1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Często, gdy zostajemy rodzicami, zapominamy o swoich uczuciach z dzieciństwa

Często, gdy zostajemy rodzicami, zapominamy o swoich uczuciach z dzieciństwa

„Kto nie pamięta dokładnie swojego dzieciństwa, ten jest złym wychowawcą” – stwierdziła już w XIX wieku austriacka pisarka Marie von Ebner-Eschenbach. (fot. iStock)
„Kto nie pamięta dokładnie swojego dzieciństwa, ten jest złym wychowawcą” – stwierdziła już w XIX wieku austriacka pisarka Marie von Ebner-Eschenbach. (fot. iStock)
Czego Jaś doświadczył na własnej skórze, z tego Jan może korzystać. Nasze przeżycia z dzieciństwa to kapitał, z którego warto czerpać, gdy sami zostajemy rodzicami. Niestety, wielu z nas o nich zapomina.

„Chcielibyśmy wierzyć, że cierpienie w dzieciństwie może na coś się przydać. Ale tak nie jest” – przeczytałam w numerze „Sensu”. Ale nie uwierzyłam. I nie tylko dlatego, że nie chcę. Na własne oczy widzę, że ci, którzy mają za sobą tak zwane trudne dzieciństwo, często mają z tego jakieś zyski. Ciągle ich coś uwiera, zmuszając do poszukiwania rozwiązań własnych problemów. A kto szuka, ten znajdzie, czasem nawet więcej niż się spodziewał.

Podróże w głąb siebie i do przeszłości mogą prowadzić do bardziej świadomego życia. Do zrozumienia nie tylko tego, co nam się przydarzyło, ale także tego, o co dziś w życiu nam chodzi. Jeśli przetrwaliśmy trudne dzieciństwo, znamy swoją siłę. Wiemy, że możemy się na sobie oprzeć. To pomaga w konfrontacji z trudną dorosłością. Ale czy to dorosłość jest trudna?

Wbrew powszechnie obowiązującym mitom, dzieciństwo to chyba najtrudniejszy czas w życiu człowieka. Nawet jeśli najwcześniejsze lata były dla niektórych beztroskie, to nie istnieje młodość pozbawiona cierpień. Bóle wzrostowe psychiki są równie nieuchronne jak bóle kości. Wystarczy przypomnieć sobie szkolne czasy. Czy pamiętacie, jak mocno przeżywa się lęk przed klasówką? Przegraną w zawodach, w których byliśmy faworytami? Zdradę przyjaciółki, która nagle przesiadła się do innej ławki? Nigdy potem uczucia nie są już tak intensywne, a my wobec nich tak bezradni. I jeszcze to poczucie niezrozumienia przez dorosłych.

„Kto nie pamięta dokładnie swojego dzieciństwa, ten jest złym wychowawcą” – stwierdziła już w XIX wieku austriacka pisarka Marie von Ebner-Eschenbach. I ta myśl nic a nic się nie zestarzała. Wszyscy byliśmy dziećmi. Na własnej skórze zbieraliśmy doświadczenia, które mogą pomóc przeprowadzić nasze dzieci przez dzieciństwo. Mogą, ale tylko wtedy, jeśli z nich skorzystamy.

Iza, matka piętnastolatki, przyszła na spotkanie roztrzęsiona. Przeczytała pamiętnik swojej córki. Okazało się, że Ania wypisuje tam straszne rzeczy. Iza chciała o nich opowiedzieć, ale ją zatrzymałam: „Poczekaj! Jakbyś się czuła, gdyby ktoś przeczytał twój pamiętnik?”. Świetnie znała odpowiedź na to pytanie. Kiedyś ojciec przeczytał jej pamiętnik. Nie odzywała się do niego przez pół roku. Nigdy więcej nie napisała słowa.

Nie chodzi mi o to, że nie należy czytać cudzych pamiętników. Jasne, że nie należy, i mam nadzieję, że wszyscy to wiedzą. Chodzi o to, jak łatwo zapominamy o swoim dzieciństwie, gdy zostajemy rodzicami. Ci, których spotykam najczęściej, dzielą się z grubsza na dwie kategorie. Jedni nie są pewni niczego, wciąż dręczą ich nowe pytania. Drudzy nie mają żadnych wątpliwości, doskonale wiedzą, jak wychowywać, jak gdyby tę wiedzę wyssali z mlekiem matki. I rzeczywiście, przejęli ją z domu. Postępują zgodnie z tym, jak sami byli wychowywani, nawet jeśli w dzieciństwie czuli się źle traktowani przez rodziców. Odcinają się od własnych dziecięcych przeżyć i przechodzą na drugą stronę barykady – z troski o dziecko, z poczucia odpowiedzialności za jego wychowanie robią rzeczy, które im robiono, choć wcale im nie służyły. „Jak to nie służyły? Mnie ojciec bił i wyrosłem na porządnego człowieka”. No właśnie. Problem z nimi jest taki, że zawsze mają rację, tylko nie wiadomo, dlaczego ich dziecko sprawia kłopoty.

Wśród rodziców niepewnych prym wiedzie Ela, matka ośmioletniego Alka. „Co mam mówić, kiedy Alek krytykuje w domu nauczycielkę? Albo gdy pobił się z kolegami? Nauczycielka niepokoi się, że on rysuje szubienice. Czy mam mu tego zabronić? Czy pozwolić mu na zajęcia sportowe, jeśli za mało się uczy?...”. Choć lista pytań Eli jest znacznie dłuższa, przerywam jej: „Elu, a co będzie, jak odpowiem na wszystkie twoje pytania?”. „Będę wiedziała, co robić” – mówi. „Nie” – bezlitośnie rozwiewam jej złudzenia. „Wtedy pojawią się następne pytania. Alek ugryzie kogoś w ucho, będzie przeszkadzał na lekcji rysunków, nie będzie chciało mu się rano wstać. Znów nie będziesz wiedziała, co robić. Czy nie lepiej zacząć pytać siebie?”.

W grupie dla rodziców przygotowujemy listę zachowań dobrego dorosłego. Żeby ją zrobić, trzeba sięgnąć do własnych wspomnień. Przypomnieć sobie te sytuacje, w których mieliśmy poczucie, że dorośli są w porządku. Co sprawiało, że czuliśmy się dobrze na świecie, a przynajmniej sprawiedliwie traktowani? Dlaczego chciało nam się starać? Każdy miał innych rodziców i nauczycieli, a jednak w każdej grupie dochodzi do podobnych ustaleń. Dobry dorosły okazuje zainteresowanie, umie słuchać, wprowadza jasne reguły, jest konsekwentny, jego decyzje nie zależą od nastroju, umie okazywać akceptację, może być surowy, byleby był sprawiedliwy. Daje prawo do swobody i do błędów. A czego dobry dorosły na pewno nie robi? Nie upokarza, nie inwigiluje, nie wrzeszczy, nie poucza bez przerwy... Każdy z nas może stworzyć własną listę, czyli podręczny poradnik dobrego rodzica. Można zaglądać do niego, gdy nie wiemy, co zrobić, a także wtedy, gdy nie mamy żadnych wątpliwości. I to jest bezsprzeczna korzyść nawet z najtrudniejszego dzieciństwa. Skoro udało nam się przeżyć, to coś dobrego musiało nas spotkać.

No i świetnie wiemy, czego nie warto robić swoim dzieciom.

A wracając do pamiętnika Ani, córki Izy. Czym mama była tak poruszona? Tym, co przeczytała o sobie. Że jest wścibska, że ciągle kontroluje, że jest gruba, a nosi mini, że... „Po co tam zaglądałaś?” – zapytałam. „Chciałam wiedzieć, co ona przede mną ukrywa”. „No to już wiesz. Ukrywa swój normalny w tym wieku krytycyzm. Może po to, by cię nie ranić?”.

Dzieci również mają prawo do prywatności. Jeżeli chcemy lepiej poznać własne dziecko, dbajmy o jak najlepszy z nim kontakt. Nie podglądajmy, spójrzmy czasem na świat z jego perspektywy. Trudne dzieciństwo nie usprawiedliwia, lecz zobowiązuje. Przynajmniej do tego, żeby rozumieć swoje dzieci lepiej, niż nas rozumieli rodzice.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

"Przyjdzie wilk i cię zje". Do czego może prowadzić wychowanie oparte na strachu?

Wychowanie oparte na strachu to ogromna pokusa dla rodziców. Przynosi wprawdzie natychmiastowy skutek, ale w dłuższej perspektywie przybywa strat. (Fot. iStock)
Wychowanie oparte na strachu to ogromna pokusa dla rodziców. Przynosi wprawdzie natychmiastowy skutek, ale w dłuższej perspektywie przybywa strat. (Fot. iStock)
Rodzice straszą dzieci z wielu powodów: z braku czasu, lepszych pomysłów, dlatego, że ich też w dzieciństwie straszono… Wydaje się to niegroźne, a jest krzywdą i wychowawczą porażką. 

Wielu dorosłych uważa, że autorytet należy budować na strachu. W związku z tym wiele dzieci jest grzecznych tylko wtedy, gdy mama i tata patrzą… Używanie straszaków to bardzo skuteczna metoda wychowawcza – oczywiście jeśli chce się wychować człowieka posłusznego, i nic poza tym. Jeśli jednak nade wszystko pragniesz, by twoje dziecko było mądre, pewne siebie, spokojne i szczęśliwe, nie idź tą drogą. Prowadzi może i na skróty, ale donikąd.

Poczekaj, aż tata się dowie…

Cygan, dziad z worem, diabeł, Baba Jaga… Tradycja, w tym znakomita większość bajek, stworzyła wiele postaci służących do straszenia dzieci. Są wprawdzie nierealne, ale właśnie w tym tkwi ich wielka siła oddziaływania na wyobraźnię. Dlaczego straszenie abstrakcyjnymi postaciami jest tak skuteczne? Bo dziecko samo wymyśla swój strach. W zależności od wieku wybierze też, czego ma się bać – czy samego spotkania, czy porwania, a może zjedzenia…

Do straszenia idealnie „nadają się” też realne, konkretne osoby („poczekaj, pan sąsiad cię zabierze”), ale najskuteczniejsze i najbardziej obciążające psychikę dziecka jest straszenie członkami rodziny („jak tatuś wróci…”, „no, jak powiem babci…”). Zawieszasz głos i nie precyzujesz, co się wtedy właściwie stanie. A dziecko w swojej wyobraźni tworzy dalszy scenariusz. Tylko że podczas, gdy ty już dawno o tym zapomnisz, ono nadal będzie nosiło w sobie strach i podświadomie czekało na wymierzenie kary. Gdy tato wraca i nic się nie dzieje, maluch wcale nie odczuwa ulgi i nie dochodzi do wniosku, że mama użyła straszaka, bo była bezradna – ono cały czas się boi.

Dzieci nie rozumieją, że to było powiedziane tak sobie, na niby, dla żartu. Boją się naprawdę. A dorośli się potem dziwią, dlaczego maluch wpada nagle w histerię czy zaczyna się nieracjonalnie zachowywać. Nie kojarzą wybuchów paniki, nocnego moczenia, kłopotów ze zdrowiem czy problemów z nauką z tym, że kiedyś go nastraszyli.

Przestanę cię kochać

Elementarną potrzebą emocjonalną każdego dziecka jest poczucie bezpieczeństwa i bycie kochanym. Dlatego aby najskuteczniej nastraszyć dziecko, wystarczy zagrozić mu, że to utraci. Odbieranie miłości to niezwykle uniwersalny straszak, bo można go zastosować zarówno do bieżących zachowań („umyj zęby, bo będzie mi smutno”), jak i do tych bliżej niesprecyzowanych („nie po to tyle się staram, żebyś wyrósł na byle kogo”).

Warto wiedzieć, jakie skutki wywołuje mówienie do dziecka np.:

„To przez ciebie jestem smutna/y”. W konsekwencji za każdym razem, gdy rodzic ma gorszy nastrój, dziecko obarcza siebie za to winą. A ponieważ nie umie wymyślić, co takiego zrobiło, dręczą go nieuzasadnione wyrzuty sumienia. W skrajnym przypadku, gdy mama czy tata poważnie zachorują, dziecko może żyć w przekonaniu, że to przez nie, bo za mało się starało.

„Denerwujesz mnie”. W tym komunikacie brak jakichkolwiek konkretów i dlatego jest on tak skuteczny. Dziecko musi samo odgadnąć, co ma robić, żeby rodzic przestał się gniewać. Zamiast na nauce czy zabawie skupia się więc na zadowalaniu mamy czy taty. Jest rozdrażnione, płaczliwe, ma kłopoty z koncentracją i nie może pozwolić sobie na naturalne zachowanie, ponieważ wciąż się kontroluje, żeby rodzice byli z niego zadowoleni.

„Piotruś jest grzeczniejszy niż ty”. Każde dziecko, które to usłyszy, pomyśli, że mama albo tata już go nie chcą, nie kochają. Maluchy bardzo długo nie rozumieją, że między rodzicami a dzieckiem istnieje silna biologiczna więź, więc żarty w rodzaju „wymienię cię, nie chciałam takiego dziecka, wezmę sobie inne” – traktują z całkowitą powagą. Poza tym w wyniku takich komunikatów przestają lubić dzieci, które podejrzewają o to, że mogą być ich konkurentami o względy rodziców, bo są np. grzeczne, dobrze się uczą...

„Mam już dość takiego zachowania”. Pierwsza myśl dziecka jest taka: „mama/tata chce mnie zostawić”. Gdy rodzic wychodzi i ma zostać samo, choćby na krótko – wpada w panikę. Boi się, bo nigdy nie wie, kiedy groźba zostanie zrealizowana. Nie może znieść chwili bez mamy czy taty. Groźba, że je zostawią, może przetrwać w dziecku nawet kilka lat i być przyczyną tego, że – już jako nastolatek – nie będzie chciało np. jechać na kolonie.

„Jeśli coś zrobisz/czegoś nie zrobisz, będę bardzo zła/y”. Dziecko, które ciągle słyszy taki komunikat, w przyszłości może podejmować życiowe wybory opierając się na strachu, stosując kryterium braku kary, a nie wewnętrznej satysfakcji.

Robi to, co mu każą

Czymkolwiek lub kimkolwiek dziecko jest straszone, wcześniej lub później zrozumie, że dorośli mówili mu bzdury. Baba Jaga nie istnieje, w piwnicy nie ma wilka, od brudnych zębów czy jedzenia cukierków przed obiadem się nie umiera, mama nigdy mnie nie zostawi, bo jestem sensem jej życia, a to, czy mam porządek na biurku, nie przełoży się na mój sukces zawodowy. Wkrótce i tak dziecko zweryfikuje słowa rodziców, a ci bezpowrotnie stracą swój autorytet.

Poza tym jeśli maluch słyszy jedynie groźby, zamiast  racjonalnych powodów, to nie wie, dlaczego właściwie powinien coś robić. Myć zęby, jeść marchewkę, mówić prawdę albo być uczciwym czy miłym wobec innych. Nie widzi i nie rozumie korzyści płynących z przestrzegania zasad współżycia społecznego. Dziecko straszone umie robić to, co mu w danej chwili każą. Tylko czy o to chodzi?

Wychowanie oparte na strachu to ogromna pokusa dla rodziców. Przynosi wprawdzie natychmiastowy skutek, ale w dłuższej perspektywie przybywa strat. Jest wyrazem braku cierpliwości dorosłych i ich bezradności. Nie straszmy zatem dzieci, bo to po prostu wychowawcza porażka.

Zamiast straszaka

  • Gdy czytasz dziecku bajkę, w której pewnych postaci maluch może się bać, daj mu jednoznaczną informację, że to tylko literacka fikcja. Powiedz np.: „Jak to dobrze, że Baba Jaga istnieje tylko w bajkach, a my nigdy jej nie spotkamy”.
  • Nigdy nie żartuj, że przynosi ci zawód, że je zostawisz. Raczej mów mu, jakie chcesz, żeby było – bez komentarza, co się stanie, gdy takie nie będzie.
  • Poświęcaj mu czas, wykaż się cierpliwością, tłumacz wszystko, co tylko się da. Dzieci słuchają osób, z którymi są głęboko związane.
  • Nie zmuszaj do robienia czegoś tylko dlatego, że ty tak chcesz. Nie myl sukcesu wychowawczego z posłuszeństwem.
  • Nie pozwalaj, by inni straszyli twoje dziecko – nawet gdy jest nieposłuszne, niegrzeczne. Jeśli o czymś takim usłyszysz, zawsze mów, że to tylko żart, nieprawda, że tak nie jest. Dziecko doceni twoją szczerość. Nawet za cenę konfliktu z dziadkami czy nauczycielką broń dziecko przed strachem.

  1. Psychologia

Jak nie ulegać presji bycia idealnym rodzicem?

To, jakimi jestesmy rodzicami wynika z wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. (Fot. iStock)
To, jakimi jestesmy rodzicami wynika z wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. (Fot. iStock)
Zanim powiesz: „Jestem beznadziejną matką, bo nie piekę ciasteczek i nie jeżdżę na wszystkie mecze”, pomyśl, że większość dzieci ma w nosie, czy je ciastka z piekarnika, czy ze sklepu. Dziecko potrzebuje tylko sensownego kontaktu z rodzicem, chce czuć się ważne – mówi Beata Chrzanowska-Pietraszuk, pedagożka i psychoterapeutka.

Mam wrażenie, że otaczają mnie kobiety zwariowane na punkcie swojej macierzyńskiej roli: jedna zawsze zgłasza się do trójki klasowej, druga piecze ciasteczka na szkolne imprezy, trzecia zawala noce, ale szyje dla całej klasy stroje na przedstawienie. Ratunku, wracam do domu ledwo żywa, pełna kompleksów. Kto zwariował – ja czy one?
A ktoś musiał zwariować?

Matki, które nie są tak zaangażowane, czują się winne.
Jeśli czują się winne, to mają kłopot. Pytanie: skąd im się to wzięło? Jedne osoby mają potrzebę angażowania się, inne nie.

Z czego wynika ta potrzeba?
Powody są różne. Może moje dziecko jest trudniejsze, sprawia kłopoty wychowawcze. Wtedy sensowniej jest być w stałym kontakcie ze szkołą. A jak można mieć lepszy kontakt ze szkołą, niż będąc w trójce klasowej? Myślimy: „Jeśli ja pokażę się z fajnej strony, to ktoś życzliwiej spojrzy na moje dziecko”. To nie ma nic wspólnego z wyrachowaniem. Ale są też osoby, które po prostu są społecznikami. Uwielbiają działać. Łatwo je rozpoznać. Gdy trzeba zebrać pieniądze dla sąsiada, któremu spalił się dom, one będą organizować zbiórkę. Zawsze przyjadą do chorej koleżanki z pracy do szpitala, pomogą przy przeprowadzce. Udzielają się w trójce klasowej, ale też w samorządach.

Nie wszyscy mają na to czas.
Oczywiście. Pytanie, co jest moim priorytetem. Jako matki i jako człowieka. Rozwijanie swojej pasji zawodowej czy angażowanie się w szkołę dziecka?

Już widzę te reakcje, gdy matka mówi, że jej priorytetem jest rozwijanie pasji. Na to nie ma społecznego przyzwolenia. Często słyszę komentarze: „Ta to nigdy nie bywa na zebraniach, ta nigdy nie pojawiła się na szkolnym kiermaszu…”.
Bo dziś stawiamy macierzyństwo na piedestale. Mamy większą wiedzę niż kiedyś. Badania dotyczące roli matki w życiu człowieka dały fundament pod silny ruch promacierzyński. Matka stała się osobnym zawodem. Kobiety, które nie pracowały, a ich celem było wychowanie dzieci, poczuły się wzmocnione. Tak, wybrałam dobrą drogę. Z kolei te, które mają inne priorytety, poczuły się winne. Ale albo będziemy żyć pod dyktando innych – nieszczęśliwe – albo zgodnie ze swoimi oczekiwaniami. Gdy dziecko idzie do szkoły, to ta szkoła zawłaszcza nie tylko jego życie, ale i życie całej rodziny. Często pytam rodziców, o czym rozmawiają w domach. Co się okazuje? Że o wywiadówkach, zadaniach domowych, nauczycielach. Swoje dzieci też pytają tylko o to, co zadane, jaka ocena ze sprawdzianu. Tymczasem temat szkoły powinien zajmować 30 procent wszystkich rozmów.

Dużo jest takich rodziców zaangażowanych?
Nie, w większości są przeciętni. Pracują. Trochę inaczej jest w szkołach prywatnych, społecznych. Również wtedy, gdy matka nie pracuje. Ale naprawdę trudno porównywać kobietę, która ma 12 godzin na poświęcenie ich dziecku, bo mąż świetnie zarabia, z tą, która pracuje w korporacji i musi być w firmie minimum osiem, dziewięć godzin dziennie. Chciałabym też zaznaczyć, że odróżniłabym zwyczajne zaangażowanie od swego rodzaju „nadaktywności”.

Kiedy mamy do czynienia z tym drugim?
Kiedy rodzic za wszelką cenę próbuje dowiedzieć się, co dziecko w szkole mówiło, jak się zachowywało. Sprawdza wszystko. Wypytuje każdego nauczyciela. Syn stał czy chodził, grał w badmintona, nie grał, z kim rozmawiał na przerwie itd.

W szkole jest na śniadanie białe pieczywo, matka walczy o ciemne, robi wykłady o zdrowym żywieniu. To nie jest troska?
Nie lepiej po prostu jeść w domu zdrowo i przynosić to jedzenie do szkoły? Każda matka czuje się odpowiedzialna za dziecko. Za jego zdrowie. Ale przesadne poczucie odpowiedzialności może się przekładać na myślenie za dziecko, nadmierną opiekę albo kontrolę. Gdy on będzie miał 25 lat, pójdzie do jego firmy i sprawdzi, co mu gotują, a jak gotują niedobrze, zrobi awanturę? No przecież nie...

Co to jest nadmierna opieka?
Na przykład histeryczne pilnowanie 12-latka i tego, co je. Bieganie do nauczycieli i robienie afer, bo źle dziecko potraktowali. W przypadku młodszych dzieci mówienie: „Ubierz się cieplej”, bez pytania, czy im zimno, albo: „A ja ci każę: załóż sweterek”. Jest taka piękna psychologiczna definicja sweterka. Sweterek to jest ta część garderoby, którą musi założyć dziecko, kiedy mamie jest za zimno.

Znam matki, które nakazują dziecku: „Teraz zjesz, teraz pójdziesz do łazienki. Na pewno chcesz. Nie chcesz? Wydaje ci się”.
To nie jest troska, to niezwracanie na dziecko uwagi. Nadopiekuńczość to niewidzenie w dziecku drugiej osoby. Jeśli ja coś czuję, to ono też. Jeśli ja tak myślę, ono też. Czasem matka dopytuje: „Boisz się, ale boisz się?”. Albo stwierdza: „Rozumiem, że się boisz”, nie pytając, czy tak jest. Dlaczego? Bo sama się boi. Uważa więc za oczywiste, że dziecko też. Działania rodzica teoretycznie są nakierowane na pomoc dziecku, w praktyce to nieliczenie się z jego potrzebami.

To, jakimi jesteśmy rodzicami, wynika z…?
Wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. Wyznawanie skrajnej wolności to puszczanie dzieci samopas, one mają prawo robić wszystko, nie należy ich ograniczać, same się wychowają. Wyznawanie skrajnego posłuszeństwa i dyscypliny to duszenie dziecka, pozbawianie go prawa do decydowania, kontrolowanie, mówienie, jak należy żyć. Ojciec wychodzi codziennie z synem, by nauczyć go jazdy na rowerze. Dziecko płacze, nie chce. Ale ojciec wyobraża sobie, że każdy musi jeździć na rowerze. Po co to robić? Przecież chłopiec prędzej czy później się tego nauczy. Albo i nie. Co z tego? Może lepiej zastanowić się, dlaczego on na tym rowerze nie chce jeździć. Może ma trudności z koordynacją ruchową i ani to dla niego fajne, ani łatwe. Dlaczego kogoś zmuszamy? Podobnie jak matka, która jeździ z córką na wszystkie zawody tenisowe, wywiera na nią presję wygranej. Po co? To, że dla matki sport jest wartością, to naprawdę nie znaczy, że dla jej córki też ma być. Dociskanie i kompletne odpuszczanie to dwie skrajności. A powinno się szukać złotego środka. Jasne, przyjdę do szkoły na mecz, gdy dziecko tego chce, ale nie będę się darła jak opętana, dopingując, albo krzyczała, bo niedostatecznie się stara.

Jak dzieci reagują na nadmierne zaangażowanie rodziców?
Nie znam takich, które się z tego cieszą. Żeby dobrze się rozwijać, dziecko potrzebuje trochę samodzielności i samotności. Czasu bez wszechwiedzącego rodzica, który je monitoruje, pilotuje. Jeździ na wycieczki, jest na każdym kiermaszu. Ono wtedy nie może być sobą, nie może się normalnie zachowywać, bo „oko matki czuwa”. Kiedyś dzieci wychowywały się na podwórku. Grupa rówieśników uczyła społecznych zachowań, rozwijała. Teraz wszędzie są rodzice. Czym innym jest interweniowanie, gdy dziecko jest szykanowane, czym innym bieganie za nim z parasolem ochronnym. Wyjątkiem są dzieci, które wymagają specjalnej opieki. Na przykład te mające zespół Aspergera. One potrzebują obecności rodzica, który będzie rozmawiał w ich sprawie, bo same mają problemy z komunikacją. Ale nawet tu potrzeba przytomnego rodzica, a nie kogoś, kto załatwi za dziecko wszystko.

Ale znam dzieci, które mówią: „Chodź, pojedź ze mną na szkolną wycieczkę, potrzebuję cię”.
Wtedy należy zastanowić się, z czego ta potrzeba wynika. Może z poczucia niepewności? Wtedy świetnym pomysłem będzie trening umiejętności społecznych czy trening dla dzieci nieśmiałych, aby się tej pewności nauczyły. Czasem warsztaty plastyczne, sport. To jest prawdziwe zaangażowanie – pomyślenie, co mogę zrobić, żeby mój syn czy córka działali sami. Inaczej dziecko nie nauczy się radzić sobie z kłopotami. Czasem matki mówią: „Dziecko potrzebuje”. A to nieprawda, to ja siedzę w domu i się nudzę, chcę wyjść. Albo jestem aktywistką. Albo lubię rysować, dlatego dekoruję klasę przed każdą imprezą czy świętem. Ale miejmy tego świadomość – tak, robię to dla siebie, nie dlatego, żeby mojemu dziecku było przyjemniej, tylko ja tego chcę. Jeśli tego nie rozdzielam, to kiepsko. Oceniam wtedy inne matki, jestem surowa.

A jeśli jestem po drugiej stronie i matki zaangażowane mnie złoszczą?
Warto się zastanowić, dlaczego nas złoszczą. W co naszego to uderza? Jeśli w poczucie winy, że ja tego nie robię – to pytanie, kto decyduje, która matka jest lepsza. Dlaczego ta, która piecze ciasteczka? Dla dziecka nie ma to znaczenia – ciasteczka można kupić. Ale może jeśli mnie irytują te matki, to znaczy, że ja bym się chciała bardziej angażować, a nie mogę. Albo słyszę ten głos w głowie: „Dobra matka to…”. Takie myślenie należy wywalić do kosza. To pułapka.

Odwieczne pytanie matek pracujących: „Ile czasu spędzać z dzieckiem?”.
Tyle, ile potrzebuje, jedno potrzebuje 15 minut aktywnego zaangażowana, drugie dwóch godzin, a trzecie tylko tzw. dostępności rodzica. Rodzic jest w domu, robi swoje, ale jeśli syn lub córka przychodzą i mówią: „Proszę, zrób coś ze mną”, to odpowiada na tę prośbę. Odkłada to, co robi, i jest dla dziecka. To bardzo ważne. Żadne „za chwilę”, „nie teraz”. To jest znacznie ważniejsze niż nasze obsesyjne podążanie za dzieckiem, towarzyszenie mu we wszystkich aktywnościach. Czasem na terapii otwieram oczy ze zdumienia. Dlaczego dziesięciolatek nigdy nie był w sklepie i nie przejechał sam nawet jednego przystanku autobusem? Nigdy nie sprzątał? Dlaczego 17-latkowi matka zabrania wracać po 22:00?

Tyle się słyszy o morderstwach, zaginięciach dzieci...
A o 20:00 nikogo nie mordują? A o 17:00? Napadów na szkołę też nie ma? Zadaniem rodzica jest opiekować się dzieckiem, ale nie opiekować się nim w sposób nachalny.

Beata Chrzanowska-Pietraszuk pedagożka specjalna, psycholożka i psychoterapeutka. Prowadzi szkolenia dla rodziców, psychologów i nauczycieli z zakresu umiejętności wychowawczych i budowania relacji. Pracuje z dziećmi z trudnościami rozwojowymi, zwłaszcza nadpobudliwymi, i ich rodzicami.

  1. Psychologia

Niespełnione oczekiwania. Czego, jako dorośli, wymagamy od swoich rodziców?

Nie znam człowieka, który dostałby wszystko, czego pragnął, w dzieciństwie, nie znam takiego, który by nie płakał lub nie przeżywał złości z powodu tego, co zrobili lub czego nie zrobili jego rodzice. (fot. iStock)
Nie znam człowieka, który dostałby wszystko, czego pragnął, w dzieciństwie, nie znam takiego, który by nie płakał lub nie przeżywał złości z powodu tego, co zrobili lub czego nie zrobili jego rodzice. (fot. iStock)
Pielęgnowany w głowie obraz rodziców idealnych odebrał mi tych prawdziwych. Wiele lat terapii pomogło mi dojść do prostej prawdy, że rozmawiać warto ze sobą – pisze Robert Rient.

Pomiędzy jakością związków miłosnych, które tworzę, a niespełnionymi oczekiwaniami wobec rodziców zachodzi bezpośrednia korelacja. To, czego od nich nie otrzymałem, albo bardziej to, co wymyśliłem sobie, że powinni mi zapewnić, chcę teraz dostać w miłości. I w pewnym momencie wypełnia mnie nie tyle uczucie, co roszczenie, żal, pretensja wobec drugiej osoby. Zupełnie niedawno dotarło do mnie, że w swoich związkach wcale nie chciałem kochać, chciałem brać, być kochanym, ratowanym. Bo przecież moi rodzice mogli być lepsi, mogli silniej kochać, mocniej przytulać, nie wyjeżdżać, nie przegapić mojego smutku!

Wiele lat zajęło mi zrozumienie, że nie ma nikogo do ratowania, że mały chłopczyk szlochający we mnie tak długo sięgał po chusteczki, że w pewnym momencie stało się to jego nawykiem. A ukojenie, o które prosi, jest urojone, podobnie jak idealni rodzice.

Łatwo rozsmakować się w byciu słabym, w byciu ofiarą, bo nagle wszystko staje się jasne. Mama i tata nie kochali mnie stale i bezwarunkowo, więc moje związki się rozpadają, to moja krzywda, mój ból. Ja, ja i ja. Czy ten egocentryzm jest słuszny? Odpowiedzi szukałem w terapii.

Przez minione dziewięć lat korzystałem z warsztatów, w różnych szkołach i nurtach, indywidualnie i grupowo, stacjonarnie i podczas wyjazdów. Skutkiem ubocznym wybranej przeze mnie drogi okazało się… dalsze podsycanie mrzonki o rodzicach idealnych.

Chłopczyk się wkurzył

Jedno z pierwszych doświadczeń terapeutycznych: trening „Świadomość i zmiana” prowadzony przez Andrzeja Szulca w Instytucie Treningu i Edukacji Psychologicznej w Krakowie. Po kilku godzinach integracji prowadzący zaprasza uczestników na środek sali, prowadzi rozmowę, która prawie zawsze kończy się tak samo: „Wybierz, kto z grupy przypomina twoją mamę, tatę. Powiedz tej osobie wszystko, co chciałbyś powiedzieć rodzicom. Popatrz na nią. Co czujesz? Co on, ona ci zrobili? Wyraź to”.

Trzech mężczyzn trzyma materac, przed nim młoda dziewczyna, za materacem reprezentant jej ojca. Dziewczyna rzuca się na materac, krzyczy, płacze, upada na podłogę, kopie, bije pięściami. Ktoś inny walczy ze swoją matką: wyszarpuje jej koc, reprezentujący szacunek albo niezależność. „Jeśli czujesz nienawiść, poczuj nienawiść” – słyszymy. Po każdej pracy prawie wszyscy w grupie udzielają informacji zwrotnych: „wspieram cię”, „współczuję”, „jesteś dzielna”, „kochany, złoszczę się na twoich rodziców, jak oni mogli…”. Zbrodnie rodziców są różne, od opuszczenia, tak fizycznego, jak i emocjonalnego, po bolesne słowa, kary, przemoc. Pamiętam swoją furię, wściekłość, krew na nodze po skopaniu materaca, później zadziwiające poczucie ulgi, głębszego oddechu. Mały chłopczyk we mnie się wkurzył i wylał całą żółć.

Terapeuta pyta, co uczestnicy chcieliby teraz usłyszeć, co dostać, reprezentant wciela się w rolę idealnego rodzica i pociesza, przytula, wyznaje miłość. I podsyca iluzję.

Mały książę

Były kolejne terapie: nurtu behawioralnego, poznawczego, proponujące w miejsce pracy z ciałem rozmowę…Wreszcie dotarło do mnie, że trzeba zejść z drogi pretensji i poczucia krzywdy. Mały chłopiec potrafi odebrać głos dorosłemu mężczyźnie na całe życie. Spotykam bardzo wielu podobnych ludzi. Tupią, krzyczą, smucą się głośno, by wymusić uwagę. Rodziców jako obiekt oczekiwań zamienili na partnerów i partnerki, mężów i żony, czasami przyjaciół. Jesteśmy już dorośli, ale zasady gry są takie same.

Nie znam człowieka, który dostałby wszystko, czego pragnął, w dzieciństwie, nie znam takiego, który by nie płakał lub nie przeżywał złości z powodu tego, co zrobili lub czego nie zrobili jego rodzice. A jeśli dodatkowo rodzice bili, porzucili, nadużyli w jakikolwiek sposób, terapia może być pomocna. Ale w pewnym momencie musi dojść do wewnętrznej rozmowy z samym sobą: „Zamieszkujące mnie, drogie i kochane dziecko, masz tutaj miejsce i możesz być jak długo chcesz, ale musisz przyjąć do wiadomości, że nigdy nie dostaniesz tego, co chcesz dostać. Jeśli masz ochotę, to płacz, krzycz, obrażaj się, milknij i miej pretensje, ale ja jako dorosły mogę zdecydować: czy siebie ci oddam, czy udam się w kolejną pogoń za idealnym związkiem i obiektem, bo przecież nie człowiekiem, którego głównym zdaniem będzie wypełnić pustkę – studnię bez dna”.

Terapia wydaje się niezwykle potrzebna, by owo Wewnętrzne Dziecko zobaczyć, zrozumieć, w końcu nazwać wszystko, czego pragnie. Dalej można podjąć wysiłek, by nakarmić je tym, czym może się najeść, ale następnie ono musi zaakceptować to wszystko, czego nie dostało i już nigdy nie dostanie. Moment, w którym stwierdzę, poczuję, że moja mama i tata nie dadzą mi tyle uwagi, ile chciałem, jest chwilą, w której mogę przestać budować roszczenia wobec innych, wobec miłości. Myśl, że wszystkie te rzeczy mogę zapewnić sobie sam, wydaje się oczywista, ale niezwykle trudna. Czasami łatwiej czekać na lepszą przyszłość, rozpamiętując bolesne fragmenty przeszłości, zapominając, że chwila obecna jest kompletna, prawie zawsze idealna i niczego jej nie brakuje.

Bezpieczny port

Cztery lata temu (tekst archiwalny - przyp. red.) odbyłem poważną rozmową ze swoim tatą, powiedziałem mu o swoich pretensjach, krzywdach, żalach. Podobną rozmowę przeprowadziłem dwa lata temu z mamą. W psychoterapii nazywa się to konfrontacją. Później zrozumiałem, że nie chodziło mi tylko o to, by coś wyrazić, ale przede wszystkim o to, by ponownie coś dostać. W chwili, gdy moje oczekiwania umarły, poczułem się bezpieczny z samym sobą. Zacząłem widzieć moich rodziców, nie tylko ich słowa i gesty, ale przede wszystkim intencje, zamiary, ich potrzeby, styl życia, ich jako ludzi. Mam tak dużo cierpliwości i akceptacji dla swoich przyjaciół, często bezgraniczną wyrozumiałość. A moi rodzice zawsze mieli być jacyś, wiedziałem za nich, co mają dawać, kiedy i w jakiej ilości. Wszystkiego może być za mało, gdy czeka się na konkretny, wymyślony prezent, nie będąc gotowym na niespodzianki. I nie mam zamiaru udawać, że było idealnie, że miałem piękne, wymarzone dzieciństwo. Było różnie, dobrze jednak mieć poczucie, że nie żałuję, również lat pretensji. Bo może dzięki nim jestem w miejscu, w którym uczę się przyglądać moim rodzicom po prostu jako ludziom, którzy zdarzyli mi się w najbardziej nieporadnym okresie mojego życia. I niezwykle dużo mi dali. Byli cennymi nauczycielami, również wtedy, gdy nie robili nic. I byli idealnie niedoskonali.

Robert Rient (Łukasz Zamilski): polski dziennikarz, reportażysta i pisarz; autor głośnej książki „Świadek”, w której opisuje prznależność do Świadków Jehowy i ucieczkę od zniewolenia.

 

  1. Psychologia

Dobre dzieciństwo to szczęśliwi rodzice

Rodzicom trzeba przypominać, że też są ważni w całym procesie o nazwie „wychowanie” i mają prawo być w centrum swojej uwagi. (Fot. iStock)
Rodzicom trzeba przypominać, że też są ważni w całym procesie o nazwie „wychowanie” i mają prawo być w centrum swojej uwagi. (Fot. iStock)
Dziecku należą się tylko trzy rzeczy: dach nad głową, trzy ciepłe posiłki dziennie i szczęśliwi rodzice – mówi stare chińskie powiedzenie. Jesteś rodzicem? Zadbaj o siebie!

Myśl pedagogiczna – podobnie jak wszystkie inne dziedziny życia – przechodzi rozmaite ewolucje. Do tej pory dzieci były traktowane jak mali dorośli, jak niewolnicy czy jak istoty gorszego gatunku. Obecnie nadeszły złote czasy dla naszych milusińskich. Świat kręci się wokół nich. Do tego stopnia, że to raczej rodzicom trzeba przypominać, że też są ważni w całym procesie o nazwie „wychowanie” i mają prawo być w centrum swojej uwagi.

Nie rób tego dziecku

Nieszczęśliwy rodzic jest rodzicem sfrustrowanym, skupionym na własnych smutkach i nieszczęściach, rozpamiętującym swoje porażki i zły los. Do takiego rodzica trudno podejść, dzieci się mu nie zwierzają i omijają z daleka.

Rodzic nieszczęśliwy generuje u dziecka stały strach. Skoro mama jest taka smutna, to znaczy, że dzieje się coś bardzo złego – tak to widzą dzieci. Jeśli trudno ci przyznać sobie prawo do czasu wolnego, inwestowania w siebie i dbania o swoje rozrywki – zrób to nie dla siebie, ale dla dziecka. Buduj swoje zadowolenie z życia dla niego, jako kapitał na jego przyszłe życie.

Po pierwsze – nie bój się wymagać. Jeśli wszystkie obowiązki domowe i wychowawcze wzięłaś na siebie, w początkowym okresie wychowawczym (około dwóch lat) będziesz czerpać ogromną satysfakcję z tego, że dajesz radę, że jesteś samodzielna i niezależna, ale w perspektywie długoterminowej… zgorzkniejesz. Staniesz się niecierpliwa, przemęczona i pozbawiona radości życia. Nie pracuj ponad siły.

Po drugie – nie staraj się udowodnić wszystkim, że sobie poradzisz, że robisz wszystko najlepiej, że jesteś dziecku cały czas potrzebna. Żadna z tych opinii nie jest prawdziwa! Bycie nieszczęśliwą lub szczęśliwą to wybór. To ty w znacznym stopniu decydujesz o tym, jak postrzegasz swoje życie. Jeśli jawi ci się ono jako pasmo udręki i poświęcenia – nie trwaj w tym. Szukaj profesjonalnej pomocy.

O ile nie ma gwarancji, że szczęśliwy, spełniony rodzic na pewno wychowa szczęśliwe dziecko, o tyle można mieć stuprocentową pewność, że nieszczęśliwy rodzic wychowa nieszczęśliwe dziecko.

Wspomnienia z dzieciństwa

To, czy mieszkanie jest odkurzone, lodówka pełna, pranie wykrochmalone, a okna czyste – jest ważne, ale dla dorosłych. Wiele matek tak właśnie postrzega dobry dom. We wspomnieniach dzieci pozostaje jednak coś znacznie istotniejszego – atmosfera, a tę tworzy codzienny nastrój rodzica.

Piotr, redaktor, ojciec dwóch córek: – Nasza matka zawsze gderała, że życie jest ciężkie, że daje po tyłku, że jeszcze się przekonamy, jak jest naprawdę. Wyrastałem w przekonaniu, że świat jest podłym, przerażającym miejscem. Mama odmawiała sobie prawa do jakiejkolwiek rozrywki, radości, czasu dla siebie. To nie budowało fajnego klimatu, ja i brat szybko zaczęliśmy uciekać z domu.

Irena, studentka trzeciego roku europeistyki: – Pamiętam mamę, jak latami snuła się po kątach i płakała, czasem nie odzywała się do nas przez wiele dni. Ciotka namawiała ją, żeby poszła do lekarza i zaczęła leczyć depresję, ale ona wciąż powtarzała, że nie ma pieniędzy na fanaberie. Sto razy wolałabym, żeby wydała wszystko na leki niż na nowe spodnie dla mnie. Nienawidziłam nowych ubrań! Szkoda, że matki nie wiedzą, co czuje dziecko, gdy widzi je wiecznie zapłakane.

Bartek, nauczyciel angielskiego: – Chyba najgorsze, co w życiu usłyszałem, to zdanie mojej matki, które kiedyś powiedziała do sąsiadki: „Jak mogę być szczęśliwa z dwójką dzieci na karku?!”. Czułem się paskudnie. Wiele lat winiłem siebie i siostrę za złe zdrowie mamy, za jej smutek.

Takie wspomnienia to cenny materiał do przemyśleń. Jeśli więc kusi cię, żeby się bez reszty poświęcić dzieciom, skupić się na pracy, nie leczyć depresji, nie mieć żadnych przyjemności, a do tego złe relacje z partnerem – zastanów się, jak one to zapamiętają. Bo rodzic, poprzez swój przykład, uczy dziecko, jak żyć. Za każdym razem, gdy sprawiasz sobie przyjemność, generujesz czas tylko dla swoich potrzeb, robisz coś, co cię podnosi na duchu, rozwija – dajesz swojemu dziecku lekcję życia. Jeśli zapominasz o sobie, uczysz dziecko, że ono także powinno tak robić. Czy tego właśnie chcesz?

Prawo do szczęścia

Mama, która w imię swojego szczęścia zaniedbuje własne dziecko, ma równie złe podejście jak ta, która zapomniała o sobie i skupiła się wyłącznie na obowiązkach. Przesada w realizacji prawa do szczęścia jest równie zła jak przesada w odbieraniu sobie tego prawa. Nie ma dziecka, które by tego nie potwierdziło.

Piotr, inżynier-elektronik: – Moja matka była wiecznie uśmiechniętym, roześmianym człowiekiem. Kochała tańczyć, bawić się. Gdy miałem cztery lata, uznała, że męczy ją macierzyństwo, że się nie rozwija, i wyjechała do Kanady. Napisała mi w liście, że chce być szczęśliwa. Wychowywali mnie dziadkowie. Kiedy słyszę o prawie matki do szczęścia, myślę jedno: nie zawsze szczęśliwy rodzic wychowa szczęśliwe dziecko. Niestety, czasem tych dwóch „szczęść” nijak nie da się pogodzić. Mnie trwale unieszczęśliwiła. Źle się żyje dziecku, które dowiedziało się, że nie uszczęśliwia swojej matki.

Gdy jesteś rodzicem – tak jak każdy człowiek – masz prawo do szczęścia, ale trochę inne niż bezdzietni. Rodzicielstwo to absolutnie najważniejszy projekt w życiu każdej mamy i każdego taty. Wszystko, co robią, musi zawsze uwzględniać istnienie i dobro tej najdroższej istoty.

Porzucenie własnego dziecka, zarówno fizyczne, jak i emocjonalne, dla tak czy inaczej pojmowanego „spełnienia siebie” w żadnym razie nie jest realizacją hasła o prawie do własnego szczęścia, ale jawnym wykroczeniem przeciwko szczęściu dziecka.

Droga mamo i drogi tato, dążcie do osobistego szczęścia, ale nigdy kosztem dzieci.

  1. Psychologia

Nie bój się błędów

Nie ma większego przejawu życzliwości i serdeczności wobec samego siebie, niż dać sobie prawo do błędów (fot. iStock)
Nie ma większego przejawu życzliwości i serdeczności wobec samego siebie, niż dać sobie prawo do błędów (fot. iStock)
„Źle to robisz, zostaw, odłóż. Lepiej sama zrobię… Znowu zepsute, kiedy ty się nareszcie tego nauczysz. Co ja mam z tym dzieckiem!”. To w domu.

„Źle! Znowu nie umiesz! Jedynka. Tylko tyle potrafisz? Wciągnij te kopyta, do baletu nie wstąpisz!”. To w szkole. (Cytat z mojego pana od wf.).

Całe nasze młode życie bywa upstrzone takimi połajankami, ocenami. Zabrałam się do szycia sobie spódnicy ze starych, nienoszonych spodni taty i byłam z siebie bardzo dumna. Dopóki mama nie wykazała mi niezbicie – wytykając, co źle obrąbiłam i gdzie się ciągnie… – że niepotrzebnie zniszczyłam (!) tacie spodnie. Szyć przestałam.

Na studiach spotkałam dziewczynę, która chodziła w fajnych, uszytych przez siebie samą ciuchach. Była oryginalna. Kiedyś zobaczyłam, że dynda jej jakaś nitka i szew jest nadpruty. Doniosłam jej o tym cichutko, z troską – bo pewnie nie zauważyła. „Ha, ha – zaśmiała się Teresa. – Wiem! A co to szkodzi!”. Zamurowało mnie. Moja mama by mnie zabiła – zwierzyłam się z nieudanej kariery krawcowej. „A moja – powiedziała Teresa ku mojej wielkiej zazdrości – w ogóle by się nie przejęła. Kroiłam i szyłam, co chciałam, mama mi dawała wszystkie materiały. Zawsze mnie wspierała i zachwycała się tym, co robię”. Teresa Seda została świetną projektantką.

Mam nadzieję, że pamiętacie nauczyciela ze „Stowarzyszenia Umarłych Poetów”. Kiedy zapytany przez niego uczeń odpowiadał błędnie, on mówił: „Nie, ale dziękuję za odpowiedź!”. Pamiętacie jego szacunek i miłość do uczniów? Pamiętacie, jak rozkwitali, jak stawali się twórczy? Ilu z nas spotkało takich nauczycieli? Ilu miało takich rodziców? Oczywiście sytuacja nie bywa wyłącznie czarna. Byliśmy przecież chwaleni za dobre wyniki w szkole, za posłuszeństwo, za to, że wstydu nie przynieśliśmy. Byliśmy chwaleni i uznawani za to, co dla NICH było dobre. Pomieszało nam się więc z tym, co dobre dla NAS. Co dla nas właściwe. Ciągle jesteśmy nie dość doskonali i ciągle mamy się doskonalić. I w dodatku mamy to robić bezbłędnie, już od razu.

Mój, skądinąd fajny tata, też miewał wpadki. Zawsze byłam bardzo dzielna, ale bałam się głębokiej wody. On uczył mnie pływać. Na płytkiej wodzie pływałam, na głębokiej krztusiłam się ze strachu i robiłam wiatrak. Po kilku takich nieudanych próbach tatę szlag trafił i wepchnął mnie całą pod wodę, przytrzymując mi mocno głowę. Przeraziłam się, że mnie utopi. Trwało to wieczność. I ten straszny żal i zawód, że to ON mi to robi.

A potem w mojej szkole zrobili basen. Jezu, jak mi zależało, żeby pływać! Najpierw zaczęłam ćwiczyć oddechy w misce pełnej wody, a potem noc w noc ćwiczyłam pływanie we śnie. Na raz ramiona do przodu, głowa do wody, wydech pod wodą, na dwa głowa nad wodę, nabranie oddechu, ramiona na boki i do tyłu, a potem znowu głowa do wody, ramiona do przodu, wydech pod wodą… Zaczęłam uwielbiać to nocne pływanie. I któregoś dnia na wf. na basenie stanęłam na słupku, uśmiechnęłam się do siebie i... skoczyłam. Pływanie stało się moim ulubionym zajęciem na zawsze. Tata był ze mnie bardzo dumny, bo pływałam godzinami. Nie wiem, czy wiedział, co mi zrobił. Ja wiedziałam, że uratowałam siebie sama. A moje sny do dziś przychodzą mi z pomocą.

W niektórych sprawach się poddaliśmy, w innych nie. Na szczęście w życiu prawie każdego są takie sfery, za które odpowiadamy sami, nikt nam się tam nie może wedrzeć. Na szczęście spotykamy rówieśników, z którymi budujemy świat według innych praw niż te dane nam przez dorosłych. Na szczęście spotykamy różnych dorosłych.

Nie ma większego przejawu życzliwości i serdeczności wobec samego siebie, niż dać sobie prawo do błędów. A potem już możemy przekazać je naszym dzieciom.

Katarzyna Miller - psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Kup kochance męża kwiaty”, „Chcę być kochana tak jak chcę”. Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym.