1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Osobowość borderline – pierwsze objawy. Jak wygląda atak borderline? Czy zaburzenia wracają?

Osobowość borderline – pierwsze objawy. Jak wygląda atak borderline? Czy zaburzenia wracają?

Borderline nie jest chorobą. Jest to zaburzenie osobowości, które wpływa na kondycję psychiczną człowieka i jego możliwości adekwatnego funkcjonowania w codziennej rzeczywistości. (fot. iStock)
Borderline nie jest chorobą. Jest to zaburzenie osobowości, które wpływa na kondycję psychiczną człowieka i jego możliwości adekwatnego funkcjonowania w codziennej rzeczywistości. (fot. iStock)
Wyjechać gdzieś z dnia na dzień i zmienić wszystko. Albo z nowo poznaną osobą przegadać całą noc, śmiać się, tańczyć do upadłego i wpadać na milion nowych pomysłów na biznes... To bywa kuszące i podnieca, jednak koszty emocjonalne często są ogromne - mówi dr Anna Klatkiewicz, która pracuje z osobami borderline. Bo po epizodzie manii przychodzi zwykle depresja. Jak wygląda atak borderline? Czym może skutkować nieleczone borderline?

Czy można samodzielnie zdiagnozować u siebie lub o osoby zaburzenie osobowości borderline?
Choć objawy osobowości borderline są bardzo charakterystyczne, to jednak diagnoza tego zaburzenia nie jest prosta, nawet dla specjalistów. Często u pacjentów występują tak zwane współdiagnozy, najczęściej epizodu depresyjnego, psychotycznego, stanów lękowych i uzależnienia. Dlatego diagnozę lepiej zostawić psychiatrom i psychoterapeutom.

Jakie objawy borderline powinny budzić niepokój? Na czym polega atak borderline?
Na pewno objawy borderline mogą być związane z byciem osobą porzuconą. Niemożność wytrzymania, gdy partner wyjeżdża w delegację. Do tego dochodzą intensywne, ale nietrwałe związki z innymi ludźmi, idealizowanie na zmianę z dewaluowaniem siebie bądź drugiej osoby, impulsywne zachowania - jak nawiązywanie przypadkowych relacji seksualnych, korzystanie z substancji psychoaktywnych, wydawanie pieniędzy, szybka jazda samochodem, ale też skargi na poczucie pustki, chwiejność emocjonalna, wybuchy gniewu, brak kontroli, niestabilny obraz samego siebie i poczucia własnej wartości, samookaleczenia, groźby i próby samobójcze... Często słyszę od osób uczestniczących w terapii, że kiedy na podstawie szeregu objawów stawiam im diagnozę, odczuwają ulgę. Tłumaczą: "w końcu ma to jakąś nazwę, co oznacza, że nie tylko ja tak mam".

Kto najczęściej choruje na borderline i dlaczego?
Na początku trzeba zaznaczyć, że borderline nie jest chorobą (podkreśla to amerykańska klasyfikacja DSMV). Jest to zaburzenie osobowości, które wpływa na kondycję psychiczną człowieka i jego możliwości adekwatnego funkcjonowania w codziennej rzeczywistości. W pracy terapeutycznej z osobą z tym zaburzeniem trzeba wyodrębnić zdrowe aspekty osobowości i je wzmacniać, gdyż ich siła często stanowi o skuteczności terapii. Kiedyś uważano, że zaburzenie to dotyczy głównie kobiet. Dzisiejsze statystyki wskazują, że u obu płci osobowość borderline występuje w podobnej skali (u kobiet - 6,2% wśród całej populacji, u mężczyzn - 5,6%).

Czy można wskazać konkretną przyczynę tego zaburzenia?
Zgodnie z dzisiejszym stanem wiedzy najczęstszymi przyczynami są zaniedbania z wczesnego dzieciństwa, niezaangażowanie ze strony rodziców, przemoc fizyczna i psychiczna, często molestowanie seksualne bądź inne traumatyczne zdarzenia w tym okresie życia. Osoby borderline często jako dzieci były porzucone, doznawały rozłąki lub utraty bliskich, co w ich dorosłym życiu przekłada się na ogromny lęk przed byciem porzuconym przez partnera. Mają trudności w adekwatnym odczytywaniu motywacji zachowań swoich i bliskich. Postrzegają siebie i ich jako albo całkowicie dobrych, albo całkowicie złych. Wykazują też dużą nieufność wobec świata i otoczenia.

Życie osób z syndromem borderline sprawia wrażenie ekscytującego... Jaka jest rzeczywistość ludzi zmagających się z tym zaburzeniem i czym może przejawiać się atak borderline?
Z zewnątrz ich życie może sprawiać wrażenie pełnego pasji, jednak w gabinecie najczęściej słyszę o ogromnym bólu emocjonalnym, pustce i lęku. Pasja jest tylko na chwilę, uniesienia szybko mijają i przechodzą w tęsknotę i lęk, które są tak trudne do wytrzymania dla osób z tym zaburzeniem, że szybko poszukują następnej "miłości" - ekscytacji, używki, seksu, żeby choć na chwilę zagłuszyć to, co tak trudno wytrzymać. Często tną się, przypalają lub okaleczają w inny sposób, żeby nie czuć bólu emocjonalnego.

Te osoby nie są szczęśliwe, nie umieją prawdziwie cieszyć się życiem. Aby żyć swoim życiem, trzeba wiedzieć, kim się jest, co się lubi, adekwatnie odczytywać i zaspokajać swoje potrzeby, ufać sobie i światu. A oni uczą się tego latami podczas psychoterapii. Statystyki są bezlitosne - pokazują, że 3-10 proc. osób z tym zaburzeniem popełnia samobójstwo. Często myśl o samobójstwie stanowi dla nich zakończenie bólu emocjonalnego. Wielu osobom z tej grupy nie zależy tak naprawdę na sobie i na swoim życiu.

Czy borderline wraca i pomimo leczenia wciąż daje o sobie znać? Czym skutkuje nieleczone borderline? Podobno osobowości chwiejne emocjonalnie wyjątkowo niechętnie korzystają z psychoterapii i leków. Dlaczego?
One są impulsywne, niestabilne emocjonalnie i tworzą niestałe relacje. To wszystko dzieje się również w psychoterapii tych osób. Najpierw idealizują psychoterapeutę jako tego, który im pomoże, który w końcu ich rozumie, jednak równie szybko go dewaluują. Są impulsywne, więc trudno im przyjść na spotkanie i powiedzieć, "było mi przykro", "zezłościłem się". Ci pacjenci odreagowują w działaniu, wyjdą trzaskając drzwiami i nie wrócą lub wrócą za pół roku. Często trafiają na oddziały szpitalne, gdyż podejmują próby samobójcze lub nimi grożą, a potem zwykle zmieniają psychoterapeutę. Już samo zbudowanie zaufania w relacji terapeutycznej z pacjentem z tym zaburzeniem jest ogromnym sukcesem.

Charakterystyczne dla tego zaburzenia są epizody depresji występujące na zmianę z epizodami manii, czyli podwyższonego nastroju. Taki atak borderline, polegający na byciu w manii, może być bardzo kuszący...
No właśnie, gdy moi pacjenci są w stanie depresyjnym, potrzebują pomocy, natomiast gdy nastrój im się podwyższa - czują, że poradzą sobie sami, wracają do używek, łączą leki z substancjami psychoaktywnymi, tracą kontrolę i nie przychodzą na spotkanie. Stan manii może być kuszący, ale tylko gdy jest się w manii, bo wówczas wydaje się, że można wszystko. To wtedy powstają, jak mówią moi pacjenci, "najlepsze pomysły na biznes". Niestety, gdy stan ten mija, pomysły nie wyglądają już tak fantastycznie, a często zostają ich trudne konsekwencje, jak długi.

Naprzemienne mania i depresja są też charakterystyczne dla choroby dwubiegunowej. Jak odróżnić te dwa schorzenia?
Po pierwsze, zaburzenie osobowości borderline (BPD) jak już mówiłam, nie jest chorobą, a choroba afektywna dwubiegunowa (CHAD) zaliczana jest do chorób przewlekłych. Jednak wiele objawów się pokrywa, a oba problemy mogą występować u jednej osoby. Dla BPD charakterystyczne są: zaburzony obraz własnego siebie (self), niestałość w relacjach z innymi, większa niż w CHAD impulsywność, większa liczba prób samobójczych, częstsze zmiany nastroju. Natomiast dla CHAD charakterystyczne jest występowanie przypadków dwubiegunowości w rodzinie i więcej samobójstw dokonanych.

Atak borderline rzutuje na relacje... Czy można żyć z osobowością borderline bez ranienia siebie i bliskich?
To nie jest łatwe. Wymaga długotrwałej i intensywnej psychoterapii, czasem stosowania okresowo leków. Bliscy osób z tym zaburzeniem powinni również korzystać ze wsparcia oraz psychoedukacji. Uczyć się stawiać im granice, wzmacniać własną asertywność, dbać o siebie i o swoje poczucie wartości, aby nie ulegać szantażom i manipulacjom, by zachować własną stabilność. Ale też pielęgnować swoje pasje, podtrzymywać relacje z przyjaciółmi i znajomymi, nawet w obliczu ataków zazdrości i obaw przed byciem porzuconym.

Co jest najskuteczniejsze w leczeniu, jeśli chodzi o borderline? Jakie objawy towarzyszą temu zaburzeniu?
Za najskuteczniejszą uważa się terapię psychoanalityczną, terapię skoncentrowaną na przeniesieniu (Kernberga) oraz terapię dialektyczno-behawioralną (Linehan). Trzeba pamiętać, że dla tych osób jest to bardzo trudny i długotrwały proces. Jeśli osoba z zaburzeniem jest w stałym związku, warto aby jej partner również korzystał z pomocy psychoterapeutycznej albo z psychoedukacji i uczył się, jak reagować w różnych sytuacjach, szczególnie podczas kłótni czy groźby samobójstwa. Potrzebna jest uważność na szybkie zmiany nastroju pacjenta, rozpoznawanie jednocześnie uaktywniających się różnych części osobowości i pokazywanie ich osobie z zaburzeniem. Do tego dochodzi uczenie się radzenia sobie z emocjami, stresem, trudnymi sytuacjami w inny sposób niż używki czy autoagresja. Czyli wzmacnianie samokontroli. Ktoś bliski, kto wspiera osobę z tym zaburzeniem i kibicuje jej w wytrwaniu w procesie psychoterapii, jest ogromnym darem. Należy jednak pamiętać, aby wsparcie miało swoje granice, aby dbać o siebie. Dotyczy to także psychoterapeutów pracujących z tymi osobami - to ogromnie wymagające i wyczerpujące spotkania.

Życie na granicy, że nawiążę do nazwy zaburzenia, bywa kuszące...
Zależy dla kogo, bo każdy ma inne potrzeby. Jedni potrzebują nutki ryzyka i bez niej mają wrażenie, że się nudzą, bo nic się nie dzieje, a inni wręcz przeciwnie - boją się ryzykować, potrzebują stabilizacji i wyciszenia. Czasami balansowanie na granicy daje pozór korzystania z życia, podnieca, a to jest kuszące, na przykład z dnia na dzień wyjechać, zmienić miejsce do życia, zrobić coś innego. Jednak koszty emocjonalne często są ogromne. Dzisiaj nowo poznana osoba wydaje się tą drugą połówką, najfantastyczniejszym człowiekiem, który nas rozumie, z którym do rana można rozmawiać i nie czuć upływu czasu, ale nazajutrz okazuje się, że to była chwila, a zdradzony stały partner może z tego powodu już się pakować.

Czy to oznacza, że ekscytacja, robienie czegoś nowego albo innego jest złe? Nie! Po prostu trzeba znaleźć własną granicę, przy której nasza potrzeba nowości, czegoś podniecającego i ekscytującego jest w odpowiedniej równowadze z potrzebą stabilności i bezpieczeństwa. nawet dla tej samej osoby w różnych momentach życia ta granica może się zmieniać. I to jest w porządku, po prostu warto być uważnym na siebie, na własne potrzeby i wartości, nie zapominając o nieprzekraczaniu granic bliskich nam osób.

Dr n. med. Anna Klatkiewicz - psychoterapeutka, psycholożka, trenerka, coach, wykładowczyni. Prowadzi psychoterapię indywidualną, par i rodzin. Praktykuje również Clean Coaching, towarzysząc ludziom w zmianach życiowych. Pracuje w zespole Strefy Poznania w Poznaniu, więcej na www.anos.com.pl

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Problemy psychiczne. Jak żyć z depresją, nerwicą, psychozą?

10 października obchodzimy Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego. Warto więc przyjrzeć się zagadnieniom związanym z psychiką, tym bardziej, że coraz więcej osób doświadcza zaburzeń na tym tle. (fot. iStock)
10 października obchodzimy Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego. Warto więc przyjrzeć się zagadnieniom związanym z psychiką, tym bardziej, że coraz więcej osób doświadcza zaburzeń na tym tle. (fot. iStock)
Depresja, psychoza czy nerwica nie muszą oznaczać rezygnacji z planów na przyszłość ani stygmatyzować. Problemy psychiczne przychodzą i mijają jak wiele innych chorób. O to, jak żyć z chorobą i mimo niej – Ewa Pągowska pyta psychiatrę, dr Joannę Krzyżanowską-Zbucką.

Kiedyś usłyszałam od internistki, że nie ma ludzi zdrowych, są tylko „niezdiagnozowani”. Jak to wygląda z perspektywy psychiatry? Kiedy byłam młodą lekarką, sądziłam, że świat da się podzielić na zdrowych i chorych psychicznie, ale im dłużej pracuję i im więcej widzę osób szukających pomocy, tym ta granica staje się mniej ostra. Rzadko jest tak, że ktoś kładzie się spać zdrowy, a budzi chory. To, co jest uznawane za chorobę czy zaburzenie psychiczne, zmienia się też w zależności od tego, jak szerokie są kryteria w aktualnie obowiązującej klasyfikacji chorób i zaburzeń psychicznych.

Mam wrażenie, że coraz więcej zachowań czy stanów uznaje się za objaw choroby lub zaburzenia psychicznego. Rzeczywiście obecnie mamy do czynienia z powszechną psychiatryzacją, więc np. osobie, która cierpi z powodu różnych problemów psychicznych, bo spotkało ją coś trudnego – straciła pracę lub kogoś bliskiego, stawia się rozpoznanie: „zaburzenia adaptacyjne” albo „depresja reaktywna”. Kiedyś nazwalibyśmy to „kryzysem życiowym”, a dziś ten kryzys ma swój numer w klasyfikacji chorób i zaburzeń psychicznych. Nie zawsze też objawy choroby psychicznej świadczą o tym, że tę chorobę mamy, np. jedna z moich pacjentek skarżyła się: „Pani doktor, chyba zwariowałam, w środku lata słyszę kolędy”. Okazało się jednak, że nie miała psychozy, tylko niedosłuch i tzw. omamy muzyczne. Każdy z nas ma czasem objawy lękowe czy depresyjne i w związku z tym może potrzebować pomocy psychologa lub psychiatry, ale to jeszcze nie znaczy, że jest chory psychicznie.

Ale jeśli już chorujemy psychicznie, to na co najczęściej? Statystyki pokazują, że poza uzależnieniami w populacji najczęściej występują zaburzenia depresyjne. Według niektórych doniesień 50 proc. kobiet przynajmniej raz w swoim życiu doświadczyło depresji, włączając w to zaburzenia okołoporodowe i menopauzalne. Moim zdaniem mamy do czynienia z nadrozpoznawalnością depresji.

Kryteria choroby są tak szerokie, że mieszczą w sobie i epizod depresyjny, który może być spowodowany kryzysem życiowym, pojawić się raz i nigdy nie wrócić, i depresję endogenną, czyli nawracającą chorobę uwarunkowaną biologicznie. Tymczasem są to zupełnie inne przypadki. Wrzucanie ich do jednego worka i mówienie o tym, że powinno się je tak samo leczyć farmakologicznie, budzi we mnie mieszane uczucia.

Sądzi pani, że bierzemy zbyt dużo leków? Mam poczucie, że nadmiernie skupiamy się na farmakologii. Oczywiście czasem leki są konieczne, sama często je przepisuję, ale myślę, że w wielu przypadkach można by było trochę oszczędniej nimi gospodarować. Zresztą one też mogą okazać się niewystarczające i powinno się je wspomóc innymi formami leczenia, np. psychoterapią, która pomaga zwłaszcza w przypadku zaburzeń depresyjnych, osobowości czy lękowych.

No właśnie. Podobno leki antydepresyjne bierze się m.in. po to, by być w stanie pracować nad sobą na terapii. To prawda, bo pacjent, który ma objawy, może mieć problem z dotarciem na terapię. Czasem dopiero gdy ustąpią, jest w stanie w niej uczestniczyć. Psychoterapia jest bardzo ważna, bo często człowiek z zaburzeniami depresyjnymi, który poczuł się lepiej po wzięciu leków, nie ma refleksji, że może coś w jego stylu życia czy postawie doprowadziło do kryzysu. Nie zastanawia się nad przyczynami, a jeśli nie próbuje niczego zmienić, kiedy w końcu odstawi leki, szybko wróci do punktu wyjścia.

O psychoterapii warto więc pomyśleć, nawet jeśli mamy depresję endogenną, w której biologia gra decydującą rolę? Tak, bo nawet wtedy możemy zrobić coś, by zmniejszyć ryzyko nawrotu choroby. Niestety, wiele osób nie wierzy w psychoterapię, a ona naprawdę działa. Są nawet badania, które pokazują, jak zmienia się mózg pod jej wpływem. Tylko oczywiście terapia musi być odpowiednio długa. Czasem słyszę od pacjentów: „Już przeszedłem terapię i nie zadziałała”, więc pytam, ile ona trwała, i kiedy słyszę „Byłem trzy razy”, odpowiadam, że to chyba nie była psychoterapia tylko porada. Niektórzy wręcz domagają się leków. Mówią: „A może pani doktor coś by mi wypisała, tak na wszelki wypadek, jakbym się zdenerwował”.

Ale słyszałam też historie pacjentów, którzy podchodzili z rezerwą do leków, a psychiatra nie tylko ich namawiał, ale wciąż zwiększał dawkę i dokładał nowe specyfiki. Dlatego, jeśli człowiek ma wątpliwości i obawy, powinien porozmawiać z lekarzem, a ten powinien znaleźć chwilę, by wszystko wyjaśnić i samemu się zastanowić, czy na pewno trzeba tyle leków wypisywać – na rano, żeby się chciało wstać, na wieczór, żeby się dobrze spało… Może warto poszukać lekarstwa, które rozwiąże oba problemy albo zamienić jeden preparat na metodę niefarmakologiczną. W wielu sytuacjach rzeczywiście nie obejdzie się bez leków, np. często trudno jest stosować monoterapię u osoby z zaburzeniem afektywnym dwubiegunowym.

Co to za choroba? To inaczej psychoza maniakalno-depresyjna. Zmieniono nazwę, by nie stygmatyzować pacjentów, bo wiadomo, jaki jest stosunek do osób, które mają psychozy. Budzą lęk. Podobnie jak nie mówimy już „nerwica” tylko „zaburzenia lękowe”. W przypadku schizofrenii nie mamy dobrego „zamiennika”, nazwa tej choroby straszy już od 100 lat, więc sądzę, że pora na zmianę, by ludzie nie wstydzili się tego rozpoznania i byli bardziej skłonni uwierzyć, że jakoś mogą sobie z tym poradzić.

Co jest ważne, by człowiek z chorobą psychiczną mógł wrócić do zdrowia i dobrze żyć? Przede wszystkim trzeba wziąć odpowiedzialność za swoje leczenie, a nie biernie poddawać się lekarzowi. On ma tylko pomagać, można z nim zawrzeć sojusz, by osiągnąć cel, jakim jest powrót do zdrowia, ale to nie znaczy, że trzeba go ślepo słuchać, bo on czasem też może się mylić. Pacjent ma więc prawo dyskutować z lekarzem i, jeśli nie ma do niego zaufania, poszukać innego specjalisty. Dobrze, by chory uświadomił sobie, że ma wpływ na przebieg choroby – może brać leki lub nie, podejmować działania, które będą narażać go na nawrót i ponosić jego konsekwencje lub tego ryzyka unikać…

Czego dokładnie powinien się wystrzegać? To kwestia indywidualna. Na Oddziale Zapobiegania Nawrotom Instytutu Psychiatrii i Neurologii pracujemy z pacjentami nad stworzeniem „systemu wczesnego ostrzegania”. Najpierw zastanawiamy się nad tym, co u danej osoby może być zwiastunem choroby. Oczywiście jeśli ktoś ma już za sobą dwa epizody, to łatwiej dostrzec jakąś prawidłowość, np. że za każdym razem tuż przed pojawieniem się objawów choroby miał problemy ze snem, palił więcej czy częściej się modlił, ale nawet jeśli ktoś miał jeden epizod, to też można wyciągnąć jakieś wnioski. Potem pacjent wie, że kiedy zauważy już u siebie te zwiastuny, powinien reagować, czyli np. zgłosić się do lekarza. Ważne jest też określenie, w jakim czasie trzeba zgłosić się po pomoc. Niektórzy mogą poczekać trzy tygodnie na wizytę, a inni maksymalnie trzy dni. Oczywiście trzeba swojego lekarza poinformować o tych zwiastunach, żeby ich nie bagatelizował, bo niektórym pacjentom dwie nieprzespane noce nie zaszkodzą, a inni trzecią noc spędzą już w szpitalu. Potem trzeba zastanowić się nad czynnikami ryzyka, czyli tym wszystkim, co może doprowadzić do nawrotu choroby.

Podobno na czele listy jest alkohol. Rzeczywiście alkohol, marihuana czy inne substancje psychoaktywne są istotnymi czynnikami ryzyka nawrotu zaburzeń psychicznych. U wielu osób jest nim także stres, ale trzeba pamiętać, że nie każdego to samo i w takim samym stopniu stresuje. Miałam pacjenta, u którego następowało pogorszenie zawsze wtedy, gdy chorował ktoś z rodziny, i pacjentkę, dla której niebezpieczne były wyjazdy zagraniczne, bo kiedy ludzie zaczynali mówić w obcym języku, szybko dochodziła do wniosku, że ją obgadują. Ale ponieważ lubiła podróże, musiałyśmy opracować taką strategię, by wyjazd z kraju nie prowadził do nawrotu choroby. Częstym czynnikiem ryzyka jest też odstawienie leków, zwłaszcza nagłe, co w przypadku przewlekłej choroby zwykle prowadzi do zaostrzenia.

Czy to znaczy, że niektórzy muszą brać leki do końca życia? Tak bywa i wiem, że dla części pacjentów jest to trudne do zaakceptowania. Dlatego niektórzy psychiatrzy namawiają do przyjmowania leków, porównując to do brania insuliny przez chorych na cukrzycę. Myślę jednak, że lepszą analogią są środki antykoncepcyjne – bierze się je nie z powodu choroby, tylko profilaktycznie. Tak samo mogą myśleć osoby z doświadczeniem choroby psychicznej – teraz jestem zdrowy, ale zachorowałem raz i drugi, więc biorę leki, by nie zachorować po raz trzeci. Weźmy pacjentów ze schizofrenią – wbrew stereotypom większość nie ma objawów cały czas. Zdarza się, że przez całe życie mają tylko jeden epizod choroby. Mogą normalnie pracować i funkcjonować społecznie. Tymczasem osoby ze schizofrenią są stygmatyzowane. Co ważne, nie tylko spotykają się z dyskryminacją społeczną, ale też sami siebie uważają za wybrakowanych, wstydzą się choroby, nie przyznają do tego, że byli w szpitalu psychiatrycznym tylko mówią na przykład, że wrócili z sanatorium.

A jednak pojawiają się osoby, które mówią o swojej chorobie psychicznej publicznie, np. w ramach akcji społecznych. Tak. Na szczęście zaczyna się tworzyć ruch osób, które przeszły różne kryzysy zdrowotne. Ci ludzie mówią otwarcie o tym, co ich spotkało, przekonują, że choroba psychiczna nie musi degradować człowieka. Przyznają, że wprawdzie można przez nią okresowo wypaść z życia, ale potem się zdrowieje i człowiek może robić to, co sobie zaplanował. Oczywiście wiele zależy od tego, jak się pacjent do choroby „ustawi”. Czy stwierdzi, że to koniec – i wtedy rzeczywiście nic tylko na rentę przejść – czy się nie podda i uruchomi swoje wewnętrzne zasoby. Zwykle bowiem, mimo choroby, zachowujemy swoje zdolności i kompetencje. Czasem przestajemy wierzyć, że je mamy. Dlatego warto szukać pomocy wśród osób z doświadczeniem choroby psychicznej, gotowych wesprzeć tych chorujących, którzy są na początku drogi do zdrowia.

Dr Joanna Krzyżanowska-Zbucka: psychiatra, ordynator Oddziału Zapobiegania Nawrotom Instytutu Psychiatrii i Neurologii. Jest członkinią Zarządu Fundacji eFkropka, która zajmuje się zapobieganiem wykluczeniu społecznemu osób z doświadczeniem choroby psychicznej.

Jak żyć z problemami psychicznymi? (fot. iStock) Jak żyć z problemami psychicznymi? (fot. iStock)

4 powody, dla których warto rozważyć wizytę u psychiatry

  •  Cierpienie, z którym sobie nie radzisz. Jeśli jesteś pogrążony w smutku od dłuższego czasu, nic cię nie cieszy i z trudem rozpoczynasz kolejny dzień, nie warto zwlekać z wizytą.
  •  Skierowanie od innego lekarza, np. internisty, neurologa czy dermatologa. Na pewno nie warto się oburzać. Wiele chorób somatycznych, np. choroby skóry, ma swoje podłoże w psychice i czasem zadowalające efekty daje dopiero połączenie wiedzy z kilku dziedzin.
  •  Pogorszenie codziennego funkcjonowania. Jeśli problemy z koncentracją, nadmierna nerwowość, rozkojarzenie czy jakikolwiek inny objaw związany ze sferą psychiczną rodzi problemy, np. coraz częściej dochodzi do awantur w domu, dobrze jest porozmawiać o tym z lekarzem psychiatrą.
  • Namowy bliskich osób. Rady przyjaciół czy rodziny, by wybrać się do psychiatry, są zwykle najtrudniejsze do przełknięcia. Jeśli jednak radzą osoby, które zawsze były życzliwe i wspierające, warto ich posłuchać. Nawet jeśli nie do końca wierzysz, że wizyta u psychiatry ma sens.
 

  1. Kultura

Żyć szybko, umierać młodo. Analizujemy osobowość Amy Winehouse

Amy Winehouse na planie teledysku do utworu
Amy Winehouse na planie teledysku do utworu "Back to Black". (Fot. BEW Photo)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
23 lipca 2011 roku cały świat obiegła tragiczna wiadomość. Amy Winehouse została znaleziona martwa w swoim mieszkaniu. Jedna z najbardziej niepokornych artystek naszych czasów odeszła w wieku 27 lat.

Życie na ostrzu noża. Demony. Te określenia często pojawiają się w jej przypadku. – Amy była zjawiskiem. W stu procentach wyczerpuje definicję słowa „artystka” w znaczeniu kogoś o innej niż przeciętna wrażliwości – mówi Piotr Metz, dziennikarz radiowy. – Podobnie jak u Billie Holiday czy Janis Joplin jej życie stapia się w jedno ze sztuką. Nie ma granicy szczerości – wystarczy uważniej przeczytać tekst „Back to Black”. Od czasu chyba właśnie Joplin nie było nikogo, kto żyłby i śpiewał właśnie tak – na ostrzu noża. A o tym, że Bozia dała jej coś, czego nie można się nauczyć, mówić chyba nie ma potrzeby.

Trudne szczęście

To, co dotknęło Amy Winehouse, to prawdopodobnie zaburzenie osobowości nazywane borderline. Zaburzenie, na które nie ma leków, a terapia jest niezwykle trudna i mało skuteczna.

– Osobowość to pewien dominujący sposób postrzegania świata, przetwarzania rzeczywistości, bycia w relacjach. To konstrukt, który pozwala przewidzieć, jak w danej sytuacji ktoś się zachowa. A borderline oznacza kłopoty. Nie wiadomo, jak się zachowa, bo dominującą cechą tej osobowości jest niestabilność i chaos – wyjaśnia Tomasz Srebnicki, psycholog i terapeuta.

„Straszliwa huśtawka nastrojów i uczuć (...). Gniew, złość, niezadowolenie, przybicie, smutek, rozwiązłość lub radość szybko ustępują sobie nawzajem. Jak grom z jasnego nieba spada nagła zmiana stanu psychicznego. Najbardziej błaha sprzeczka prowadzi do załamania nerwowego, najmniejsze nieporozumienie w kontaktach interpersonalnych skutkuje natychmiastowym zerwaniem stosunków” – pisze niemiecki profesor, doktor nauk medycznych i psychoterapeuta Borwin Bandelow w książce „Gwiazdy. O trudnym szczęściu bycia sławnym”. Sama Amy śpiewała: „I told I was trouble, you know that I’m no good”, czyli w skrócie: „ze mną są same kłopoty”.

Nienawidzę cię – nie opuszczaj mnie

Jak wyglądają związki i bliskie relacje z innymi w przypadku tych, którzy cierpią na borderline? Jak w innej piosence Amy: „Love Is a Losing Game”.

– Tę osobowość charakteryzuje ogromny lęk przed odrzuceniem. Ten lęk właściwie ją konstytuuje. Osoba borderline nie kocha ot, tak po prostu. Ona swego kochanka idealizuje. Chciałabym się z nim zespolić, zlać w jedność, chciałaby, żeby ten ktoś rozumiał ją we wszystkim. A jednocześnie boi się, że ten ktoś ją pochłonie - mówi Srebnicki.

Paradoks? Borderline jest zbudowane na paradoksach, a historia miłości Amy i jej byłego męża Blake’a Fieldera-Civila, jednego z najbardziej toksycznych związków w historii muzyki rozrywkowej – może poza tragicznie zakończoną historią Sida Viciousa, basisty Sex Pistols, i jego dziewczyny Nancy Spungen – jest tego najlepszym dowodem. Amy i Blake poznają się w barze, szybko między nimi zaczyna iskrzyć. On jednak wraca do byłej. Ona cierpi, smutki topi w alkoholu i innych używkach, pisze piosenki na płytę („Back to Black”), która później przyniesie jej pięć nagród Grammy. Nie chce żyć, ale przecież wcale nie tak łatwo jest umrzeć, nawet jeśli regularnie miesza się prochy, narkotyki i alkohol. „Typowe dla tego zaburzenia są zachowania wiążące się z podejmowaniem dużego ryzyka, np. siedzenie na szynach kolejowych, przechodzenie przez ulicę, po której śmigają samochody (...), balansowanie na poręczy mostu. Zażywając narkotyki i lekarstwa, osoby te wciąż stąpają po cienkim lodzie” – pisze Bandelow.

Ale on, czyli Blake, wraca do Amy. Po dwóch tygodniach (!) biorą ślub. Jej przez chwilę wydaje się, że jest najszczęśliwsza pod słońcem. Przez chwilę, bo on zdaje się mieć podobny problem jak ona.

– Jednostki borderline często wchodzą w relacje z ludźmi o podobnej osobowości – albo z psychopatami, albo z mężczyznami poszukującymi przygód. Te kobiety szybko się oddają całe, na pierwszej, drugiej randce, a to nie sprzyja budowaniu sensownych relacji – mówi psychiatra. Zaczyna się piekło. „Czasami te związki mają tak burzliwy przebieg, że »Gwiezdne wojny« wyglądają przy nich jak kolejny odcinek »Teletubisiów«”, pisze Bandelow. W prasie pojawiają się zdjęcia Amy i Blake’a ewidentnie pod wpływem działania narkotyków. Także te dokumentujące, że ciało stało się polem walki. Amy zarzeka się: „Nie piszcie, że on mnie bije, to nieprawda. To ja sama pocięłam się po którejś naszej kłótni”.

Amy Winehouse i Blake Fielder-Civil na gali MTV Movie Awards, 2007 rok. (Fot. BEW Photo) Amy Winehouse i Blake Fielder-Civil na gali MTV Movie Awards, 2007 rok. (Fot. BEW Photo)

– Po cięciu często pozostaje uczucie wewnętrznego spokoju, które, niestety, długo się nie utrzymuje. Jest to swoisty zawór bezpieczeństwa, spuszczający nagromadzone ciśnienie i wypierający uczucie wewnętrznego napięcia, służący uwolnieniu się od intensywnych odczuć i doznań, takich jak wściekłość, smutek, samotność, wstyd czy poczucie winy. Jeżeli mężczyzna uznany za idealnego zrobi coś, co osoba z borderline uzna za odrzucenie, a w tym wypadku wystarczy tzw. krzywe spojrzenie, natychmiast dochodzi do jego dewaluacji, czyli „nienawidzę cię, ale jednocześnie kocham”. Mogą pojawić się trudne impulsywne zachowania, wyzwiska, krzyki, awantury, nierzadko rękoczyny, grożenie samobójstwem, ale wcale nie chodzi o to, żeby ktoś sobie naprawdę poszedł. To wszystko służy zatrzymaniu ukochanej osoby, choć osobie bez zaburzeń wyda się to nielogiczne – dodaje Srebnicki.

 

Magnetyczna siła przyciągania

Teoretycznie związek z kimś o osobowości borderline nie ma racji bytu. A jednak mężczyźni często przejawiają słabość do takich kobiet.

– Wydają się interesujące, jedyne w swoim rodzaju. Potrafią uwodzić i na początku może być naprawdę fantastycznie. Świetny seks, mężczyzna słyszy, że jest najważniejszy na świecie, kobieta w niego wpatrzona nie chce się z nim rozstać. Może nawet być śledzony, jeśli będzie chciał zrobić coś sam – mówi Srebnicki. – Mimo wielu niedoskonałości, a może nawet dzięki nim kobiety borderline roztaczają wokół siebie magiczną aurę, która fascynuje otaczających je ludzi.

Silny mężczyzna, który dobrze pozna naturę takiej osobowości, może być dla kobiety wybawieniem. O ile tylko będzie potrafił znieść wyskoki na miarę Amy, które na pewno z czasem się pojawią, i zdrady, których celem wcale nie jest seks z innym mężczyzną, ale kara. Tylko że Blake nie miał natury opiekuna. W życiu chciał się dobrze bawić, napić, naćpać. Ich związek nie mógł się udać. Kiedy Blake wylądował w więzieniu za pobicie właściciela pubu, Amy szalała z rozpaczy. Odwoływała koncerty, bo przecież „nie może śpiewać, kiedy nie patrzy na ukochanego mężczyznę”. Przestała jeść, w czasie wywiadu dla muzycznego magazynu „Spin” wydrapała sobie na brzuchu ostrym kawałkiem potłuczonego lustra słowa: „I Love You Blake”.

– W parze z borderline często idą zaburzenia depresyjne, choroba afektywna dwubiegunowa, próby samobójcze. Oczywiście również zaburzenia jedzenia – bulimia, anoreksja. Czasami konieczna może się nawet okazać hospitalizacja – dodaje terapeuta. Amy przyznała się, że cierpi na chorobę afektywną dwubiegunową, a anoreksję potwierdziła jej matka.

To nie było łatwe dziecko

Wychowywała się w północnym Londynie. Kiedy miała 12 lat, dostała się na prestiżowe stypendium do Sylvia Young Theatre School w Londynie – zależało jej na tym, bo w żadnej innej szkole nie pozwalano jej śpiewać na lekcjach. Amy, jak twierdzą obydwoje rodzice i dyrektorka tej szkoły, nie była łatwym dzieckiem. Zanim skończyła 15 lat, zrobiła sobie pierwszy tatuaż. Nikogo nie pytała o zgodę. „Musieli w końcu zrozumieć, że robię tylko to, co sama chcę. Słucham tylko swojego wewnętrznego dziecka”, przyznała się kiedyś. Jej matka Janis, z zawodu farmaceutka, wyznaje: „Wiedziałam, że muszę mieć na nią oko. Jest lekkomyślna, bywa bardzo zdeterminowana i jeśli naprawdę czegoś chce, po prostu to zrobi. Nikt i nic jej nie powstrzyma, ale niestety Amy nie zastanawia się nad konsekwencjami”. Dyrektorka Sylvia Young Theatre School uzupełnia ten obraz: „W szkole Amy skupiała się głównie na muzyce, w tej dziedzinie zachowywała się jak profesjonalistka. Ale nic innego jej nie interesowało. Kiedy nie śpiewała, stawała się nie do zniesienia. I chociaż jej szkolne występki nie były może wielkie, zdarzały się ciągle. Nie chciała nosić szkolnego mundurka, żuła gumę na lekcjach i to w taki sposób, żeby nie można było tego nie zauważyć, nosiła srebrny kolczyk w nosie, chociaż wielokrotnie prosiłam, by go wyjęła. Przeszkadzała na lekcjach, najczęściej dlatego, że sama nie mogła się skupić”. I chociaż Amy twierdzi, że ta szkoła to było najlepsze, co mogło ją wówczas spotkać, nigdy jej nie skończyła. Rodzice twierdzą, że ich córka została wyrzucona. Dyrektorka – że jej uczennica odeszła sama, zachęcona przez jednego z nauczycieli, który mówił jej, że nie ma szans dobrze zdać egzaminów.

Chaos w głowie

– Dzieci, u których w przyszłości może rozwinąć się osobowość borderline, to często dzieci z trudnym charakterem – absorbujące otoczenie, przejawiające impulsywne zachowania. Ale ich środowisko musi się jeszcze sporo napracować, żeby kogoś takiego stworzyć. Może na to wpłynąć kilka elementów – mówi Srebnicki.

– Traumatyczne odrzucenie, gdy dziecko jest ofiarą przemocy, alkoholizmu w rodzinie albo zostaje wykorzystane seksualnie. Jest porzucane. Matka mówi do niego: „umrę przez ciebie” albo „zdychaj, gnoju, nienawidzę cię”. To, że dana osoba nic na ten temat nie wspomina, nie znaczy, że nic takiego się nie wydarzyło. Może tego najzwyczajniej w świecie nie pamiętać. Amy o latach wczesnej młodości nigdy zbyt wiele nie opowiadała, a na dzieciństwo nigdy się nie skarżyła. Ale ona w ogóle nie lubi rozmawiać, w każdym razie nie z dziennikarzami. Wywiady z nią najczęściej ograniczają się do odpowiedzi „tak”, „nie” albo „może” na wszystkie pytania.

– Chaos rodzinny, dom bez zasad i poczucia bezpieczeństwa też sprzyjają rozwojowi osobowości typu borderline – dodaje Tomasz Srebnicki. – Odrzucanie przez rodziców zachowań pozytywnych, wieczna krytyka w duchu: „i co z tego, że szóstkę dostałaś, co z tego, że wygrałaś mistrzostwa, są ważniejsze sprawy niż twoje szóstki”. I jeszcze unieważnianie, kiedy dziecko dostaje komunikat zaprzeczający jego uczuciom: „nie powinnaś być teraz smutna, jakim prawem jesteś zła”. Takie zachowania mają miejsce wtedy, gdy rodzice, nie radząc sobie z uczuciami dziecka, dyskredytują je. A ono w rezultacie przestaje ufać swoim emocjom. Nie umie poprawnie identyfikować uczuć, stwierdza, że są nieważne, że ono samo jest nieważne. Zaczyna zachowywać się w sposób chaotyczny, bo nie radzi sobie z nierozpoznanymi emocjami.

Ojciec Amy był sprzedawcą. Jeździł po kraju, tygodniami nie było go w domu. Przez kilka lat prowadził podwójne życie – miał drugą kobietę, z którą ożenił się po rozwodzie z matką Amy. Czy takie doświadczenie wystarczy? Nie wiemy, co działo się w domu rodzinnym wokalistki. Nie wiemy, jak jej matka radziła sobie ze zdradą męża, z jego ciągłą nieobecnością. W każdym razie artystka nie ma do rodziców pretensji. Do ojca, że miał kochankę? „Ludzie lubią seks. Nie mogę potępiać ojca za to, że ma penisa” – wypaliła pewnego razu dziennikarzowi. Sama deklaruje, że „wierzy w przygodny seks i uważa, że zdrada nie jest czymś gorszym niż palenie skręta”.

– Impulsywność związana z borderline przejawia się również w zachowaniach seksualnych. Oznacza częste zmiany partnerów, trudności w utrzymaniu związków, ale również kłopoty z seksualną tożsamością – stwierdza psycholog. Amy nieraz przyznawała się, że związki z kobietami interesują ją tak samo jak te z mężczyznami i nie widzi w tym nic złego:

„Robię to, co sprawia, że czuję się dobrze. Mam w nosie, co myślą na ten temat inni”

  1. Psychologia

Poznaj swój schemat - dlaczego wpadamy ciągle w jeden wzór myślenia?

fot. iStock
fot. iStock
Miały chronić, a ograniczają. Są jak pułapka zastawiona na samego siebie. W dodatku głęboko ukryta. Dlaczego, mimo starań, ciągle wpadamy w dawne wzorce myślenia - wyjaśnia Wojciech Stefaniak, psychoterapeuta terapii schematu. 

Każdy z nas wykształca jakieś schematy? Dlaczego w ogóle je tworzymy?
Wszyscy rodzimy się z uniwersalnymi potrzebami emocjonalnymi. Są to: potrzeba bezpieczeństwa, stabilnej więzi, miłości i czułości, ochrony przed zranieniem, akceptacji, autonomii, empatii, swobody wyrażania uczuć oraz potrzeba realistycznych granic. Rzadko się jednak zdarza, by rodzina realizowała je w pełni. Wtedy dziecko wbudowuje w swój system poznawczo-emocjonalny treść, która jest próbą wyjaśnienia, jak i dlaczego doszło do niezaspokojenia tych potrzeb. Taki schemat powstaje bezwiednie i automatycznie. Nie jest reakcją na jakieś konkretne zdarzenie, współtworzy go raczej pewien klimat wychowawczy panujący w rodzinie.

To zrozumiałe, że tworzymy schematy, ale dlaczego tkwimy w nich latami?
Po pierwsze, dlatego, że są nasze, a ludzki umysł jest tak skonstruowany, że z dużym szacunkiem odnosi się do własnych treści. Nawet jeśli nasz system poznawczy jest błędny, chcemy, by był trwały i dawał oparcie. Po drugie, schemat stosuje barierę tzw. negatywnych emocji jako ochronę przed zmianą. Kiedy myślimy schematem, czujemy silny smutek, lęk, poczucie zranienia, czasem złość. Aby to zmodyfikować, trzeba by najpierw te emocje przeżyć, przed czym naturalnie się chronimy, więc schemat trwa. Trzeci powód jest taki, że z czasem schemat staje się  naszą wizją rzeczywistości, a trudno zmieniać obraz rzeczywistości, jeżeli mamy co do niego głębokie przekonanie.

Czy każdy ma jeden dominujący schemat, czy tworzymy ich więcej?
Czasem jest jeden dominujący schemat i kilka takich, które są jego wynikiem. Często zdarza się, że tworzą się dwa lub trzy wiodące schematy. Mówi się też, że jest kilka schematów bazowych. Najczęściej to schematy z kręgu odrzucenia i odłączenia (np. porzucenia, skrzywdzenia i nieufności, izolacji społecznej, wadliwości i deprywacji emocjonalnej). Aby określić wiodące schematy konkretnej osoby, trzeba wnikliwie przyjrzeć się zarówno jej historii życia, jak i powtarzającym się wzorcom reakcji.

W jaki sposób schemat rządzi naszym życiem? Dostosowujemy się do niego? Czy raczej staramy się mu zaprzeczyć?
Pierwszy sposób postępowania to strategia nadkompensacji (choćby siły, wielkości, znaczenia, kontroli, władzy). Wielu ludzi z niej korzysta, bo wydaje się użyteczna. Na przykład w nadkompensacji schematu słabości staram się możliwie najwyraźniej pokazać sobie i światu, jak bardzo jestem silny. Ponieważ nadkompensacja to coś nieprawdziwego, im częściej używam tej strategii – tym bardziej oddalam się od siebie, co długoterminowo daje bardzo poważne efekty. Z czasem zaczynam czuć, że moje życie jest nieautentyczne. Druga grupa strategii to strategie poddania się schematowi, czyli jeśli myślę, że jestem nieudacznikiem, to zachowuję się jak nieudacznik (zaniżam wartość własnych osiągnięć). No i trzecia grupa – strategie unikowe, czyli robię, co mogę, żeby schemat się nie aktywował. Jeśli ktoś myśli o sobie, że nie pasuje do ludzi (schemat izolacji społecznej), to znajduje sobie pracę, w której nie musi się z nikim kontaktować.

Czy możemy sami dostrzec, że tkwimy w schemacie?
Najłatwiej to zrobić, obserwując swoje emocje. Zwłaszcza te bardzo silne. Najprawdopodobniej to sygnał, że właśnie aktywował się jakiś schemat. Żeby go rozpoznać, dobrze jest zadać sobie pytanie o myśli towarzyszące tej konkretnej sytuacji (na przykład „to mnie rani, ponieważ…”, „to mnie obraża, bo…”). Zakres tematyczny będzie sugerował treść konkretnego schematu. Aby się upewnić, zaobserwujmy, czy ta myśl powtarza się w analogicznych sytuacjach. Będzie to oznaczać, że mamy do czynienia z trwałym elementem struktury osobowości, a więc ze schematem. Najczęściej pacjenci przychodzą do mnie właśnie z cierpieniem wywołanym silnymi emocjami, czyli mówią o tym, jak bardzo ich coś boli w konkretnej sytuacji. Albo mówią o czymś, co nie działa w ich życiu. Czyli próbują określonego typu zachowania czy określonej strategii – i ona okazuje się nieskuteczna.

Jaka jest więc rola terapeuty?
Najpierw muszę ustalić, czy pacjent chce zmiany. Wydaje się, że powinien, ale przypomnę jeszcze raz o trwałości naszych przekonań. Często wstępna część terapii jest więc oswajaniem ze zmianą. Potem mamy etap konceptualizacji (chodzi o to, żeby określić główne schematy, ich genezę i jeśli hipotezy na ich temat są prawdziwe – to historia życia pacjenta powinna je potwierdzać). Tutaj terapeuta musi wykazać się czujnością i konsekwencją. Następnie konstruujemy tzw. model myślenia alternatywnego (jak mogę inaczej pomyśleć o sobie w danym kontekście), ale żeby umysł chciał go przyjąć, potrzeba czasu. To jest powolny proces, który należy wielokrotnie powtarzać. Często bywa tak, że zmiana poznawcza byłaby możliwa, ale na poziomie emocjonalnym nie jest. Wtedy stosujemy tzw. techniki doświadczeniowe, sięgamy do źródła tworzenia się schematów. We wspomnieniach pacjent przenosi się do sytuacji, w których mogły powstawać jego schematy (kiedy był źle traktowany w swoich emocjonalnych potrzebach), i próbujemy zmienić tamten scenariusz. Jeśli rodzic był zbyt surowy, powstrzymujemy go, czyli odwracamy narrację. Oczywiście już nie zmienimy przeszłości, ale możemy zmienić jej odczuwanie.

Pacjent uczy się być dla siebie tym dobrym rodzicem, którego potrzebował?
Dokładnie kolejność jest taka, że najpierw terapeuta jest takim rodzicem. Oczywiście relacja terapeutyczna nie daje pełnych możliwości bycia rodzicem, ale staramy się, zwłaszcza w scenach doświadczeniowych, być bardzo dobrym rodzicem. Takim, jakiego dziecko potrzebuje. Używamy tu określenia „zdrowy dorosły”. W ten sposób pacjent dostaje doświadczenie dobrej interakcji. Docelowo rzeczywiście chodzi o to, żeby sam stał się dla siebie tym zdrowym dorosłym. By umiał zaspokajać swoje emocjonalne potrzeby. I by nie oczekiwał tego od bliskich. Bo jeśli mamy duże deficyty realizowania wczesnodziecięcych potrzeb i wchodzimy w związek, to w naturalny sposób one się otwierają i „liczą” na zaspokojenie. Ludzie często się właśnie tymi deficytami przyciągają.

A czy oprócz związków są inne sytuacje, które mogą taki uśpiony schemat uaktywnić?
Wszelkie nowe sytuacje, na przykład nowa praca. Bywa, że kiedy mamy jakiś rodzaj deficytu emocjonalnego, wprowadzamy go także w ważne relacje zawodowe. Na przykład ktoś ma tak, że w każdym miejscu zaprzyjaźnia się z przełożonym. Kiedy się temu przyjrzymy, okaże się, że włącza się u niego schemat zasługiwania. Czyli robi tak, bo bardzo mu zależy, żeby dobrze wypaść nie tylko w rocznej ocenie, ale też żeby szef o nim dobrze myślał.

Terapia pomaga rozpoznać takie sytuacje?
Zdecydowanie tak. Dzięki terapii rozpoznaje się je bardzo szybko. Przede wszystkim od razu widać, skąd się biorą silne emocje. Mamy też narzędzia, wiedzę i doświadczenie, co z tym dalej robić.

Co daje wyjście ze starego schematu?
Na pewno świadomość tego, z czego jestem skonstruowany. I akceptację tej konstrukcji. Człowiek robi rozrachunek z przeszłością, bo trzeba nazwać różne rzeczy, błędy wychowawcze. Dzięki temu tworzy  uporządkowaną narrację swojego życia. A w kolejnym etapie – przebudowuje swoje myślenie i dystansuje się do różnych rzeczy. Jeśli zdarzy się emocjonalnie trudna sytuacja, włącza mu się głos zdrowego dorosłego, który mówi na przykład: „OK, zezłościłeś się, zobaczmy dlaczego”. Poza tym znacząco zmniejsza się liczba sytuacji, które budzą niepokój. Życie wewnętrzne staje się bardziej przyjazne.

Człowiek przestaje być niewolnikiem swoich schematycznych zachowań.
Nawet jeśli odkrywam w sobie jakieś cechy, to przez sam fakt, że wiem, dlaczego się uaktywniają, łatwiej jest mi nimi zarządzać. Czyli nawet jeśli uważam, że jestem nieśmiały, to wcale nie znaczy, że muszę unikać ludzi. Może nie będę wodzirejem ani gwiazdorem, ale to nie znaczy, że moje życie społeczne musi być ograniczone. Koniec końców każda terapia służy temu, żeby nasze życie było pełniejsze, szczęśliwsze i bardziej satysfakcjonujące. Wyzwolenie się ze schematu pozwala nam odkryć więcej możliwości. Schemat to niekorzystne dla nas ograniczenie. Potencjał w nas jest zwykle większy niż to, co realizujemy.

