1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Razem, a nawet osobno – zjawisko Living Apart Together coraz bardziej powszechne

Społeczeństwo się zmienia, my się zmieniamy i może oddzielne mieszkanie to jakieś wyjście, żeby lepiej i mniej konfliktowo funkcjonować, jeśli nie potrafimy uzgodnić ze sobą podstawowych spraw. Oddzielne mieszkanie oznacza wygodne życie. Tylko pytanie: czy miłość ma być wygodna? (Ilustracja: Julia Błaszczyk)
Bycie parą nie oznacza dzisiaj życia obok siebie. Można przecież patrzeć sobie w oczy przez tablet, szeptać czułe słówka przez telefon, spotykać się od czasu do czasu, ale intensywnie. Jaka zatem przyszłość czeka związki? Jedno jest pewne – trwa proces ich przedefiniowywania.

Anna ma 36 lat, dom na obrzeżach Warszawy i od dziewięciu lat tego samego partnera, Piotra. Na dochodne. Piotr mieszka w samym centrum, z dwoma kotami, w komfortowym apartamencie. Oboje pracują w branży filmowej, czyli co jakiś czas bardzo intensywnie, a potem przerwa. W tych przerwach Anna pakuje walizkę i jedzie do Piotra.
– Korzystamy wtedy z miejskiego życia na całego: chodzimy do kina, teatru, restauracji, spotykamy się ze znajomymi. Najfajniejsze jest jednak co innego – to, że mamy superczas ze sobą. Taki na sto procent, intensywny, totalny. Czasami planuję zostanie u Piotra na kilka dni, a zostaję tydzień. No ale nie dłużej. Dłużej nie daję rady. Przekonałam się, że tak intensywnie na dłuższą metę nie da się żyć, to zbyt męczące. Dlatego zawsze wracam do siebie. Do swojej ciszy. Do swojego bałaganu. Do możliwości skupienia się na tym, co chcę robić, choćby to była kąpiel w wannie. I przyznam, że czuję dużą ulgę, że znów jestem sama.

Takich par jak Anna i Piotr, nazywanych LAT-ującymi (od: living apart together), czyli pozostających w związkach, ale mieszkających osobno, przybywa. Ocena skali tego zjawiska jest jednak trudna, bo w Polsce nie prowadzi się na ten temat badań ilościowych, tylko jakościowe.
Taki sposób wspólnego życia to nic nowego, ale współczes­ne LAT-ujące pary różnią się od tych sprzed dekad. Przede wszystkim tym, że mieszkanie na odległość to ich wybór, a nie konieczność, jak bywało wcześniej, gdy młodych nie było stać na wspólne lokum. Druga różnica dotyczy właśnie wieku – kiedyś świadomie wybierali życie w takich związkach głównie ludzie dojrzali, o dobrym statusie zawodowym i materialnym. Teraz to przemyślany wybór coraz młodszych.

Lepsza tęsknota niż nuda

Maja, lat 29, poznała Caroline, Francuzkę, rok temu, na wakacjach w Grecji. Rozstała się właśnie z dziewczyną i w akcie desperacji, żeby uciec jak najdalej od wszystkiego, co kojarzyło jej się z tamtym życiem, wykupiła wakacje na Kos.
– Byłam zrozpaczona, zdołowana, myślałam o samo­bójstwie. Nie wyobrażałam sobie życia samej. Wcześniej to ja odchodziłam, a tu zostałam porzucona. Wchodziłam w kolejne związki na zakładkę – jeden kończyłam, a już zaczynałam drugi, zawsze z kimś byłam. A nagle zostałam sama jak palec. Między mną a Caroline nie od razu zaiskrzyło. Zaczęło się od niewinnych rozmów o pogodzie, przyrodzie, potem o polityce, aż wreszcie przeszłyśmy na literaturę i film, na czym akurat ja, jako informatyczka, specjalnie się nie znam. Ale Caroline miała tyle do powiedzenia, mówiła tak interesująco, że choć jestem nadpobudliwą ekstrawertyczką, cała zamieniałam się w słuch. Okazało się, że ona też od niedawna jest sama, że ten wyjazd też miał być dla niej terapeutyczny. Zakochałam się. Potem ona wyznała mi miłość. Po wakacjach każda z nas wróciła do siebie, żeby ochłonąć. Dość szybko pojechałam do niej, chciałyśmy spróbować tam ułożyć sobie życie. Po kilku miesiącach ona przyjechała popróbować życia tutaj. I to, co miało być na próbę, stało się naszą normą – żyjemy razem trochę tu, trochę tam, ale najczęściej osobno. I to jest super! Kiedy jedna jedzie do drugiej, to zawsze tak, jakby wybierała się na pierwszą randkę. Cieszymy się sobą, jesteśmy całkowicie dla siebie. A potem się rozstajemy, zanurzamy w swoich światach i też jest super! Oczywiście tęsknimy, ale lepsza tęsknota niż znudzenie. Na razie nie zamierzamy niczego zmieniać. Takie życie jest ekscytujące, ma zdecydowanie więcej plusów niż minusów. Nie musimy razem mieszkać, żeby czuć się blisko.

Profesor Katarzyna Popiołek, psycholożka z Uniwersytetu SWPS, od lat zajmująca się bliskimi relacjami, potwierdza, że poczucie bliskości nie musi być związane z bliskością fizyczną. Mogę czuć, że ktoś jest mi najbliższy, mimo że nie ma go obok mnie. A mogę być z kimś stale, spędzać z nim każdy dzień, a w głębi duszy tylko czekać, aż sobie gdzieś wyjedzie.
– Wybieramy życie na odległość, ponieważ coraz bardziej się indywidualizujemy, czyli coraz bardziej stawiamy na swoją wolność, a coraz mniej jesteśmy skłonni do uznawania czyichś zwyczajów – mówi psycholożka. – Robię tak i tak, bo jestem wolny, nikt nie ma prawa wpływać na moje wybory, wchodzić na mój teren. Wybierając osobne życie, unikamy wielu konfliktów, które wynikają z faktu, że nie akceptujemy odmienności drugiej osoby. Na przykład perfekcjonista, który nie potrafi zaakceptować, że partner stwarza wokół siebie chaos, mieszkając oddzielnie, wyzbywa się potencjalnych wojenek na tym tle. Jego partner z kolei, który nie znosi poukładanych sweterków, którego strasznie drażnią uwagi: „Odłóż to na miejsce”, „Posprzątaj”, nie naraża się na ciągłe utarczki z tego powodu. Tak więc ludzie wybierają osobne życie, żeby unikać trudności, które wynikają z odmiennych preferencji, upodobań, charakterów. Po co się męczyć, uważają.

Wolność i swoboda

Iga, 52 lata, po dwóch rozwodach, dorosły syn, ustabilizowana sytuacja materialna. Jan, lat 48, za sobą kilka nieformalnych związków, troje dzieci z różnymi partnerkami, dobrze sytuowany. Uznani lekarze. Są razem od przedpandemicznej konferencji onkologicznej, na której się poznali. Ona mieszka i pracuje na Wybrzeżu, on na południu Polski.
– Wbrew pozorom mamy bardzo bogatą część wspólną – mówi Iga. – Po pierwsze, kupiliśmy razem mieszkanie, we Wrocławiu, bo uwielbiamy to miasto, to taka nasza baza: stąd blisko do gór, tu odbywają się wspaniałe koncerty i świetne festiwale filmowe. Bo – i to po drugie – mamy dużo wspólnych pasji: chodzenie po górach, kino, muzyka. No i po trzecie – co chyba najważniejsze – łączą nas podobne doświadczenia życiowe. Partnerami mieszkającymi z kimś razem na okrągło już byliśmy. Ale to się nie sprawdziło. I jak obserwuję znajome związki – na ogół się nie sprawdza. Ludzie nie mają jednak odwagi niczego zmieniać, tkwią w niedobrych relacjach. My na tę odwagę się zdobyliśmy.
Iga wylicza zalety takiego życia: – Nie musimy rezygnować ze swoich upodobań, nawyków, codziennych rytuałów. Czujemy się wolnymi ludźmi. Bardziej dbamy o siebie i o to, żeby być atrakcyjnymi dla drugiego. Jan nie widuje mnie z odrostami na głowie, ja znam go tylko jako zadbanego mężczyznę. A seks? Jest lepiej niż dobrze!

Niemieccy socjologowie, Elisabeth Beck-Gernsheim i Ulrich Beck, prywatnie LAT-ująca para, napisali wspólnie książkę na ten temat „Miłość na odległość. Modele życia w epoce globalnej”. Konstatują w niej, że taka forma bycia razem to cywilizacyjna zmiana, społeczny fakt. Nie można się więc na nią obrażać.
Ale jednocześnie trzeba wiedzieć, że LAT wiąże się z wieloma trudnymi wyzwaniami. Anna, Maja i Iga doskonale zdają sobie z nich sprawę.
Dla Anny największym problemem jest pytanie, co będzie, gdy zdecydują się na dziecko, bo na razie tę decyzję odkładają. I co za jakiś czas, gdy się zestarzeją, gdy któreś z nich zachoruje.
– Nie myślę o tym często. Nauczyłam się żyć tu i teraz, to według mnie jedyna strategia przetrwania w dzisiejszych czasach.
Największe obawy Mai budzi to, czy Caroline się nie zakocha. W Paryżu, w ogóle na świecie, jest tyle pięknych, mądrych, ciekawych kobiet!
– Robię wszystko, żeby jej cały czas imponować, być dla niej atrakcyjną. Na odległość to może i trudne, ale z drugiej strony łatwiejsze, bo sobie nie powszedniejemy. A poza tym liczy się intensywność relacji, a nie czas spędzony razem. My tę intensywność mamy na poziomie dużo powyżej średniej.
Z kolei Idze najwięcej problemów sprawia – i to za każdym razem, gdy pomieszkuje z Janem – docieranie się, uczenie się siebie. Akceptowanie, że on musi mieć w domu ciszę, że kaloryfer w sypialni powinien być wyłączony, a na blacie w kuchni nie może stać żaden garnek. Dla niej to trudne, bo dobrze czuje się w lekkim chaosie, z muzyką lub telewizorem w tle, w ciepłej sypialni.
– Czasem on się dostosowuje, czasem ja. Ale zważywszy na to, że kompromisy zawierane są na krótko, bo każdy wraca potem do swojego życia, to nie takie znów duże wyzwanie.

Uwaga na pułapki

Profesor Katarzyna Popiołek: – Jakie mogą być konsekwencje życia na odległość? Z jednej strony coraz bardziej stajemy się egocentryczni, nastawieni na własny komfort, co z pewnością wpływa na praktykowanie bliskości. Ale z drugiej – społeczeństwo się zmienia, my się zmieniamy i może oddzielne mieszkanie to jakieś wyjście, żeby lepiej i mniej konfliktowo funkcjonować, jeśli nie potrafimy uzgodnić ze sobą podstawowych spraw. Oddzielne mieszkanie oznacza wygodne życie. Tylko pytanie: czy miłość ma być wygodna? Jeśli dbamy jedynie o swój interes, to w zasadzie miłość, która powinna być oddaniem dla drugiego człowieka, chęcią uszczęśliwiania go, jest zupełnie czym innym. Ale może oto jesteśmy świadkami przewartościowywania miłości?
Profesor Katarzyna Popiołek jest zdecydowanie przeciwko rozstrzyganiu za innych dylematów: Razem czy osobno? Integracja czy autonomia? Blisko innych ludzi czy w oddaleniu? Dzielimy się wszystkim czy zachowujemy sporo dla siebie? Te kwestie muszą być między partnerami uzgodnione w taki sposób, żeby nie budziły lęku, poczucia zagrożenia, żeby nie rodziły bólu.
– Powtarzam zawsze, żeby nie tworzyć cudzych modeli bliskich związków, bo to zawsze sprawa dwojga ludzi – dodaje psycholożka. – Fellini z Masiną byli ze sobą bardzo blisko, aż do śmierci, a mieszkali osobno. I nikt nie miał wątpliwości, że są wspaniałą parą. Tylko partnerzy wiedzą, czego chcą i jak się razem czują, tylko oni mają prawo ustalać reguły, oczywiście pod warunkiem, że te reguły odpowiadają obu stronom. Bo jeśli jest tak, że jedna osoba chce mieszkać osobno, a druga z tego powodu cierpi, to znaczy, że czegoś nie uzgodnili. Nie urządzajmy zatem życia ludziom, każdy ma prawo definiować bliskość po swojemu. Warunek jest tylko jeden – wszystko musi być uzgodnione przez obie strony. Bo jeśli jedna ze stron biernie godzi się na to, co narzuca druga, jeśli nie potrafi zawalczyć o to, co jej odpowiada – to dobrze to nie wróży związkowi. Akceptowanie nawzajem swoich odmienności to jedyna słuszna droga do bliskości. Bo – jak pisał Lechoń – ty nigdy mną nie będziesz, a ja nigdy tobą. Ale bądźmy czujni, żeby oddalenie fizyczne nie przełożyło się na oddalenie psychiczne. To wymaga dodatkowego nakładu starań.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze