1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Zasady szczęśliwego człowieka

Zasady szczęśliwego człowieka

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Wiosna to doskonały czas, żeby podjąć decyzję o byciu szczęśliwą. Warto zmienić swoje stare przekonania o życiu, które już nam nie służą. Wybrać wreszcie te, które sprawią, że życie stanie się szczęśliwsze.

Możesz myśleć, że szczęście przyniosłyby ci pieniądze, władza, sława, idealny partner, ekscytujący seks, awans, podróż, nowe zasłony. Można by wyliczać. Jednak Martin Seligman, twórca psychologii pozytywnej, który gruntownie przebadał zjawisko ludzkiego szczęścia, uważa inaczej. Z jego doświadczenia wynika, że ludzie szczęśliwi wyróżniają się pewnymi określonymi cechami, umiejętnościami, przekonaniami. Na wiosnę możesz się od nich nauczyć, jak zaprosić do swojego życia szczęście.

1. Szczęśliwi ludzie spędzają dużo czasu z innymi, samotność jest im potrzebna w małych dawkach do zrelaksowania się. Oni wiedzą, że wszyscy potrzebujemy obecności drugiego człowieka.

2. Szczęśliwi ludzie nie oceniają się przez przez pryzmat tego, co robią lub co mają. Czują się ze sobą komfortowo niezależnie od swojej formy czy stanu konta.

3. Szczęśliwi ludzie wiedzą, że materializm jest dla szczęścia toksyczny. Nie upatrują go w nowym samochodzie czy jeszcze większym telewizorze.

4. Szczęśliwi ludzie bez względu na to, co się dzieje potrafią zachować optymizm.

5. Szczęśliwi ludzie działają. Wewnętrzny spokój płynący z optymistycznego patrzenia na życia sprawia, że ich działania są skuteczne.

6. Szczęśliwi ludzie są zadowoleni z życia, ponieważ nie są zaabsorbowani tym, co mogą dostać, tylko dają.

7. Szczęśliwi ludzie znają swoje mocne strony i talenty i korzystają z nich.

8. Szczęśliwi ludzie odczuwają wdzięczność, potrafią docenić to, co mają i to, co się wokół nich dzieje.

9. Szczęśliwi ludzie są gotowi innym wybaczyć. Nie są pełni goryczy i uraz. Przebaczenie to krótka droga do szczęścia.

10. Szczęśliwi ludzie rozwijają intymność i są gotowi na ryzyko uczuciowe w związkach.

11. Szczęśliwi ludzie potrafią docenić piękno niematerialne. Mają potrzebę uczynienia świata lepszym za sprawą dzielenia się uczuciami.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dobre dzieciństwo to szczęśliwi rodzice

Rodzicom trzeba przypominać, że też są ważni w całym procesie o nazwie „wychowanie” i mają prawo być w centrum swojej uwagi. (Fot. iStock)
Rodzicom trzeba przypominać, że też są ważni w całym procesie o nazwie „wychowanie” i mają prawo być w centrum swojej uwagi. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Dziecku należą się tylko trzy rzeczy: dach nad głową, trzy ciepłe posiłki dziennie i szczęśliwi rodzice – mówi stare chińskie powiedzenie. Jesteś rodzicem? Zadbaj o siebie!

Dziecku należą się tylko trzy rzeczy: dach nad głową, trzy ciepłe posiłki dziennie i szczęśliwi rodzice – mówi stare chińskie powiedzenie. Jesteś rodzicem? Zadbaj o siebie!

Myśl pedagogiczna – podobnie jak wszystkie inne dziedziny życia – przechodzi rozmaite ewolucje. Do tej pory dzieci były traktowane jak mali dorośli, jak niewolnicy czy jak istoty gorszego gatunku. Obecnie nadeszły złote czasy dla naszych milusińskich. Świat kręci się wokół nich. Do tego stopnia, że to raczej rodzicom trzeba przypominać, że też są ważni w całym procesie o nazwie „wychowanie” i mają prawo być w centrum swojej uwagi.

Nie rób tego dziecku

Nieszczęśliwy rodzic jest rodzicem sfrustrowanym, skupionym na własnych smutkach i nieszczęściach, rozpamiętującym swoje porażki i zły los. Do takiego rodzica trudno podejść, dzieci się mu nie zwierzają i omijają z daleka.

Rodzic nieszczęśliwy generuje u dziecka stały strach. Skoro mama jest taka smutna, to znaczy, że dzieje się coś bardzo złego – tak to widzą dzieci. Jeśli trudno ci przyznać sobie prawo do czasu wolnego, inwestowania w siebie i dbania o swoje rozrywki – zrób to nie dla siebie, ale dla dziecka. Buduj swoje zadowolenie z życia dla niego, jako kapitał na jego przyszłe życie.

Po pierwsze – nie bój się wymagać. Jeśli wszystkie obowiązki domowe i wychowawcze wzięłaś na siebie, w początkowym okresie wychowawczym (około dwóch lat) będziesz czerpać ogromną satysfakcję z tego, że dajesz radę, że jesteś samodzielna i niezależna, ale w perspektywie długoterminowej… zgorzkniejesz. Staniesz się niecierpliwa, przemęczona i pozbawiona radości życia. Nie pracuj ponad siły.

Po drugie – nie staraj się udowodnić wszystkim, że sobie poradzisz, że robisz wszystko najlepiej, że jesteś dziecku cały czas potrzebna. Żadna z tych opinii nie jest prawdziwa! Bycie nieszczęśliwą lub szczęśliwą to wybór. To ty w znacznym stopniu decydujesz o tym, jak postrzegasz swoje życie. Jeśli jawi ci się ono jako pasmo udręki i poświęcenia – nie trwaj w tym. Szukaj profesjonalnej pomocy.

O ile nie ma gwarancji, że szczęśliwy, spełniony rodzic na pewno wychowa szczęśliwe dziecko, o tyle można mieć stuprocentową pewność, że nieszczęśliwy rodzic wychowa nieszczęśliwe dziecko.

Wspomnienia z dzieciństwa

To, czy mieszkanie jest odkurzone, lodówka pełna, pranie wykrochmalone, a okna czyste – jest ważne, ale dla dorosłych. Wiele matek tak właśnie postrzega dobry dom. We wspomnieniach dzieci pozostaje jednak coś znacznie istotniejszego – atmosfera, a tę tworzy codzienny nastrój rodzica.