Czy terapia schematu jest dla każdego i na każdy problem?
Wiemy już, że działa w zaburzeniach osobowości typu borderline, narcystycznych czy psychopatycznych, które do tej pory uważane były za dość oporne w leczeniu. Sprawdza się też przy zaburzeniach osobowości unikowych i zależnych. Natomiast jeśli mówimy o pewnej strukturze psychicznej pacjentów, to bardzo pomaga gotowość do zmiany i umiejętność wglądu. Istotne jest też zaufanie pacjenta do terapeuty. I wytrwałość, bo terapia to proces długi, wymagający i momentami bolesny.

Po czym można rozpoznać, że udało nam się przezwyciężyć nasz schemat? Wrócę tu do pojęcia „zdrowego dorosłego”. Jeżeli osoba po terapii ma nie tylko świadomość, ale też doświadczenie i kompetencje radzenia sobie ze sobą w trudnej sytuacji; jeśli wie, jak zaopiekować się swoim wewnętrznym dzieckiem, zna swoje dysfunkcyjne strategie i mówi im „nie” – wtedy możemy powiedzieć, że terapia zakończyła się sukcesem. Pacjent w jakimś sensie odzyskuje władzę nad sobą, staje się świadomy siebie.

Terapia schematu

Powstała w latach 80. XX wieku w Stanach Zjednoczonych,
gdy zaobserwowano, że tradycyjne metody terapii poznawczo-behawioralnej są niewystarczające przy leczeniu niektórych zaburzeń, szczególnie zaburzeń osobowości. Współcześnie definiuje się terapię schematu jako integracyjne, długoterminowe podejście łączące elementy terapii interpersonalnej, Gestalt, terapii psychodynamicznych i teorii przywiązania.

Samo pojęcie schematu w psychologii było obecne już w latach 30. XX wieku
, kiedy Frederic Bartlett opisał jego rolę w przyswajaniu informacji i przywoływaniu wspomnień. W terapii schematów definiuje się go jako ogólny, długotrwały, dysfunkcyjny wzorzec reakcji składający się z myśli, emocji i wspomnień, który dotyczy osoby i jej relacji innymi.

Wojciech Stefaniak, certyfikowany psychoterapeuta poznawczo-behawioralny, superwizor - dydaktyk Polskiego Towarzystwa Terapii Poznawczej i Behawioralnej, certyfikowany psychoterapeuta terapii schematu. Dyrektor Akademii Psychoterapii Interego w Warszawie. Współzałożyciel Centrum Terapii Poznawczej i Schematu Interego.

  1. Psychologia

Życie na dwóch biegunach – o chorobie dwubiegunowej opowiada Piotr Bucki

Choroba afektywna dwubiegunowa dotyka coraz większą liczbę osób. (Fot. Getty Images)
Choroba afektywna dwubiegunowa dotyka coraz większą liczbę osób. (Fot. Getty Images)
ChAD, czyli choroba afektywna dwubiegunowa, dotyka coraz większą liczbę osób, a raczej coraz częściej jest właściwie diagnozowana. Piotr Bucki cierpi na nią od lat. W rozmowie z Martyną Harland wyjaśnia, co odróżnia ją od depresji. Co zabiera chorującym, ale też co im daje. Jak udaje mu się złapać równowagę pomiędzy zwyżkami nastroju a jego spadkami. I jak każdy z nas – chory czy zdrowy – może to zrobić.

Coraz więcej znanych osób mówi o tym, że latami leczyło się na depresję, a potem dopiero diagnozowano u nich ChAD. Dlaczego tak często myli się zaburzenie afektywne dwubiegunowe z depresją?
Dlatego, że chory najczęściej zgłasza się do lekarza, gdy jest w stanie depresji. Rzadko kiedy trafia tam, będąc w manii lub łagodniejszej hipomanii. Poza tym o depresji mówi się znacznie więcej. To sprawia, że więcej osób otwiera się na ten problem. U mnie wyglądało to podobnie. Przez wiele lat byłem nieskutecznie leczony na depresję. Przede wszystkim dlatego, że myślałem, że na nią choruję. Nawet sugerowałem to lekarzom, choroba występowała też wcześniej w rodzinie. Do tego szybko po włączeniu leków mijały mi wszelkie objawy. Okazało się, że to jest bardzo charakterystyczne dla dwubiegunówki, czyli choroby afektywnej dwubiegunowej. Wreszcie jedna psychiatra zadała mi kilka ważnych pytań – nie tylko o moje stany depresyjne, ale również o okresy euforyczne. Zrobiła też wiele testów. Zanim postawiła właściwą diagnozę, minęło trochę czasu. Naukowcy nie do końca znają źródło dwubiegunówki. Prawdopodobnie ma ona podłoże genetyczne, a do tego dochodzi interakcja środowiska.

Dwubiegunówka charakteryzuje się występowaniem nie tylko epizodów depresji, ale też manii lub hipomanii albo stanów mieszanych. Czym charakteryzuje się mania i hipomania?
Mania nie wynika z temperamentu ani naszego sposobu życia. To stan odmienny od zwykłego funkcjonowania danej osoby. Gdy jesteśmy w manii, mamy podwyższony nastrój, mniejszą potrzebę snu i łaknienia. Wydaje się nam, że jesteśmy mistrzami świata i nadludźmi. Hipomania to łagodniejsza forma manii.

Co w tym złego, że czujemy się mistrzami świata?
Oczywiście optymizm jest potrzebny w życiu. Lepiej jest myśleć, że coś nam się uda, niż uważać, że nic nam nie wyjdzie. Jednak istnieje różnica między skrajnym optymizmem a przecenianiem własnych możliwości, w tym fizycznych. W stanie manii człowiek ma gonitwę myśli, której nie jest w stanie zatrzymać. Nie może się skupić. Mówi i myśli bardzo szybko, a świat wydaje mu się spowolniony – znajomi za wolno rozumieją, za wolno chodzą, za wolno jedzą. Ludzie w hipomanii często czują się bardzo dobrze. Ten stan ich napędza i daje im energię. Szef może pomyśleć: „Mam świetnego pracownika”. Tylko że każdy, kto jest w stanie manii lub hipomanii, traci miliony neuronów każdego dnia. Po takim wysiłku organizm musi odpocząć. Biegun depresyjny służy właśnie regeneracji. To jedyny sposób na to, żeby wyhamować.

Im większa górka, tym większy dół i depresja?
U każdego choroba przebiega inaczej. W moim przypadku występowały dość silne stany depresyjne i hipomaniakalne. Ale też stany mieszane, czyli w ciągu jednego dnia miałem szybkie zmiany cyklu, pomiędzy depresją a hipomanią. Tak jak pisze w mojej książce „Złap równowagę” psychoterapeuta Wojciech Pączek, pacjenci, którzy chorują od dłuższego czasu, twierdzą, że liczba epizodów depresyjnych i maniakalnych jest mniej więcej równa. Tylko u około 10 proc. z nich występują wyłącznie epizody maniakalne. W większości przypadków, po pierwszym epizodzie choroby następuje kolejny. Z czego u blisko 50 proc. nawrót pojawia się już w pierwszych dwóch latach trwania choroby. W ciągu całego życia wyróżnia się średnio od 6 do 10 nawrotów. Tylko u niecałych 10 proc. chorych nie wystąpią one w ogóle. Średnia częstotliwość nawrotów mieści się w przedziale trzy–sześć miesięcy. Epizody depresyjne trwają zwykle dłużej niż epizody maniakalne.

A jednak, żyjąc z tą chorobą, trzeba uważać przede wszystkim na okresy, w których czujemy się świetnie.
Bo w tzw. górkach zdarzają się największe nieszczęścia, na przykład samobójstwa. Wtedy człowiek jest sprawczy, potrafi podjąć jakieś działanie. Potwierdzają to statystyki. Nieleczona ChAD, szczególnie w przypadku pacjentów, u których przeważają epizody depresyjne nad maniakalnymi, jest przyczyną 15–25 proc. samobójstw. Przez kilka lat nie wiedziałem, że mam dwubiegunówkę i kiedy pojawiał się dół, biegłem do lekarza po leki i dość szybko wychodziłem z tego stanu. Ale potem wchodziłem w stan górki, kiedy wszystko było niby dobrze. Tyle że byłem drażliwy i agresywny dla otoczenia. Nie byłem sobą. Traciłem cenne relacje. Wtedy odrzucałem leki, nie chciałem ich brać. To była nieustanna huśtawka.

Co jest najtrudniejsze w życiu z tą chorobą, dla ciebie i twoich bliskich?
Chyba najgorsze jest przeskakiwanie z jednego bieguna na drugi. Poza tym w manii i hipomanii wzrastają wszelkie ryzykowne zachowania, również seksualne. Trudne może być to, że chorzy nagle znikają z domu i idą w imprezowe tango. Tak naprawdę najgorsza jest jednak samotność. Nawet jeśli bliscy dają nam wsparcie, to mimo najlepszych intencji często nie mają kompetencji do tego, żeby nam pomóc. Przecież jeśli komuś urwie nogę w wypadku, to bliscy jej nie przyszywają, robią to lekarze. Warto mieć tego świadomość.

Po czym poznać, że przeskakuje się z jednego bieguna na drugi?
Bardzo trudno to wyczuć. Człowiek musi nauczyć się obserwować siebie i rozpoznawać własne stany emocjonalne. A przede wszystkim przejść terapię. Teraz wiem, kiedy zaczynam mieć obniżony lub podwyższony nastrój. Gdy szybciej mówię, mam mniejszą potrzebę snu i łaknienia. Zaczynam to rozpoznawać i kontrolować. I mam świadomość, że jeśli przyjdzie trudniejszy moment, znowu wrócę na terapię.

Trudniej jest okiełznać manię czy depresję?
Kiedy człowiek zaczyna być w pierwszych fazach hipomanii, to wcale nie chce okiełznać tego stanu. Trzeba sobie wtedy uważnie odmówić pewnych rzeczy, które są dla nas pociągające. Bo jeśli poznało się piekło, to potem nie chce się do niego wracać. Nawet jeśli wrota do tego piekła wyglądają pięknie. U mnie największa walka jest o to, żeby wprowadzić do życia równowagę.

