Czy polska szkoła nadąża za zmianami?

Czy polska szkoła nadąża za zmianami?
123rf.com

Jaka jest polska szkoła na progu nowego roku szkolnego? Co funkcjonuje bez zarzutu, a co trzeba zmienić? O szkolnej rzeczywistości widzianej od środka mówi dyrektorka III LO im. św. Jana Kantego w Poznaniu Katarzyna Kordus.
Zewsząd słychać narzekania na polską szkołę. Przyłącza się pani do tego chóru?
Gdybym miała patrzeć na szkołę z perspektywy przepisów, które regulują jej funkcjonowanie, to może byłabym sceptycznie nastawiona do swojej pracy. Jednak cały czas pamiętam o tym, że jestem przede wszystkim nauczycielem. A ponieważ świadomie wybrałam ten zawód i przez 21 lat staram się sensownie go wykonywać, to po prostu nie narzekam, tylko działam. Zauważam trudności, potrafię je zdefiniować, wiem, kiedy zapis prawny służy dobremu funkcjonowaniu szkoły, a kiedy nie. Ale też szukam pomysłów, jak te trudności rozwiązać, co zrobić, żeby mimo sztywnych procedur dać szansę rozwoju naszym uczniom. Może to nieładnie nazywać uczniów czy rodziców klientami, ale tak jest – oni są moimi klientami, a ja, pełniąc funkcję dyrektora, muszę przedstawić im najlepszą ofertę edukacyjną.

To w
polskiej oświacie bardzo rzadka optyka.

Ale przecież bez rodziców i uczniów my, nauczyciele, nie mielibyśmy pracy. Posiadamy status funkcjonariuszy publicznych, ale przede wszystkim pełnimy funkcję służebną wobec uczniów. Myślę, że jest wielu nauczycieli, którzy mają świadomość tego, że czas spędzony z uczniami ma służyć przede wszystkim ich rozwojowi. Podkreślić należy, że my też dużo od nich czerpiemy, bo praca z młodymi ludźmi to obopólna wymiana nie tylko wiedzy, doświadczeń i umiejętności, ale też dobrej energii, z której rodzi się wiele pomysłów.

Szkoła nadąża za zmianami, jakie niesie świat?
Często powtarzam moim uczniom, że dzisiaj jedyną stałą jest zmiana i w związku z tym wszyscy musimy się do tego przystosować. Najważniejsza zmiana, jaka dotyczy nauczycieli, polega na tym, żeby zejść z pozycji nauczycieli wszechwiedzących, którzy wymagają encyklopedycznej wiedzy. Nauczyciel powinien być przewodnikiem nastawionym na interdyscyplinarność, takim konstruktorem, który uczy młodego człowieka, jak budować wiedzę, który zdaje sobie sprawę z tego, że uczeń pozyskuje tę wiedzę z bardzo różnych źródeł, nie tylko w szkole. Powinien umieć pokazać uczniom, że to, czego nauczą się na lekcjach, może przydać się w życiu. Młody człowiek natomiast powinien umieć konstruować swoją wiedzę tak, żeby przyrost wszystkiego, co nabywa, był naturalny, zgodny w jakiejś mierze z jego osobowością, a na pewno zgodny z jego pasjami. Dlatego trzeba pomóc uczniowi w poznaniu siebie, jego preferencji i predyspozycji.

Jak to robić?
W naszym liceum sprawdzamy na przykład style percepcji uczniów. Chcemy, żeby poznali swój dominujący styl uczenia się. A wszystko po to, żeby zarówno oni, jak i nauczyciele wiedzieli, jakimi metodami każdy z uczniów może najskuteczniej się uczyć. Okazuje się, że słynne zdanie Konfucjusza: „Słyszę i zapominam, widzę i pamiętam, działam i rozumiem”, można wykorzystać dla spełnienia potrzeb współczesnej generacji młodzieży, wśród której jest wielu kinestetyków, czyli ludzi uczących się głównie poprzez działanie albo przeżywanie. Na początku każdego roku szkolnego obserwuję w klasach pierwszych duże różnice w percepcji między uczniami zainteresowanymi naukami matematycznymi czy przyrodniczymi a uczniami o preferencjach humanistycznych. Mimo że realizuję te same zagadnienia podczas zajęć dydaktycznych zgodnie z podstawą programową i programem nauczania, to wiem, że w poszczególnych klasach muszę różnicować swoje działanie, posłużyć się inną metodą.

Dobry nauczyciel to podstawa. Tymczasem nadal trudno zwolnić tego złego, bo Karta nauczyciela wiąże dyrektorom ręce.
Czasem rzeczywiście karta nie pozwala podjąć istotnej decyzji. Jeśli jakiś nauczyciel nie świadczy pracy na odpowiednim poziomie, to nie może być tak, że istnieje dokument, który blokuje jakikolwiek ruch dyrektora. Zawód nauczyciela wiąże się z ogromną odpowiedzialnością. Dla rozwoju młodego człowieka ważny jest każdy miesiąc, każdy dzień, każda lekcja, która powinna być swego rodzaju spektaklem, zaś nauczyciel powinien go umiejętnie reżyserować, żeby rozbudzać ciekawość poznawczą ucznia. Ale muszę to podkreślić – znam wielu świetnych, oddanych nauczycieli podejmujących zadania dodatkowe, nie tylko wynikające z tak zwanych godzin karcianych (nakładanych przez Kartę nauczyciela), bo to oczywiste, ale także związanych z pisaniem programów autorskich, z działalnością wychowawczą i profilaktyczną szkoły. Niezwykle ważne są tak zwane projekty edukacyjne, bo to przy ich realizacji młodzi ludzie nabywają kompetencji społecznych.

Znam nauczycieli, którzy uważają, że to strata czasu.
Nic podobnego! Uczniowie dostają z poszczególnych przedmiotów propozycje tematów, zagadnień do zbadania, ale sposób badania zależy od nich. Pracują w małych grupach, sami dzielą się rolami zgodnie ze swoimi preferencjami. To zadanie rozciągnięte w czasie, które wymaga dotrzymywania terminów, wymiany informacji, współpracy, porozumiewania się każdego z każdym, czasem z kimś z zupełnie innej bajki, kto słucha innej muzyki, ma inny światopogląd.

Wśród wielu nauczycieli pokutuje przekonanie, że najważniejszym ich zadaniem jest przekazanie wiedzy.
Wiedza przedmiotowa w zakresie spełniania standardów egzaminacyjnych jest, oczywiście, ważna, o tym nauczyciele nie mogą zapominać. Ale wiedza to za mało. Dzisiaj równie ważne są tak zwane umiejętności kluczowe (między innymi planowanie pracy, skuteczne porozumiewanie się, współdziałanie w grupie), których realizację postuluje także podstawa programowa. Nauczyciele, którzy to rozumieją, są niezwykle cenni dla polskiej szkoły. Wykonując ten zawód, trzeba też pamiętać o tym, że ludzie są różni, że każdy ma prawo do swojej odmienności. Takie właśnie postawy nauczycieli młodzi ludzie cenią najbardziej. Sądzę, że dobry nauczyciel to ten, który ma ambicję nieustannie budzić w swoich wychowankach ciekawość poznawczą, i jednocześnie ten, który chce przekazać niewymierne wartości, takie jak radość ze spotkania z drugim człowiekiem. Tak rozumiana edukacja może być nie lada przygodą.

Moje doświadczenie z liceami pokazuje, że nie uwzględnia się tam potrzeb ucznia, nie mówiąc o poszanowaniu jego uczuć.
Wiem, o czym pani mówi, ale proszę mi wierzyć, że w wielu szkołach potrzeby emocjonalne młodego człowieka są priorytetem. Uczniów, którzy borykają się z różnymi problemami, także rodzinnymi, staramy się otoczyć opieką psychologiczną. Dużym problemem jest obecnie kryzys rodziny, który odbija się na młodych ludziach. Jest wielu wspaniałych, mądrych rodziców, ale, niestety, coraz więcej jest też nieprzygotowanych do odgrywania tej roli. Bywa, że przerzucają swoje zadania na dzieci. Młody człowiek czuje się wtedy bardziej odpowiedzialny za rodzinę aniżeli dorosły.

Szkoła może przyjść z pomocą także rodzicom?
Oczywiście. Taka pomoc jest udzielana. Podkreślę jednak, że we współczesnej szkole już trzy grupy potrzebują wsparcia: nie tylko uczniowie i rodzice, ale także nauczyciele, bo to zawód, który wymaga dużej siły i niekiedy determinacji. Jeśli jej zabraknie, nauczyciel może popaść w nihilizm pedagogiczny. A ja uważam, że nieszczęśliwy człowiek nie może pracować w szkole, ponieważ nie jest w stanie zbudować w młodym człowieku wiary w sukces.

Większość nauczycieli narzeka, między innymi na zarobki.
Bo zarobki są rzeczywiście niewspółmierne do odpowiedzialności i wysiłku, ale uważam, że nie ma sensu narzekać, bo to po prostu nic nie da, a może wyłącznie wpływać na zaniżone poczucie własnej wartości. Nauczycielom potrzebne jest wsparcie psychologiczne z innego powodu – ponieważ powinni mieć siłę do rozwiązywania trudnych sytuacji wychowawczych. Mało kto sobie uświadamia, że na co dzień obcujemy z emocjami ucznia, że powinniśmy umieć mu pomóc, więc sami też potrzebujemy jakiegoś przewodnika, który by nas uczył, jak na nowo się odbudowywać.

Ma pani jakieś rady dla rodziców, którzy gubią się w swoich rodzicielskich rolach?
Powinni przede wszystkim kochać i swoją miłość okazywać, zapewniać, że dziecko zawsze może na nich liczyć. I po drugie – mądrze wymagać, czyli najpierw rozpoznać preferencje dziecka, a później pomóc w dokonaniu właściwego wyboru, np. szkoły, nigdy natomiast nie przymuszać, bo często rodzice chcą realizować poprzez dziecko swoje niespełnione ambicje, a w ten sposób tylko je krzywdzą. Nie powinni bać się zwrócić o pomoc do szkoły; razem z wychowawcą, pedagogiem czy psychologiem łatwiej jest zaradzić problemom. Nie zawsze też trzeba wierzyć we wszystko, co młody człowiek mówi, bo w tym wieku wiele spraw się hiperbolizuje. Dlatego powinniśmy jego wersję weryfikować w mądry sposób, to znaczy poprzez rozmowę z nauczycielami.

Namawiałabym do stawiania granic, ponieważ ich brak powoduje, że dziecko się gubi. To ważne także w stosunku do nastolatka. Rodzice powinni obserwować dziecko. Pewne niepokojące symptomy można zauważyć dość wcześnie, a rodzice, niestety, nie zawsze to potrafią. A w dobie dzienników elektronicznych wcale nie chodzi tu o oceny niedostateczne, ale o sytuacje o wiele bardziej poważne, kiedy dziecko przeżywa bardzo trudne emocje i sobie nie radzi, a rodzice tego nie dostrzegają. Kiedy siedem lat temu mój syn wybrał poznańskie liceum, a mieszkaliśmy wtedy sto kilometrów od Poznania, zaczęłam szukać pracy w Poznaniu, bo nie wyobrażałam sobie zostawienia go bez opieki i mojego wsparcia, ale i bez stawiania wymagań. Uważam, że my, dorośli, jesteśmy bardzo dzisiaj potrzebni młodym ludziom. I jako rodzice, i jako nauczyciele.

Katarzyna Kordusobecnie dyrektorka III LO im. św. Jana Kantego w Poznaniu, polonistka; w latach 90. doradca metodyczny nauczania języka polskiego oraz edukator programu Nowa Szkoła.
Wywiad przeprowadzony w 2013

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze