Jeżeli uczyć, to indywidualnie: Co to jest tutoring szkolny?

fot. i Stock

Aby nauczyć Jasia matematyki, trzeba znać i matematykę, i Jasia. A Jasia można poznać tylko poprzez bliski, indywidualny kontakt – mówi Mariusz Budzyński, dyrektor merytoryczny Instytutu Tutoringu Szkolnego wprowadzającego w szkołach w całej Polsce pilotażowy projekt tej metody.

Co to jest tutoring szkolny?

Według naszego instytutu to indywidualna praca z uczniem, oparta na wzajemnym szacunku wynikającym z godności człowieka, na interakcyjności, czyli współpracy uczniów, nauczycieli i rodziców, oraz na transgresji, czyli nieustannym przekraczaniu własnych ograniczeń.

Podobne zapisy znajdują się w ustawach o szkolnictwie, w Karcie nauczyciela. Czyli to wszystko już jest.

Hm… Jest, ale tak naprawdę tego nie ma. W systemie szkolnym zadeklarowanych, a nawet zadekretowanych jest wiele ważnych postulatów, choć często są to tylko pobożne życzenia, martwe prawo. Część nauczycieli intuicyjnie stosuje niektóre elementy dialogu, i świetnie, ale tak naprawdę ta metoda nie jest stosowana w polskich szkołach.

Może jedną z przyczyn są klasy składające się czasem z ponad 30 uczniów?

Bliski kontakt z nauczycielem jest rzeczywiście trudny w tak licznych klasach. Dlatego jednym z proponowanych przez nas wariantów jest tutoring wychowawczo-rozwojowy, który polega na tym, że zastępujemy stary system z jednym wychowawcą klasy zespołem wychowawczym złożonym z dwóch, trzech nauczycieli. Każdy z nich ma pod opieką nie więcej niż dziesięcioro uczniów, spotyka się z nimi indywidualnie przynajmniej raz w miesiącu na dłuższą rozmowę. Jak często powinny odbywać się tutoriale – bo tak nazywamy spotkania z tutorem – zależy od wieku ucznia. Warto, by młodsze dzieci miały je nawet raz na tydzień. W klasach od pierwszej do trzeciej większy nacisk kładziemy na współpracę nauczycieli tutorów z rodzicami, na budowanie spójnego sojuszu wychowawczego wokół i dla dobra ich dziecka.

Na czym polega ta metoda w praktyce?

Na początku roku szkolnego uczeń z pomocą tutora stawia sobie cel, jaki zamierza osiągnąć…

…cel dotyczy, oczywiście, nauki?

Nie tylko. Celem mogą być sensowne wyniki na koniec roku. Ale co to znaczy: sensowne wyniki? Według nas na pewno nie są to same piątki na świadectwie, tylko dobre oceny z przedmiotów, do których uczeń ma predyspozycje, które są jego pasją. To tam powinien lokować swoją energię, a inne wymagane przedmioty realizować zgodnie ze swoimi potrzebami. Przy czym nie chodzi tu o samą ocenę, ale o kompetencje w danej dziedzinie, dla których ocena jest wyłącznie miarą. Dobrze, żeby tutor zwracał też uwagę na pozaszkolne aktywności ucznia i dbał o to, żeby szkoła nie przeszkadzała mu w ich rozwijaniu. Im więcej nauczyciel wie o uczniu, tym bardziej może mu pomóc.

Czyli pomyślność tutoringu zależy od mądrości, dojrzałości, inteligencji nauczyciela.

Tak, dodałbym jeszcze: od jego intuicji. Zdecydowana większość nauczycieli spełnia kryteria dobrego tutora, ale nie wszyscy. Nasza metoda to krok w kierunku pedagogizacji nauczycieli.

Pedagogizacji? Nauczyciele mają wykształcenie pedagogiczne.

Tak, to brzmi śmiesznie, ale nie do końca, bo teraz nauczyciel jest głównie specjalistą z danego przedmiotu, a nie pedagogiem.

Tutorzy dostają wytyczne, o czym rozmawiać z uczniem?

Trenujemy przykładowe rozmowy, ale przede wszystkim stawiamy na kreatywność i wyczucie nauczyciela, to przecież zawód, który wymaga odwagi i właśnie kreatywności.

Szkoły nastawione są na wyniki, tymczasem pan proponuje, żeby relacje były równie ważne jak nauka.

To prawda, bo dobre relacje zapewniają poczucie bezpieczeństwa. To, co proponujemy, to prawdziwa rewolucja, ale wprowadzana ewolucyjnie.

Nauczyciele mają przed nią opory?

W jednej ze szkół dość doświadczona nauczycielka stwierdziła, że ta metoda w ogóle jej się nie przyda, bo ona ma dobre relacje z uczniami. Była w opozycji do projektu, ale podjęła próbę. Na ostatnim spotkaniu superwizyjnym wyznała, że niesłusznie stawiała opór i że teraz jest już całym sercem po stronie tutoringu, bo w trakcie spotkań indywidualnych z uczniami odkryła między innymi, że jedna z jej uczennic jest wicemistrzynią świata w breakdansie, inna – wicemistrzynią okręgu w wędkarstwie. A ona o tym nie wiedziała.

Skąd bierze się opór nauczycieli wobec tej metody?

Może stąd, że wiedza o uczniu nałożyłaby na nich obciążenia. No bo bliższy kontakt sprawia, że dowiadują się nie tylko o sukcesach pozaszkolnych uczniów, ale i o ich kłopotach. No, a te kłopoty zmuszają ich do zajęcia stanowiska, a nawet reakcji w postaci działań. A za tym idzie też często dodatkowe poczucie odpowiedzialności.

Może boją się też posądzenia o niecne zamiary, molestowanie?

To też ich blokuje. Pytają, gdzie się spotykać z uczniami, żeby wszystko było jawne. Odpowiadam, że nie możemy przecież w imię bycia poza podejrzeniami przekreślać pedagogicznego kontaktu, który przynosi ogromny pożytek. Zapewnienie poczucia bezpieczeństwa tutorowi i uczniom to sprawa organizacyjna, którą muszą rozwiązać szkoły.

Jak przekonać do niej nauczycieli? Co ona im daje? Bo wielu z nich uważa, że bliższe poznanie ucznia do niczego nie jest im przydatne.

I to duży błąd. Jest takie stare angielskie przysłowie: „Kto chce nauczyć Johna matematyki, musi znać matematykę i znać Johna”. A Johna można poznać tylko poprzez indywidualny kontakt. Dobra relacja nauczyciela z uczniem ma bezpośredni wpływ na efekty nauczania, bo nauczycielowi znającemu słabe i mocne strony ucznia, jego sytuację rodzinną łatwiej do niego dotrzeć. Wielu nauczycieli przyznaje na szkoleniach, że świadomość ich odpowiedzialności za budowanie relacji z uczniem to prawdziwe odkrycie.

Co na tę metodę rodzice? Co oni z niej mają?

Niektórzy zgłaszają obawy, że poprzez tutoring szkoła chce im zabrać dzieci spod opieki, zawłaszczyć wychowanie. Nic podobnego się nie stanie. Proponujemy współpracę i bardzo mocno apelujemy do nauczycieli o wsparcie rodziców w tym obszarze, na którym im zależy. Kilka lat temu było trudno się odnaleźć w szkole rodzicom chrześcijanom, katolikom, bo akcentowano wartości świeckie. Teraz to się zmieniło w drugą stronę, rodzice ateiści obawiają się indoktrynacji katolickiej. Zadaniem tutora nie jest narzucanie czegokolwiek wbrew rodzicom, ale współpraca. Powinien on poznać ich preferencje, także światopoglądowe, i ich wspierać. Rodzice mają więc w tutorze sojusznika. Mogą z nim konsultować trudne problemy, dzielić się z nim swoimi obawami, ale przede wszystkim liczyć na pomoc.

Jakie konkretne korzyści ma z tej metody uczeń?

Poczucie bezpieczeństwa, w tym psychiczne. Przyjaznego dorosłego, na którego można liczyć. Mój ulubiony cytat z pierwszych badań nad tutoringiem – uczennica w ankiecie zapytana, kim jest dla niej tutor, napisała, że tutor, mimo że jest nauczycielem, potrafi coś zrozumieć i doradzić.

Tutoring pomaga uczniom w osiąganiu dobrych wyników, w przygotowaniu się do egzaminów?

Tak, bo zwraca uwagę na ich mocne strony, pomaga je odkryć oraz uświadomić potrzebę ich rozwijania. Ale ja bym zapytał inaczej: Czy szkoła ma przygotowywać do sukcesu edukacyjnego w postaci dużych zasobów wiedzy, czy do życia, w którym z umiejętności i wiedzy, jakie może dać szkoła, będzie się korzystać? Szkoła nastawiona na wyniki nie rozwija umiejętności miękkich, takich jak samodzielność, budowanie relacji, dbałość o drugiego człowieka, współpraca. Rodzice też nie mają na to czasu, więc pytam: Kto ma tego uczyć? Byłem kiedyś w szkole, w której przeprowadzono certyfikację ISO. Wchodzę do pokoju nauczycielskiego, a tam na tablicy ogłoszeń wisi definicja: „Produkt wadliwy = uczeń wagarujący i otrzymujący oceny niedostateczne”. Procedura wymagała określenia produktu wadliwego w szkole i tak nazwano ucznia. To kuriozalne! Nie wszystkie dzieci lubią się uczyć naukowo pojmowanej wiedzy, nie wszystkie są w stanie i muszą skończyć studia. Ale każdemu z nich powinniśmy pomóc odnieść sensowny sukces – na miarę możliwości.

Jest szansa, żeby tutoring wszedł do szkół?

Jesteśmy właśnie w trakcie ważnej próby, realizujemy dwuletni projekt finansowany przez Ministerstwo Edukacji Narodowej, do którego zaprosiliśmy 64 szkoły, sześć młodzieżowych ośrodków wychowawczych i sześć młodzieżowych ośrodków socjoterapii. Bierze w nim udział 1260 nauczycieli i około dziesięciu tysięcy uczniów. Każda szkoła ma swojego opiekuna wdrożenia tutoringu, który po tutorsku wspiera dyrektora w dokonaniu tej zmiany oraz oferuje superwizje dla nauczycieli. Bardzo ważnym aspektem projektu jest strona badawcza – bada się nie tylko to, czy projekt przebiega zgodnie z założeniami, ale przede wszystkim czy ta metoda się sprawdza, jakie przynosi efekty, czy warto ją wdrażać.

I co się okazało?

Nie ma jeszcze końcowych wyników badania, jesteśmy w połowie działań, ale już wiemy, że tutoring zmienia korzystnie myślenie o relacji uczeń – nauczyciel. I o to nam chodzi.

 

Mariusz Budzyński

dyrektor merytoryczny Instytutu Tutoringu Szkolnego, z wykształcenia historyk, z pasji pedagog, nauczyciel z 30-letnim stażem. Autor programu wychowawczo-edukacyjnego ALA – Autorskich Liceów Artystycznych i Akademickich, z którego wywodzi się idea tutoringu szkolnego.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »