1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Profilaktyka depresji. Co możesz zrobić, żeby nie zachorować?

Profilaktyka depresji. Co możesz zrobić, żeby nie zachorować?

123rf.com
123rf.com
Stres, lęki a w konsekwencji nich depresja przydarzają się nam, gdy nie dbamy o swój psychiczny stan na bieżąco. Zdrowie zapewni nam równowaga między relaksem a różnymi formami działania. Co robić, żeby nie zachorować na depresję?

RELAKS

Staraj się uwalniać napięcia, które gromadzą się w ciele.

Ćwiczenia na napinanie i rozluźnianie mięśni

1. Skoncentruj się na mięśniach twarzy i szyi. Napnij mięśnie twarzy, tak jakbyś chciała ją zwinąć w kulkę, przytrzymaj przez pięć do dziesięciu sekund i puść. Teraz napnij mięśnie szyi i ramion. Aby tego dokonać, podnieść ramiona aż do uszu. Wytrzymaj tej pozie przez pięć do dziesięciu sekund, a następnie opuść ramiona. Wyobrażaj sobie, że całe napięcie schodzi w dół szyi do dekoltu. Powtórz to ćwiczenie, pamiętając żeby na koniec rozluźniać mięśnie. 2. Zaciśnij pięści tak mocno jak możesz i przytrzymaj przez pięć do dziesięciu sekund, i puść. Wyobraź sobie, że napięcie z ramion schodzi do dłoni. Powtarzaj ćwiczenie aż poczujesz, że mięśnie ramion są zrelaksowane.

DZIAŁANIE

Ruch, aktywność, dobre relacje, brak samokrytyki sprawiają, że zmniejsza się natężenie codziennego stresu.

Spróbuj tego:

1. Wybierz dogodną formę ćwiczeń, np.: spacery, bieganie, aerobik... Ćwicz 20 minut dziennie. Zmobilizuje cię do tego towarzystwo koleżanki. Ćwiczenie poprawi ci nastrój, będzie miało pozytywny wpływ na produktywność i sprawi, że lepiej poradzisz sobie z trudniejszymi wyzwaniami.

2. Żyj społecznie. Utrzymuj szerokie kontakty z ludźmi, pielęgnuj autentyczne relacje. Bądź zaangażowana we wspólnotę działań i przeżyć. Dzięki temu rozwiniesz się, zyskując siłę na cięższe czasy.

3. Nagradzaj się. Gdy osiągniesz jakiś swój cel lub nawet zrobisz znaczący krok w jego kierunku, doceń się i zrób sobie nagrodę. Ćwiczysz codziennie? Wybierz się do kina. Skończyłaś projekt w pracy? Czas na dodatkowy masaż.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Daj sobie szansę na bliskość

Aby poczuć bliskość, trzeba opuścić gardę, zrezygnować na użytek drugiej osoby z pięknego wizerunku. A ludzie boją się tego coraz bardziej. (Fot. iStock)
Aby poczuć bliskość, trzeba opuścić gardę, zrezygnować na użytek drugiej osoby z pięknego wizerunku. A ludzie boją się tego coraz bardziej. (Fot. iStock)
Coraz częściej brakuje nam zaufania do więzi łączącej nas z innymi ludźmi, nie potrafimy troszczyć się o relacje z bliskimi. Uciekamy w marzenia o związku idealnym, który bez żadnego wysiłku z naszej strony zachowa świeżość i atrakcyjność. Tymczasem budowanie bliskości wymaga wysiłku i zaangażowania, mówią Katarzyna Miller i Wojciech Eichelberger.

Wszędzie słychać, że przeżywamy kryzys bliskości. Co dzisiaj stoi za tym wyświechtanym sformułowaniem?
W.E.
: Bulwersującą prognozę tego, co będzie się działo w relacjach międzyludzkich, stawia w książce „Razem, lecz osobno” [Prószyński i S-ka 2007] francuski socjolog i antropolog Serge Chaumier. Według niego już wkrótce przestrzeń międzyludzkich związków zupełnie zdominują relacje powierzchowne i krótkotrwałe.

Dlaczego?
W.E
.: Serge Chaumier uważa, że znakiem naszych czasów są relacje z innymi charakterystyczne dla tzw. osobowości borderline z silnym odchyleniem narcystycznym. Mam nadzieję, że te prognozy się nie potwierdzą, jednak trzeba przyznać, że w gabinetach psychoterapeutów gwałtownie wzrasta liczba klientów o tym typie osobowości.

Czyli jakich?
W.E.
: Chodzi tu o osoby o typowo narcystycznej potrzebie zdobycia uznania, a jednocześnie słabych granicach wewnętrznych. Często nie potrafią one odróżnić własnych potrzeb, przekonań i uczuć od potrzeb, myśli i uczuć innych ludzi, nie szanują przestrzeni i autonomii innych. W bezpośrednich relacjach z ludźmi brakuje im wyczucia fizycznego i psychicznego dystansu. Np. z bliskimi nie rozmawiają, a nowo poznanej osobie opowiadają o najintymniejszych sprawach. Ludzie z osobowością typu borderline nie mają zaufania do więzi łączącej ich z innymi. Nie potrafią się troszczyć o swoje związki.

K.M.: Co z oczu, to z serca, a co przed oczami, to moje. Nie umieją sobie niczego odmówić, są niestali, ulegają zachciankom.

W.E.: Takim osobom brakuje wiary, wytrwałości i odporności na kryzysy. W nieskończoność domagają się dowodów, że są ważni. Są jak beczka bez dna. Poza tym mają zwykle trudności z wyczuwaniem konwencji, z dotrzymywaniem umów. Potrafią w nieskończoność powtarzać te same błędy, obwiniając za nie otoczenie. Z jednej strony chcą związku symbiotycznego, bo mają wrażenie, że druga osoba jest jakby częścią ich samych, a z drugiej – z błahych powodów doprowadzają do rozstań, by uniknąć nieuchronnego, w ich przekonaniu, bólu porzucenia.

Dlaczego takich osób ma być coraz więcej?
W.E.
: Psychika ludzka dostosowuje się w ten sposób do wymogów naszych czasów, w których w obszarze wartości rządzi sukces materialny, atrakcyjność i popularność. To sprawia, że związki z ludźmi są traktowane instrumentalnie, przestają być wartością samą w sobie, służą robieniu wrażenia i osiąganiu konsumpcyjnego sukcesu.

K.M.: Dziś liczy się pozór, fasada, a nie prawdziwe emocje, głębia.

W.E.: Tak ukształtowani ludzie to idealni pracownicy i konsumenci. Nie tworzą stałych związków, są więc dyspozycyjni, a dla sukcesu poświęcą wszystko. Ponieważ uzależniają się od autorytetów, od nagród i pochwał, łatwo nimi manipulować i kierować. Przy tym są to z reguły ludzie ambitni, inteligentni i zdolni, potrafiący studiować kilka fakultetów naraz.

K.M.: Dziś inwestujemy w inteligencję. Dla rodziców ważne są dobre stopnie, a nie relacje dziecka w szkole. Lepsze wykształcenie ma gwarantować pieniądze, za które można kupić domy, auta, czyli symbole sukcesu, oraz techniczne zabawki pozwalające na utrzymywanie masy pozornych kontaktów i związków.

W.E.: Osobowość typu borderline staje się powszechna również dlatego, że społeczeństwo cechuje dziś niesłychana mobilność. Wartością jest zdolność do asymilowania się, przemieszczania się tam, gdzie jest praca, często na ogromne odległości, do innych krajów i kultur. Dzieci od małego przeżywają liczne rozstania, wiele trudnych emocjonalnie sytuacji, są także ofiarami i świadkami bolesnych rozstań w środowisku dorosłych. Skuteczną obroną przeciwko takiej sytuacji jest nawyk nieangażowania się i ograniczania do powierzchownych relacji.

Bo będzie mniej bolało?
W.E
.: W ogóle nie będzie bolało. Tymczasem ciągle tęsknimy za związkiem idealnym, który sam z siebie, bez żadnego wysiłku z naszej strony zachowa świeżość i atrakcyjność, przetrwa. Prawdziwa miłosna relacja przenosi się w sferę mitu, staje się romantyczną iluzją. Jej efemerydą, a zarazem substytutem jest stan zakochania.

K.M.: Dopóki działa chemia, dopóty żyjemy jak w niebie. Gdy się kończy, zmieniamy partnera jak pracę, która przestała zaspokajać nasze aspiracje. A chemia wytrzymuje góra dwa lata. Potem przez idealny obraz zaczyna przebijać się rzeczywistość. Rozpadają się związki, gdy ludzie budzą się z owego romantycznego snu, czasem już po kilku miesiącach, kiedy tylko pojawią się pierwsze trudności.

Czy tak nie było zawsze?
K.M
.: Różnica jest taka, że dziś ludzie nie mają ochoty, by nad związkiem pracować. Najprostszym wyjściem okazuje się rozstanie. Było fajnie, ale przestało, znaczy, że to nie był ten albo ta, więc kończymy znajomość. Nawet bez większych kosztów. U podstaw leży owa iluzja, przekonanie, że gdzieś jednak istnieje wymarzony ten jedyny, z którym namiętność nie wygaśnie, z którym będziemy się rozumieć bez słów... Więc szukamy dalej.

Albo się rozczarujemy i przestaniemy szukać w ogóle. Ale tęsknota zostaje.
K.M
.: Można ją nieco przyklepać, zagadać. I tu przychodzi z pomocą technologia: coraz więcej jest wirtualnych związków, których emocjonalna intensywność potrafi dorównywać związkom z realnym partnerem, mimo że się tego człowieka nigdy na oczy nie widziało.

Pokazuje to m.in. książka „Samotność w sieci” Janusza Wiśniewskiego i zrealizowany na jej podstawie film Witolda Adamka.
W.E
.: Internetowe związki bywają urzeczywistnieniem miłosnej iluzji, odgrywaniem marzeń: partner może być ideałem i my sami możemy być ideałami, jakimi przecież nie jesteśmy. Więcej nawet, możemy być kimś zupełnie innym niż w rzeczywistości. To niebezpieczna, uzależniająca gra. Uzależniająca właśnie dlatego, że rządzi się zupełnie innymi regułami. W prawdziwym życiu trudno jest osiągnąć podobną intymność, przełamać emocjonalne bariery. Łatwiej jest, siedząc przed ekranem komputera, wypisywać piorunująco szczere wyznania, niż coś powiedzieć prosto w oczy siedzącej naprzeciwko osobie. Łatwiej jest nawiązać wirtualny kontakt, a przede wszystkim łatwiej go zerwać bez większych konsekwencji.

Ale dla osoby wirtualnie porzuconej konsekwencje bywają podobne jak w realnym związku.
K.M
.: Taka strata bywa nawet trudniejsza do przeżycia niż rozstanie z kimś realnym. Trzeba się pogodzić z tym, że nigdy się nie dowiemy, dlaczego tak się stało, można przy tym wpaść w obsesję, że się wszędzie tej osoby szuka, a nikt realny nie dorasta do ideału.

W.E.: W rzeczywistym związku mamy przed sobą trzy możliwe drogi: mozolne budowanie, rozstanie albo utrzymywanie iluzji dobrego związku – gdy po fazie romantycznej następuje tak zwana symbioza, kiedy to partnerzy są tak bardzo razem, że praktycznie tracą własną autonomię.

K.M.: To zakłada rezygnację z siebie, podporządkowanie. Warto wytłumaczyć, co to jest symbioza, bo dwoje ludzi, którzy trzymają się cały czas za rączki i patrzą sobie w oczy, to obrazek bliski romantycznemu ideałowi, za którym nasza kultura podąża. A nie ma nic wspólnego z prawdziwą, głęboką relacją. Ludzie pozornie są blisko, dbają o to, żeby się nic nie zepsuło. Jednak prawie nie komunikują się na głębszym poziomie, tylko trwają, wypierając rzeczy, które obnażałyby płytkość i nieprawdziwość tego bycia razem. Odcinają to, co ich różni, wszędzie chodzą razem, robią wszystko razem, zawsze do domu po pracy, prawie się nie kłócą...

W.E.: To niepisany pakt o nieagresji: unikamy konfrontacji. Lubimy to samo, wierzymy w to samo, mamy tę samą ideologię, tych samych znajomych, te same potrzeby. Nie ma żadnej własnej, prywatnej przestrzeni, która tych ludzi od siebie odróżnia i czyni partnerami w związku.

K.M.: Taki związek nie jest związkiem, bo do związku trzeba dwojga całych ludzi. A nie dwóch połówek, choć takim mitem się karmimy.

W.E.: Oczywiście, nie mówimy tutaj o jedności duchowej. Tego rodzaju jedność nie wymaga nawet bycia na co dzień razem, to miłość, w której partnerzy czują się wolni. Odkrycie jedności duchowej to zwykle rezultat długoletniej pracy dwóch autonomicznych, niezależnych osób. Nie ma ona nic wspólnego z symbiozą – to jedność w różnorodności.

K.M.: W symbiozie jest nudno, panuje stagnacja, marazm. Pozostaje ucieczka w jakąś aktywność, także w nałogi, np. alkoholizm, również ten ukryty, albo pracoholizm.



Jest z tego inne wyjście?
W.E
.: Zależy, co dla nas ważne. Na podstawie obserwacji tego, co dzieje się dziś w społeczeństwach zachodnich, Chaumier sugeruje, że ludzie, próbując zachować związek, a jednocześnie uciec od nudy, cierpienia i trudów budowania głębokiej relacji, coraz częściej zapraszają do niego kogoś trzeciego.

Zdrada ma pomóc utrzymać związek?
W.E
.: Chaumier dowodzi, że ktoś trzeci albo i czwarty, bo bywają związki, w których każdy z partnerów jest jednocześnie w drugim związku, wnosi świeżą energię do wypalonej relacji i pomaga zwalczyć znienawidzoną nudę. To kontrowersyjna teza, ale statystyki mówiące o wielkiej liczbie dodatkowych, „ratunkowych” związków, niepowodujących wcale rozpadu relacji pierwotnej, zdają się to potwierdzać.

K.M.: Mamy stałego, nudnego partnera, zabezpieczone tyły, ustabilizowane jako tako życie i od czasu do czasu fundujemy sobie drobny lifting uczuciowo seksualny! Pozornie idealna sytuacja. Jednak takie podejście prowadzi do tego, że związki przypominać będą pozbawione emocji sojusze: on się nie będzie wtrącał w moje życie, a ja w jego. Tyle że to nie ma nic wspólnego z bliskością czy miłością.

W.E.: To są właśnie związki narcystyczne, w których druga osoba jest dopełnieniem wizerunku pierwszej i na odwrót. Ten, kto nie spełnia ostrych kryteriów bycia cool, dobrego wyglądu i sukcesu – wypada z gry.

K.M.: Mężczyznom coraz częściej podobają się zajęte tylko własną urodą laski. A ile kobiet chciałoby mieć takiego faceta, co prze do sukcesu? Mnóstwo. Nie zdają sobie sprawy, że on poza wyglądem i statusem finansowym nie jest w stanie nic zaproponować. Owszem, jest zadbany, bo jego ciało ma być obiektem podziwu. Jako produkt doskonały jest zwykle dobrze ubrany, ma pieniądze, gadżety. Ale do wspólnego życia się nie nadaje. Nie mówiąc o seksie...

Nie pozwoli sobie na bliskość i luz?
K.M
.: Będzie myślał tylko o tym, czy dobrze wypadł. Normalny człowiek jednego dnia powie: Dziś mi się nie chce kochać, a innego: Bardzo mi się chce. Albo dziś się nie golę czy nie maluję (w wersji dla pań). Na odpuszczenie sobie pozwolić sobie może tylko ktoś ze zdrowym dystansem do samego siebie, nigdy ten, komu zależy wyłącznie na ocenie innych. Narcyz jest przy tym niedostępny emocjonalnie, co dzisiejsze dziewczyny, które wychowują się praktycznie bez ojców, przyciąga jak magnes. Od kogoś takiego dziewczyna nie dostanie czułości, uwagi, a starać się o to może i całe życie. Za to on będzie wymagał, jak ojciec, żeby była nienaganna, wytknie jej każde niedociągnięcie.

Jest dziś szansa na bliskość?
K.M
.: By poczuć bliskość, trzeba opuścić gardę, zrezygnować na użytek drugiej osoby z pięknego wizerunku. A ludzie boją się tego coraz bardziej. By przestać się bać, trzeba zajrzeć w siebie. Jako młódka szłam kiedyś na randkę i ze zdziwieniem poczułam, że się boję: coś mną telepało w środku, jakby w brzuchu latały mi motyle. Wczułam się w siebie i dotarło do mnie, że to jest przyjemne uczucie, nie strach, tylko rodzaj oczekiwania, podniecenie. To było ważne odkrycie. Boimy się nowych rzeczy, bo nam rodzice nie mówią: kochaj te drgania w brzuchu, zauważaj to, co czujesz, bo to jest twoje życie, najfajniejsze momenty. Odbieraj sygnały, obserwuj siebie. Wtedy nauczysz się kontaktować ze sobą, a co za tym idzie, z innymi, i się nie bać. Tylko tak można poczuć bliskość, otworzyć się przed tym, kogo wybierzemy.

