odwagę, by je znosić, bez histerycznej próby pozbycia się ich natychmiast. Uważność pomaga dźwigać, jest dodatkową parą rąk, które cię podtrzymują, gdy jest ci źle i czujesz, że już nie dajesz rady.

Kiedy patrzysz się na siebie sprzed dziesięciu lat i na siebie teraz – jaką największą zmianę dostrzegasz?
Jest jedna rzecz, która wychodzi na prowadzenie, rzecz z poziomu meta. Ja kiedyś byłam pusherką, czyli osobą, która ciągle popycha rzeczy do przodu. Miałam poczucie, że muszę ciągle wymuszać na rzeczywistości wysłuchanie mnie albo wzięcie pod uwagę mojej perspektywy. Więc wywierałam nacisk: na ludzi, na szklane sufity, na rozmaite ściany i mury. Dzięki mindfulness zauważyłam, że ta tendencja, która – jak uważałam – służyła mi zawodowo, stała się moją cechą charakteru. Często narzucałam swoją wolę, a nawet wymuszałam różne rzeczy – w moich relacjach z partnerem, z dziećmi, ale też z rzeczywistością. Bo kiedy sobie coś wymyśliłam, to za wszelką cenę chciałam to zrealizować. Nie zwracałam uwagi na to, czy to jest potrzebne, czy ktoś jest tym w ogóle zainteresowany. Zrobiłam w życiu tyle rzeczy, których nikt nie potrzebował, tylko dlatego, że mi się podobały! Wiele razy waliłam głową w mur, nie widząc, że obok są drzwi. Teraz działam inaczej. Staram się wkładać energię w rzeczy, które są potrzebne, i słuchać tego, co do mnie wraca. To bardzo wiele zmienia. Dziś często dostaję informację zwrotną: „To było dla mnie ważne, coś mi dało”. Czuję się w lepszym kontakcie z rzeczywistością i ludźmi wokół mnie. I napędza mnie nadzieja, że robię rzeczy, które są nie tylko dobre dla mnie, ale też dla świata.

Nie jesteś już pusherem, a kim?
Tancerką. Nawet moja działalność gospodarcza tak się nazywa. „Zuzanna Ziomecka tańczy”.

Zuzanna Ziomecka, dziennikarka i trenerka specjalizująca się w rozwoju zdolności przywódczych. Jest wiceprezesem Polskiego Instytutu Mindfulness oraz dyrektorem w WellCome Institute, gdzie tworzy autorskie programy rozwojowe dla międzynarodowych firm. Wcześniej prowadziła i redagowała takie projekty, jak „Aktivist”, „Gaga” czy „Przekrój”.