1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Praca: czy jesteś we właściwej roli?

Praca: czy jesteś we właściwej roli?

fot.123rf
fot.123rf
Dlaczego niektóre zespoły są zgrane i wysoce wydajne, a inne trawią wewnętrzne konflikty i zabija frustracja? To proste: firma jest jak pełnometrażowy film. Jeśli scenariusz jest dobry, a role właściwie obsadzone – sukces kasowy murowany.

Wiele osób pracuje, bo musi. Nienawidzą swojej pracy, ale nie ma wyjścia – jak się chce płacić czynsz i raty za samochód, to trzeba. Jednak nie lubią tego, co robią. Praca nie daje im satysfakcji i gdyby tylko mogli, rzuciliby ją od razu. Czy to znaczy, że są nie na swoim miejscu? Tak, choć niekoniecznie w złej firmie. Po prostu nie są w swojej roli. Czy można to zmienić? Można, ale trzeba wiedzieć jak. I tu się przyda teoria ról zespołowych Belbina.

– Ta teoria to przydatne narzędzie, które pomoże zrozumieć, gdzie aktualnie jesteś i gdzie powinnaś być – mówi Krzysztof Manthey, trener i konsultant z Manthey Firma Szkoleniowa. – To aparat pojęciowy, za pomocą którego możesz porównywać siebie z innymi oraz siebie z własnym doświadczeniem. Dzięki temu znajdziesz swoje miejsce w zespole, zgodne z twoją inteligencją, introwersją, siłą przebicia i emocjonalnością. Miejsce, z którego nie tylko zdziałasz najwięcej, ale też będziesz miała poczucie, że robisz to, co powinnaś.

Dziewięciu członków zespołu

Meredith Belbin, brytyjski naukowiec z Henley Management College, zajmujący się zarządzaniem zespołami i efektywnością grup, obserwował w działaniu setki menadżerskich zespołów. Radziły sobie różnie: jedne osiągały spektakularne wyniki – a inne nie. I Belbin zadał sobie najprostsze na świecie pytanie: dlaczego tak się dzieje? Co jest przyczyną, że doskonale wykształcone zespoły nie radzą sobie z zadaniami, do których zostały stworzone? To go naprowadziło na odkrycie, że efektywność teamu zależy od kombinacji zespołowych ról. Przez lata badań zaobserwował, że jest dziewięć ról, które przyjmują członkowie grupy. I stwierdził, że najbardziej efektywne zespoły to te, w których pojawia się wiele ról, w najlepszych znajdziemy wszystkie dziewięć.

– Spokojnie, mniejsze zespoły – nawet, jeśli liczą pięć osób – wciąż mają szansę być w pełni efektywne – uspokaja Krzysztof Manthey. – Można pełnić więcej niż jedną rolę. W zgodzie ze swoimi uwarunkowaniami wybieramy w działaniu rolę najlepiej pasującą do naszych preferencji, pierwotną, ale w razie potrzeby wchodzimy w rolę wtórną czy nawet trzeciorzędną.

Możemy pełnić dwie role naraz, możemy też przechodzić z jednej roli w drugą. I wszystko jest w porządku, dopóki są to role, w których powinniśmy się znaleźć. Belbin podkreśla, że nie ma ról lepszych czy gorszych, są po prostu idealne dla nas. – Trwanie w innej od preferowanej roli nieuchronnie prowadzi do frustracji i spadku efektywności – podkreśla trener.

Team idealny

Najlepiej, jeśli w teamie występują wszystkie role, niektóre mogą się powtarzać, byle w granicach rozsądku. Wszelkie braki lub nadmiar od razu odbijają się na jakości pracy i atmosfery. – Jeśli w zespole nie ma Lokomotywy – brak jasno określonego lidera, a ludzie mają niski poziom motywacji – mówi Krzysztof Manthey. – Jest za dużo Lokomotyw? Zespół się sam pozabija albo każdy pociągnie część w swoją stronę. Gdy brak Duszy Zespołu, narastają napięcia i szwankuje komunikacja. Ale gdy jest ich za dużo, w pracy robi się ciepełko, mamy ploteczki, rozmowy, spotkania i płacze – słowem sytuację, która donikąd nie prowadzi. Gdy jest za dużo Myślicieli, między ludźmi panuje izolacja i choć pojawia się dużo pomysłów, zespół może zapomnieć, po co to wszystko wymyśla. Mało tego, bez ról społecznych intelektualiści mogą się pokłócić o własność pomysłów, bo role społeczne zapewniają oliwienie procesów międzyludzkich w zespole.

Bez Krytyka Wartościującego możemy brnąć w coś, co jest już anachroniczne; a gdy nawet zaczniemy brnąć, nikt nie postawi się Lokomotywie (która tego zresztą bardzo nie lubi, bo to obraza majestatu). Gdy zabraknie Poszukiwacza Źródeł, nie będzie komu poprzeć Krytyka, który sam może nie dać rady rozbić wizji Lokomotywy. A kiedy już przewali się burza zmian przez grupę, Dusza Zespołu pocieszy skrytykowanych („nie martw się, przejdzie mu”) i załagodzi konflikty między zwaśnionymi. – Zespół pracuje w procesie, poszczególne role się wyłaniają i są z powrotem wchłaniane, odgrywają swoją muzykę w zależności od potrzeb i dojrzałości teamu – mówi trener. – Co ciekawe, faktycznie pełnione role nie zawsze się pokrywają z formalną siatką statusową. I, co jeszcze ciekawsze, zespół oraz poszczególni jego członkowie pracują efektywniej i bardziej lubią swoją pracę, gdy pełnią zadania zgodnie ze swoimi rolami, nawet jeśli nie do końca się to pokrywa z siatką funkcji formalnych.

Gdzie jest moje miejsce?

Jeśli będziesz potrafiła odpowiedzieć sobie na to pytanie, odpowiesz sobie na dwa kolejne: Gdzie się nie pchać? Do czego dążyć? – Jeśli odkryjesz swój potencjał i będziesz miała możliwość robić to, co jest z tobą zgodne, wzmocnisz cały zespół – podkreśla Krzysztof Manthey.

Od czego zacząć? Od znalezienia swojej grupy ogólnej. Belbin podzielił role na trzy grupy. Pierwsza to zadaniowe, i tu są Lokomotywa, Realizator oraz Skrupulatny Wykonawca. Druga to role społeczne: Koordynator, Poszukiwacz Źródeł oraz Dusza Zespołu. I trzecia, role intelektualne: Myśliciel, Krytyk Wartościujący i Specjalista. Najsilniejsze są zawsze te pierwsze.

Teraz trzeba spojrzeć na te trzy grupy i zadać sobie pytanie: Co jest wartością kluczową, którą wnoszę? Czy to wartość intelektualna, ferment, pomysły, kreatywność? Albo element społeczny? A może myślenie zostawiasz myślącym, pracę z ludźmi – HR-owcom, a ty wolisz skupić się na planowaniu, patrzysz i od razu wiesz, ile jeszcze zostało do zrobienia i co trzeba zrobić.

To tylko pierwszy ogląd. Ogólny, ale ważny, bo pozwala życzliwie spojrzeć dookoła na pozostałych: Jaki walor w obrębie mojej roli wnoszę do zespołu? Kto jeszcze należy do mojej grupy? Kto myśli podobnie? Kto działa podobnie? Jeśli jestem zadaniowcem, to kto jeszcze jest zadaniowcem? I jak wypada moja zadaniowość na jego tle? Krzysztof Manthey mówi, że na tym właśnie polega drugi poziom oglądu: przyglądasz się bliżej rolom zadaniowym. Już wiesz, jak myślisz i na czym się skupiasz, teraz sprawdzasz, jaka w tym skupieniu jest twoja siła. Narzucasz? Dzielisz? Może wykonujesz?

Uzbrojona w taką wiedzę o sobie możesz szukać odpowiedniej dla siebie pozycji w zespole. I ocenić, czy jesteś w roli dla siebie najwłaściwszej. Jeśli tak, gratulacje. Jeśli jednak nie, pomyśl, jakie są twoje szanse, by się w niej znaleźć – przynajmniej na chwilę. Może w twojej firmie pojawiają się czasem nowe wyzwania i projekty i wejdziesz w skład rodzących się wtedy grup w takiej roli, w jakiej czujesz się najlepiej? A może w ramach pełnionego stanowiska z czasem uda ci się przedzierzgnąć w rolę, która ci pasuje?

Możesz być przez jakiś czas Poszukiwaczem Źródeł, by przejść do roli Realizatora. W czasach wątpliwości wystąpić jako Krytyk Wartościujący i burzyć stare wartości, a potem zostać Myślicielem i wymyślać nowe. Nawet jeśli twoje obowiązki tego nie obejmują – kto ci zabroni twórczo poza nie wykraczać? A jeśli zupełnie nie widzisz miejsca dla siebie i swojej roli, warto iść do szefa i z nim o tym porozmawiać. Pamiętaj, że mądry szef działa zawsze w interesie zespołu i rozumie jego potrzeby – zarówno jako całości, jak i w poszczególnych punktach. Mądry przełożony znajdzie takie miejsce, w którym będziecie pasować do siebie ty i twoja rola.

Ekspert Krzysztof Manthey trener, doradca, coach; nauczyciel akademicki (Collegium Civitas, INE PAN), FB/Krzysztof.manthey

Tekst pochodzi z wydania specjalnego SENS w Pracy

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Bohater czy maskotka – jakie role z dzieciństwa nieświadomie odgrywamy?

Role, w których tkwimy od dziecka, przenoszą się później na wiele naszych zachowań (fot. iStock)
Role, w których tkwimy od dziecka, przenoszą się później na wiele naszych zachowań (fot. iStock)
Jeśli czujesz, że zawsze musisz być silna i nie umiesz prosić o pomoc, albo uważasz się za życiową niedorajdę, której nigdy nic się nie udaje, być może pora porzucić starą rolę. Tę, którą w dzieciństwie przydzielili ci rodzice.

Nie przypuszczałaś, że grasz jakąś rolę? Większość z nas gra. Obsadzili nas w nich rodzice. Zupełnie nieświadomie, z własnej bezradności, lokując w nas swoje niezrealizowane marzenia, lęki i frustracje. I choć jesteśmy już dorośli, być może jedno z rodziców albo obydwoje już nie żyją – tkwimy w swoich rolach, jak strażnik na warcie, bo, choć bywa trudno, ten scenariusz jest nam najlepiej znany, a przez to bezpieczny. Samo uświadomienie sobie, jaką rolę zwykle grasz w życiu – sprawi, że łatwiej zrozumiesz, dlaczego masz taką pracę, jaką masz, dlaczego wybrałaś na partnera akurat tego mężczyznę i co stoi na drodze do twojego szczęścia. Według Ewy Czarneckiej, terapeutki z Ośrodka Psychoterapii „Na Zawiszy”, najpopularniejsze role, w jakich obsadzają nas rodzice, to: Rodzinny Bohater, Kozioł Ofiarny, Rodzinna Maskotka i Niewidzialne Dziecko. Oto ich krótka charakterystyka:

Rodzinny Bohater

Magda trafiła do mnie miesiąc po śmierci ojca. Przyszła skierowana przez lekarza pierwszego kontaktu, który nie miał pomysłu, jak poradzić sobie z jej chronicznym przeziębieniem.

– Nie rozumiem, co wspólnego ma psycholog z katarem, ale może pani mi powie, co robię nie tak, że nie mogę wyjść z tej paskudnej infekcji – mówi Magda. – Nie mogę teraz chorować. Muszę zająć się mamą, bratem i bratową. Dla nich śmierć taty to prawdziwa tragedia.

– A dla pani? – pytam.

– Dla mnie też – patrzy na mnie zdziwiona. – Ale przecież ktoś musi to wszystko ogarnąć.

– Pani Magdo, pani choroba to wyraźny komunikat ciała, że musi pani odpocząć, zadbać o siebie, pozwolić, by teraz panią ktoś się zaopiekował – tłumaczę.

– Ale przeziębienie to przecież nie choroba – oburza się.

Magda jest klasycznym przykładem Rodzinnego Bohatera. To zwykle najstarsze dziecko albo jedynak. Odpowiedzialny, wzorowy uczeń. Nad wiek dorosły, nadmiernie przykładny, dziedzic rodu. Pomocnik w domowych sprawach i obowiązkach. Rodzic swoich rodziców. Chce być kimś i jest nieszczęśliwy, gdy tak się nie dzieje. Bardzo się stara, aby zasłużyć na uznanie, podziw, a tym samym – na miłość. Doskonale wyczuwa potrzeby innych, ale nie zna własnych lub je lekceważy. Bywa, że nie zakłada własnej rodziny, by nadal móc opiekować się rodzicami, rodzeństwem, ich dziećmi. Pozwala na obciążanie siebie po to, by innym było lżej. W ogóle nie zajmuje się sobą. Nie potrafi się bawić, odpocząć, zwolnić. Nie czuje zmęczenia, nie zauważa symptomów ciała, które alarmuje: „Zajmij się sobą”. Hamuje wyrażanie złości, sprzeciwu i niezgody na bycie źle traktowanym. Odpoczywa dopiero… w szpitalnym łóżku, chory na wrzody żołądka albo na serce. Nawet wtedy martwi się bardziej o innych niż o siebie. W końcu od dzieciństwa jest podporą dla bliskich, powodem do dumy.

Terapia Magdy nie będzie łatwa. Rezygnacja z roli Bohatera to dla niej rezygnacja z poczucia własnej wartości, przyznania sobie prawa do akceptacji, miłości, utrata dotychczasowego sensu życia. Czeka nas wiele miesięcy ciężkiej pracy, a przełomem będzie dzień, w którym Magda zaakceptuje swoją słabość, fakt, że ona czasami również potrzebuje opieki, pomocy. Zrozumie, że nie jest już dzieckiem, które musi spełniać oczekiwania rodziny, że ma prawo do swojego szczęścia, dbania o własne potrzeby, przyznania, że czegoś nie chce, nie może, nie potrafi.

Kozioł Ofiarny

To negatyw Rodzinnego Bohatera. Rolę tę obejmuje zwykle drugie lub środkowe dziecko w rodzinie. Kozioł Ofiarny – inaczej Buntownik, Outsider, Wyrzutek – nie jest w stanie konkurować ze starszym bratem lub siostrą, dorównać im doskonałością, siłą, odpowiedzialnością. Z tego powodu czuje się odsunięty i szuka wsparcia poza domem, często wśród rówieśników z tzw. marginesu społecznego. Buntowniczy, skłonny do zachowań destrukcyjnych, bezustannie czuje się winny. Wierzy, że to przez niego rodzina jest nieszczęśliwa; ojciec pije, a matka choruje. Bywa, że dla potwierdzenia owego przekonania sprawia poważne kłopoty wychowawcze: wagaruje, kradnie, zażywa narkotyki, pije, popada w konflikty z prawem. Pełni rolę rodzinnego odgromnika: wyraża gniew, agresję, wściekłość za innych członków rodziny. Bierze na siebie wszystkie ich grzechy i niepowodzenia. Wszyscy winią jego: „To przez ciebie ojciec jest taki nerwowy”. Największą karą, jaką wymierza rodzicom za brak miłości, jest „zepsucie” samego siebie.

Iza zgłosiła się na terapię z powodu depresji, na którą zachorowała po rozwodzie z mężem. Dzieci zostały z ojcem. Nastawiane przez niego przeciwko matce. Mąż walczył o podwyższenie alimentów. Kiedy zapytałam, czy próbowała dochodzić swoich praw, odpowiedziała: „Mąż ma rację, ja nie nadaję się na matkę”. Wiele sesji zajęło mi, by pokazać Izie, że w dorosłym życiu powiela rolę Kozła Ofiarnego, że w przypadku rozwodu rzadko wina leży po jednej stronie, że nie jest wcale złą matką. To nie sąd odebrał jej dzieci, ale mąż, który, tak jak kiedyś rodzice, wbijał jej do głowy: „To przez ciebie nam się nie udało”.

Rodzinna Maskotka

To zwykle najmłodsze dziecko w rodzinie, biegłe w skupianiu uwagi wszystkich na własnej osobie. Przymilne, urocze, błyskawicznie rozładowuje napięcia poprzez żart czy inny sposób „rozbrojenia” mamy i taty. Gra swoją rolę, nawet kiedy mu smutno albo się boi. Ma poczucie, że kiedy nie może komuś poprawić humoru, staje się niepotrzebna, jak porzucona przytulanka. Uśmiecha się, nawet gdy opowiada o czymś przykrym. Czuje się kimś tylko wtedy, gdy znajduje się w centrum uwagi. Maskotka pozornie beztroska, radosna i szczęśliwa, w głębi serca czuje się smutna i opuszczona. Choć pozornie uwielbiana przez rodzinę, rzadko traktowana jest poważnie. Kiedy dorasta, rodzina ma pretensje, że jest taka niedojrzała.

Kasia zgłosiła się do mnie po pomoc, gdy od ponad roku nie była w stanie zakończyć pisania pracy magisterskiej. Choć od dawna miała swoje mieszkanie, codziennie jeździła do domu rodziców, by tam, w swoim pokoju, przy szeroko otwartych drzwiach ślęczeć nad laptopem. Kiedy zapytałam ją, dlaczego jeździ pisać pracę do rodziców, odpowiedziała, że oni motywują ją do pracy. Kiedy spytałam, jak to robią, odpowiedziała: – Mama chodzi na palcach i ucisza tatę, a on mruczy pod nosem: „Przecież ona i tak tego nie skończy. Będzie wieczną studentką”. Najtrudniejszym etapem terapii było ustalenie, czy Kasia rzeczywiście chce dorosnąć. Profity z bycia Maskotką są całkiem spore, a dorosłe życie wymaga odpowiedzialności, zadbania o siebie, konieczności podjęcia pracy.

