1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Cisza może nas ocalić - naucz się jej świadomie doświadczać

Cisza może nas ocalić - naucz się jej świadomie doświadczać

Cisza jest w nas cały czas, musimy tylko ją odnaleźć. (Fot. iStock)
Cisza jest w nas cały czas, musimy tylko ją odnaleźć. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Cisza jest w nas cały czas, musimy tylko ją odnaleźć. „Wsłuchaj się w siebie” znaczy według mnie dokładnie to samo, co „doświadcz swojej ciszy”. Nie da się tego zrobić wśród hałasu ani w wiecznym pędzie – mówi podróżnik i filozof Erling Kagge.

Czym jest cisza?
To jesteś ty, a hałas to wszyscy inni wokół. Cisza znajduje się w tobie i we mnie, ale każda z nich jest inna. Oczywiście, nie mówię tu o ciszy, która nas otacza, ale o tej wewnętrznej, która jest przeżyciem osobistym. To ważne, żeby je rozdzielić. Wcale nie potrzebujemy spokojnego miejsca, by doświadczyć swojej wewnętrznej ciszy. Ona może pojawić się wszędzie, nawet w zgiełku.

Co panu dała cisza?
Jej odkrycie bardzo wzbogaciło moje życie. Dzięki niej jestem w stanie choć na chwilę stać się bezludną wyspą. W ciszy mogę się zatrzymać, doświadczyć teraźniejszości i spotkać się ze swoim wewnętrznym ja. To pozwoliło mi lepiej poznać samego siebie, dokonać paru odkryć. Ale też paradoksalnie bardziej otworzyłem się na świat i innych ludzi. Mamy w Norwegii, skąd pochodzę, takie powiedzenie: że nie możesz zobaczyć lasu, bo drzewa go zasłaniają. Z ciszą jest podobnie. Ona jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy ją w sobie odnaleźć. Potrzeba ciszy, którą w sobie odkryłem, nurtowała mnie na tyle, że zacząłem snuć wokół niej rozważania. Z nich właśnie wykluła się książka „Cisza...”, która w 33 rozdziałach odpowiada na pytanie, czym jest cisza i jak ją odnaleźć.

Jak pan dojrzewał do tej ciszy? Od czego zaczął jej doświadczanie w swoim życiu?
Gdy byłem dzieckiem, cisza kojarzyła mi się z nudą, smutkiem, czekaniem na coś i tym, że nic się nie dzieje. A potem jako 20-latek zacząłem spędzać więcej czasu wśród przyrody i oswajać się z ciszą. Gdy miałem 35 lat, ruszyłem na wyprawę na biegun południowy.

No właśnie, jako pierwszy człowiek na przełomie lat 1992 i 1993 zdobył pan samotnie Antarktydę. Dzięki temu wyczynowi trafił pan nawet na okładkę magazynu „Time”. Skąd ten pomysł, żeby ruszyć na biegun południowy bez pomocy z zewnątrz?
Zdecydowałem się na totalne odcięcie od świata i nie utrzymywałem łączności radiowej przez 50 dni i nocy, bo tyle mi ta wyprawa zajęła. Antarktyda to najcichsze miejsce na Ziemi. Tam zrozumiałem, że nasze mózgi są bardziej bezkresne niż niebo.

Zwykł pan mówić, że żeby dojść na biegun, trzeba po prostu postawić jedną nogę za drugą dostateczną liczbę razy. Strategia małych kroków zawsze się sprawdza?
Sukces wielu rzeczy w życiu polega właśnie na tym, że robimy jeden krok na raz i na tym się skupiamy. Dzięki takiemu myśleniu doszedłem na biegun, ciągnąc wszystko – od opału po jedzenie – na sankach. Dziś nie wydaje mi się to takie trudne, ale wiele rzeczy widzianych z dystansu takimi się staje. To, że nie miałem radia, zdawało się komplikować sprawę, ale tak naprawdę to była wielka ulga. Nie musiałem nieustannie zdawać relacji i mogłem się skupić na drodze. Miałem przerwę. Myślę, że marsz na biegun i rozmawianie przez telefon satelitarny byłyby o wiele większym wyzwaniem [śmiech]. A sama wyprawa na Antarktydę, tych 50 dni i nocy, to było niezwykle wzbogacające przeżycie. Bardzo głęboko doświadczyłem ciszy i uważam, że każdy powinien taką wyprawę przeżyć, choć to, oczywiście, niemożliwe. Ale jeżeli nie możesz wybrać się na biegun południowy, znajdź swój własny biegun.

Gdzie go szukać?
Przede wszystkim w sobie. Chodzi o wyprawę do wewnątrz siebie. A ona jak każda podróż zawsze zaczyna się od pierwszego kroku.

Jaki mógłby być ten pierwszy krok dla początkujących amatorów ciszy?
Z pozoru niewielki. Każdego dnia spróbujmy na chwilę odstawić wszelką elektronikę. Niech to będzie pięć, dziesięć minut. Kolejny krok to wprowadzenie chwili ciszy do naszej codziennej rutyny. Potem nieco ją wydłużmy.

Jak nauczyć się doświadczać ciszy?
Postarać się wyłączyć świat dookoła. Odciąć się. Starać się nie myśleć. Bo jak pozwolimy myślom biec, polecą w przeszłość albo przyszłość. A tu chodzi o to, żeby być tu i teraz. Czuć chwilę. Warto poprosić domowników, żeby nie przeszkadzali. Usiąść, zamknąć oczy albo wręcz przeciwnie – wstać i przejść się, i zatrzymać świat. Nie musi być na długo. Cisza prędzej czy później do nas przyjdzie. To nie jest skomplikowane.

Są na osiągnięcie ciszy jakieś patenty?
Można ją znaleźć za pomocą jogi, medytacji, hipnozy, mindfulness. Można też się zaszyć w klasztorze albo pojechać na warsztaty. To wszystko pomaga, ale nie jest konieczne. Bo cisza tkwi w nas cały czas. Musimy ją tylko odnaleźć. Mogę zagwarantować, że gdy nam się to uda, ona nas wzbogaci. Sprawi, że życie stanie się lepsze i ciekawsze. Bo gdy zagłuszamy ciszę, otaczamy się hałasem, to każdy dzień jest podobny, galopuje w tym samym rytmie i ani się obejrzymy, a już go nie ma. To dlatego wielu ludzi skarży się, że czas mija im zbyt szybko, że nie czują, że żyją, że nie wiedzą, kiedy to życie im zleciało. Tymczasem życie wcale nie jest za krótkie. Jego długość jest idealna. Tylko trzeba je przeżyć bardziej świadomie. Jeśli się wyciszysz i każdego dnia choć na chwilę staniesz się centrum własnego życia, będziesz zauważała, jak ono płynie.

Przyroda pomaga w odnalezieniu ciszy?
Ogromnie. Jestem Norwegiem, ale myślę, że w Polsce jest podobnie – macie fantastyczną przyrodę i niesamowite miejsca do wędrowania czy spacerowania. A poruszając ciało, poruszasz też i umysł. Chociaż ciszę, która jest wszędzie tam, gdzie my się znajdujemy, można również odnaleźć w głośnym centrum Warszawy. Mnie się to udało. Jednak na łonie natury przychodzi to zdecydowanie łatwiej. Podczas wędrówki na biegun cisza i brak słów sprawiły, że zacząłem dostrzegać wiele odcieni bieli oraz niesłyszane wcześniej dźwięki śniegu czy lodu. Cisza mnie uwrażliwiała. Dzięki niej właśnie czujemy się częścią natury. Tego uczucia często doświadczają ludzie wędrujący – czy to po lasach wokół Zakopanego, czy po fiordach Norwegii. Na biegunie południowym udało mi się to odczuć głębiej, bo znajdowałem się sam w ogromnej przestrzeni. Może dlatego to uczucie bycia coraz bliżej natury stało się mocniejsze.

'Podczas wędrówki na biegun cisza i brak słów sprawiły, że zacząłem dostrzegać wiele odcieni bieli oraz niesłyszane wcześniej dźwięki śniegu czy lodu. Cisza mnie uwrażliwiała' - mówi Erling Kagge. (Fot. iStock) "Podczas wędrówki na biegun cisza i brak słów sprawiły, że zacząłem dostrzegać wiele odcieni bieli oraz niesłyszane wcześniej dźwięki śniegu czy lodu. Cisza mnie uwrażliwiała" - mówi Erling Kagge. (Fot. iStock)

Przeżył pan szok, gdy wrócił z bieguna do codzienności?
Pierwszym szokiem była konieczność mówienia. Ale zostały mi wspomnienia i to, czego się tam nauczyłem. Dziś ciszę zdarza mi się odnajdywać, gdy zmywam naczynia, słucham muzyki, czytam, leżę na kanapie, uprawiam seks. Można ją odnaleźć na wiele różnych sposobów.

Którą ciszę ze wszystkich,  jakich pan doświadczył, uważa pan za najważniejszą? Tę z bieguna południowego, z Arktyki, z Mount Everestu, z rejsu przez Atlantyk czy może jeszcze jakąś inną?
Codzienna cisza jest dla mnie najważniejsza. Nie ta spektakularna na Arktyce czy na Mount Evereście.

Uważa pan, że potrzebujemy właśnie ciszy, żeby odnaleźć siebie i osiągnąć równowagę. Tymczasem wielu ludziom kojarzy się ona z czymś kłopotliwym i nudnym.
Dyskomfort, który odczuwany w ciszy, to nie jest nowe zjawisko, to coś głęboko ludzkiego i występującego równolegle z potrzebą ciszy, którą odczuwaliśmy od zawsze. „Poznaj siebie, wsłuchaj się w siebie” – to najstarsze porady na świecie. A do poznania siebie niezbędna jest cisza. Powinniśmy podejść do tego poważnie. Według mnie „wsłuchaj się w siebie” znaczy dokładnie to samo, co „doświadcz swojej ciszy”. Nie da się tego zrobić wśród hałasu ani w wiecznym pędzie. Kiedyś świat toczył się wolniej, w ostatnich latach zaczął pędzić bez opamiętania. Trzeba się umieć odciąć.

Cisza jest w niebezpieczeństwie?
Hałas z telefonów, monitorów, telewizorów, reklam, samochodów, tłoku – to wszystko nas rozprasza, absorbuje, zagłusza. Nadużywamy technologii, daliśmy się jej zdominować. Ludzie lubią wybierać najłatwiejsze ścieżki i iść na skróty, najlepszy przykład to ucieczka w hałas i zagłuszanie emocji. Kusi nas niekończące się sprawdzanie mejli, Facebooka, Instagrama, SMS-ów czy przeglądanie newsów, koniec końców wciąż czytamy to samo. Najgorsze jest to pozorne wrażenie, że coś może nas ominąć! Być cały czas zajętym jest o wiele prościej niż usiąść, wyłączyć wszystko i postarać się myśleć. W ciszy zupełnie inaczej widzimy świat, bo patrzymy na niego z innej perspektywy i, co więcej, poprzez swoje własne oczy, ciało, umysł, słuch i węch, a nie za pośrednictwem ekranu, komputera czy innych urządzeń lub ludzi.

Niełatwo się zatrzymać i dać popędzić światu bez nas.
Filozof Blaise Pascal już w XVII wieku stwierdził, że nieszczęście ludzi bierze się z tego, że nie mogą wytrzymać bez nicnierobienia. Napisał: „Całe nieszczęście ludzi pochodzi z jednej rzeczy, to jest, że nie umieją pozostać w spokoju i w izbie”. Więc to nie telewizja, Internet czy smartfony są winne. Bo dyskomfort, jaki wywołuje przebywanie w samotności, był z człowiekiem dużo wcześniej. Od wieków byciem w ruchu, zaabsorbowaniem myśli muzyką, a teraz hałasem czy technologią staramy się zagłuszyć niepokój, który towarzyszył nam od zawsze. Dziś żyjemy w epoce hałasu, a cisza stała się luksusem.

