1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. „Nie muszę być pierwsza, by czuć się ważna” – skąd czerpać zdrowe poczucie wartości?

„Nie muszę być pierwsza, by czuć się ważna” – skąd czerpać zdrowe poczucie wartości?

Poczucie prawdziwej wartości mam wtedy, gdy niezależnie od ocen płynących z zewnątrz czuję się ważna jako człowiek (fot. iStock)
Poczucie prawdziwej wartości mam wtedy, gdy niezależnie od ocen płynących z zewnątrz czuję się ważna jako człowiek (fot. iStock)
Do poczucia własnej wartości pomaga dotrzeć głęboka świadomość, że każdy z nas jest niepowtarzalny, jeden jedyny we wszechświecie – mówi trenerka i doradczyni rozwoju osobistego Barbara Wójcik.

Jaka jest pani definicja zdrowego poczucia własnej wartości?
To szczególny stosunek do siebie samego o podłożu emocjonalnym, na który składają się dwie jakości: poczucie godności i wysoka samoocena. Doświadczam szacunku do siebie jako osoby i uznaję swoje prawo do istnienia, a na tym fundamencie buduję drugi składnik – wysoką samoocenę. Pierwotne jest jednak poczucie, że jako istota ludzka jestem ważna tak jak każdy inny człowiek. Bo jeśli wiem, że mieszka we mnie cząstka, nazwę ją duchową, taka jak w każdym człowieku, to mogę dobrze się czuć, choćbym niczego nie dokonała. Mogę z szacunkiem patrzeć na innych niezależnie od tego, co robią, czy ich zachowanie jest godne uznania. Nowoczesne społeczeństwa wyrażają ten szacunek w swoim prawodawstwie – każdy z nas ma te same prawa!

Na tym poziomie wszyscy jesteśmy równi.
Otóż to. I jeżeli mieliśmy szczęście wychowywać się w środowisku, w którym szanuje się życie, to nie mamy kłopotu z poczuciem własnej wartości: fundamentalna godność jest tożsama z darem życia.

Ale mamy kłopot. Czy nie dlatego, że wychowanie i edukacja oparte są na porównywaniu?  
Porównywanie osób sugeruje, że ktoś jest mniej, a ktoś więcej wart. Oczywiście różniąc się pod każdym względem, zajmujemy różne pozycje w hierarchiach zawodowych i społecznych. Jeśli mam poczucie godności, niskie miejsce w rankingu nie robi mi żadnej szkody, bo nie muszę być pierwsza, żeby wiedzieć, że jestem coś warta. Fundament mam taki sam jak wszyscy, ale to, co na nim buduję, zależy od moich zasobów. Właściwa edukacja to umacnianie w dzieciach poczucia godności i pomoc w rozpoznawaniu ich indywidualnych zasobów.

Nasze poczucie wartości nadszarpuje także wieczne ocenianie.
Poczucie prawdziwej wartości mam wtedy, gdy niezależnie od ocen płynących z zewnątrz czuję się ważna jako człowiek. Cały rozwój osobisty opiera się na tym, co mam, a nie na tym, czego nie mam. Dlatego tak niesłychanie ważne jest rozpoznawanie swoich mocnych stron. Jeśli na rynku wymiany umiejętności zdecyduję się wystawić swoje, to one zawsze będą podlegać ocenie. Każdy może ocenić mnie jako trenerkę, lecz nie jako człowieka!

Jak odkryć głębokie poczucie własnej wartości?
Jeżeli staramy się siebie samych zrozumieć, to prędzej czy później mamy szansę zobaczyć, że poczucie naszej wartości nie jest zależne od innych ani od tego, w jakich warunkach dorastaliśmy. Na trudne przeżycia można spojrzeć w nowy sposób. Dotarciu do samego siebie służy poszerzanie samoświadomości, a także praca terapeutyczna. Jako dzieci byliśmy bezradni, teraz możemy sobie poradzić, korzystając z zasobów, które mamy jako dorośli.

Co nam jednak w tym przeszkadza? Przyjmowanie roli ofiary?
Nie można zaprzeczać, że krzywdy istnieją. Natomiast warto się z nimi zmierzyć. Można wtedy odkryć, że nie musimy żyć w poczuciu krzywdy. Bez zaakceptowania siebie taką, jaka jestem, się nie obejdzie. Nie zmienię tego, że pewnych cech nie mam. Natomiast może mi się wydawać, że brakuje mi czegoś, co tak naprawdę mam. Urealnione patrzenie na siebie naprawdę jest uzdrawiające. Dotrzeć do poczucia własnej wartości pomaga głęboka świadomość, że każdy z nas jest niepowtarzalny, jedyny we wszechświecie.

Ale na samoocenę trzeba pracować?
Owszem, pracować w tym sensie, żeby rozwijać to, co się ma. Moja samoocena wzrasta, bo widzę, że sobie radzę, że potrafię robić coś coraz lepiej. Jeżeli mam oparcie w sobie, to żadna strata czy porażka nie wyrządzą mi szkody.

My szukamy potwierdzenia własnej wartości raczej na zewnątrz.
Zawsze będziemy chętnie słuchać o sobie dobrych rzeczy i smakować sukcesy, bo potwierdzają wysoką samoocenę. Czemu mielibyśmy się z tego nie cieszyć? Jednak jeżeli swoje poczucie wartości budujemy wyłącznie na tym – jest ono chwiejne. Umacnia je jedynie fundament własnej godności. Samoocena, owszem, ewoluuje, bo jedne zadania idą nam świetnie, a z innymi nie dajemy sobie rady. Coś mi nie wyszło, ale nie robię z tego powodu tragedii. Wycofuję się na jakiś czas, by potem wrócić lepiej przygotowana, lub szukam innej drogi.

Co zrobić, żeby nasze dzieci miały poczucie własnej wartości? Po pierwsze, zbadać, czy sami je mamy, bo tylko dorosły, który czuje się ważny jako człowiek, może to przekazać swojemu dziecku. Po drugie, cenić dziecko za to, że jest, a nie za to, jakie jest. Ważne jest przy tym poszanowanie jego uczuć i myśli.

Akcentuje pani mocno poczucie godności. Dlaczego?
Poczucie godności to jest taki rdzeń, który stanowi o naszym człowieczeństwie. Jeżeli uznamy go w sobie, to uznamy także w kimś i już tego rdzenia nie naruszymy. Jeżeli natomiast zabraknie nam tego fundamentu, zabraknie też zdrowej bazy do budowania wysokiej samooceny. Wtedy nasze poczucie własnej wartości będzie zależeć np. od tego, co osiągniemy. Tymczasem nie da się go zbudować poprzez zmianę zawodów, mężów, domów, gromadzenie dóbr. Bert Hellinger, niemiecki terapeuta i twórca słynnych już rodzinnych ustawień, odkrył, co musimy zrobić, abyśmy poczuli się ze sobą pogodzeni. Otóż jest to możliwe wtedy, gdy przestaniemy mieć pretensje do rodziców, a więc przyjmiemy ich takimi, jacy są. A co to tak naprawdę znaczy? Że przyjmiemy dar życia bez zastrzeżeń.

A jeśli rodzice wyrządzili nam krzywdę?
Może pomóc myślenie: życie kosztowało mnie więcej, miało wyższą cenę. Ale któż by się targował o życie. Przyjmuję je więc ze wszystkimi warunkami. To podstawa. Trzeba przyjąć do serca także członków naszego systemu rodzinnego: dziadków, rodziców i ich rodzeństwo, własnych braci i siostry, także przyrodnie i zmarłe. Jeżeli uporządkujemy system rodzinny, to możemy z niego czerpać siłę. Rzeka życia wyrzuciła nas na brzeg przy pomocy rodziców i przodków i jeśli czujemy, że stoją za nami, to dopiero wtedy niczego nam nie brakuje, czujemy się pełni i znamy własną wartość.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Martyna Wojciechowska: "Wspieram, nie oceniam"

Martyna Wojciechowska:
Martyna Wojciechowska: "Pamiętam doskonale, jak powtarzałam, że dla mnie szklanka jest zawsze do połowy pusta. Zawsze. I kiedy tylko trochę z niej ubędzie, to chcę ją od razu zapełnić. Tak bardzo byłam wszystkiego spragniona. Dzisiaj z pełną świadomością tego, że mówię coś zupełnie odwrotnego, twierdzę, że szklanka jest zawsze do połowy pełna. I cieszę się z tego, ile w niej mam". (Fot. Marta Wojtal)
Czego teraz wszyscy najbardziej pragniemy? Natury, wolności i słońca. Oto więc Martyna Wojciechowska, wcielenie tych trzech jakości. Dziś ma w sobie więcej spokoju i akceptacji, ale ma też nową misję. Chce powiedzieć młodym ludziom, że są wystarczająco dobrzy, wystarczająco fajni i wystarczająco atrakcyjni. I to bardzo chce!

Kiedyś kojarzyłaś mi się z wojowniczką, dziś powiedziałabym, że z matką naturą.
Podoba mi się to porównanie. Bo chyba dobrze obrazuje moją przemianę. Oczywiście nadal potrafię skutecznie walczyć, ale metody tej walki, jeśli w ogóle do niej dochodzi, są już inne. Jest we mnie więcej akceptacji, spokoju, łagodności, ale też pokory i wątpliwości. A bycie blisko natury zawsze było dla mnie najważniejsze, i to na wielu poziomach. Najszczęśliwsza jestem, kiedy czuję wiatr na twarzy – dosłownie i w przenośni.

Natura to zmiana, ale też żywioł. Daje życie, ale i je odbiera. Cierpliwie znosi to, jak ją traktujemy, ale potrafi też powiedzieć: dość.
Moja dojrzałość polega na tym, że nie tylko wiem, czego chcę – choć czasem jeszcze tego poszukuję – ale też dobrze wiem, czego na pewno nie chcę. Na przykład nie zamierzam już w imię czegokolwiek – tytułów, zaszczytów, pieniędzy czy jakichkolwiek innych korzyści – godzić się na kompromisy dotyczące przebywania w moim najbliższym otoczeniu ludzi, z którymi jest mi zwyczajnie nie po drodze. Dla mnie dziś relacje są ponad wszystko.

Martyna Wojciechowska: 'Najszczęśliwsza jestem, kiedy czuję wiatr na twarzy – dosłownie i w przenośni'.(Fot. Marta Wojtal)Martyna Wojciechowska: "Najszczęśliwsza jestem, kiedy czuję wiatr na twarzy – dosłownie i w przenośni".(Fot. Marta Wojtal)

Słusznie! Pewne rzeczy jesteśmy jednak w stanie dostrzec dopiero z perspektywy czasu.
Ostatnio wpadł mi w ręce wywiad, którego udzieliłam wiele lat temu. Niesamowite, jak różna jestem od tamtej siebie. Nie chodzi o to, że wtedy kłamałam, a teraz mówię prawdę, tylko po prostu zupełnie inaczej widziałam pewne rzeczy. Pamiętam doskonale, jak powtarzałam, że dla mnie szklanka jest zawsze do połowy pusta. Zawsze. I kiedy tylko trochę z niej ubędzie, to chcę ją od razu zapełnić. Tak bardzo byłam wszystkiego spragniona. Dzisiaj z pełną świadomością tego, że mówię coś zupełnie odwrotnego, twierdzę, że szklanka jest zawsze do połowy pełna. I cieszę się z tego, ile w niej mam.
Kiedy tak jak ja dojrzewa się w mediach, bo właściwie całe moje dorosłe życie w nich spędziłam, ma się też możliwość zobaczenia siebie w naprawdę różnych odsłonach. To trochę jak taki oficjalny pamiętnik.

I coś w rodzaju osobistej kroniki zmian. Lubisz wracać do swoich dawnych zdjęć? Ja niedawno przejrzałam swój album z liceum i pomyślałam: „Jaka fajna i śliczna dziewczyna. Szkoda, że wtedy tego nie wiedziała. I że nikt jej nie powiedział”. Zamiast tego ciągle słyszała, że jest za chuda, za wysoka, ma za dużo tu i tam.
Być może osoby z twojego otoczenia robiły to, bo same słyszały w młodości podobne rzeczy, bo nie potrafiły wyjść z kanonu, w którym zostały wychowane. W sumie to bardzo smutne, że tak z pokolenia na pokolenie przekazujemy sobie te same uprzedzenia, lęki, kompleksy. Dlatego warto mówić o tym głośno, mieć odwagę wyrwać się ze schematów, żyć i wyglądać inaczej. No i przestać oceniać. Siebie i innych.
Dlatego bardzo się pilnuję i przy mojej córce nie rzucam już od niechcenia takich pustych komentarzy: „Ale mi się przytyło”. Albo: „Cholera, mam grube uda”. Szczerze, to uważam, że mam, ale od kiedy zrozumiałam, że niewinny komentarz powtarzany wielokrotnie zapisuje się na naszej matrycy przekonań i matrycy przekonań naszych dzieci, zaczęłam uważać na to, co mówię o sobie i o innych. Świadomie chcę przerwać ten ciąg powielania zapisu. Oczywiście moja 13-letnia córka, jak każda nastolatka, jest także pod wpływem otoczenia, rówieśników, social mediów, więc nie tylko ode mnie zależy to, jak będzie się postrzegała. Ale staram się jak mogę wspierać ją w niezależności myślenia o sobie i o świecie. Każdy człowiek, szczególnie młody, ma mnóstwo wątpliwości i bez przerwy zastanawia się, czy jest wystarczająco dobry, wystarczająco fajny, wystarczająco atrakcyjny. Dlatego dobrze by było, gdybyśmy wreszcie przestali wypowiadać gorzkie opinie o innych ludziach. Że ta jest gruba, a ta chuda, tamta za niska, a jeszcze inna – za wysoka. To wszystko zostaje w nas na głębszym poziomie, daje przyzwolenie innym do ciągłego oceniania, przypinania łatek. Odetnijmy się wreszcie od tego.
I nie chodzi mi o to, by ludzie, którzy dzięki Internetowi zyskali możliwość zabierania głosu, mieli zostać go pozbawieni. Istnieje natomiast coś takiego jak odpowiedzialność za słowa, które wypowiadamy w przestrzeni publicznej. Dlatego ja #WspieramNieOceniam, mam zero tolerancji dla hejtu i namawiam do tego innych.

Martyna Wojciechowska: 'W sumie to bardzo smutne, że tak z pokolenia na pokolenie przekazujemy sobie te same uprzedzenia, lęki, kompleksy. Dlatego warto mówić o tym głośno, mieć odwagę wyrwać się ze schematów, żyć i wyglądać inaczej. No i przestać oceniać. Siebie i innych'. (Fot. Marta Wojtal)Martyna Wojciechowska: "W sumie to bardzo smutne, że tak z pokolenia na pokolenie przekazujemy sobie te same uprzedzenia, lęki, kompleksy. Dlatego warto mówić o tym głośno, mieć odwagę wyrwać się ze schematów, żyć i wyglądać inaczej. No i przestać oceniać. Siebie i innych". (Fot. Marta Wojtal)

Stąd zeszłoroczna kampania twojej Fundacji „Unaweza” i hasło I’m enough, czyli: „Jestem wystarczająca”.
To hasło trafiło na bardzo podatny grunt, bo okazało się, że większość z nas, dorosłych kobiet, czuje się niewystarczająco mądra, ładna, zabawna, ale też często czujemy się niewystarczająco dobrymi mamami, żonami czy kochankami. Pewnego dnia zrozumiałam, że to, co próbujemy zrobić, to potrząsnąć kobietami, które już czują się niewystarczające. A co, gdyby zwrócić się do osób znacznie młodszych? Do tych, których poglądy dopiero się kształtują – i zacząć działać, zanim te przekonania się ugruntują? Dlatego to, czym jako szefowa Fundacji „Unaweza” zamierzam się teraz zajmować, to nasze dzieci i młodzież. Zapraszam do współpracy wszystkie zainteresowane fundacje i organizacje, bo wierzę, że trzeba zacząć działać ponad podziałami.


Czy widziałaś, jakie są statystyki dotyczące samooceny polskich nastolatków, przygotowane przez sieć badawczą HBSC? Jesteśmy na ostatnim miejscu w Europie, z najwyższym wskaźnikiem negatywnego postrzegania własnego ciała! I to mnie przeraża. A dotyczy „tylko” wyglądu. Celowo mówię to w cudzysłowie, bo przecież wygląd to coś, na czym wyjątkowo skupia się uwaga nastolatków, choć z badań wynika, że „za grube” czują się już dziewięciolatki. I wiemy też, że dziewczynki są znacznie bardziej narażone na depresję z tego powodu niż chłopcy. Nasze dzieci czują się nietrakcyjne, zagubione i niezrozumiane, nie dają rady dźwigać presji. Wzrósł odsetek samobójstw wśród najmłodszych i jest to obecnie najczęstsza przyczyna śmierci dzieci w wieku 15–19 lat w krajach bogatych, w Polsce przyczyną co piątego pogrzebu dziecka jest samobójstwo. Nie można nie reagować, a tymczasem coś tak podstawowego jak telefon zaufania dla dzieci i młodzieży nie ma wsparcia państwa i stosownego dofinansowania!

Martyna Wojciechowska: 'Moja dojrzałość polega na tym, że nie tylko wiem, czego chcę – choć czasem jeszcze tego poszukuję – ale też dobrze wiem, czego na pewno nie chcę'. (Fot. Marta Wojtal)Martyna Wojciechowska: "Moja dojrzałość polega na tym, że nie tylko wiem, czego chcę – choć czasem jeszcze tego poszukuję – ale też dobrze wiem, czego na pewno nie chcę". (Fot. Marta Wojtal)

Może takie statystyki powinny się pojawiać na pasku informacyjnym obok tych covidowych?
U ilu nastolatków dziś stwierdzono depresję, u ilu bulimię, u ilu anoreksję... Ilu się okaleczyło, ilu targnęło się na życie... Im dłużej i im głębiej grzebię w tym temacie, tym mocniej czuję, że to powinna być teraz nasza najważniejsza misja. Od tego przecież zależy, jakie będą nasze przyszłe pokolenia, jaki będzie świat. Dlatego podczas tej sesji występuję też w koszulce z napisem Beautiful enough, czyli: „Wystarczająco piękna”. To początek kolejnej kampanii Fundacji „Unaweza”, której celem jest praca nad samooceną naszych dzieciaków. Wybrałam prowokacyjnie kolor różowy, który w tym przypadku ma być kolorem siły, a projekt pomogła mi stworzyć moja córka Marysia. „Jestem wystarczająco piękna!” – powtarzajmy to sobie każdego dnia i dawajmy sobie wzajemnie wsparcie. Bez oceniania.


To, co robisz, jest bardzo ważne, ale też bardzo trudne, bo trzeba najpierw mocno uderzyć się w pierś. I zastanowić się, co ja robię i mówię. Czy idąc ulicą, nie powiedziałam lub nie pomyślałam o innej kobiecie: „Jak ona się ubrała”? Ja tak. I to nie raz.
Przyznaję, że i ja pomyślałam kiedyś o innej kobiecie: „Gdybym miała takie nogi, w życiu nie założyłabym krótkiej spódnicy”. Dziś myślę inaczej. O sobie także. Moje ciało, choć nie jest idealne, jest najwspanialsze, bo pozwoliło mi zrobić rzeczy niezwykłe, a moje nogi zaniosły mnie na szczyty wszystkich najwyższych gór na siedmiu kontynentach i na wiele niezwykłych krańców świata. A poza tym wygląd to prywatna sprawa każdego z nas i nikomu nic do tego.

Niektórzy mówią, że czyjś strój obraża ich poczucie estetyki.
Na świecie jest blisko 8 miliardów ludzi. Wyobraźmy sobie, że każdy chciałby, by dbano o jego poczucie estetyki. No, nie jest to możliwe. Poza tym piękno jako wartość uniwersalna nie istnieje. Ja mam to szczęście, że spotykam się z kobietami z najbardziej egzotycznych zakątków naszego globu i za każdym razem mam szansę sobie o tym przypomnieć. Na przykład pobyt w Kolumbii podziałał na mnie bardzo odchudzająco, choć zaznaczam, że moja waga się nie zmieniła. Po prostu stanęłam pomiędzy tymi fantastycznymi, pięknymi Kolumbijkami i wyglądałam przy nich jak drobinka – a żadna z nich nigdy nie powiedziałaby o sobie, że ma za duży tyłek, bo są dumne ze swoich rozmiarów. Natomiast w naszym europejskim kanonie urody uchodzę za kobietę solidnych gabarytów. Dlatego powtarzam, że czasem wystarczy zmienić miejsce na Ziemi – dziś nie jest to już żaden problem ani wyzwanie – żeby nagle to, co jest kompleksem czy powodem do wstydu, urosło do rangi atrybutu atrakcyjności. Co znaczy, że wszystko, a piękno w szczególności, jest względne.

W twoim cyklu „Kobieta na krańcu świata” było wiele poruszających odcinków, ale ja zapamiętałam szczególnie jeden, który dla mnie – ale i dla ciebie z tego, co pamiętam – był nie lada wyzwaniem. Chodzi o Larisę Renar prowadzącą w Sankt Petersburgu szkołę dla kobiet, które chcą zostać żonami milionerów.
To było dla mnie jak lądowanie na innej planecie! A jednocześnie bardzo polubiłam Larisę. Miała tak skrajnie inne niż ja podejście do podstawowych spraw życiowych, że niemal wszystko we mnie chciało się z nią kłócić. A jednocześnie świetnie spędzało się nam ten wspólny czas. Oczywiście jej techniki „szkoleniowe” mogą wzbudzać wiele kontrowersji. Począwszy od tego, jak prosić mężczyznę o prezenty: gdzie i jak wtedy siedzieć, w które oko wybranka patrzeć. Jednak najbardziej zaskoczyła mnie technika „przyciągania bogactwa”. Pamiętam, że wszystkie studentki miały przynieść ze sobą dolary, euro lub ruble i na koniec spotkania trzeba było rzucać te pieniądze do góry i się nimi nacierać. Pomyślałam wtedy: „To się nie dzieje, to jest niemożliwe”. Po czym usiadłam z nimi w kręgu i one zaczęły obsypywać mnie tymi banknotami, a ja dostałam ataku histerycznego śmiechu. Mimo że jechałam do Petersburga z pewną opinią na temat Larisy, to jednak na miejscu otworzyłam głowę, zakładając, że mój punkt widzenia nie jest przecież jedynym słusznym i niech każdy żyje jak chce.

Pamiętam wątek o jej książce…
Tak, Larisa napisała książkę o tym, jak z męża zrobić milionera, która w Rosji stała się bestsellerem. Spytałam ją wprost: „A czy nie byłoby prościej, żebym to ja została milionerką?”. Na co ona zaczęła mi tłumaczyć, że trzeba pozwolić się obdarować, bo kobieta obdarowywana prezentami kwitnie. „A czego ty pragniesz, Martyno?” – zapytała. „Co chciałabyś dostać?”. Powiedziałam, że przydałby mi się nowy kask motocyklowy, a ona gwałtownie zaprotestowała: „Nie, nie! To musi być coś, co napełnia twoją kobiecość, poczucie estetyki, zmysły. To może być biżuteria, pachnąca świeca, coś z zupełnie innego wymiaru niż praktyczny”. Ja z kolei lubię moje praktyczne i raczej minimalistyczne podejście do tematu zakupów, nie mówiąc o tym, że czuję się dumna i niezależna, kiedy sama kupuję sobie prezenty. Larisa – odwrotnie.
Ale za to od jakiegoś czasu lubię dostawać kwiaty. Pamiętam, że kiedy poznałam Przemka, przyszedł i spytał, czy takiej zdeklarowanej feministce jak ja można w ogóle kupić kwiaty. Odpowiedziałam: „Kwiaty? Moje koty je zjadają, a potem wymiotują. To niezbyt dobry pomysł”. Sama nie mogę uwierzyć, że to powiedziałam, dziś byłabym chyba bardziej dyplomatyczna. Ale on któregoś dnia przyszedł z bukietem i powiedział: „Zaryzykuję”. Od tamtego czasu dostaję kwiaty regularnie.

Martyna Wojciechowska: 'Zawsze powtarzam, że kobiety, które spotykam na swojej drodze, są dla mnie największą inspiracją'. (Fot. Marta Wojtal)Martyna Wojciechowska: "Zawsze powtarzam, że kobiety, które spotykam na swojej drodze, są dla mnie największą inspiracją". (Fot. Marta Wojtal)

A Larisa uśmiecha się do ciebie z Petersburga... W jednym się z nią zgadzam. Za rzadko pozwalamy się obdarować. Cudownie móc i chcieć sobie coś kupić, ale fajnie też coś dostać, nie tylko od mężczyzn.
Ja regularnie doświadczam wspaniałej energii siostrzeństwa. Doszło do tego, że wilczyce, jak mówię o mojej paczce przyjaciółek, nawet mnie nie pytają, czy mi w czymś pomóc. Wiedzą, że odpowiem jak klasyczna Zosia Samosia, że sobie poradzę, co zresztą jest zgodne z prawdą. Więc nie pytają, tylko robią. Kiedy miałam trudny moment w życiu, napisałam na naszej grupie, że jest mi źle, ale nie chcę o tym rozmawiać i w ogóle ogarniam rzeczywistość, więc żeby się nie martwiły. I wiesz co, były u mnie kilka minut później. Rozmawiać faktycznie nie chciałam, ale ze mną pobyły, coś ugotowały. Każdemu życzę takiej watahy, ale przyznaję, że wymaga to też otwarcia się na ludzi. I tu znów uderzmy się w pierś – jak często wykręcamy się od budowania bliskich relacji? Jak wiele stawiamy murów i ograniczeń: „zarobiona jestem”, „oddzwonię”, „może za tydzień”. Uczę się więc mówić, że chętnie przyjmę pomoc, a nawet proszę o nią częściej niż kiedyś. To działa.

Inna sprawa to uprzedzenia i ocenianie innych ludzi jedynie na podstawie wrażenia. Ile razy tak miałam, że myślałam o kimś: „nie lubię jej”, mimo że wcale jej nie znałam.
Wiele lat temu jechałam do Meksyku realizować odcinek o kobiecie wampirzycy – sama nadała sobie taki pseudonim. Maria Jose Cristerna, bo o niej mowa, jest najbardziej zmodyfikowaną kobietą na świecie. Cała jej skóra jest pokryta tatuażami, kolczykami, do tego ma zęby jak wampir i liczne implanty w ciele. Wielkim zaskoczeniem było dla mnie odkrywanie jej wrażliwości oraz historii, która sprawiła, że jej ciało stało się jedyną sferą, nad którą mogła mieć kontrolę i władzę. Doświadczyła przemocy domowej i bardzo długiego zaniedbywania. Jedyne, co było naprawdę jej, to było właśnie jej ciało. I dlatego tak je zmodyfikowała. A ja skarciłam się za to, że wcześniej, patrząc na jej zdjęcia, widziałam w niej dziwaczkę; nie przypuszczałam nawet, że jest absolwentką prawa i udziela bezpłatnie porad kobietom, które są w kryzysie przemocy domowej; albo że jest przykładną mamą trójki dzieci. Scena, w której smaży im naleśniki, a one odrabiają pracę domową, wbiła mi się w pamięć.

Z drugiej strony to, że kategoryzujemy ludzi na podstawie ich wyglądu, to normalne działanie naszego mózgu. Nie ma co się o to obwiniać, ale trzeba wyjść poza ten pierwszy odruch, ten mechanizm. Nie chciałabym, byśmy teraz biły się w pierś cały czas.
Słowem kluczem jest „zmiana”. Otwartość na to, że można zrobić coś inaczej. I pozwolenie sobie na to. Zmiana jest niepokojąca, bo wynosi nas poza strefę komfortu, dlatego na samym początku może nas uwierać. Ale warto w niej wytrwać.

Życie to ciągła zmiana. Dziś czujemy to bardziej niż kiedykolwiek. Mam wrażenie, że tym trudniej reagujemy na zmiany przychodzące z zewnątrz, im bardziej w środku jesteśmy niepoukładani.
Ja w ogóle powinnam mieć na imię Zmiana. Zresztą swoje prawdziwe imię też zmieniłam, zmieniając tym samym trochę swój los i swoją historię. Marta – piastunka ogniska domowego, słowo z języka aramejskiego – a Martyna – wywodząca się od Marsa, boga wojny – to są dwie różne kobiety. To imię wybrało mnie samo, bo odkąd pamiętam, wszyscy tak do mnie mówili, ale dopiero niedawno zmieniłam je też oficjalnie.
W moim życiu było wiele zmian, czasem to były zakręty, a czasem dramatyczne zwroty akcji. Przeprowadziłam zmiany o charakterze ewolucyjnym, krok po kroku, ale też wykonałam wiele wolt. Jedną z takich rewolucji było i jest dla mnie doświadczenie macierzyństwa i myślę, że wiele z nas zna to uczucie.
Nie boję się zmian, bo są wpisane w nasze życie. Nasze ciało i nastrój zmieniają się zależnie od dnia miesiąca, podczas ciąży, połogu czy po prostu wraz z upływem czasu. A tobie jakie pierwsze słowo kojarzy ci się, kiedy słyszysz „zmiana”?

Nowość. Lubię nowości.
Czyli czujesz raczej ekscytację, ciekawość.

Tak. A ty?
Ja też. Choć czasem czuję też lęk, niepokój, i to też naturalna reakcja. Ale wierzę też, że wszystko w naszym życiu jest jednak kwestią decyzji. Odwaga przeprowadzenia zmian to też decyzja. Dziś czuję się dużo bardziej poukładana, ale nie traktuję siebie jako osoby dokończonej. Wiem, że jeszcze wiele zmian przede mną. Kiedyś bardzo lubiłam planować i nadal lubię, ale teraz ma to bardziej postać wyznaczenia kierunku niż robienia listy rzeczy do zrobienia. Życie tyle razy mnie zaskoczyło, często też pozytywnie, że nauczyłam się większej elastyczności i otwartości na nowe.

Niedawno na Instagramie napisałaś, jak na przestrzeni lat zmieniało się też twoje podejście do kobiecości. Najpierw chciałaś zawojować męski świat, potem, jak dziś to widzisz, przesadnie podkreślałaś kobiecość. A teraz z czym ci się kojarzy to słowo?
Pierwsze skojarzenie to „wrażliwość”, ale po chwili zastanowienia nie chciałabym, żeby wrażliwość była przypisana tylko kobietom, bo to po prostu bardzo piękna ludzka cecha. Kobiecość i męskość zyskują dziś nowe znaczenia, przestaje być aktualny podział na typowo kobiece i typowo męskie cechy, zawody czy zachowania. Myślę, że warto być po prostu sobą. Nie mnie wartościować, co jest bardziej kobiece, a co mniej. Ale faktem jest, że kobiety liderki w dzisiejszych trudnych i niestabilnych czasach radzą sobie lepiej, bo są bardziej empatyczne, chętniej szukają porozumienia ponad podziałami, mają mniejsze ego.

Co byś chciała, by młode dziewczyny, w wieku twojej córki, myślały o sobie, o kobiecości, o świecie?
Że mogą wszystko, a niemożliwe nie istnieje – w tym sensie, żeby nie czuły sztucznych ograniczeń wynikających z płci, roli społecznej, miejsca, w którym się urodziły, a przede wszystkim z cudzych oczekiwań. To jest to, co chciałabym dziś powiedzieć wszystkim młodym ludziom, choć mam też świadomość tego, że jestem dla nich lamusem.

Słucham?!
Czyli takim oldskulem, dinozaurem. Dowiedziałam się tego od mojego dziecka [śmiech].

Z tym lamusem to jednak mogłabyś się zdziwić. W końcu masz Barbie, która wygląda jak ty i jest sheroską.
I jestem tym zachwycona! Niedawno opublikowałam u siebie na Instagramie informację o tym, że powstała kolejna Barbie – tym razem z protezą nogi. Inspiracją do jej powstania jest cudowna kobieta – brazylijska modelka Paola Antonini France Costa, która w wyniku wypadku straciła nogę. Dopiero co do grona Barbie Sheros dołączyła Anita Włodarczyk i strasznie się cieszę, że jest Barbie, która rzuca młotem. Moja Barbie ma tatuaże i mały plecaczek, który jest idealną kopią mojego, a do tego ciężkie buty. Ma 46 lat, a zaraz 47, i z pewnością wygląda i żyje niestandardowo.

Martyna Wojciechowska: 'Nie boję się zmian, bo są wpisane w nasze życie. Nasze ciało i nastrój zmieniają się zależnie od dnia miesiąca, podczas ciąży, połogu czy po prostu wraz z upływem czasu'.(Fot. Marta Wojtal)Martyna Wojciechowska: "Nie boję się zmian, bo są wpisane w nasze życie. Nasze ciało i nastrój zmieniają się zależnie od dnia miesiąca, podczas ciąży, połogu czy po prostu wraz z upływem czasu".(Fot. Marta Wojtal)

A tak w ogóle to chciałam ci podziękować za twojego Instagrama. To serwis dobrych informacji, zachwytów nad przyrodą i ludźmi.
Przyznaję, że jest to dla mnie bardzo ważna przestrzeń i że czuję się, jakbym codziennie wydawała serwis informacyjny. Podchodzę do tego bardzo poważnie, zresztą grono, które obserwuje moje profile na social mediach, to ponad 2 miliony ludzi na Instagramie, drugie tyle na Facebooku, a to zobowiązuje. Mając świadomość każdego słowa, staram się pisać o inspirujących ludziach, ale też dużo uwagi poświęcam naturze i ochronie środowiska, bo przecież planeta Ziemia to jedyny dom, jaki mamy. Sporo piszę też o fascynujących miejscach, choć wiem, że dziś nasze podróże są raczej wirtualne niż realne. A najbardziej cieszy mnie to, że w przestrzeni moich social mediów nie ma hejtu. Jest za to konstruktywna wymiana myśli.

Kiedy ukaże się ten numer (chodzi o wydanie papierowe naszego pisma, przyp. redakcja), rozpoczniesz kolejną przygodę…
Tak! I to dla mnie zupełna nowość, a pomysł wziął się z tego, że moje dziecko mi powiedziało: „Mamo, jeśli chcesz być naprawdę cool, to powinnaś mieć kanał na YouTubie i podcasty na Spotify”. Kocham moją pracę w telewizji i nie zamierzam z niej rezygnować – wyjeżdżam zresztą zaraz na plan kolejnego sezonu programu „Kobieta na krańcu świata” – ale postanowiłam też zaimponować mojemu dziecku, więc zaczynam szerszą działalność internetową. Mój kanał na YouTubie i jednocześnie podcast noszą tytuł „Dalej”. Opowiadam w nim o ludziach, którym się chce. O tych, którzy chcą więcej, nie w sensie gromadzenia, tylko doświadczania.

I co Marysia na to?
Wyraziła aprobatę, przychodzi ustawiać scenografię do nagrań, konsultuje moje pomysły, a ja bardzo liczę się z opinią Mani, która jest dla mnie głosem nowego pokolenia. Zapraszam ludzi raczej nie z pierwszych stron gazet, takich, którzy robią rzeczy niesamowite, ale rzadko przebijają się z nimi do mainstreamu. Pierwszym gościem „Dalej” będzie jednak kobieta ikona, która od zawsze była dla mnie inspiracją do odkrywania świata – Elżbieta Dzikowska. Podziwiałam ją już jako mała dziewczynka i bardzo chciałam być taka jak ona. Wciąż mnie zawstydza swoją witalnością i ma oczy dziecka – jest w nich nieustająca ciekawość. Jej się zawsze chce.

A tobie?
Totalnie i nieustająco mi się chce!

Nawet teraz, kiedy nikomu się nie chce?
No różnie bywa, bo przecież jestem człowiekiem, a nie cyborgiem, ale generalnie chce mi się. W tej cholernej pandemii to nawet bardziej mi się chce, jakby na przekór. I chciałabym tą swoją energią podzielić się z innymi, bo mi wystarczy też dla tych, którym chwilowo się nie chce. Pomaga mi to, że jestem otoczona pozytywnymi ludźmi, którzy mają zapał i energię, a to jest zaraźliwe. Co chwila wymieniamy się z dziewczynami z redakcji i z fundacji pomysłami, inspirujemy się, wzajemnie motywujemy, kiedy którejś opadają skrzydła.
No i postanowiłam sobie, że przebiegnę maraton. Robiłam wiele rzeczy, ale tego jeszcze nie. Bo skoro kluby sportowe zamknięte, a parki i lasy otwarte, to biegać akurat można, więc biegam coraz więcej. I latam.

Co to znaczy?
W moim życiu stale przewija się motyw skrzydeł, są obecne wszędzie, w Fundacji „Unaweza”, w mojej kolekcji biżuterii dla W.Kruk. Po prostu zawsze chciałam latać, doświadczyć pędu powietrza. Próbowałam siadać za sterami awionetki, śmigłowca, podobało mi się, ale jakoś nie kliknęło. Okazało się, że dla mnie kwintesencją latania są skoki spadochronowe. Kiedy to zrozumiałam, zapisałam się na kurs, zostałam samodzielnym skoczkiem spadochronowym i zaczęłam skakać. Dopiero doświadczenie swobodnego lotu w powietrzu okazało się spełnieniem moich marzeń. Po pierwszym samodzielnym skoku napisałam: „Zrobiłam to!”, do Heather Swan, bohaterki jednego z odcinków „Kobiety na krańcu świata”, bo to ona wiele lat temu podsunęła mi ten pomysł. Sama jest zresztą rekordzistką świata w kilku dyscyplinach skoków spadochronowych. Zawsze powtarzam, że kobiety, które spotykam na swojej drodze, są dla mnie największą inspiracją.
Jest taka gra, w którą gram ze znajomymi w podróży – „O kim teraz myślę?”. Mają to być bardzo znane osoby. Inni zadają pytania, ty odpowiadasz: tak lub nie. Kiedyś ty byłaś jej bohaterką i było to najtrudniejsze zadanie, bo nie mieściłaś się w żadnej kategorii.
Rzeczywiście, może trudno mnie zaszufladkować, można powiedzieć, że jestem „wielozadaniowa”. Ostatnio Elżbieta Dzikowska mi tłumaczyła, że podróżnik wyjeżdża, żeby coś odkryć, turysta – żeby wypocząć, więc chyba jestem podróżniczką. Jestem też dziennikarką z wyboru, bo nie z wykształcenia. No i jestem mamą. W sumie to też mam problem ze skategoryzowaniem siebie. Najchętniej zostałabym więc po prostu sobą, Martyną. 

Martyna Wojciechowska, podróżniczka, dziennikarka, autorka kilkunastu książek, zdobywczyni między innymi Korony Ziemi. Od 2009 roku realizuje na antenie TVN program „Kobieta na krańcu świata”. Od 2019 roku stoi na czele Fundacji „Unaweza”, która daje kobietom skrzydła poprzez wyrównywanie szans ekonomicznych, społecznych i prawnych. Prywatnie mama Kabuli i Marysi. Żona dziennikarza i podróżnika Przemysława Kossakowskiego

Za pomoc w realizacji sesji dziękujemy Cicha 23 Event Place w Markach, www.cicha23.pl

zdjęcia: Marta Wojtal, makijaż: Eryka Sokólska, fryzury: Ewa Pieczarka, stylizacja: Dominika Zasłona-Dukielska i Marcin Brylski, produkcja: Dominika Zasłona-Dukielska. Martyna ma na sobie koszulę dżinsową i dżinsy LEVI'S, botki MAKO, kardigan beżowy MAX MARA/MODIVO.PL, sukienkę jako koszulę POLO RALPH LAUREN/MOLIERA2.COM, top BYNAMESAKKE, dżinsy LEVI'S, buty TAMARIS, sweter beżowy H&M, biustonosz TRIUMPH, spodnie beżowe RESERVED, kardigan na zdjęciu czarno-białym VICHER, top TOMMY HILFIGER/MODIVO.PL, dżinsy LEVI'S, botki MAKO, sweter H&M, koszulę RESERVED, biżuterię W.KRUK.

  1. Psychologia

8 kroków do zbudowania świadomej samooceny

Przedstawiamy 8 prostych kroków do zbudowania świadomej samooceny. (Fot. iStock)
Przedstawiamy 8 prostych kroków do zbudowania świadomej samooceny. (Fot. iStock)
Znasz swoją wartość i umiesz korzystać z wewnętrznej mocy? Potrafisz wyciągać wnioski z życiowych doświadczeń i szanujesz lekcje, jakie dostajesz od losu? Masz odwagę marzyć i realizować marzenia? Oto 8 kroków do zbudowania świadomej samooceny.
  1. Weź odpowiedzialność za swoje życie

Czasami łatwiej uwierzyć, że szczęście zależy od warunków zewnętrznych lub od konkretnej osoby. Jeśli coś nie układa się tak, jak tego chcemy, łatwo obwiniać okoliczności życiowe albo innych ludzi. Większym wyzwaniem jest wzięcie odpowiedzialności za swoje życie i wszystkie podejmowane decyzje, bez obwiniania siebie za niepowodzenia.

  1. Wyciągaj wnioski z doświadczeń

Każda trudna sytuacja jest okazją do wzmocnienia poczucia własnej wartości. Staraj się podchodzić refleksyjnie do tego, co ci się przydarza. Jeśli traktujesz doświadczenia jak lekcje i odczytujesz zawarte w nich nauki, będziesz wychodzić zwycięsko z każdej sytuacji.

  1. Zrewiduj swoje przekonania

Życie potrafi uczyć poprzez kontrasty. Dostajemy to, czego nie chcemy, żeby łatwiej było nam poczuć to, czego pragniemy. Aby nie powtórzyć po raz kolejny podobnego doświadczenia, poznaj przekonania, które mogły przyciągnąć daną sytuację. Czas na zmianę tych, które już ci nie służą. Dla przykładu, jeśli jesteś niezadowolona z pracy, bądź świadoma, że to nie wina szefa oraz tego, co w tej pracy wykonujesz. Dzięki „nielubianemu zajęciu” możesz poczuć, czego tak naprawdę chcesz

  1. Bądź wdzięczna

Praktykuj świadomość pełni, czyli doceniaj to, co już masz. Zamiast narzekać na brak czegoś, poczuj wdzięczność za wszystkie dobre sytuacje, których doświadczyłaś. Za przyjaźnie z ludźmi i piękne chwile z bliskimi. Doświadczaj stanu obfitości. Ciesz się z samego faktu, że żyjesz i możesz doświadczać życia. Szczęście to stan, który nie jest uwarunkowany przez świat zewnętrzny, ale przez to, jak się czujesz sama ze sobą, a dopiero następnie ze światem.

  1. Kochaj siebie

Zbuduj pozytywną relację z samą sobą. Bo jeśli kochasz siebie, potrafisz kochać innych. Nie czekaj zatem na komplementy od bliskich, ale sama mów je sobie codziennie. Dbaj o komfort ciała, relaks, zdrowe jedzenie i dobry sen. Choćby na 10 sekund połóż dłoń pośrodku klatki piersiowej. Poczuj swój oddech i przywitaj się w myślach z własnym sercem. Podziękuj mu za to, że pracuje dla ciebie 24 godziny na dobę. Spróbuj również od czasu do czasu sprawiać sobie prezenty, niekoniecznie materialne. Może to być chociażby wieczorne patrzenie w gwiazdy, słuchanie ulubionych utworów czy zapisanie się na masaż.

  1. Bądź uczciwa wobec siebie

Jeśli czujesz, że nie masz na coś ochoty, ale jednocześnie nie chcesz kogoś urazić lub zawieść, zatrzymaj się. Posłuchaj wewnętrznego głosu intuicji oraz uświadom sobie reakcję ciała. Jeśli zdecydowanie podpowiadają ci, aby nie iść na spotkanie towarzyskie, firmową imprezę lub cokolwiek innego – działaj w zgodzie ze sobą. Jeżeli robisz wiele rzeczy, które nie dostarczają ci pozytywnych emocji, możesz szybko poczuć zmęczenie i frustrację. Nie musisz godzić się na coś tylko dlatego, że tak wypada. Angażuj swój czas i energię w to, co jest dla ciebie wartościowe, co sprawia, że rosną ci skrzydła i czujesz się zainspirowana.

  1. Nie odwlekaj ważnych spraw

Jeśli często załatwiasz ważne sprawy w ostatniej chwili, zapytaj siebie: Dlaczego przeciągam coś, co mogę zrobić wcześniej? Czy robię to ze strachu przed niepowodzeniem? A może z lęku przed nieznanym? Odwlekanie ważnych spraw jest jak dokładanie kamieni do ciężkiego plecaka. Po jakimś czasie jest już tak przeładowany, że utrudnia codzienne funkcjonowanie. Problemy nie znikną, dopóki nie podejmiemy działania. Zrób listę odkładanych od dawna spraw. Wybierz na początek pięć najważniejszych, zdecyduj, od której zaczniesz swój program nieodwlekania.

  1. Żyj w równowadze

Traktuj siebie jak najlepszą przyjaciółkę, z którą spotykasz się regularnie i jest to bardzo pozytywne oraz inspirujące doświadczenie. Jeśli nie ma w twoim życiu równowagi między kontaktem z innymi oraz kontaktem z samą sobą, możesz odczuwać frustrację i rozdrażnienie. Nasza kobieca natura domaga się, abyśmy celebrowały kontakt z samymi sobą na równi z kontaktem z innymi ludźmi. Sprawdź zatem, czy w twoim życiu istnieje równowaga w tej kwestii.

Ćwiczenie: Namierz swoje marzenie

Wybierz jedno marzenie, z którym będziesz pracować. Wyobraź sobie, że ono właśnie się spełnia. Jeśli jest to świetna praca, zobacz siebie w tym miejscu, zadowoloną i spełnioną. W trakcie widzenia tych pozytywnych wyobrażeń skup się na swoich emocjach. Jakie myśli pojawiają się w twojej głowie? Oddychaj głębiej. Obraz, jaki widzisz pod powiekami, jest coraz bardziej realny. Wyobraź sobie, że ty z wymarzonej rzeczywistości przekazujesz sobie, siedzącej na krześle, ważną wiadomość w postaci paczki. Może ona zawierać jakiś przedmiot, list, kartkę ze zdaniem. To symboliczna wskazówka dotycząca spełnienia marzenia. Na koniec zapytaj siebie, czy to marzenie jest tym, czego pragnie twoje serce.

  1. Psychologia

Mówię „tak”, myślę „nie” – dlaczego robimy dobrą minę do złej gry?

Pozór dobrej miny do złej gry to polityka zabójcza dla naszego zdrowia i spokoju wewnętrznego. (Fot. iStock)
Pozór dobrej miny do złej gry to polityka zabójcza dla naszego zdrowia i spokoju wewnętrznego. (Fot. iStock)
Dlaczego wiele kobiet, mówiąc np. „Wszystko w porządku”, „Jasne, możesz iść do pubu”, nie zawsze właśnie to ma na myśli? Dlaczego nie mówi prawdy?
  • Nie mówi wprost, gdyż w młodości nikt ich nie uczył, że może bezpiecznie pokazywać swoje emocje – te negatywne również.
  • Dziewczynki są wychowywane na to, żeby były grzeczne i żeby wczuwały się w emocje innych.
  • Kobieta nie chce wprowadzić negatywnych emocji, więc ukrywa je.
  • Z drugiej strony bardzo się męczy, więc „po fakcie” robi awanturę lub wybucha, czasem żałując tego i winiąc się.
  • Kobieta może odczuwać niepokój związany z tym, że mężczyzna wychodzi, podoba mu się ktoś inny itp. To są normalne emocje, ale nie dla kobiety, która czuje się bezsilna.
  • Poczucie bezsilności wynika z tego, że nikt nie liczył się z nią jak była mała, nie było ważne, czy chce czy nie chce, żeby mama wyszła czy została. Nie miała wpływu na to, czego chciała lub czego nie chciała.
  • Bezsilność też ma dużo wspólnego z poczuciem wartości. Kobieta cały czas może bać się o swojego mężczyznę, o to, że coś go porwie i już do niej nie wróci. Chce, żeby on się domyślił, czego ona naprawdę chcą. Już sama taka propozycja, że on chce iść gdzieś sam czy np. do klubu, obraża ją. Bo przecież ona zawsze z nim! Co ona mówi naprawdę? „Nie idź! Nie chciej iść, zostań ze mną lub weź mnie ze sobą”. Kobieta mówi też „A ja?”, „A ja co mam ze sobą zrobić?”, „Jak ty wybierasz inne rzeczy, to ja nie mam wartości”.
  • Globalnie kobiet nie zachęca się do rozwoju i samodzielności, więc w takich sytuacjach czują się niechciane.Dlatego tak ważne są dla kobiet warsztaty i szkolenia, które mają je wyciągnąć ze stereotypów.
  • Kobiety myślą, że są po coś, dla niego, muszą mieć wartość serwisową, więc jak facet ma swoje plany, to czują się niepotrzebne.
  • Kobieta pracująca nad sobą ucieszy się, że facet wychodzi i ma czas dla siebie... ma przecież tyle do zrobienia.
  • Jeżeli facet za często mówi o innej kobiecie i jest nią zachwycony, to zdrowa kobieta powie: „Słuchaj, mówisz o tej Ewce, że ona taka fajna, a mnie się przykro robi. To ja jestem twoją kobitką, pamiętasz? - oczywiście szczerym i miłym tonem.

Długo miałam kłopot z takim przekazem i przykładem, jaki płynął od mojej mamy pt. trzeba robić dobrą minę do złej gry. Znaczy – kobieto, nie pokazuj prawdy o sobie, bo znajdziesz się na straconej pozycji. Wobec kogo? Ano oczywiście, przede wszystkim wobec faceta, ale też właściwie wobec wszystkich. Bo wyjdziesz na tę głupią co to się przejmuje, odsłania się, słowem – nie radzi sobie.

Długie lata pokutowało i ciągle w wielu kręgach pokutuje przekonanie, że radzić sobie to albo nie czuć przykrych uczuć, albo ich nie pokazywać. Jestem przekonana, że ludzie w to głęboko wierzyli i niektórzy wciąż wierzą, że tak jest dla nich lepiej. Myślę, że moja mama też. Już jej darowałam i ogromnie się cieszę, że sama mogę żyć inaczej. Że żyję w czasach, w których o człowieku dowiadujemy się coraz więcej. Że sama też się mogę ludźmi i sobą w taki nowy, autentyczniejszy sposób zajmować.

Dwie nowożytne wojny światowe, a szczególnie ta druga, przeorały świat. W owym słynnym czasie „przed wojną” świat szczycił się uporządkowaniem, postępem, rozwojem. Ludzie mieli dość wyraźnie przypisane sobie miejsca w hierarchii społecznej i dość jasne role do odegrania. Jeśli sprawdzali się w rolach i akceptowali swoje miejsce, mieli poczucie sensu życia. Mogli się oczywiście przemieszczać między poziomami społecznymi, to nawet mogło być „coś”. Przemieszczanie do góry związane było z uznaniem, do dołu z politowaniem. Ale było dość rzadkie, wyraziste, wybijające się z tła.

Tło obowiązywało. I było jasne, gdzie góra, gdzie dół. Po wojnie już nic nigdy nie było takie samo.

Może się wam wydaje, że uderzyłam w zbyt wysoki ton, no bo gdzie damski fałsz do wojny. Zawsze „się wiedziało”, że kobitki umieją prowadzić grę. Tak, i ta gra była częścią tego porządku przedwojennego. Te flirty, minki, uwodzenia to był program do odegrania przed ślubem lub romansem. Panowie byli od zdobywania, panie od ulegania, po uprzednim wykonaniu odpowiednich kroków.

Wojna pokazała ludzkie masowe okrucieństwo, zło i obojętność na taką skalę i tak w środku naszego uporządkowanego świata, że ten porządek stałości społecznej runął.

Okazało się, że na nic nie ma gwarancji. Nastąpił chaos. Ale ludzie zaczęli powoli odbudowywać poczucie bezpieczeństwa, przenosząc je coraz bardziej do środka. Do swego wnętrza. Człowiek zaczął także sensu życia szukać bardziej w sobie niż na zewnątrz. Przywróciliśmy wartość jednostce. Skoro państwa, przywódcy, idee nas nie ratują – musimy ratować się sami. Wydaje mi się, że to pomogło kobietom wzmóc falę równouprawnienia. Kobieta jest jednostką ludzką, człowiekiem, osobowością, obywatelką, twórczynią. Jednak tam gdzie fala się wznosi – inna opada. Kiedy coś tak bardzo się zmienia, następuje też opór starego. Kobiety patriarchalne chcą zachować stary porządek. Miały w nim może poślednią rolę, ale miały zapewnienie bytu przez mężczyzn. Nie musiały być za siebie odpowiedzialne. Poza tym ktoś inny wtedy jest winien jeśli coś z życiem, ze światem się psuje. Nie one.

Żyjemy w naszych czasach, wpływa na nas cała sytuacja ogólnoświatowa, krajowa, regionalna, a rodzinna i osobista jest tego wszystkiego wypadkową. Część kobiet walczy o prawa do odpowiedzialności za siebie, widzą w tym ogromną wartość dla swego prawdziwego ludzkiego wzrostu, a nie dla odgrywania ról, część się od tego uchyla, bo niesie to ze sobą ryzyko osobiste i lęk.

Pojawiła się też po wojnie psychoterapia. Niegdyś nie przyszłoby ludziom do głowy chodzić do obcych świeckich po wysłuchanie, pomoc, poradę. Chodziło się ewentualnie do księdza. Teraz rośnie wiedza o ważności dzieciństwa, wychowania, traum życiowych, molestowania seksualnego, ale także o siłach człowieka, jego wspaniałym wyposażeniu i narzędziach, dzięki którym może sobie radzić z bólem i cierpieniem. I teraz już wiemy, że pozór dobrej miny do złej gry to polityka zabójcza dla naszego zdrowia i spokoju wewnętrznego. Uczymy się, choć powoli (ale to dobrze, że powoli) tego jak być sobą, tego co to znaczy, tego aby dbać o swoje prawa, szanując też prawa innego. Kobiety są w niezwykłej, wspaniałej i jednocześnie bardzo trudnej sytuacji, budzą się do nowego stylu życia i bycia z radością i naturalnie, ale i z obawą i świadomością, że patriarchat nie chce ustąpić. Wewnątrz jednostek też odbywa się podobny proces. Znamy najlepiej to, co już było. Stare i zasiedziałe, co broni się przed zmianą, podczas gdy zmiana już otworzyła nowe drzwi. W sprzyjających warunkach łatwiej być sobą, w trudnych wracamy do starych sposobów. Pojawia się fałsz, uniki; wewnętrzna obrona, żeby za bardzo nie kosztowało lub nie bolało.

Jeśli chcemy prawdy, sami ją stosujmy, pamiętając o asertywności: dbam o swoje prawa, nie przestając pamiętać i o twoich. Jeśli obie strony to egzekwują – budujemy porozumienie oparte o solidne podstawy. Solidne, bo prawdziwe.

  1. Psychologia

Samokrytyka – wewnętrzna mowa, która cię osłabia

Twoja świadomość, twoje wartości, twoja intuicja – wszystko to jest ściśle związane z twoim głosem wewnętrznym. (Fot. iStock)
Twoja świadomość, twoje wartości, twoja intuicja – wszystko to jest ściśle związane z twoim głosem wewnętrznym. (Fot. iStock)
Jeśli zaprogramujesz swój głos wewnętrzny, aby mówił ci pozytywne rzeczy, może on stać się twoim najwierniejszym kibicem i siłą napędową, która będzie cię pchać ku sukcesowi.

Komunikaty, które otrzymałaś i uwewnętrzniłaś w dzieciństwie, zespoliły się z twoim obrazem ciebie samej i nadały ton twojemu wewnętrz nemu głosowi, który często określa się mianem „mowy wewnętrznej”, „monologu wewnętrznego” lub „autorozmowy” (ang. self-talk). Składają się na niego wszystkie nasze myśli, zarówno te świadome, jak i podświadome. Przez cały dzień coś myślimy – formułujemy opinie na własny temat, analizujemy zdarzenia i rozważamy przeszłe, teraźniejsze i przyszłe zamiary.

Zatrzymaj się na moment i zastanów, jakie myśli przebiegają przez twoją głowę dokładnie w chwili, gdy czytasz to zdanie.

Myślę, że: ….

Niektórzy ludzie opisują mowę wewnętrzną jako „głos” w swoich głowach, a jeśli nie masz skłonności do introspekcji, uświadomienie sobie, że ty też go słyszysz, może sprawić, że poczujesz się lekko zwariowana, lecz w rzeczywistości jest to całkiem normalne. Wszyscy go słyszymy i nie ma to nic wspólnego z halucynacjami ani z rozdwojeniem jaźni. Jest to po prostu część bycia człowiekiem i następstwo posiadania wysoce rozwiniętego mózgu – i, tak między nami, może to być cudowny dar. Twoja świadomość, twoje wartości, twoja intuicja – wszystko to jest ściśle związane z twoim głosem wewnętrznym. W rzeczywistości samo uświadomienie sobie, że się go posiada, jest niezmiernie ważnym krokiem na drodze do samopoznania i pełniejszego zrozumienia własnego sposobu myślenia. Najważniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że jeśli zaprogramujesz swój głos wewnętrzny, aby mówił ci pozytywne rzeczy, może on stać się twoim najwierniejszym kibicem i siłą napędową, która będzie cię pchać ku sukcesowi.

Mowa wewnętrzna a wczesne przekazy

Naszą mowę wewnętrzną często kształtują komunikaty, które faktycznie odbieramy lub tylko dopowiadamy sobie w trakcie dorastania; nie kiedy rozbrzmiewają w niej te same głosy, które słyszeliśmy jako dzieci. Jeśli byłaś stale krytykowana lub ganiona przez innych, to istnieje większe prawdopodobieństwo, że wykształciłaś silny krytyczny wewnętrzny głos, na okrągło powtarzający reprymendy, które otrzymywałaś – lub nadal otrzymujesz – od innych ludzi. Kiedy zaczniesz już wsłuchiwać się w swój wewnętrzny głos, bądź szczególnie czujna w chwilach, gdy zdaje się on odzwierciedlać lub naśladować komunikaty na twój temat, które otrzymywałaś lub w które uwierzyłaś w przeszłości. (…)

Wpływ negatywnej mowy wewnętrznej na poczucie własnej wartości

Kobiety z niskim poczuciem własnej wartości wykazują zazwyczaj negatywne wzorce myślowe, zwłaszcza gdy dotyczą ich samych. Gdy sytuacja wymyka się spod kontroli, głos w naszej głowie może przyjąć postać wewnętrznego krytyka, który osądza każdy nasz krok. U kobiet z niską samooceną ten wewnętrzny cenzor ma tendencję do surowego potępiania ich poczynań i deprecjonowania ich jako ludzi. Jeśli cechujesz się niskim poczuciem własnej wartości, prawdopodobnie wyrzucasz sobie w nieskończoność najdrobniejsze potknięcia, podajesz w wątpliwość własne decyzje i surowo ocenisz każde swoje posunięcie w nieustającym strumieniu mowy wewętrznej.

W książce opisane są historie Suzanne i Caroline Obie znajdo wały się w tym samym położeniu: musiały sobie radzić z napastliwym szefem. Różnice w samoocenie i sposobie mówienia do siebie sprawiły jednak, że czuły się i reagowały zupełnie inaczej.

Koncepcja mowy wewnętrznej opiera się na założeniu, że o tym, co czujemy, nie decydują same zdarzenia; wyznacznikiem naszych emocji, nastroju i ostatecznego toku postępowania jest natomiast sposób, w jaki o nich myślimy. Suzanne zżerały myśli, że nie jest dostatecznie dobra i bystra. Czuła się bezsilna i tkwiła w pracy, w której była niedoceniana, a nawet molestowana seksualnie. Natomiast Caroline ta sama sytuacja sprowokowała do myślenia, że takie traktowanie jest niedopuszczalne. Postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i zrobić coś, aby poprawić swoje położenie. Poniższa historia również jest przykładem tego, jak wielką moc ma wewnętrzny głos.

Niskie poczucie własnej wartości może uniemożliwić ci obiektywne spojrzenie na sprawy w sytuacji, gdy coś idzie nie tak, jak powinno. Możesz zakładać, że to wszystko twoja wina, i nie dostrzegać szerszego kontekstu, gdyż wychodzisz z założenia, że to ty jesteś zła lub niegodna. Zamiast wziąć pod uwagę, że istnieje wiele możliwych wyjaśnień – szef właśnie się rozwodzi, u kasjerki dopiero co zdiagnozowano raka, a przyjaciółka ma kiepski dzień – będziesz zakładać, że przyczyną każdego konfliktu jest to, że z tobą jest coś nie w porządku.

Więcej w książce „Poznaj, zaakeptuj i pokochaj siebie” Megan MacCutcheon. Została ona napisana z myślą o kobietach stojących przed wyzwaniami związanymi z niską samooceną oraz o tych, które pragną zyskać pewność siebie i większą wewnętrzną siłę. Stanie się również wsparciem dla każdej kobiety, która czuje się zniechęcona lub ma poczucie niespełnienia w jakiejś sferze życia. To dobre narzędzia służące do podniesienia samooceny i mogące przynieść korzyść niemal każdemu, niezależnie od tego, z jakiego rodzaju przeciwnościami się mierzy.

  1. Psychologia

Dlaczego tak często mamy trudności z podjęciem decyzji?

Podjęcie decyzji to jedno, a wytrwałość w poznawaniu, co ona oznacza, to drugie. (fot. iStock)
Podjęcie decyzji to jedno, a wytrwałość w poznawaniu, co ona oznacza, to drugie. (fot. iStock)
Największym problemem współczesnych młodych ludzi jest to, że po podjęciu jakiejś decyzji mają odczucie: mogliśmy podjąć inną, lepszą. A tak naprawdę chodzi o to, żeby ta decyzja była wystarczająco dobra – mówi dr Marlena Kossakowska, psycholożka, autorka książek.

Zgadza się pani z diagnozą, że dzisiaj trudniej ludziom wybierać niż kiedyś?
Myślę, że rzeczywiście coś jest na rzeczy.

Dlaczego?
Generalnie w związku z dostępem do informacji. Jesteśmy zewsząd nimi zalewani, więc trudniej wybrać spośród tego zalewu opcję dla nas właściwą. A ponadto – to także, a może przede wszystkim, kwestia życiowych wartości. Bo nawet jeśli jesteśmy zalewani dużą liczbą informacji, a mamy swoją hierarchię wartości i wiemy, czym się w życiu kierować, to wtedy łatwiej nam takich wyborów dokonywać.

Czy łatwość dokonywania wyborów to wyuczalna umiejętność, czy wrodzona zdolność?
Prawdopodobnie i jedno, i drugie. Ale ta łatwość z całą pewnością wiąże się z umiejętnością poznania siebie i swoich  potrzeb, która kształtuje się już w dzieciństwie. Jeżeli nasi rodzice wychowywali nas zgodnie z jakimś systemem wartości, nawet go nam narzucali, ale dostaliśmy konkretny, spójny, w miarę stabilny i usystematyzowany obraz świata, to ułatwi nam to późniejsze wybory. I albo powielimy system wartości rodziców, albo go zakwestionujemy, ale przynajmniej mamy jakiś punkt odniesienia. Najważniejsze jednak jest rozpoznanie własnych potrzeb.

Dlaczego to takie ważne?
Ponieważ dopiero kiedy poznamy, kim jesteśmy, i kiedy zaakceptujemy siebie takimi, jacy jesteśmy, to wówczas łatwiej nam nie tylko coś wybrać, lecz także odrzucić na pozór nęcące propozycje, które jednak są zupełnie nie dla nas.

No dobrze, wybieramy jakąś propozycję, ale szybko się rozczarowujemy. Co wtedy?
Nigdy nie można mieć stuprocentowej pewności, że dokonaliśmy dobrego wyboru, ale przestrzegałabym przed „szybkim rozczarowaniem”. Jak już podejmiemy jakąś decyzję, to dobrze byłoby – jak to mówią terapeuci – rozsiąść się w tym miejscu, przyjrzeć, co ten wybór tak naprawdę oznacza. Podjęcie decyzji to jedno, a wytrwałość w poznawaniu, co ona oznacza, to drugie. Natychmiastowe dezerterowanie nie jest dobrym pomysłem. Dobrze jest dać sobie czas, wziąć odpowiedzialność za podjęte przez siebie kroki. Taka postawa to oznaka dojrzałości.

Badania mówią, że młodzi nie przywiązują się do pracy tak, jak ich rodzice, ciągle szukają tej wymarzonej.
Jeżeli po kilku latach czujemy pewien rodzaj wypalenia zawodowego, to nic w tym złego, że szukamy innej pracy. Ważne, aby podjąć świadomą decyzję o zmianie, ale też żeby wziąć za nią odpowiedzialność. Natomiast moim zdaniem największym problemem współczesnych młodych ludzi jest to, że po podjęciu decyzji mają odczucie, że mogliby podjąć inną, lepszą. A tak naprawdę chodzi o to, żeby ta decyzja, jak mówią psychoterapeuci, była wystarczająco dobra.

Wybory wiążą się często z rezygnacją z czegoś, nie jest łatwo się z tym pogodzić.
Konsekwencje niektórych wyborów nie są przyjemne, bo na przykład wymagają od nas poświęcania się (gdy zostajemy rodzicami) czy kierowania się nie tylko swoim dobrem, lecz także partnera (gdy wchodzimy w związek). Ale takie nieegocentryczne wybory tak naprawdę nadają smak naszemu życiu. I jeżeli są na wyjściu dobre, mogą takimi dalej pozostać, jeśli tylko będziemy nad nimi pracować. Ważne, żeby nie bać się podejmować kolejnych decyzji, czyli zatopić się w życiu, poczuć wszystkie jego przejawy, te fajne i te niefajne.

Słyszę od młodych: „Zanim coś wybiorę, chcę wszystkiego spróbować”.
Dobrze jest postawić sobie pytanie: „Co tak naprawdę jest sensem mojego życia?”. Jeżeli na pierwszym miejscu stawiam doświadczanie czegoś nowego, to podejmując się kolejnej pracy, wyjeżdżając w kolejną podróż, poznając nowych ludzi, żyję zgodnie ze swoimi potrzebami. I to jest okej. Niektórzy dopiero wtedy, gdy doświadczają tak zwanych trudności życiowych, kryzysów, rozpoznają swój system wartości. Prawdopodobnie ci wiecznie goniący za czymś młodzi ludzie, może mniej lub bardziej świadomie, szukają życiowej mądrości, chcą zobaczyć, jak się żyje w różnych wariantach, doświadczać różnych smaków życia. I nic w tym złego. W końcu trzeba jednak podjąć decyzję, może niosącą bardziej zrutynizowane, stabilne życie, ale dającą inne benefity, jak prokreacja, bliski związek. Bo wszyscy kiedyś odkrywamy, że jesteśmy jednak śmiertelni. Dobrze nie żałować czegoś, czego się nie zrobiło, ale też odważyć się to zrobić.

Wirtualny świat nie ułatwia wyborów.
Część ludzi żyje w iluzji, która przyszła do nas wraz ze światem digitalnym. Wtedy okazało się, że w tym samym czasie można zrobić kilka rzeczy naraz: być na Majorce, pracować na komputerze, podglądając, co dzieje się na świecie i co robi moja przyjaciółka. Młodzi ludzie myślą digitalnie. Gdybym mogła coś wnieść do wychowania, tobym apelowała, żeby najpierw nauczyć dzieci myśleć analogowo, nauczyć je być tu i teraz. Potrzebna jest mądra edukacja, bo nie wystarczy powiedzieć młodemu człowiekowi, że trzeba wyłączyć laptopy i komórki, żeby pożyć prawdziwym życiem. Zauważyłam, że część moich studentów jest smutna, oni ciągle są gdzie indziej. Mówię im: „Bądźcie tu i teraz, na zajęciach, zostawcie telefony, laptopy, zaraz jest przerwa, wtedy na nie zerkniecie”. Okazuje się, że to dla nich niesamowicie trudne.

Zadaniem rodziców, nauczycieli jest uczenie dzieci i młodzieży kierowania się tym, co w duszy gra, a nie tym, co podpowiada świat zewnętrzny?
Tak. Dlatego pokazuję studentom to, co mówi psychologia pozytywna – że dobrostan jest wartością ocenianą subiektywnie, co oznacza, że nie istnieje uniwersalne dobro dla wszystkich. To ty oceniasz, co jest dla ciebie dobre. Moja demokracja polega na tym, że wybieram te opcje, a nie inne. Bardzo ważne, żeby wybierać to, nad czym mamy kontrolę, a odpuścić to, na co nie mamy wpływu. Mieszkałam przez jakiś czas w Ameryce, tam ludzie łatwiej adaptują się do różnych warunków. My natomiast ciągle chcemy zmieniać coś, co na danym etapie jest niezmienialne, podchodzimy do życia – przepraszam, ale to cytat – ze „słowiańskim wkurwem”, czyli z wysokim poziomem negatywnych emocji, gdzie dominuje gniew, wrogość, agresja, złość.

Wybierajmy to, co służy nam, ale dzielmy się tym z innymi?
Zdecydowanie! To jedna z najważniejszych idei psychologii pozytywnej, czyli pełnego szczęścia, dobrostanu, o czym pisał Martin Seligman. Kiedy wiemy, kim jesteśmy, akceptujemy siebie, to jesteśmy autentyczni i mamy większe szanse na trafne życiowe wybory. A kiedy trafnie wybieramy, stajemy się radośni i chcemy dzielić się tą radością z innymi. Czyli najpierw kierujmy reflektor na siebie, a dopiero potem na świat, nigdy odwrotnie.

Marlena Kossakowska: doktor psychologii, członkini zarządu International Positive Psychology Association (IPPA). Doświadczenie: sopocki wydział Uniwersytetu SWPS; w latach 2013–2014 odbywała staż naukowy u dr. Martina Seligmana w Positive Psychology Center na University of Pennsylvania.