1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. 4 sposoby wspierania osób w depresji

4 sposoby wspierania osób w depresji

123rf.com
123rf.com
Depresja jest na tyle częstą chorobą, że prawdopodobieństwo spotkania się z nią jest duże. Możemy stanąć przed zadaniem wsparcia osoby, która na nią cierpi. Jak to robić z empatią i skutecznie?

1. Stań po stronie osoby chorej na depresję

Przede wszystkim, że ton oskarżycielski i nakazujący nie jest dobrym pomysłem. Mówienie „Dlaczego nie możesz po prostu wstać z łóżka?” tylko pogłębi chorobę. Zamiast tego spróbuj powiedzieć: „Wydaje mi się, że masz kłopot, żeby wstać z łóżka. Co mogę zrobić, aby pomóc ci w tym?”. Osoba w depresji zwykle traci perspektywę, jeśli chodzi o ocenę rzeczywistości. Przekonywanie jej, że to przecież nic trudnego może ją dodatkowo stresować. Lepiej odzwierciedlić jej uczucia: „Widzę, że to dla ciebie trudne. Mogę pomóc ci to rozwiązać, jeśli chcesz”. W taki sposób pokażesz choremu, że szanujesz jego uczucia i jesteś po jego stronie. 2. Wyraź swoje uczucia

Wiele osób cierpiących na depresję czuje się niegodnymi miłości. Dlatego, jeśli jest to bliska ci osoba, warto zapewniać ją o swoich uczuciach. Wyznanie: „Kocham cię za to, kim jesteś. Nie mam zamiaru cię opuścić”, będzie dla kogoś takiego bardzo cenne. Depresja odbiera umiejętność rozpoznawania w sobie atutów, dlatego dobrze jest przypominać chorej osobie, jaka jest wrażliwa, inteligentna, ładna. Jest jeden warunek – należy mówić to szczerze. Można też zapewniać: „Jeśli będziesz mnie potrzebować, jestem”.

3. Okaż zrozumienie i współczucie

Osoby z depresją spędzają dużo czasu, rozmyślając o swojej sytuacji. Może to wyglądać, że użalają się nad sobą i może to być irytujące. Jednak warto w takich momentach okazać zrozumienie i powiedzieć: „Trudno mi wyobrazić sobie siebie w takiej sytuacji, ale masz moje współczucie. Zauważam, że jest ci trudno. Możesz się do mnie przytulić i wypłakać.” 4. Zaoferuj pomoc

„Pozwól mi zrobić wszystko, żeby ci pomóc. Powiedz, czego potrzebujesz.” - takie słowa są jak balsam dla duszy osoby cierpiącej na depresję. Najtrudniejsze w tej chorobie są: obezwładniająca niemoc i poczucie samotności. Oferując swoją pomoc pokazujesz, że akceptujesz stan, w jakim chora osoba się znalazła. Że to nic wstydliwego i strasznego, że potrzebuje pomocy. Jeśli poczuje się przy tobie bezpiecznie, otworzy się na swoje uczucia. A to warunek wyjścia z depresji.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Depresja - bardzo demokratyczna choroba

Joanna Poremba - prezeska Fundacji Melancholia; Magda Umer - piosenkarka, wykonawczyni poezji śpiewanej, reżyserka, scenarzystka i aktorka; Ewa Pawlik - dziennikarka; Jacek Bończyk - aktor i wokalista;  Agnieszka Glińska - reżyserka teatralna; Joanna Kos-Krauze- reżyserka (Fot. Jacek Poremba/ materiały prasowe Fundacji Melancholia)
Joanna Poremba - prezeska Fundacji Melancholia; Magda Umer - piosenkarka, wykonawczyni poezji śpiewanej, reżyserka, scenarzystka i aktorka; Ewa Pawlik - dziennikarka; Jacek Bończyk - aktor i wokalista; Agnieszka Glińska - reżyserka teatralna; Joanna Kos-Krauze- reżyserka (Fot. Jacek Poremba/ materiały prasowe Fundacji Melancholia)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Joanna Poremba, prezeska Fundacji Melancholia, mówi otwarcie, że długo chorowała na depresję, a dziś, kiedy czuje się lepiej, pragnie dzielić się swoim doświadczeniem z tymi, którzy cierpią lub trwają u boku chorujących. Znane osoby, które opowiedziały swoje historie, również chcą pomóc innym, ale przyznają też, że mówienie głośno o tym, co trudne i bolesne, pomaga ogromnie także im samym.

Co robią dziewczyny, które chcą pomagać światu, bo im także ktoś kiedyś podał pomocną dłoń? Zakładają fundację – niedochodową organizację pożytku publicznego, całkowicie niezależną, po to, aby robić wszystko po swojemu, tak, jak podpowiada im serce. Na stronie internetowej zapisują cel fundacji: wsparcie w szukaniu pomocy i dbaniu o zdrowie psychiczne oraz edukacja społeczna w zakresie szerzenia wiedzy o depresji. Jest początek 2020 roku. Joanna Poremba, prezeska, wymyśla nazwę: Melancholia. Jeszcze nie wiedzą, że za kilka miesięcy wybuchnie pandemia, a liczba doświadczających kryzysu psychicznego wzrastać będzie w zastraszającym tempie.

Joanna Poremba, prezeska Fundacji Melancholia (Fot. Jacek Poremba/materiały prasowe Fundacji Melancholia) Joanna Poremba, prezeska Fundacji Melancholia (Fot. Jacek Poremba/materiały prasowe Fundacji Melancholia)

Melancholia - teraz musisz się zatrzymać 

Nazwa, która trafi do KRSu, znajomym kojarzy się z  melancholijnym malarstwem i słynnym filmem Larsa von Triera. Gorąco ją odradzają. – Wbrew pozorom inspirowałam się nie sztuką i kinem, a tytułem głośnej książki wielkiego polskiego psychiatry i filozofa Antoniego Kępińskiego. Chciałam, by nazwa brzmiała podobnie w różnych językach. Pragnęłam, by otwierała furtkę do mówienia o depresji językiem, który nie przytłacza. I chyba się udało. Dla mnie samej melancholia jest stanem, który stanowi rodzaj czerwonego światła: teraz musisz się zatrzymać. Kiedy w nią wpadam, wiem, że moje "ja" domaga się odpoczynku, wyciszenia, mniejszej presji. Że muszę o nie zadbać. Joasia mówi otwarcie, że długo chorowała na depresję, a dziś, kiedy czuje się lepiej, pragnie dzielić się swoim doświadczeniem z tymi, którzy cierpią lub trwają u boku chorujących. To ona, obok zarządzania fundacją, obmyślania kampanii społecznych, współpracy z mediami oraz szeregu innych zajęć, zajmuje się tworzeniem treści na facebookowy profil fundacji – często właśnie o tym, jak zadbać o siebie, jak zapobiegać, a także o tym, jak wspierać. W tym samym czasie Emilia Grabowska, trenerka i koordynatorka projektów, podkreślająca, że jej misją jest praca z młodzieżą, oraz Magdalena Guzik, psychoterapeutka i trenerka, prowadzą działania statutowe fundacji: warsztaty dla szkół, zajęcia dotyczące pracy z emocjami, warsztaty prewencyjno-profilaktyczne. Ja, Julia Wollner, zawodowo zajmująca się pisaniem, biorę się za zbieranie historii, które dają nadzieję. Choruję na depresję od 22 lat i choć jako italianistka opowiadam czytelnikom głównie o pełnej światła kulturze krajów śródziemnomorskich, to doskonale wiem, że tam, gdzie jest słońce, jest też zawsze cień. Ważne, by próbować jednak do słońca wracać.