W książce cytuje pan wyniki badania naukowców z uniwersytetów Harvarda i Wirginii, według których większość badanych odczuwa przykrość, gdy przebywa przez kwadrans samotnie w pustym pomieszczeniu, nic nie robiąc. Co zadziwiające, więcej niż połowa z nich wolała poddać się bolesnemu kopnięciu prądem niż wytrzymać do końca w samotności.
Też mnie to zdziwiło. Ale jeśli się zastanowimy, właśnie o tym pisał cztery wieki temu Pascal. Jeszcze nie tak dawno spędzenie kwadransa offline, bez połączenia ze światem, było dla moich trzech nastoletnich córek torturą. To spostrzeżenie stało się dla mnie impulsem do przemyśleń o ciszy i do napisania o niej książki.

Udało się panu przekonać córki do ciszy?
Dwie starsze tak – mają 21 i 18 lat. Ale najmłodsza, 15-latka, nie rozumie, o co mi chodzi. Uważa, że cisza to strata czasu i głupota. Przyjmuję to z pokorą, bo to kwestia wieku. Gdy się ma 15 lat, cisza oznacza smutek, bycie samemu, czyli wykluczenie z grupy. Starsze córki widzą to już inaczej. Zaczęły patrzeć na życie z szerszej perspektywy. Do ciszy trzeba dojrzeć.

Nuda jest sprzymierzeńcem ciszy?
Tak. Dobrze się czasem ponudzić.

Cisza to niemówienie. Ale czy ona może powiedzieć więcej niż słowa?
Jeżeli chcesz być z kimś blisko, powinieneś umieć i móc z tą osobą pomilczeć. Cisza zdecydowanie mówi więcej niż słowa. A jeżeli cały czas ją zagłuszasz, to coś nie tak. Trudno utrzymać taką relację. Poza tym życie bywa za bardzo skomplikowane, żeby wszystko wyrażać słowami. Powiedzenie komuś „kocham cię” jest miłe. Jednak tu chodzi o to, w jaki sposób się zachowujesz, jak tę osobę traktujesz, jak na nią patrzysz. Słowa mogą kłamać, ale cisza nigdy nie kłamie. Może dlatego, że w ciszy trudniej kłamać.

I mówi to pisarz, autor siedmiu książek i założyciel popularnego wydawnictwa.
Wiele rzeczy łatwiej zrozumieć w ciszy niż opisać słowami. Czasem, gdy widzi się pary w kawiarni, wystarczy na nie popatrzeć, by wywnioskować, czy ich relacja jest dobra. Nie trzeba z nimi rozmawiać. Milczenie jest równie pełne treści co słowa.

W książce cytuje pan badania mówiące o tym, że ludzie umieją obecnie utrzymać pełną koncentrację przez zaledwie osiem sekund. W 2000 roku było to 12 sekund.
To zaskakujące. Ale gdy wszyscy chorują, choroba staje się normą. Codzienne życie, funkcjonowanie w mieście, w mediach, w Internecie dostarcza nam tylu bodźców i informacji, że większości z nich nawet nie zauważamy ani nie słyszymy.

Co się stanie, gdy ciszy zabraknie?
Nie oszalejemy. Ale wszyscy będziemy żyć podobnym, pełnym pędu, hałasu i braku refleksji życiem. Jesteśmy istotami społecznymi, stworzonymi do bycia w grupie i wśród innych. Jednak ani w grupie, ani w hałasie nie możemy być cały czas. Potrzeba wielu rzeczy i czynników, by mieć bogate życie, jednym z nich – ważnym i niezbędnym – jest cisza. Może nas ocalić.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Potrzebujemy ciszy. Jak hałas wpływa na nasze zdrowie?

Wyczyścimy bałagan życiowy, który naniósł hałas, i nauczymy się czerpać korzyści z ciszy. (Fot. iStock)
Wyczyścimy bałagan życiowy, który naniósł hałas, i nauczymy się czerpać korzyści z ciszy. (Fot. iStock)
Cisza jest konieczna dla naszego dobrostanu fizycznego i psychicznego. Tymczasem żyjemy w hałasie, w którym nie słychać własnych myśli. Jak chronić się przed wszechobecnym zgiełkiem? Jak nie bać się ciszy?

Hałas jest groźny - uszkadza słuch, przyczynia się do rozwoju chorób serca oraz przedwczesnego starzenia. Ma negatywny wpływ na psychikę, pogarsza zdolności poznawcze u dzieci i powoduje problemy ze snem. Ten uliczny może nawet zwiększać problemy z zajściem w ciążę i ryzyko udarów. Lista strat jest długa, a naukowcy wciąż ją wydłużają. Gdzie leży granica, za którą popularne dźwięki zaczynają nam zagrażać?

Nie męcz mięśni

To, czy dźwięki, które docierają do twoich uszu, ci zaszkodzą, zależy m.in. od tego, jak bardzo są głośne, jak długo je słyszysz i... czy je lubisz. Niektóre dźwięki (m.in. odgłos startującego w pobliżu odrzutowca, ale też wybuchających w odległości metra fajerwerków) są tak agresywne, że mogą od razu uszkodzić słuch. W szczególnych przypadkach może dojść nawet do pęknięcia błon bębenkowych, ale na szczęście prawdopodobieństwo narażenia na takie decybele w codziennym życiu jest prawie zerowe.

Kolejna grupa to dźwięki głośne, ale odbierane jako przyjemne. - To np. te, które płyną z głośników podczas koncertu ulubionego wokalisty. Jeśli chcielibyśmy być precyzyjni, nie powinniśmy przyjemnych dźwięków nazywać "hałasem", mimo że mogą nam zaszkodzić. One nie wpływają negatywnie na żaden układ czy narząd naszego organizmu poza słuchem, bo jeśli decybeli jest zbyt dużo i zbyt długo jesteśmy na nie wystawieni, może dojść do uszkodzenia komórek słuchowych - mówi dr n med. Elżbieta Włodarczyk, ordynator Kliniki Audiologii i Foniatrii Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu. - Jednostajny głośny dźwięk bywa dużo bardziej szkodliwy dla uszu niż bardzo głośny, ale jednoimpulsowy. Mechanizm działania ucha polega na tym, że gdy słyszy głośny dźwięk, malutkie mięśnie, które są w uchu środkowym, unieruchamiają błonę bębenkową i nie pozwalają, by taka masa dźwięku dotarła do ucha wewnętrznego. Jednak te mięśnie w końcu muszą się zrelaksować, więc jeśli głośny dźwięk dociera do nas zbyt długo, po pewnym czasie się rozluźniają i wpuszczają go do ucha wewnętrznego.

Na koncert w zatyczkach

Jak rozpoznać, że dźwięk, który słyszymy, dociera do nas zbyt długo i jest zbyt głośny? Przede wszystkim warto dowiedzieć się, ile ma decybeli. Możemy próbować to oszacować na podstawie dostępnej w Internecie bazy Noise Navigator, w której znajduje się ponad 1700 "źródeł" różnych dźwięków, także takich jak lekcja jogi, zmywarka czy biblioteka, albo skorzystać z aplikacji mobilnej, która mierzy poziom dźwięku. Choć niestety z różną dokładnością... Potem trzeba sprawdzić, jak długo taki dźwięk jest dla nas bezpieczny. Przyjmuje się np., że 109 dB (mniej więcej tyle dociera do nas na koncercie rockowym) jest ryzykowne już po niecałych dwóch minutach.

- Po koncercie stosunkowo często dochodzi do tzw. zmęczenia słuchowego - trochę gorzej słyszymy, mamy problem ze zrozumieniem mowy, a czasem szum w uszach. Zwykle po dwóch-trzech dniach wszystko wraca do normy, ale oczywiście zawsze jest ryzyko, że tak się nie stanie. Zwłaszcza jeśli do takiego pogorszenia słuchu dochodzi często - mówi dr n. med. Elżbieta Włodarczyk i radzi, by przynajmniej w trakcie koncertów nie stać w najgłośniejszym miejscu i często robić sobie przerwy, czyli wychodzić tam, gdzie jest cicho. Warto również rozważyć zabranie zatyczek. Niektórzy już tak robią, a zespół Pearl Jam, poruszony poważnymi problemami ze słuchem, jakich nabawił się wokalista AC/DC, rozdawał swoim fanom zatyczki przed koncertem.

A co ze słuchaniem muzyki w słuchawkach? Można to robić i według dr Elżbiety Włodarczyk nie ma znaczenia, czy są one douszne, czy nauszne, pod warunkiem, że dźwięk nie jest zbyt głośny. Jeśli tak jest to te douszne są bardziej niebezpieczne, bo droga jaką pokonuje dźwięk do ucha wewnętrznego, jest znacznie krótsza.

Nielubiane dźwięki

Są też dźwięki irytujące i męczące (i nawet nie muszą być bardzo głośne), jak np. odgłosy ruchliwej ulicy, remontu za ścianą czy rozmów w open space. - Tak naprawdę to właśnie dla nich powinno się rezerwować słowo "hałas" - mówi dr Elżbieta Włodarczyk. - One zawsze mają negatywny wpływ na cały organizm, chociaż jeśli są ciche, akurat słuchu bezpośrednio nie uszkodzą.

Wywołują jednak natychmiastowy efekt fizjologiczny, np. wzrost ciśnienia krwi czy przyśpieszenie akcji serca. Im dłużej jesteśmy wystawieni na ich działanie, tym gorsze skutki - nasza odporność maleje, dochodzi do zaburzeń hormonalnych i poziomu elektrolitów, wzrasta ryzyko chorób serca i udarów, a nawet zaburzeń psychicznych. Pojawiają się problemy ze snem, koncentracja, nauką i pracą.

Niestety, w przypadku dźwięków uciążliwych o wiele trudniej sprecyzować, co i jak szybko nam zaszkodzi. Wiele zależy bowiem od subiektywnej oceny dokuczliwości. Pewne pojęcie o możliwych zagrożeniach dają nam jednak wytyczne Europejskiej Agencji Środowiska, które mówią, że wskaźnik hałasu w ciągu dnia nie powinien przekroczyć 55 dB, a w nocy 50 dB. Chodzi głównie o hałas drogowy, który Światowa Organizacja Zdrowia uznała za drugie, po zanieczyszczeniu powietrza, zagrożenie środowiskowe w Europie. W Polsce zbadano sytuację akustyczną 10 mln mieszkańców aglomeracji i okazało się, że w przypadku ponad połowy z nich hałas w ciągu dnia przekracza ustalone normy. W 33 krajach europejskich w takiej sytuacji jest w sumie 100 mln ludzi.

Ochrona przed hałasem

Co można z tym irytującym, płynącym z różnych stron hałasem zrobić? Zacznijmy od domu. Na pewno warto starannie wybierać miejsce zamieszkania - bliskość ruchliwej ulicy jest zwykle gorsza niż torów kolejowych. Jeśli nie planujemy przeprowadzki, możemy rozważyć wygłuszenie ścian, zawieszenie zasłon i umieszczenie sypialni w tej części mieszkania, która jest mniej narażona na hałas. Druga sprawa to sprzęty. Kupując sprzęt AGD, wybierajmy ten cichszy, a jeśli chodzi o hałaśliwe sąsiedztwo - rozmawiajmy: z sąsiadami, ze wspólnotą czy z administratorem, z ekipą remontową.

- Ostatnio nowy sąsiad zaczął u nas w bloku generalny remont. Po kilku dniach koszmarnego hałasu zadzwoniłam do niego domofonem - wspomina 30-letnia Iza, graficzka. - Nie mogę nikomu zabronić burzyć ścian, piłować czy wiercić w ciągu dnia, ale próbowałam chociaż dowiedzieć się, kiedy planuje głośniejsze roboty, żeby na ten czas przenieść się do przyjaciółki. Sąsiad stwierdził, że ma prawo do remontu i nie musi udzielać mi żadnych informacji, i trzasnął słuchawką. Na szczęście ekipa remontowa okazała się bardziej przyjazna niż on i przedstawiła mi przybliżony plan robót.

Dobrze jest też próbować wpłynąć na decydentów i mieszkańców okolicy: domagać się ekranów dźwiękoszczelnych, protestować przeciwko nielegalnym hotelom, w głosowaniu nad budżetem partycypacyjnym opowiadać się za ścieżkami rowerowymi i samemu jak najczęściej zostawiać samochód w garażu. Jeśli mamy dzieci, warto wystąpić do szkoły z wnioskiem o likwidację dzwonków. W wielu placówkach przekonano się już, że taka zmiana zmniejszyła hałas w czasie przerw. Dzwonek był bodźcem, który prowokował uczniów do tego, by wybiegać z klasy z krzykiem.

- I zakładajmy w pracy słuchawki, jeśli wymagają tego przepisy BHP. Niby to takie oczywiste, że o uszkodzeniach słuchu z powodu hałasu powinniśmy czytać już tylko w podręcznikach, a tymczasem pacjentów z tym problemem przybywa - ubolewa dr Elżbieta Włodarczyk.

Cicho sza!

Czasem od hałasu nie sposób uciec, inna sprawa, że często sami się na niego skazujemy. Choć z psychologicznego punktu widzenia potrzebujemy ciszy, wielu z nas żyje w bezustannym szumie. - W pracy mamy gwar, w drodze do domu jesteśmy narażeni na hałas uliczny, a po wejściu do mieszkania włączamy radio, odtwarzacz muzyki, telewizję - cokolwiek, byle nie było cicho. Ten ciągły hałas utrudnia nam kontakt z samym sobą. Nie przez przypadek mówi się: "taki hałas, że nie słychać własnych myśli" - stwierdza psychoterapeutka Bianca-Beata Kotoro i dodaje, że niektórzy odczuwają wręcz lęk przed ciszą. -Zresztą trudno się dziwić, często boimy się tego, czego nie znamy. Można więc powiedzieć, że jest to normalna reakcja na tę nienormalną sytuację.

Elirng Kagge, norweski pisarz i podróżnik, wielki admirator i poszukiwacz ciszy, który  zdobył dwa bieguny, Mount Everest i dwa razy przepłynął Ocean Atlantycki, uważa strach przed ciszą za lęk przed lepszym poznaniem samego siebie. W książce "Cisza" tak wspomina spotkanie z tytułową bohaterką w najcichszym miejscu na Ziemi, jakim jest Antarktyda: "Cisza wniknęła we mnie (...). Byłem zmuszony do kontynuowania tych myśli, które już miałem w głowie. I co gorsza kontynuowania uczuć".

- Ludzie niebojący się ciszy to często osoby, które są w większej zgodzie ze sobą, niż ci, którzy czują przymus ciągłego zagłuszania, bo on jest jak nałóg. Czasem słyszę "ale co jest złego w tym, że słucham relaksującej muzyki przed snem?". Nic, pod warunkiem, że to nie konieczność i jesteś w stanie od czasu do czasu położyć się w ciszy - mówi Bianca-Beata Kotoro.

Erling Kagge twierdzi, że w ciszy kryją się tajemnice świata, uważa ją za nowy luksus, prostą sztuczkę na bogatsze życie. I choć przyznaje, że cisza bywa też nudna i trudna, zwłaszcza "cisza po wszystkim", to nie ma wątpliwości, że warto się do niej zbliżyć. Jak to zrobić? - Stopniowo. Zacząć od krótkiej chwili ciszy, bo osoby do niej nieprzyzwyczajone mogą zareagować nawet panicznym lękiem - radzi Bianca-Beata Kotorno. Czasem może się okazać, że gdy już dobrze się usłyszymy, będziemy musieli wprowadzić jakieś zmiany w życiu, a to też bywa trudne, ale - jak przekonuje psychoterapeutka - w końcu to przykre uczucie minie. Wyczyścimy bałagan życiowy, który naniósł hałas, i nauczymy się czerpać korzyści z ciszy.

  1. Psychologia

Medytacja z Nityą - przyjrzyj się relacjom, które najbardziej cię bolą

W relacjach najwyraźniej można zobaczyć, jak tworzy się i manifestuje identyfikacja osobowa. To też najlepszy sposób weryfikacji naszych przywiązań i mechanizmów. (Fot. iStock)
W relacjach najwyraźniej można zobaczyć, jak tworzy się i manifestuje identyfikacja osobowa. To też najlepszy sposób weryfikacji naszych przywiązań i mechanizmów. (Fot. iStock)
Relacje to najlepszy sposób weryfikacji naszych przywiązań i mechanizmów. Potrafią dobitnie pokazać w co wierzymy i jakim przekonaniom podlegamy. Nauczycielka medytacji Nitya Patrycja Pruchnik proponuje by przyjrzeć się tym, które najbardziej bolą.

Tworzenie "osoby"

W relacjach bodaj najwyraźniej można zobaczyć, jak tworzy się i manifestuje identyfikacja osobowa. To dzięki nim na przykład możesz się przyjrzeć mechanizmowi projekcji, kiedy przerzucasz własne wyobrażenia i oczekiwania na kogoś, kto nie potrafi im sprostać. Czyli tworzysz jakąś „osobę” podług swojego konceptu, a następnie obwiniasz ją o to, że wcale tą „osobą” nie jest. To właśnie w związkach ujawnia się też mechanizm kryjący się za byciem ofiarą bądź katem, czyli niemal automatycznego przybierania postawy osoby poszkodowanej lub atakującej. Nieświadomie reagujemy pod dyktando tych mechanizmów. Bezrefleksyjnie wierzymy, że świat przydarza się nam jako oddzielnym jednostkom, co pociąga za sobą konieczność bronienia się albo karania. Mechanizm tworzy nawyk, który bardzo głęboko zakorzenia się w naszym ciele i umyśle. Uważamy, że odzwierciedla on nas samych, utożsamiamy się z nim, jemu podporządkowane są nasze zachowania. Ale czy to naprawdę nasza tożsamość? Obsesyjnie podążamy za zaspokojeniem wewnętrznego poczucia braku i niekompletności na zewnątrz, na przykład w partnerze. W związkach znajduje odzwierciedlenie wiara w to, że druga „osoba” z definicji „powinna” zaspokajać nasze potrzeby. Nieświadomie żądamy od niej określonego zachowania, a jeśli się to nie udaje, odchodzimy, obrażamy się, manipulujemy czy też stosujemy przemoc. Wszystko to nieświadomie wymuszamy, próbując zaspokoić potrzebę bycia kochanym, bezpiecznym, docenionym, ważnym. Czasem popadamy z tego powodu w ogromną frustrację, smutek, a nawet w depresję.

A teraz…

Chciałabym, abyś świadomie przyglądał się temu, co kontakt z drugim człowiekiem w tobie uruchamia. Jeśli nie jesteś teraz w relacji partnerskiej, nie szkodzi; zadanie to dotyczy każdej relacji i każdego człowieka z twojego otoczenia: szefa, podwładnego, rodziców, siostry, nauczyciela, sąsiada itd. Zwróć uwagę na takie momenty, w których reagujesz odruchowo, czujesz automatyczne pobudzenie myśli i emocji. Nie chodzi mi o analizowanie zdarzeń, lecz wyłącznie o nieoceniającą samoobserwację. Spróbuj przyglądać się sobie w taki sposób przez cały dzień. Gdy pojawią się silne emocje bądź oceny, zapytaj, „kto”, „co” czuje się tak źle bądź dobrze. „Co” doświadcza tychże myśli bądź emocji? Zauważ reakcję na ludzi, którzy nie wiedzieć czemu nagle przyprawiają cię o ból głowy, zauważ, kiedy próbujesz nadmiernie przypodobać się innym. Przypatrz się, jaka narracja pojawia się wówczas w twojej głowie. Jaką przyjmujesz postawę, czego próbujesz bronić, jak chcesz być postrzegany? Obserwuj w szczególności niewygodne momenty, w których nagle usłyszysz w głowie oceniający głos. Zauważ, jak reagujesz, kiedy usłyszysz od kogoś komplement, a jak wtedy, gdy jego słowa lub czyny sprawiają ci przykrość.

Praktyka pochodzi z książki: „Oświecenie 24h na dobę. Praktyki i kontemplacje na cały rok”, Nitya Patrycja Pruchnik, Manana Chyb, wyd. ToCoJest 2020.

Nitya Patrycja Pruchnik, nauczycielka duchowa, od kilku lat dzieli się – z inspiracji swojego mistrza Mooji’ego – rozpoznaniem prawdziwej natury rzeczywistości.

  1. Styl Życia

Medytacja na wyczerpanie psychiczne

Joga kundalini oferuje wiele medytacji, które pomagają odświeżyć umysł. Używamy w nich precyzyjnych ruchów, oddechu, koncentracji po to, aby wpłynąć na podwzgórze mózgu, które z kolei bezpośrednio oddziałuje na system nerwowy, wzmacniając go, i na układ dokrewny, regulując wytwarzanie hormonów. (Fot. iStock)
Joga kundalini oferuje wiele medytacji, które pomagają odświeżyć umysł. Używamy w nich precyzyjnych ruchów, oddechu, koncentracji po to, aby wpłynąć na podwzgórze mózgu, które z kolei bezpośrednio oddziałuje na system nerwowy, wzmacniając go, i na układ dokrewny, regulując wytwarzanie hormonów. (Fot. iStock)
Trudno o jakiekolwiek pozytywne nastawienie, gdy czujemy się wyczerpani psychicznie, zawodzi nas pamięć, przerasta rozwiązywanie problemów. To symptomy zmęczonego mózgu. Jak wysłać głowę na urlop – mówi Iwona Kozak, nauczycielka jogi kundalini i terapeutka reiki.

Im większy stres i im dłużej trwa, tym trudniej przychodzi nam prawdziwa relaksacja i głęboki odpoczynek. Wpadamy w błędne koło: brak odpoczynku zwiększa stres, a coraz większy stres utrudnia odpoczynek. Jak się z niego wyrwać?

Medytując i ćwicząc jogę – tak od tysięcy lat utrzymują jogini, a od niedawna również naukowcy. Przeprowadzone na uniwersytecie w Bostonie badania potwierdziły, że regularna praktyka jogi przyczynia się do zwiększenia ilości kwasu gamma-aminomasłowego (GABA) w mózgu (co – upraszczając – pozwala nam dobrze spać, zrelaksować się oraz zwiększa sprawność umysłową). Z kolei uczeni z uniwersytetów Harvarda, Yale i z Instytutu Technologii w Massachusetts wykazali, że mózgi osób, które regularnie medytują, są… większe.

Joga kundalini oferuje wiele medytacji, które pomagają odświeżyć umysł. Używamy w nich precyzyjnych ruchów, oddechu, koncentracji po to, aby wpłynąć na podwzgórze mózgu, które z kolei bezpośrednio oddziałuje na system nerwowy, wzmacniając go, i na układ dokrewny, regulując wytwarzanie hormonów. Choć medytacje te mogą się wydać na początku skomplikowane, nie wymagają od nas żadnego doświadczenia, a ich pozytywne efekty odczuwamy już po kilku dniach. Wystarczy kilkanaście minut dziennie, odrobina koncentracji i chęci, by poprawić jakość swojego życia.

Ćwiczenie na umysłowe wyczerpanie

Na umysłowe wyczerpanie proponuję medytację złożoną z czterech etapów. W czasie każdego z nich siedzimy w wygodnej pozycji z wyprostowanym kręgosłupem. Oczy są zamknięte i skupione na punkcie między brwiami. Oddychamy przez nos.

Ramiona zginamy w łokciach, dłonie wysuwamy do przodu. Wnętrze prawej dłoni kierujemy do dołu, lewej – do góry. Każdy wdech składa się z ośmiu krótkich wdechów, każdy wydech – z ośmiu krótkich wydechów. Wykonujemy ruch rękoma wyprostowanymi od łokcia do dłoni, tak jakbyśmy na przemian odbijali piłkę prawą i lewą ręką. Gdy podnosimy prawą dłoń, lewą opuszczamy. Dłonie podnoszą się na wysokość ok. 20 cm. Każdy taki ruch jest skoordynowany z krótkim wdechem lub wydechem. Utrzymujemy szybkie, rytmiczne tempo (czas trwania: 3 min).

Wykonujemy taki sam ruch rękoma, ale wnętrze prawej dłoni jest skierowane do góry, a lewej – do dołu (czas trwania: 3 min). Powtarzamy pierwszy etap (czas trwania: 3 min). Opuszczamy ramiona, kładziemy dłonie na kolanach. Oddychamy spokojnie i głęboko. Oczy są zamknięte (czas trwania: 5 min).

  1. Styl Życia

Pranajama w jodze - na czym polega ten rodzaj medytacji?

Pranajama nie jest ćwiczeniem oddechowym, ale rodzajem medytacji. (fot. iStock)
Pranajama nie jest ćwiczeniem oddechowym, ale rodzajem medytacji. (fot. iStock)
Wybitny indyjski mistyk Hazrat Inayat Khan pisze: „Mój nauczyciel powiedział mi kiedyś: 'Ludzie mówią, że jest wiele różnych grzechów i cnót, ale ja myślę, że jest tylko jeden grzech." Gdy zapytałem co jest owym grzechem, odpowiedział: 'Pozwolić, by choć jeden oddech pozostał nieświadomy'”.

Oczywiście mistrz Inayata Khana – szejk-al-maszejk Abu Hashim Madani – używa tu terminu „oddech” nie w znaczeniu potocznym, a w rozumieniu mistycznym, gdzie oddech jest traktowany jako nośnik myśli, nastawienia, świadomości, energii. Oddech nieświadomy to brak kontroli nad treścią świadomościową, energetyczną, którą przenosi. Oddech świadomy z kolei oznacza pełną kontrolę nad naszym funkcjonowaniem.

Świadomość oddechu odgrywa ważną rolę w każdym systemie medytacyjnym. Nie inaczej jest w jodze. Patańdżali, autor Jogasutr, czyni koncentrację na wydłużonym oddechu (anantasamapatti) jednym z 4 istotnych czynników konstytuujących asanę (pozycję jogi). Z kolei w praktyce pranajamy już bardzo wyraźnie odnosi się do powiązań między oddechem a koncentracją umysłu, o czym napiszę w dalszej części artykułu.

Czym jest praktyka pranajamy?

Patańdżali definiuje ją w sutrze II.49: „Będąc w doskonałej (stabilnej i wygodnej) pozycji, zatrzymanie niekontrolowanego ruchu umysłu podczas wdechów i wydechów jest pranajamą“.

Termin pranajama składa się z dwóch części: prana i jama. Jama oznacza kontrolę; prana – siłę witalną. Pranajama jest zatem praktyką „kontroli przepływu prany (siły witalnej)”. Czasem ten termin rozbija się językowo nieco inaczej: na prana i ajama – rozszerzanie się. Wówczas termin ten przetłumaczylibyśmy jako „rozszerzanie prany”. Z początku te dwa przekłady wydają się sprzeczne, ale tak w rzeczywistości nie jest, gdy tylko wgłębimy się w istotę znaczenia terminu „kontrola” w jodze. Kontrola nie oznacza wypierania, tylko kierowanie w odpowiednim kierunku.

W ostatnim rozdziale Jogasutr (JS IV.3) Patańdżali opisuje przepływ prany (siły witalnej) używając następującej metafory: Jeśli rolnik uprawia ryż na polach tarasowych, nie musi nosić wody w wiadrach do każdego zakątka pola – wystarczy, że usunie tamę u szczytu tarasów i wówczas woda nawodni całkowicie pola bez jakiegokolwiek wysiłku rolnika.

W pranajamie podejmujemy pracę nad usunięciem przeszkód umysłowych (blokad), by prana nie była rozproszona i mogła biec odpowiednimi torami.

Warto zastanowić się czym jest prana. Żeby nie wchodzić w głębokie filozoficzne rozważania i analizy tekstów filozofii sankhji i jogi, zaznaczmy tutaj jedynie, że z punktu widzenia indyjskiej tradycji medytacyjnej możemy postawić znak równości między terminami „prana” a „świadomość”.

Wracając do głównego wątku naszych rozważań, musimy podkreślić, że samo kontrolowanie przepływu wdechów i wydechów nie jest określane przez jogę jako pranajama. Obserwacja oddechu, wyrównywanie go, synchronizowanie oddechu z ruchem jest częścią praktyki asan. Rzeczywista pranajama sprowadza się do połączenia oddechu z określoną koncentracją. Należy zaznaczyć, że charakterystyczne dla lwiej większości technik pranajamy jest także wprowadzenie zatrzymania oddechu (po wdechu lub po wydechu).

Jak praktykować pranajamę? Co nam to daje?

W sutrze II.50 Patańdżali porusza ten temat, pisząc w niej m.in.,, że „[pranajamy] regulowane są pod względem miejsca, czasu i liczby”. Termin miejsce (deśa) odnosi się do przedmiotu koncentracji w pranajamie i jest najważniejszym elementem praktyki (stąd też Patańdżali wymienia miejsce jako pierwsze). Zależnie od szkół praktyki, przedmiotem koncentracji może być dźwięk oddechu (w nozdrzach lub krtani), mantra, miejsce w ciele, określona myśl lub wyobrażenie etc. Pranajama ma również być regulowana pod kątem czasu (kala), tj. czasu trwania oddechu i proporcji między poszczególnymi częściami oddechu (wdech, zatrzymanie po wdechu, wydech, zatrzymanie po wydechu). Ostatnim istotnym czynnikiem jest liczba (sankhja), która wyraża się w odpowiednio dobranej ilości powtórzeń. Ze względu na fakt, że pranajama ma zmieniać nasze uwarunkowania i wzorce aktywności umysłowej, jakości miejsca, czasu i liczby muszą być odpowiednio dobierane z uwzględnieniem tempa procesu wysubtelniania się świadomości empirycznej.

W kolejnych dwóch sutrach Patańdżali objaśnia efekty praktyki pranajamy. W sutrze II.52 stwierdza: „W wyniku tego [praktyki pranajamy] zostają zniszczone przeszkody zakłócające jasność poznania”, co Wjasa – pierwszy komentator Jogasutr – podsumowuje w następujący sposób (Jbh. II.52): „U jogina ćwiczącego pranajamy ginie karman, przysłaniający poznanie rozróżniające. (…) Nie ma wyższej ascezy od pranajamy, przy jej pomocy usuwa się całkowicie zanieczyszczenia umysłu i osiąga światło poznania”. W kolejnej sutrze – II.53 – przeczytamy: „[Dzięki pranajamie] umysł osiąga zdolność do koncentracji”.

Maciej Wielobób jogą i medytacją zajmuje się od 1994 roku. Podczas prowadzonych przez siebie warsztatów i seminariów przekazuje głębię tradycyjnych ścieżek mistycznych w sposób praktyczny, zrozumiały i użyteczny dla współczesnego człowieka, tak by uczniowie mogli uwalniać się od napięcia, doświadczać spokoju, uczyć się uważności.

Poniżej proste ćwiczenie (dla początkujących), w którym wykorzystujemy mudry:

Ważne: czas oddechu - jakie zachować proporcje?

(Fragment od redakcji, na podstawie wykładu Pranajama i proporcja 1:4:2(:1) - Maciej Wielobób YT):

Istotne jest nie tylko samo skupienie na pracy z oddechem. Dla wielu wiodących joginów najbardziej kluczową rzeczą w praktyce pranajamy jest proporcja podawana w wielu pismach: 1:4:2 lub 1:4:2:1 - nazywana przez niektórych świętą proporcją lub świętym rytmem. Oznacza ona proporcję między poszczególnymi częściami oddechu (wdechem, zatrzymaniem oddechu po wdechu i wydechem lub: wdechem, zatrzymaniem oddechu po wdechu, wydechem i zatrzymaniem oddechu po wydechu). Czyli przykładowo: 4 sek. wdech, 16 sek. zatrzymanie oddechu po wdechu, 8 sek wydech, 4 sek. (ewentualnie) zatrzymanie oddechu po wydechu. Oczywiście nie stosuje się tego na początku praktyki (u początkujących adeptów). Ta proporcja pokazuje jednak, jakie aspekty pranajamy są najważniejsze, czyli aspekt pranajamy jako czegoś energetyzującego (dlatego najpotężniejszą częścią jest zatrzymanie oddechu po wdechu), a także puszczenie, rozluźnienie, relaks (z tego powodu wydech jest właśnie na drugim miejscu, jeśli chodzi o czas).

Od czego zaczynamy pracę z ustalonymi rytmami oddechu? Np. od proporcji 1:1:1. Zawsze musi się zgadzać czas wdechu i wydechu. Gdy ktoś czuje, że ma opanowane te rytmy to wówczas może przejść do rytmów 1:1:2, a później do 1:2:2. Do proporcji 1:4:2 dochodzimy stopniowo. Ale, jak podkreśla Maciej Wielobób: Pranajama nie jest czymś wyczynowym, nie chodzi o to, żeby mieć jak najdłuższy oddech, czy najwięcej powtórzeń. Chodzi o to, żebyśmy weszli jak najgłębiej w tę praktykę. Nie chodzi o robienie rekordów fizycznych.

Opanowanie fizyczności pozwala wejść w głębszą medytację.

Warto też zapoznać się z wykładem na temat różnic między pranajamą, medytacją, a ćwiczeniami oddechowymi:

  1. Styl Życia

Medytacje podczas chodzenia

Medytacje w trakcie chodzenia są ciekawą grupą technik uzupełniającą podstawowe praktyki medytacyjne. (Fot. iStock)
Medytacje w trakcie chodzenia są ciekawą grupą technik uzupełniającą podstawowe praktyki medytacyjne. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Ciekawą grupą technik, która uzupełnia podstawowe praktyki medytacyjne, są medytacje w trakcie chodzenia: kontemplacja chodzenia i medytacje chodzone.

Kontemplacja chodzenia

Wybieramy sobie miejsce, w którym możemy spokojnie spacerować bez narażania się na niebezpieczeństwo (np. przez bliskość ulicy czy drogi rowerowej) ani na dziwne spojrzenia gapiów. W zasadzie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby taka medytacja była wykonywana w jakimś większym pomieszczeniu w domu czy w pracy, ale niewątpliwie przebywanie na zewnątrz ma więcej walorów. Spacerujemy wolniejszym krokiem niż zwykle i podejmujemy praktykę, pamiętając, że medytacja chodzenia ma być formą praktyki uważności.

Najpopularniejsze są następujące formy:

1. Z powolnym świadomym wdechem stawiamy jeden krok, z powolnym świadomym wydechem stawiamy kolejny. Kroki stawiamy w sposób jak najbardziej świadomy, świadomie powoli układając stopę na ziemi, ale będąc obecnym w tym doświadczeniu stawiania stopy, chodzenia całym ciałem, oddechem i umysłem. Istotne jest, aby uważność, obecność nie zmieniły się w analizowanie, interpretowanie i nazywanie doświadczeń.

2. Po rozpoczęciu medytacyjnego spaceru licz w myślach oddechy od 1 – 5 (potem znów od jednego do pięciu itd.). Przed rozpoczęciem praktyki decydujemy, czy liczymy przy kolejnych wdechach, czy przy wydechach.

3. Można również medytacyjnie spacerować, skupiając się na uważności doświadczeń tylko z jednego zmysłu (np. słuchu). Wówczas świadomie spacerujemy, nie doszukując się doświadczeń dźwiękowych, ale będąc otwartym na nie, a gdy się pojawią, przyjmujemy je takimi, jakie są, bez analizy, oceny lub też nadawania im jakichkolwiek etykiet.

Medytacje chodzone

Czasami praktykuje się również medytacje chodzone, które mają nieco inny charakter niż wyżej opisane techniki związane z kontemplacją chodzenia. Wówczas również uważnie i świadomie stawiamy kroki, ale istotne jest tu zogniskowanie naszej uwagi na jakimś przedmiocie koncentracji, najczęściej na mantrze lub sentencji powtarzanej w myślach. Tutaj najczęściej spacerujemy w bardzo powolnym tempie, jeden krok na wdech, jeden na wydech, jednocześnie na wdechu powtarzamy w myślach mantrę (lub jedną część mantry albo sentencji, jeśli są dłuższe), a na wydechu to samo lub drugą część. Czasami w trakcie medytacji chodzonej praktykuje się powtarzanie mantr na głos, wówczas rytm intonowania jest zsynchronizowany z rytmem kroku. Często medytację chodzoną z danym przedmiotem koncentracji kończymy w ten sposób, że siadamy i kontynuujemy daną medytację już na siedząco.

Fragment pochodzi z książki „Uważność w praktyce. Tradycyjne techniki uważności i medytacji dla współczesnego człowieka”, Maciej Wielobób (maciejwielobob.pl), Wydawnictwo Sensus 2016, s. 192.