Niewidzialne Dziecko

Monika od lat boryka się z nadwagą. Na pierwszej sesji sprawiała wrażenie nieobecnej, duchem i ciałem. Siadła na brzegu krzesła i pozostała w tej pozycji do końca spotkania, choć widziałam, że jest jej niewygodnie. Mówiła cicho, czerwieniąc się co chwila na twarzy. Szybko okazało się, że Monika przyszła do mnie niechętnie, za namową męża. Sama nie czuła, by jej nadwaga stanowiła jakikolwiek problem. Dla niej jest jak tarcza ochronna, za którą może zniknąć. Tak jak w dzieciństwie.

Monika gra rolę Niewidzialnego Dziecka. To często najmłodsze dziecko w rodzinie. Aniołek, niesprawiający kłopotów. Nigdy niczego nie chce, o nic nie prosi. Izoluje się, przed awanturami ucieka w swój wymyślony świat (fantazje, książki, muzykę). W kontaktach z ludźmi Dziecko jest wycofane, nieśmiałe, źle radzi sobie w grupie. Zwykle ucieka od trudnych sytuacji, zamyka oczy i udaje, że nie ma problemu, że nic się nie stało. Czuje się bezwartościowe, niegodne uwagi, samotne. Nieprzystosowane do realnego życia, zagubione i zdezorientowane. Czasami wolałoby, żeby naprawdę go nie było, bo czuje, że wtedy jego rodzina byłaby bardziej szczęśliwa.

Jak pracować z rolami?

1. Przypomnij sobie rodzinne opowieści, popytaj krewnych, jakim byłaś dzieckiem. Pooglądaj zdjęcia z dzieciństwa. Podpytaj bliskich o różne sytuacje, które szczególnie zapamiętali. Dowiedz się, jak reagowałaś w trudnych momentach, jak okazywałaś radość, złość itp.

2. Na podstawie zebranych informacji stwórz portret psychologiczny siebie jako małej dziewczynki.

3. Przeanalizuj swoje zachowania w dorosłym życiu. Które z nich pasują idealnie do twojego portretu z dzieciństwa? Może nadal jesteś nieśmiała albo uległa? Może przez całe życie tkwisz w roli silnej kobiety i boisz się okazać słabość?

4. Zachowania, które przeszkadzają ci w codziennym życiu, a wynikają z roli przydzielonej ci przez rodziców, możesz zmienić. Jednym ze sposobów jest wypróbowywanie, na początku trochę na siłę, zachowań z przeciwległego bieguna tych typowych dla twojej roli, np. w miejsce siły – okazywanie słabości, proszenie o pomoc.

5. Na początku swoje nowe zachowania wprowadzaj w obecności ludzi, którzy nie znają cię dobrze albo nie są dla ciebie tak bardzo ważni jak rodzina czy przyjaciele.

6. W rodzinie, zwłaszcza pochodzenia, prezentuj siebie w nowym wydaniu powoli i licz się z tym, że to nie będzie wcale łatwe. Być może dla mamy czy taty na zawsze pozostaniesz Maskotką czy Rodzinnym Bohaterem. Ważne, że ty sama już nie chcesz nimi być.

  1. Psychologia

Dorosły, rodzic, czy dziecko? - Którą z tych ról „zabierasz” ze sobą do pracy?

Czy do pracy wolisz zabrać dziecko, czy dorosłego? W zależności, na którą rolę się zdecydujesz,  tak będzie wyglądała twoja komunikacja. (fot. iStock)
Czy do pracy wolisz zabrać dziecko, czy dorosłego? W zależności, na którą rolę się zdecydujesz, tak będzie wyglądała twoja komunikacja. (fot. iStock)
Dorosły, rodzic i dziecko to trzy stany naszego ja, którymi posługujemy się w kontaktach z innymi ludźmi. Wydaje ci się logiczne, że do pracy „zabierasz” ze sobą właśnie dorosłego. Niestety! Znacznie częściej jesteś w firmie rodzicem lub dzieckiem.

Twórca analizy transakcyjnej Eric Berne uważa, że każdy kontakt między ludźmi to tzw. transakcja: akcja i reakcja, bodziec i odpowiedź na niego. Transakcje przebiegają między stanami naszego Ja. Każdy dysponuje trzema stanami Ja: są to Dorosły, Rodzic i Dziecko. Podczas jednej transakcji do głosu mogą dojść wszystkie te stany, czasem kolejno, a czasem np. dwa naraz. Efekt? Podczas jednej rozmowy może się spotkać – i próbować dogadać – aż sześć „osób”…

– Jeśli chcesz, aby twój przekaz naprawdę trafił do słuchacza, musisz zdecydować, z którego poziomu i do jakiego stanu Ja słuchacza się zwrócisz; który stan Ja słuchacza i własny najlepiej się sprawdzi w danej sytuacji – mówi Katarzyna Platowska, psycholożka i socjoterapeutka. - Kiedy przeżywamy emocje i mamy z nimi problem, aktywizuje się Ja Dziecko. W tym stanie zgromadzone są nasze potrzeby, pragnienia, intuicja, kreatywność. Ja Dziecko wyraża też złość, lęk i domaga się szybkiego zaspokojenia swoich potrzeb.

Transakcje między ludźmi można podzielić na równoległe i skrzyżowane. Z równoległymi mamy do czynienia wtedy, gdy odpowiedź na bodziec pochodzi od tego stanu Ja rozmówcy, do którego ten bodziec skierowaliśmy. Przykład: ty jako Rodzic przemawiasz do Dziecka rozmówcy; on z poziomu Dziecka odpowiada twojemu Rodzicowi. Może też być tak, że ty z poziomu Dorosłego komunikujesz coś Dorosłemu i odpowiedź uzyskujesz od Dorosłego.

Najlepiej spotkać się na tym samym poziomie, np. w komunikacji Dorosły–Dorosły albo Rodzic–Rodzic – uważa Platowska. – Wtedy kontakt daje najwięcej satysfakcji, jest najbardziej owocny. Podkreśla podobieństwa, zbliżone opinie, to, że podobnie postrzegamy sytuację. Takie transakcje dają poczucie bezpieczeństwa, potęgują identyfikację z grupą i ułatwiają współpracę.

Nieoczekiwana zmiana ról

Może się jednak zdarzyć, że przemawiasz do rozmówcy z poziomu Dorosłego do Dorosłego, a on odpowiada nam z poziomu Rodzica lub Dziecka (to chyba najczęstsza konfiguracja). Np. zwracasz jako Dorosły uwagę koleżance: „Na spotkanie przychodzimy punktualnie”, a ona odpowiada na to z poziomu Rodzica: „Pouczanie mnie to nie twoja rola”.

– Taka wymiana może zakończyć się kłótnią, robieniem sobie wyrzutów lub rywalizacją potrzeb i emocji (rywalizują Dzieci) albo opinii i wartości (rywalizują dwaj Rodzice) – przestrzega psycholożka. – W efekcie transakcja ulegnie zerwaniu. Może być kontynuowana tylko wtedy, gdy stany Ja rozmówców się „spotkają” na jednym poziomie (np. Dziecko–Dziecko) lub w układzie równoległym (np. Dziecko–Rodzic, Rodzic–Dziecko). Przemawianie do Dorosłego, kiedy osoba jest w stanie Dziecka, to rzucanie grochem o ścianę. Dorosły jest w tej chwili nieobecny. Trzeba doprowadzić do komplementarnej relacji.

Wszystkie te stany Ja bywają trochę jak nieproszeni goście: pojawiają się i przejmują kontrolę nad naszym zachowaniem, a odbywa się to poza naszą świadomością. Wiele codziennych zdarzeń w firmie może przypomnieć coś z przeszłości i wywołać automatyczną reakcję. Ten spadek, ten bagaż z przeszłości może się w każdej chwili uaktywnić. Ale jak rozpoznać, w jakim stanie Ja jesteśmy?

– Obserwuj siebie i innych. Analizuj, jaki wzorzec najczęściej powtarza się w twoim zachowaniu. Ale patrz także na zachowanie ludzi. Działają jak zwierciadło w odpowiedzi na twoje zachowanie – tłumaczy Platowska. – Jeśli ktoś się przeciw tobie nieracjonalnie buntuje, to prawdopodobnie działasz z pozycji Rodzica, a on odgrywa rolę Dziecka. A gdy to ty czujesz bunt, pewnie „włączyło się” twoje krnąbrne Dziecko itd.

Wyobraź sobie: powierzono ci kierowanie projektem. Co myślisz? Gdy przychodzi ci do głowy: „O, super, coś nowego, nie będę się nudzić” – reagujesz stanem Ja Dziecko (podobnie, gdy myślisz: „Nie dam sobie rady”). Gdy mówisz: „Muszę zobaczyć, co mnie czeka, poznać warunki, może pogadać z kimś, kto już coś takiego robił” – odzywa się Dorosły. A Rodzic powie: „Jak się nie zmobilizuję, to nic nie osiągnę”.

Rodzic najczęściej odzywa się, kiedy jesteśmy w konflikcie, w stanie niepewności – uważa Platowska. – W tym stanie zgromadzone są normy, zakazy, nakazy, reguły, przekonania i opinie. Wszystkie zostały przez nas przejęte „żywcem” w dzieciństwie od osób dla nas ważnych, np. rodziców, dziadków, w okresie, kiedy dziecko nie kwestionuje tego, co mówią dorośli, tylko to „nagrywa” i uwewnętrznia – czyli do około szóstego roku życia. W stanie Rodzic myślimy i zachowujemy się tak, jak zachowywały się ważne dla nas osoby, kiedy byliśmy dziećmi.

Rodzic - normatywny lub opiekuńczy

Stan Rodzic występuje w dwóch wariantach: opiekuńczym i normatywnym. Opiekuńczy niesie pomoc, troszczy się o innych, wspiera ich, motywuje i radzi. Kładzie rękę na ramieniu, uśmiecha się, jego głos jest ciepły, postawa otwarta. Normatywny ustanawia granice, strzeże norm, określa hierarchię wartości, nakazuje, zakazuje i ustala reguły. Marszczy brwi, używa palca wskazującego, krzyżuje ręce na piersiach i ma przenikliwy wzrok.

Negatywnym aspektem Rodzica Opiekuńczego jest Ratownik. On nie tyle pomaga, ile wciska pomoc. Nie pyta, czy jest potrzebna, czy jej chcemy. Pomaga i już. Wyręcza też w trudnych obowiązkach, zamiast udzielić wskazówki i pozwolić uczyć się na błędach. Odbiera odwagę do samodzielności, wzmacnia bierność i poczucie braku kompetencji. I czuje się niedoceniany, bo oczekuje wdzięczności, a jej nie dostaje. To plus przemęczenie często prowadzi do agresji i złości wobec otoczenia.

Negatywny aspekt Rodzica Normatywnego to Oprawca. Jego celem jest trzymanie norm dla samych norm, a nie dlatego, że są potrzebne; a także mówienie, co wolno, a czego nie wolno, bez tłumaczenia, czemu to służy. Jego komunikaty to: „Masz to zrobić i koniec”, „Zrób to, bo ja tak mówię”. Czasami są to normy niemożliwe do zastosowania. Celem Oprawcy jest krytyka, karanie, poniżenie i pomniejszenie innych.

 
– Obie postaci Rodzica są potrzebne i w swych pozytywnych aspektach przykładają się do naszego funkcjonowania między ludźmi. Aspekty negatywne, gdy poświęcimy im energię i uwagę, mogą być raniące, stresujące i prowadzić do sytuacji, w których źle się czujemy – ostrzega psycholożka.

W większości firm jest najwięcej Rodziców – tych mówiących, co i jak powinno być wykonane. Ale uwaga: wiecznie pouczający Rodzic, który zawsze wie lepiej, jest dla otoczenia niestrawny. Jeśli mamy tendencje, by występować w roli Rodzica, lepiej wybrać wariant Opiekuna, czasem przechodząc do postaci Normatywnej – by współpracownicy nie weszli nam na głowę.

Dorosły to najbardziej dojrzała forma kontaktowania sie ze światem. Reaguje na to, co tu i teraz. Działa prosto, bez iluzji. Widzi rzeczywistość bez filtra emocji. W świecie zawodowym najlepiej funkcjonuje z pozycji Dorosłego

Dziecko - spontaniczne, przystosowane lub zbuntowane

Kiedy przeżywamy emocje i to z nimi mamy problem, aktywizuje się Ja Dziecko. W tym stanie zgromadzone są nasze potrzeby, pragnienia, intuicja, kreatywność, emocje i odczucia. Dziecko jest otwarte, autentyczne, pełne zaangażowania, obdarzone twórczym umysłem, wykracza poza schematy. W sposób nieskrępowany wyraża swoje emocje, potrzeby i myśli, ze światem kontaktuje się na poziomie wrażeń. Ale wyraża też złość, gniew, strach i domaga się niezwłocznego zaspokojenia swoich potrzeb. Taki stan nazywany jest Dzieckiem Spontanicznym.

– Potrafi i kocha się bawić, podczas burzy mózgów jest niezastąpione, ale nie jest dobrym partnerem w interesach, bo jest samolubne, skoncentrowane na sobie. Źle podejmuje decyzje zawodowe, bo ma skłonności do ryzyka, nie bierze odpowiedzialności i nie potrafi ocenić, jakie będą skutki. Inni często postrzegają je jako aroganckie, impulsywne – dodaje psycholożka.

Kiedy zaczynamy szukać sposobu na zaspokojenie naszych potrzeb, tak, by współdziałać z otoczeniem, brać pod uwagę potrzeby innych ludzi, stajemy się Dzieckiem Przystosowanym. To właśnie ten stan sprawia, że się nie spóźniamy do pracy, bo nie chcemy się narazić na naganę szefa. Dostosowujemy się do reguł i zasad grzecznościowych, przestrzeganych norm. To ten rodzaj stanu Dziecka pozwalający nam na funkcjonowanie w różnych warunkach, np. służbowych właśnie, i pozostanie sobą.

Kiedy jednak przesadzimy, stajemy się Dzieckiem Podporządkowanym. Jego sposobem na życie jest uleganie. Taka osoba w dzieciństwie była nagradzana za to, że się podporządkowywała. I dalej to robi. Nie będzie kwestionować poleceń szefa, nawet jeśli zobaczy w nich błąd. Nie musi rozumieć otrzymanych poleceń. I tak je wykona. Jeśli coś się nie uda, bierze winę na siebie, ale nie bierze odpowiedzialności. Jest wpływowa, powtarza opinie innych, nie zdradzając własnej. W działaniu nie kieruje się własnymi potrzebami, ale oczekiwaniami otoczenia. Ma poczucie winy i jest przesadnie skrupulatna w wypełnianiu obowiązków. Często w pracy przyjmujemy postawę Dziecka Podporządkowanego – to wszystkie szare myszki, osoby, które przepraszają, że żyją, są perfekcjoinistami i nie potrafią odmawiać, to Podporządkowane Dzieci.

Drugim negatywnym przejawem tego stanu jest Dziecko Zbuntowane. Jest zawsze na „nie” – a im bardziej się naciska, tym większy opór stawia. Trzaska drzwiami, bywa agresywne i prowokacyjne, niezadowolone, szuka zaczepki i ma problem z zaakceptowaniem autorytetów. – Taka osoba na złość mamie odmrozi sobie uszy – mówi Platowska. – Odmówi wzięcia udziału w obozie integracyjnym, choć jest ciekawa, co będzie się działo. I wbrew pozorom wcale nie jest taka niezależna – konieczny jest jej ktoś, komu będzie mogła się przeciwstawić.

Dorosły jako przewodnik

– Dorosły to najbardziej dojrzała forma kontaktowania się ze światem – mówi psycholożka. – Reaguje na to, co tu i teraz. Działa prosto, bez iluzji, bez zakładania z góry, że coś ma być jakieś. Widzi rzeczywistość bez filtra emocji. W świecie zawodowym najlepiej funkcjonujemy z pozycji Dorosłego.

Dorosły potrafi oddzielić fakty od opinii. Zadaje jasne pytania i jasno się wyraża. Jest rzeczowy i konkretny. Nastawiony na dowiadywanie się weryfikuje to, co widzi i słyszy. Zbiera dane, analizuje je i przetwarza spokojnie, na chłodno. I to nie tylko dane ze świata zewnętrznego: – Dorosły to ktoś w rodzaju przewodnika, tłumacza pomiędzy innymi formami. Łączy potrzeby Dziecka i normy Rodzica. I robi z nich użytek.

– Decyzje podjęte przez Dorosłego mają największe szanse powodzenia – uważa psycholożka. – Ale niestety nie ma idealnych Dorosłych, zawsze występuje Dorosły z domieszką Dziecka lub Rodzica. W towarzystwie tego ostatniego czujemy się najbezpieczniej. W towarzystwie pierwszego lepiej się bawimy. A najdoskonalszy, najbardziej efektywny dialog prowadzimy wtedy, kiedy kontaktuje się ze sobą dwóch Dorosłych.

Dorosły nie ma negatywnego aspektu. Jednak gdy Dorosły nie ma w sobie odrobiny Dziecka, jest sztywny, nie umie wypoczywać, przedkłada obowiązki nad przyjemności, jest rzeczowy do bólu i nie jest przyjemnie z nim przebywać. – Dorosły to platforma, z której powinniśmy wybierać „reprezentację” do kontaktów z innymi – radzi psycholożka. – Kiedy chcemy porozmawiać o normach, ale rozmówca jest np. w stanie Dziecka i odpowiada z poziomu emocji, przemawianie do Dorosłego mija się z celem. Świadomie, a więc z pozycji Dorosłego wybieram kontakt przy użyciu stanu Ja Rodzic. W ten sposób mam szansę dotrzeć do rozmówcy, bo najprawdopodobniej odpowie z poziomu Dziecka i w ten sposób stworzymy transakcję równoległą.

Dorosłemu prezentuj się jako Dorosły, komuś w stanie dziecka jako Rodzic Normatywny (kiedy trzeba je przywołać do porządku) lub Opiekuńczy (gdy trzeba dać mu poczucie bezpieczeństwa). Zbuntowanemu Dziecku lepiej odpowiedzieć jako drugie Dziecko, a następnie przenieść ciężar kontaktu na inną płaszczyznę (zacząć od rozmowy o uczuciach i przejść do rozmowy o faktach). Z Rodzicem najlepiej dogada się drugi Rodzic lub Dorosły, choć często, gdy ktoś przemawia do nas z pozycji Rodzica, „włącza się” nasze Dziecko.

  1. Psychologia

Ręce to nasz kontakt ze światem – o ich znaczeniu mówi Wojciech Eichelberger

Ręce są naszą wizytówką. Świadczą o naszej pracy i komunikacji. (fot. Getty Images/Gallo Images)
Ręce są naszą wizytówką. Świadczą o naszej pracy i komunikacji. (fot. Getty Images/Gallo Images)
Siła i gracja rąk znamionują ludzi stabilnych i zakorzenionych w życiu, którzy potrafią wykorzystać dane im talenty i czas. Bo ręce to narzędzie głowy i serca. Służą do pracy, ale są też niezastąpionym kanałem kontaktu ze światem. Dłoń jest najbardziej intymną i tajemniczą z naszych wizytówek – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. I wyjaśnia, jak samemu sobie podać pomocną dłoń i co z tym ma wspólnego m.in. nauka mowy ciała.

Czy podanie pomocnej dłoni samemu sobie polega na ozdabianiu rąk bransoletkami, pierścionkami, drogimi zegarkami? Czy taka dłoń to dobra wizytówka?
Dłoń mówi sama za siebie. Nie potrzebuje ozdób. Wizytówką jest gest podania ręki. Nie bez powodu praktykowany na całym świecie. Bo wymieniając z drugim człowiekiem uścisk dłoni, dowiadujemy się o sobie nawzajem bardzo dużo: ile we właścicielu trzymanej przez nas dłoni jest lęku i napięcia, ile wycofania, agresji, ile otwartości, ciepła, odwagi, spokoju. Wszystko to w jednym kilkusekundowym, zintegrowanym przekazie. Na elementarnym poziomie odczuwamy temperaturę, wilgotność, siłę, sprężystość i dopasowanie tej drugiej dłoni. Ale także dynamikę ruchu, odległość, w jakiej ta druga osoba nas ustawia, pozycję ciała, kontakt wzrokowy lub jego brak i wiele innych parametrów, które odbieramy podświadomie. Z tej bogatej i złożonej macierzy danych nasz umysł w ułamku sekundy konstruuje wiarygodną informację o drugiej osobie, a także o perspektywach i zawirowaniach dalszej ewentualnej relacji z nią. Odbiór odbywa się intuicyjnie. Rzadko więc wyciągamy świadome wnioski. Reagujemy uczuciami i nie wiemy, dlaczego dana osoba wzbudza w nas takie, a nie inne „irracjonalne emocje”. Ale trzeba uważać i nie poddawać się pierwszemu wrażeniu. W uścisku dłoni są zawarte co najmniej dwie kategorie informacji: te dotyczące trwałych cech człowieka i te sytuacyjne, czyli związane z aktualnym stanem jego emocji czy zdrowia, a niełatwo jedne od drugich odróżnić.

Potrafisz z uścisku dłoni wyczytać charakter człowieka?
Jestem na tego typu komunikaty zawodowo wyczulony. Ale myślę, że wielu ludzi korzysta z tych podawanych jak na dłoni informacji. Dlatego to takie ważne, by podawać dłoń. Jeśli ktoś nie ma ochoty na kontakt, wycofuje się albo ma wrogie intencje, to z reguły niechętnie podaje rękę. Taką postawę odbiorca natychmiast wyczuwa. Podobnie, gdy ktoś podaje rękę niby chętnie, ale na sztywnym łokciu. Wtedy bez trudu wyczujemy, że serdeczność to pozór, i będziemy trzymani na dystans. Dłonie bywają bardziej wiarygodnym zwierciadłem duszy niż oczy. Są tacy, którzy twierdzą, że dłonie oferują przekaz transgeneracyjny, że dzięki nim możemy rozpoznać znajomych z poprzednich epizodów naszego życia.

Niepowtarzalność dłoni potwierdza niepowtarzalność odcisków palców.
Czyż to nie fantastyczne, że bez względu na liczbę ludzi nie znajdziemy dwóch identycznych odcisków palców? Mało tego, prawdopodobnie nasze linie papilarne nie pojawiły się nigdy wcześniej i w przyszłości też nigdy się już nie powtórzą. O ile wiem, nie stwierdzono jeszcze identyczności nawet wśród jednojajowych bliźniąt. Wygląda więc na to, że dłoń jakimś cudem wymyka się genetycznemu determinizmowi. Jest tajemniczą pozabiologiczną ekspresją naszej tożsamości. Nie można więc dziwić się różnym ezoterycznym koncepcjom, takim jak np. chiromancja czy inne metody odczytywania predyspozycji, cech charakteru, a nawet obrotów ludzkich losów ze skomplikowanego i niepowtarzalnego hologramu bruzd wyrytych na dłoni. Specjaliści twierdzą, że nasze dłonie zmieniają się wraz z nami, że psychologiczne i duchowe dojrzewanie znajduje wyraz nie tylko w naszym pojmowaniu świata i zachowaniu, lecz również w subtelnych zmianach i nowych połączeniach linii i bruzd dłoni. Innymi słowy, dłoń jest żywym świadectwem wszystkich naszych dokonań.

Może nie od pracy nad sobą dłonie się zmieniają, tylko od pracy fizycznej?
Praca – szczególnie fizyczna – może zmieniać kształt dłoni. W chiromancji chodzi jednak o zmiany układu linii, bruzd na dłoniach, które pojawiają się również u tych, którzy nigdy nie tknęli pracy fizycznej, ale dokonali jakiegoś postępu, np. w przekraczaniu swoich charakterologicznych i duchowych ograniczeń. Tak więc wiele wskazuje na to, że dłonie ukazują mapę karmicznej wędrówki, jaką dusza odbywa przez wszechświat, a także długość trwania tej wędrówki. Gdy ze szczerym zainteresowaniem i szacunkiem spojrzysz na swoje dłonie, ujrzysz niepowtarzalny, jedyny na świecie hologram fal, zmarszczek, linii, bruzd, punktów, skrzyżowań i być może poczujesz, że patrzysz na jakąś nieodgadnioną tajemnicę. Może jest to najbardziej osobista pieczęć naszego indywidualnego istnienia? Może w ten sposób zostaliśmy „otagowani” w kosmicznej bazie danych i na zawsze zostawiamy w systemie ślady swoich dłoni w miejscach dobrych i złych uczynków. A może patrzymy na holograficzny zapis naszych przeszłych i przyszłych losów? Albo na zapisany w nieznanym języku i alfabecie mistyczny poemat biograficzny, który wykracza poza istnienie, w jakim się obecnie wyrażamy? Takie pytania poszerzają świadomość i budują zdrowy dystans do chwilowej, gorączkowej i egocentrycznej egzystencji na tej planecie.

Czyli rękawiczki raczej nie?
Przeżycie życia w rękawiczkach byłoby niepowetowaną stratą. Umrzeć, nie dotknąwszy ziemi, gliny, trawy, kamieni, kory drzewa, sierści i ciała zwierzęcia, zimnej skóry węża, śniegu ani lodu, nie wziąć w dłonie pisklęcia, miarki ziarna ani gorącego piasku, nie dotknąć delikatnej skórki owoców czy niemowlęcia, nie poznać faktury wyrabianego rękami ciasta, nie dotknąć ciała kochanej osoby – cóż byśmy wtedy wiedzieli o świecie i życiu? Pozwalajmy więc dłoniom (i stopom) doświadczać świata bez butów i rękawiczek, by pozostawać w głębokim zmysłowym kontakcie z naszym życiem. Pamiętajmy też w tym kontekście o naszych dzieciach i wnukach.

Nie wyręczajmy dzieci?
Właśnie. Niech poznają i kształtują świat swoimi dłońmi.

Mamy jakąś możliwość poprzez oddziaływanie na dłonie oddziaływać na siebie, na swoją przyszłość?
Mimo że ezoteryczno-magiczna wizja dłoni do większości nie przemawia, to i tak obrączkę zawsze nosimy na serdecznym palcu prawej dłoni. Intuicyjnie wiemy, że ten palec jest jakoś powiązany z sercem. Uporczywe utrzymywanie tych – z racjonalnego punktu widzenia – magicznych zwyczajów może świadczyć o tym, że racjonalność nie jest w stanie ogarnąć i przeniknąć tajemnicy jednoczącego, niewidzialnego wymiaru rzeczywistości. W buddyzmie funkcjonuje też cały system skomplikowanych ruchów dłoni i układów palców – zwanych mudrami – które mają wpływać na stan umysłu i ducha. Na przykład serdeczny palec i kciuk złączone razem to jedna z mudr medytacyjnych. Wszystkie palce po kolei dotykające do kciuka to dynamiczna mudra pomagająca pokonać lęk i tremę. Nie ma w tym nic dziwnego. Jeśli jesteśmy uważni i wrażliwi na to, co dzieje się z naszym ciałem, łatwo zauważymy, że każdy wyrazisty ruch dłoni wpływa na całą resztę. Na przykład gdy zaciśniemy dłonie w pięści, to poczujemy, że całe ciało mobilizuje się do walki. Jeśli mocno przeciągniemy i otworzymy dłonie, to nastrój zmieni nam się na otwarty i zrelaksowany. Z tego powodu w odruchu ziewania i przeciągania się rozciągamy również dłonie, aż do bólu napinając wewnętrzną ich część i palce. Bo nasze ciało działa jak hologram, a w hologramie nic nie może się wydarzyć w sposób izolowany. Każde najdrobniejsze wydarzenie wchodzi w interferencję z całym systemem, czyli w zależności od energii w mniejszym lub większym stopniu zmienia całość. Dłoni dotyczy to szczególnie, bo podłączone są do korowych i podkorowych neuronalnych procesorów w mózgu, niezbędnych do wykonywania skomplikowanych ruchów oraz do wyrażania całej różnorodności uczuć i emocji.

W świecie klikanym, w którym żyjemy, dłonie są niezastąpione. Ale już niedługo, gdy zaczniemy kierować urządzeniami za pomocą myśli, staną się niepotrzebne.
Na szczęście dłoni potrzebujemy nie tylko do klikania. Są od tego, żeby pracowały, dotykały, tworzyły, wyrażały, wchodziły w kontakt ze światem i ludźmi. Dłonie powinny być silne, sprawcze, aktywne, żebyśmy mogli na nie liczyć, bo tak dużo potrafią. Tylko takie dłonie – po przejściach – są ważną wizytówką człowieka. Tylko takie są prawdziwie atrakcyjne. Dłoń, która nie nosi śladów żadnej pracy, pozbawiona mięśni, siły i śmiałości, służąca jedynie do ozdoby, nie jest pociągająca. Można się nad nią na chwilę pochylić jak nad biologiczną ciekawostką, lecz nie daje ona nadziei na trwały, żywy, odporny na trudy związek z jej posiadaczem. Nie rozumiem, dlaczego większość kobiet uznaje swoje dłonie wyłącznie za ozdobę i erotyczny gadżet. Najwyraźniej nie wiedzą, że tak spreparowane są pozbawione wyrazu, sztuczne. Prawdopodobnie nadmierna troska o nie i unikanie pokalania ich jakąkolwiek pracą wzięło się z czasów, gdy śnieżnobiałe, delikatne dłonie świadczyły o wysokim statusie materialnym. Czas porzucić te niefortunnie ukierunkowane aspiracje, za którymi kryje się często brak poczucia własnej wartości, szacunku dla siebie i wiary we własne możliwości. Tym bardziej że dłonie zawsze ujawnią innym prawdę o nas. Także tę świadomie skrywaną. Odruchowo, bez naszej zgody wyrażają bowiem wszystko, co się przydarzyło naszemu sercu. Gdy często krzyżują się na piersiach, to bronią kochającego serca dziecka zranionego brakiem symetrycznej odpowiedzi jego otoczenia. Gdy opadają bezradnie, to nasze serce prawdopodobnie zostało ugodzone zdradą, wzgardą lub/i brakiem wiary w siebie. Gdy poskąpiono nam troski, ciepła, szacunku i zachwytu, dłonie nerwowo sięgają po wszystko – nienasycone, zimne, chciwe. Sztywnieją i twardnieją (siejąc wokół zniszczenie), gdy serce zostało zatrute przemocą, cynizmem i nienawiścią.

Można więc rękami skutecznie udawać? Nauczyć się mowy ciała człowieka otwartego i uczciwego, choć się takim nie jest?
Można, ale tylko na odległość. Spójrzmy na aktorów, którzy zawodowo zajmują się udawaniem. Bywają przekonujący. Ale w bezpośrednim kontakcie dotykowym nie da się innych oszukać. Trudno opisać różnicę między dobrym a złym dotykiem, ale wyczuć ją udaje się prawie wszystkim. Dotyk w niewypowiedziany sposób zdradza bowiem uczucia i intencje dotykającej nas osoby. Krótko mówiąc, dotyk prawdę ci powie.

Nauka nie swojego języka ciała nie ma więc żadnego sensu?
Oczywiście, że ma. Nauka powszechnego w danej kulturze kodu gestów, spojrzeń i sposobu poruszania się pomaga ludziom w adekwatnym i jasnym wyrażaniu intencji i uczuć. Od niepamiętnych czasów aktorzy, oratorzy, politycy, przywódcy i sprzedawcy tego się uczą. Choć, oczywiście, umiejętność ta może być używana również do manipulacji. Ale ostatnio ta wiedza okazała się niezbędna również w świecie biznesu. Zapewne z powodu częstych wystąpień publicznych i potrzeby przekonywania innych do swoich osiągnięć, wizji i produktów. Adekwatna mowa ciała wzmacnia siłę oddziaływania i wpływ na słuchaczy. Więc jeśli mamy coś ważnego do przekazania, wyrazista i spójna z przekazem mowa ciała może nam pomóc. Trzeba ludziom różne rzeczy w tej sprawie podpowiadać. Wprawdzie mowę ciała dziedziczymy przez naśladownictwo, ale często naśladujemy niedobre wzorce. Mowa naszego ciała bywa też wypaczona i zahamowana przez trudne doświadczenia rodzinne czy szkolne. Dlatego warto się jej uczyć, tak jak uczymy się nowych słów. To wcale nie znaczy, że zaczniemy udawać. Używanie nowego słowa, choć na początku wydaje nam się trudne i nieswoje, dowodzi, że się rozwijamy. Ruch, gest, dotyk wpływają na nasz stan umysłu i uczuć. Rozwijanie mowy ciała z pewnością uwalnia i rozwija całą osobę. A ciało jest najlepszym wehikułem wychodzenia z lęku, wstydu, izolacji, ku ludziom – a także ku ziemi i ku niebu.

Skoro ku niebu, zapytam cię o gest modlitwy?
To dobre zakończenie rozmowy o dłoniach. Tu dłonie pomagają nam komunikować się z naszą mądrością i boskością. Gest złożonych dłoni – obecny we wszystkich religiach i kulturach – symbolizuje bowiem przekroczenie tego, co w nas racjonalne (prawa dłoń) i emocjonalne (lewa dłoń), oraz gotowość porzucenia rozróżniających i dyskryminujących myśli i poglądów, a tym samym pragnienie pojednania z absolutnym, jednoczącym bytem, z którego wszelka różnorodność się wyłania.

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl)

  1. Psychologia

Jak wewnętrzny sabotażysta blokuje twoje działania? Poznaj jego twarze!

Gdy czujesz, że nie możesz ruszyć z miejsca i zmobilizować się do działania, do głosu często dochodzi wewnętrzny sabotażysta. Co chce ci powiedzieć? (fot. iStock)
Gdy czujesz, że nie możesz ruszyć z miejsca i zmobilizować się do działania, do głosu często dochodzi wewnętrzny sabotażysta. Co chce ci powiedzieć? (fot. iStock)
Znowu słyszysz głos mówiący, że się nie uda? Poznaj strategie pozwalające w skuteczny sposób radzić sobie z zadaniami, które w pierwszej chwili cię przerastają.

Lęk przed porażką - główny sabotażysta

Dagmara już drugi tydzień odwleka zrobienie prezentacji na pierwsze spotkanie z dużym klientem. Kiedy siada do komputera i próbuje sklecić pierwszy slajd, „diabły siadają jej na rękach” – pojawia się masa drobnych rzeczy, które właśnie wtedy trzeba zrobić: zaległe e-maile nagle stają się bardziej niż bardzo ważne i wymagają natychmiastowych wyczerpujących odpowiedzi, a kłopoty nastoletniej córki koleżanki z działu wdrożeń bezwzględnie wymuszają przedłużenie przerwy kawowej. Termin spotkania zbliża się coraz większymi krokami i myślenie o tym przyprawia Dagmarę o bezsenność. Kiedy pyta siebie, o co chodzi, za każdym razem spod dywanu wychyla się ponury sabotażysta z transparentem „na pewno to schrzanisz”.

Wewnętrzny sabotażysta Dagmary powstrzymuje ją przed działaniem, wzbudzając lęk przed porażką. Jego przesłanie to: „nie rób tego, bo jak to zrobisz, będzie źle”. Wyrósł z silnego, nieuświadomionego przekonania, że niedziałanie jest bezpieczniejsze niż działanie. Za „nie chcę tego robić” Dagmary kryje się „nie chcę się odważyć”, oparte na wyolbrzymianiu zagrożenia. To, czego jej potrzeba, by osłabić paraliżujący wpływ wewnętrznego sabotażysty, to wiara, że możliwy jest dobry skutek podjętej aktywności.

Jak Dagmara pokona swojego sabotażystę? Stosując profilaktykę. Obawa przed zrobieniem czegoś źle, powoduje, że wątpliwości paraliżują. Wtedy jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest potraktowanie tych sabotujących myśli i uczuć jako napędu do działania.

Jeżeli najlepszym motywem do tego, by ruszyć z miejsca, jest obawa, dobrze jest skupić się na przykład na uniknięciu strat, grożących w wypadku niewykonania zadania, i starać się zapobiec pogorszeniu swojej opinii w pracy, degradacji w zespole czy zmniejszeniu dochodów. Skoro Dagmara nie może ruszyć z kopyta z prezentacją, niech pomyśli, co się stanie, jeśli tej prezentacji w ogóle nie zrobi. Skupienie się na uniknięciu strat, po przestraszeniu samego siebie konsekwencjami, powoduje, że co prawda samopoczucie jest okropne, ale z drugiej strony człowiek budzi się z letargu. A kiedy już zajmie się robieniem tego, co jest do zrobienia, skupienie na zadaniu zniweluje napięcie.

Kompletnie mi się nie chce - co kryje się za tym odczuciem?

Robert, choć podjął się w ramach wolontariatu pracowniczego zorganizowania zajęć fotograficznych dla dzieci z zaprzyjaźnionego domu dziecka, jakoś nie może wystartować ze swoim projektem. Czas mija, ale ciągle nie udało mu się nawet spotkać z dyrektorką domu, żeby ustalić zasady, nie mówiąc już o spotkaniu się z dzieciakami. Robert ciągle jakoś „nie czuje” tego zadania, nie potrafi się zebrać w sobie. Dyrektor zagadnął go ostatnio na korytarzu o projekt fotograficzny, więc tylko się wymigiwał nawałem spraw zawodowych, co trochę mijało się z prawdą, ale co miał powiedzieć? Że pod biurkiem ma na stałe zainstalowanego podszeptywacza, któremu na imię „Niechcemisie”, a muza jakoś nie nadlatuje?

Wewnętrzny sabotażysta Roberta powstrzymuje go przed działaniem, wzbudzając uczucie zniechęcenia. Jego przesłanie to: „nie rób tego sam, bo nie dasz rady”. Sabotażysta „Niechcemisie” wykiełkował i rozrósł się bujnie na glebie nieświadomego przekonania, że niebranie odpowiedzialności za własne działanie jest bezpieczniejsze niż jej branie. Za: „nie chcę tego robić” Roberta kryje się: „nie chcę być samodzielny”. To, czego mu potrzeba, by osłabić paraliżujący wpływ sabotażysty, to wiara, że bez pomocy z zewnątrz może działać skutecznie i odnieść sukces.

Jak Robert pokona swojego sabotażystę? Sytuacja, w jakiej się znalazł, to tak zwany zupełny brak weny twórczej. W jego wypadku najlepszą strategią będzie ignorowanie własnej emocjonalności i skupienie się na działaniu – krok po kroku.

Tym, co często zniewala, są obiegowe romantyczne wersje opowieści o działaniu w stanie natchnienia. Tymczasem wielu płodnych pisarzy, artystów i wynalazców stworzyło swoje dzieła metodą codziennej, wielogodzinnej pracy. Ważne jest, by znaleźć swój poziom zaangażowania w projekt – i z tego poziomu przystąpić do działania. Jak poradzić sobie z „Niechcemisiem”? Sprawdzić, czy stwarza on konkretne, fizyczne przeszkody do działania. Gdy stwierdzimy bezpodstawność takiego przypuszczenia, należy przystąpić do rzeczy – zadzwonić, zrobić plan, spotkać się. Sposobem na „Niechcemisia” jest ignorowanie swojego niechcenia.

Nie ma sensu tego robić - przekonanie, które wynika z fałszywego postrzegania

Zbliża się termin, w którym Ala musi oddać rozliczenie projektu – czyli wypełnić masę nudnych tabelek, opisać rachunki, posegregować dokumenty. A jeszcze na dodatek w trakcie przekazywania tych wszystkich „pasjonujących” pism będzie musiała wystąpić z wnioskiem o przyznanie jej premii, ale z doświadczenia wie, że jeśli nie będzie o to zabiegać, zarząd sam z siebie na to nie wpadnie. Każdy przyzna, że jej sytuacja nie jest specjalnie komfortowa i w związku z tym trudno się dziwić, że spotkanie z zarządem przesunęła o kolejne kilka dni. Nawet świadomość, że w ten sposób oddala w czasie wpływ środków na swoje niezbyt przeładowane gotówką konto, nie jest w stanie zmusić jej do zrobienia wszystkich tych nieprzyjemnych rzeczy. Jej prywatna „Buka” siedząca na ramieniu szepcze wprost do ucha: „to jest kompletnie bez sensu, te wszystkie papierologie i użeranie się z zarządem to chory wymysł i normalny człowiek nie powinien zajmować się takimi sprawami”.

Wewnętrzna sabotażystka Alicji powstrzymuje ją przed działaniem, wzbudzając w niej uczucie złości. Przesłanie, jakim kieruje się Ala, brzmi: „nie rób tego na ich zasadach, bo jak to zrobisz, będzie źle”. Wyrosło ono z silnego, nieuświadomionego przekonania, że „moje zasady są lepsze od zasad innych”. Za jej: „nie chcę tego robić” kryje się: „nie chcę współpracować” oparte na wyolbrzymianiu alienacji. To, czego jej potrzeba, to wiara w dobre skutki współpracy.

Jak Ala pokona swojego sabotażystę? Dziewczyna całą sytuację postrzega jako bezsensowną. Taki stan ducha wynika z uaktywnienia nieuświadomionego przekonania: „ja wiem lepiej, co jest słuszne”.

Szczególnie trudno jest zabrać się do robienia rzeczy, które postrzegamy jako trudne, nudne lub nieprzyjemne. Często myślimy, że z takimi nielubianymi sytuacjami poradzimy sobie jakoś za pomocą siły woli, że w odpowiednim momencie po prostu zmusimy się do zrobienia tego. Jednak badania pokazują, że ludzie zazwyczaj przeceniają swoją zdolność do samokontroli opartej na sile woli. Dlatego takie zadania dobrze jest rozplanować w czasie, uwzględniając przypuszczalne okoliczności. Planując z góry, zadecydujesz co, gdzie i w jakim terminie masz zrobić. Nie tracisz czasu na zastanawianie się i decydowanie wtedy, kiedy sytuacja zaistnieje. Nie podejmujesz decyzji, czy to zrobić, nie dokonujesz trudnego wyboru, bo wybór został już dokonany w fazie planowania, teraz jest tylko realizowany.

Strategie działania, które przestaną cię osłabiać

Jeśli często miewasz podobne chwile zwątpienia, mam dla ciebie pocieszającą wiadomość: istnieją strategie, pozwalające w sprawdzony i skuteczny sposób radzić sobie z wykonaniem zadań, które w pierwszej chwili wydają się nas przerastać. Dodatkowo te strategie można wybrać właśnie z poziomu swoich „niedoskonałości”, których nie ma powodu w takiej sytuacji trzymać pod dywanem (wykładziną, biurkiem czy na swoim ramieniu).

W pracy używanie argumentu: „nie chcę tego robić” raczej nie sprawdzi się na dłuższą metę. W większości wypadków praca to wykonywanie określonych zadań w drodze do osiągnięcia określonego celu. I raczej nie zdarza się, żeby zadania były nieustannie dopasowywane do naszego nastroju, chęci i aktualnego poziomu silnej woli. A nasi sabotażyści nie ustają w działaniu.

Kiedy boisz się, że „coś schrzanisz”, „nie dasz rady”, gdy kompletnie nie czujesz bluesa i jesteś zniechęcona – jesteś raczej nastawiona pesymistycznie. Jednak nie jest to powód, dla którego twoje zadanie zyskuje status „niewykonalne”. Po prostu z miejsca braku entuzjazmu rzadko daje się ruszyć na hurraoptymistycznym paliwie. Trzeba więc poszukać paliwa innego rodzaju.

Takie strategie, jak myślenie o ujemnych konsekwencjach, ignorowanie swoich stanów emocjonalnych czy angażowanie się w sporządzanie szczegółowych planów mogą wydawać się mało atrakcyjne, a na pewno na początku – mało porywające. Oczywiście, każdy sam dobiera najlepsze dla siebie strategie, które pomagają mu lepiej funkcjonować. Jednak może nie warto z góry odrzucać tych nieatrakcyjnych? Przy wszystkich swoich wadach mają one tę podstawową zaletę, że kiedy się ich używa – okazują się skuteczne. Osłabiają bowiem siłę działania wewnętrznych sabotażystów, odcinając od wpływu nieświadomych, toksycznych przekonań. Dzięki temu jesteśmy w stanie znowu zacząć chcieć.

  1. Psychologia

Stan flow - jak go osiągnąć w codziennym życiu?

Stan flow to doświadczenie bycia całkowicie zaangażowanym w wykonywane zajęcie. (Fot. iStock)
Stan flow to doświadczenie bycia całkowicie zaangażowanym w wykonywane zajęcie. (Fot. iStock)
Czy wiesz ile zajęć, które wykonujesz w ciągu dnia, angażuje cię na tyle, że zapominasz o czasie i żyjesz chwilą teraźniejszą? Mogą to być przeróżne czynności jak: praca, zabawa z dziećmi, taniec, szycie, pisanie, jazda na rowerze. Są to aktywności, które nas mobilizują i przynoszą pozytywne rezultaty. Jak osiągnąć stan flow radzi coach Kasia Wezowski. 

Mihály Csíkszentmihályi, amerykański psycholog węgierskiego pochodzenia, określa stan flow (w tłumaczeniu na polski - stan „przepływu, uskrzydlenia”), jako doświadczenie bycia całkowicie zaangażowanym w wykonywane zajęcie. Warunkiem osiągnięcia tego stanu jest odpowiedni poziom jego trudności, klarowność wyznaczonych celów i mierzalne rezultaty w postaci możliwości uzyskania odpowiedniej informacji zwrotnej.

Zadanie, które wykonujemy, nie może być za łatwe.
Wtedy bowiem nudzimy się i popadamy w rutynę i odrętwienie. Jeżeli jednak jest za trudne, mamy problem, żeby się na nim skoncentrować i często towarzyszy nam wtedy duży stres. Nie jest więc dobrze zajmować się tylko monotonnymi zadaniami. Z drugiej jednak strony, jeżeli nagle zaczniemy analizować wyniki najnowszych badań ekonomicznych, czy postanowimy po tygodniu treningu zagrać w turnieju w tenisa lub zacząć biegle mówić po chińsku, prawdopodobnie zadanie nas przerośnie i szybko się zniechęcimy.

Nie jest łatwo osiągnąć stan spełnienia w pracy zawodowej.
Prof. Heike Bruch odkryła, że wśród amerykańskich pracowników tylko 10 proc. przeżywa stan flow, co wymaga odpowiedniego poziomu koncentracji i jednocześnie mobilizacji przy wykonywaniu zadań. Aż 40 proc. tej grupy to osoby, które mają odpowiednią mobilizację, jednak brakuje im koncentracji. Kolejne 20 proc. to jednostki, którym nie starcza energii, aby dokończyć rozpoczęte sprawy, a ostatnie 30 proc. to ludzie wypaleni zawodowo i sfrustrowani.

Co zrobić, jeżeli nie osiągamy stanu flow podczas wykonywania pracy?
Dobrze jest przemyśleć, jak lepiej sobie zorganizować dzień pracy, żeby nie odrywać się co chwilę od jednej czynności, aby wykonać drugą. Warto sprawdzić, czy można wyznaczyć sobie oddzielny czas na sprawdzanie maili, rozmowy z klientami czy inne tego typu czynności. Zastanów się też, co mogłoby być dla ciebie wyzwaniem w pracy i dawać ci dodatkową motywację. Rozważ różne możliwości, co mogłabyś zmienić w sposobie wykonywania pracy albo jaką wprowadzić innowację, aby praca sprawiała ci większą satysfakcję. Jeżeli się nudzisz, być może jest to moment na zmianę charakteru pracy lub czas na awans.

Pamiętam, że podczas studiów z reguły albo nie mogłam się zmobilizować, albo skoncentrować.
Nauczyłam się więc wyznaczać odpowiedni czas bardzo blisko egzaminu, aby mieć odpowiedni poziom motywacji, a jednocześnie bardzo precyzyjnie przygotowywałam odpowiednią aranżację pomieszczenia - szybki dostęp do picia i jedzenia, odpowiednia muzyka lub cisza zależnie od fazy nauki. Wielu studentów doświadcza stanu flow nad ranem w noc przed egzaminem. Csíkszentmihályi zbadał, że ludzie najczęściej osiągają go, jeżeli wykonują angażującą pracę lub podczas uczenia się. Ludzie, którzy są aktywni zawodowo i lubią to, co robią, często zachowują lepsze zdrowie i deklarują wyższy poziom satysfakcji z życia.

Nie tylko w pracy możemy się spełniać.
Jeżeli poddamy się interesującej rozmowie z przyjaciółmi, ciekawemu hobby czy aktywności fizycznej, zapominamy o upływającym czasie i przeżywamy stan podekscytowania. Niektóre osoby osiągają flow podczas prowadzenia samochodu, ponieważ zadanie to wymaga jednocześnie koncentracji i umiejętności. Innym ważnym źródłem tego stanu jest sztuka, zabawa, flirt i seks. Wbrew pozorom bierny wypoczynek przed telewizorem lub na leżaku wcale nie przynosi stanu flow. Wiele osób czeka ze zniecierpliwieniem na urlop i marzy, że będzie się wylegiwać na plaży. Jednak to amatorzy aktywnego wypoczynku lepiej pojęli, co przyniesie większą satysfakcję i ciekawe wspomnienia. Spływ kajakowy, wycieczka rowerowa czy zwiedzanie zabytków zapewni nam korzystniejszy przypływ energii. Niektórym się wydaje, że mnisi wiodą spokojne życie w kontemplacji i nie muszą się przejmować zmartwieniami świata codziennego. Wiele osób marzy, żeby sobie tak usiąść w klasztorze i medytować. Nie biorą jednak pod uwagę, że każdy mnich też ma codziennie do wykonania rożne obowiązki, a sama medytacja nie jest tylko biernym odpoczynkiem, ale aktywną koncentracją umysłu wymagającą odpowiedniej motywacji.

Ważnym źródłem flow jest wysiłek fizyczny.
Może to być mecz siatkówki, wyprawa górska czy ćwiczenie jogi. Osobiście potrafiłam zupełnie zapomnieć o wszystkim i skoncentrować się na chwili teraźniejszej podczas wspinaczki górskiej, intensywnych podróży po Azji, kiedy spotykałam po drodze dużo osób lub jeżdżąc na rowerze, szczególnie po lesie albo po nieznanym terenie, kiedy trzeba się skoncentrować na pokonywanej drodze.

Dobrze jest też mieć hobby.
Może być to gotowanie wymyślnych potraw, dekorowanie stołu czy projektowanie ubrań. Niektórzy uwielbiają tańczyć, jeździć na lodzie, uprawiać ogródek, malować czy rzeźbić. Warto mieć przynajmniej jedno takie zajęcie, które sprawia satysfakcję, jednocześnie jest pewnym wyzwaniem. Takie, które wymaga jasno wyznaczonego celu, takie które może dać wyraźne postępy. Wtedy może stać się to równowagą dla niezbyt sprzyjającej flow pracy zawodowej. Marten de Vries, holenderski lekarz psychiatra, postanowił zrobić eksperyment w swoim szpitalu. Dał zadanie pacjentom, aby przez dwa tygodnie zapisywali wszystkie czynności, które wykonują podczas dnia i odnotowywali odczuwane przy nich stany emocjonalne. Pewna pacjentka ze schizofrenią, przebywająca wiele lat w szpitalu, która generalnie nie była zadowolona z niczego, odnotowała parę razy pozytywne emocje, gdy zajmowała się swoimi paznokciami. Marten deVries postanowił pójść za tą informacją. Zafundował pacjentce trening zabiegów kosmetycznych i zaczęła ona dbać o paznokcie całego oddziału. Stan jej zdrowia niespodziewanie szybko się polepszył. Wkrótce została wypisana i po roku zaczęła samodzielnie wykonywać zawód kosmetyczki.

Możliwe, że nadszedł moment, aby zastanowić się, co naprawdę sprawia ci przyjemność, satysfakcję i wyzwanie zarazem. Czasami odkrycie zawodu życia może być bardzo niespodziewane. Jesteśmy przyuczani do pewnych zadań i funkcji od dziecka. Wydaje nam się, że to jest zajęcie, które powinnyśmy wykonywać i jeżeli nam nie wychodzi tak dobrze, jak innym, czujemy się rozczarowani sobą. Być może jednak jest tak, że nie znaleźliśmy jeszcze sposobu, jak wykonywać swój zawód z przyjemnością albo potrzebujemy zająć się inną aktywnością, którą bardziej lubimy.

Ćwiczenie dla ciebie

Przez najbliższy tydzień codziennie wieczorem odnotuj w zeszycie wszystkie zajęcia, jakie wykonywałaś w ciągu oraz określ na skali od 0 do 5, jak bardzo sprawiały ci przyjemność, przy czym 0 oznacza, że nie odczuwałaś żadnej przyjemności a 5, że dużą przyjemność. Na podstawie zebranych przez tydzień notatek, spójrz na te zajęcia, przy których odnotowałaś najwyższą punktację i zastanów się, co zrobić, abyś doświadczała ich częściej.