  1. Psychologia

Czy wszystko, co ważne, można mieć za pieniądze? Zastanawia się Wojciech Eichelberger

- Okazuje się, że gdy jesteśmy już wystarczająco bogaci, a zarazem zmęczeni i wypaleni, to zaczynamy się rozglądać za sensowną inwestycją w relacje - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
- Okazuje się, że gdy jesteśmy już wystarczająco bogaci, a zarazem zmęczeni i wypaleni, to zaczynamy się rozglądać za sensowną inwestycją w relacje - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
Tak myślimy, skoro nie liczymy na ludzi, ale stawiamy na polisy, lokaty, kredyty. Ale co tak naprawdę możemy mieć za pieniądze, a co tracimy, chcąc za wszystko płacić? No i czym jest kultura daru – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Jeśli pieniądze są dla nas najważniejsze, to, jak pisze dr Tim Kasser w „The High Price of Materialism” (Wysokiej cenie materializmu), czeka nas przygnębienie i lęk. A Barry Schwartz, psycholog, twierdzi z kolei, że kupowanie nie daje frajdy, bo męczy koniecznością wyboru. Ale my nie mamy czasu czytać, musimy zarabiać, bo liczą się pieniądze i udane transakcje. Nawet w związkach zaczynamy patrzeć na zysk…
Na szczęście nie wszędzie i nie zawsze da się zamienić relacje międzyludzkie na transakcje finansowe. Ale prawdą jest, że coraz częściej nawet ślub zastępuje coś na kształt umowy spółki, która określa, co każda ze stron powinna dostarczyć, definiuje strategię wzajemnego wspierania karier i osiągania celów, zasady podziału zysków i strat. Brakuje jednak w tej umowie słów o emocjonalnej więzi i wspólnym życiu. I gdy partner wspólnik zostaje w tyle – rozwiązujemy umowę i szukamy lepszego strategicznie inwestora. Budowanie takich relacji/transakcji także z krewnymi, znajomymi, lekarzami, nauczycielami, którzy zaspokajają nasze potrzeby, rychło doprowadzi do tego, że naszym wspólnym doświadczeniem będzie tylko wielka samotność, rozpacz i poczucie bezsensu.

Nie uciekniemy od tego, że potrzebujemy bliskich, bezpiecznych, a także miłosnych związków, by pozostać przy zdrowych zmysłach. Ale wygląda na to, że zanim się w tej sprawie opamiętamy, staniemy się konglomeratem rywalizujących ze sobą, samotnych konsumentów, dla których posiadanie jak największej ilości pieniędzy i jak największej ilości transakcji będzie jedynym celem bytowania na tej planecie.

Z badań psycholożki Kathleen Vohs wynika, że ci, którzy nastawiają się na zarabianie pieniędzy, przestają zwracać uwagę na relacje, nie cenią tego, co nie ma wymiaru materialnego, przekonani o swojej samowystarczalności nie potrzebują ludzi i stają się nieufni.
Rynek i konsumpcjonizm nie działają na rzecz międzyludzkich związków, bo na nich nie można zarobić. Związki więc zanikają, zamieniają się w pseudorelacje uprawiane w sieci internetowej i telefonicznej.

Godzinę temu ktoś mnie zaczepił na ulicy. Nie pamiętałem człowieka. Wiedziałem tylko, że to jakiś dobry znajomy sprzed lat. Gdy w końcu ustaliliśmy, skąd się znamy, zadzwonił mój telefon. Odruchowo odebrałem. Jak wytresowana małpa. Uznałem, że osoba, której akurat w tym momencie gdzieś tam, w innej, nie mojej czasoprzestrzeni przyszło do głowy, żeby do mnie zadzwonić i wcina mi się w niepowtarzalną chwilę mojego realnego życia, jest ważniejsza od kogoś, kogo nie widziałem od lat i z kim właśnie rozmawiam. No i prawie wszyscy tak robimy – ktoś oferuje nam żywy, realny kontakt, rozmowę, a my uciekamy w popłochu, pokazując swoim zachowaniem: „Daj mi spokój, ja tam mam ważniejsze sprawy i ważniejszych ludzi”. Komórki używamy do teleportowania się ze wszystkich niewygodnych – bo wymagających wysiłku wejścia w realny kontakt – sytuacji. Spontaniczne kontakty z ludźmi coraz częściej nas przerażają. Bo nie mamy na nie umowy, paragrafów, zabezpieczeń, bo nie wiemy, co mamy dostarczyć, co ma być nam dostarczone, ile to będzie trwać i jaki jest tego cel. Relacje wirtualne i transakcje są bezpieczniejsze.

Tylko dlatego odbieramy telefon i odpisujemy na mejle?
Starsi już prawie zapomnieli, a wielu młodszych nigdy nie zaznało poruszającego, fascynującego i wspierającego klimatu realnych spotkań z innymi ludźmi. Zamiast pobyć i porozmawiać z tymi, którzy nas otaczają, wchodzimy na Facebooka, żeby sprawdzić, ile dostaliśmy lajków za ostatni wpis. Nie wiemy, że tak budujemy swoją przyszłą samotność. Wirtualne relacje nie wymagają uważności, słuchania, ryzyka wyrażania uczuć na gorąco, refleksu, zdolności do empatii i kompromisu. Nie łączą się z ryzykiem usłyszenia bezpośrednich i krytycznych komentarzy na temat naszych spontanicznych zachowań. Jedynym ryzykiem jest to, że znikniemy z sieci, ale też w sytuacji braku rzeczywistych związków to perspektywa naprawdę przerażająca.

Sieć nie jest też wolna od transakcji.
Na domiar złego można łatwo ulec pokusie sprzedawania sieciowej, nieskrępowanej, wolnej i spontanicznej twórczości i tożsamości. Piszemy atrakcyjnego bloga, wielu go czyta i poleca, więc szybko pojawia się reklamodawca, który chce na stronie umieścić baner. A potem ktoś inny proponuje product placement. Wtedy nasza autentyczność w sieci stanie się kompletną mistyfikacją. Ilu blogerów za pieniądze zachwala jakieś ubrania, restauracje, samochody czy rowery? Komercja rządzi siecią w znacznie większym stopniu, niż nam się zdaje.

Wracając do tego, co można kupić i co chcielibyśmy mieć. Z badań wynika, że za bliskością nie tęsknią ci, którzy mają pieniądze. Oni wolą ubezpieczenia, lokaty i kredyty.
Ci, którzy nie odczuwają tęsknoty za autentycznymi i bliskimi związkami z ludźmi, z pewnością „zamulają się” jakimś erzacem. Im bardziej będziemy bezradni w nawiązywaniu więzi i budowaniu relacji, tym większa będzie nasza potrzeba ubezpieczania się na wszystkie możliwe sposoby i ewentualności. Wiadomo, że rozbudowana rodzina najefektywniej zwiększa poczucie bezpieczeństwa, które jest naszą wrodzoną potrzebą. Ale my takich rodzin nie mamy, nie mamy więc poczucia bezpieczeństwa i dlatego tak wiele reklam odwołuje się do niej, wmawia nam, że potrzebujemy ciągle czegoś nowego dla zapewnienia go sobie.

Najlepszym konsumentem jest więc singiel.
Na to wygląda. Bo człowiek im bardziej samotny, tym bardziej uzależniony od rozmaitych produktów, w tym od produktów ubezpieczeniowych. Realizując się tylko w pracy i w sieci, resztę rzeczy musimy sobie kupić. A więc musimy sobie kupić bezpieczeństwo – w postaci kamer, płotów, drzwi przeciwwłamaniowych i ochroniarzy, a także ubezpieczeń, lokat, kart kredytowych i prawników. Musimy sobie kupić rzeczywisty kontakt z drugim człowiekiem: zrozumienie, dyskrecję, lojalność i wsparcie – w postaci coachingu, mentoringu lub psychoterapii. Iluzję bycia ważnym i obdarzonym szacunkiem możemy nabyć w drogich hotelach i restauracjach. Iluzję przynależności kupujemy, słono płacąc za członkostwo w ekskluzywnych klubach. A iluzję bliskości, zachwytu, oddania, wdzięczności, intymności i miłości – na bogatym rynku usług seksualnych. W Japonii są domy publiczne, w których można sobie kupić dowolny typ relacji seksualnej, w dowolnych przebraniach i dekoracjach. Witająca cię tam osoba jest o wiele bardziej przewidywalna niż współmałżonek, a nawet kochanka. Zawsze powie to, czego zażyczył sobie klient w skrupulatnie opracowanym scenariuszu: że kocha, że tęskni, że nie może żyć bez niego, że pragnie. Bardziej przewidywalny i bezpieczny może być już tylko robot zaprogramowany na zaspokajanie naszych niedojrzałych i neurotycznych potrzeb. I nic nie musimy już z siebie dawać poza opłacaniem rachunków.

Tak konsumowana samotność kosztuje dużo. Więcej niż rodzina i dzieci. Ale mimo że nie zaspokaja ważnych potrzeb, ma dla coraz większej liczby ludzi nieodparty urok. Może dlatego, że zaspokaja naszą wrodzoną potrzebę, którą jest... lenistwo.

A może to postęp? Relacje w sieci, pieniądze na ubezpieczenie. I po co zawracać sobie głowę prawdziwą miłością czy przyjaźnią?
Rynek z pewnością byłby zadowolony. Ale na szczęście ludzie mają świadomość i niezbywalne potrzeby psychiczne. Potrzeby bycia ważnym, wybranym, upragnionym, szanowanym, bezpiecznym i kochanym w realnych związkach nie da się na dłuższą metę oszukać. Tylko do czasu możemy śnić zbiorowy sen konsumpcyjnego spełnienia i bezpieczeństwa. Prędzej czy później nasze niezaspokojone potrzeby nas obudzą. Nawet gdy się ich wyprzemy, to się odezwą w postaci dolegliwości i chorób ciała. A wtedy nie pozostanie nam nic innego, jak kupić sobie robota pielęgniarkę.

Co się dzieje z dziećmi, które patrzą na to, co wyczyniamy?
Jeśli widziały tylko nasze plecy pochylone nad laptopami, to z pewnością nie odczuwają z nami silnej więzi. Młoda, inteligentna, nowoczesna matka powiedziała mi niedawno, że jest entuzjastką maksymalnej ilości dodatkowych zajęć dla dzieci, bo to odciąga je od komputera. W trakcie rozmowy okazało się, że w domu sama spędza wiele godzin przy laptopie, bo to część jej pracy, i nie ma czasu ani pomysłu na robienie czegokolwiek z synkiem. Nawet relacje z dziećmi nabierają charakteru transakcji: „Ja ci opłacam wiele atrakcyjnych zajęć dodatkowych, dostarczam to, co najlepsze na rynku dziecięcych warsztatów rozwojowych, i muszę na to wszystko zarobić. Ty nie zawracaj mi więc głowy. Masz być fajnym dzieckiem, którym się mogę pochwalić i które szybko się uniezależni i zacznie robić karierę”. I nikt już nie pyta o bliskość, miłość, wdzięczność i szczęście.

Jak ratować siebie i swoje dzieci?
Postawić na budowanie relacji – dawać im nasz własny czas i uwagę, a nie czas i uwagę kupione dla nich od innych. Najtrudniejszym testem sukcesu w tej sprawie jest zdolność potomstwa do opieki nad chorymi i starzejącymi się rodzicami. Ale im bardziej zaawansowany technologicznie kraj, tym gorzej dzieci zdają ten test. Tam kultura transakcji najskuteczniej wypiera kulturę relacji. Powstają ogromne luksusowe getta kampusy dla starych ludzi, świetnie obsługiwanych przez fachowców, ale... Ich lokatorów nikt nie odwiedza. Bo dzieci kultury transakcyjnej swoje zobowiązania wobec rodziców realizują w zgodzie z tym, czego się od nich nauczyły: „Organizuję wam opiekę, rehabilitację i warsztaty rozwojowe dla seniorów. Muszę na to zarobić i kontynuować moją karierę. Nie zawracajcie mi więc głowy i bądźcie grzecznymi staruszkami”. Warto pamiętać, że dzieci są jak walizka: co włożysz, to wyjmiesz.

Pieniądze pomagają nam pokonać lęk, samotność. A więc może przytulanie tych, którzy wszystko przeliczają, sprawi, że przestaną myśleć tylko o kasie?
Dobra intuicja. Okazuje się, że gdy jesteśmy już wystarczająco bogaci, a zarazem zmęczeni i wypaleni, to zaczynamy się rozglądać za sensowną inwestycją w relacje. Stąd coraz większe powodzenie coachingu, mentoringu, treningów interpersonalnych, szkoleń i warsztatów rozwijających miękkie, psychologiczne kompetencje, a także grup terapeutycznych i psychoterapii indywidualnej. Wprawdzie wygląda to na kupowanie relacji, ale dla wielu to konieczny początek uświadomienia sobie prawdziwych potrzeb. Dzięki inwestycji w relacje możemy się obudzić z odrętwienia i poczucia pustki, przypomnieć sobie z całą mocą, że prawdziwe i głębokie związki z ludźmi są naszym największym kapitałem i zabezpieczeniem. Ci, którzy choć raz doświadczyli, że to nasycony uwagą czas spędzany z bliskimi jest największym dobrem, zawsze o tym będą pamiętać.

  1. Psychologia

Jedz, odpoczywaj i kochaj… siebie! Dla wyczerpanych emocjonalnie

Czy w twoim życiu jest miejsce na własne potrzeby, oczekiwania, na wyrażenie siebie? (Fot. iStock)
Czy w twoim życiu jest miejsce na własne potrzeby, oczekiwania, na wyrażenie siebie? (Fot. iStock)
„Trzeba znaleźć swój sposób na wyciszenie i traktować go jak mycie zębów! Żyjemy w czasach, kiedy to jest absolutnie konieczne. To może być coraz bardziej popularna i rzeczywiście skuteczna metoda mindfulness, medytacja, wizualizacja, ćwiczenia oddechowe. Cokolwiek, co pomoże nam umieć bywać „tu i teraz”, co pomoże wyplenić nam ze swojego życia choć część automatyzmów i zastąpić je świadomymi zachowaniami.”, przekonuje Adriana Klos, psychoterapeutka.

„Nic nie waży tyle, co zmęczone serce.”, to słowa, które powiedział José de San Martin, argentyński generał. Zatem nawet żołnierz narażający życie na froncie w wyczerpującej walce stwierdza, że to właśnie zmęczenie „emocjonalne” jest tym najtrudniejszym…
I wiele w tym prawdy. Jesteśmy wtedy przeciążeni, pozbawienie energii, nic nam się nie chce, to jest taki stan, kiedy – mówiąc obrazowo – życie nas nie cieszy. I powiem od razu, na wstępie, że to jest sytuacja, do której warto nie dopuszczać. Oczywiście, z tego też można się jakoś „wygrzebać”, ale droga jest długa i trudna. Zdecydowanie lepiej jest siebie tak nie zaniedbywać, być ze sobą w kontakcie, nauczyć się czytać sygnały, które znacznie wcześniej wysyła nam nie tylko „dusza”, ale także i ciało.

A my często wiążemy je z chorobą, zamiast pomyśleć o naszych emocjach.
Sygnałem alarmującym są także irytacja, fakt że zaczynamy izolować się od świata, od ludzi, nie robimy tego, na co mamy ochotę albo wręcz przestajemy czuć że mamy ochotę na cokolwiek. Gorzej śpimy – to znaczy, że kiedy jesteśmy na tak zwanym „luzie”, czyli kładziemy się do łóżka, by w teorii odpocząć, zaczyna się gonitwa myśli. Razem z zachodem słońca znikają rozpraszacze, a w naszej głowie zamiast ciszy aż huczy…
Pojawiają się też czasem, zupełnie nieuzasadnione, bo nie ma żadnej konkretnej przyczyny, napady lęku. Nagle zaczynamy się bardzo bać, dopada nas panika, niepokój.
No i wspomniana psychosomatyka. Dolegliwości psychosomatyczne to dziś niemal codzienność. Bóle i zawroty głowy, drżenia i drętwienia kończyn, bóle brzucha, odruchy wymiotne, a nawet wszelkiego rodzaju wysypki.

