1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Mięśnie dna miednicy - jak je ćwiczyć, by mieć lepszy seks?

Mięśnie dna miednicy - jak je ćwiczyć, by mieć lepszy seks?

Jednym z lepszych ćwiczeń na mięśnie dna miednicy jest malasana (Fot. iStock)
Jednym z lepszych ćwiczeń na mięśnie dna miednicy jest malasana (Fot. iStock)
Są położone tak głęboko w ciele, że łatwo o nich zapomnieć i je zaniedbać. A przecież mięśnie dna miednicy odgrywają olbrzymią rolę w kobiecym życiu, także seksualnym. Na szczęście możemy je ćwiczyć! Na czym polega odpowiedni trening - wyjaśnia certyfikowana terapeutka uroginekologiczna Kamila Raczyńska-Chomyn. 

Czym są mięśnie dna miednicy?
Mięśnie dna miednicy, w skrócie mdm, to struktura, która wraz z więzadłami i powięzią tworzy podporę dla organów - po angielsku mówimy nawet pelvic floor, czyli podłoga miednicy - oraz wchodzi w skład cylindra mięśniowego, łącznie z przeponą oddechową, a także mięśniem poprzecznym brzucha. Mięśnie dna miednicy są mięśniami poprzecznie prążkowanymi, co oznacza, że mamy nad nimi kontrolę. Ponieważ jednak położone są głęboko w ciele, nie widzimy ich w pracy. Zdrowe mięśnie dna miednicy są zarazem silne i elastyczne, ale umieją się też rozluźniać - w zależności od potrzeby. Podtrzymują pęcherz, macicę oraz odbytnicę. Biorą udział w wielu procesach fizjologicznych i powinny się aktywować, gdy chcemy coś podnieść, dźwignąć, przeskoczyć, kichnąć czy w sytuacji wzmożonego wysiłku fizycznego. Podczas ciąży rozciągają się równie mocno co rosnący brzuch, za to podczas porodu drogami natury ważne jest, żeby kobieta umiała je rozluźnić.

Przez wiele lat żyłam w przekonaniu, że mięśnie dna miednicy to po prostu mięśnie Kegla i wystarczy je regularnie zaciskać, tak jak wstrzymuje się strumień moczu.
Myśli tak pewnie bardzo wiele osób, tymczasem nadmierne zaciskanie mięśni dna miednicy współczesnym kobietom absolutnie nie służy! Owszem, w czasach naszych babć i prababć wiele kobiet cierpiało z powodu nadmiernie rozluźnionych lub rozciągniętych mięśni dna miednicy. Ówczesne kobiety miały za sobą dużo więcej porodów niż współczesne, wiele z nich nie mogło sobie po nich pozwolić na 40 dni odpoczynku w połogu, niektóre miały starsze dzieci, którymi musiały się opiekować, inne ciężko pracowały fizycznie. Kiedyś częstsze było więc na przykład wypadanie narządów związane z obniżonym napięciem mięśni dna miednicy czy nietrzymanie moczu. Tymczasem kobiety, które dziś trafiają do gabinetu, w którym pracuję, to osoby bardzo pospinane. Także w mięśniach dna miednicy. A spięte i skurczone mięśnie dna miednicy sprawiają, że organy w brzuchu są ściśnięte i przez to gorzej ukrwione i dotlenione. Czujemy ból brzucha, miewamy zaparcia, płytko oddychamy, mamy zgagi.

Dlaczego tak się dzieje?
Wpływa na to m.in. stres i tempo życia. Gdy zaczynałam pracę z mięśniami dna miednicy, zakładałam, że będą do mnie trafiały kobiety głównie na ćwiczenia wzmacniające. Szybko okazało się, że jest odwrotnie! Śmiało mogę powiedzieć, że ponad 90% moich klientek to kobiety potrzebujące relaksu oraz rozluźnienia.

Jak przeciętna kobieta może zorientować się, że jej mięśnie dna miednicy nie pracują prawidłowo?
Jednym z najbardziej oczywistych sygnałów są bolesne miesiączki. Podobnie bolesne stosunku - i chodzi o ból zarówno przy wejściu do pochwy, jak i głębiej w dole brzucha. Niepokoić powinny również nawracające infekcje pęcherza moczowego, wreszcie wszelkie problemy z oddawaniem moczu. O kłopotach z mięśniami dna miednicy mogą świadczyć także choroby jelit, chroniczne bóle brzucha, przez wielu lekarzy zbyt szybko diagnozowane jako zespół jelita drażliwego. No i bruksizm, czyli nocne zgrzytanie zębami oraz zaciśnięta szczęka - praktycznie zawsze wiąże się to z napięciem mięśni dna miednicy, bo to jest jedna taśma mięśniowo-powięziowa. Mimo że zwykle apeluję, żeby pacjentki nie diagnozowały się same, to muszę przyznać, że kobiety zazwyczaj dobrze interpretują sygnały z ciała, mówią: "jestem spięta wszędzie, wcale bym się nie zdziwiła, gdybym była spięta również tam".

A jak to wpływa na seks?
Fatalnie. Jeżeli kobieta jest pozaciskana, to w najlepszym przypadku nie ma orgazmów, w najgorszym - cierpi podczas współżycia, a skoro boli przy każdym współżyciu, przestaje współżyć. Czuje się rozżalona i zadaje sobie pytanie, jak długo partner będzie wyrozumiale wspierał ją w takiej sytuacji, co dodatkowo generuje napięcie oraz stres. Byłoby wspaniale, gdyby mogła przyjść choć na jedną wizytę do fizjoterapeuty, który zaleci jej zestaw ćwiczeń relaksacyjnych i oddechowych do wykonywania w domu, bez nadmiernego obciążania jej budżetu.

Zastanawiam się, jak kondycja mięśni dna miednicy reguluje zdolność przeżywania orgazmów.
Kobietom często się wydaje, że im bardziej pozaciskane będą, tym silniejszych doznań doświadczą. Wciągają brzuch, by wydać się partnerowi smuklejsze, zaciskają pochwę, co ma zwiększyć intensywność orgazmu. Natomiast jest to technika bardziej skoncentrowana na przyjemności partnera. By kobieta mogła odczuć naprawdę długi falujący orgazm wraz ze skurczami mięśni dna miednicy, często z drganiami nóg i wszelkimi doznaniami z całego ciała - musi po pierwsze oddychać, a po drugie być rozluźniona. To da mięśniom dna miednicy możliwość kurczenia się i rozkurczania podczas orgazmu. Zresztą te same zasady obowiązują podczas porodu: najpierw rozluźniłyśmy się, żeby wpuścić partnera w nasze ciało i przeżyć z nim orgazm, teraz, w porodzie, rozluźniamy się, by dziecko mogło wyjść na świat tą samą drogą.

Dobry poród to ruch i oddech, to rozluźnienie, kucanie, wydawanie dźwięków, śpiew, otwieranie gardła i ust, żeby tym samym otworzyć drogi rodne. To jest bujanie miednicą i całowanie się z partnerem, które sprawia, że wydziela się oksytocyna. Bardzo bym chciała, żebyśmy zmieniły narrację wokół porodu z "zadaniowej" i krzyku: "przyj", na pełną zaufania do ciała rodzącej kobiety.

A czy kobieta, która czuje się w pełni zdrowa i nie ma problemów ze współżyciem, także powinna ćwiczyć? Jak ćwiczyć mięśnie dna miednicy?
Wychodzę z założenia, że oddech, relaks, świadomość swojego ciała to coś, co przydaje się każdej z nas. I tak jak ćwiczeń napinających absolutnie nie rekomenduję bez odpowiedniej diagnozy, tak uważam, że każdej kobiecie przydałaby się wiedz o tym, co i jak ma rozluźnić.

Zaniepokoiłam się, bo nie wiem, czy ćwiczenia, na które chodzę, bardziej mnie rozluźniają czy spinają. Lubię pilates i ashtanga jogę, w fitness klubie często wybieram zajęcia wzmacniające core. Czy mogę zaszkodzić swoim mięśniom dna miednicy?
Z ashtanga jogą bym uważała - to bardzo "niekobiecy" system jogi. Przez półtorej godziny ćwiczy się w nim, trzymając tzw. bandy, co de facto jest zaciskaniem mięśni dna miednicy. A jak już powiedziała, tak długie napięcie zdecydowanie kobietom nie służy. Uważałabym też z crossfitem i podnoszeniem dużych ciężarów oraz modnymi trampolinami. Natomiast pilates i większość ćwiczeń wzmacniających core, czyli na przykład deski, stanie na jednej nodze, ćwiczenia równoważne czy na specjalnym dysku sensorycznym tzw. berecie są bezpieczne, o ile później włączysz ćwiczenia rozluźniające. Jeśli wykonujesz w domu trening fitness z YouTube'a, po skończeniu przełącz go na przykład na jogę dla ciężarnych, którą polecam wszystkim kobietom, nie tylko w ciąży.

Co jeszcze możemy zrobić, by rozluźnić mięśnie dna miednicy? Jakie są ćwiczenia wzmacniające mięśnie dna miednicy?
Świetne będą wszelkie tak zwane "ćwiczenia otwierające biodra". W jodze są to na przykład malasany, czyli niskie kucnięcia na całych stopach oraz pozycja szczęśliwego dziecka. Dobrze działa też leżenie na plecach z nogami opartymi o ścianę, a także wszelkie skłony, ale z lekko ugiętymi nogami i luźno wiszącą głową. Rozluźniające są również ćwiczenia oddechowe i praca z głosem, biały śpiew - prosto z brzucha jak w ludowych pieśniach, a także westchnięcia, pojękiwania, ziewanie w głos, sapanie z ulgą.

Wyobrażam sobie, że takie rozluźnianie może odblokować coś na poziomie emocji.
Zwłaszcza że napięcia związane z traumami u kobiet gromadzą się w okolicach brzucha, bioder i genitaliów. Najczęściej spowodowane są przemocą seksualną, trudnym porodem, poronieniami. Do gabinetu, w którym pracuję, trafiają też pacjentki, które wyniosły z domu przekonanie, że ich genitalia są złe, nieczyste. Nigdy się "tam" nie dotykają ani nie oglądają. Często nie przeżywają orgazmów. Nie potrafią odczuwać przyjemności ze współżycia. Trening rozluźniający może to zmienić.

Kiedy przydaje się z kolei wzmacnianie mięśni dna miednicy?
Skorzystać z treningu wzmacniającego, po odpowiedniej diagnozie, może na przykład kobieta w wieku pomenopauzalnym. Jeżeli nauczymy ją aktywować mięśnie dna miednicy i wzmocnimy stabilizację głęboką, to zmniejszy się ryzyko, że przy upadku połamie sobie kości. Pracowałam też z babciami uczestniczącymi w wychowaniu wnuków i często okazywało się, że potrzebują wsparcia w nauce codziennych czynności, jak podnoszenie dziecka czy wstawanie z podłogi, po zabawie z wnukiem. Za to mitem jest, że każda kobieta po porodzie drogami natury potrzebuje treningu wzmacniającego!

Mam poczucie, że wiele kobiet takie ćwiczenia oddechowe czy rozluźniające może uznać za fanaberię.
Niestety, tak, ale naprawdę warto znaleźć na nie czas, bo zwiększają świadomość ciała. Kobiety już po kilku treningach zaczynają się orientować, że przez cały dzień w pracy mają pozaciskaną twarz. Próbują więc świadomie oddychać, masują sobie szczęki, rozluźniają brzuch, przeciągają się regularnie. Zdejmują pod biurkiem ciasne buty i ruszają palcami stóp, czym aktywują bardzo ważną taśmę tylną. To niby proste zabiegi, a bardzo wpływają na właściwe funkcjonowanie mięśni dna miednicy.

A może ćwiczenia rozluźniające mięśni dna miednicy warto wprowadzić przed snem?
Zdecydowanie tak, a do tego wcale nie muszą być one skomplikowane. Wystarczy, że do swojego ulubionego treningu relaksacyjnego czy medytacyjnego dołożysz uwagę skierowaną do miednicy. Jakość twojego życia, w tym także seksualnego, zdecydowanie się poprawi.

Kamila Raczyńska-Chomyn - pedagożka resocjalizacyjna, instruktorka treningu mięśni dna miednicy oraz doulą, dobrecialo.pl

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Moda i uroda

Ćwiczenia i masaże na twarz

Nie wystarczy chodzić regularnie na profesjonalny masaż twarzy do salonu. Liczy się to, jak będzie dbać o cerę na co dzień. (Fot. iStock)
Nie wystarczy chodzić regularnie na profesjonalny masaż twarzy do salonu. Liczy się to, jak będzie dbać o cerę na co dzień. (Fot. iStock)
Nagość zaczyna się od twarzy – napisała Simone de Beauvoir. I faktycznie, fizjonomia odzwierciedla to, jak żyjemy, w jaki sposób się odżywiamy, czy szanujemy swoje ciało, zatem i same siebie. Owszem, zawsze można się ukryć pod makijażem, ale – jak przekonuje charakteryzatorka Aneta Kolendo-Borowska – lepsze i zdrowsze są ćwiczenia i masaże.

Dlaczego mówimy, że twarz jest naszą wizytówką? Bo w drugim człowieku jako pierwszą zauważamy twarz, po twarzach się rozpoznajemy, z mimiki odczytujemy niewerbalne sygnały. Należy więc o nią dbać nie po to, by była ładna i wiecznie młoda, tylko by najlepiej odzwierciedlała nas samych.

Czy w naturalny sposób możemy sobie poradzić ze zmarszczkami, które przecież postarzają? To nie zmarszczki nas postarzają, ale owal twarzy, który z wiekiem staje się coraz mniej wyrazisty. I tak, dzięki odpowiedniej pielęgnacji możemy uzyskać dobre rezultaty. Sama nie korzystam z medycyny estetycznej, wygląd zawdzięczam uważności na potrzeby mojej skóry i masażowi. Jeśli możemy pozwolić sobie na głęboki masaż raz w tygodniu, to wspaniale, ale jeszcze ważniejsze jest to, co robimy pomiędzy wizytami w salonie, bo codzienne zachowania wpływają na nasz wygląd – na przykład dużo czasu spędzamy, wpatrując się w ekran smartfonów, co powoduje tworzenie się drugiego podbródka albo podczas rozmowy trzymamy telefon przy uchu, przez co tworzą się zmarszczki na policzkach. Lepiej używać słuchawek lub zestawów głośnomówiących. Poza tym wiele osób  ze stresu zaciska szczęki, a to powoduje np. podłużne bruzdy nad ustami, zwane zmarszczkami palacza czy – jak usłyszałam ostatnio – kodem kreskowym. Jemy też dużo miękkiego jedzenia, więc mniej gryziemy i tym samym nie gimnastykujemy żuchwy. A mięśnie twarzy są połączone.

Można korzystać z filmików z ćwiczeniami na twarz, których mnóstwo jest na YouTubie. Gdy nauczymy się podstawowych ruchów, możemy ćwiczyć w każdej wolnej chwili, a maseczki nawet nam to ułatwiają. Ostatnio jechałam pociągiem i dzięki przysłoniętej twarzy mogłam do woli robić dziwne miny. Warto też zaopatrzyć się w specjalny roller liftingujący z dwiema kulkami na końcu, taki roller zasysa skórę i tym samym ją rozmasowuje. To naprawdę działa! W ramach eksperymentu masowałam przez 30 dni tylko jedną połowę twarzy i okazało się, że bruzda nosowo-wargowa po tej stronie stała się krótsza.

Na nasz wygląd wpływa też spięty kark, więc znów – niezależnie od profesjonalnego masażu – warto samemu go uciskać. Jeśli boli, to znaczy, że bardzo tego potrzebujemy. Wiele zależy również od tego, jak śpimy. Jestem w stanie powiedzieć, na którym boku śpią moje klientki, bo mają po tej stronie głębszą bruzdę nosowo-wargową. Najlepiej zasypiać na wznak, bez poduszki. Może nie będzie to na początku specjalnie komfortowe, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić.

Jakiś czas temu mówiło się, że nie należy masować twarzy, bo rozciągnie się od tego skóra. Dziś masaże i ćwiczenia twarzy przeżywają ogromną popularność. Dzięki globalizacji dotarły do nas trendy z Azji. Zaczęliśmy doceniać efekty jogi twarzy, japońskiego masażu kobido, akupresury czy shirodary, czyli ajurwedyjskiego rytuału polegającego na polewaniu okolic trzeciego oka strumieniem ciepłego oleju. Wzmianki o masażu twarzy pojawiają się w zapiskach z trzeciego wieku przed naszą erą. Nie ma on nic wspólnego z rozciąganiem skóry, wprost przeciwnie, dzięki masażowi i ćwiczeniom staje się ona lepiej ukrwiona i odżywiona, a przez to jędrniejsza. Maluję czasem śpiewaczki operowe. Wszystkie one, nawet dojrzałe już panie, mają przepiękne, idealnie gładkie dekolty. To skutek uboczny tego, że nieustannie pracują klatką piersiową.

Polki zachłysnęły się koreańską pielęgnacją, ale czy rzeczywiście będzie ona dla nas tak skuteczna jak dla Azjatek? Azjatyckie kosmetyki i rytuały pielęgnacyjne są wspaniałe, ale nie da się ukryć, że mamy inne twarze, choćby ze względu na układ kości czy częstą u mieszkanek Azji fałdę mongolską na górnej powiece. Azjatki mają też grubszą skórę i podściółkę tłuszczową, przez co wyglądają młodziej. Ich skóra lepiej znosi różnice temperatur i przesuszenie, a kosmetyki rzadziej ją podrażniają. Nawet masaż kobido, bardzo obecnie popularny, został stworzony z myślą o tamtejszej fizjonomii. Jest tam jeden gest, podczas którego dłoń masażysty płynnie przechodzi z jednej partii twarzy na drugą. U Europejek dłoń łatwo może zahaczyć wtedy o nos, w przypadku malutkich nosków Azjatek do tego nie dochodzi. Jeśli decydujemy się na masaż kobido, warto też pamiętać, żeby używać dużo olejku. Jako Polki mamy bowiem płytko unaczynioną skórę, więc każdy masaż powinien odbywać się z dużym poślizgiem.

Na co jeszcze jako Polki powinniśmy szczególnie uważać? Nasza skóra jest cienka, a do tego wystawiona na działanie dużych amplitud temperatur, co sprzyja pękaniu naczynek. W okresie zimowym przegrzewamy się, co sprawia, że nasze skóry są przesuszone. Modne morsowanie jest z mojej perspektywy wspaniałym snobizmem, bo zimno cudownie wpływa na skórę, ujędrnia ją i odmładza. Nie musimy oczywiście kąpać się w przerębli, wystarczy, że ustawimy temperaturę w sypialni na niższą.

Do największych pielęgnacyjnych grzechów Polek należy niezmywanie makijażu, a skóra musi odpocząć! Wiele kobiet używa zresztą za dużo kosmetyków, do tego często niedopasowanych do potrzeb skóry. Zamiast wybrać się do dermatologa, wolą zamalować trądzik grubą warstwą podkładu. Nie bardzo też rozumieją swoją skórę i jej potrzeby. A na jej wygląd może mieć wpływ bardzo wiele czynników: proszek użyty do prania pościeli; szampon, który podczas spłukiwania dostał się do oczu i na twarz; lakier do włosów.

Stan cery bardzo często wynika również z tego, co zjadłyśmy poprzedniego dnia. Od lat wyjeżdżam do Azji na wakacje. Długo nie zrozumiałam, dlaczego po powrocie do kraju stan mojej cery gwałtownie się pogarszał. W końcu uświadomiłam sobie, że chodzi o dietę: na wakacjach jadłam zdecydowanie mnie glutenu, za to na przykład wodorosty, które pomagają Azjatkom zachować jędrną skórę.

Jest pani charakteryzatorką, umalowała setki osób. Jaką wiedzę o skórze wyniosła pani ze swojej pracy? Moja praca polega nie tyle na malowaniu, co wręcz tworzeniu nowych twarzy. W zeszłym roku obchodziłam 25-lecie swojej pracy zawodowej, przez ten czas zyskałam ogromną wiedzę i świadomość. Na początku zachłysnęłam się kolorowymi kosmetykami i możliwościami, jakie dawały. Stosowałam produkty, które zawierały silikony, kleje, mnóstwo konserwantów. Z czasem zauważyłam jednak, że im bardziej troszczę się o twarz osoby, którą maluję, tym lepszy makijaż wychodzi. A jeśli najpierw wymasuję twarz aktora, nie potrzebuję potem aż tylu produktów do malowania, bo skóra i tak wygląda promiennie. Moje zainteresowania przeszły w stronę masażu i pielęgnacji, i poczułam, że chciałabym stworzyć kosmetyk, który zadbałby o skórę malowanych przeze mnie osób. I tak powstało Serum Rozświetlające Saint Oil, w którego skład wchodzi mieszanka cennych olejków i naturalnych składników aktywnych. Z czasem – na podstawie inspiracji z całego świata – stworzyłam autorską metodę masażu i automasażu Bless Me.

Makijaż jest super, poprawia humor, dodaje pewności siebie, może być środkiem ekspresji. Ale im bardziej zadbana skóra, tym mniej go potrzebujemy. Nawet modne na Instagramie konturowanie, polegające na nałożeniu kilku kosmetyków w różnych kolorach, okaże się niepotrzebne, jeśli porządnie wymasujemy twarz rollerem. Kości policzkowe wydadzą się lepiej zarysowane i wystarczy je tylko musnąć bronzerem, by wyglądały pięknie.

Podstawowa wiedza, jaką wyniosłam, jest więc taka, że nasza skóra, podobnie jak my sami, potrzebuje uważności i świadomego dotyku.

Aneta Kolendo-Borowska, charakteryzatorka filmowa i teatralna z 25-letnim stażem, terapeutka twarzy. Twórczyni marki Bless Me Cosmetics, której kluczowym produktem jest Serum Rozświetlające Bless Me Saint Oil Skin&MakeUp.

Na cztery pas

Nie wystarczy chodzić regularnie na profesjonalny masaż twarzy do salonu. Liczy się to, jak będziemy dbać o cerę na co dzień. Aneta Kolendo-Borowska proponuje, by domowa pielęgnacja obejmowała cztery elementy:
  • Drenaż limfatyczny (ważny zwłaszcza przy tendencji do obrzęków). Układ limfatyczny, w przeciwieństwie do krwionośnego, nie ma własnej pompy. Trzeba go rozruszać, zatem każdy dzień najlepiej zacząć od tego, żeby wysunąć głowę poza krawędź łóżka i parę minut poleżeć na plecach z głową w dół. Potem warto delikatnie przyłożyć dłonie do twarzy i przesunąć je do węzłów chłonnych przy obojczykach. W ten sposób stymulujemy limfę do przemieszczania się i obrzęk maleje.
  • Masaż skóry rollerem liftingującym zakończonym dwiema kulkami. Wystarczy przejechać nim siedem razy na każdą partię twarzy, pamiętając, by wszystkie ruchy były do góry, przeciwnie do grawitacji. Można to robić w każdej sytuacji, nawet szykując herbatę czy oglądając serial.
  • Ćwiczenia wzmacniające i napinające mięśnie. Dobrze jest robić różne dziwne, przerysowane miny, np. wytrzeszczać szeroko oczy, robić ustami ruch, jakby się rozcierało szminkę, a zwłaszcza rozluźniać żuchwę, bo zaciśnięte szczęki to bardzo powszechny problem.
  • Uciśnięcie punktów akupresurowych na twarzy (usuwa napięcie, a rysy stają się bardziej miękkie i łagodne). Przykładamy rozczapierzone palce do czoła, dociskamy je licząc do siedmiu i odpuszczamy. Potem w ten sam sposób uciskamy skronie i punkt między brwiami, tzw. trzecie oko, a koniec punkt tuż pod nosem, nad ustami.

  1. Zdrowie

W przyjaźni z ciałem

„Rozciąganie jest ważne dla zdrowia i samopoczucia. Pozwala nam przezwyciężyć ograniczenia naszego ciała zarówno w życiu codziennym, jak i w sporcie. (Fot. Ania Powałowska)
„Rozciąganie jest ważne dla zdrowia i samopoczucia. Pozwala nam przezwyciężyć ograniczenia naszego ciała zarówno w życiu codziennym, jak i w sporcie. (Fot. Ania Powałowska)
Porzućmy na chwilę marzenia o idealnej sylwetce, smukłej i wyrzeźbionej. Poszukajmy takiej formy ruchu (a może bezruchu), która rozpuści napięcia i pomoże nam poczuć się dobrze we własnym ciele. W bonusie masz czystą głowę i uczucie lekkości i radości w sercu.

Biegaj w tempie niko niko, czyli z uśmiechem. Już w latach 80. profesor Hiroaki Tanaka z Uniwersytetu Kiusiu w Fukuoce, którego specjalizacją była fizjologia sportu z naciskiem na prewencję chorób cywilizacyjnych, propagował zasadę, że każdy potrzebuje odpowiedniej ilości aktywności fizycznej – nie za mało i nie za dużo. Jak sprawdzić, czy trening jest optymalny dla ciebie? Jak mówił profesor Tanaka w wywiadzie z Oriną Krajewską:

„Jednym z kryteriów jest uśmiech, jeśli możesz się uśmiechać i jesteś w stanie prowadzić rozmowę w czasie treningu, to znaczy, że jego intensywność jest właściwa. Bardzo intensywne ćwiczenia powodują stres, a na pewno nie potrzebujemy go więcej w swoim życiu. Po latach badania optymalnej, indywidualnie dostosowanej intensywności ćwiczeń stało się jasne, że 30 minut aktywności fizycznej dziennie, na tyle lekkiej, aby uprawiać ją z uśmiechem, może zdziałać cuda”.

Profesor Tanaka opracował metodę slow joggingu, wolnego biegu przeplatanego sprintami i ćwiczeniami, na przykład z użyciem hantli. Ale ćwiczyć z przyjemnością można na wiele sposobów.

Gyrotonic

Trening gyrotonic przypomina taniec z maszyną. Ćwiczenia wykonuje się płynnie, uważnie i w harmonii z oddechem. Ta popularna na Zachodzie metoda ćwiczeń u nas dopiero raczkuje, ale warto ją poznać, ponieważ jest to wyjątkowo wszechstronny trening, który dba o cały aparat ruchu, mięśnie i stawy. Ćwiczyć mogą kobiety w ciąży, osoby starsze, a nawet pacjenci w czasie rehabilitacji.

„Metodę tę poznałam we Włoszech, gdzie jest znana i praktykowana od lat”, mówi Stefania Chiarelli, instruktorka gyrotonicu, założycielka Nashe Studio na warszawskim Powiślu. „Twórcą metody gyrotonic jest Węgier Juliu Horvath, który był zawodowym tancerzem. Poszukiwał metody, która pozwoli mu wrócić do pracy po kontuzji i zerwaniu ścięgna Achillesa. Próbował pilatesu, jogi, pływania. Jednak w każdej z tych aktywności czegoś mu brakowało. Dlatego zaczął myśleć nad własnym systemem ćwiczeń. Tak opracował Gyrokinesis®, a potem rozpoczął pracę nad maszyną do treningu. Ćwiczenia ze specjalistycznym sprzętem to właśnie gyrotonic. Teraz, choć ma 79 lat, Horwath nadal dba o zdrowie i o kręgosłup, ćwicząc gyrotonic”, mówi instruktorka.

Gyrotonic to ćwiczenia, które wykonuje się na specjalistycznym sprzęcie. (Fot. Ania Powałowska) Gyrotonic to ćwiczenia, które wykonuje się na specjalistycznym sprzęcie. (Fot. Ania Powałowska)

Metoda ta łączy różne techniki treningowe i formy aktywności, które uczą świadomego ruchu, poprawiają mobilność i gibkość ciała, ale też zwiększają jego siłę i wytrzymałość. Na pierwszy rzut oka gyrotonic jest bardzo podobny do pilatesu.

„W pilatesie pracujemy w dwóch osiach i skupiamy się na wzmocnieniu mięśni w konkretnych partiach ciała. W gyrotonicu maszyna narzuca spiralne i faliste ruchy, można powiedzieć, że jest to ruch trójwymiarowy, może się kojarzyć z pływaniem. W ćwiczeniach skupiamy się na wzmocnieniu mięśni przy kręgosłupie oraz brzucha, które odpowiedzialne są za stabilizację naszej miednicy, jak i całej sylwetki. Ważny jest też oddech. Każdy ruch powinnien być połączony z oddechem, ale na co dzień, w stresie i napięciu, o tym zapominamy. W trakcie sesji pracujemy nad przywróceniem naturalnej synchronizacji ruchu i oddechu”, wyjaśnia Stefania Chiarelli.

Stretching

Kama Nienałtowska ćwiczy od trzeciego roku życia. Jest ekspertką w dziedzinie rozciągania. Stretching jest jej pasją. Uczy go od 17 lat, prowadzi warsztaty i szkolenia ze stretchingu dla polskiej kadry instruktorskiej, artystów profesjonalistów i amatorów. „Rozciąganie jest ważne dla zdrowia i samopoczucia. Pozwala nam przezwyciężyć ograniczenia naszego ciała zarówno w życiu codziennym, jak i w sporcie. Mnie przede wszystkim zależy na tym, by pomóc ludziom poczuć się lepiej, rozruszać się. Potem, jeśli ktoś chce, można przesuwać tę poprzeczkę stopniowo coraz dalej”, mówi Kama.

„Zwracam dużą uwagę na świadomą pracę z ciałem. Na treningu pokazuję, dlaczego nasze ciało potrafi tyle, ile potrafi. Podczas całego naszego życia mięśnie i mózg zbierają informacje o tym, jak się poruszamy. Jesteśmy przyzwyczajeni, że coś się da, a czegoś się nie da zrobić. Ja staram się pokazać, jak możemy przekonać nasze ciało, że może pracować lepiej, efektywniej. Nie robimy nic na siłę, ale powoli, w indywidualnym tempie przesuwamy granicę swoich możliwości”, przekonuje trenerka.

Entuzjazm Kamy i jej niezachwiane przekonanie, że każdy, niezależnie od wieku, może zrobić coś dla siebie, są zaraźliwe. „Ważne, żeby zrobić pierwszy krok, nawet malutki, który sprawi, że poczujemy się troszkę lepiej, a potem to powtórzyć. W ten sposób możemy pomału przesuwać strefę komfortu. Stereotypowo rozciąganie to dwa skłony do przodu po treningu i tyle. Kojarzymy je też z ćwiczeniami, gdy ktoś kogoś strasznie dociska. Dociskany płacze i cierpi. Ja proponuję pracę, w której dbamy o równowagę między zakresem ruchu a kontrolą ruchu. Efekty osiągamy bezpiecznie, bez dociskania. Gdy ciało odbiera ruch jako coś przyjemnego, efekty zostają z nami na dłużej”. Czy stretching można ćwiczyć w domu? Zawsze lepiej jest trenować pod okiem instruktora, jeśli jednak nie masz takiej możliwości, skorzystaj z zajęć online lub zajrzyj na Instagram @kamanienaltowska, znajdziesz tam zawsze świeżą dawkę inspiracji i ćwiczeń. „Zaczynam trening od leżenia na macie i skupienia się na oddechu. W czasie ćwiczeń często zapominamy o tym, jak ważny on jest. Napinamy się, staramy się zrobić więcej i więcej. Wtedy ciało się opiera. Dobrze jest zacząć od obserwacji oddechu, poczuć, jak klatka piersiowa wypełnia się powietrzem, zobaczyć, jakie mięśnie przy tym pracują. Zostawić za sobą pośpiech dnia codziennego”, radzi trenerka. Równie ważna jak trening jest regeneracja. „Regularnie chodzę na wizyty do fizjoterapeuty – nie dlatego, że coś mi dolega, ale po to, żeby nic mi nie dolegało. W domu używam mat do akupresury, które relaksują i odstresowują mięśnie”.