Stan równowagi, zwany eutymią, jest najważniejszy, bo wtedy jesteśmy sobą. Jakie sposoby radzenia sobie z chorobą wypracowałeś?
Trudno zachować w życiu równowagę, nie tylko choremu na dwubiegunówkę, także zdrowemu. Tyle że dla chorego to szczególnie ważne. Równowaga w życiu kosztuje nas kilka nawyków. Trzeba zmienić swoje życie, czasem nawet drastycznie. Za każdym razem, kiedy mówię o nawykowym, spokojnym i uważnym życiu, ludzie pytają mnie, gdzie tu miejsce na spontaniczność. Jak tak można żyć? To kwestia wyboru. Ja wybieram równowagę, kosztem imprez i zarywania nocy. Prawdziwe życie nie jest nudne. Każdy z nas może zadecydować sam, czy trzyma się zaleceń sprzyjających jego zdrowiu. Książka „Złap równowagę” pokazuje zmagania z chorobą, ale też nawyki, które prowadzą do pełnego, dobrego życia. Przydadzą się każdej zdrowej osobie. Chodzi o regularność i powtarzalne rytuały. U mnie jest to wczesne wstawanie i wczesne chodzenie spać. Każdy powinien wyregulować swój sen. Co prawda nie ma diety właściwej dla manii, ale w depresji warto jeść rzeczy, które korzystnie wpływają na układ nerwowy i mózg: orzechy, oleje, łosoś, brokuły. Bardzo ważna jest regularność. Trzeba też uważać na cukier, żeby sztucznie się nie buzować. Najlepiej wyeliminować też alkohol. I być aktywnym fizycznie. Jakakolwiek forma aktywności, choćby spacer, dobrze robi naszej korze czołowej. Poza tym w większości przypadków stosuje się w tej chorobie leczenie farmakologiczne.

Czy z dwubiegunówką żyje się już do końca, czy są szanse na wyleczenie?
To ciężka choroba, ale ja na nią nie choruję, tylko z nią żyję. I mogę żyć dobrze lub źle. Zdaję sobie sprawę z tego, że na niektóre rzeczy muszę uważać. Tak jak każdy z nas. Kiedy mężczyzna skończy czterdzieści lat, powinien co jakiś czas zrobić profilaktyczne badania prostaty. Bo zdrowie to nie jest kwestia szczęścia czy nieszczęścia. To kwestia zdrowych nawyków. Warto postawić sobie pytanie: Czym jest dla nas proces leczenia? Tak naprawdę chodzi o dążenie do siebie. Do naszego naturalnego „ja”. Do tego, kim jesteśmy. W terapii próbujemy odzyskać naszą prawdziwą tożsamość. Taką tożsamość odkrywa się właśnie w stanie eutymii. Nie ma co się tego bać.

Trudno odnaleźć własną tożsamość, będąc zdrowym, a co dopiero jeśli chorujemy na dwubiegunówkę.
To prawda. Ja dopiero w wyniki terapii odkryłem, że nie jestem wcale dzikim ekstrawertykiem, łaknącym towarzystwa innych ludzi. Jestem raczej uspołecznionym introwertykiem.

Czasem mówi się, że choroba dwubiegunowa pchnęła kulturę do przodu. Że to choroba artystów i wrażliwców.
Nie ma co mylić manii ze spontanicznością, a kreatywności z hipomanią. Czasami ludzie przywołują przykłady znanych osób, które chorują na dwubiegunówkę, ale to nie znaczy, że jeżeli mamy tę chorobę, będziemy wybitnymi politykami jak Winston Churchill. Albo że zostaniemy artystami. Czasem istnieje korelacja między częstością posiadania tej choroby a byciem artystą, ale to nie znaczy, że jedno wynika z drugiego.

Psycholog John D. Gartner w książce „The Hypomanic Edge: The Link Between (A Little) Craziness and (A Lot of) Success in America” twierdzi, że źródłem osiągnięć Ameryki są predyspozycje do większej aktywności: manii i hipomanii, odziedziczonej po przodkach osadnikach.
Istnieje teoria ewolucyjna, która mówi, że choroba afektywna dwubiegunowa służyła temu, żeby posuwać ludzkość do przodu. Dzięki niej ludzie podejmowali ryzyko i osiągali więcej. Nie wiemy, jak wyglądałaby kultura, gdyby nie było osób chorujących na depresję dwubiegunową, ale to nie jest tak, że fajnie mieć dwubiegunówkę, bo będzie się tak kreatywnym jak Sting albo Catherine Zeta-Jones. Osobiście najbardziej wzruszył mnie głos amerykańskiego przedsiębiorcy Tima Ferrissa, który działa w tej samej branży co ja. Zajmuje się produktywnością i rozwojem. Na nowo wskrzesił filozofię stoicką. W jednym ze swoich wykładów powiedział, że cierpi na chorobę afektywną dwubiegunową. To było dla mnie bardzo ważne. Poczułem wtedy, że nie jestem samotny w swoim doświadczeniu. Wiesz, to ciekawe, bo po lekturze mojej książki ludzie znajdują w sobie odwagę, żeby mówić o chorobach, nawet tych niezwiązanych ze zdrowiem psychicznym. Na przykład o tym, że ktoś choruje na hemofilię.

To chyba szczególnie ważne w środowisku, w którym pracujesz: marketingu i biznesu, nastawionych na sukces.
Trzeba wiedzieć, jak złapać oddech w tej napompowanej bańce sukcesu. W reakcji na książkę pisze do mnie wielu mężczyzn. Pewnie dlatego, że kulturowo przyjęło się, że facet nie może okazywać słabości. Tyle że tej choroby nie wolno postrzegać przez pryzmat słabości. Słabością jest to, że ktoś nic z tym nie robi. Nie leczy się. Mimo że czuje się źle. Emocje nie są oznaką tego, że ktoś jest słaby. Po to właśnie napisałem tę książkę, żeby dodać odwagi ludziom chorującym na dwubiegunówkę. Poza tym zacząłem ją pisać z samej potrzeby pisania, po zamkniętym procesie terapeutycznym. Istnieje fantastyczna technika Jamesa Pennebakera „expressive writing”, czyli ekspresywne pisanie. Przez kilka dni pod rząd siadałem na 20 minut i zapisywałem przeżycia związane z trudnymi emocjami. Opisywałem swoje doświadczenia, analizowałem emocje. To bardzo porządkuje pewne sprawy.

Co zabrała ci ta choroba? A co ci dała?
To, co straciłem, to przyjaźnie, które nie przetrwały próby dwubiegunówki. Część z nich z czasem wróciła. To, co zyskałem dzięki tej chorobie i pracy nad sobą, to umiejętność przyglądania się światu z wielu perspektyw. Mówi o tym Shawn Achor, badacz psychologii pozytywnej – patrzmy na trudną sytuację nie jak na koniec, ale jak na początek. Dostałem diagnozę choroby dwubiegunowej, ale spójrzmy na nią z innej strony. To jest właśnie początek procesu leczenia. Dzięki chorobie trafiłem też na technikę uważności mindfulness. Poszerzyła ona spektrum patrzenia na siebie. Na moją osobowość i tożsamość. Zmieniła mnie. Teraz jestem o wiele bardziej produktywny, niż byłem w swoim największym hipomaniakalnym pędzie, bo pracuję inaczej, lepiej. Skupienie przychodzi mi z większą łatwością. W manii czy hipomanii pojawia się wiele pomysłów, ale niewiele z nich się realizuje. Kiedyś byłem otwarty na wszystkie propozycje. Nie szkodzi, że dwa tygodnie pod rząd pracowałem po czternaście godzin. Dopiero teraz stawiam sobie zdrowe granice.

Na twojej skrzypce mailowej jest automatyczna odpowiedź: „Pocztę sprawdzam raz dziennie, przez godzinę. Na mail odpowiem, ale niekoniecznie od razu. Daj mi do trzech dni roboczych”.
Bo ten stan równowagi nie jest dany raz na zawsze. Czasami coś wybija mnie z tego zdrowego rytmu. To może być intensywny dzień, pełen stresu, zdenerwowania i braku snu. Wystarczy, żeby zburzyć równowagę. Wtedy włączam tryb dbania o siebie. Trochę jakbym był życiowym sportowcem, który wie, że nie może się przetrenować.

To ciekawe, że w chorobie dwubiegunowej pomogła ci psychologia pozytywna, zajmująca się podłożem dobrego samopoczucia i szczęścia – kojarzona raczej z rozwojem zasobów i zapobieganiem chorobom, niż z ich leczeniem.
W zachowaniu równowagi bardzo pomógł mi – i nadal pomaga – model PERMA Martina Seligmana, twórcy psychologii pozytywnej, który nawiązuje do obszaru związanego z szukaniem innej perspektywy w życiu. Ten model pracuje na naszych mocnych stronach. Jest rozwojowy także dla osób chorych na dwubiegunówkę. Chodzi o pozytywne emocje. Takie jak zaangażowanie w to, co się robi, czyli znajdowanie takiej pracy, w której widzimy sens. Relacje z drugim człowiekiem. Sens, cel i znaczenie. To brzmi patetycznie: „znaleźć swój cel w życiu”, ale właśnie wtedy człowiek odkrywa siebie. Ostatni element modelu to osiągnięcia. Ale nie mierzone tym, czy ktoś ma czegoś więcej, tylko wyznaczone walutami osobistymi. Czyli tym, co jest dla mnie w życiu istotne. To są nasze największe osiągnięcia. Ważną rzeczą jest to, żeby dążyć w życiu do prawdy, nawet jeśli jest niewygodna. To dla mnie największa wartość. Nie tylko w życiu, także w biznesie. To oznacza, że nasze ego musi czasem ustąpić miejsca prawdzie. W życiu nie zawsze chodzi o to, żeby mieć rację. Chodzi o prawdę, a to skutek uboczny każdej terapii.

  1. Psychologia

Związek z osobą chorą psychicznie - jak sobie z tym poradzić?

Na początku zwykle oboje walczą o relację, rodzinę i zdrowie. Problem zaczyna się, gdy partner nie chce uznać choroby czy też nie chce się leczyć. (Fot. iStock)
Na początku zwykle oboje walczą o relację, rodzinę i zdrowie. Problem zaczyna się, gdy partner nie chce uznać choroby czy też nie chce się leczyć. (Fot. iStock)
Kiedy partner zapada na chorobę psychiczną, można to potraktować jako swoiste „sprawdzam”,  które wypowiada los. Czy słowa, które deklaruję, obietnice, które składam, i wiara w nasz związek – są prawdziwe, czy zarezerwowane wyłącznie na czas dobrobytu? Jak mądrze stawić czoło nowej sytuacji, ale też kiedy dać sobie prawo do tego, by powiedzieć „dość” i odejść?

Jedną z pierwszych reakcji na wieść o tym, że osoba, którą kochasz, zaczyna chorować psychicznie, jest lęk. Bez względu na rodzaj choroby, zostaje przed tobą postawione trudne zadanie – wspierania, towarzyszenia i pomagania osobie chorej lub podjęcia decyzji o zerwaniu relacji. Ten ostateczny krok – chociaż może sprawiać wrażenie stojącego w opozycji do miłości czy złożonej obietnicy „na dobre i złe” – czasami jest konieczny. Zwłaszcza jeśli osoba chorująca zachowuje się agresywnie (wobec siebie czy innych), odmawia leczenia lub je sabotuje.

Jeśli decydujesz się żyć z osobą chorą psychicznie i aktywnie uczestniczyć w procesie jej leczenia, możesz to wyzwanie potraktować jako okazję do głębszego poznania siebie i wzmocnienia własnej struktury osobowości.

W pierwszej kolejności trzeba nabrać umiejętności radzenia sobie z lękiem. W tym celu warto skorzystać z pomocy psychoterapeutycznej (na przykład krótkoterminowej terapii w nurcie behawioralno-poznawczym). Można również rozważyć kilka sesji coachingowych – najlepiej u coacha, który również jest psychoterapeutą. Źródłem wsparcia będą też treningi i warsztaty radzenia sobie ze stresem, trudnymi emocjami czy szkolenia z zakresu asertywności. Jest to tym bardziej istotne, że chory partner, przynajmniej na początku, zajmuje prawie całą przestrzeń związku.

Pamiętaj też, że w każdym momencie masz prawo podjąć decyzję o tym, że potrzebujesz przerwy, rozstania lub zmiany formy relacji.

Sztuka proszenia o wsparcie

Uczucia, z którymi przyjdzie się zmierzyć na kolejnych etapach choroby partnera, to – oprócz lęku – smutek, zwątpienie, bezradność, złość. By przetrwać trudny czas, dobrze jest nauczyć się szczerze je wyrażać – niekoniecznie w rozmowie z chorym partnerem, zwłaszcza jeśli nie potrafi lub nie może (w tym momencie) ich przyjąć, ale z kimś bliskim i życzliwym. Nie wahaj się prosić o wsparcie, spotkanie, spacer po lesie, wyjście na basen czy krótki wyjazd. Znajdź czas dla siebie i przestrzeń, w której choroba nie będzie grać pierwszych skrzypiec. Opiekowanie się drugą osobą męczy. Nawet jeśli kochamy i wiemy, że zostaniemy bez względu na wszystko. Pomagający często sami stawiają przed sobą zbyt duże wymagania – oczekują, że zniosą wszelkie nastroje, emocje, wytrzymają, zrozumieją, pocieszą. To krótka droga do wypalenia, a w konsekwencji – zagubienia miłości.

Odzyskiwanie równowagi

Zarówno medycyna konwencjonalna, jak i naturalna traktują chorobę jako pewną formę zaburzenia równowagi. Jeśli na związek spojrzeć jak na połączenie dwóch osób, które biorą, dają, proszą i odmawiają mniej więcej w równych proporcjach – to choroba będzie czynnikiem tę równowagę zaburzającym. Dlatego warto pamiętać, że mamy prawo odmawiać, prosić, brać, a nie tylko dawać osobie chorej – nawet jeśli przez pewien czas okaże się, że musimy dawać znacznie więcej. Tak przejawia się nie tylko dbałość o siebie, ale i dbałość o relację.

Ważną sprawą jest wyznaczanie granic i ustalenie zasad trwania relacji, pracy, opiekowania się domem czy wspólną przestrzenią. Często sensownym pomysłem jest zaangażowanie do pomocy innych bliskich. Najlepiej poszukać wsparcia wśród tych, którzy mają za sobą chorobę psychiczną lub życie z chorym partnerem. Od czytania wpisów na forach internetowych często bardziej wartościowe jest spotkanie się z osobą, która o swoich przeżyciach napisała na blogu. Prośba o spotkanie może być krępująca i wymagać odwagi, ale gdy już do niego dojdzie, zyskamy możliwość swobodnego zadawania pytań i uzyskania informacji z pierwszej ręki.

Rozmowa z Sylwią Fajkowską

Co się dzieje w związku, w którym jedna z osób zachorowała psychicznie? Moje doświadczenie pokazuje, że jeśli choroba pojawia się w czasie trwania związku, to zwykle partnerzy starają się wesprzeć chorujących. Walczą o relację, rodzinę i zdrowie. Problem zaczyna się, kiedy osoba chorująca nie chce uznać choroby czy też nie chce się leczyć. Zdarza się, że pomimo wysiłków partnera, związek się rozpada.

Jak zadbać o siebie, gdy dba się o drugą osobę? Jeśli partner chce wspierać chorującego, musi zadbać o własne zdrowie psychiczne. Ważna w tej sprawie jest wiedza na temat zaburzeń, tego, w jaki sposób funkcjonuje osoba w remisji choroby czy też co jest objawem chorobowym. Przydatne są grupy psychoedukacyjne, rozmowa z lekarzem czy grupy wsparcia dla rodzin osób chorujących. To miejsce na wyrażenie wątpliwości, odreagowanie codziennych trudności, a także kopalnia wiedzy na temat sposobów radzenia sobie we wspieraniu. Warto również skorzystać z pomocy psychologa czy terapeuty. Bardzo dużo zależy od naszej psychiki, ale też wsparcia otoczenia. To ważne, aby nie rezygnować z relacji z najbliższymi czy przyjaciółmi. Kontynuować działania, które poprawiają samopoczucie czy pozwalają odpocząć: uprawiać sport, chodzić do kina… Ale też mówić o swoich trudnościach i prosić o pomoc, gdy jest potrzebna.

Co zrobić, jeśli nie ma się wiedzy i doświadczenia medycznego czy psychologicznego? Dobrze jest wtedy zasięgnąć porady kogoś doświadczonego w tym zakresie, a także motywować osobę, która zaczyna chorować, do zgłoszenia się o pomoc do poradni zdrowia psychicznego czy też skorzystania z konsultacji u specjalisty w innym miejscu. Jeśli następuje nagłe pogorszenie samopoczucia, osoba zagraża sobie bądź otoczeniu, jest ekstremalnie pobudzona, nasilają się objawy psychotyczne – możemy wezwać pogotowie ratunkowe albo też zawieźć ją do najbliższej izby przyjęć szpitala psychiatrycznego czy ogólnego. W stanach nagłych może zostać przyjęta do szpitala psychiatrycznego bez skierowania (zgodnie z art. 22 Ustawy o ochronie zdrowia psychicznego). Zdarza się, że osoba chorująca nie wyraża zgody na przyjazd pogotowia czy leczenie, jednak niepodjęcie działań może mieć dla niej czy otoczenia dramatyczne konsekwencje. Dlatego jeśli zachodzi podejrzenie choroby psychicznej, pacjent może być przyjęty do szpitala bez swojej zgody (zgodnie z art. 29 tej samej ustawy). To trudna sytuacja dla partnera i rodziny, lecz bywa konieczna.

Jak skutecznie wyznaczać granice osobie chorej psychicznie? Czy to w ogóle możliwe? Dobrze, aby osoba wspierająca sama wiedziała, gdzie są jej granice w tej relacji. Była stanowcza, a nie manipulacyjna czy szantażująca. Zdarza się bowiem, że – jak w każdym związku – partner ma wymagania, a jednocześnie niewypełnienie ich nie powoduje żadnych konsekwencji. Ważne, aby granice wytyczane osobie chorującej były urealnione, czyli możliwe do spełniania. Trzeba też sobie szczerze odpowiedzieć na pytania: Co jestem w stanie poświęcić? Co jestem w stanie pomieścić? Na co mogę się zgodzić? Co jest już ponad moje siły? Jeśli ktoś jest zdecydowany na pozostanie w związku, to ważne, by rozpoczął proces poszukiwania nowych rozwiązań, które pozwalają czerpać satysfakcję z bycia w relacji, bez zatracania się czy nieustającego poświęcenia.

Jak może zmienić się relacja, jeśli partner nie zdrowieje? Rozpatrywanie wyleczenia partnera w przypadku chorób psychicznych często jest kłopotliwe. Osoby, które kontynuują leczenie farmakologiczne i korzystają z pomocy psychologa czy psychoterapeuty, mogą poprawić swój stan i pracować, uczyć się oraz w pełni uczestniczyć w życiu rodzinnym czy społecznym. Czasami zmienia się więź łącząca partnerów. Z relacji miłosnej przechodzi w relację przyjacielską. Każdy przypadek jest inny, zależy od etapu życiowego, na którym jest para, diagnozy, tego, czy osoba chorująca podejmuje leczenie, oraz tego, jaki poziom agresji czy autoagresji towarzyszy objawom chorobowym. W sytuacji, kiedy głównym powodem rozstania jest brak leczenia i zachowania agresywne, autoagresywne bądź dyssocjalne, osoby wspierające raczej wycofują się ze wsparcia czy też zrywają kontakt. Często same wymagają potem pomocy terapeutycznej.

Czego możemy się uczyć od samej choroby i chorego? To sytuacja, która konfrontuje nas z naszymi przekonaniami czy ograniczeniami. Możemy przyglądać się sobie i innym, badać własne reakcje na inność czy nierówność w kontakcie. To również duża lekcja życia z niepewnością. I choć wiele czynników może powodować lęk o przyszłość, życie z osobą chorującą psychicznie każe skupiać się na bieżących wydarzeniach, uczy reagowania w teraźniejszości. Pamiętajmy, że aby wspierać, trzeba samemu mieć wsparcie. Czyli umieć prosić o pomoc i ją przyjmować. Poszukiwać tego, co będzie stanowiło zasoby, z których będziemy czerpać w trudnych momentach. Nie jesteśmy niewyczerpywalnym źródłem, dlatego pamiętajmy o systematycznym napełnianiu go.