Julia Wollner (Fot. Jacek Poremba/materiały prasowe Fundacji Melancholia) Julia Wollner (Fot. Jacek Poremba/materiały prasowe Fundacji Melancholia)

Moc rozmowy, moc edukacji

O tych powrotach i o swojej walce z cieniem opowiadają Fundacji Melancholia znane osoby, dzielące się doświadczeniami w serii wywiadów zatytułowanych "Historie", publikowanych co miesiąc w internecie. W bardzo osobistych rozmowach pokazują, że depresja obecna jest w każdej warstwie społecznej, bez względu na płeć, wiek, wykształcenie, zawód czy status majątkowy. Że najlepszą formą jej leczenia jest psychoterapia oraz farmakoterapia prowadzona pod okiem doświadczonego lekarza psychiatry. I że w tunelu zawsze jest światło, a najgorszy nawet kryzys kiedyś dobiega końca. Zdanie to powtarzają jak mantrę wszyscy rozmówcy fundacji, pokazując jednocześnie, że wymiana doświadczeń może być realnym wsparciem, dawać siłę, pomagać i pozwalać zrozumieć. Oczywiście jest to trudne, tak jak trudne jest nieustanne babranie się w bebechach, w tym, co w człowieku najbrudniejsze, najtrudniejsze, najboleśniejsze, najdotkliwsze – mówi Agnieszka Glińska, reżyserka teatralna. – Dzielenie się moją własną drogą ma dla mnie jednak fundamentalne znaczenie. Chcę tak wykorzystać swoje indywidualne doświadczenie, aby mogło ono coś otworzyć, komuś pomóc, coś komuś wskazać. W moc rozmowy zespół Melancholii i zaproszeni do kampanii wierzą zresztą bardziej niż w cokolwiek innego – także dlatego, że jest nią przecież sam proces terapeutyczny. Bohaterowie wywiadów chcą pomóc innym, ale przyznają też, że mówienie głośno o tym, co trudne i bolesne, pomaga ogromnie także im samym. Jacek Santorski powiedział mi, że póki się nie otworzę, póki będę swoją chorobę ukrywać, to będę cierpieć 100 razy bardziej – tłumaczy Magda Umer, piosenkarka, wykonawczyni poezji śpiewanej, reżyserka, scenarzystka i aktorka, a aktor i wokalista Jacek Bończyk dodaje: – Ja wychodzę z założenia, że o depresji trzeba mówić, podobnie jak o wszystkich innych chorobach, których się wstydzimy, albo za które się obwiniamy, że nas dotknęły. Może dzięki temu inni przestaną chorujących stygmatyzować. Rozmowa to także edukacja. Wiedza daje potrzebny nam wszystkim spokój i poczucie bezpieczeństwa, a zadawanie pytań jest drogą do zwiększenia społecznej świadomości oraz poznania siebie.

Magda Umer (Fot. Jacek Poremba/materiały prasowe Fundacji Melancholia) Magda Umer (Fot. Jacek Poremba/materiały prasowe Fundacji Melancholia)

Wołanie o czułość

Obok rozmowy i edukacji, trzecim elementem leżącym u podstaw działalności Fundacji Melancholia jest troska – okazywana zarówno samemu sobie, jak i innym ludziom. Wiara w to, że każdy z nas winien jest opiekę i czułość tym, których spotyka na swojej drodze, ale także, w równym stopniu, swojemu własnemu “ja”.  W czasie pandemii wydaje się to szczególnie ważne, bo o kryzys psychiczny jest teraz nietrudno. Warto przyglądać się bacznie bliskim, ale także obserwować i słuchać sygnałów, które dają nam nasze własne organizmy. A sygnały te bywają zupełnie nieoczywiste. – Depresja może mieć rozmaite podłoże i bardzo różny przebieg, nierzadko daleki od powszechnego wyobrażenia. Przywoływany często obrazek zmęczonego człowieka pogrążonego w apatii może stanowić całą prawdę o czyjejś chorobie, ale może też nie pojawić się w ogóle lub być tylko jedną z kilku różnych faz – tłumaczy Joanna, podkreślająca często, że jest tzw. "ekspertką przez doświadczenie", ma bowiem za sobą kilka różnych epizodów choroby. – Z całą pewnością nie jest jednak jedynym ani obowiązującym sposobem przechodzenia depresji! Rzeczywiście często występuje w niej apatia i ospałość, ale równie dobrze może pojawić się nadaktywność i bezsenność. Podobnie jest z apetytem: objawem depresji może być zarówno jego brak, jak i nadmierne łaknienie. Bywa też, że dominujące objawy są jeszcze bardziej zwodnicze. W niektórych formach depresji okazują się mylące na tyle, że sugerują występowanie zupełnie innych chorób. To tak zwane maski depresji, które sprawiają, że jest ona szczególnie trudna do zdiagnozowania. Wywiady fundacji pokazują, że ile chorujących, tyle historii: różne są powody, różne początki, różne pierwsze objawy; rozwój choroby też może przebiegać na wiele sposobów. Sporo jest też jednak części wspólnych; wśród nich na pierwszy plan wysuwa się tzw. wysoka wrażliwość. Osoby nią obdarzone odbierają bodźce silniej niż inni; widzą i czują więcej, wchłaniają też nastroje innych. Poza tym powtarzają się pewne elementy biografii i cechy charakteru, jak nadodpowiedzialność i perfekcjonizm; zbieżne są pierwsze symptomy, jak obniżenie samooceny, umniejszanie swoich zasług i pozytywnych cech, pesymizm, bezsenność lub przesypianie prawie całej doby, zaburzenia łaknienia, objawy somatyczne, jak bóle głowy, brzucha czy kręgosłupa, drażliwość, apatia, ale i złość. – W pewnym momencie było ze mną tak źle, że, jak to nazywam, rozlewałam się na podłogę i trzeba mnie było zbierać łyżeczką. Niby pracowałam, bo znajdowałam w teatrze jakiś azyl, ale tworzyłam tam alternatywną rzeczywistość, w której funkcjonowała sztuczna ja – dzielniejsza wersja mnie, skonstruowana na potrzeby pracy z ludźmi. Na wizytę u psychiatry zdecydowałam się, kiedy dołączył do tego jeszcze jeden objaw: ogromne, ciągle tłumione napięcie skutkowało napadami agresji i autoagresji, jak z podręcznikowych opisów histerii. Wciąż miałam wszystko wszystkim za złe, czułam się ciągle spięta. I jednocześnie kompletnie zalękniona, bezsilna, bezbronna, jakby bez skóry – wspomina Agnieszka Glińska. Magda Umer tłumaczy, że gdy napięć i stresów było w jej życiu za wiele, ciało zaczęło po prostu odmawiać posłuszeństwa. Mdlałam, traciłam przytomność, przelewałam się przez ręce, umierałam ze strachu i bałam się wyjść z pokoju… Trafiłam do szpitala, na OIOM, a lekarze nie mogli dojść, co mi jest – czy przeszłam wylew, czy to problemy z sercem. Dziennikarka Ewa Pawlik deklaruje, że objawów było u niej tak wiele, że łatwiej jest opisać, jak widzi siebie, gdy nic jej nie dolega, a zdrowie dopisuje. – Jestem osobą bardzo energetyczną, ciągle gdzieś bywam, jeżdżę, poznaję ludzi, gadam jak katarynka, jestem wszystkiego ciekawa, głodna, wtykam nos, gdzie tylko się da. I nagle, powolutku, staję się coraz bardziej zamknięta, wszystko widzę w czarnych barwach, wypełnia mnie złość. Spotkania, które bardzo lubię, stają się nagle strasznym wysiłkiem i nie dają żadnej przyjemności, przede wszystkim dlatego, że jestem podczas nich nieustannie spięta. Pojawia się lęk sytuacyjny: nie tylko przed rozmową, ale nawet przed wyjściem z domu. Przestaję mieć siłę i odwagę być z ludźmi. Lęk, choć powszechnie nie jest z depresją kojarzony, stanowi jeden z najczęstszych jej objawów, występujących w jakiejś formie u prawie 95% zdiagnozowanych. – Kiedy byłam młodą dziewczyną, Marek Grechuta śpiewał piosenkę do tekstu Witkacego: "Zabij ten lęk". Zupełnie wtedy nie wiedziałam, o co mu chodzi. Później zrozumiałam aż za dobrze – i marzyłam, aby ten lęk zastrzelić – wspomina swoje doświadczenia Magda Umer. To dojmujące poczucie zagrożenia bywa zresztą ratunkiem, bo jest tak dotkliwe, że zmusza do odwiedzenia lekarza. Są jednak osoby, które go nie doświadczają –  jak reżyserka Joanna Kos-Krauze. W jej wypadku nie miały miejsca ani ataki paniki, ani apatia, ani poczucie kruchości czy bezradności. – Istnieje także druga strona depresyjnego medalu – nadaktywność, łapanie się miliona zadań, zagłuszanie emocji, z którymi człowiek nie może sobie poradzić – tłumaczy. – Jako osoba od urodzenia bardzo rzutka i energiczna nie sprawiam na ludziach wrażenia kogoś, komu dzieje się coś niedobrego. Dziś wiem jednak, że mnóstwo rzeczy robię dlatego, że cierpię, a nie chcę się zatrzymać i wsłuchać w to cierpienie.

Depresja - bardzo demokratyczna choroba Depresja - bardzo demokratyczna choroba

Wychodzenie na prostą

Jeśli coś zaniepokoi nas we własnym samopoczuciu lub zachowaniu bliskich, trzeba jak najszybciej sięgnąć po pomoc – nieleczona depresja nie tylko odbiera chęć do życia, ale prowadzić może do śmierci. Aż dziewięć na dziesięć osób dotkniętych chorobą miewa myśli samobójcze. Głośno wypowiedziana prośba o wsparcie skierowana do krewnych czy przyjaciół, wizyta u terapeuty i lekarza psychiatry to najważniejsze gesty troski i czułości, jakie możemy wykonać sami wokół siebie. – Będę to powtarzać do znudzenia: ludzie, terapia i leki! – apeluje Jacek Bończyk, podkreślając, że żałuje okresu, kiedy, jak sam mówi, udawał twardziela, z pokerową twarzą przystępując do różnych zadań. – To dzięki farmakologii i skutecznej terapii wyszedłem na prostą. Czasem łapię się za głowę na samą myśl: ile mi to cierpienie w ciszy i samotności czasu zabrało? Ile ważnych spraw i ludzi uciekło… Zdrowienie jest procesem długim, ale, jak podkreślają rozmówcy Melancholii, łączy się nie tylko z poprawą samopoczucia, ale też satysfakcją. Depresja stanowi rodzaj przebudzenia do prawdy. Nagle widzisz swoje życie bardzo wyraźnie, bez odcieni różu. Musisz uporać się z tym, co sobie przez lata wyhodowałaś, zbudowałaś – mówi Ewa Pawlik, a Magda Umer dodaje: – Walka z tą chorobą jest prawdziwym bohaterstwem, a zwycięstwo daje wielką radość. Agnieszka Glińska porównuje terapię i leczenie do gruntownego remontu domu. – Najpierw zauważasz, że mieszkanie, w którym przebywasz, zupełnie nie jest twoje – ktoś postawił wszystkie ścianki nie tak, jak byś chciała, i dusisz się w tym. Musisz wszystko rozkuć, a w ścianach czeka cię mnóstwo niespodzianek. Potem zaczynasz wyrzucać gruz i to też trwa bardzo długo… Wreszcie zostaje ci wielka, pusta przestrzeń, którą musisz jakoś zaaranżować. Pojawia się więc pytanie: jak się za to zabrać? Jak ma wyglądać moje idealne mieszkanie? Przecież ja nie wiem. Muszę się zdefiniować, ale nie wiem, jak. Czy chcę mieć tu ściankę? Czy ja W OGÓLE chcę mieć ściankę? To jest szukanie i odkrywanie siebie.

Agnieszka Glińska (Fot. Jacek Poremba/ materiały prasowe Fundacji Melancholia) Agnieszka Glińska (Fot. Jacek Poremba/ materiały prasowe Fundacji Melancholia)

Jacek Bończyk (Fot. Jacek Poremba/ materiały prasowe Fundacji Melancholia) Jacek Bończyk (Fot. Jacek Poremba/ materiały prasowe Fundacji Melancholia)

Czarne diamenty

Depresja jest zaburzeniem bardzo demokratycznym, bo dotknąć może każdego. Gdy kilkanaście lat temu trafiłem do psychiatry z rozpoznaniem choroby, moja pani doktor uświadomiła mi dwie kwestie: po pierwsze, że nie jestem temu winien, a po drugie, że nie jestem w tym w żaden sposób szczególny, bo na depresję chorują miliony ludzi – wspomina Bończyk. WHO zapowiada, że już niebawem hasło "depresja" stanie się najczęściej stawianą diagnozą na świecie. Według NFZ w Polsce przed pandemią koronawirusa chorowało na nią ok. 1 miliona Polaków. Liczba ta obejmowała tylko i wyłącznie osoby pozostające pod opieką lekarzy i, co ważne, leczące się w publicznych ośrodkach – statystyki NFZ nie obejmują sektora prywatnego, są więc znacznie zaniżone. Ile jest chorujących dzisiaj, po niezwykle trudnych miesiącach minionego roku, gdy nadal nie widać szansy powrotu do przedpandemicznej normalności? Tego, zapewne boleśnie, dowiemy się dopiero za jakiś czas; wiemy już, że sprzedaż leków antydepresyjnych wyraźnie wzrosła. Bardzo ważne jest jednak, by pamiętać, że bez względu na estymacje, za każdą liczbą kryje się ludzkie cierpienie, gorzka historia, ale także nadzieja na wyjście z kryzysu. Na logo naszej fundacji nie bez powodu wybrałyśmy czarny diament – przypomina Joanna Poremba. – Stanowi on symbol twardości, niezłomności i wytrwałości. Człowiek dotknięty depresją nie jest bowiem słaby, wręcz przeciwnie – zbyt długo był silny. Głęboko wierzymy, że obdarzony troskliwym wsparciem z zewnątrz zdolny jest do pokonania najgorszego kryzysu. Jak śpiewa Magda Umer, po zimie zawsze wraca wiosna, a po rozpaczy spokój. Wzruszająco opisała to też w rozmowie z nami Joanna Kos-Krauze, mówiąc, że wszyscy cierpimy, na wszystkich nas spadają nieszczęścia, ale wszyscy mamy też cudowny, ogromny dar życia, które jest piękne mimo wszystko, mimo – a może dzięki temu – że nad wieloma jego sferami nie mamy żadnej kontroli. Na szczęście mamy wpływ na nasz stosunek do świata, życia, tych trudności. To nasza jedyna realna władza, z której warto skorzystać. Umiejętności sięgnięcia po nią z całego serca życzymy wszystkim Czytelnikom  nie tylko w lutym – Miesiącu Walki z Depresją, ale także w każdy kolejny dzień.

  1. Seks

Miłość, seks i depresja - rozmowa z seksuologiem

Łagodne formy depresji szybko ustępują pod dotknięciem czułości, miłości, ciepła i troski mądrej kochającej osoby (fot. iStock)
Łagodne formy depresji szybko ustępują pod dotknięciem czułości, miłości, ciepła i troski mądrej kochającej osoby (fot. iStock)
Seks to najzdrowszy i najtańszy antydepresant, pod warunkiem że uprawiamy go z miłości. Puszczanie się w wir polepszania nastroju za pomocą aktów fizycznych grozi popadnięciem w takie same tarapaty jak podczas przesadzania z alkoholem – mówi seksuolog Krzysztof Korona.

Depresja i seks mają ze sobą skomplikowane stosunki.
Depresja bardzo nie lubi seksu i ma wpływ na zmniejszenie satysfakcji seksualnej. Na dodatek większość leków przeciw depresji, szczególnie starszej generacji, może prowadzić do poważnych zakłóceń życia seksualnego. Leki wpływają na chemię mózgu. Większość z nich, niestety, blokuje seks, niektóre działają niemal kastrująco. Szczególnie u mężczyzn. Ale i u kobiet gwałtownie zmniejsza się gotowość do seksu. Przy ciężkiej depresji wszystko jednak wydaje się lepsze od niej samej, więc problemy z seksem schodzą na dalszy plan.

Mężczyzna może być dobrym kochankiem nawet z depresją, jeżeli uprawia seks miłosny. Hydraulika ma przecież z nim niewiele wspólnego. Depresja to wołanie o miłość. Więc kiedy kobieta dotyka miękkiego penisa nie dlatego, że chce stosunku, ale dlatego że kocha i każdy kawałek ciała mężczyzny jest dla niej ważny, to brak pełnej erekcji nie jest żadnym problemem. Ale o tym trzeba też umieć rozmawiać. Łagodne formy depresji szybko ustępują pod dotknięciem czułości, miłości, ciepła i troski mądrej kochającej osoby. Ale to fakt, że biorąc antydepresanty, musimy liczyć się ze zmniejszeniem pożądania i doznań w sferze genitaliów, mogą pojawić się zaburzenia erekcji i ejakulacji, zaburzenia w nawilżeniu pochwy. Orgazm może być spłaszczony i spóźniony. Zdarza się, że pacjenci przez pewien czas w ogóle go nie mają. Poza tym nigdy nie wiadomo, kiedy i w jakim natężeniu te objawy wystąpią. Rano jest nieźle, w południe nagle zupełna klapa. Warto jednak pamiętać, że paradoksalnie leki przeciwdepresyjne mogą mieć korzystne działanie na seks mężczyzny i śmieszne działanie na seks kobiety. W przypadku mężczyzn przyjmujących antydepresanty może zdecydowanie ulec wydłużeniu czas trwania stosunku. To korzystne dla mężczyzn borykających się z problemem przedwczesnego wytrysku.

A jak rozumieć sformułowanie, że leki mogą mieć „śmieszne działanie” na seks kobiety?
Są badania potwierdzające pojawianie się spontanicznie przeżywanych orgazmów u kobiet np. podczas ziewania…

Ale tak w ogóle to nie jest śmiesznie. Negatywny wpływ leczenia na aktywność seksualną jest za często bagatelizowany przez lekarzy, gdyż wydaje się im mało istotny w porównaniu z depresją. Faceci mają tu gorzej od kobiet. Męska hydraulika jest czuła na zmiany nastroju, a leki antydepresyjne potrafią być brutalne. Część męskiej tożsamości oparta jest na seksualnej mocy i jej przejawach. Większość mężczyzn z różnych powodów cierpiących na impotencję ma już tylko z tego powodu depresję. U kobiet to chyba wygląda trochę inaczej?
Zmniejszenie sprawności seksualnej kobiet nie działa aż tak destrukcyjnie. To też efekt przyzwyczajenia mężczyzn do tego, że kobietę ma prawo „boleć głowa”. Ale też odbycie stosunku przez kobietę, która ma mniejsze potrzeby seksualne, nie stanowi technicznego problemu.

Ale psychiczny „pas startowy” u kobiety wedle powszechnej opinii powinien być długi; by się oderwać od ziemi, powinna mieć dobre „warunki atmosferyczne”. A depresja jest jak czarna mgła...
Depresja na pewno wydłuża start, jednak są kobiety, które podrywają się do lotu w trzy sekundy. Mężczyzna w trudnych warunkach nigdzie nie poleci, chyba że mu pomoże partnerka. Mówiąc o pomocy, mam tu na myśli również zrozumienie, dobre słowo, czułość. Pamiętajmy, że w depresji seks bywa też formą leczenia. Pod warunkiem że nie jest traktowany jako wyczyn. O leczeniu seksem depresji pisze w swoich naukowych publikacjach seksuolog Barbara Keesling. W Polsce ukazała się jej książka pt. „Leczenie seksem”.

Czytałem wyniki badań, z których można wywnioskować, że najczęstszym powodem odstawiania leków (nawet gdy jest to groźne dla zdrowia, gdyż depresja może wrócić) jest właśnie seks.
Nie jestem psychiatrą, ale wiem, że są takie antydepresanty nowej generacji, które seks mogą nawet wzmagać. Te leki nie zawsze jednak biorą depresję na rogi, co czasami udaje się brutalnym środkom starszej generacji, które w seks walą toporem. Ale seks to przecież nie tylko orgazm i erekcja, to też czułość, petting. I to właśnie próbuję przekazać pacjentom.

Warto też im mówić, że nawet jeśli leki ograniczają czy blokują seks, to nie robią tego na zawsze.
Można odstawić leki na dzień, dwa, ale to już wymaga wyczucia i wiedzy, jak na to zareaguje nasz organizm. Każda taka decyzja powinna być uzgadniana z psychiatrą. Z nim trzeba też porozmawiać, czy nie ma niebezpieczeństwa w równoległym przyjmowaniu środków na erekcję działających jak klin wobec antydepresantów. A są głosy, że można tak robić.

Pacjenci z umiarkowaną depresją traktują seks jako pociechę. Miłość fizyczna redukuje napięcie, daje radość, więc może seks powinniśmy traktować jako antydepresant?
Na temat antydepresyjnego działania seksu sporo mówi się w publikacjach seksuologicznych, pamiętajmy jednak, że seks to nie tylko orgazm. Wiele badań wskazuje na to, że pacjenci, którzy są leczeni z powodu różnych chorób, nie tylko depresji, jeżeli są obdarzani ciepłymi gestami ze strony opiekunów, lepiej znoszą ból itd. Część terapeutów diagnozuje prawdziwą depresję u pacjenta poprzez analizę jego emocji. Pacjent, który wzbudza chęć pocieszenia, przytulenia, zaopiekowania się, łatwo płacze, to najczęściej osoba dotknięta depresją. Nic więc dziwnego, że depresja szybciej mija tam, gdzie jest pociecha, a pociechą jest także bliskość.

Ale sama czułość, bliskość, nawet największa, nie przegoni depresji jako choroby.
Dlatego nowe leki, choć są cudem, czasami jednak nie działają. Wtedy trzeba szukać innych, zmieniać je i na ogół po jakimś czasie chemia zaskakuje. Psychoterapia jest drugim skrzydłem leczenia, a czułość, bliskość, seks to jakby ścieżka trzecia. Ale drepresyjność może nie być chorobą, lecz tendencją, stanem duszy, stałym cieniem.

Norwid nazwał to „czarną nicią”.
Bywają ludzie, których ta czarna nić oplata zawsze, są jakby smutni z natury, takie było ich dzieciństwo, wychowanie, w końcu – taka jest ich biologia, geny. Są też ludzie, których osobowość od dzieciństwa rozwijała się w pełni światła. Smutni, kiedy dopada ich depresja, popadają w czarną rozpacz. Weseli z natury załamanie depresyjne przezwyciężają, korzystając między innymi z energii, jaką daje intymna bliskość.

Gdy nie było antydepresantów, ludzie instynktownie szukali pomocy w alkoholu. Myślę, że 90 procent alkoholików to ludzie z problemami z depresją, alkohol redukuje napięcia, polepsza nastrój, ale jego wady znamy.
Seks to najzdrowszy i najtańszy antydepresant, pod warunkiem że to seks miłosny. Puszczanie się w wir polepszania nastroju za pomocą seksu grozi popadnięciem w takie same tarapaty jak z alkoholem. W skrajnych przypadkach przeradza się to w seksoholizm.

O czym genialnie mówił film „Wstyd”.
Ludzie uprawiają seks z różnych powodów. Szukają rozrywki, zabicia nudy, podoboju. Pacjenci z depresją mówią mi, że seks poprawia nastrój i łączy ludzi, jednak najlepszym anty-depresantem jest seks miłosny. Jeśli miłość leczy depresję, a tak jest, to seks jest bazą miłości.

Krzysztof Korona - psycholog, psychoterapeuta, seksuolog.

  1. Psychologia

Męska depresja. Nieobecność ojca, ból zranionego wewnętrznego chłopca

Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy braku ojca. (Fot. iStock)
Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy braku ojca. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Doświadczenie porzucenia przez ojca daje znać w dorosłym życiu. Męska depresja często wynika z tego dojmującego braku. Mężczyzna może odnosić sukcesy, jednak pod maską czai się ból zranionego wewnętrznego chłopca – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Lothar Schon, autor książki „Synowie i ojcowie. Tęsknota za nieobecnym ojcem”, opisuje jednego ze swoich klientów w psychoterapii o imieniu Aleksander, aktora, który odnosi sukcesy. „W rozmowie telefonicznej kontakt z nim wydaje się swobodny  i nieskomplikowany, co potęguje wrażenie, że Aleksander musi być silną i ciekawą osobowością. Świadczy o tym przede wszystkim sposób mówienia; świadomy, wyćwiczony, pewny”. Wszystko zmienia się, gdy Schon poznaje Aleksandra: „Wygląda zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałem, sprawia wrażenie zaniedbanego, jest dla mnie uosobieniem psychicznej nędzy i depresji”. Co dzieje się z mężczyznami porzuconymi przez ojców?
Na zewnątrz mogą odnosić sukcesy, świetnie wyglądać, chodzić na siłownię, sprawdzać się w wielu dziedzinach. Jednak doświadczenie porzucenia daje o sobie znać. Męska depresja często wynika właśnie z tego dojmującego braku, z nieobecności ojca. Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy tego braku. Zewnętrzna kompensacja, którą mężczyzna sobie funduje, pozwala mu przetrwać w życiu i całkiem nieźle funkcjonować. Jednak pod maską czai się ból zranionego wewnętrznego chłopca. Jeśli na przykład ojciec znika, gdy chłopiec ma trzy czy cztery lata, dziecko na nieświadomym poziomie obciąża winą siebie: „Widocznie nie byłem wystarczająco dobry; to przeze mnie ojciec odszedł; skoro mnie nie chciał, jest we mnie jakaś wada”. Podobne konsekwencje mogą być również wtedy, gdy ojciec jest obecny fizycznie, jednak nieobecny emocjonalnie.

Ci mężczyźni, którzy nie wiedzą, kim są ich ojcowie, mogą odczuwać podobnie: „Ojciec nie chciał mnie znać, to przeze mnie”.
Może być też tak, że chłopiec dowiaduje się, iż mama nie powiedziała ojcu o jego istnieniu, ponieważ nie chciała się z nikim wiązać; chciała mieć dziecko. Taka sytuacja może generować bardzo silny wewnętrzny konflikt, związany z miłością, rozczarowaniem i złością w stosunku do matki; dlaczego tak postąpiła, dlaczego odizolowała ojca.

Możemy tu uczyć się od pierwotnych kultur. Tam, nawet jeśli chłopiec wychowywał się bez ojca, i tak przechodził swoją inicjację w dorosłość.
Szedł na polowanie ze starszymi mężczyznami. Czuwali nad nim mężczyźni z całego plemienia. Wygląda na to, że najlepsze, co może zrobić kobieta samotnie wychowująca syna, to zadbać o kontakty chłopca z innymi mężczyznami. Czasami kobiety przesadnie starają się być dla syna najlepszą matką, a jednocześnie zastąpić mu ojca, nadrobić wszystkie braki. Chłopiec tym bardziej odczuwa, że jest z nim coś nie tak, skoro mama tak się stara. Przekaz, który płynie od matki, to: „Czegoś ci brakuje, ja muszę to wyrównać”. Tak wychowywani mężczyźni mogą mieć trudności w relacjach z mężczyznami, w budowaniu męskich przyjaźni. Widzimy, że wielu 30-, 40-latków ma dobry kontakt z kobietami, ale w środowisku mężczyzn czują się obco.

Tęsknią jednak za tym światem.
Usilnie, czasem wręcz desperacko poszukują kontaktu z mężczyznami. Niestety, często w niewłaściwych miejscach. Pragną, aby relacja z ojcem mogła się w ich życiu zrealizować, ponieważ jednak nie mają dobrego wzorca, wikłają się w zależności, dają się wykorzystywać. Wchodzą w ryzykowne przedsięwzięcia, w grupy przestępcze, bandy, sekty, kierowane przez psychopatycznych liderów, czyli wszędzie tam, gdzie są silni mężczyźni, którzy mogą być autorytetami. Byle być zauważonym, dostrzeżonym, zaakceptowanym. Wielu mężczyzn z tego względu wybiera także pracę w korporacji. W korporacji zawsze ma się nad sobą szefa. Łatwo wejść w „przeniesieniową” relację, widzieć w szefie zastępczego ojca, tworzyć zastępczą więź. Te więzi bywają trudne. Jeśli jednak szef jest opiekuńczy i wspierający, mężczyzna doświadcza uznania, co w pewnym stopniu wyrównuje brak z dzieciństwa. U wielu mężczyzn wewnętrzne zranienie odrzucenia jest bardzo silne. To ci, którzy permanentnie zmieniają pracę, nie mogą wytrzymać z żadnym szefem, niejako uciekają przed ojcem, paradoksalnie ciągle go znajdując. Samotność, zamknięcie, niezgoda, wewnętrzny konflikt mogą owocować uzależnieniem od alkoholu, pracy, władzy, pieniędzy, płytkich relacji seksualnych.

Kobiety mówią, że związek z takim mężczyzną nie rokuje, ponieważ on nie chce przyszłości, dzieci, „nie chce o tym mówić”.
Unika emocjonalnego zaangażowania. Ma opór przed założeniem rodziny i wejściem w rolę ojca. Musiałby dotknąć rany porzucenia, poczuć ból, a to spore wyzwanie. Dlatego swój sposób bycia racjonalizuje na wiele sposobów: po co zajmować się przyszłością, skoro w świecie dzieją się takie straszne rzeczy, nie damy rady; może kiedyś było inaczej, ale teraz nie ma szans; niech będzie tak, jak jest. Tłumaczy sobie: „Jeszcze za wcześnie, nie teraz, nie w tej fazie życia”. Ten brak na poziomie tożsamości sprawia, że mężczyzna nie identyfikuje się z rolą ojca i partnera kobiety. Smutek, poczucie opuszczenia, niemocy, poczucie niskiej wartości mogą się przejawiać w różnych nadmiarowych zachowaniach; na przykład w przesadnym podkreślaniu swojego zdania, wyborów, decyzji, własnych opinii. Wydaje się, że ten butny mężczyzna ma wysokie mniemanie o sobie, jednak to pozory.

Porzuceni synowie w dorosłym życiu porzucają swoich synów. To znana psychologiczna konsekwencja. Czy musi tak się stać?
Warto wiedzieć, że nie ma determinizmu, chociaż rzeczywiście jest spore prawdopodobieństwo powikłań i komplikacji. Spotykam wielu mężczyzn, którzy wychowywali się bez ojca, a byli i są dobrymi ojcami dla swoich synów. W dzieciństwie byli otoczeni mężczyznami w systemie rodzinnym, wujkami, stryjami, dziadkami, kuzynami, nauczycielami, sąsiadami, przyjaciółmi rodziny, od których dostali wiele miłości i wsparcia. Tacy mężczyźni kochają własne dzieci i troszczą się o nie. Nawet jeśli zakończyli związek z kobietą, są obecni w życiu dzieci, zabierają synów na męskie wędrówki po górach, na spływy kajakowe, chodzą na wywiadówki. Tym samym przerywają tę destrukcyjną, pokoleniową sztafetę porzucania dzieci. Bolesną przeszłość przekuwają na miłość i troskę.

Słyszałam opinię, że lepszy jakikolwiek ojciec niż ojciec nieznany, ponieważ syn ma się do czego odnieść. Chłopiec, który nie zna ojca, mierzy się z wewnętrzną pustką.
Trudno się z tym w pełni zgodzić; ojciec, który stwarza realne zagrożenie, którego działanie jest destrukcyjne, doprowadza rodzinę do katastrofy. Synowie, którzy mieli ojców psychopatycznych, uzależnionych od alkoholu, często idą w ich ślady. Chłopiec, który nie zna ojca, oczywiście doświadcza traumy, jednak jeśli w otoczeniu są inni mężczyźni, pustka się wypełnia. Może odczuwać smutek czy stany obniżonego nastroju, jednak nie będą one dominujące czy obezwładniające.

Jakie działania byłyby pomocne dla mężczyzny, który wie już, że ciężko mu się żyje z powodu porzucenia przez ojca?
Jeśli na przykład pojawia się lęk przed byciem ojcem, ogromną pomocą byłyby kontakty z ojcami, którzy czerpią radość z bycia tatą, także szkoły rodzenia. Dobrze jest szukać kontaktu z dojrzałymi mężczyznami, z mentorami, prosić ich o rozmowę, poradę, pomoc. Ważna jest literatura. Czytanie działa terapeutycznie. Miałem klienta, który opowiadał mi, że jako dorastający chłopiec, wychowywany bez ojca, przez mamę, babcię i ciocie, intuicyjnie sięgnął po mocne, męskie opowieści, książki Jacka Londona, Jamesa Coopera, Karola Maya o traperach, szlachetnych wojownikach. To jest literatura, która z jednej strony wzmacnia męskie cechy, a z drugiej – dużo w niej o relacjach między przyjaciółmi, kochankami, rodzicami i dziećmi, dzięki czemu ten chłopak, a teraz dorosły mężczyzna mógł budzić w sobie męski potencjał, integrować wzorce, poznał honor, opiekuńczość, szlachetność, waleczność, miłość do kobiety. Dobra literatura przemawia do emocji, więc nas kształtuje. Znajdujemy w niej wzorcowe postacie, które mają szanse budzić się w nas, rozwijać i spełniać. Oczywiście, książki nie zastąpią żywych relacji, jednak pokazują rzeczywistość, którą przeżywamy i którą możemy uwewnętrznić. Podobnie dzieje się, gdy oglądamy dobry film: widzimy, że istnieją inne światy, inne doświadczenia niż te, w których się wychowaliśmy. To może być dla nas wielki ratunek.

Dobrym, kojącym sposobem może być napisanie listu do nieobecnego ojca. Jeden z mężczyzn opowiadał mi, że napisał serię takich listów i to mu bardzo pomogło.
Albo „porozmawiać” z ojcem: wyobrazić sobie zarys jego sylwetki na krześle i wyrazić wszystko, co ważne, a co dotyczy jego osoby, jego nieobecności. Wszystko, czego nie byliśmy w stanie wypowiedzieć z tego powodu, że nie było z ojcem kontaktu. Ważne, aby nie cenzurować tego, co się pojawia, pozwolić płynąć wszystkiemu. Gdy to robimy, nasz system nerwowy reaguje w taki sposób, jakby to działo się naprawdę. Jest szansa na uwolnienie się od zalegających, niewypowiedzianych treści, od traumatycznej historii opuszczenia, porzucenia.

Kobiety, które samotnie wychowują syna, bo ojciec go nie chciał, często nie wiedzą, co powiedzieć dziecku, gdy pyta o tatę. W jaki sposób kobieta ma sobie radzić w takiej sytuacji?
Niepewność jest trudna i sieje spustoszenie; jest wtedy mnóstwo miejsca na różnego rodzaju domysły, fantazje. Gdy syn jest izolowany od wiedzy na ten temat, powstaje luka, wyrwa w osobistej historii i w systemie rodzinnym. Jest tajemnica. Dziecko nie może tego zrozumieć, pozostaje w niepewności: Kim jest ojciec? Co się stało? Dlatego, jeśli to tylko możliwe, trzeba z dzieckiem rozmawiać, nawet jeśli historia jest trudna i bolesna. Matka może powiedzieć: „Niestety, nie miałam możliwości zbudować trwałego związku, a zależało mi tak bardzo, żebyś przyszedł na świat, że podjęłam decyzję, żeby cię urodzić… I nie żałuję… Wręcz przeciwnie”. Jeśli dziecko jest małe, można powiedzieć: „Mama bardzo chciała mieć dzidziusia, ciebie, bardzo się starała, niestety, nie było w tym czasie nikogo, kto mógłby być tatą…”. Potem, w miarę jak dziecko rośnie i rozwija się, można wyjawić więcej.

A gdyby syn dopytywał: „Ale dlaczego tata mnie nie znalazł, nigdy nie odwiedził?”.
Zawsze mówimy prawdę, czyli na przykład: „Bo nigdy się nie dowiedział, gdzie mieszkasz. Bo ma inną rodzinę. Bo tak się umówiliśmy, nie chciałam mu komplikować życia, zniknął, straciliśmy kontakt, nie wiem, co się z nim stało”. Prawda jest ważna. Silne emocjonalne przeżycia, które towarzyszą takim rozmowom, działają oczyszczająco i wyzwalająco.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, coachem i psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP.

  1. Kuchnia

Wszystko, co warto wiedzieć o pieprzu

Pieprz nie tylko poprawia smak potraw, ale także wykazuje działanie lecznicze. (Fot. Getty Images)
Pieprz nie tylko poprawia smak potraw, ale także wykazuje działanie lecznicze. (Fot. Getty Images)
Rozgrzewa i dezynfekuje, ale też łagodzi gorączkę i przeziębienia. Pomaga przy migrenie i wpływa korzystnie na przemianę materii – to pogromca tłuszczu, dzięki niemu zachowasz zdrową i szczupłą sylwetkę

Ta obok soli najpopularniejsza z przypraw, obecna dziś na każdym stole, niegdyś była równie cenna jak złoto. Ma kilka odmian. Pieprz czarny – pochodzi z Indii, pieprz kolorowy (zielony, czerwony) – to tylko nie w pełni dojrzałe i nie tak wyraziste w smaku jego wcześniejsze postaci. Pieprz biały – jest jedynie obrany z czarnej skórki. Na wielką skalę pieprz uprawiany jest głównie na Archipelagu Malajskim. Od dawna znane były przeciwzapalne i odkażające właściwości pieprzu. Dzięki swoim składnikom (m.in. magnez, żelazo, wapń, a nawet błonnik oraz fenole, będące silnym antyoksydantem) dodany do potraw nie tylko poprawia ich smak, ale także wykazuje działanie lecznicze.

Pieprz na zdrowie

Bardzo ważnym jego składnikiem jest piperyna – to ona sprawia, że kichamy, ale też, że chudniemy! Naukowcy z Seulu przeprowadzili badania na Uniwersytecie Sejong, z których wynika, że piperyna ingeruje w działanie genów odpowiedzialnych za powstawanie nowych komórek tłuszczowych. Ale uwaga – pieprz działa tu dość przewrotnie, bo pobudza wydzielanie soków trawiennych, co zwiększa apetyt. Dzięki piperynie zawartej w czarnych ziarenkach lepiej też wchłaniamy z pokarmu witaminy z grupy B, selen i beta-karoten.

Pieprz łagodzi wzdęcia, dezynfekuje drogi moczowe, pomaga zwalczyć stany zapalne (np. przyzębia), a nawet redukuje odczuwanie bólu. Sięgasz po kieliszek wódki z pieprzem, gdy masz bóle brzucha? Spróbuj. Gdy zastosujesz nieco więcej pieprzu w swojej kuchni, twoje życie nabierze zupełnie nowych smaków. Jeśli zależy ci na profilaktyce nowotworowej, sporządź pastę z kurkumy, oliwy i pieprzu – i dodawaj ją codziennie do potraw. Pieprz (a właściwie sama piperyna), jak odkryli naukowcy, wzmacnia aż tysiąckrotnie działanie kurkumy, a w przypadku zachorowania na raka zwiększa działanie chemioterapii, niszcząc komórki nowotworowe.

Czy to też pieprz?

Niektórzy za pieprz uważają także przyprawę  o nazwie „pieprz Cayenne” – w sumie słusznie, choć w rzeczywistości to suszona, sproszkowana czerwona papryczka chilli. Umiarkowane stosowanie pieprzu kajeńskiego, dzięki zawartej w papryczkach kapsaicynie, wspomaga odporność organizmu, zwalcza ból gardła i leczy przeziębienia. Podobnie jak pieprz czarny, działa przeciwbólowo, nawet przy migrenie, rozszerza naczynia krwionośne i obniża cholesterol.

Masz kiepski dzień? Samopoczucie poprawi ci gorąca czekolada z dodatkiem pieprzu kajeńskiego – w sam raz na zimne jesienne wieczory. Gdy ten boski i smaczny napój wypijesz ze swoim partnerem, z pewnością szybko zdejmiecie z siebie wszelkie ubrania. Jest jeszcze pieprz metystynowy, zwany również kava kava, w Polsce niedostępny, a nawet nielegalny ze względu na swoje właściwości psychoaktywne, wpływające na układ nerwowy. Ma działanie rozluźniające i w innych rejonach świata uznawany jest za pomocny w stanach depresyjnych i lękowych. W większych ilościach może działać podobnie jak przedawkowany alkohol – wpływa na zachwianie równowagi, zaburza pracę narządów słuchu i wzroku.

Przeciwwskazania: choroby nerek i układu pokarmowego (pieprz i inne ostre przyprawy mogą podrażniać.

  1. Psychologia

Mój wewnętrzny hamulec. Autosabotaż

Autosabotaż jest mechanizmem, który trochę przypomina bawienie się w chowanego z sobą samym. (Ilustracja: iStock)
Autosabotaż jest mechanizmem, który trochę przypomina bawienie się w chowanego z sobą samym. (Ilustracja: iStock)
Jak przestać się bawić w chowanego z samym sobą? Dobrze jest poznać stosowane przez siebie wzorce autosabotażu, a potem je rozbroić – radzi Beata Kaczyńska, psychoterapeutka, coach.

Każdy z nas jest autosabotażystą?
Każdy z nas autosabotażystą bywa. Autosabotaż to postawa związana z brakiem gotowości do odkrycia i do przeżycia prawdy o sobie. Zatrzymuje nas w procesie dokonywania zmian, ale jednocześnie jest ciekawym źródłem informacji na temat tego, kim tak naprawdę jesteśmy, czego pragniemy i czego się obawiamy. Jest mechanizmem, który trochę przypomina bawienie się w chowanego z sobą samym. Kącikiem oka widzimy w lustrze skrawek postaci, ale coś zatrzymuje nas przed tym, by spojrzeć tej postaci prosto w oczy.

Jak zatem autosabotaż może wyglądać w praktyce?
„Poradniki nie działają” – to jedna z najbardziej popularnych strategii autosabotażowych. Ludzie kupują mądre książki i nawet je czytają, a potem nie potrafią ukryć rozczarowania tym, że nic w ich życiu się nie zmieniło. Lektura nie przyniosła oczekiwanego objawienia i natychmiastowej rewolucji. Wniosek może być tylko jeden: „Poradniki nie działają”.

Mają rację?
Mają i nie mają – jak to w autosabotażu. Sama książka, nawet najmądrzejsza, niczego nie zmieni, jeśli jej czytelnicy nie zabiorą się do realnej pracy nad tym, co chcieliby przepracować, zmienić, odkryć. Jeśli nie wykonają żadnego ćwiczenia z książki, jeśli zrobią je raz pomimo zalecenia regularnych powtórzeń, jeśli pominą znaczące, a niewygodne fragmenty, bo wieje z nich nudą, jeśli – choćby i krytycznie – nie przedyskutują zawartych w niej tez. Jeszcze inni autosabotażyści wiecznie szukają właściwego specjalisty. Są ludzie, którzy testują niezliczone adresy i nazwiska, cały czas nie mogąc trafić na tego jedynego, właściwego terapeutę czy coacha. Swego czasu usłyszałam od pewnej pani na konsultacji, że „na zdjęciu wyglądałam poważniej”. Nie zdecydowała się na pracę ze mną i nie zdziwiło mnie to, gdyż w międzyczasie opowiedziała mi, że jestem jedną z wielu specjalistek, które sprawdza – z innymi nie było chemii, ktoś miał za małe doświadczenie, a ktoś inny za duże i wydawał się już wypalony. Ktoś jeszcze inny miał ponury gabinet. To przypadek skrajny, ale niemało jest osób uważających: „To specjalista odpowiada za to, że nie potrafię nad sobą pracować”.

Ukrywają świadomie prawdę o sobie?
Jest taki rodzaj działania przeciwko sobie, który ja nazywam autosabotażową maligną. Wielokrotnie zdarzało mi się podczas sesji coachingowych, że klient odkrył coś głębokiego, miał prawdziwą iluminację. Widziałam, że jest ewidentnie poruszony tym, co się pojawiło w jego świadomości. Po czym na następnym spotkaniu... nie pamiętał, co się stało, lub całkowicie zbagatelizował znaczenie tego odkrycia i moc przeżycia.

Dlaczego?
Ludzie wypierają i deprecjonują odkrycie prawdy o sobie, bo trudno im przyjąć, że to, co do tej pory robili, nie jest ani na jotę zgodne z ich potrzebami, wartościami. Co więcej – radykalna zmiana ścieżki prywatnej czy zawodowej wymagałaby zapewne nakładów wysiłku i rozmaitych starań, a to już nie brzmi miło. Dlatego często słyszę: „Owszem, wydawało mi się, że to ciekawe, ale po zastanowieniu wiem, że ta nowo odkryta droga też nie jest moja”. Kolejny obszar autosabotażu – a mówię o nim z pewną ostrożnością, ale też odpowiedzialnością – to tzw. depresja. Depresja, oprócz tego, że jest bardzo poważną chorobą, stała się „wycieruchem” w coachingowych i psychologicznych gabinetach. Ludzie mylą stany smutku, przygnębienia, lęku, niepokoju, nudy, ociężałości czy znużenia – naturalne w różnych momentach życia – z rzeczywistą depresją. „Chyba mam depresję” – to dla niektórych – i w niektórych kręgach towarzyskich – niezwykle atrakcyjna wymówka.

Załatwiają tym zdaniem wiele różnych trudnych spraw.
Nawet takich jak pójście do psychiatry i ustalenie konkretnej diagnozy. Mówią sobie: „W moim stanie? Co ja załatwię? Nic”. I nawet jeżeli jednak uda im się trafić do specjalisty, z reguły po jakimś czasie odstawiają leki albo wręcz w ogóle nie zaczynają ich brać. Często słyszę to zdanie w momencie, gdy trafiają do mnie klienci w życiowych kryzysach i przestraszeni sytuacją, w której się znaleźli, naciągają na głowę woal „pseudodepresji”. Do worka z takim logo wrzucają całe swoje przeżywanie i jednocześnie własną gotowość do mierzenia się z kłopotami. Oto są usprawiedliwieni. Na razie nie muszą nic robić. A potem się zobaczy. Są też tacy autosabotażyści, którzy ciągle przychodzą do coacha z tym samym problemem. W kółko mówią o tym samym. Każde ich odkrycie na swój temat nie jest dość dobre, inspirujące, nie dość sycące i trafne. Ciągle obrabiane jest to samo poletko. Bo w istocie wcale nie o nie chodzi.

A o co?
O coś kompletnie innego, często sami nie wiedzą o co.