Wtedy pędzimy do dermatologa i chcemy dostać receptę na maść, po której wysypka zniknie.
Tak. Zrobię USG, badanie krwi, rentgen, a potem niech doktor mnie wyleczy. Stosujemy całą masę mechanizmów obronnych, więc korzystamy również z tego – by nie konfrontować się z trudnymi emocjami – „rządamy” od lekarza recepty na ból głowy. Doszukując się choroby dajemy sobie czas, odwracamy uwagę od meritum. Jeszcze przez kilka tygodni, miesięcy możemy zająć się ciałem, pochodzić po lekarzach – bo to zwykle maraton – jeden mówi, że ciało jest zdrowe, więc szukamy kolejnego, który się już „nie pomyli”.

Tymczasem z ciała płyną jasne sygnały: „Zatrzymaj się, zobacz jak żyjesz!”. Często jest tak, że nasze trudności emocjonalne, nasza nieumiejętność radzenia sobie w życiu związana jest z tym jak zostaliśmy wychowani, jakie przekazy mamy w sobie „zanotowane” Na przykład mężczyźni wdrukowane mają, że zajmowanie się swoją „duszą” jest niemęskie: „chłopaki nie płaczą”, „okazywanie słabości jest dla mięczaków”, itd. Tym bardziej tkwić będą w nieprawdzie, że ból brzucha czy wysypka z pewnością są objawem choroby, a nie wołaniem psychiki o pomoc.

Zamiast rozpakować ciężar…
Bo tego bardzo się boimy, boimy się – oczywiście podświadomie – że jak już do tego plecaka z kamieniami zajrzymy, emocje nas zaleją, że to co znajdziemy w naszej „duszy” będzie nie do opanowania. Lepiej nie ruszać.

Takim bardzo utrudniającym przekonaniem o życiu, które wielu z nas nosi w sobie jest to, że zmiany są trudne, więc lepiej siedzieć w miejscu. Jeśli w taki sposób zostaliśmy wychowani przyjrzenie się temu, co tak naprawdę nam doskwiera jest arcytrudne. Będziemy cierpieć, ale to jest „znajome zło”, hodować ból, ale nie poprosimy o pomoc. Z taką postawą łatwo dorobić się wyczerpania emocjonalnego.

Jest też grupa ludzi, których nazywamy „zadowalacze innych” (z angielskiego „people pleaser”), taki rys to też idealny „podkład” pod emocjonalny ból. Trzeba być za wszelką cenę grzecznym, kulturalnym, nikogo nie ranić, każdemu pomóc. To osoby, które nie potrafią stawiać granic, stawiają wyłącznie na innych, nie chroniąc siebie. Bo to inni są ważniejsi, inni mają rację, a ja muszę swoją postawą wciąż pracować na akceptację całego świata. To prosta droga do emocjonalnego wyczerpania, nadużycia.

A czy są wśród nas ci którym, niezależnie od tego jak toczy się ich życie, nie grozi emocjonalne wyczerpanie, bo są wyposażeni w taką zbroję, że nic ich nie poruszy?
Nie wydaje mi się możliwe, żeby dało się przejść przez całe życie „suchą nogą”. Z pewnością są osoby, które mają bardzo przyzwoite zasoby, by radzić sobie z trudnościami, ale nie uwierzę, że są ludzie „ze stali”.

Wspomniała pani o tym, że najlepiej byłoby nie dopuszczać do emocjonalnego przeciążenia. Rozumiem, że jak chociażby w przypadku dbania o zęby, tu też ważna jest profilaktyka.
Arcyważna, kluczowa!

Co się do niej zalicza?
Polecam zawsze, by zrobić taki przegląd swoich przekonań o świecie, życiu i innych ludziach. Jaki stosunek do siebie samego wyłania się z naszych przekonań? Czy jest tu miejsce na własne potrzeby, oczekiwania, na wyrażenie siebie? Jeśli nie, pierwszym krokiem jest praca nad przekonaniami. Zmiana ich w taki sposób, by kierować się zasadą, że nasze potrzeby i nasze zdanie nie są mniej ważne od potrzeb i zdania wszystkich dookoła. Czasem taką rewolucję da się przeprowadzić samemu, czasem konieczna jest pomoc fachowca. Wszystkim, którzy potrzebują takiej przemiany polecam doskonałą książkę „Jak być dobrym dla siebie. Życie bez presji otoczenia, przygnębienia i poczucia winy”, autorstwa dr Kristin Neff . Choć tytuł wydaje się odrobinę infantylny, zawartość jest doskonała. Autorka pokazuje jak ważne jest to, by mieć dla siebie współczucie w sytuacjach, kiedy coś nam nie wychodzi, a nie okładać się jeszcze kijem – co jest skłonnością wielu z nas. Dlaczego tak łatwo nam o współczucie dla innych, a z tak dużym trudem przychodzi nam okazanie odrobiny wyrozumiałości i czułości wobec siebie samego.

Kolejnym krokiem w profilaktyce jest zmiana języka w jakim się do siebie samych zwracamy. Mam na myśli zmianę tych wszystkich słów: muszę, powinnam, nie wypada, nie wolno na: chcę, mogłabym, decyduję się, itd. Moich pacjentów śmieszy, kiedy pytam w jaki sposób siebie nazywają, w większości nie rozumieją w ogóle o co mi chodzi, i jeszcze bardziej dziwi ich, jak opowiadam, że mówię do samej siebie na przykład wieczorem: „Dobranoc”.

W ramach profilaktyki warto też obniżyć odrobinę swoje często wygórowane oczekiwania wobec samego siebie. Jeśli stawiamy sobie poprzeczkę pod chmurami, skazujemy się jednocześnie na falę niespełnień i rozczarowań. A może lepiej narzucić sobie trochę mniej, ale, po pierwsze, móc to osiągnąć, po drugie, móc poczuć dumę z dobrze wykonanego zadania?

Nie bez znaczenie są też takie pozornie błahe rzeczy jak na przykład nasza dieta czy styl życia. Potrzebujemy karmić siebie nie byle czym, potrzebujemy ruszać swoje ciało. To może być taniec, joga, rower – cokolwiek.

Potrzebujemy się też regularnie wyciszać.
Tak! Warto znaleźć swój sposób na wyciszenie i traktować go jak mycie zębów! Żyjemy w czasach, kiedy to jest absolutnie konieczne. To może być coraz bardziej popularna i rzeczywiście skuteczna metoda mindfulness, medytacja, wizualizacja, ćwiczenia oddechowe. Cokolwiek, co pomoże nam umieć bywać „tu i teraz”, co pomoże wyplenić ze swojego życia choć część automatyzmów i zastąpić je świadomymi zachowaniami, co nauczy nas uważności.

Skutecznym wentylem dla emocji jest także coś, co nazywamy pisaniem terapeutycznym. Spisywanie wszystkiego, co krąży po naszej głowie przynosi ulgę, pomaga poukładać myśli, to taki rodzaj sprzątania, porządkowania umysłu. Ponadto taka czynność minimalizuje też lęk, kiedy napiszemy o tym, czego się boimy, co nas trapi, jednocześnie odbieramy temu część mocy.

Bardzo ważnym zadaniem jest także nauczenie się, by przeżywać wszystkie emocje. Jasne, każdy z nas woli czuć tylko te „przyjemne”, ale zapominamy, że te „nieprzyjemne” są cennym sygnałem, alarmem, że coś niedobrego dzieje się z nami. Jeśli będziemy je wypierać, oddalać konfrontację, bardzo szybko doprowadzimy siebie do emocjonalnego przeciążenia. Dlatego nie ma innej dobrej drogi – trzeba wszystko dostrzegać i przeżywać. Dobrze jeść, spać i kochać siebie! To wszystko pozwoli nam uniknąć emocjonalnego rozczarowania! To da się zrobić, by potem nie czuć ciężaru zmęczonego serca!

Adriana Klos - psycholożka i psychoterapeutka. Pracuje z dorosłymi w terapii indywidualnej oraz terapii par. Pomaga uporać się z depresją, lękiem, kryzysem, skutkami traumy. www.strefazmiany.pl

  1. Psychologia

Jak pomóc dziecku odnaleźć własną drogę?

Jeśli ktoś podąża za tym, co ma dla niego sens i budzi jego entuzjazm, odnajdzie się w każdych warunkach. I przede wszystkim w tym powinno się pomagać młodym ludziom. (Fot. iStock)
Jeśli ktoś podąża za tym, co ma dla niego sens i budzi jego entuzjazm, odnajdzie się w każdych warunkach. I przede wszystkim w tym powinno się pomagać młodym ludziom. (Fot. iStock)
W trosce o przyszłość dzieci wielu rodziców wywiera na nich presję wyboru studiów, które zagwarantują im dobrą pracę. Tymczasem miniony rok pokazał iluzoryczność takiego podejścia. Jak zatem wspierać dziecko w planowaniu jego przyszłości? O wskazówki poprosiliśmy wykładowcę akademickiego i pisarza Mikołaja Marcelę.

Rok temu rozmawialiśmy o tym, jak mądrze wspierać decyzje nastolatków dotyczące wyboru zawodowej drogi. Jak pandemia zmieniła twoją perspektywę?
Pandemia zmieniła sposób, w jaki patrzymy na wiele kwestii. To, co wydawało się niemożliwe jeszcze rok temu, zostało wprowadzone w życie z dnia na dzień: zdalna edukacja, zdalna praca na szeroką skalę, przeniesienie naszego funkcjonowania do sieci w jeszcze większym stopniu niż wcześniej. To doświadczenie wywrze wpływ na kształt rynku pracy, a przez to na myślenie o wyborze zawodowej drogi życiowej. Pandemia nauczyła nas, że – by przypomnieć słowa amerykańskiego futurologa Alvina Tofflera – w XXI wieku najważniejszą zdolnością w pracy i poza nią będzie zdolność do uczenia się, oduczania i uczenia się na nowo. Warto więc wspierać młodych ludzi w ich wyborach i tworzyć im warunki do wyrabiania w sobie tej zdolności.

W jaki sposób?
Pozostawiając im jak największą autonomię działania, wspierając, gdy zajdzie taka potrzeba, i prowadząc z nimi otwarty dialog. Próba planowania młodym ludziom ich przyszłości z pewnością nie jest najlepszym rozwiązaniem. Jak widzieliśmy w ostatnim czasie, jedno wydarzenie może bardzo poważnie zmienić kształt naszej rzeczywistości. Do tego dochodzą takie procesy, jak postępująca automatyzacja i rozwój uczenia maszynowego, które jeszcze bardziej namieszają w świecie w najbliższych latach. Jeśli jednak ktoś podąża za tym, co budzi jego entuzjazm i co ma dla niego sens, odnajdzie się w każdych warunkach. I w tym przede wszystkim powinno się pomagać młodym ludziom.

Teoria autodeterminacji sugeruje, że mamy trzy podstawowe potrzeby psychiczne: kompetencji, autonomii i bycia z innymi ludźmi. Jeśli są one zaspokojone, jesteśmy zmotywowani, produktywni i szczęśliwi. Jeśli nie możemy ich zaspokajać, jesteśmy zdemotywowani, nieefektywni w działaniu i nieszczęśliwi.

Wrócę jeszcze do pandemii i wynikających z niej ograniczeń kontaktów. Czy dla młodzieży naprawdę dużo się w związku z tym zmieniło, czy jako dorośli wyolbrzymiamy problem?
Zmieniło się bardzo dużo. U niektórych są to zmiany na lepsze, u niektórych na gorsze. Ograniczenie kontaktów źle zniosły osoby, które są ekstrawertyczne, to musiał być dla nich duży problem, choć myślę, że wielu nastolatków sobie całkiem dobrze poradziło, patrząc na młodych ludzi w okolicach, w których mieszkam. Na dobre wyszło to tym, którzy męczyli się w szkole.

Czyli komu?
Na przykład introwertycy – dla nich to pewnie świetny czas. Myślę, że skorzystały również osoby, które mają w domu przestrzeń do samorozwoju i których rodzice mają mało rygorystyczny stosunek do edukacji. Znam wielu młodych ludzi, którzy w ostatnich miesiącach odkryli nowe zainteresowania, podjęli się projektów, które odkładali, bo nigdy nie było na nie czasu.

Największy wpływ pandemia ma jednak na edukację jako taką. Jestem przekonany, że po jej zakończeniu nie będzie już powrotu do dawnej szkoły. I dobrze.

Uważasz, że szkoła cyfrowa to błogosławieństwo? Znam opinie, że to przekleństwo...
Jak dla mnie błogosławieństwo, choć oczywiście wszystko zależy od konkretnego przypadku. Przeniesienie „modelu pruskiego” do Internetu to koszmar – zarówno dla nauczycieli, jak i uczniów. Siedzenie po siedem godzin przed ekranem i słuchanie przemawiających nauczycieli nie ma oczywiście żadnego sensu i jest stratą czasu. Natomiast wykorzystanie możliwości, jakie daje edukacja cyfrowa, konkretnych narzędzi i zasobów w sieci – to już zupełnie inna historia.

Zresztą powinniśmy zacząć zupełnie inaczej myśleć o Internecie i świecie cyfrowym w kontekście edukacji, i nie tylko. Temu zagadnieniu razem z Zytą Czechowską, Nauczycielką Roku 2019, poświęciliśmy naszą nową książkę „Jak nie zgubić dziecka w sieci. Rozwój, edukacja i bezpieczeństwo w cyfrowym świecie”.

I jak widzicie nastolatki? Czy życie online ograniczyło ich zainteresowania?
Nie sądzę. Młodzi ludzie już od dawna nie dzielą świata na ten online i ten offline. Uczą się i rozwijają swoje zainteresowania dzięki Instagramowi czy Redditowi, oglądając filmy na YouTubie, słuchając piosenek i podcastów na Spotify. I grają w gry, gadając przy tym na Discordzie. Warto mieć to wszystko na uwadze, kiedy krytykujemy młodzież za to, że siedzi zbyt długo w Internecie. Podobnie jak należy pamiętać o korzyściach, jakie płyną chociażby z gier komputerowych. W ostatnich dekadach bardzo często demonizowaliśmy wpływ gier na umysły młodych ludzi, niemniej grając w nie, uczą się bardzo wielu rzeczy.

Czas okołomaturalny to moment, gdy rodzice szczególnie wywierają wpływ na decyzje dotyczące przyszłości nastolatków. Teraz, gdy siedzimy w domach, cierpliwości do siebie mamy coraz mniej. Czy którymkolwiek rodzicom udaje się w ogóle powstrzymać od sterowania dziećmi?
Myślę, że nawet całkiem sporej grupie rodziców to się udaje. Nie widzę żadnego sensu w wywieraniu presji w takich kwestiach. W poprzednich książkach pisałem sporo o tym, jak jest to szkodliwe w dłuższej perspektywie.

Ostatni rok pokazał, że nie ma w obszarze zawodowym niczego stałego. Jakie wnioski powinni z tego wysnuć rodzice nastolatków?
Że nikt nie wie, co przyniesie przyszłość i jakie zawody będą wtedy potrzebne, a jakie znikną z rynku. Yuval Noah Harari w książce „21 lekcji na XXI wiek” przekonuje, że warto inwestować w rozwijanie podstawowych umiejętności, które nazywa „4K”.

Od czego to skrót?
Komunikacja, kooperacja oraz kreatywne i krytyczne myślenie. W przyszłości kluczowe będą też zdolność do samokształtowania siebie, konsekwentnego rozwoju osobistego oraz umiejętność wymyślania planu na siebie, także pod względem zawodowym.

A jak młodych uczyć tego „wymyślania siebie”?
By młodzi mogli się tego wszystkiego nauczyć, muszą mieć jak najwięcej czasu i przestrzeni dla siebie. Obecnie czasach to jedna z najtrudniejszych rzeczy do zrobienia, ale według mnie rodzice powinni przede wszystkim odpuścić sobie bycie idealnymi rodzicami i pozwolić dzieciom prowadzić ich własne życie.

Dziś niemal wszyscy rodzice przyszłych studentów chcą, żeby ich dzieci wybrały kierunki studiów związane z IT, ostatecznie grami komputerowymi. Czy to mas sens?
Ma to sens w przypadku osób, dla których IT i gry komputerowe są ważne w życiu. Z drugiej strony obawiam się, że dla wielu z nich – zwłaszcza tych bardzo zaawansowanych – studia mogą się okazać rozczarowaniem. Natomiast nie ma to sensu w przypadku osób, które zupełnie się tym nie interesują. Jeśli nastolatek kocha pisać, niech przyjdzie do nas na sztukę pisania na Uniwersytecie Śląskim. Jeśli chce walczyć o prawa zwierząt w przyszłości, niech zdaje na prawo. Jeśli kocha malować, niech wybierze Akademię Sztuk Pięknych, a jeśli fascynuje go biologia – biologię.

Niech każdy robi to, co jest mu bliskie i do czego czuje się stworzony, a nie studiuje to, co „powinno się” studiować. Wtedy naprawdę będziemy mieli lepszy świat i szczęśliwszych ludzi. Według mnie to jest bardzo proste i w sumie zastanawiam się, jakim cudem możemy o tym dalej dyskutować.

Czy naprawdę warto zachęcać dziecko, żeby było pisarzem, aktorem czy filozofem? Życie online sprawiło, że zaczynamy myśleć, że sztuka to grafika komputerowa, a koncertem jest transmisja z czyjejś kuchni. Szybko zgubiliśmy potrzeby kulturalne.
Nie wiem, czy to zły czas dla poetów i filozofów – sam jestem m.in. magistrem filozofii i nie jest mi z tym źle, a nawet całkiem mi to pomaga. A co do potrzeb kulturalnych, mam wrażenie, że oglądamy, słuchamy i czytamy więcej niż kiedykolwiek wcześniej. To też kwestia wymyślenia niektórych rzeczy na nowo, otwierania się nowych przestrzeni. Różne instytucje proponują rozwiązania, o których do tej pory pewnie nie myślały. Ostatnio widziałem billboard Opery Śląskiej, która zaczęła oferować usługę VOD.

Pamiętajmy, że koniec jest zawsze nowym początkiem. Dlaczego nie pomyśleć o potencjale aktorstwa na YouTubie czy TikToku? Judi Dench w czasie lockdownu zaczęła tworzyć viralowe nagrania na TikToku ze swoim wnukiem. Myślę, że to też może być nowe otwarcie dla kultury i sztuki, czego chyba coraz bardziej potrzebowaliśmy w ostatnich latach.

Mikołaj Marcela, dr nauki humanistycznych, nauczyciel akademicki, współautor i współkoordynator kierunku sztuka pisania na Uniwersytecie Śląskim. Pisarz i autor tekstów piosenek.

  1. Zdrowie

Chorzy ozdrowieńcy

Mgła mózgowa to jeden z bardziej dokuczliwych objawów towarzyszących Covid-19.(Fot. iStock)
Mgła mózgowa to jeden z bardziej dokuczliwych objawów towarzyszących Covid-19.(Fot. iStock)
Niektórzy nie czują zapachów i smaków. Inni są osłabieni – tak, że trudno im wejść po schodach. Mają problemy z koncentracją, z ciśnieniem. To mogą być długofalowe skutki przejścia COVID-19. Jak leczyć te dolegliwości? Mówi kardiolog, doktor nauk medycznych Michał Chudzik, twórca poradni zajmującej się pomocą tym, u których choroba pozostawiła ślady.

Często koniec choroby nie jest końcem sprawy. Później – czasem dużo później – mogą pojawić się problemy. Rozmaite.
Widzimy to od początku, bo zajmujemy się tym już prawie rok – że sam etap choroby COVID-19 to jedno, a potem bywa różnie. Bo o ile w pierwszych miesiącach pandemii chorzy mieli dolegliwości pocovidowe od razu po przechorowaniu tego ostrego etapu, to teraz coraz częściej widujemy pacjentów, którzy chorowali w domu, przebieg był lekki albo bardzo lekki, a problemy zaczynały się znacznie później.

Czy jest korelacja między przebiegiem COVID-19 a późniejszymi problemami? Łagodny przebieg – niewielkie dolegliwości?
Jednym z parametrów, którymi posługujemy się w ocenie, jest wysoka temperatura. Jeśli ktoś w warunkach domowych miał powyżej 38 stopni, to jest to istotny czynnik, który wpływa na częstość powikłań zapalnych serca. Innych zależności na razie nie widzimy. Są jednak czynniki, które wpływają na sam przebieg choroby. I tu dużo zależy od stylu życia chorych. Jeśli wcześniej były wysoki cholesterol, intensywna praca, wręcz przepracowanie – to ciężkość przebiegu choroby jest istotnie większa. Bardzo ważny jest sen. Osoby, które późno chodzą spać, nie mają zdrowego snu – a to niezwykle ważny czynnik regenerujący organizm, wzmacniający odporność – będą COVID-19 przechodziły ciężej.
Porównaliśmy osoby, które mają dolegliwości po chorobie, i te, które ich nie mają – u kobiet pojawiają się one częściej. Na płeć nie mamy wpływu, ale na styl życia już tak.

Jakie są podstawowe grupy pocovidowych problemów?
Mamy kilka grup dolegliwości: zespół przewlekłego zmęczenia, tak zwana mgła mózgowa, problemy sercowo-naczyniowe i zaburzenia węchu i smaku. Te ostatnie mogą się długo utrzymywać i bywają kłopotliwe, ale nie stanowią istotnego zagrożenia, jedynie dyskomfort. Natomiast zespół przewlekłego zmęczenia i mgła mózgowa to już znacznie poważniejsze problemy. I nie da się ich zlikwidować za pomocą jednej tabletki. Mgła mózgowa przypomina zespoły otępienne, znamy to z medycyny geriatrycznej. Wpływ na to mają trzy czynniki. Wysokie ciśnienie krwi – staramy się więc je obniżać. Wysoki poziom glukozy – hiperglikemia źle wpływa na krążenie mózgowe. I trzeci aspekt, w sumie miły – życie społeczne, aktywność ruchowo-sportowa, na poziomie rekreacyjnym oczywiście. Te trzy rzeczy ewidentnie ograniczają zespół otępienny, a więc i mgłę mózgową. Ważne też, by umysł ćwiczyć. Stawiać przed nim wyzwania. Uczyć się nowych rzeczy, czytać, rozmawiać z ludźmi.
Mamy aparat z Politechniki Łódzkiej, do tej pory był stosowany do oceny powikłań naczyniowych w cukrzycy i wydolności u sportowców. My teraz wykorzystujemy go, by u pacjentów po COVID-19 ocenić, jakie podłoże ma to zmęczenie – wtedy możemy wybrać drogi regeneracji i rehabilitacji.

A jakie to drogi?
Fizjoterapia tradycyjna. Najpierw więc określamy zdolność do wysiłku. Chory maszeruje po korytarzu sześć minut, patrzymy, ile metrów w tym czasie pokona, jaka jest saturacja, oceniamy, czy wymaga rehabilitacji pulmonologiczno-kardiologicznej, czy to problem zmęczenia, oceniamy siłę mięśniową. To bardzo ważne. Mięśnie słabną szybko. Ale możemy pomóc. W naszej poradni mamy unikalną możliwość rehabilitacji chorych – oddychanie powietrzem o małej i dużej zawartości tlenu. Ono mobilizuje mitochondria do większej produkcji energii. Tak jak u sportowców, którzy jadą wysoko w góry, żeby przed zawodami trenować tam, gdzie jest mało tlenu. My robimy to samo, w sposób kontrolowany.
Zajmowanie się chorym po COVID-19 to sprawa kompleksowa. Czyli dobra dieta, czasem z odpowiednią suplementacją; niekiedy wsparcie psychologa, bo chory musi chcieć powrócić do sprawności, ta sfera jest niezwykle ważna.

Objawy pocovidowe mogą sprzyjać depresji?
Za często używamy słowa „depresja”. Oczywiście zawsze wykonujemy ocenę psychologiczną, bo depresja to poważna sprawa, musi być prowadzone fachowe leczenie psychiatryczne. Ale jeśli jest to tylko podwyższony niepokój, poczucie lęku, które widzimy u większości chorych, wystarczy wsparcie psychologiczne. Już samo wykonanie badań i uświadomienie chorego, że nie ma poważnych powikłań w sercu, płucach, mózgu, może dużo zdziałać. „Okej, jestem zmęczony, słaby, ale po rehabilitacji wrócę do pełni sił”. Badania robimy też po to, żeby pacjentów mobilizować, mówić im: „Teraz dużo zależy od pana czy pani nastawienia, od pracy włożonej w to, by jak najszybciej wrócić do normalnego funkcjonowania, bo da się wrócić”.
Mgła mózgowa to wielki problem. Czasem słuchamy poruszających opowieści ludzi, którym się zawaliło dotychczasowe życie, nie są w stanie pracować, funkcjonować jak wcześniej. To dramaty, bo dotyczą ludzi młodych, średnia wieku naszych pacjentów to 48 lat.

A co z objawami sercowo-naczyniowymi?
Najczęściej dochodzi do dysregulacji ciśnienia: staje się ono bardzo wysokie u 80–90 proc. chorych, u 10 proc. odwrotnie, ciś­nienie się obniża. Cały „urok” COVID-19 polega na tym, że to choroba nieprzewidywalna. U większości pacjentów ciśnienie jest wysokie, co niekorzystnie wpływa na serce, mózg, trzeba to leczyć, na ogół tabletkami. Dla wielu chorych to problem, bo nigdy wcześniej nie przyjmowali żadnych leków. Są osoby, u których nagle pojawia się wysoki cukier, zaczyna się cukrzyca. To dwa czynniki, które mogą powodować mgłę mózgową. Trzeci problem to zmiany zapalne w sercu – stwierdzamy je u 25–30 proc. chorych. A u 6 proc. dochodzi do uszkodzenia serca i to oczywiście także wymaga leczenia kardiologicznego. Mamy nadzieję, że to będą zmiany odwracalne.

Na początku pandemii lekarze mówili o zmianach zwłóknieniowych w płucach, ale jednocześnie twierdzili, że zmiany te się cofają. Czy rzeczywiście tak to wygląda?
Tu precyzyjniej wypowiedzieliby się pulmonolodzy, ale tak, w większości się cofają. Tylko u naprawdę nielicznych pacjentów zostają w postaci utrwalonej.
Natomiast co do serca i nadciśnienia – tego jeszcze nie wiemy, serce wymaga dłuższej obserwacji. Za jakiś czas dopiero będziemy wiedzieli na pewno, czy zmiany się cofają i czy nie spowodowały istotnych komplikacji, jak zaburzenia rytmu. Z dobrych informacji jest ta, że zmiany zapalne, które widzimy w rezonansie, nie powodują groźnych dla zdrowia czy życia zmian rytmu serca. Wykonujemy badania EKG metodą Holtera, widzimy rejestr pracy serca przez dzień i noc, na ogół nic groźnego się nie dzieje. U kilku procent chorych dochodzi jednak do zatrzymania pracy serca na kilka sekund. I ta grupa wymaga stałej obserwacji kardiologicznej, bo przy zmianach zapalnych – wiemy to też z wcześniejszych publikacji i doświadczeń – zdarza się, choć na szczęście rzadko, że taki chory w ciągu kilku lat umiera. Nie możemy dopuścić do tego, żeby ci młodzi ludzie mieli tak poważne problemy.

Kolega po przejściu COVID-19 ma chyba nietypowe objawy: zapalenie żołądka, alergia, obrzęki, bóle stawów. Czy spotyka się pan z takimi komplikacjami?
Tak. Niezbyt często, ale to się zdarza. Te dolegliwości wynikają ze stanu zapalnego organizmu. COVID-19 uruchamia reakcję obronną, czyli cytokiny, które mają bronić przed zapaleniem. Ale te cytokiny również zwiększają proces zapalny w narządach, czyli jeśli ktoś ma utajoną chorobę, ona po przejściu COVID-19 się ujawnia. Niestety, tu nie mamy wielu możliwości terapii poza leczeniem przeciwzapalnym. Ale to leczenie agresywne, bo kiedy wprowadzamy sterydy, nie możemy z góry przewidzieć, czy uzyskamy pełne wyleczenie, czy tylko ustąpienie dolegliwości. Sterydy dają liczne objawy uboczne, więc czasem wycofanie się z terapii i wytłumaczenie choremu, dlaczego to robimy, jest lepsze. Nie mamy tabletki, która trafiłaby precyzyjnie akurat do tej komórki i powstrzymała proces zapalny.

A co z pacjentami, którzy po chorobie czują się tak osłabieni, że nie są w stanie wejść po schodach, pójść na dłuższy spacer, a w ciągu dnia muszą się położyć, bo nie dają rady?
Niestety, to mnie nie dziwi. W czasie COVID-19 często leżeli, aktywność równała się zeru – a wiemy, że mięśnie bardzo szybko zanikają. Nie mamy świadomości, jak szybko, czasem wystarczy tydzień czy dwa… Drugi aspekt – był COVID-19, były masywne procesy mikrozakrzepowe w malutkich naczyniach włosowatych, które doprowadzają krew do komórek mięśniowych. Kiedy komórki nie mają tlenu, nie mogą produkować energii, a jak nie ma energii, to nie ma siły, żeby chodzić czy biegać. My tych zakrzepów nie widzimy. Tu trzeba pracować z chorym, nie otworzymy książki i nie przeczytamy, co robić, bo w książkach tego jeszcze nie ma. Musimy działać, analizować, myśleć, pytać chorego. Tworzymy właściwie własną szkołę.

Czyli pracujecie autorsko, reagujecie na to, co się dzieje?
Tak, dlatego ma sens tworzenie centrum, w którym możemy prowadzić obserwacje, wyciągać wnioski. Jeśli dziesięciu chorych pójdzie do dziesięciu różnych terapeutów, to nikt nie nabierze doświadczenia. Kiedy mamy ich w jednym miejscu, budujemy wiedzę i możemy przekazać ją dalej. A ta wiedza jest ekspercka.
Dysponujemy przyrządami do badań, pomiarów, do fizjo­terapii, pełnym zapleczem do rehabilitacji. To organizacyjnie ogromne przedsięwzięcie. No i mamy ten komfort, że pracujemy z zespołem specjalistów. Nie wszyscy są pod tym samym adresem, ale pulmonologia, reumatologia, neurologia i kardiologia – tak. Współpracujemy też z dermatologami, to bardzo ważne. Bo pojawił się problem wypadania włosów u kobiet po COVID-19.

Nie słyszałam o tym…
Tak, i to są naprawdę dramatyczne sytuacje. Zdarza się, że włosy wychodzą garściami... Jako pierwsi w Polsce z profesor Joanną Narbutt realizujemy program naświetlania niebieskim światłem (Blue Light), które poprawia nastrój, bo to jakby promienie słoneczne. Wydzielają się endorfiny, a to też ogranicza wypadanie włosów. Wydaje się, że ten problem ma podłoże psychiczne. Chorzy odczuwają duży, czasem ekstremalny stres. Lęk. Dermatolodzy dysponują metodami farmakologicznymi, ale często dla pełnego wyleczenia potrzebne jest wsparcie psychiki. Stąd naświetlanie. Powstają dziś placówki uniwersyteckie psycho­dermatologii, czyli zmian skórnych na tle psychicznym. To nie żadne hochsztaplerstwo, ale wiedza naukowa i akademicka. Pokazuje to, w którą stronę idzie medycyna. W każdej specjalności próbujemy dotrzeć do psychiki. Wiele dolegliwości i chorób zaczyna się w mózgu i tą samą drogą trzeba je próbować leczyć.

Znalazłam taki cytat: „Naukowcy ostrzegają przed neurologicznymi powikłaniami po przejściu COVID-19, które występują także po wyleczeniu. Ich zdaniem konsekwencją może być też rozwój choroby Alzheimera”. Czy nie za wcześnie na takie wnioski?
Zmiany takie jak mgła mózgowa to nie jest w medycynie nic nowego. Takie objawy widzimy na 10–15 lat przed pojawieniem się choroby Alzheimera. Określamy je jako łagodne zaburzenia poznawcze. Dlatego kiedy obserwujemy je u pacjentów
po COVID-19, musimy się zastanawiać: cofnie się czy będzie nasilać? Wielu chorych mówi, że czują się, jakby się postarzeli o 10–15 lat. Trzeba za wszelką cenę starać się to zatrzymać. I dlatego tak ważne są te trzy rzeczy, o których już wspominałem: ciśnienie, cukier, aktywność społeczna i fizyczna, sport. Bo udowodniono, że można opóźnić rozwój choroby Alzheimera. Nie mamy na alzheimera tabletki, ale stylem życia możemy wpływać na to, czy i kiedy się rozwinie.
Jeśli po COVID-19 czujemy się źle, nie dramatycznie, ale nie tak jak przed chorobą – mamy czekać, aż przejdzie, czy iść do lekarza?
Takie objawy mogą się utrzymywać do czterech tygodni po zakończeniu choroby. Jeśli to się przedłuża, konieczna jest konsultacja lekarska. Namawiam, żeby z nią nie zwlekać. 

Informacje o programie na stronie: www.stop-covid.pl

Dr n. med. Michał Chudzik, kardiolog z 20-letnim doświadczeniem. Jego zainteresowania to także medycyna przeciwstarzeniowa i stylu życia. Twórca i koordynator programu STOP-COVID – opieki nad chorym po COVID-19.