1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Konfrontacja ze śmiercią zwraca ku życiu

Konfrontacja ze śmiercią zwraca ku życiu

Patrzenie w śmierć jest najbardziej życiodajnym posunięciem, jakie można sobie wyobrazić. Unikanie tematu – rozpaczliwą próbą nieangażowania się w życie. (Fot. Getty Images)
Patrzenie w śmierć jest najbardziej życiodajnym posunięciem, jakie można sobie wyobrazić. Unikanie tematu – rozpaczliwą próbą nieangażowania się w życie. (Fot. Getty Images)
Wszyscy boimy się śmierci, bo to lęk pierwotny, wdrukowany w nas. Tym bardziej potrzebujemy się z nim mierzyć i oswajać go. Patrzenie w śmierć jest najbardziej życiodajnym posunięciem, jakie można sobie wyobrazić. Unikanie tematu – rozpaczliwą próbą nieangażowania się w życie. Zróbmy próbę generalną.

Dokumentalny film Małgorzaty Szumowskiej „A czego tu się bać?” jest jak balsam na duszę. Reżyserka pojechała na Suwalszczyznę i posłuchała, co ludzie ze wsi mówią o śmierci. A mówią prosto i prawdziwie. Na przykład o tym, że trzeba sobie przygotować ubranie do trumny – rajstopy, majtki, podkoszulkę z krótkim rękawem, gdyby się umarło latem, i z długim, gdyby zimą. Trzeba zamówić sukienkę, raczej szerszą, bo nie wiadomo, czy się do śmierci jeszcze schudnie, czy utyje, z paskiem, żeby można było się przewiązać na wypadek schudnięcia. Trumna raczej dębowa albo lipowa, bo wytrzyma ze 20 lat, nie to co sosnowa. Jak człowiek dobrze żył z innymi, to w trumnie ładnie wygląda – wygładzony, uśmiechnięty, młody, a jak był nieżyczliwy, to umiera przerażony, z wytrzeszczem w oczach. Nieboszczyk leży dwa, trzy dni w domu, ludzie przychodzą i go żegnają, modlą się i śpiewają. Śpią z nim w jednym pokoju. – A czego tu się bać? – dziwią się. – Przecież wszyscy umrzemy i będziemy nieboszczykami.

W znakomitej pracy „Patrząc w słońce. Jak przezwyciężyć grozę śmierci” znany amerykański terapeuta Irvin D. Yalom żali się, że gdy mówił o niej przyjaciołom, natychmiast zmieniali temat, chociaż dotąd – gdy pisał inne książki – pytali o nie z żywym zainteresowaniem. Tym razem – koniec rozmowy.

Przez kilkanaście minut – bo tyle z pewnością zajmie przeczytanie tego tekstu – proszę, nie zmieniajmy tematu. W końcu wszyscy będziemy nieboszczykami.

Podróbka nieśmiertelności

Dlaczego właściwie mamy zajmować się tą ponurą sprawą? Lęk przed śmiercią jest lękiem pierwotnym, instynktownym. Wydaje się, że nic nie da się z tym zrobić. „Rani nas to, że jesteśmy śmiertelni – pisze Yalom. – Na nasze istnienie pada cień gorzkiej wiedzy, że będziemy dorastać, kwitnąć i wreszcie – co nieuniknione – zaczniemy słabnąć i umrzemy. Wszyscy boimy się śmierci – każda kobieta, każdy mężczyzna i każde dziecko”. „Wszechobecny lęk przed śmiercią jest główną przyczyną ludzkiej niedoli”, pisał Epikur. Bo skoro wszystko przeminie, jaki sens może mieć życie? Przerażająca wizja nieuniknionej śmierci przeszkadza w przeżywaniu radości życia, nie pozwala niczym cieszyć się w pełni.

Więc unikamy. Zmieniamy temat. Zaprzeczamy. Odwracamy uwagę. Milkniemy. Tylko że wyparty ze świadomości lęk rzutujemy na swoje życie – gromadzimy majątek, korzystamy z życia, póki można, w szaleńczy sposób, popadając w nałogi i najprzeróżniejsze nieszczęścia, ślepo podążamy za władzą i zaszczytami – czyli robimy to wszystko, co daje podrabianą wersję nieśmiertelności.

Nieżyjący już wybitny psychoonkolog Carl Simonton, pracujący z ludźmi chorymi na raka, konfrontację ze śmiercią uczynił kluczowym punktem terapii. Wizualizacja własnej śmierci dla większości chorych jest jak przebudzenie z koszmarnego snu, nawykowego, podszytego lękiem działania. Chorzy doświadczają głębokiej pozytywnej przemiany i często zdrowieją. Układają na nowo życiowe priorytety, przestają przywiązywać wagę do spraw błahych, zyskują siłę do podejmowania decyzji, zaczynają doceniać bliskość i zażyłość i dążą do niej, odkrywają potęgę teraźniejszości, życia chwila po chwili. Budzą się do zachwytu i wdzięczności, a przede wszystkim do współczucia. Jak pisze Sogjal Rinpocze w „Tybetańskiej księdze życia i umierania”:

„Kiedy uprzytomniamy sobie wreszcie, że umieramy, że wraz z nami umierają wszystkie istoty, budzi się w nas palące, niemal rozdzierające serce poczucie kruchości i drogocenności każdej chwili i każdego życia; odkrycie to może zrodzić głębokie, czyste, bezgraniczne współczucie dla wszystkich żyjących istot”
Patrzenie w śmierć zwraca ku życiu. Jest najbardziej życiodajnym posunięciem, jakie można sobie wyobrazić. Konfrontacja z nią nie tylko nie pozbawia energii, ale rozwiewa smutek, pomaga tworzyć życie pełne harmonii i spokoju, zaangażowania, więzi z ludźmi, znaczenia i samorealizacji, wyzwala miłość do życia, jakiej wcześniej nie znaliśmy.

Zostawić po sobie ślady

Okazji do przebudzenia w naszym życiu bez liku: choćby urodziny, szczególnie okrągłe jubileusze, pięćdziesiątka, sześćdziesiątka i dalej. Rozwód. Odejście dzieci z domu. Przejście na emeryturę. Nieuleczalna choroba. Spotkanie po latach z ludźmi z klasy i patrzenie, jak się zmienili, jak przemijają. Śmierć ukochanego zwierzęcia. I oczywiście śmierć bliskich. To mogą być nasze próby generalne, jeśli odważymy się wejść w nie w całości, przeżyć rozpacz, gorycz i czułość tych doświadczeń, jeżeli nie zamkniemy oczu w nadziei, że przeminą, nie dotykając nas.

Najtrudniejsze oczywiście to towarzyszenie w odchodzeniu. Ponieważ jesteśmy istotami zdolnymi do współodczuwania, każda śmierć staje się w pewnym sensie naszym doświadczeniem umierania, naszą próbą generalną. "Nie pozwól umrzeć bliskiej osobie w samotności" – pisze Yalom. "Połóż się przy niej. Oddychaj z nią. Bądź po jej stronie. Niezależnie od tego, jak wielkie jest twoje przerażenie, nie odchodź. Obejmuj, trwaj, mów prosto z serca, ujawniaj swoje lęki. Albo po prostu bądź. Medytuj, módl się. Zanurz się cała w tym doświadczeniu. Nie lamentuj, nie zatrzymuj. Pozwól bliskiej osobie iść dalej, tam, gdzie ma dojść. Pozwól jej zasnąć".

U starożytnych Greków śmierć i sen, Thanatos i Hypnos, to bliźnięta. Odczuwamy przedsmak śmierci, kiedy co noc zapadamy w sen. Wszyscy boimy się jej, a jednak zasypiamy z bezgraniczną ufnością. Jakaś część nas z całą pewnością wie, że się obudzimy.

Gdy Irvin Yalom pyta ludzi, czego konkretnie boją się w związku ze śmiercią, słyszy: „czas ucieka, a życie wymyka mi się z rąk”, „nie zrealizowałam tego, co mogłabym osiągnąć”, „moje marzenia się nie spełniły”. Pod lękiem kryje się rozczarowanie własnym życiem, niespełnienie. Kobiety mówią często: „nie żyłam własnym życiem”. Skupienie się na tym głębokim braku satysfakcji stanowi często punkt wyjścia do przezwyciężenia lęku przed śmiercią – twierdzi Yalom. O jaką satysfakcję chodzi? Pragniemy zostawić po sobie coś, co przetrwa dłużej niż my sami, będzie rozchodzić się jak kręgi po wodzie na nadchodzące pokolenia – taka świadomość koi ból i strach. To momenty miłości, współczucia, otuchy, przewodnictwa, dzielenia się doświadczeniem. Gdy robimy sobie porządne próby generalne, nierzadko dochodzimy do wniosku, że umierając, nie możemy wziąć ze sobą nic z tego, co otrzymaliśmy. Możemy zabrać tylko to, co sami daliśmy.

W orszaku na własnym pogrzebie

Ebenezer Scrooge, bohater „Opowieści wigilijnej” Charlesa Dickensa, to – jak pamiętamy – postać dosyć odrażająca, starzec chciwy i złośliwy, o lodowatym sercu. Ale gdy wytrwamy do końca powieści, okaże się, że jest on zdolny do gestów prawdziwie wielkodusznych, przemienia się w człowieka ciepłego i współczującego. Co się stało? Nasz bohater dał się poprowadzić Duchowi Przyszłych Wigilii i zajrzał we własną przyszłość. Przyglądał się swojemu opuszczonemu ciału, widział obcych ludzi wynoszących na sprzedaż jego rzeczy, podsłuchiwał sąsiadów rozmawiających o jego śmierci i z łatwością porzucających ten temat. A potem Duch Przyszłości odprowadził Scrooge’a na dziedziniec kościoła, żeby zobaczył własny grób. Scrooge wpatrywał się w swój nagrobek, dotykał liter swojego nazwiska i… przebudził się do nowego życia.

Możemy sobie wyobrazić, że to do nas przychodzi Duch Przyszłości. Zajrzyjmy, co też dzieje się na naszym pogrzebie. Kto przyszedł? Kto przemawia nad trumną? Co mówi? Co mówią ludzie w orszaku żałobnym? Kto otrzyma rzeczy, które zostawiliśmy, cenne pamiątki, majątek. Jak prezentuje się nagrobek? Co jest na nim napisane? Jak z tej perspektywy wyglądają problemy, jakość naszych relacji z innymi, marzenia i plany na przyszłość? Jak wypadło?

Irvin D. Yalom „Patrząc w słońce. Jak przezwyciężyć grozę śmierci”, Instytut Psychologii Zdrowia 2008

Żyć taki samym życiem, wciąż od nowa, przez wieczność

W „Tako rzecze Zaratustra” Fryderyk Nietzsche opisał proroka, który postanawia zejść ze szczytu góry i podzielić się z ludźmi tym, czego się nauczył. Ze wszystkich idei, które głosił, jedną uważał za „myśl obdarzoną największą mocą” – ideę wiecznego powrotu. Zaratustra proponuje, abyśmy wyobrazili sobie, że żyjemy takim samym życiem wciąż od nowa przez całą wieczność, przeżywamy wszystko niezliczone jeszcze razy; i nie ma w tym niczego nowego, powtarza się każdy ból i każda rozkosz, i każda myśl, wszystko.

Czy ten eksperyment wywołuje psychiczny i duchowy komfort? Czy raczej ból, smutek i żal? Jeśli tak, to znaczy, że nie żyjemy dobrze. Dlaczego tak się dzieje? Czego żałujemy? Czego zaniechaliśmy? I co dalej?

Irvin D. Yalom „Patrząc w słońce. Jak przezwyciężyć grozę śmierci”, Instytut Psychologii Zdrowia 2008

Kiedy przychodzi współczucie

Lęk przed śmiercią reprezentuje wszystkie nasze lęki. To król lęków. On mówi: „nie rań mnie”. Każdy rodzaj lęku zawiera w sobie element niezgody i oporu. Ciekawym sposobem praktykowania umierania jest otwarcie się na chorobę. Gdy przeziębisz się lub złapiesz grypę, pomyśl: w porządku, poćwiczę umieranie. Obserwuj, jak pod wpływem oporu ból zamienia się w cierpienie, a to, co było tylko nieprzyjemne, staje się po prostu nie do zniesienia. Zauważ, że nawet niewielkie dolegliwości przyciągają żal i smutek, które gromadzą się w tobie jak cienie. Wsłuchaj się w ich jęki i narzekania. Poczucie krzywdy powstaje ze spotkania bólu z lękiem. Współczucie rodzi się ze spotkania bólu z miłością. Kiedy staramy się uniknąć bólu, czujemy się bezradni. Gdy otwieramy się na doznania, gdy pozwalamy, by świadomość objęła ból, zamiast go wypierać, przychodzi współczucie.

Za każdym razem podczas choroby czy bólu głowy zamiast szukać lekarstwa na jego uśmierzenie, przyjmuj tę chwilę taką, jaka jest, i postaraj się rozluźnić bolesne miejsce. Nauczyliśmy się odwracać od tego, co nieprzyjemne. Spróbuj to przezwyciężyć! Gdy przestajemy walczyć z bólem, następuje przełom. Otwórz się na niego. Wyjdź mu na spotkanie życzliwie i z miłością. Nie bój się. Rozluźniaj się, wnikaj delikatnie w doznania, badaj je i rozluźniaj się jeszcze bardziej, aby zrobić miejsce na całe swoje życie.

 Stephen Levine „Gdybyś miał przed sobą rok życia”, Wydawnictwo Szafa 2001 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Etapy żałoby po stracie – jak przeżyć ten trudny czas?

Żałoba jest naturalną reakcją naszej psychiki. (Fot. Getty Images)
Żałoba jest naturalną reakcją naszej psychiki. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Przed nami 1 i 2 listopada - Dzień Wszystkich Świętych oraz Zaduszki. Jest to czas, w którym jesteśmy bardziej refleksyjni. Zadajemy sobie pytania o sens istnienia, myślimy o śmierci, przemijaniu i nieuchronnych zmianach, jakie niesie życie.

Wspominamy bliskich, którzy odeszli – nawet po doświadczeniu wszystkich stadiów żałoby bardzo często wciąż doskwiera nam pustka i tęsknota. Jak wyglądają poszczególne etapy radzenia sobie ze stratą?

Żałoba może pojawić się nie tylko po śmierci bliskiej osoby, ale także w związku z rozstaniem, rozwodem, utratą nienarodzonego dziecka czy stratą cennego przedmiotu, zwierzęcia, idei lub myśli. Etapy żałoby i odczucia, które jej towarzyszą wyjaśnia Agnieszka Młodzikowska, terapeutka i psycholożka z Perfect In Centrum Terapii i Rozwoju Osobowości.

Etapy żałoby - jakie pojawiają się odczucia?

  • Etap pierwszy – wstrząs, szok, otępienie –  występuje bezpośrednio po stracie. W tym stadium żałoby dominują uczucia żalu, rozpaczy, gniewu i lęku.
  • Etap drugi – zaprzeczenie sytuacji, niedowierzanie, dezorganizacja. Na tym etapie żałoby po stracie towarzyszy nam uczucie pustki.
  • Etap trzeci – właściwa żałoba, którą charakteryzują długie okresy smutku i osamotnienia. Często pojawia się także drażliwość, poczucie bezradności, bezsilności i płacz. Ten etap żałoby może trwać od kilku miesięcy do nawet kilku lat (w przypadku np. utraty dziecka)
  • Etap czwarty – ukojenie. Napady smutku i żalu są rzadsze i słabsze. Dostosowujemy się do nowej sytuacji, odnawiamy istniejące kontakty, nawiązujemy nowe. Zaczynamy widzieć teraźniejszość i przyszłość. Przy tej fazie żałoby pojawiają się serdeczne wspomnienia.
  • Etap piąty – akceptacja straty, powrót do codzienności. To ostatnie ze stadiów żałoby, w którym pojawiają się nowe cele, nadzieja, radość życia.
- Warto podkreślić, że nie każdy człowiek przechodzi wszystkie etapy żałoby, a czas ich trwania może się różnić. Jest to sprawa bardzo indywidualna. Ważne, aby w jak najkrótszym czasie osiągnąć akceptację nowego stanu. Pamiętajmy, że każdy człowiek przeżywa smutek, rozpacz, żal, lęk czy gniew inaczej. Każdy też inaczej wyraża swoje emocje. Ważne jest to, by ich nie tłumić. Musimy pozwolić sobie na rozpacz, jeśli ją czujemy, na gniew, jeśli go w danej chwili doświadczamy, nie zaprzeczajmy tym uczuciom - mówi terapeutka.

Fazy żałoby - jak sobie radzić w tym trudnym czasie?

  1. Przede wszystkim dzielmy się swoimi uczuciami z innymi. Może to być rodzina, ale niekoniecznie. Możemy porozmawiać z kimś zupełnie z “zewnątrz”, z przyjacielem, kapłanem, lekarzem. Prawdziwa, szczera rozmowa w każdym stadium żałoby może zdziałać cuda.
  2. Prośmy o pomoc! Zarówno w codziennych czynnościach (zakupy, odebranie dziecka z przedszkola, porządki), jaki i profesjonalną pomoc terapeuty.
  3. Możemy także dołączyć do grupy wsparcia (poszukajmy np. w sąsiednim Ośrodku Interwencji Kryzysowej lub w poradni czy Centrum Terapii). Takie spotkania, w atmosferze bliskości, empatycznego słuchania, współodczuwania, mogą być bardzo pomocne i skuteczne w poszczególnych etapach radzenia sobie ze stratą.
  4. Dajmy sobie po prostu czas na doświadczenie tej żałoby. Etapy pozwolą dodatkowo zrozumieć, co i dlaczego w danej chwili czujemy.
Podczas przeżywania żałoby trudno jest słuchać teoretycznych rozważań na temat definicji, faz, etapów żałoby. Nie chodzi jednak o to, by się nauczyć tej wiedzy, czy też do niej stosować. Ważne by rozumieć co się z nami dzieje w tych trudnych chwilach, jakie przynosi żałoba. Etapy, na jakie się ją dzieli, wyjaśniają, co może nastąpić, pozwalają akceptować swoje zachowania, nie obwiniać się i nie mieć dodatkowego poczucia winy.

Żałoba jest naturalną reakcją naszej psychiki. Występujące objawy takie jak: zaburzenia łaknienia, smutek, przygnębienie, apatia, zaburzenia snu, brak zainteresowania otoczeniem są jak najbardziej zdrowe, normalne i wręcz pożądane po starcie bliskiej osoby.

  1. Psychologia

Córka bez matki. Jak sobie radzić?

Matka jest dla dziecka całym światem. Jeśli odchodzi, nie kocha, jest z nas niezadowolona, wtedy, żeby jej nie utracić, bierzemy jej cierpienie na siebie. (Fot. iStock)
Matka jest dla dziecka całym światem. Jeśli odchodzi, nie kocha, jest z nas niezadowolona, wtedy, żeby jej nie utracić, bierzemy jej cierpienie na siebie. (Fot. iStock)
Jako dziewczynki uczymy się, że niektóre uczucia są bardzo niedobre, na przykład gniew, nienawiść; że nie wolno ich wyrażać. Tymi niewyrażonymi uczuciami trzeba się koniecznie zająć w dorosłym życiu. Trzeba pozwolić im wybrzmieć. To jest proces dążenia do prawdy o sobie, o swoim życiu – mówi psychoterapeutka Maria Zembrzuska-Peche.   

Utrata córki przez matkę i matki przez córkę jest podstawową kobiecą tragedią – pisze filozofka Adrienne Rich. Nie każda z nas straciła mamę w tym sensie, że mama umarła. Jednak większość z nas – jak się zdaje – przeżywa żałobę po tym, że nie miałyśmy i nie mamy kochającej, czułej i silnej matki. Mamy matki chore, emocjonalnie nieobecne, obojętne, a nawet wrogie.
Taka żałoba trwa wiele lat, czasem nawet całe życie. Wiąże się z cierpieniem, z brakiem, z nadzieją, że relacja z mamą kiedyś się poprawi.

I z tęsknotą. Za czym?
Za tym, czego nie dostałyśmy; za radością, szczęściem, błyskiem w oku mamy, rozpoznaniem, że jesteśmy dla niej skarbem, za czułym dotykiem. Córka potrzebuje tego wszystkiego, żeby swobodnie żyć. Dlatego tak tęskni, czeka.

Czy to może się wydarzyć?
Dopóki żyjemy, wszystko, oczywiście, może się zdarzyć. Życie przynosi nieoczekiwane rozwiązania. Żadna z nas nie jest w stanie przewidzieć, co się stanie. Mama ma swój los, swoje cierpienie, którego nie znamy. Dała i daje tyle, ile może; to jest jej ograniczenie, z którym nic nie możemy zrobić. Żałoba dotyczy nas samych. To my mamy sobie dać to wszystko, czego nie dostałyśmy od mamy.

Żałoba sprawia, że nie możemy ruszyć z miejsca, utknęłyśmy, czujemy się odrętwiałe, bez energii.
Ruszymy dopiero wtedy, gdy uświadomimy sobie, co tak naprawdę się z nami dzieje, co czujemy. Trwamy w miejscu, dopóki tego nie odkryjemy. To cała tajemnica. Nie aktywność, nie pytanie siebie, co tu zrobić, jak rozwiązać problem. „Robienie” jest wtórne. Najważniejsze jest pełne uświadomienie sobie, czego doświadczam teraz.

To właśnie może być najtrudniejsze.
Matka jest dla córki – w ogóle dla dziecka, ale mówimy tu o córkach – całym światem. Jeśli odchodzi, nie kocha, jest ze mnie niezadowolona, wtedy, żeby jej nie utracić, biorę jej cierpienie na siebie. To ja jestem zła. „Ja jestem zła” – często słyszę to od kobiet. To są mocne i dramatyczne wyznania. Szczególnie, gdy dotyczą – a często tak się dzieje – kobiet „światowych”, odnoszących sukcesy, samodzielnych. W gabinecie te kobiety uświadamiają sobie, że często przeżywają siebie tak jak opuszczone, przerażone, małe dziewczynki.

A mama? „Przecież się starała”. „Kochała na swój sposób”. „Też miała ciężko”. „Chciała dobrze”. „Wszystko poświęciła dla rodziny”.
O tak, tłumaczymy, usprawiedliwiamy, idealizujemy nasze mamy. Niekochająca matka to jest w naszej kulturze tabu. Bo matka musi kochać; jest matką, więc kocha. To nie jest prawda. Nie każdy umie kochać. Jeśli matka deklaruje, że kocha, to wcale nie musi znaczyć, że tak jest. Miłość przejawia się we właściwym postępowaniu. Polecam świetną książkę Susan Forward na ten temat „Matki, które nie potrafią kochać...”.

Mamy tyle wyrozumiałości i współczucia dla naszych mam, trudniej ze współczuciem dla siebie.
Bo wtedy musiałybyśmy otworzyć w sobie miejsca pełne rozpaczy, opuszczenia, smutku, strachu. Bronimy się przed bólem, którego nie chcemy czuć. Podstawowym przeżyciem córek, które mają trudne relacje z matkami, jest strach; one czują się opuszczone w „tym wielkim świecie”. To właśnie matka jest dla dziewczynki „tym wielkim światem”. Matka kochająca koi strach. Gdy córka ma wątpliwości co do miłości matki, wtedy doświadcza potwornego strachu. To naprawdę przerażające doświadczenie. Kobieta przenosi je potem na dorosłe życie. Jest przerażona w nieoczekiwanych sytuacjach. Świetnie sobie radzi, a tu nagle doznaje ataku paniki. Skąd to się bierze? Nie wie. Boi się. W procesie psychoterapii w bezpiecznych warunkach może pozwolić sobie na przeżywanie wszystkiego, może panicznie się bać, trząść się, płakać, wyć, czyli czuć to wszystko, co – jako dziewczynka – musiała w sobie zamknąć, stłumić. Teraz ma możliwość przeżyć to wszystko świadomie, w obecności kogoś, kto mówi: „Tak, jestem przy tobie, jesteś w porządku”.

Tego właśnie zabrakło w naszym dzieciństwie.
Jako dziewczynki uczymy się, że niektóre uczucia są bardzo niedobre, na przykład gniew, nienawiść; że nie wolno ich wyrażać. Oczywiście, pogrążanie się w gniewie i nienawiści w dorosłym życiu nikomu nie służy. Jednak niewyrażonymi uczuciami trzeba się koniecznie zająć, pozwolić im wybrzmieć. To jest proces dążenia do prawdy o sobie, o swoim życiu.

Te bolesne uczucia, niestety, nie odchodzą na zawsze. Odzywają się w nas w przełomowych momentach życia – gdy rodzimy własne dzieci, zmieniamy pracę, przeprowadzamy się, rozwodzimy, awansujemy, gdy dzieci wychodzą z domu, gdy ktoś bliski umiera.
Pamiętam, jedna z moich córek miała może 12, 13 lat, a ja… przestraszyłam się jej. Uświadomiłam sobie, że boję się własnego dziecka. Już jakiś czas temu zakończyłam własną psychoterapię, jednak ten strach sprawił, że wróciłam. Wtedy zrozumiałam, że to jest proces, droga. Jesteśmy razem, kochamy się, mamy dobrą relację, a jednak to nie jest skończone dzieło.

Co więc uwalnia?
Pogodzenie się, że relacja z mamą jest taka, jaka jest. Że w taki sposób borykam się z trudnościami, z pustką, ze strachem. Że to boli. Że ten ból może wracać. Proces żałoby wiąże się z uznaniem, że jesteśmy takie, jakie jesteśmy, miałyśmy doświadczenia, które sprawiły, że właśnie w ten sposób sobie radzimy. Mamy świadomość tego, co czujemy. Jeśli czuję, że się boję, zauważam to i nazywam: „Tak, boję się”. Wraz ze świadomością i pogodzeniem przychodzi taki czas, gdy to wszystko, co dotyczy relacji z mamą, nie jest już osią życia, pierwszoplanowym doświadczeniem. Czasem się boję, ale przecież żyję i moje życie jest dobre.

Wszyscy mamy zdrowy rdzeń, który nie może być „uszkodzony”, to nasza prawdziwa natura.
Jesteśmy dobrzy. Tak mówią wszystkie tradycje duchowe.

Możemy się na tym oprzeć.
Tak, mamy wiele punktów oparcia. Często szukamy w świecie tego, czego nie dostałyśmy od mamy. Szukamy na przykład relacji ze starszymi, ciepłymi kobietami. Świat jest wielki; możemy znaleźć ludzi, których pokochamy i którzy nas pokochają. Jednak proces zdrowienia zawsze zaczyna się od nas samych. Dorosłość to jest umiejętność oparcia się na sobie, na tym, co czuję, co przeżywam, na tym, że nie wiem. Ja, gdy „nie wiem”, nic nie robię, nie podejmuję działań, obserwuję, co się ze mną dzieje, rozmawiam z bliskimi. Także w żałobie możemy całkowicie oprzeć się na sobie.

Na bólu, lęku, przerażeniu?
Kobiety mnie pytają: „Boję się! Na tym mam się oprzeć?”. Tak, boisz się. Oprzyj się na tym. Na tym, co czujesz i przeżywasz teraz. Na tym, że jesteś zmęczona, pusta, zamknięta. Możemy być pewni tylko tego, co teraz. Jestem pewna, że teraz tu jestem, czuję to, co czuję – to jest to oparcie. Wszystko poza „teraz” jest niewiadomą. Oparcie się na sobie oznacza też własne rozumienie swojej żałoby. „Zakończyłam żałobę”, „nie zakończyłam żałoby” – odwołujemy się do stwierdzeń, które być może wcale nie są nasze. Co to jest żałoba? Ważne jest odszukanie osobistego sensu, czym jest dla mnie, co dzieje się we mnie, pal licho, czy to się nazywa żałoba, czy inaczej. Oparcie się na sobie to zaufanie – tak, to, co czuję i przeżywam, jest dobre. Może być trudne, bolesne, ale jest dobre. Możemy oprzeć się także na trudnej relacji z mamą. Ta relacja dzisiaj, teraz, tak właśnie wygląda. Prawda uczuć daje nam oparcie. Za tym idzie otwieranie się na życie, na to, co się wydarza i ufanie temu.

  1. Psychologia

Pochwała dojrzałości. Rozmawiamy z Carlem Honoré

Gdy osiągamy dojrzałość, zwykle lepiej czujemy się we własnej skórze. Fot. iStock
Gdy osiągamy dojrzałość, zwykle lepiej czujemy się we własnej skórze. Fot. iStock
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Nie zamartwiajmy się na zapas upływem czasu, on i tak będzie płynął. Żyjmy zdrowo, tu i teraz, to nasza inwestycja w przyszłość – apeluje Carl Honoré, autor książki „Siła wieku. Szczęśliwe życie w epoce długowieczności”.

Z myślą o jakim czytelniku pisał pan tę książkę?
Kiedy piszę, tak naprawdę nie myślę o czytelniku. Myślę o sobie. To już moja czwarta książka, każda narodziła się z osobistego kryzysu, więc można powiedzieć, że pisanie to dla mnie rodzaj terapii. Ale wygląda na to, że moje książki mają uniwersalne przesłanie i wywołują oddźwięk u ludzi w różnym wieku na całym świecie.

Żałuję, że taka książka nie powstała wtedy, gdy byłam młoda, bo pamiętam, jak bardzo przeżyłam swoją trzydziestkę.
Sam żałuję, że nie napisałem jej 20 lat temu, oszczędziłbym sobie wiele strachu, wstydu czy wręcz odrazy. Ale ironia polega na tym, że nie mogłem jej wtedy napisać. Ja też pamiętam swoje myślenie, gdy miałem 30 lat. Wydawało mi się, że mam przed sobą jeszcze dziesięć lat życia, a potem koniec. Potem dobiłem do czterdziestki, pomyślałem: „OK, nie jest tak źle, więc może jeszcze da się jakoś żyć”. Teraz jestem po pięćdziesiątce i rozumiem, że wcale nie musi być tak źle, jak myślałem. Ta książka powstała po to, żeby uratować ludzi, wybawić ich z błędnego myślenia i trwania w mało optymistycznych, nieprawdziwych stereotypach dotyczących wieku.

Trzeba ratować przede wszystkim kobiety. Bo to my mamy z przemijaniem największy problem.
Zgoda, kobiety płacą wyższą cenę za funkcjonowanie w tych stereotypach. Myślę jednak, że mężczyźni też cierpią z powodu tego, że tracą wigor, tężyznę fizyczną, czyli atrybuty kojarzone z młodością i męskością. Cierpią w milczeniu, nie rozmawiają o tym, podchodzą do wieku podobnie jak do swojego zdrowia – wolą przemilczeć problemy, nie pójdą do lekarza, dopóki ich jądro nie będzie ważyło trzech kilogramów.

Co według pana rodzi lęk kobiet przed przemijaniem?
Kult młodości wszechobecny we współczesnej kulturze. To największy problem, największa tragedia młodych kobiet.

Ilustracja Magdalena Pankiewicz Ilustracja Magdalena Pankiewicz

Na całym świecie? Czy są jakieś chlubne wyjątki?
Ten kult rozprzestrzenił się już na cały świat. Kiedy zaczynałem pisać książkę, miałem cichą nadzieję, że znajdę kulturę, w której występuje pełna akceptacja dla starzenia się. Łudziłem się, że może w krajach Wschodu, w których ludzie starsi tradycyjnie otoczeni są dużym szacunkiem, te stare wartości dobrze się trzymają. Jednak kult młodości jest globalny, dotarł wszędzie. W takiej Korei Południowej na przykład wykonuje się najwięcej operacji plastycznych na świecie. I poddają się im często 20-latki! Przemysł produktów przeciwstarzeniowych wart jest miliardy dolarów. Dużą część tego rynku finansują dwudziestoparolatki, wydają na takie kosmetyki więcej pieniędzy niż 40- czy 50-latki.

Czy da się ten trend zmienić?
Na pewno warto zacząć od języka, od słów, jakich używamy. Często nieświadomie stosujemy zwroty, które utrwalają negatywne stereotypy dotyczące starości, a język kształtuje przecież nasze relacje, naszą rzeczywistość. Konieczna jest też walka ze stereotypami na temat wieku, z tak zwanym ageizmem. Pomóc mogą w tym media społecznościowe pełne ludzi, którzy przekazują własną opowieść na temat tego, jak wygląda życie w starszym wieku, jak oni sobie radzą jako 50-latkowie, 60-latkowie, 80-latkowie. To często obrazy nieprzystające do skojarzeń, które mamy w głowie. Powinniśmy też przestać kłamać na temat swojego wieku. Takie kłamstwa są czymś powszechnym. Widać to w wyszukiwarce Google. Kiedy wpisuje się frazę: „kłamać na temat…”, to Google sam podpowiada: „wieku”. Mam znajomą, która świętowała swoje 39. urodziny po raz czwarty.

To niewinne kłamstwo.
Nie, dlatego że kłamiąc na ten temat, utrwalamy pewne tabu, od którego należy uwolnić starzenie się. Ale żeby to zrobić, musimy być uczciwi i mówić prawdę, ile mamy lat, nie wstydzić się tego. Na pewno po stronie starszych jest demografia, to, że stanowią oni coraz większą część społeczeństw, więc coraz trudniej będzie ich lekceważyć czy ignorować.

Trudno ich ignorować przede wszystkim dlatego, że są aktywni i potrzebni.
Zdecydowanie tak. Po 50. roku życia zakładają nowe biznesy, po 60. uczą się języków, po 70. startują w wyborach, ubiegając się o wysokie urzędy. To, że widzimy ludzi w starszym wieku, którzy się realizują, są szczęśliwi, mają udane życie, zmienia naszą percepcję starości. Starzenie się jest czymś innym, niż było kiedyś. Jeszcze nigdy w historii świata ludzie w wieku 65 lat nie byli w tak dobrym stanie zdrowia, w takiej kondycji. Dopiero co został pobity rekord świata w ćwiczeniu, które nazywa się deska. Wie pani, o co chodzi?

Tak, opieramy się o podłogę rękami i palcami stóp, utrzymując pozycję podobną do deski. Proste, ale bardzo trudne ćwiczenie.
Ile minut pani wytrzyma?

Trzy.
A nowy rekord wynosi 8 godzin, 15 minut, 15 sekund. I ustanowił go 62-latek.

Ten rekord to dla młodych kobiet wyjątek potwierdzający regułę. Co by im pan powiedział z perspektywy badacza wieku, którego tak się boją?
Przede wszystkim powiedziałbym im, żeby inaczej pomyślały o starzeniu. Nie w kategoriach przepaści, do której człowiek się zbliża z wiekiem, aż w pewnym momencie dochodzi tak blisko, że pozostaje tylko rozpacz. To myślenie wbrew wiedzy naukowej. Powinniśmy patrzeć na starzenie się jak na rozciągnięty w czasie proces. Tymczasem kult młodości zakłada, że pewne czynności trzeba zrobić do pewnego wieku, że się ma ileś czasu na to, żeby coś w życiu osiągnąć, odhaczyć. Można też prowadzić dziennik, w którym notujemy te lęki i obawy związane ze starzeniem się, jeśli wrócimy do tych zapisów po roku, paru latach, uzmysłowimy sobie, jak bardzo były bezzasadne. Moja praktyczna wskazówka brzmiałaby tak: żeby w życiu towarzyskim otworzyć się na osoby starsze od siebie, starać się utrzymywać z nimi kontakty. Bo często jest tak, że ludzie przebywają tylko ze swoimi rówieśnikami, co powoduje, że mają ograniczoną perspektywę, budują sobie nieprawdziwe wyobrażenia na temat późniejszego wieku. Gdyby mieli możliwość porozmawiać z seniorami na temat tego, jak wygląda ich życie, wyleczyliby się z tego lęku.

Często robimy wprost przeciwnie: otaczamy się młodszymi, by wampirycznie czerpać młodą energię. To dobra strategia radzenia sobie ze starzeniem się?
Na pewno bardzo ważna jest motywacja. Bo jeżeli zadajemy się z młodymi tylko po to, żeby zapomnieć, ile mamy lat, jakoś to zatuszować, samego siebie oszukać, to jest to złe. Oczywiście, można poszerzać swoje kręgi towarzyskie, utrzymywać kontakty i z młodszymi, i ze starszymi, jeśli przyświeca nam cel, żeby mieć szerszą perspektywę. Jeżeli nie zwracamy uwagi na wiek i tak się składa, że spotykamy się z młodszymi ludźmi, bo to sprawia nam przyjemność, to super. Ale jeżeli spotykamy się z nimi tylko dlatego, że są młodzi, to już rodzi się problem.

Mówi pan o kulcie młodości, ale obserwujemy też trend przeciwstawny – coraz bardziej, nawet w modzie, liczy się nie wiek, wygląd, ale oryginalność, osobowość.
To dobry prognostyk widoczny w branży modowej, kosmetycznej, w doborze modelek, które coraz częściej nie odpowiadają konwencjonalnym kryteriom urody, atrakcyjności. To trend, który prowadzi do zmiany na lepsze. Dowodem na to jest upadek takich marek jak Victoria’s Secret. Kobiety nie chcą już, żeby postrzegano je przez pryzmat tego, co w danym wieku wypada. Szukają jako konsumentki czegoś głębszego, skrojonego na swoją miarę. To pokazuje, jak ewoluuje wyobrażenie o pięknie. Wszyscy czujemy się przytłoczeni wzorcami urody, młodości. Potrzebny nam jakiś rodzaj detoksu, odwyku od kanałów bombardujących nas obrazami ideału kobiecości, który wiąże się z młodym wyglądem. Starajmy się więc przynajmniej go równoważyć – obserwujmy w mediach nie tylko młode youtuberki, ale też osoby starsze, które reprezentują inny obraz atrakcyjności i kobiecości.

Młodzi wiedzą, że na starość czekają ich choroby, problemy z pamięcią, wyglądem, więc nic dziwnego, że się tego boją. Czy czeka ich wtedy też coś dobrego?
Szczęście. Pokutuje mit, że na starość ludzie są nieszczęśliwi. Tymczasem nauka temu przeczy. Badania pokazują, że najmniej szczęśliwi są ludzie w średnim wieku, poczucie szczęścia wtedy przez jakiś czas się obniża, by na starość znowu się odbić.

Dlaczego tak się dzieje?
Po pierwsze, zwykle lepiej czujemy się wtedy we własnej skórze. Po drugie, lepiej znamy siebie, swoje miejsce w świecie. I co bardzo ważne – mniej się przejmujemy tym, co inni o nas myślą, co ma kapitalne znaczenie dla poczucia szczęścia. Pewna dziennikarka napisała trafnie, że kiedy mamy 20 lat, zastanawiamy się, co ludzie o nas myślą, kiedy mamy 40, przestajemy się tym interesować, a kiedy mamy 60, zdajemy sobie sprawę, że oni w ogóle o nas nie myśleli. Uzmysłowienie sobie tego na starość jest wyzwalającym doświadczeniem szczególnie dla kobiet, od których zwykło się kulturowo więcej wymagać i które czują presję spełniania oczekiwań innych. Zrzucenie tego ciężaru po sześćdziesiątce oznacza wolność i poczucie, że można wreszcie robić to, na co się ma ochotę.

Młodzi myślą, że z wiekiem spada kreatywność. Prawda?
Nic podobnego. Okazuje się, że starsi pracownicy często pracują lepiej od młodych, są bardziej odpowiedzialni, tak samo albo nawet bardziej kreatywni. Z wiekiem rosną umiejętności społeczne i towarzyskie, co wpływa na ich poczucie szczęścia. To są zalety, które przynosi wiek.

A seks? Młodzi myślą, że w starszym wieku seks się kończy.
Ja też tak myślałem. Wielkim odkryciem, które przyniosło mi ulgę, było to, że wbrew stereotypom życie miłosne czy erotyczne wcale nie podupada w późniejszych latach. To kolejny mit. Myślę, że gdyby zapytać kobiety, które tak się przejmują tym, że są coraz starsze, czy naprawdę myślą, że z każdym rokiem są coraz gorsze w łóżku, toby tego nie potwierdziły. Z badań wynika, że kobiety po czterdziestce częściej deklarują zadowolenie z życia seksualnego w kontrze do ludowej mądrości, która mówi, że życie seksualne kończy się około 35. roku życia. Chciałbym więc powiedzieć kobietom, że musimy zacząć snuć sobie inną opowieść na temat starzenia się, uczciwszą, zniuansowaną i bardziej optymistyczną. Bo pewne rzeczy rzeczywiście się pogorszą z wiekiem, większość się nie zmieni, ale są też takie, które z biegiem lat się polepszą, to m.in. poczucie szczęścia, dobre czucie się we własnej skórze, produktywność, dobre relacje.

Biolodzy mówią, że natura wie, co robi. Na przykład pamięć krótkotrwała z wiekiem słabnie po to, żebyśmy nie chowali urazy.
To niewykluczone, zamiary natury są niezbadane. Może ona ewolucyjnie tak zaplanowała, żeby szczęśliwi dziadkowie mogli korzystnie wpływać na rodzinę, społeczność? Badania są zgodne co do tego, że po 40. roku życia ludzie stają się mniej skupieni na sobie, a coraz chętniej dają siebie innym.

Napisał pan słynną już książkę „Pochwała powolności. Jak zwolnić tempo i cieszyć się życiem”, ale powolność w kontekście starości źle się kojarzy.
Rzeczywiście, starość ma związek z powolnością. I istotnie, przywykliśmy do tego, że ceni się wigor, szybkość. Tymczasem to, że robimy coś wolniej, może okazać się kolejną zaletą i korzyścią, jaką człowiek wynosi z tego, że się starzeje. Zatem jeżeli zmienimy wizerunek powolności, to, jak o niej myślimy, co było tematem poprzedniej książki, to też wpłynie na wizerunek starości. Widzę to na przykładzie relacji moich dzieci z dziadkami. Mój ojciec ma do moich dzieci o wiele więcej cierpliwości, niż ja miałem. Ja zwykle gdzieś się spieszyłem, robiłem różne rzeczy szybko, bywałem znudzony dziecięcymi zabawami. A on potrafił godzinami siedzieć i słuchać, co one mają do powiedzenia. To przychodzi z wiekiem i staje się atutem.

A co młodzi mogą zrobić teraz dla przyszłego siebie? Nie myśleć o starości, ale żyć dobrze, zdrowo, tu i teraz, a efekt przyjdzie sam?
To bardzo trafne spostrzeżenie. Bo każdy wiek ma swoje zalety i w każdym wieku można być szczęśliwym. Pod jednym warunkiem – trzeba żyć tu i teraz, nie oglądać się na to, co było, ani nie patrzeć w przyszłość. Czyli zdrowo się odżywiać, ćwiczyć, dbać o relacje, ale najważniejsza jest zmiana sposobu myślenia o starzeniu się. Problem z kultem młodości jest taki, że to samospełniająca się przepowiednia: jeśli wierzymy, że na starość czeka nas wszystko, co najgorsze, to najprawdopodobniej tak będzie. Dlatego nie warto tej zmiany w myśleniu odkładać, myśleć: „Może swój pogląd na temat starości zrewiduję za 20 lat”, tylko lepiej zrobić to już teraz, bo to inwestycja w przyszłość.

I zauważyć, że starzejemy się od urodzenia.
Dokładnie tak. Proszę zwrócić uwagę na to, że nawet w języku widać, że mówimy o starzeniu się tak, jakby tylko ludzie starsi się starzeli, jakby to nie było coś, co dotyczy nas wszystkich. A przecież starzejemy się od dziecka.

Ale nie chodzi o to, żeby kult młodości zastąpić kultem starości?
O nie, nie! Proponuję przedefiniowanie słowa „starzenie się”, żeby inaczej się kojarzyło.

Czyli jak?
Jako naturalny proces, a nie katastrofa. Zbieranie materiałów do tej książki dało mi powody do optymizmu. Przekonałem się, jak wielu dojrzałych ludzi na świecie ma wspaniałe życie. Nie ma sensu bać się dojrzałości, ona przyjdzie. Ale możemy o nią zadbać już teraz. Więc wracając na koniec do pierwszego pytania – przyznaję pani rację: książka jest, oczywiście, dla wszystkich, ale gdybym musiał wybrać jedną grupę wiekową, to wybrałbym nie osoby starsze, tylko 20-, 30-latków.