Piotr, redaktor, ojciec dwóch córek: – Nasza matka zawsze gderała, że życie jest ciężkie, że daje po tyłku, że jeszcze się przekonamy, jak jest naprawdę. Wyrastałem w przekonaniu, że świat jest podłym, przerażającym miejscem. Mama odmawiała sobie prawa do jakiejkolwiek rozrywki, radości, czasu dla siebie. To nie budowało fajnego klimatu, ja i brat szybko zaczęliśmy uciekać z domu.

Irena, studentka trzeciego roku europeistyki: – Pamiętam mamę, jak latami snuła się po kątach i płakała, czasem nie odzywała się do nas przez wiele dni. Ciotka namawiała ją, żeby poszła do lekarza i zaczęła leczyć depresję, ale ona wciąż powtarzała, że nie ma pieniędzy na fanaberie. Sto razy wolałabym, żeby wydała wszystko na leki niż na nowe spodnie dla mnie. Nienawidziłam nowych ubrań! Szkoda, że matki nie wiedzą, co czuje dziecko, gdy widzi je wiecznie zapłakane.

Bartek, nauczyciel angielskiego: – Chyba najgorsze, co w życiu usłyszałem, to zdanie mojej matki, które kiedyś powiedziała do sąsiadki: „Jak mogę być szczęśliwa z dwójką dzieci na karku?!”. Czułem się paskudnie. Wiele lat winiłem siebie i siostrę za złe zdrowie mamy, za jej smutek.

Takie wspomnienia to cenny materiał do przemyśleń. Jeśli więc kusi cię, żeby się bez reszty poświęcić dzieciom, skupić się na pracy, nie leczyć depresji, nie mieć żadnych przyjemności, a do tego złe relacje z partnerem – zastanów się, jak one to zapamiętają. Bo rodzic, poprzez swój przykład, uczy dziecko, jak żyć. Za każdym razem, gdy sprawiasz sobie przyjemność, generujesz czas tylko dla swoich potrzeb, robisz coś, co cię podnosi na duchu, rozwija – dajesz swojemu dziecku lekcję życia. Jeśli zapominasz o sobie, uczysz dziecko, że ono także powinno tak robić. Czy tego właśnie chcesz?

Prawo do szczęścia

Mama, która w imię swojego szczęścia zaniedbuje własne dziecko, ma równie złe podejście jak ta, która zapomniała o sobie i skupiła się wyłącznie na obowiązkach. Przesada w realizacji prawa do szczęścia jest równie zła jak przesada w odbieraniu sobie tego prawa. Nie ma dziecka, które by tego nie potwierdziło.

Piotr, inżynier-elektronik: – Moja matka była wiecznie uśmiechniętym, roześmianym człowiekiem. Kochała tańczyć, bawić się. Gdy miałem cztery lata, uznała, że męczy ją macierzyństwo, że się nie rozwija, i wyjechała do Kanady. Napisała mi w liście, że chce być szczęśliwa. Wychowywali mnie dziadkowie. Kiedy słyszę o prawie matki do szczęścia, myślę jedno: nie zawsze szczęśliwy rodzic wychowa szczęśliwe dziecko. Niestety, czasem tych dwóch „szczęść” nijak nie da się pogodzić. Mnie trwale unieszczęśliwiła. Źle się żyje dziecku, które dowiedziało się, że nie uszczęśliwia swojej matki.

Gdy jesteś rodzicem – tak jak każdy człowiek – masz prawo do szczęścia, ale trochę inne niż bezdzietni. Rodzicielstwo to absolutnie najważniejszy projekt w życiu każdej mamy i każdego taty. Wszystko, co robią, musi zawsze uwzględniać istnienie i dobro tej najdroższej istoty.

Porzucenie własnego dziecka, zarówno fizyczne, jak i emocjonalne, dla tak czy inaczej pojmowanego „spełnienia siebie” w żadnym razie nie jest realizacją hasła o prawie do własnego szczęścia, ale jawnym wykroczeniem przeciwko szczęściu dziecka.

Droga mamo i drogi tato, dążcie do osobistego szczęścia, ale nigdy kosztem dzieci.

  1. Psychologia

Wolniej znaczy lepiej

Slow life daje spokój. Przestajesz się bać, że życie upływa, bo żyjesz ze świadomością, że na każdym etapie może być fajne. (Fot. iStock)
Slow life daje spokój. Przestajesz się bać, że życie upływa, bo żyjesz ze świadomością, że na każdym etapie może być fajne. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Jeździmy coraz szybszymi samochodami, korzystamy z coraz szybszych komunikatorów i ekspresowych usług. Wszystko po to, żeby zaoszczędzić czas. A mamy go coraz mniej. To jeden z największych paradoksów współczesności. Skoro życie w tempie fast się nie sprawdziło, może pora przestawić się na slow?

Jeździmy coraz szybszymi samochodami, korzystamy z coraz szybszych komunikatorów i ekspresowych usług. Wszystko po to, żeby zaoszczędzić czas. A mamy go coraz mniej. To jeden z największych paradoksów współczesności. Skoro życie w tempie fast się nie sprawdziło, może pora przestawić się na slow?

Artykuł archiwalny. 

Twój dzień na ogół wygląda tak: zanim wyjdziesz z domu, gotujesz zupę, robisz śniadanie, pakujesz do tornistra dziecka kanapki, zbierasz myśli przed ważnym zebraniem. W pracy młyn. W drodze powrotnej zakupy, zebranie w szkole, lekarz, jakiś urząd. A potem jeszcze szybciej – obiad, sprzątanie, odrabianie z dziećmi lekcji. Co chwila dzwoni telefon, ktoś prosi cię o przysługę, z kimś ty musisz porozmawiać, odbierasz mejle, zerkasz w telewizor. Masz poczucie totalnego braku czasu. Mimo że wyręcza cię pralka, zmywarka, robot kuchenny. Mimo że płacisz rachunki przez Internet, a wiele usług możesz mieć na telefon. A pomyśleć, jak żyli nasi dziadkowie. Jeździli bryczkami, pisali papierowe listy, nie używali tych wszystkich dostępnych nam sprzętów, telefonów komórkowych i komputerów. I mieli na wszystko czas. Jak to możliwe?

Więcej i szybciej

Profesor antropologii kulturowej UAM Waldemar Kuligowski zauważa, że żyjemy dzisiaj w czasach rozproszonej uwagi. Jego studenci słuchają wykładu, jednocześnie odbierając i wysyłając SMS-y, najkrótsze jak się da: „jadę”, „już”, „pozdr.”. Większość z nas żyje w stanie nieustannej gotowości, ale do przekazania mamy niewiele.

– Dzisiaj sama technologia stała się przekazem – uważa profesor Kuligowski. – Ona nas uwodzi, zniewala, zaczarowuje, a w istocie jest komunikatorem banału, zbędności. Przez to, że jesteśmy stale dostępni, znika wydzielony, osobny, świąteczny czas wolny.

Według profesora innym znakiem naszych czasów jest niecierpliwość. Wpadamy w furię, gdy siedząc przed komputerem, czekamy na otwarcie się kolejnej strony. A ile to trwa? Parę mrugnięć okiem. Takie nagłe zatrzymanie w pędzie, który uznajemy za normalny rytm, odbieramy jako defekt systemu. Nie chcemy na nic czekać, czytać długich tekstów. Żądamy natychmiastowości: w polityce, biznesie, miłości, nawet skandowaliśmy: „santo subito”, domagając się natychmiastowej beatyfikacji Jana Pawła II.

– Kłopot polega na tym, że niecierpliwość nieuchronnie pociąga za sobą powierzchowność, i to we wszystkich wymiarach życia – uważa profesor.

Marzena Chełminiak, dziennikarka radiowa, zauważa jeszcze jedną cechę współczesnego życia: nadmiarowość.

– Jak wchodziłam kiedyś do księgarni, to właściwie każda książka była warta kupienia i przeczytania. Teraz trzeba dokładnie wiedzieć, czego się szuka, bo mogą nas skusić atrakcyjnie wydane gnioty. Nadmiar przytłacza nas we wszystkich dziedzinach życia, mamy strasznie dużo możliwości, dużo podobnych produktów, a tak naprawdę potrzebujemy tylko jednego. W korporacjach dorzuca się dobrym pracownikom jeszcze więcej pracy, bo są dobrzy. Wszędzie widać kult więcej i szybciej.

Bartek Topa, aktor, stawia podobną diagnozę: – Dzisiaj wszystkiego mamy za dużo. Wmawia się nam nie tylko to, że coś musimy mieć, ale też to, że koniecznie musimy coś zobaczyć, poczuć, czegoś posłuchać, gdzieś być. Trudno się temu oprzeć, zwłaszcza młodym, którzy są zachłanni, więc łapią wiele srok za ogon. I miotają się od jednej propozycji do drugiej, z żadnej tak naprawdę w pełni nie korzystając.

 

Żyć swoim życiem codziennym

Marzena Chełminiak pędziła kiedyś tak jak wszyscy. Od zawsze pracując na najwyższych obrotach. Kilka lat temu poważnie zachorowała. Nagle musiała się zatrzymać. Po leczeniu nie wróciła do dawnego rytmu pracy. Prowadziła tylko jedną audycję w tygodniu, miała czas na książki, kino, podróże, spotkania z przyjaciółmi.

– Rezygnując z pełnego zaangażowania w radiu, zgodziłam się na to, żeby mieć mniej pieniędzy, ale w zamian dostałam czas. Wtedy on był dla mnie najcenniejszy.

Odrzucała propozycje powrotu do codziennych audycji. Nie chciała funkcjonować w kołowrotku: wstawanie o tej samej godzinie i codzienne wybieranie się tą samą drogą do tej samej redakcji. Za którymś razem zaczęła jednak ważyć zyski i straty. I wyszło jej, że dojrzała do pracy na pełnych obrotach. Teraz wstaje o wpół do piątej, żeby o szóstej być przy mikrofonie.

– Najpierw budzę siebie, potem świat – śmieje się. – Zgodziłam się na powrót, także ze względu na dwóch współprowadzących kolegów. Wiedziałam, że stworzymy zupełnie nową formułę, łączącą coś, co wydaje się nie do połączenia: moją filozofię slow life i ich energię, sarkazm, ironię. Nam jest ze sobą bardzo dobrze. Ja po prostu lubię przychodzić do pracy. Stałam się trochę egoistyczna i uważam, że powinno się robić to, co się lubi. Oczywiście przez tę decyzję straciłam możliwość swobodnego dysponowania czasem, nie mogę na przykład nagle gdzieś wyjechać. Ale z kolei taki rytm pracy szalenie mnie zdyscyplinował i już dokładnie wiem, jak spędzę wakacje.

Wróciła do pełnego zawodowego zaangażowania, ale nie do życia w pośpiechu. – Jak człowiek wycofa się z mainstreamu i przeżyje, to potem ma przekonanie, że nawet gdy dużo pracuje, jest panem czasu i decyzji. Nadal żyję w tempie slow, tylko inaczej rozłożyłam akcenty. I takie życie mnie cieszy.

Marzena uważa, że przestawienie się na filozofię slow life nie musi oznaczać życiowej rewolucji. Rzucania pracy w mieście, zrywania kontaktów ze światem, zaszycia się gdzieś w Toskanii z książką w ręku. Ludzie, słysząc o takich decyzjach, myślą: ja też bym tak chciał, ale się boję.

– I dobrze, że się boją, bo nie wyobrażam sobie, żeby wszyscy, którzy marzą o zwolnieniu tempa, wyjechali na wieś, zostawili pracę, rodziny. Slow life według mnie to nie ucieczka od życia, tylko panowanie nad nim, intensywne przeżywanie go, zadawanie sobie pytania: po co to robię? Utwierdziłam się w przekonaniu, że najfajniej jest żyć swoim życiem, takim codziennym. Nie czekać na weekend, wakacje, że wtedy sobie pożyję, tylko żyć w każdej chwili. Kiedy słyszę, jak moi koledzy z radia mówią: do weekendu zostało tyle i tyle, to się buntuję. Ukuliśmy nawet takie powiedzenie, że jesteśmy radiem, które nie odlicza do weekendu. Życie jest fajne, jak toczy się tu i teraz.

Wybieram to, co dla mnie dobre

Bartek Topa zauważa, że slow life nie zależy od miejsca zamieszkania, tylko od stanu umysłu. Taką filozofię można odnaleźć, mieszkając wszędzie, także w centrum miasta. On zaczął żyć w tempie slow dopiero, kiedy przeprowadził się ze wsi do Warszawy. Wcześniej mieszkał 25 kilometrów od stolicy, w otoczeniu lasów, pól i łąk, w domu wybudowanym na kredyt.

– Za oknem śpiewały ptaki i szumiały drzewa, a moje myśli zaprzątała spłata kredytu. Większość czasu zajmowały mi dojazdy do pracy i powrót do domu. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że nie mam przyjemności z takiego życia. Więc sprzedałem dom. Teraz mieszkam w mieście, ale przy parku, mam czas dla przyjaciół, na codzienne bieganie, kino. Takie rozwiązanie jest dla mnie dobre dzisiaj. Co nie znaczy, że nie myślę o tym, żeby kiedyś wrócić na wieś i uprawiać grządki. Wszystko zależy od wyboru tego, co w danym momencie jest dla mnie dobre.

Marzena twierdzi, że w przestawieniu się na slow life pomogła jej choroba. Uważa, że ludzie chorzy, dotknięci tragediami, mają łatwiej. Nie muszą uczyć się slow life, to przychodzi automatycznie. Ona nie potrafi teraz emocjonować się sprawami, którymi kiedyś się emocjonowała. Już nie są dla niej istotne. Ten naturalny dystans do problemów dostała niejako w prezencie.

– Slow life to bardziej droga niż cel. Czasem musimy przebiec ileś ścieżek, żeby to zrozumieć. Swojej córce, która ma tendencję do wybiegania w przyszłość, powtarzam: nie rozmawiamy o wakacjach, bo teraz są ferie. Ludzie mówią: „chciałabym się cieszyć życiem tak jak ty”. Odpowiadam: co stoi na przeszkodzie? Tylko ty o tym decydujesz.

Jeden z mitów wokół slow life mówi, że powolnie żyć mogą tylko ludzie w pewnym wieku, którzy mają dużo czasu.

Marzena Chełminiak absolutnie się z tym nie zgadza: – Slow life to nie emerytura, tylko intensyfikowanie życia. Najmniej czasu mają ci, co nic nie robią, a najwięcej ludzie zapracowani, ale zorganizowani. Jeśli ktoś mówi, że nie ma czasu, to ja myślę: nie masz, bo nie chcesz. W ogóle wyrzuciłam ze swojego słownika to sformułowanie. Moja zmiana po chorobie polega też na tym, że sobie teraz mówię: mam czas. Dla przyjaciół, rodziny, na książki, kino, sen. Mam na to, na co chcę mieć. Z wielu rzeczy świadomie zrezygnowałam. Zanim pójdę do kina, poczytam o filmie. Jak chcę leżeć pod kocem, to leżę. Wszystkie decyzje podejmuję świadomie. Każdy ma tyle samo czasu, pytanie tylko, na co go przeznaczy. Jesteśmy wolnymi ludźmi, możemy wybierać.

Mniej, choć tak naprawdę więcej

Profesor Kuligowski zauważa, że życie w pędzie sprawia, że człowiek nie potrafi rozsmakować się w zapachu, smaku, spokojnej rozmowie, niespiesznej lekturze, upajającym widoku, wspólnym byciu. Większość czynności jest przez nas traktowana instrumentalnie: zwiedzamy pewne miejsca, bo wypada, idziemy na golfa wyłącznie ze względów towarzyskich, czytamy modne książki, by podnieść swój prestiż, działamy w organizacji charytatywnej, by wpisać ten fakt do CV. Profesor pyta: – Gdzie spacer dla samego spacerowania, lektura dla radości czytania?

Z drugiej jednak strony coraz więcej ludzi na świecie wycofuje się z życia w biegu. Jak grzyby po deszczu wyrastają organizacje, ruchy, szkoły propagujące slow life. Ba, w Europie powstają nawet slow cities, w których dba się o ekologię, rozwijanie infrastruktury przyjaznej mieszkańcom, takiej jak ścieżki rowerowe, deptaki, parki. Największy ruch Slow Food skupia się wokół jedzenia. Ludzie spod znaku ślimaka (to ich herb) powtarzają: jesteś tym, co jesz. Propagują małe ekologiczne gospodarstwa, proste nieprzetworzone produkty, nieśpieszne smakowanie.

Bartek Topa jest zagorzałym slowfoodowcem. Wraz z grupą przyjaciół dzielą się jajkami od zielononóżek, serami i warzywami z małych gospodarstw.

– Złapałem się na tym, że w ogóle nie wyrzucam jedzenia, idę do mojego ulubionego biosklepu, jak nic nie mam w lodówce. Slow life to przede wszystkim jakość życia, skupienie się na tym, co jemy, co robimy. Dla mnie to także osobisty, świadomy wysiłek w ważnej sprawie. W czerwcu startuję w triatlonie: pływanie (2 km), jazda na rowerze (90 km) i bieg (20 km). W ten sposób wspieram fundację Synapsis. To dla mnie duże wyzwanie, fizyczne i psychiczne. Na początku męczyłem się już po kilku kilometrach biegu. Po trzech miesiącach treningu mogę bez trudu przebiec 10 km. Co mi daje życie w takim rytmie? Rozszerza możliwości poznawania siebie i świata. Teraz więcej widzę, słyszę, czuję, smakuję. Myślę nawet o zorganizowaniu warsztatów rozszerzających zmysły, dla aktorów i osób opiniotwórczych. W tej filozofii widzę szansę dla świata.

Marzena Chełminiak zalety slow life wylicza jednym tchem: – Dostaję produkty z najwyższej półki, najlepszej jakości. Nie zadowalam się już śmieciami, wyrobami czekoladopodobnymi. Wszystkiego mam mniej, ale tak naprawdę więcej. Mniej przyjaźni w ogóle, ale więcej prawdziwych przyjaciół, mniej obejrzanych filmów, ale więcej dobrych, mniej kupionych książek, ale więcej znakomitych. Slow life to mój świadomy wybór. Teraz ja decyduję o swoim życiu. Nie towarzyszy mi napięcie, bo nic nie muszę. Nie ścigam się. Chcę być dobra w tym, co robię, ale nie mam parcia, żeby więcej zarabiać, być obecna we wszystkich mediach. Już wiem, że to nie uczyniłoby mnie szczęśliwszą. Cieszę się z tego, co mam. Przestałam się martwić i widzę, że problemy gdzieś same się rozwiązują. Slow life dał mi spokój. Już nie boję się, że życie upływa. Wiem, że na każdym etapie może być fajne.

  1. Psychologia

Co wpływa na poziom szczęścia?

Na to, w jakim stopniu odczuwamy szczęście, wpływa kilka elementów. (fot. iStock)
Na to, w jakim stopniu odczuwamy szczęście, wpływa kilka elementów. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Każdy człowiek chce być szczęśliwy. Życzymy sobie szczęścia składając życzenia przy różnych okazjach. Marzymy o życiu pełnym sensu, spełnienia i pozytywnych emocji. Jak pokazują badania, na szczęście wpływają trzy czynniki.

Pierwszym czynnikiem są geny, czyli to co dostajemy w spadku po naszych przodkach (wrażliwość układu nerwowego, biologiczne dyspozycje organizmu, a także temperament). Badania dowodzą na przykład, że ekstrawertycy są bardziej skłonni do częstego i silnego przeżywania pozytywnych emocji. Neurotycy natomiast dostrzegają więcej negatywnych aspektów, lepiej je pamiętają, co w konsekwencji wzmacnia ich nastroje negatywne.

Kolejnym czynnikiem są okoliczności, w których żyjemy. Wielu z nas wydaje się, że jeśli wygramy w lotto, to już będziemy szczęśliwi do końca życia. Badania jednak tego nie potwierdzają. Owszem, niezaspokojenie podstawowych potrzeb materialnych jest źródłem dyskomfortu a nawet nieszczęścia. Jednak po ich zaspokojeniu dalszy przyrost dochodu tylko nieznacznie wpływa na poziom odczuwanego szczęścia. Okoliczności, które nas spotykają tylko na chwilę zmieniają poziom naszego szczęścia.

Ostatni element, który wpływa na szczęście to aktywność własna. Mowa tu o celowych działaniach i intencjonalnym zachowaniu człowieka. W przeciwieństwie do okoliczności, które się „przydarzają” i w większości przypadków mamy na nie niewielki wpływ, nasze zachowanie zależy w całości od nas. To człowiek decyduje jak się zachowa i jak zareaguje na to, co go spotyka. Tu kryje się wielka odpowiedzialność, ale i wielka moc. Aktywność własna to nasze wybory, sposób patrzenia na rzeczywistość i podejście do życia. Tutaj właśnie leży klucz do szczęśliwego życia. Jeśli nauczymy się zachowywać tak, aby wzmacniać nasze szczęście, będziemy mieli go w życiu więcej. To jest wybór każdego człowieka, bo każdy z nas może wpływać na swoje zachowanie.

Badania amerykańskich psychologów pokazują jakie czynniki odpowiadają za poziom szczęśliwości u człowieka:

  • geny są odpowiedzialne w 50%,
  • okoliczności, które nas spotykają - w 10%,
  • aktywność własna - w 40%.
Można więc przyjąć założenie, że zmieniając nasze nawyki, zachowanie, sposób działania i myślenia, możemy sprawić, że więcej szczęścia pojawi się w naszym życiu. Gra jest warta świeczki, bo bycie szczęśliwym niesie ze sobą wiele korzyści. Konsekwencją dobrostanu są duże osiągnięcia życiowe, lepsze zdrowie, dłuższe życie, a także głębokie i satysfakcjonujące relacje społeczne.

Zatem, co można zrobić, żeby być w życiu bardziej szczęśliwym? Poniżej proponuję dwa ćwiczenia, które wpływają na poczucie dobrostanu. Badania pokazują, że ludzie którzy chociaż przez tydzień je wykonują mają podwyższony nastrój i czują się bardziej szczęśliwi niż przed ich wykonaniem.

Ćwiczenie 1: Prowadzenie dziennika wdzięczności

Codziennie wieczorem zastanów się przez chwilę za co jesteś wdzięczny, co doceniasz w swoim życiu. Może jest to praca, która pozwala Ci się realizować, może obecność ważnej dla Ciebie osoby. Zapisz trzy rzeczy w swoim notesie.

Badania pokazują, że wyrażanie wdzięczności podnosi poczucie własnej wartości, hamuje gniew i poczucie krzywdy. Co więcej, zbliża nas do innych ludzi i pomaga uzyskać wsparcie w trudnych sytuacjach.

Ćwiczenie 2: Co dobrego się dziś wydarzyło?

Zastanów się co dobrego spotkało Cię danego dnia. Być może dobrze poradziłeś sobie z jakimś zadaniem, być może znalazłeś wyjście w trudnej sytuacji, być może zachowałeś spokój w stresującej sytuacji, może ktoś dał Ci kwiaty albo był dla Ciebie miły. Pomyśl przez chwilę co dobrego przyniósł dany dzień. Zapisz trzy rzeczy w swoim notesie. A następnie przy każdym zdarzeniu zapisz dlaczego tak się stało, np. „koleżanka pomogła mi przygotować prezentację, ponieważ jestem osobą, którą wspierają inni ludzie”.

Każde z tych ćwiczeń to zachęta do zmiany podejścia do życia. Zamiast skupiać się na tym co nam nie pasuje, czego mamy za mało, można zacząć dostrzegać rzeczy dobre, wartościowe, które są obecne w naszym życiu. Bo szczęście to nie tylko to co życie nam daje, ale także to czego nie zabiera.

Karolina Wicenciak: coach szczęścia, trener, psycholog, praktyk i mistrz NLP. Autorka licznych artykułów na temat szczęścia i jakości życia.

  1. Psychologia

Porozmawiajmy o szczęściu

Poczucie szczęścia nie jest produktem przypadkowego i przemijającego wydarzenia, a stałym stanem wewnętrznym, jedynie w niewielkim stopniu zależnym od tego, co się wokół nas dzieje. (Fot. iStock)
Poczucie szczęścia nie jest produktem przypadkowego i przemijającego wydarzenia, a stałym stanem wewnętrznym, jedynie w niewielkim stopniu zależnym od tego, co się wokół nas dzieje. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Aby znać siebie, trzeba znać i akceptować swoje emocje. Ale też mieć o nich podstawową wiedzę. Umieć je nazwać, rozróżnić i rozpoznać. I umieć je przeżyć. W nowym cyklu „Porozmawiajmy o emocjach” chcemy zachęcić was do lepszego poznania swoich własnych stanów emocjonalnych, pracy nad nimi oraz rozmowy o nich w bliskim gronie. Pomogą nam w tym karty emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk.

Aby znać siebie, trzeba znać i akceptować swoje emocje. Ale też mieć o nich podstawową wiedzę. Umieć je nazwać, rozróżnić i rozpoznać. I umieć je przeżyć. W nowym cyklu „Porozmawiajmy o emocjach” chcemy zachęcić was do lepszego poznania swoich własnych stanów emocjonalnych, pracy nad nimi oraz rozmowy o nich w bliskim gronie. Pomogą nam w tym karty emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk.

Szczęście to...

Dobrostan psychiczny, poczucie spełnienia, bycia na swoim miejscu, na właściwej drodze, sensu i celu życia. To całkowita akceptacja siebie i świata. Cudowny, a zarazem jeden z najbardziej tajemniczych i nieodgadnionych stanów. Jak mówią badania, można czuć się szczęśliwym, jednocześnie będąc smutnym, doświadczając straty czy tęskniąc za czymś. Poczucie szczęścia jest bowiem czysto subiektywnym doznaniem, każdy może odczuwać je na swój sposób. Jest spersonalizowane i właściwe tylko osobie, której dotyczy, niczym odcisk jej palca. Poczucie szczęścia nie jest produktem przypadkowego i przemijającego wydarzenia, a stałym stanem wewnętrznym, jedynie w niewielkim stopniu zależnym od tego, co się wokół nas dzieje. Można czuć się szczęśliwym dzięki czemuś, ale też pomimo czegoś.

Po co nam to uczucie?

Informuje nas o tym, że realizujemy swój potencjał, swoją życiową misję. Że jesteśmy w zgodzie ze swoimi potrzebami, celami i wartościami. Daje nam siłę, by żyć, ale też by kochać i zachwycać się światem. Pozwala nam na akceptację wszystkiego, co się nam przydarza. Uwalnia nas od trosk, frustracji i złości. Przynosi wewnętrzny spokój.

Zadania

  • Czy czujesz się szczęśliwy? Tu i teraz? W tym właśnie momencie? Z tym, co masz, kim jesteś, co osiągnąłeś? Z ludźmi, którzy cię otaczają? Jeśli nie – jak sądzisz, co ci w tym przeszkadza?
  • Dążenie do szczęścia stało się dziś trendem, wręcz przymusem. To o tyle błędne podejście, że szczęście jest niejako produktem ubocznym naszych działań i rozwoju wewnętrznego. Nie warto do szczęścia dążyć, lepiej skupiać się na tym, by wykorzystywać w pełni szanse, jakie nam daje życie i realizować swój potencjał, a kto wie – może wtedy szczęście samo do nas przyjdzie.
  • Choć szczęścia nie można przywołać pstryknięciem palców, można jednak robić rzeczy, które nas uszczęśliwiają. Podróżowanie, gotowanie, pomaganie innym, poświęcanie się swoim pasjom, spędzanie czasu z tymi, których kochasz – co to byłoby w twoim przypadku?
Więcej w zestawie z książeczką „Poznaj siebie. Karty emocji”, Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło.

  1. Psychologia

Jak nie zaprzepaścić szansy na szczęście we dwoje?

Najczęściej spotykane są dwie motywacje wchodzenia w związek. Pierwsza jest rodzinno-domowa, w drugiej chodzi o to, żeby przeżyć coś romantycznego. Zazwyczaj kiedy mamy jedno, nie mamy tego drugiego. (Fot. iStock)
Najczęściej spotykane są dwie motywacje wchodzenia w związek. Pierwsza jest rodzinno-domowa, w drugiej chodzi o to, żeby przeżyć coś romantycznego. Zazwyczaj kiedy mamy jedno, nie mamy tego drugiego. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Relacja, podobnie jak drzewo, rośnie długo. Przez ten czas pojawia się rodzaj powiązania, którego nie sposób osiągnąć w romansie. Jak nie zaprzepaścić szansy na szczęście we dwoje – pytamy Michała Dudę, psychoterapeutę pracującego w nurcie psychologii zorientowanej na proces.

Czy chęć bycia szczęśliwym jest dobrą motywacją do wejścia w związek? Nie wiem, ale faktem jest, że tego ludzie szukają w relacji. Kiedy szczęście staje się założeniem, oczekiwaniem – najczęściej ma wypełnić jakiś brak, coś zastąpić, nadać sens. Czy tak się potem dzieje? Różnie bywa.

Co kryje się pod oczekiwaniem szczęścia? Wydaje mi się, że najczęściej spotykane są dwie motywacje wchodzenia w związek. Pierwsza jest rodzinno-domowa, w drugiej chodzi o to, żeby przeżyć romans, coś romantycznego, wyjątkowego. Zazwyczaj kiedy mamy jedno, nie mamy tego drugiego.

Nie można mieć rodziny i romansu jednocześnie? Zwykle od romansu się zaczyna, a później – podczas tworzenia domowej rzeczywistości – on się gdzieś gubi i pojawia się tęsknota za odnowieniem uczucia z początku znajomości, zakochania. Chcemy czuć, że kochamy, a nie tylko o tym wiedzieć. Niektórzy, jeśli nie odnajdą tego w swoim związku, szukają poza nim, w innej lub innych relacjach. Dzięki temu znowu przez moment mogą się poczuć szczęśliwi. Ale później, gdy alternatywna rzeczywistość zderza się z tą zwykłą, nierzadko okazuje się, że to, co mieli wcześniej, było w sumie całkiem dobre w porównaniu z tym, do czego uciekli. Dość powszechnie wydaje nam się, że szczęścia doświadczymy dopiero, gdy zdobędziemy coś, co nam je zapewni. W dążeniu do tego przeżywamy jedynie momenty zadowolenia i ciągle nam czegoś brakuje – zarówno w sferze rodzinnej, jak i romantycznej związku. A szczęścia nie przeżywa się ze względu na coś. Jeśli ludzie się kochają, a nawet po prostu lubią, szczęśliwe chwile na pewno przyjdą. Czasem wtedy, gdy najmniej się tego spodziewamy.

A może romantyczna wizja związku od początku skazana jest na porażkę? Niektórzy od początku konstruują relację z innego miejsca niż romantyczne. Związek jest wtedy bazą do mierzenia się z przeciwnościami losu, ma pomóc we wszystkim tym, co trzeba w życiu zdobyć czy osiągnąć. Ludziom, którzy dokonali tego wyboru, daje to poczucie stabilności, bezpieczeństwa, osadzenia, jakiejś prawdziwości. Mają bowiem przekonanie, że to, kim są jako para, odzwierciedla się w materialnej rzeczywistości. Są osoby, które świadomie chcą tak żyć i taka relacja może przez długi czas całkiem dobrze funkcjonować. Życie takich małżeństw czy związków ma swój rytm, obowiązki, a ich wypełnianie jest na tyle absorbujące i stresujące, że uwaga skupiona jest na rzeczach do zrobienia. Tworzy się przestrzeń, z której korzysta rodzina, ale w relacji niewiele się dzieje.

W pewnym momencie odczuwalny staje się istotny brak, który każda ze stron czymś sobie wypełnia. Na przykład mężczyzna grzęźnie w grach komputerowych, a kobieta spotyka się z koleżankami, z którymi omawia swoje bolączki – oboje potrzebują odreagować i robią to w osobnych przestrzeniach. Brakuje im spotkania z drugą bliską osobą, wzajemnego przepływu uczuć, energii skierowanej na siebie nawzajem.

W kręgach psychologiczno-rozwojowych mówi się o pracy nad związkiem. Może jest konieczna, żeby odczuwać szczęście, a nie brak w różnych aspektach bycia razem? Kiedy słyszę o pracy nad relacją, to mi się ciężko robi. Stwierdzenie „popracujmy nad tym, żebyśmy byli szczęśliwi” – jest sprzeczne samo w sobie. Czy szczęście może zostać wypracowane w pocie czoła? Kiedy ludzie się w sobie zakochują, szczęście spada na nich i wrzuca w trochę odmienny stan świadomości, który sprawia, że wydarzenia nabierają rozpędu, mają własną energię i chcą się dziać dalej. Toczą się w innej, równoległej, własnej przestrzeni. Dwie osoby przeżywają przygody trochę poza czasem, poza prozą życia, i to jest ekscytujące, bardzo wciągające. Nie można tego wykreować intencjonalnym działaniem, bo wtedy powstaje kopia, a nie oryginał. Świadomie można tylko tego chcieć i decydować się w tym być.

Romantyzm, który daje szczęście, wydaje się czymś nieuchwytnym. Nie dość, że nie mamy na niego wpływu, to jeszcze nieoczekiwanie znika. Nie do końca tak musi być. Na jakimś poziomie on cały czas jest obecny, ale niekoniecznie przez nas przeżywany. Romantyczne przeżycie jest trochę jak sen. Atmosferę ze snu trudno przenieść do tej rzeczywistości, w której lądujemy, gdy otwieramy oczy i mamy sprawy do załatwienia. Tracimy kontakt ze snem, ale to nie znaczy, że on zniknął. Cały czas pod spodem jest, tylko nasza uwaga przenosi się na zadania i cele. W takim nastroju bardzo ciężko jest być romantycznym. Moim zdaniem strategie coachingowe średnio sprawdzają się w przypadku związków.

Pozytywna wiadomość jest taka, że skoro romantyzm nie znika, tylko nie skupiamy na nim uwagi, to możemy znowu ją tam skierować. Możemy, jeśli nie zapomnimy.

Może wystarczy trochę świadomości, pracy… Praca jest zupełnie innym stanem umysłu. Czy da się coś zrobić, żeby być naprawdę w relacji? To prawda, że relacje budują się długo, ale nad romantyzmem w związku się nie pracuje, można z nim tylko utrzymywać kontakt, poddać mu się, dać się ponieść. W relacji się jest, a bycia się nie robi. Żeby być w relacji, trzeba porzucić myślenie o pracy. Wspólna praca to jeszcze nie związek. Praca często oddziela, koncentruje na osobności. A szczęśliwym w relacji można być tylko razem.

Może więc dla tego „razem” da się coś zrobić? Można być wobec siebie otwartym, szczerym. Można rozmawiać ze sobą o tym, co nam się wzajemnie po drodze przydarza, i tworzyć więź. Jeśli pojawiają się sprawy, o których ludzie ze sobą nie rozmawiają, bo są bolesne lub trudne, to one ich rozdzielają. Każdy trochę się odsuwa i zaczyna żyć osobnym życiem. Krok po kroku para się od siebie oddala. Jeśli chcemy coś dla relacji zrobić, pilnujmy, żebyśmy na bieżąco adresowali do siebie to, co czujemy, myślimy, i to, co się z nami dzieje, i starali się wzajemnie zobaczyć i usłyszeć. Jeśli komunikujemy się tylko z miejsca wzajemnych oczekiwań i pretensji, też się rozdzielimy, i nie będzie to praca nad związkiem.

Oczekiwania do szczęścia raczej nie prowadzą. Mam taką swoją, bardzo uproszczoną klasyfikację sposobów przeżywania relacji. Pierwszy sposób, nazwijmy go „boję się”, występuje wtedy, gdy ludzi przeraża bycie w relacjach i są w nich przez unikanie. Drugi: „potrzebuję, muszę” – jest symbiotyczny i kontrolujący. Potrzeba relacji jest tak znacząca, że człowiek chce się koniecznie do kogoś „przyssać”, mieć go pod kontrolą. Wynika to w dużym stopniu z lęku przed byciem samemu. Trzeci sposób na relację nazwałem „nie potrzebuję, nie muszę”. Życie w niej polega na tym, że ludzie żyją obok siebie, każdy robi swoje. Jeśli im się coś razem przydarzy, jest OK, ale nikt za tym specjalnie nie goni. Czwarty sposób wymaga zostawienia za sobą zarówno swojej zależności, jak i niezależności. Dopiero kiedy się już nie musi być w relacji, ale też nie ma się tego poczucia osobności, można zobaczyć, że ktoś obok jest. Jeśli czujemy, że ktoś istnieje i ja istnieję dla niego, wtedy można poczuć się razem. A dopiero, kiedy poczujemy się razem, możemy mówić o szczęściu w relacji.

Powiedzmy, że osoby, które boją się relacji, to „jedynki’, symbiotyczne i kontrolujące to „dwójki”, a niezależne, działające i obawiające się konsekwencji niedziałania to „trójki”. Łączy je to, że każdej z tych postaw można doświadczać indywidualnie. Bycie „czwórką” to jedyna postawa, której doświadcza się tylko wspólnie – nie można być „czwórką” w pojedynkę.

W poprzednich modelach nie ma szansy na przeżycie szczęścia? Jako „dwójki” odczuwamy coś w rodzaju szczęścia, jeśli mamy kontrolę nad partnerem. Jako „trójki”, trochę narcystyczne, jesteśmy zadowoleni, jeśli uda nam się osiągnąć swoje cele, a partner nas za to podziwia i nas w tym wspiera. W przypadku związku dwóch „trójek” nawet we wspólnym działaniu jest sporo rywalizacji. Można jako para realizować wiele rzeczy, ale nie czuć, że jest się razem. „Dwójki” są szczęśliwe, kiedy na siłę trzymają kogoś w swoim świecie, „trójki” – jak ktoś z nimi jest, ale niekoniecznie one z kimś są. Dopiero „czwórki” są szczęśliwe, kiedy są razem.

Czy zanim dojdziemy do „czwórki”, mamy wcześniejsze modele do zaliczenia? Często się taką drogę przechodzi, ale wtedy też dzieje się to naturalnie, tego się nie wypracowuje. Każda z tych pozycji ma swoje ograniczenia i limity. I chociaż kolejna wydaje się być rozwiązaniem dla poprzedniej, nie jest satysfakcjonująca na dłuższą metę, bo tak naprawdę wciąż jesteśmy sami, a druga osoba jest uprzedmiotowiona. Spełnia funkcje względem mnie i mojego osobnego poczucia szczęścia. To jest coś innego, niż czuć szczęście razem.

Jeśli tego szczęścia nie czujemy, w pewnym momencie pytamy: co jest nie tak ze mną? lub: Co jest nie tak z tą drugą osobą? Często idziemy do psychologa, żeby to naprawić. Najważniejsze „nie tak” dotyczy tego, że nie jest się w relacji. Na przykład celem „dwójki” jest jej indywidualny pomysł, jak wspólne życie ma wyglądać. Brak szczęścia wynika z tego, że nie udaje się jej tego zrealizować. Podstawową trudnością w relacji jest otworzyć się na relację. Być z tą drugą osobą, a nie nią zarządzać. Kiedy się uda kimś zarządzić, jest po relacji. Szczęście nie jest możliwe, kiedy ja jestem zadowolony, ale kosztem drugiej osoby.

To bardziej układ, w którym dążymy do uzyskania korzyści. Tak. Dość częsty jest układ „ dwójki” z „trójką”. Pierwsza drugą chce okiełznać, a druga chce się wyzwolić. Żyją tak przez jakiś czas, mając nadzieję, że spełni się ich indywidualny sen. „Dwójka” ma nadzieję, że „trójka” wreszcie się nawróci, czyli da się usidlić, a „trójka” czeka, aż „dwójka” ją pokocha „taką, jaka jest”: wolną, niezależną, wspaniałą. Ten rodzaj uwikłania wzajemnie się nakręca. Obie te strategie są bez sensu, choć występują powszechnie i mogą długo trwać.

Czy można powiedzieć, że szczęście w relacji nie jest tożsame z przyjemnością? Myślę, że ludzie częściej stwierdzają, że byli szczęśliwi, niż że są. Dopiero z perspektywy czasu zauważają, jakie dobre chwile ich łączyły. To widać przy rozstaniu – łatwiej rozstać się z tym, co było trudne, niż z tym, co było fajne. Są momenty szczęścia, które przeżywa się na bieżąco, i się o tym wie, ale są też takie, które wydają się zwykłe, a one są przecież szczęśliwe. Często najszczęśliwsza jest właśnie niedoceniana codzienność. Zdarza się, że kiedy przeżywamy romans, to chcemy, żeby się przekształcił w cudowną codzienność. Potem, gdy żyjemy w codzienności, tęsknimy za romansem. Choć oba te miejsca mogą być źródłem szczęścia, nam może się wydawać, że szczęście jest tam, gdzie nas nie ma.

Każdy dzień nie może chyba być szczęśliwy. Próba utrzymania dowolnego stanu, jakikolwiek by był, jest odchodzeniem od rzeczywistości. Codzienność składa się z wielu odmiennych momentów, a przechodzenie przez nie daje poczucie, że jest się w czymś dobrym i prawdziwym. Mam takie powiedzenie, że drzewo rośnie długo. Ono się odnosi też do relacji. W wyniku jej trwania, kiedy doświadczamy perypetii, mierzymy się z wyzwaniami – pojawia się między nami pewien rodzaj powiązania. Tego się nie da osiągnąć romansem. Jeśli relacja ma się przekształcić w coś, co ma wymiar szczęścia opartego na wspólnym życiu, to trzeba zacząć to codzienne życie żyć. Ekscytacja tego nie załatwi, to nie jest kwestia pigułki szczęścia, tylko codziennego bycia w tym, co się wytwarza każdego dnia między ludźmi. Pierwsze uczucia, pierwsze spotkania – to fundamenty, na których buduje się dalej. Wtedy tworzy się połączenie, które daje szczęście. To jest zupełnie inna jakość niż zakochanie.

Warto wspomnieć, że dla wielu samo znalezienie drugiej osoby, z którą przez lata na co dzień dobrze czujemy się w tej samej przestrzeni, może być sporym wyzwaniem. Ten ktoś nas nie drażni, nie irytuje swoją obecnością, po prostu nam nie przeszkadza. To jest duża i niedoceniana wartość, a żeby na kogoś takiego trafić, trzeba mieć szczęście.

Droga do szczęścia wiedzie przez kryzysy? Relacja, jak każdy byt, ewoluuje, i ta ewolucja dzieje się przez coś, co się jej przydarza. Obydwu osobom albo jednej z nich. Zazwyczaj któraś ze stron bardziej czuje impuls do nowego, a wtedy druga najczęściej obstawia to stare i w końcu dochodzi do konfliktu. Jeśli osoba oporująca w końcu nie pójdzie za zmianą, ludzie przestają być razem. Po prostu. Nie da się zatrzymać czasu, życie musi się zmieniać, musi iść naprzód. Jeśli jedna osoba potrzebuje zmiany, dotyczy to też relacji. Oczekiwanie, że ktoś zatrzyma się w miejscu, powoduje, że relacja traci energię, gnuśnieje w starych wzorcach. Ludzie potrzebują się rozwijać czy choćby adaptować do ciągle zmieniającej się rzeczywistości. Dlatego na przykład nie da się w nieskończoność być w fazie romansu. On mija i pojawia się nowa forma dla relacji i trzeba w nią wejść. Relacje mają naturalne fazy, ale nie przechodzi się w nie gładko. Transformacja zawsze oznacza emocjonalne komplikacje.

Jeśli udaje się nam przejść razem do następnego etapu, dotykamy szczęścia? Kiedy ludziom uda się pogadać ze sobą, zrozumieć się, zobaczyć nawzajem w tych trudnych sytuacjach i odzyskać kontakt – to jest to szczęśliwy moment. Nie wiem, czy superradosny. Ale jest to spotkanie, które daje poczucie szczęścia. Przeżywanie tego razem jest kluczowe.

Michał Duda, psycholog, psychoterapeuta; współzałożyciel Instytutu Psychologii Procesu; pracuje w ośrodku Poza Centrum w Warszawie.