Joga Yin

Czyli ćwiczenia z nicnierobienia. Jesteś aktywna, cały czas działasz na wysokich obrotach, a w czasie treningu wyciskają z ciebie siódme poty? Przyjdź dla odmiany na jogę yin-yang prowadzoną przez Julitę Skórską (Instagram @julita.skorska). Zobaczysz, że gdy sobie odpuścisz, świat kręci się dalej.

„W jodze dynamicznej, jak vinyāsa, rozgrzewamy mięśnie. Napinamy je, zmieniając pozycję wraz z oddechem. W ten sposób budujemy siłę, wzmacniamy nasze uziemienie, ale jednocześnie zatrzymujemy się na tym poziomie”, tłumaczy instruktorka. „Joga yin to forma odpuszczająca, w której nie napinamy mięśni. Wchodzimy w pozycję (zwykle siedzącą, leżącą lub wiszącą) i nasze ciało pracuje samo na poziomie tkanek łącznych, powięzi. Pozwalamy na automasaż organów wewnętrznych, dochodzi do oczyszenia na poziomie fizycznym, ale też mentalnym i emocjonalnym”.

Koncepcja yin-yang pochodzi z filozofii chińskiej. Mówi o przeciwstawnych siłach, które zamiast walczyć, uzupełniają się. Jak dzień i noc. Yang to energia działania, przejmowania inicjatywy. Yin to noc, księżyc, woda, introwersja, refleksyjność. W życiu chodzi o to, by te dwie energie równoważyć. Działać, gdy jest na to czas, innym razem odpuszczać sobie, rezygnować z walki.

„Obserwuję ludzi w czasie zajęć. Gdy wplatam pozycje relaksacyjne, zaczynają się wiercić, otwierają oczy. Nie chcą się poddać. Sama należę do osób z przewagą yang, więc wiem, jak trudno jest się zrelaksować, porzucić gonitwę myśli. Dlatego trochę na przekór sobie zaczęłam ćwiczyć jogę yin, a potem stworzyłam zajęcia yin-yang. Możemy na nich poczuć obie energie, spróbować dwóch rodzajów praktyki. Stajemy w pozycji wojownika – jesteśmy wyprostowani, mamy napięte mięśnie brzucha, ud. Walczymy tak jak w życiu, działamy, oddychamy. Potem zawisamy w skłonie w stronę nogi, a nasze tkanki wewnętrzne się rozluźniają. Nie musimy nic robić, nic poprawiać”.

Niezwykle przyjemnym elementem zajęć prowadzonych przez Julitę są towarzyszące praktyce zapachy olejków eterycznych, kadzideł oraz dźwięki mis tybetańskich i dzwoneczków Koshi. Jak mówi trenerka, to jej prezent dla uczestników zajęć.

Joga yin uczy odpuszczania i rozluźniania. Nie ma tu czegoś takiego jak pozycja doskonała, nie ma dociskania ani poprawiania. Po prostu wchodzisz w pozycję do momentu, aż ciało stawia opór, i trwasz w bezruchu, obserwujesz, oddychasz.
„Dźwięki dzwoneczków relaksują, ale mogą też poruszać różne emocje, w zależności od tego, co się w nas aktualnie dzieje. Wibracja mis tybetańskich ma jeszcze inne działanie. Wchodzi głęboko w ciało, masuje, uwalnia od stresu, wzmacnia układ odpornościowy oraz hormonalny”. 

  1. Psychologia

Sztuka łapania dystansu - mindfulness dla dzieci i młodzieży

Ucząc dzieci, żeby skupiały się na przyszłości, zupełnie zapomnieliśmy, że teraźniejszość jest wspaniałym obszarem życia. (Fot. iStock)
Ucząc dzieci, żeby skupiały się na przyszłości, zupełnie zapomnieliśmy, że teraźniejszość jest wspaniałym obszarem życia. (Fot. iStock)
Wolimy myśleć, że humory dzieci są zmienne jak pogoda, zatem nie ma co się przejmować ich złym nastrojem, bo „zaraz przejdzie”. Tak nie jest, a dziś nawet najmłodsi są skazani na stres wywołany niemożnością sprostania narzuconym im oczekiwaniom. Dlatego już od przedszkola warto tłumaczyć im, jak się relaksować.

Ucząc dzieci, żeby skupiały się na przyszłości, zupełnie zapomnieliśmy, że teraźniejszość jest wspaniałym obszarem życia. Dlatego dziś zajmiemy się uważnością i pokażemy ćwiczenia, które pozwolą im odprężyć się psychicznie i fizycznie.

Z maluchami na wesoło

Przedszkolaki przebywają w dużej grupie, na krótko wychodzą na dwór. Wracają z przedszkola czasami bardziej wyczerpane po całym dniu niż dorośli. Złość, zmęczenie, gniew, zazdrość i niepokój są dla nich trudne. Często myślą o sobie, że są złymi dziećmi, bo się na kogoś zdenerwowały. Pokażmy im, najlepiej na wesoło, że to po prostu uczucia i można je rozładować za pomocą zabawy w uważność.
  • Jestem pancernikiem. Gdy dziecko jest zmęczone, złe lub rozczarowane, poproś, by stało się pancernikiem. Niech uklęknie, pupę oprze na piętach, czoło na podłodze, a ręce położy przy kolanach. To dziwna pozycja, rzadko przez ludzi przyjmowana. Ponieważ jest nietypowa, świetnie nadaje się do skupienia na tu i teraz. Zapytaj: „I co teraz czujesz, pancerniku? Czujesz swoje nóżki, brzuszek, plecki?”. Przedszkolak z humorem skupi się na tym, jak odczuwa swoje ciało w tej dziwacznej pozycji, a każde (nawet chwilowe) oderwanie się od trosk przyniesie mu natychmiastową ulgę.
  • Skanowanie ciała. Kiedy dziecko ma kłopot lub jest smutne, warto stanąć naprzeciwko niego i poprosić, żeby „zeskanowało” całe swoje ciało. Kieruj jego uwagą, pytając: „Czujesz paluszki u stóp, czujesz pięty, czujesz kostki, czujesz pupę?” To ćwiczenie nie tylko przynosi ulgę i pozwala uspokoić umysł, ale podnosi świadomość ciała. Można je wykonywać, jadąc samochodem, przed snem lub po powrocie z przedszkola, łącząc z ćwiczeniem „jestem pancernikiem”.
  • Piłka-równoważnia. Jeśli nie masz w domu, podpytaj znajomych: może u kogoś leży niepotrzebna platforma lub piłka do utrzymywania równowagi. Gdy przedszkolak ma zły nastrój, zaproś go, żeby „złapał równowagę”. Nie jest to łatwe, więc skupiając się na utrzymaniu równowagi, dziecko oderwie się od złych myśli.
  • Oddech z efektami specjalnymi. Oddychanie to wielka broń w walce ze stresem. Dzieci śmieszy oddychanie w innym niż normalne tempie lub oddychanie z wydawaniem dźwięków: wdech przez nos i głośny (np. z rykiem lwa) wydech przez usta. Przy okazji poproś dziecko, żeby wyobraziło sobie, że wdycha różowe powietrze, a wydycha zielone. To zwykła zabawa, ale wizualizacja powietrza wymaga skupienia.
  • Moja buzia. Gdy dziecko jest smutne, rozczarowane, zmartwione, zaproponuj mu, żeby spojrzało do lustra. Często sam widok nabzdyczonej twarzy zmienia nastrój, ale ponieważ mięśnie twarzy są silnie połączone z układem nerwowym, pobawcie się w „miniarstwo”. Jesteś wściekły, jesteś wesoły, jesteś przerażony, jesteś zaciekawiony… Dziecko robi miny, o jakie prosisz. Przyda mu się to na wyższym etapie nauki uważności, gdy za pomocą sygnałów ciała będzie rozpoznawać, w jakim jest nastroju.

Trudne początki

Szkoły, w których uczniowie dowiadują się, jak reagować na stres, porażkę, niemożność wykonania polecenia czy na bycie najsłabszym w grupie – wciąż należą do rzadkości. Warto wyposażyć naszego ucznia w narzędzia pozwalające mu poradzić sobie z odczuwanymi w takich sytuacjach emocjami.
  • Zamiana miejsc. Dzieci przeżywają wiele stresów z powodu tego, że inni zachowują się niezgodnie z ich oczekiwaniami. Naucz swoje dziecko zabawy w zamianę miejsc: poproś syna, aby wyobraził sobie, że to on jest panią od polskiego, albo córkę, że jest koleżanką, która nie chciała z nią usiąść. Już sam ten pomysł oderwie ich umysł od żalu czy rozczarowania.
  • Co czujesz teraz? „Teraz” jest kluczowym słowem w uważności. Z uczniem pierwszych klas, zwłaszcza w samochodzie, można bawić się w to nieustająco. Gdy rodzic powie, że czuje, jak go boli pupa od siedzenia, albo że chce mu się siku, rozbawi dziecko. Pamiętajmy, jak bardzo dziś naszym dzieciom brakuje humoru.
  • Smak, zapach, słuch, wzrok i dotyk. Dla ucznia wyjątkowo męczące jest przeskakiwanie myśli z jednego tematu na inny lub uporczywe wracanie do tego samego problemu. Dlatego dobrze jest uczyć uważności na aktualne bodźce. Daj dziecku kawałek cytryny, migdały, skórkę od chleba, poproś, by opisało, jaki czuje smak. Daj mu do powąchania humus, jabłka, świeżo wyprane ręczniki. Niech opisze, co czuje i co widzi w głowie dzięki temu zapachowi.
  • Mam wiele cech (ćwiczenie dla starszych). Gdy twojemu dziecku ktoś dokuczy, zachęć je, by wymieniało swoje inne cechy. Posłuż jako przykład i powiedz np.: moja koleżanka w pracy mówi, że robię wszystko na ostatnią chwilę. Może to prawda, ale jestem też optymistyczna, życzliwa, dociekliwa, pracowita i mam piegi! Warto nauczyć dzieci, że zamiast się skupiać na krytyce, lepiej zalać je falą jego mocnych stron. A te ma każdy.

Na wzburzone fale

Licealista to młody dorosły. Żyje już z przygnębiającą świadomością, że cokolwiek zrobi, może nie odnieść sukcesu. A ta świadomość plus burza hormonalna, nadmiar sprzecznych oczekiwań i przebodźcowanie aż się proszą o dostarczenie mu narzędzi do szybkiego odzyskiwania równowagi psychicznej, która umożliwi podjęcie racjonalnej decyzji.
  • Przez minutę o jednym. To zadanie o wyższym stopniu trudności: myśleć tylko o jednym, ale aż przez minutę. Uważność na stan swojego umysłu, na rozbiegane myśli, na niemożność ich okiełznania to ćwiczenie skutecznie rozwijające autouważność.
  • W jeden punkt. Wpatrywanie się w jeden punkt również przez minutę jest tak samo trudne jak myślenie o jednym. Licealista będzie miał sporo zabawy, gdy odkryje, jak nasze umysły są niespokojne, nieposłuszne, jak wymykają się naszej woli.
  • Wsłuchiwanie. U nastolatka warto rozwijać umiejętność wsłuchiwania się, zanim podejmie się decyzję. Powiedz mu: zanim zareagujesz na to, co mówię, chwilę się zastanów, co teraz słyszysz. Od razu się uspokoi, bo skupi się na uważnym wychwyceniu bodźców słuchowych.
  • Nazywanie emocji „co teraz czuję?”. Pamiętam, gdy wiele lat temu weszłam do pracowni malarskiej mamy mojej koleżanki i… zabolały mnie oczy. Musiałam je przetrzeć, a po chwili uświadomiłam sobie, że oczy zabolały mnie z zazdrości. Mądrość przysłów nie wzięła się przecież z niczego. Oczy pierwsze powiedziały mi, co odczuwam. Ćwiczenie nazywania emocji przyda się licealiście bez względu na to, jaki fach wybierze.
  • Następna myśl. Teraz myślę o tym, że chce mi się pić. A jaka będzie następna myśl? Zanim zrobicie z dzieckiem pierwsze ćwiczenie tego typu, sprawdźcie sami na sobie, jaką ulgę daje umysłowi i ciału uważność oraz świadomość, że myśli są aż tak chaotyczne.
  • Jak się czułem od początku dnia? Analiza, jakie uczucia, nastroje i myśli towarzyszyły mi od początku dnia lub tylko przez ostatnie pół godziny, uświadamia, że uczucia mijają, że jest ich w ciągu dnia cała masa, że nie ma takiej możliwości, żeby przez cały dzień być w jednakowym nastoju, czyli że wszystko przemija, więc nieprzyjemne emocje także odchodzą.
  • Nazywanie bez oceniania. Dla przedszkolaka bardzo proste, a dla licealisty, skażonego już wartościowaniem dosłownie wszystkiego – bardzo trudne. Co teraz czujesz? Szczerze, ale bez oceniania. Sprawdź na sobie, jak przyjemnie jest tylko coś nazywać. Ja, pisząc ten tekst, czuję, że bolą mnie opuszki palców od stukania w klawiaturę, że mam spierzchnięte usta i lekko sklejone rzęsy na lewej powiece. Jest mi też zimno w ramię. Nazywam, a niczego nie wartościuję.
Ewa Nowak, pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży; najnowsza nosi tytuł „Orkan. Depresja”.

  1. Seks

Asany na lepszy seks - ćwiczenia dla ciebie i dla dwojga

Seks po jodze może być bardziej intensywny i świadomy. A orgazmy silniejsze i dłuższe. (Fot. iStock)
Seks po jodze może być bardziej intensywny i świadomy. A orgazmy silniejsze i dłuższe. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Joga oswaja z ciałem i emocjami, uczy oddychania i empatii. To sprawia, że seks po jodze może być bardziej intensywny i świadomy. A orgazmy silniejsze i dłuższe. Oto kilka prostych ćwiczeń.

Ćwiczenia dla ciebie

Zadbają o twój układ hormonalny, miednicę i organy wewnętrzne. Otworzą serce.

1. Sthita Padam Bhujangasana. Stań prosto. Stopy złączone albo na szerokość bioder – tak, żebyś czuła się stabilnie. Połącz dłonie, spleć wszystkie palce poza wskazującymi, które przyklej do siebie. Wyciągnij ręce do góry, wyprostuj łokcie i powoli zacznij się odchylać. Biodra delikatnie do przodu, mostek do nieba, wzrok w górę, a nawet za siebie. Nie bój się. Stój mocno na nogach. Oddychaj. Zwróć uwagę na swoje serce, posłuchaj, jak bije. Po kilku oddechach wyprostuj się, opuść ręce, możesz też chwilę odpocząć w skłonie z lekko ugiętymi kolanami.

2. Urdhva Mukha Virasana. Usiądź na piętach, tak by duże palce u stóp się dotykały. Rozsuń kolana i zacznij pochylać się do przodu, wędrując dłońmi po macie/dywanie/podłodze. Kolana powinny być na tyle szeroko, by zmieścił się między nimi tułów i byś poczuła łagodne rozciąganie bioder. Wysuwając ręce do przodu, otwieraj klatkę piersiową, byś i tu poczuła łagodne rozciąganie. Głowę możesz położyć na czole albo na brodzie. Wyprostuj łokcie. Oddychaj.

3. Setu bandhasana. Połóż się na plecach. Rozstaw stopy na szerokość bioder, przysuń pięty do pośladków. Ręce wzdłuż tułowia. Z wdechem, krąg po kręgu podnoś kręgosłup do góry – zaczynając od kości ogonowej. Z wydechem, krąg po kręgu, jakbyś kładła sznur pereł, opuszczaj kręgosłup w dół. Powtórz kilka razy. Możesz też na kilka oddechów zostać z biodrami w górze.

Ilustracja: Ada Kujawa Ilustracja: Ada Kujawa

Ćwiczenia dla pary

Pomogą wam złapać lepszy kontakt ze sobą, uwrażliwić na swoje ciało, kochać się mocniej.

1. Harmonizowanie oddechu. Usiądźcie tyłem do siebie – ze skrzyżowanymi nogami. Na poduszkach lub bezpośrednio na podłodze. Oprzyjcie się o siebie plecami, ale niezbyt mocno, tak żeby poczuć partnera. Zamknijcie oczy. Najpierw tylko doświadczajcie swojej obecności. Potem spróbujcie zgrać swoje oddechy, tak by były tej samej długości – w tym samym czasie róbcie wdech i wydech. Potem partner robi wdech w tym samym czasie, gdy ty robisz wydech, i na odwrót.

2. Wspólna medytacja. Partner niech usiądzie na podłodze lub poduszce. Stopy razem, kolana szeroko. Ty usiądź między jego udami w podobnej pozycji. Plecy oprzyj o jego klatkę piersiową. Mężczyzna niech obejmie cię i prawą dłonią sięgnie po twoją lewą kostkę, a lewą po prawą. Ty połóż swoją prawą dłoń na jego lewej stopie, a lewą dłoń na prawej stopie. Zamknijcie oczy. Zostańcie tak na kilka oddechów. Wyobraźcie sobie energię płynącą w czakrze podstawy, sakralnej i serca.

3. Otwieranie serca. Poproś partnera, by usiadł i wyprostował przed sobą złączone nogi (nie muszą być wyprostowane do końca). Ty usiądź za jego plecami i oprzyj plecy o jego plecy. Teraz on zaczyna się pochylać (sięgając dłońmi w stronę swoich stóp), a ty odchylać, przenosząc ręce nad głową i splatając kciuki. Po kilku oddechach zmiana – ty się pochylasz, partner się odchyla.

Ilustracja: Ada Kujawa Ilustracja: Ada Kujawa

W czasie ćwiczeń: Bądźcie uważni. Słuchajcie swojego ciała i siebie nawzajem. Pytajcie się często, czy oboje czujecie się komfortowo w czasie ćwiczeń. Jeśli nie – przerwijcie praktykę albo dostosujcie do swoich potrzeb. I nie przejmujcie się, jeśli coś się nie uda za pierwszym, drugim ani nawet za dziesiątym razem. Robicie coś razem, dla siebie i to jest najważniejsze. Nie przywiązujcie się do efektu.

Czakry – wirujący seks

Według filozofii Wschodu (nie tylko jogi) czakry to wirujące centra energetyczne w naszym ciele, które biegną wzdłuż kręgosłupa – od kości ogonowej po czubek głowy. Łatwo je zwizualizować, przypominając sobie wnętrze pralki w trakcie pracy. Albo kolorowy, odpustowy wiatraczek.

Zależnie od szkoły jest siedem lub osiem czakr. Jeżeli są zbyt aktywne lub – przeciwnie – uśpione, w naszym życiu brakuje harmonii.

Jeśli chodzi o seks – kluczowe są trzy czakry. Czakra podstawy (u podstawy kręgosłupa) odpowiedzialna jest między innymi za nasz instynkt przetrwania i poczucie bezpieczeństwa. I męski seks. Czakra sakralna to z kolei świątynia kobiecej seksualności. Odpowiedzialna jest też za naszą energię twórczą. Czakra serca – na środku klatki piersiowej – pomaga nam kochać i czuć empatię.

Są takie pozycje jogi (asany), które stabilizują energię tych czakr. W praktyce oznacza to pobudzanie energii czakry, która trochę się rozleniwiła i wyciszanie tej, która jest nadaktywna.

Korzystałam między innymi z książek „Sexy Yoga. 40 Poses for Mind-blowing Sex & Great Intimacy”, Ellen Barrett oraz „Partner Yoga. Making Contact for Physical, Emotional, and Spiritual Growth” Cain Carroll, Lori Kimata.

  1. Psychologia

Codziennie dobre życie - praktyki, które pomogą być w harmonii ze swoim ciałem i emocjami

Wszystko, czego potrzebujemy, by być w harmonii ze swoim ciałem i emocjami, mamy w sobie i zawsze przy sobie. (Fot. iStock)
Wszystko, czego potrzebujemy, by być w harmonii ze swoim ciałem i emocjami, mamy w sobie i zawsze przy sobie. (Fot. iStock)
Wszystko, czego potrzebujemy, by być w harmonii ze swoim ciałem i emocjami, mamy w sobie i zawsze przy sobie – twierdzi Diana Poteralska-Łyżnik, założycielka Good Life Academy. Katarzyna Droga wybrała się do niej po praktyki, które można wprowadzić do swojej codzienności bez długotrwałych sesji i treningów. Może skorzystasz?

Przyznaję, że odkąd przeniosłam się na wieś, jestem o wiele bliżej życiowej harmonii, niż kiedy mieszkałam, pracowałam, a głównie stałam w korkach w wielkim mieście. A jednak: stresy i lęki, ale też napięcia w ciele i inne dolegliwości najwyraźniej nie zależą od miejsca zamieszkania. Na szczęście na wszystko są sposoby – jak uspokaja mnie Diana Poteralska-Łyżnik, założycielka centrum terapii holistycznych Good Life Academy w Warszawie.

Diana pracowała wiele lat w korporacjach, ale już wówczas pociągały ją zdrowy styl życia, wschodnie filozofie i szamanizm. Teraz inspiruje do rozwoju inne kobiety. W Good Life Academy można znaleźć wiele aktywności: jogę, TRE, masaże, gimnastykę słowiańską, warsztaty czy kręgi kobiet. Ja przyszłam tu po zastrzyk energii i sporą dawkę spokoju. Wszystkie techniki, które poznałam, działają szybko, a zajmują kilka minut.

Po pierwsze: Pauza dla umysłu

Dowiaduję się, że aby uspokoić galopujące myśli o sprawach bieżących, wcale nie muszę odcinać się od świata. Że medytacja, której rygoru się obawiam, niekoniecznie jest tak wymagająca. – Na przykład mindfulness polega na tym, że właśnie jesteśmy zanurzeni w świecie zewnętrznym, dostrzegamy wszystkie odgłosy, jakie z niego płyną – mówi Diana. Sama przez lata medytowała 20 minut rano i wieczorem, bo tak jest przyjęte w medytacji transcendentalnej. Teraz wykorzystuje każdą wolną chwilę. Siada i wchodzi w siebie. – Kiedy pracowałam w korporacji, szłam do toalety, zamykałam oczy i spędzałam dwie minuty, oddychając i wracając do siebie. Wychodziłam jako nowy, odświeżony człowiek.
  • Myśli galopują? Poobserwuj je, po czym zadaj sobie pytanie: „Jaka będzie moja następna myśl?”. To spowoduje, że umysł na chwilę się zatrzyma, zawaha. Niech to będą dwie, trzy sekundy – wystarczy. Jeśli będziesz praktykować regularnie, te chwile wydłużą się i umysł naprawdę odpocznie.
  • „20 oddechów” – to ukochana technika Diany. Jak sama nazwa wskazuje, robisz 20 oddechów. Zaczynasz od oddechów o silnym rytmie, potem spokojniejszych, podczas których skanujesz swoje ciało, emocje, myśli. Całość zajmuje dwie minuty. Diana nazywa to ćwiczenie „powrotem do siebie”, bo spotykasz się ze sobą, świadomie sprawdzasz, w jakim jesteś stanie i co odczuwasz. Rozluźniasz mięśnie i rozpuszczasz napięcia w ciele.
  • Dopadł cię stres? To teraz ty go dopadnij z donośnym: „Haaaa!”. Minitechnika „Haaaa!” polega na uniesieniu wysoko ramion, opuszczeniu ich i wypowiedzeniu właśnie tego dźwięku. „Haaaa!” przynosi relaks i ulgę, bo często przez stres mamy spięte barki.
  • Ululanie pomaga na stres i chwilową melancholię. Diana demonstruje: głaszcze się po głowie, poklepuje po ramionach, wykonuje gest „ulu ulu”, czyli obejmuje się ramionami i kołysze jak dziecko. – To, czego oczekujemy od innych, możemy dać sobie sami.
  • Masz zaciśnięte dłonie? Możesz je strzepywać, potrząsać nimi… Okazuje się, że znakomitym narzędziem, które mamy zawsze przy sobie, jest własny palec wskazujący. Przykładamy palec do czoła, w punkcie między brwiami. Skupiamy uwagę tylko na tym punkcie. Mija w ciszy 20 sekund, istnieje tylko ten punkt, nic innego. Gonitwa myśli, ból głowy znikają.
  • Lekka dekoncentracja? Świetną rzeczą na koncentrację, zamiast picia piątej kawy, jest mocne natarcie uszu. – Bierzemy małżowiny między palce i mocno pocieramy. Od razu wraca nam energia – pokazuje Diana. Pocieram uszy i rzeczywiście to czuję.
  • „Skreślam, skreślam” – genialny sposób na negatywne myśli i obrazy. Na przykład kiedy boisz się, że stanie się coś okropnego, łapiesz tę myśl, skreślasz ją i zastępujesz wizualizacją pozytywną. Tym, co chcesz, żeby się zdarzyło. – To ćwiczenie działa zawsze, bo naprawdę mamy wybór w sprawie tego, co myślimy – mówi Diana.
– Bardzo polecam zatrzymanie się na chwilę, by zobaczyć, co mam w głowie i czy to jest w ogóle moje. Skąd mi się wzięło, może ja tak w ogóle nie myślę? Jeśli widzę, że negatywne myśli przyszły „skądś” – to tam je odsyłam. Wybieram rzeczywistość, jakiej chcę, a czy nadejdzie – to inna sprawa. Przychodzą czasem rzeczy, które według nas nie są najlepsze. Pozornie, bo wszechświat działa zawsze na naszą korzyść.

Po drugie: Zbawienny śmiech

Jest jeszcze coś, co mamy zawsze przy sobie. Śmiech. Na przykład na początek dnia, przydatny zwłaszcza dla tych, co jak ja – rano nie tryskają humorem. – Zacznij dzień od tego, by się roześmiać – radzi Diana, która jest też instruktorką jogi śmiechu. Tę technikę opracował hinduski lekarz Madan Kataria. Zauważył, że śmiech niesie wiele dobrodziejstw, a mózg nie odróżnia śmiechu naturalnego od wywoływanego sztucznie. – Sprawdziłam to wielokrotnie na sobie – opowiada Diana. – Jestem sową, czyli późno się kładę, a rano nie jestem w stanie zwlec się z łóżka. Odkąd praktykuję jogę śmiechu, gdy dzwoni budzik, nastaje godzina śmiechu.
  • Zacznij się śmiać, wykonując mocne „ha ha ha ha”, wydychając powietrze harmonijnie tak jak przy naturalnym śmiechu. Potem sam popłynie. – W minutę ożyjesz – zapewnia Diana. Śmiech na zawołanie? Tak, bo każdy może się śmiać i nie musi się dziać akurat nic śmiesznego. By praktykować jogę śmiechu, nie musimy nawet mieć poczucia humoru.
  • Śmiech do lustra – kolejne bardzo proste ćwiczenie. Stajesz przed lustrem, patrzysz na siebie z miłością. Widzisz, że to jest twoja najukochańsza, najdroższa twarz, cudownie, że jest właśnie taka. Jeśli potrafisz się zaśmiać do takiej siebie w lustrze, momentalnie otwierasz swoje serce.
Diana zaprasza mnie do próby śmiechu. – Po prostu podejmujesz taką decyzję: chcę się śmiać – tłumaczy, widząc moją sceptyczną minę. – Ja liczę: raz, dwa, trzy i na cztery śmiejemy się obie, OK?

Raz dwa, trzy, cztery! Diana odchyla się w tył i wybucha głośnym, silnym śmiechem. Kilkakrotnie nabiera powietrza, i... kolejna kaskada śmiechu. Ja niepewnie podążam za nią. Na początku to niełatwe, okazuje się, że nie tylko dla mnie. – Robię te sesje także w korporacjach, żeby zespoły lepiej ze sobą współpracowały. Bo ludzie, którzy się ze sobą śmieją, lepiej ze sobą pracują, wzrasta kreatywność, możliwość rozwiązywania problemów. Po olbrzymim oporze uczestnicy wchodzą w to jak w masło i poważni panowie w garniturach, zaśmiewając się, robią pozycję „sikającego psa”.

Główną mantrą jogi śmiechu jest: „świetnie, świetnie, świetnie, hej!”. Diana przy każdym „świetnie” energicznie klaszcze w otwarte dłonie, a przy „hej” wyrzuca ramiona w górę. Zwłaszcza to „hej” podnosi energię. – Powinno się w szkołach wprowadzać taką jogę śmiechu – stwierdzamy zgodnie. To byłoby świetne antidotum na narodowe narzekanie. Tym bardziej że joga śmiechu pomaga na życiowe problemy.

– Kiedy mój syn po wypadku znalazł się w szpitalu, odwiedzałyśmy go z córką i zaśmiewałyśmy się w głos. Pacjenci początkowo patrzyli na nas z przerażeniem, ale pomagało – opowiada Diana. Dodaje: – Szczerze polecam śmiech na kłopoty, dzięki niemu zyskasz dystans. Jeśli się czymś bardzo przejmujesz, przede wszystkim zacznij się śmiać. To w pewnym sensie twój wybór: czy w tym, co cię spotkało, widzisz tragedię i się załamujesz, czy szukasz rozwiązania i pytasz, co może wyniknąć z niej dobrego, bo może.

Śmiech przełamuje tabu, pomaga też pokonać nasz największy lęk.

  •  „Umieranie ze śmiechem” – to jedno z trudniejszych ćwiczeń Diany. Polega na tym, że wyobrażamy sobie siebie na łożu śmierci. Widzimy dookoła naszych bliskich i ich smutne miny, a nasz przekaz jest inny: „miałam cudowne spełnione życie, umieram ze śmiechem i chcę, żebyście się mogli cieszyć ze mną”. – Ta wizualizacja sprawia, że ludzie zaczynają inaczej patrzeć na śmierć – przekonuje Diana.

Po trzecie: Szczypta szamanizmu

Diana od lat zasiada w kręgu szamańskim Joanny Rus, jest także uczennicą szamanów z USA. – Szamanizm to bliski kontakt z naturą i czerpanie z jej energii, z ziemi, ze słońca, z żywiołów – twierdzi. – Nie chodzi tylko o ceremonie i rytuały, lecz o inne spojrzenie na to, co nas otacza. Kiedy zaczniemy patrzeć na świat w sposób szamański, zobaczymy, że on cały czas do nas mówi. Robiłam takie eksperymenty: miałam problem, więc szłam w teren z otwartymi oczami i wszystko dawało mi odpowiedź. Cały czas dostajesz jakieś informacje, wsparcie czy ostrzeżenie. To mogą być słowa, wiatr, ptaki.

Esencją szamanizmu jest kontakt ze światem, z wykorzystaniem nie tylko umysłu, ale emocji i zmysłów. Tu chodzi o ciągłą wymianę energii, o dawanie i branie, o wdzięczność. Ale uwaga – nie oczekuj, że jeśli coś komuś dajesz, to dostaniesz zwrot z tego samego źródła. Często odpowiedź przychodzi z zupełnie innej strony.

  • Obejmij drzewo – pomaga, kiedy czujesz się źle.
  • Weź do ręki kamień – w Himalajach w chwilach zmęczenia przykładałam dłonie do kamieni i energia wracała – opowiada Diana. – Kamienie nie są martwe, zawierają historię ziemi i kosmosu, możemy doświadczać z nimi wymiany energetycznej
  • „Kotwica” – czyli codzienna praktyka wdzięczności. Polega na tym, że przypominasz sobie dwie, trzy dobre rzeczy, które ci się dziś przydarzyły. Smak, twarz, spotkanie, cokolwiek, co wprowadziło cię do tzw. happy place, czyli szczęśliwego miejsca. Zakotwicz się w tym miejscu. – Wibracje się podnoszą, uśmiech wraca, radość wchodzi do serca, jakbyś się przeniósł na plażę, pod palmę – zapewnia Diana.
Diana Poteralska-Łyżnik, coach, trenerka rozwoju osobistego, arteterapeutka, liderka jogi śmiechu, instruktorka gimnastyki słowiańskiej, doula, prowadzi kręgi i warsztaty dla kobiet.