Czy terapia, jaką było pisanie książki, zadziałała, zmieniła pana życie?
Nie była to terapia w stylu Woody’ego Allena rozciągnięta na 50 lat, zadziałała szybciej [śmiech]. Widzę wielki kontrast między mną sprzed tej książki, naprawdę przerażonym wizją starości, a mną dzisiaj. Jestem zadowolony ze swojego życia i ze swoich 52 lat.

 

Carl Honoré, brytyjski dziennikarz z kanadyjskimi korzeniami, pisarz, autor książek: „Pochwała powolności...”, „Pod presją...”, „Siła wieku...” (wszystkie wydane przez Drzewo Babel). Carl Honoré, brytyjski dziennikarz z kanadyjskimi korzeniami, pisarz, autor książek: „Pochwała powolności...”, „Pod presją...”, „Siła wieku...” (wszystkie wydane przez Drzewo Babel).

 

 

  1. Psychologia

Co daje nam świadomość przemijania? Co to znaczy i jak spokojnie doświadczać przemijalności życia?

Jeśli dobrze przeżywasz każdy dzień, nie musisz bać się śmierci. (Fot. iStock)
Jeśli dobrze przeżywasz każdy dzień, nie musisz bać się śmierci. (Fot. iStock)
W listopadzie częściej niż zwykle myślimy o przemijaniu. Zaduma nad kruchością ludzkiej egzystencji nie musi być jednak smutna. Lekarka Elisabeth Kübler-Ross podkreśla, że najważniejszy wniosek, jaki wypływa z jej badań nad śmiercią, dotyczy wielkiego znaczenia życia. Bo jeśli dobrze przeżywasz każdy dzień, nie musisz bać się śmierci.

W listopadzie częściej niż zwykle myślimy o przemijaniu. Zaduma nad kruchością ludzkiej egzystencji i odczuwanie przemijalności życia nie muszą być jednak smutne. Lekarka Elisabeth Kübler-Ross podkreśla, że najważniejszy wniosek, jaki wypływa z jej badań nad śmiercią, dotyczy wielkiego znaczenia życia. Bo jeśli dobrze przeżywasz każdy dzień, nie musisz bać się śmierci. Przemijanie – co to znaczy tak właściwie dla człowieka?

W pewnym koanie zen, który przytacza Ken Wilber w „Śmiertelnych nieśmiertelnych” uczeń pyta mistrza: – Co stanie się z nami po śmierci? – Nie wiem – odpowiada nauczyciel. – Jak to nie wiesz? Przecież jesteś mistrzem zen! – oburza się uczeń. – Tak, ale nie martwym.

Na tym polega paradoks śmierci: dopóki jesteśmy w tym wymiarze, tamten zawsze pozostanie tajemnicą. A tajemnica onieśmiela, niepokoi. I może dlatego jest spychana na margines, wypierana. Zaprzeczamy śmierci. Zachowujemy się, jakbyśmy byli nieśmiertelni. Ale w głębi serca wiemy, że tak nie jest i rozumiemy, co to znaczy przemijanie, a także z czym się ono wiąże. To powoduje rozszczepienie, czyni ze śmierci coś przerażającego, tabu. A przecież nie ma nic równie naturalnego jak śmierć. Nic równie pewnego...

Królewskie przesłanie

Czy można być ekspertem od śmierci? Za taką specjalistkę uchodzi niewątpliwie pochodząca ze Szwajcarii lekarka Elisabeth Kübler-Ross. Zanim została doceniona jako autorka książek o umieraniu, znana była w środowisku medycznym z pracy ze śmiertelnie chorymi pacjentami, z seminariów z ich udziałem. Zrozumiała, że ludzie stojący w obliczu śmierci (przynajmniej w większości) nie chcą ukrywać tego faktu. Chcą mówić, dzielić się swoim doświadczeniem. Zauważyła, że personel medyczny ma skłonność do negowania obecności takiego pacjenta na oddziale – często odmawia się mu prawa do podejmowania decyzji, do własnego zdania. Traktuje jako „ciężki przypadek” – czyli tak naprawdę kłopot. Jako wynik, wskaźnik w jakimś sprzęcie. Zresztą czy tylko o personel tu chodzi? „Czy nasze skoncentrowanie się na skomplikowanej aparaturze, na ciśnieniu krwi nie jest rozpaczliwą próbą, żeby zaprzeczyć nadchodzącej śmierci, która tak nas przeraża i przyprawia o taką niepewność, że całą naszą wiedzę przelewamy na maszyny, gdyż mniej się ich obawiamy niż cierpiącej twarzy innej istoty ludzkiej, która raz jeszcze przypomina nam o naszej bezsilności, o naszych ograniczeniach i błędach i co ważniejsze – o naszej śmiertelności?” – pyta Kübler-Ross.

Znam osobę, która panicznie boi się śmierci. Nigdy nie widziała nieboszczyka. O śmierci dziadka dowiedziała się dopiero kilka miesięcy po pogrzebie. Była w innym mieście, na studiach. Matka uznała, że nie będzie jej informować o zgonie, że zaoszczędzi jej stresu. Elisabeth Kübler-Ross podkreśla, jak ważne jest spotkać się z realnością śmierci, dotknąć jej, doświadczyć przemijalności życia na własnej skórze. Temu służy m.in. ceremonia pogrzebowa – pożegnanie ciała. Unikanie bólu to ślepa uliczka. On nie zniknie, a odsuwany będzie rósł, dobijał się do nas na różne sposoby. Oczywiście, każdy ma prawo wybrać, jak będzie przeżywać żałobę – jeśli potrzebuje wycofania, negacji, jego prawo. Kobieta, o której mowa, została pozbawiona tego wyboru. Jeśli wierzyć Kübler-Ross, również izolowanie dzieci od śmierci to – bardziej niż ochrona przed zranieniem – pozbawianie ich cennego doświadczenia przemijania życia. „Dzieci, którym pozwolono zostać w domu, kiedy ktoś z rodziny umarł, i które są włączone w rozmowy i dyskusje, mają poczucie, że nie są osamotnione w żalu i wspólnie z dorosłymi dzielą odpowiedzialność i żałobę” – pisze Szwajcarka. „W ten sposób przygotowują się stopniowo do tego, by śmierć traktować jako część życia”.

Dawniej Chińczycy trzymali w domu trumnę, która przypominała im o własnej śmiertelności. Niektórzy kładli się w niej przed podjęciem ważnej decyzji. Świadomość śmierci, przyjęcie przemijalności życia dają całkiem nową perspektywę. Pozwalają w pełni je objąć. A nawet ukoić lęk – jak w przypowieści o pierścieniu króla Salomona. Ów król – mimo swej potęgi i bogactwa – nie znajdował spokoju. Gdy wpadał w tarapaty, zadręczał się szukaniem rozwiązania. Kiedy wydawało się, że ma już wszystko, bał się, że to straci. Wreszcie przyśnił mu się pierścień zapewniający mądrość i spokój umysłu. Zażądał, by go dla niego odnaleziono, ale zadanie okazało się niezwykle trudne. Najwięksi złotnicy ani nawet czarnoksiężnicy nigdy nie słyszeli o takim pierścieniu... Wreszcie w najbiedniejszej dzielnicy miasta znalazł się starzec, który wygrawerował na prostej obrączce tekst – z zapewnieniem, że to jest właśnie pierścień dla króla. Napis brzmiał: „Jak każdy, umrzesz niedługo”.

Wykorzystaj przemijanie życia i zrób to teraz

W „Śmiertelnych nieśmiertelnych” czytamy o tym, że zaprzeczenie śmierci prowadzi do mniej aktywnego życia. „W istocie jest to zaprzeczenie życia, gdyż życie i śmierć idą ramię w ramię. Boję się śmierci, więc będę niezwykle ostrożnie żyć, bo coś może mi się przydarzyć. Im bardziej zatem boję się śmierci, tym bardziej boję się życia – i tym mniej żyję”. Podobną refleksję dotyczącą tego, czym jest przemijanie i jak oddziałuje na postrzeganie rzeczywistości, znajdziemy u Kübler-Ross: negacja śmierci jest w dużym stopniu odpowiedzialna za pustą, pozbawioną celu egzystencję. Jeśli funkcjonujesz, jakby twoje życie tutaj nie miało końca, zbyt łatwe staje się odkładanie wszystkiego na później, unikanie ryzyka, straty. Szwajcarka przypomina, że życie jest tak naprawdę pasmem strat – mniejszych i większych. Na koniec tracimy wszystko. Rzeczy, ludzi, marzenia. Ciało. Póki jednak tu jesteśmy, codziennie odbieramy lekcje dotyczące rozstań, pożegnań, oddawania, tracenia. Notabene to Kübler-Ross po raz pierwszy opisała pięć etapów, przez które przechodzą śmiertelnie chorzy i umierający: zaprzeczenie, gniew, targowanie się, depresja i akceptacja. Te doświadczenia, szczególnie akcentowane w obliczu aktu przemijania życia, stają się zresztą naszym udziałem również przy błahych epizodach – na przykład kiedy coś gubisz. „Nie wierzę, że to się stało!” (zaprzeczenie). „Cholera, jak mogłem się tak zagapić!” (gniew). „Obiecuję, że jeśli to znajdę, będę uważał” (targowanie się). „Nie mogę tego odżałować...” (depresja). „Trudno, stało się” (akceptacja).

Zdaniem Elisabeth Kübler-Ross bez strat nie możemy się rozwijać. W książce „Śmierć. Ostatni etap rozwoju” utrzymuje, że śmierć jest kluczem do ewolucji: „Tylko kiedy zrozumiemy prawdziwy sens śmierci w egzystencji człowieka, będziemy mieli odwagę, by stać się tym, do czego jesteśmy powołani”. Christopher Landon, syn amerykańskiego aktora Michela Landona, twierdzi, że śmierć ojca była najważniejszym wydarzeniem w jego życiu. Miał 16 lat, gdy bohater „Autostrady do nieba” zmarł na raka. Do tej pory Christopher żył w cieniu ojca gwiazdora – był nieśmiały, wycofany, zalękniony. Kiedy zrozumiał, że śmierć może nadejść w każdej chwili, paradoksalnie przestał się bać. Zaczął podejmować ryzyko. Wyjechał na studia do Wielkiej Brytanii. „Nauczyłem się rzucać w wir wydarzeń” – wyznaje w książce „Lekcje życia” (Kübler-Ross, David Kessler). „Tak, to był niewątpliwie wielki krok. Osobiście wierzę, że ból zawsze przekłada się na rozwój”.

Psychiatra Antoni Kępiński u kresu swych dni pisał: „Bez śmierci życie straciłoby sens, swoje dynamiczne napięcie, stałoby się jakąś bezkształtną, czterowymiarową plazmą”. Brak ograniczeń, priorytetów... Co za nuda! Kübler-Ross podkreśla, że najważniejszy wniosek, jaki wypływa z jej badań nad śmiercią, dotyczy wielkiego znaczenia życia. „Jeśli istnieją rzeczy, które uczyniłyby twoje życie pełniejszym, zrób je teraz” – zachęca. Później może być po prostu za późno. „Myśl o swojej śmierci” – sugeruje. „Jak dużo czasu poświęciłeś na zrobienie rachunku swoich uczuć, przekonań, nadziei i obaw dotyczących końca twojego życia? Co stanie się, jeśli usłyszysz, że zostało ci go niewiele? Czy zmieni to sposób, w jaki kierujesz obecnie swoim życiem? Czy są sprawy, które chciałbyś załatwić, zanim umrzesz? Czy boisz się umierania? Śmierci? Czy możesz określić przyczynę swoich obaw?”.

Na tym pytania się nie kończą. Są też te dotyczące umierania bliskiej osoby: Jak spędzilibyście ostatnie chwile? Co byś jej powiedział? Czy są sprawy (uczuciowe bądź praktyczne), które powinieneś omówić z najbliższymi przed ich odejściem?

Umrzeć za życia

Elisabeth Kübler-Ross sporo pisze o miłości. Że to ona jest naszą najważniejszą lekcją. I ona zostaje. W biograficznej książce „Koło życia” wspomina swoją wizytę na Majdanku, tuż po wojnie. W barakach, w których więźniowie obozu koncentracyjnego spędzali ostatnie noce przed trafieniem do komory gazowej, dostrzegła na ścianach rysunki motyli. Dopiero po 25 latach, obserwując spokojnie umierających pacjentów, zrozumiała to przesłanie: śmierć jest porzuceniem ciała-kokonu. Ale pozostaje coś pięknego, ulotnego... Jeśli wierzyć innym świadectwom – również niezniszczalnego. Śmierć pozwala to „coś” rozpoznać – to jedno z najważniejszych przesłań przywoływanych wcześniej „Śmiertelnych nieśmiertelnych” Kena Wilbera – książki napisanej w dużej mierze na podstawie pamiętników jego chorej na raka żony, Trei. Jest tam tyle akceptacji – siebie, choroby, tyle radości z każdego dnia. „Zrównoważyć wolę życia z akceptacją śmierci. Obie ważne. Muszę się tego nauczyć” – pisze Treya niedługo po diagnozie. A w ostatnich dniach, całkowicie pogodzona ze swoim odejściem, mówi o tym, jaka jest szczęśliwa, gdy zaczyna rzeczywiście rozumieć, co to znaczy przemijanie.

Świadectwa osób odchodzących w ten sposób to niezwykle cenny dar dla tych, którzy zostają. Reporter i dziennikarz Tiziano Terzani w autobiograficznej książce „Nic nie zdarza się przypadkiem” opowiadał o swoich bliskich spotkaniach z rakiem, ze śmiercią. O podróży przez kontynenty, która miała służyć znalezieniu lekarstwa na nowotwór, a w której tak naprawdę chodziło o poszukiwanie remedium na chorobę, dotykającą nas wszystkich – śmiertelność. Na koniec przyznał: wszystkie wysiłki, jakie podjąłem, by znaleźć cudowny lek, spełzły na niczym. I wszystko, włącznie z chorobą, czemuś służyło. Zmianie życia, zmianie siebie. U kresu swej podróży, w jednej z rozmów z synem („Koniec jest moim początkiem”) stwierdził, że gdyby nagle znaleziono pigułkę, która pozwoliłaby mu żyć kolejne 10 lat, nie przyjąłby jej. W książce pisał, że śmierć wydaje mu się atrakcyjna – to coś zupełnie nowego. Idzie więc na to spotkanie „z lekkim sercem, z ogromną, niemal dziennikarską ciekawością”.

Pisał, że życie i śmierć są jednym. Pisał o poczuciu jedności i zatopieniu się we wszechświecie ze świadomością przemijalności życia – kiedy porzucamy nasze role, kiedy godzimy się być nikim. „Powodem, dla którego tak bardzo boimy się śmierci, jest konieczność rezygnacji ze wszystkiego, na czym nam tak bardzo zależy, konieczność rezygnacji z posiadania. Z marzeń. Z tożsamości” – twierdził. „Ja już to zrobiłem. Przez ostatnie lata wszystko to wyrzucałem na śmietnik i nie ma już nic, do czego byłbym przywiązany. Przecież człowiek nie jest swoim imieniem! Nie jest swoim zawodem. Nie jest domem, który ma nad morzem. Jeżeli więc nauczy się umierać za życia, tak jak tego uczyli mędrcy z przeszłości, sufi, Grecy, wspaniali ryszi z Himalajów, nauczy się nie rozpoznawać siebie w tych rzeczach, pozna ich ograniczoną, przemijalną, śmieszną, nietrwałą wartość”.

  1. Psychologia

Jak poradzić sobie ze stratą?

fot. iStock
fot. iStock
Doświadczenia straty nie sposób uniknąć, jest ona wpisana w scenariusz życia każdego z nas. Buntowanie się czy udawanie, że to nas nie dotyczy, bo nic nie jest dla nas tak bardzo ważne – to niebezpieczna iluzja, która nasila lęk.

Ból, jaki czujemy, to jasny komunikat, że to, co straciliśmy, naprawdę było istotne.

Wiele lat temu terapeuta zwrócił mi uwagę, że zbyt gwałtownie zrywam relacje. Wkurzyłam się, że jego zdaniem porzucam ludzi. Próbowałam tłumaczyć, że ci „porzuceni”, choć byli dla mnie ważni, to nadużywali mojego zaufania, nie wywiązywali się z obietnic, zawodzili na całej linii i zakończenie relacji było próbą chronienia własnych granic. Wtedy terapeuta zapytał: „A może porzucasz, bo sama boisz się porzucenia, a cierpienie po stracie, kiedy to ty odchodzisz, wydaje ci się mniej straszne niż to, gdybyś została porzucona?”. Dużo czasu potrzebowałam, by zrozumieć, że lęk przed stratą jest jednym z najtrudniejszych lęków człowieka, bo korzeniami sięga separacji z rodzicami, a u jego podstawy leży strach przed śmiercią.

Strategia uciekania od bólu

Wielu pacjentów trafiających do mojego gabinetu stosuje rozmaite strategie radzenia sobie z lękiem przed stratą. Zwykle są one mało skuteczne, a ich jedynym zadaniem jest złagodzenie, a właściwie chwilowa ucieczka przed lękiem i cierpieniem. W tej sprawie fantazja nie ma granic. Niektórzy z nas wolą uwierzyć, że nie są w stanie mieć satysfakcjonującego związku, udanych przyjaźni czy dającej zadowolenie i spełnienie pracy, że w ogóle na to nie zasługują. A kiedy coś takiego pojawi się w ich życiu, szukają dziury w całym. Każde najmniejsze potknięcie ze strony innych ludzi potwierdza ich hipotezę, że przywiązanie do kogokolwiek czy czegokolwiek zawsze kończy się dla nich źle. I nawet jeśli to przekonanie nigdy się nie sprawdziło, odchodzą, kiedy robi się „za dobrze”.

Marta cierpi na syndrom trzymiesięcznych związków. W każdej relacji po miesięcznej fascynacji zaczyna mieć wątpliwości. A to partner się za mało stara, a to jest podejrzanie idealny, a to „teraz jest dobrze, ale przecież taki stan nie może trwać wiecznie”. Dewaluuje partnera i związek, w końcu odchodzi, w konsekwencji i tak cierpiąc z powodu rozstania.

Iwona od lat pracuje w tej samej firmie. Nie jest zadowolona, właściwie ciągle narzeka, ale kiedy pytam, dlaczego nie poszuka sobie zajęcia, które da jej satysfakcję, odpowiada, że woli stare, znane zło niż nową, wielką niewiadomą. – Gdybym mogła najpierw sprawdzić, czy w nowej pracy będzie mi dobrze, a dopiero potem podjąć decyzję, czy odejść ze starej… – fantazjuje. Tłumaczę jej, że dopiero kiedy przeżyje żałobę po stracie „starego”, ma szansę w pełni otworzyć się na „nowe”. Patrzy na mnie z lękiem i niedowierzaniem.

Elżbieta twierdzi, że jej małżeństwo od dawna nie istnieje. Przez lata nie miała odwagi nawet pomyśleć o rozwodzie, bo, jak mówi, bałaby się odejść donikąd, a poza tym nie chce żyć sama, marzy o dzieciach, rodzinie. Pół roku temu pojawił się w jej życiu inny mężczyzna. Romans powoli przeradza się w poważną, rokującą relację. Elżbieta twierdzi, że poczucie winy w stosunku do męża nie pozwala jej wystąpić o rozwód. Wolałaby, żeby zrobił to mąż. Wierzy, że jeśli to on ją porzuci, będzie łatwiej jej przeżyć stratę. Ale czy bycie równolegle w dwóch relacjach wydaje się bezpieczniejsze? Elżbieta, jak wiele innych osób, łudzi się, że „to” się jakoś samo rozwiąże, bez jej udziału. Być może, ale czy będzie wtedy mniej bolało? Czy jakąkolwiek stratę da się przeżyć bezboleśnie, niezauważalnie, bez emocji, na chłodno?

Unik nie uchroni przed ciosem

Inga towarzyszy mężowi w ciężkiej chorobie. Choć lekarze nie dają jej żadnych nadziei, jak większość ludzi zmagających się z widmem śmierci kogoś bliskiego, całą energię wkłada w szukanie coraz to nowych lekarzy, lekarstw czy alternatywnych metod leczenia. Bliscy przyjaciele towarzyszą jej w tej „zmowie milczenia”, dalsi znajomi unikają tematu, bo jak długo można udawać, że będzie dobrze? Bardziej odważni i pewnie lepiej oswojeni w temacie straty doradzają, żeby przestała wierzyć w cud i po prostu była z mężem, towarzyszyła mu w procesie odchodzenia. Inga twierdzi, że chce walczyć, że nie jest w stanie odpuścić.

Ilu z nas pogodzonych jest z tą najdotkliwszą stratą, z faktem, że nasze życie nie będzie trwać wiecznie? Jak zaakceptować fakt, że dzisiejszy świat, pełen tylu nieograniczonych możliwości, kiedyś będzie poza naszym zasięgiem? Być może dlatego tak bardzo wierzymy, że nieprzywiązywanie się do nikogo i niczego, zawrotne tempo życia, ciągłe zmiany i próbowanie stale czegoś nowego (porzucanie pracy, ludzi, zmiana celów życiowych) uchroni nas przed tą ostateczną i nieuniknioną stratą. Odważną konfrontację z ulotnością życia zamieniamy na scenariusz kontrolowanej ulotności; dzisiaj tu, jutro tam, „kiedy śmierć przyjdzie, ja będę już gdzie indziej”. Wolimy nie myśleć o starości i śmierci, unikamy ludzi, których dotknęła: „Nie jestem specjalistą, nie wiem, co powiedzieć”. A gdy sami odczuwamy smutek po stracie, ratujemy się tabletkami na poprawę nastroju.

Czy uwierzyłabyś, gdybym ci powiedziała, że odważna konfrontacja ze stratą i przeżycie wszystkich uczuć z nią związanych to najskuteczniejszy sposób oswajania lęku przed śmiercią?

Proces godzenia się ze stratą

Właściwie pierwszym doświadczeniem, jakie przytrafia nam się w momencie narodzin, jest właśnie strata. Przecięcie pępowiny, odłączenie od bezpiecznego matczynego brzucha wyrzuca nas na świat, w którym doświadczać będziemy wielu rozmaitych strat: beztroskiego dzieciństwa, ważnych relacji, pracy, rzeczy materialnych, złudzeń na swój temat czy tej wynikającej z upływającego czasu.

Jeśli w dzieciństwie mamy szczęście w bezpieczny sposób przejść proces separacji od rodziców, a jeszcze wcześniej nawiązać z nimi więź dającą poczucie bezpieczeństwa, mamy szansę pomyślnie, choć nie bez bólu, przeżyć każdą życiową stratę. Jako dzieci jesteśmy bezradni w obliczu odłączenia od rodziców, bez nich rzeczywiście nie jesteśmy sobie w stanie poradzić. Za to w dorosłym życiu możemy kontrolować relacje ze światem i nie wchodzić w nie symbiotycznie (na zasadzie fuzji, zlania się). Nie myślmy: „bez niego/niej nie przeżyję”, „jeśli stracę tę pracę, moje życie straci sens”, bo to nieprawda. Trudno jest tracić ważne rzeczy czy relacje, ale to nie oznacza, że ta strata nas zabije. Jeśli skonfrontujesz się z tym faktem, powiesz na głos: „To prawda, to, co straciłam, było dla mnie bardzo ważne, teraz jest mi smutno, czuję się zrozpaczona, nie wiem, co dalej” i odważysz się przeżyć te wszystkie emocje, przyjdzie taki dzień, kiedy poczujesz, że przeżyłaś, ocalałaś, a strata będzie bolała coraz mniej.

Proces żałoby towarzyszący każdej, nawet najdrobniejszej stracie, ma podobne etapy jak żałoba po śmierci kogoś bliskiego, tylko jest mniej intensywny. Najpierw pojawia się zaprzeczenie – „to nie może być prawda”. Być może scenariusz kontrolowanej ulotności życia jest właśnie formą zaprzeczenia stracie – na zasadzie „Nic nie jest dla mnie tak naprawdę ważne, więc nie będę cierpieć, kiedy coś stracę”. Dalej jest gniew i szukanie winnego. Potem jest etap targowania się z losem: „Co mogę zrobić, by odwrócić stratę?”. Zmęczeni walką, pogrążamy się w depresji – nic już nie ma sensu. To bardzo trudny i bolesny etap żałoby, ale jeśli wytrwamy w tym zatrzymaniu i bezsensowności, pojawi się akceptacja straty i wielka ulga, że życie toczy się dalej.

Przyklej plaster na rany

Bierz przykład z małych dzieci, które każdą stratę przeżywają intensywnie, a potem szybko, kierowane ciekawością świata, otwierają się na nowe.

Pamiętaj, że w życiu straty zwykle bilansują zyski; coś tracisz, a za chwilę zyskujesz coś nowego. Od czasu do czasu w celu oswojenia niezgody na stratę warto zrobić sobie taki właśnie bilans zysków i strat.

Pamiętaj, że dewaluowanie wszystkiego, co straciłaś, nie zmniejszy lęku przed stratą, wręcz przeciwnie – może go nasilić. Spróbuj, czy jesteś gotowa napisać list pożegnalny do wszystkiego, co odeszło, co skończyło się bezpowrotnie. Podziękuj za dobry czas, kiedy ,,to” było w twoim życiu, na przykład wspominając najbardziej traumatyczne rozstanie, zobacz, jak zmieniła czy wzbogaciła cię ta relacja. Jeśli to zrobisz, jest szansa, że w kolejnej nie będziesz podświadomie realizować identycznego scenariusza. Doceń, bądź wdzięczna, podziękuj i puść, a potem czekaj na pojawienie się nowego.

Symbolem rany po stracie jest pępek. Małe dzieci bardzo lubią być całowane w pępuszek, jakby intuicyjnie czuły, że to najważniejsze miejsce, które potrzebuje ukochania. Jeśli właśnie doznałaś straty, zaopiekuj się swoim pępkiem. Możesz go masować okrężnymi ruchami, zgodnie ze wskazówkami zegara. Możesz delikatnie przyłożyć do niego palce dłoni złożonej w łódeczkę i poczuć, jak wraz z wdechem i wydechem twoja dłoń wędruje od pępka na boki i z powrotem, jakby rysując promienie słońca.

Ewa Klepacka-Gryz - psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trener warsztatów rozwojowych dla kobiet www.terapiavia.com

Więcej w książce „Metamorfoza, czyli terapia jednego spotkania” Ewy Klepackiej-Gryz, Wydawnictwo Zwierciadło.