Na przykład mówią o swojej pracy, a prawdziwy problem dotyczy związku?
Tak. Albo na odwrót. Bywa też, że nieustanne „mówienie o” jest substytutem działania. Gdy snujemy wizje i opowieści, „rozpracowujemy” swoje wątpliwości, zaczynamy czuć, że żyjemy. Kłopot w tym, że wraz z końcem rozmowy energia się ulatnia, a my budzimy się wciąż w tym samym miejscu. Są też osoby, które mają tendencje do niekończących się analiz. Przywołują bardzo bogate argumentacje dla uzasadnienia różnych swoich stanów, przyczyn, kłopotów. Nie przekłada się to ani na zmianę, ani na podniesienie jakości życia czy likwidację dylematów i poprawienie swojej sytuacji. Bywa niezwykle uwodzące intelektualnie, ale jest w gruncie rzeczy jałowe.

„Jestem gruba, brzydka i nic mi się nigdy nie uda” – do której grupy autosabotażu zaliczyłaby pani to zdanie?
To raczej nawyk myślowy, przekonanie sabotujące rozwój. Jeśli wierzymy takiej myśli, przepis na rozpacz gotowy. Tymczasem warto pamiętać, że każda myśl jest „produktem” naszej głowy i jako taka może być zweryfikowana i zmieniona. Czy może to być przykład autosabotażu? Pewnie tak, jeśli pomimo wiedzy o tym, jak działają przekonania, nadal utrzymujemy w naszej głowie taką myśl i uporczywie się nią zadręczamy. Akurat uroda, waga oraz bycie obiektem czyichś westchnień to obszary, w których opisach często dokonujemy rozmaitych lingwistycznych nadużyć. Zamiast powiedzieć: „Ważę tyle i tyle”, mówimy: „Jestem gruba” – i powód do zmartwień gotowy. Używając takiej obraźliwej narracji, umacniamy w sobie bezradność, podtrzymujemy nieużyteczną iluzję niezmienialności: wszak skoro taka JESTEM, to nic z tym zrobić się nie da. Tu diabeł tkwi w słówkach.

Jeśli ktoś pomyśli: „Wprawdzie nie jestem teraz zadowolona ze swojego wyglądu, ale bardzo chcę nad sobą popracować” – to autosabotaż w tym miejscu się kończy. Często dotarcie choćby do takiego punktu wymaga dużej pracy nad sobą.
We wprowadzaniu zmian, moim zdaniem, przeszkadzają różne przekonania, skrypty życiowe w stylu: „Kobiety mają w życiu ciężko i nic na to nie poradzisz”. Te przekonania są jak lejce, które hamują naszą ciekawość, nasz pęd do odkryć i eksperymentowania. Na przykład: „Taka stara baba jak ja nie będzie zaczynała wszystkiego od początku”. Przyjmując, że zaczynanie od początku jest jednak możliwe, trzeba przyznać, że coś nie wyszło, może nawet doświadczyć związanego z tym dyskomfortu. Kolejnym schematem ograniczającym jest przekonanie: „Jestem ofiarą”. Bywa, że kobiety, które tak o sobie myślą, wybierają na przyjaciółki takie osoby, na tle których zawsze będą prezentowały się źle (zwłaszcza że nieświadomie dołożą wszelkich starań, aby tak właśnie było). Zakochują się w nieosiągalnych mężczyznach (np. takich, którzy są w szczęśliwych związkach), żeby potwierdzić po raz kolejny, iż nie im pisane jest szczęście w życiu. Uczestniczą w niezliczonych grupach rozwojowych i szukają rozmaitych kobiecych wspólnot w nadziei, że ktoś je w końcu zrozumie i odczaruje, że z zewnątrz przyjdzie docenienie i wybawienie. Tymczasem ten wzorzec istnienia nie daje spodziewanych efektów, bo dać ich nie może.

A kiedy przestaje być użyteczny?
Kiedy człowiek zaczyna się w swoim nieszczęściu rozsmakowywać, a nie próbuje z niego wyjść. Kiedy uparcie odmawia wzięcia odpowiedzialności za zmianę siebie i swojego życia.

Czy autosabotaż jest zły?
Ani zły, ani dobry. On po prostu jest swojego rodzaju mechanizmem doświadczanym przez każdego z nas w sytuacjach, które definiujemy jako trudne. Obiektywnie wcale nie muszą takie być, ale ponieważ np. mamy z nimi do czynienia po raz pierwszy w życiu, wydają się nie do przejścia. Bardzo często autosabotaże są utrwalonym wzorcem reagowania na daną sytuację, np. osoba reagowała w dzieciństwie unikaniem kłótni, bo to ją chroniło przed cierpieniem. Dlatego w dorosłym życiu dalej tak robi, chociaż takim funkcjonowaniem podstawia sobie nogę: wycofuje się, zamiast walczyć o siebie.

Jak rozpoznać, który autosabotaż jest moim ulubionym?
Autosabotaż się powtarza, jest nawykiem. Dzięki temu daje szansę, żebyśmy go sobie uświadomili. I skorzystali z mądrości, którą niesie, zadając sobie bardzo proste pytania: po co mi taki sposób zachowania się? O jakich moich potrzebach mnie informuje? Co w taki sposób chcę uzyskać, a czego unikam? Bądźmy zatem uważnymi obserwatorami siebie samych: czy powtarzają się w naszym życiu jakieś nieprzyjemne, nieużyteczne dla nas sytuacje? Jakie? Jak to robimy, że po raz kolejny nie osiągnęliśmy upragnionego rezultatu? Czy się tradycyjnie wycofujemy, czy szarżujemy? A może mamy jeszcze inny patent na gwarantowaną porażkę? Dopóki nie zechcemy przystanąć i wytrząsnąć tego autosabotażowego kamyczka z buta, dopóty żyjemy z poczuciem dyskomfortu.

Jak obserwować swoje myślenie, żeby wychwycić momenty autosabotażu?
Można spisywać myśli, zwłaszcza w sytuacji, kiedy doświadczamy cierpienia. Zapytać: co wtedy myślę o sobie, świecie i ludziach? Które z tych myśli są dla mnie użyteczne, a które nie? Kluczowe w każdej sytuacji jest to, żeby przynajmniej dać sobie szansę na pomyślenie: „To, że tak o sobie myślę, wcale nie jest tożsame z tym, kim jestem”. Twoje myśli nie są faktami. Jeśli tak myślisz o sobie, równie dobrze możesz pomyśleć inaczej. Często łapiemy się na samooszukiwaniach, na kłamstewkach, które mówimy do siebie. Jeżeli głębiej się nad tym zastanowimy, wiemy, że tak naprawdę nie lubimy tej Maryli, z którą się kolegujemy, albo złości nas Marian, o którym sobie wymyśliłyśmy, że będzie naszym mężem, bo ma dobry zawód. Wiemy podskórnie, że to nie tędy droga.

Czy zrozumienie mechanizmów autosabotażu pomoże nam się zmienić?
Niekoniecznie. Trafiają do mnie osoby, które mówią: „Wiem, jak funkcjonuję, czy to jest zmienialne?”. W części zapewne tak. Natomiast nie bądźmy wobec siebie zbyt surowi i nie obwiniajmy się za używanie autosabotaży. Proponuję wyrobić w sobie nawyk empatii dla samego siebie, czułości wobec swojej słabości, braku gotowości, lęku przed zmianą. I zwyczaj rozbawiania się swoją osobą. Żeby nie traktować siebie tak śmiertelnie serio. Te wszystkie autosabotaże to przecież czasem niezły ubaw. Wystarczy wyobrazić sobie, jak siedzimy w okopie, w szyszaku, z witkami brzozy przyczepionymi do kołnierza tylko po to, by się przed samym sobą schować. Jeśli zechcemy z takim dystansem na siebie spojrzeć – możemy wówczas poczuć, że oto nadeszła pora z naszego ulubionego okopu wyjść. Powiedzieć sobie: „Boję się, ale wyłażę”. I naprawdę zacząć żyć inaczej.

Beata Kaczyńska: master coach, psycholog, trener w Szkole Coachingu Wings. Prowadzi zarówno coachingi biznesowe, jak i coachingi życiowej zmiany. Nauczyciel i superwizor innych trenerów i coachów.