fbpx

Zaprogramuj się na zdrowie

Zaprogramuj się na zdrowie
123rf.com

Połowa osób zgłaszających się do Laureli Blyth na konsultacje ma problemy ze zdrowiem. Często przychodzą z polecenia lekarza, który nie potrafi im pomóc.
„Ludzie decydują się na zmiany dopiero wtedy, gdy zostaną postawieni pod ścianą. Czekają do ostatniej chwili – aż mają naprawdę dość albo złamie ich choroba. Przejście ze stanu zdrowia do choroby następuje często w ułamku sekundy. Na szczęście równie szybko może się to odbyć w drugą stronę”.

Trenerka przekonuje, że choroba nie jest dopustem bożym – często wychodzimy z niej z oczyszczonym organizmem, silniejszym układem odpornościowym, może nawet całkowicie odmienieni. Najwięcej zależy od nas samych: „Dawniej nie powiadamiano pacjentów o złym stanie zdrowia – kiedy uwaga skupia się na niekorzystnej diagnozie, wkracza lęk – zwłaszcza jeśli będący dla nas autorytetem lekarz roztacza przed nami mroczne wizje. A przecież to, o czym myślimy, rozrasta się zasilane naszą energią. Dlatego tak ważne jest, by skupiać się na tym, czego chcemy, zaufać sobie i ciału. Ludzie zwykli mówić: uwierzę, kiedy zobaczę. Ja mówię: uwierz, a zobaczysz. Kiedy wierzysz, otwierasz drzwi do uzdrowienia, do zmiany. Wątpliwości te drzwi zamykają”.

Po co ci zdrowie?

Chorobę można wykorzystać do tego, żeby zająć się sobą, własnym rozwojem, odkryć swoje potrzeby, przełamać bariery ograniczeń, lepiej komunikować się z umysłem – wylicza Blyth. Pracę z klientem rozpoczyna zawsze od ustalenia stanu wyjściowego i stanu pożądanego, a następnie zaczyna budować między nimi pomost. Sprawdza, jakimi zasobami, możliwościami dysponuje dana osoba – czy ma pozytywne nastawienie, może liczyć na wsparcie innych, jakie myśli, przekonania, nawyki ją powstrzymują, wreszcie jakie umiejętności czy cechy winna rozwinąć, żeby osiągnąć stan pożądany: „Ważnym krokiem jest zbadanie naszych przekonań na temat zdrowia – ustalenie, dlaczego nam na nim zależy. Niektórzy podświadomie nie chcą wyzdrowieć – być może choroba dostarcza im alibi, by czegoś nie robić, może zyskują dzięki niej troskę i uwagę otoczenia… Motywacja do wyzdrowienia to połowa sukcesu. Tymczasem kiedy pytam ludzi »po co ci zdrowie?«, większość nie potrafi odpowiedzieć”.

Zwykle chcemy być zdrowi, bo nie chcemy być chorzy. Dla naszej podświadomości taka motywacja może się jednak okazać mało atrakcyjna. Stąd pierwsze ćwiczenie warsztatu: wypisujemy wszystkie wartości, które kojarzą się nam ze zdrowiem, po czym porządkujemy je według ważności. Okazuje się, że jednemu doskonałe zdrowie zapewni energię do działania, innemu wolność, niezależność, jeszcze innemu dobry nastrój czy dobry wygląd… Weryfikacji przekonań służą też afirmacje na temat zdrowia. Na przykład takie: Zdrowie i uzdrawianie są normalnym i naturalnym procesem. Ból i choroba są sposobem komunikacji i informują mnie o czymś. Słucham mojego ciała. Ono wie, co trzeba robić, i powie mi to. Mogę uczestniczyć w procesie uzdrawiania. Dostrajam się do uzdrawiającej energii w moim ciele.

Odczytujemy je w parach, sprawdzając, jakie wywołują w nas uczucia. Przy większości zdań pojawiają się wdzięczność, ufność, akceptacja, radość, nadzieja, ale czasem do głosu dochodzą też niepewność, niepokój, zwątpienie…

Złap – wymaż – zastąp

Uświadamiając sobie ograniczające nas przekonanie na temat zdrowia, zyskujemy wybór, możemy coś zmienić. To ważne – zaznacza Blyth – bo ciało i umysł są ściśle połączone, ciało reaguje nieustannie na komunikaty z umysłu. Świadomy umysł zapamiętuje zaledwie 10 procent informacji, z którymi się stykamy. Pozostałe skrzętnie gromadzi podświadomość – wszystko, co mówimy do siebie czy innych, jest dla niej komunikatem. Do tego bierze wszystko dosłownie – nawet kiedy wzdychamy z pobłażaniem: „Jaka jestem głupia!”. Dlatego Laureli przypomina o potrzebie kontrolowania myśli. Na te negatywne poleca prostą metodę złap – wymaż – zastąp: zauważamy taką myśl, wymazujemy ją, po czym wprowadzamy na jej miejsce inną, pozytywną.

Dobrze jest mieć pod ręką kilka prostych „zamienników”, np. jest dobrze, dam radę, jestem OK… „Nawet jeśli nie brzmią one dla nas przekonująco, wprowadzając konsekwentnie nowy komunikat, przestawiamy mózg na inne połączenia neurologiczne – to tak, jakbyśmy przestali jeździć jedną drogą i uczyli się jeździć drugą. Jest takie powiedzenie: Fake it till you make it – udawaj, aż stanie się to prawdą”.

Kiedy mówimy „nie dam rady”, „mam dość”, „nienawidzę życia”, podświadomość robi wszystko, by to potwierdzić. A że nie potrafi odróżnić, co dla nas dobre, a co nie, gotowa posłużyć się nawet chorobami. Na szczęście znając zasady, według których działa, możemy odwołać się do niej, żeby odzyskać zdrowie. To dlatego Laureli Blyth jest w stanie pomóc chorym, nie będąc lekarzem: „Sama choroba nie ma dla mnie większego znaczenia, interesuje mnie jej przyczyna, próbuję skomunikować się z tym, co wywołało dolegliwość. Poprzez chorobę czy ból ciało sygnalizuje jego właścicielowi jakiś problem, potrzebę. Czasem jest to ostrzeżenie, sugestia, np. żeby się zatrzymać – intencja jest zawsze pozytywna. Kiedy więc pojawia się dyskomfort – zamiast z nim walczyć, wykopywać siłą – warto zrozumieć treść przekazu. To pierwszy krok do uzdrowienia”.
Laureli uczy nas komunikować się z symptomami. Ponieważ podświadomość posługuje się symbolami, w stanie relaksacji prosimy o pojawienie się symbolu naszych dolegliwości. Jedna z uczestniczek, skarżąca się na przykurcze w miednicy, widzi swój ból jako obręcz z kolcami. Po tym jak udaje jej się zrozumieć intencję, obręcz zamienia się w serce.

Tu rządzą emocje

Oprócz myśli, przekonań ogromny wpływ na zdrowie mają nasze emocje. Powodują one pojawienie się we krwi określonych substancji chemicznych. Wszystko przeżywamy więc na poziomie umysłowym, emocjonalnym i fizycznym. Emocje są niczym fala, wciąż przechodzimy z jednego stanu do drugiego: od radości do smutku, od złości do współczucia. „Ważne, byśmy pamiętali, że jesteśmy jedynymi osobami odpowiedzialnymi za każdy z tych stanów” – podkreśla Laureli Blyth. „Kiedy przerzucamy odpowiedzialność na innych ludzi, mówiąc na przykład »złościsz mnie«, oddajemy im swoją moc, pozwalamy, by nas kontrolowali, naciskali nasze guziki. Tak naprawdę nikt nie może cię zranić, dopóki mu na to nie pozwolisz”.

Blyth wyróżnia pięć głównych emocji zatruwających krew: gniew, smutek, lęk, uraza i poczucie winy. Gniew jest jej zdaniem próbą odzyskania kontroli nad innymi lub sobą – rezygnując z potrzeby kontrolowania, przestajemy się złościć. Smutek oznacza, że nie bierzemy odpowiedzialności za własne szczęście, podczas gdy lęk to… zabawianie się tworzeniem wizji różnych zagrożeń. Emocje bywają bardzo silne, czasem wręcz stajemy się nimi, biorą nas we władanie, odbierają zdolność działania i podejmowania decyzji. Często reagujemy nieadekwatnie do sytuacji – niewinne zdarzenie przywołuje dawne urazy, niezagojone rany: „Nie chodzi o to, żeby nie doświadczać emocji, zwłaszcza że dostarczają nam cennych informacji, ale żeby nie dźwigać bagażu z przeszłości, nie uruchamiać całego łańcuszka żalów. W krytycznym momencie zatrzymaj się, zauważ, co się dzieje – możesz zostać z tą emocją albo zadziałać inaczej. Zawsze masz wybór”.

Jeżeli dotknęło nas boleśnie jakieś doświadczenie, nadal możemy decydować, co z tym zrobić: skupić się na bólu i wybrać drogę w dół (poprzez zranienie, rozpacz, smutek aż do depresji) albo ruszyć w górę. Pierwsza rzecz, jaka wynosi nas ponad ból, to akceptacja zdarzenia, zaraz potem wybaczenie – komuś, sobie. Kolejne kroki to skupienie się na celu, misji, dążenie do samorealizacji. Laureli jest przekonana, że każdy ma misję, nawet jeśli nie do końca ją zrozumiał, nawet jeśli po drodze miałaby się ona zmienić: „Kiedy ktoś mówi, że nie ma celu w życiu, jest to dla mnie sygnał, że nie zrobił któregoś z dwóch pierwszych kroków – nie zaakceptował jakiejś sytuacji, nie wybaczył”.

Ból pokonany

Podczas warsztatów uczymy się też neutralizować traumatyczne doświadczenia. Okazuje się, że oglądając dramatyczne zdarzenie z określonej perspektywy, niczym film (wprowadzając do obrazu odpowiednie kolory, dźwięki), możemy w parę minut pozbyć się fobii i traum, z którymi w gabinecie psychiatry mierzylibyśmy się latami. Inna cenna i prosta umiejętność ma zastosowanie przy bólu. Laureli pokazuje, jak to działa, na przykładzie jednej z uczestniczek skarżącej się na ostry ból karku. Prosi dziewczynę, żeby zamknęła oczy i oceniła jego natężenie w skali od 0 do 10. Potem dotyka jej łokcia i każe obrysować kilkakrotnie zęby czubkiem języka.

Po kolejnych rundach – podczas których Blyth dotyka dziewczyny, a ta wykonuje różne okrężne ruchy – ból maleje z 9 do 2. Ważne, by dotykać niebolących części ciała i zlecać nowe zadania – kręcenie kółek stopą, rysowanie ich palcem na czubku nosa, zataczanie okręgów oczami – a po każdej rundzie pytać: „Co zauważasz?”, „Jak jest teraz” (a nie czy nadal boli). Ten prosty środek przeciwbólowy można też stosować na sobie. Okrężne ruchy służą synchronizacji półkul mózgowych, a cała sztuka polega na cofnięciu bólu na dalszy plan. Zaangażowanie w jakąś czynność działa znieczulająco – często sportowcy dopiero po meczu odczuwają poważne kontuzje. Laureli pamięta, że w dzieciństwie, gdy zdarzyło się jej np. zedrzeć kolano, babcia albo mama mówiły: poruszaj paluszkami.

Teraz zajmuje się swoim zdrowiem świadomie, wizualizuje siebie zdrową i sprawną, a każdy dzień rozpoczyna od śpiewania pod prysznicem piosenki o tym, że „każda komórka mojego ciała jest zdrowa i ma się dobrze”. Czasem tylko stosowane przez nią metody budzą sensację – jak niedawno na parkingu, kiedy przycięła sobie palec drzwiami samochodu. Powtarzała ten gest zamykania drzwi z palcem, jak wcześniej, na dachu samochodu, aż ból ustąpił. Zachęca, by odwoływać się do tej sztuczki przy różnych stłuczeniach, kontuzjach: wykonujemy wielokrotnie niefortunny gest, powtarzając np. „w porządku”. Chodzi o to, żeby przekonać podświadomość, że dany ruch nie powoduje szkód. Blyth zapewnia, że to działa, nawet jeśli w to nie wierzymy. I zaleca praktykę, przywołując powiedzenie z Nowej Gwinei: „Wiedza jest tylko plotką, dopóki nie przeniknie do twoich mięśni”.