fbpx

Karolina Breguła w Singapurze – część III

Karolina Breguła w Singapurze - część III
Please Add Photos <br> to your Gallery
Zobacz galerię Zdjęć
Fot. Karolina Breguła


Od Arab Street do Pinnacle spacerowym krokiem idzie się około 50 minut. Po drodze mija się Colonial District – dzielnicę w całości zbudowaną przez Anglików w czasach kolonialnych, Clarke Quay przy Singapore River i kolorowe Chinatown. Pierwszego dnia postanowiłam, że przynajmniej raz dziennie będę pokonywała tę trasę na piechotę. Trzymałam się tego postanowienia do końca, przez co w ciągu 6 tygodni zdarłam 2 i pół pary niedrogich klapek z Mustafa Centre.

Singapur to bardzo bezpieczny kraj o niebywale niskiej przestępczości. Bez obawy urządzałam sobie więc nocne spacery do domu. Zwłaszcza, że najprzyjemniej zwiedza się tu po zmroku, kiedy nieco spada temperatura i miasto migocze tysiącem kolorowych świateł.

Często, wracając do domu, schodziłam z głównego szlaku. Spacerując przez Colonial District z rządowymi budynkami i muzeami, dochodziłam do niezwykłego Marina Bay, z którego oglądać można nowy singapurski grunt. Singapur, nie mieszcząc się już na niewielkiej wyspie, systematycznie powiększa swoje terytorium poszerzając południową część lądu. Setki ton kamieni i piasku ląduje w zatoce, na której potem, ku niezadowoleniu sąsiedniej Malezji, wyrastają nowe szklane wieżowce.

Będąc w Marina Bay można stąd obserwować jeden z najbardziej spektakularnych i ikonicznych budynków Singapuru – Marina Bay Sands, w którym mieści się kasyno i hotel. Dla obcokrajowców wejście do kasyna jest darmowe, Singapurczycy muszą zapłacić za nie 100 tutejszych dolarów. To zasada, którą wprowadził rząd, chcąc nie dopuścić do znieprawienia obywateli. Państwo dba tu o swoich obywateli jak dobra, choć często nieznośnie namolna mama. Z głośnika w metrze pani miłym głosem przypomina pasażerom, że jeśli czują się źle, mają możliwość skorzystania z windy a przy Pinnacle, na trawniku przeznaczonym do popularnych tutaj porannych ćwiczeń tabliczka przestrzega, iż należy ćwiczyć ostrożnie, by nie ulec kontuzji. Wszystko po to, by singapurskie społeczeństwo pozostało w dobrej kondycji psychicznej i fizycznej.

Moje częste żarty z nadmiernej troski państwa o obywatela spotykały się z zupełnym brakiem zrozumienia wśród moich singapurskich przyjaciół. Często miałam wrażenie, że, jak w greckiej polis, Singapurczycy uważają się za jedność tworzącą wspólne ciało, o które należy kolektywnie dbać ku dobru wszystkich.

Oprócz osławionego budynku kasyna w Marina Bay stoi jeszcze jeden godny uwagi gmach – to kulturalne centrum Esplanade, w którym mieszczą się hale koncertowe, teatry i galerie.

Dla osoby, które nie zdążyła jeszcze poznać tropikalnych owoców, Espalande wygląda jak dwa przytulone do siebie jeże. Jednak po kilku spacerach przez targ owocowy rozumie się, że kształt Espalande nawiązuje raczej do uwielbianego tu owocu zwanego Durian.

Pierwsze zetknięcie z Durianem bywa nieprzyjemne. Singapurczycy kochają desery dlatego już w jeden z pierwszych dni zostałam zabrana do tradycyjnego baru deserowego. Został mi tam podany ciepły owocowy wywar z kluskami z fasoli i czarnego sezamu. Niestety, nie byłam w stanie cieszyć jego smakiem, bo przeszkadzał mi unoszący się w barze smród. Dopiero po godzinie miłej rozmowy, odważyłam się zapytać Ryana, czy nie przeszkadza mu, że miejsce, w którym siedzimy tak niemiłosiernie śmierdzi. Wytłumaczył mi wtedy, że to, co czuję, to nie żaden smród a zapach duriana – arcysmacznego owocu. Odtąd trafiałam do barów z deserami z zamkniętymi oczyma.

Owoc durian odważyłam się jednak włożyć w usta dopiero kilka tygodni później. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że smakuje całkiem dobrze – jest tępo słodki, o konsystencji kilkudniowego banana. Jego jeżowa skorupka jest urocza – w przeciwieństwie, do wnętrza, który przyprawia o mdłości, bo przypomina żółtego zwiniętego w kłębek średniej wielkości penisa.

Idąc dalej z Marina Bay w kierunku domu przechodziłam przez Singapore River nad którą mieszczą się setki kawiarenek i barów i tak zwane Clarke Quay – niezwykle popularne miejsce randek i spotkań z przyjaciółmi. W Singapurze samodzielne życie zaczyna się bardzo późno. Młodzi ludzie, niemal bez wyjątku, mieszkają z rodzicami do 30 a nawet 35 roku życia. Wyprowadzają się zazwyczaj dopiero wtedy, gdy zawierają związek małżeński, co dzieje się nie wcześniej niż po 30-tce. Do tego czasu ich spotkania towarzyskie odbywają się w mieście.

Po ślubie państwo umożliwia Singapurczykom kupno mieszkania w preferencyjnej cenie. Osoby samotne oraz geje i lesbijki, którzy nie mogą zawierać legalnych związków, pozostają z rodzicami jeszcze dłużej. Ze wszystkich niezamężnych osób między 30 a 40 rokiem, które poznałam w Singapurze, tylko jedna osoba wyprowadziła się już z rodzinnego domu.

Od Clarke Quay już tylko krok do Chinatown. Tutaj, w chińskim sercu miasta czas upływa na jedzeniu, odwiedzaniu świątyń albo robieniu zakupów w dwupiętrowym Chinatown Complex, który przypomina nieistniejący już targ na dawnym warszawskim Stadionie Dziesięciolecia. Dla wtajemniczonych jest tu też kilka ukrytych atrakcji, o których mniej pisze się w przewodnikach. Boczne uliczki Chinatown i jego okolice to miejsca, do których przychodzą modni Singapurczycy. Są tu robione na wzór zachodni galerie, sklepy z designem i butiki młodych projektantów. W tutejszym Red Dot Museum, zawsze w pierwszy lub drugi piątek miesiąca odbywa się sympatyczne wydarzenie MAAD Pyjamas. Do późnych godzin nocnych, w atmosferze zabawy i przy muzyce na żywo, młodzi projektanci sprzedają swoje ręcznie robione produkty. Impreza przypomina popularne w polskich miastach Ściegi Ręczne czy Przetwory. W Singapurze to nowość i hit, bo proponowane przez artystów dzieła bardzo różnią się od wszystkich innych dostępnych na rynku produktów.

Po wizycie w Red Dot Museum trzeba koniecznie zjeść syty nocny posiłek w najwspanialszym w Singapurze Hawker center przy Shenton Way. W piątkowe wieczory jest tu muzyka na żywo a na ulicy przed budynkiem w oparach dymu, z ustawionych wzdłuż ulicy grilli, tłumy zadowolonych singapurczyków zajadają się satey – lokalnym przysmakiem przypominającym maleńkie szaszłyki . Ja, przechodząc obok, zawsze wstępowałam tu po wieczorny napój sojowy i sącząc go, szłam do domu do Pinnacle, który jest już tylko kilka minut stąd.

Czytaj więcej Karoliny Breguły na jej BLOGU.