1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Co mówi o tobie wygląd twojego biurka?

Co mówi o tobie wygląd twojego biurka?

fot.123rf
fot.123rf
Co trzymasz na biurku? Zdjęcia rodziny czy modne akcesoria biurowe?

Badacz Cary Cooper, profesor psychologii z Lancaster University, sprawdzał, czy istnieje związek pomiędzy osobowością człowieka a wyglądem jego biurka. Jego zespół przeanalizował ponad 2500 zdjęć miejsc pracy. Ich właściciele byli poddawani również testowi osobowości, opisywali swoje zachowanie w pracy i życiu prywatnym, a także sposób spędzania wolnego czasu. W ten sposób Cooper wyróżnił pięć najbardziej charakterystycznych typów:

Perfekcjonista. Ma idealnie posprzątane biurko i dużo wolnej przestrzeni. Brak na nim jakichkolwiek osobistych przedmiotów, jest za to podstawa: organizer, kalendarz i niewiele dokumentów. Taki pracownik jest doskonale zorganizowany, punktualny, dotrzymuje terminów. Bywa oceniany jako godny zaufania, ale też mało elastyczny i nietowarzyski, zamknięty w sobie. To typ zdystansowany do otoczenia, introwertyczny. Koncentruje się na jednym zadaniu, nie potrafi równolegle wykonywać kilku. Choć jest przyjacielski, to niewiele mówi na swój temat.

Typ rodzinny. Jego biurko jest uporządkowane, ale nie brak na nim osobistych pamiątek czy rodzinnych zdjęć. Dla takiego pracownika najważniejsze jest życie poza biurem, co nie znaczy, że nie angażuje się w pracę. Realizuje swoje cele, ale potrafi postawić granice i określić priorytety.

Nowoczesny lider. Kładzie duży nacisk na modny styl i drogie gadżety. O ile ma taką możliwość, otacza się najnowocześniejszym sprzętem oraz meblami z najmodniejszych kolekcji. Doskonale nadaje się do reprezentowania firmy (telefony, przyjmowanie ważnych gości). Relacje międzyludzkie mają dla niego głównie znaczenie biznesowe. Niezwykle ważny jest dla niego wizerunek. Bywa skłonny do cynizmu i sarkastycznego humoru, a prawdziwe uczucia skrzętnie ukrywa pod atrakcyjną powłoką.

Animator biurowy. To osoba, która ma ciągle coś nowego na swoim biurku. Mogą to być materiały biurowe w jaskrawych kolorach, śmieszne akcesoria lub monitor oklejony zabawnymi karteczkami. Jest nastawiona do życia optymistycznie. Nie wchodzi w konflikty, ma też rzadką umiejętność rozładowywania napiętej atmosfery w zespole. To typ obowiązkowy, swoją pracę traktuje bardzo poważnie.

Człowiek chaos. Biurko tego pracownika wygląda jak po przejściu trąby powietrznej: pokryte jest listami, gazetami, dokumentami i karteczkami. Tylko on jest w stanie poruszać się w tym bałaganie i bardzo nie lubi, gdy mu się ten kontrolowany chaos posprząta. Bierze na siebie zwykle za dużo obowiązków i dlatego ciągle pracuje w napięciu. Potrafi wykonywać kilka zadań jednocześnie i jest na dobrej drodze do zostania pracoholikiem.

Według Coopera, który przepytał 500 menedżerów, ponad połowie z nich chaos w miejscu pracy kojarzy się z chaosem w głowie, czyli nieodpowiedzialnym i nieskoncentrowanym podwładnym. Co ważne, wielu przełożonych bierze pod uwagę wygląd biurka, rozważając potencjalny awans pracownika.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dobre nawyki: nie oceniam

Ocenianie innych to pragnienie zasłonięcia lustra, z lęku, że ujrzysz w nim swoją prawdziwą twarz. W innych ludziach drażni cię to, czego nie akceptujesz w samej sobie, albo odwrotnie – to, czego ci brakuje. (Fot. iStock)
Ocenianie innych to pragnienie zasłonięcia lustra, z lęku, że ujrzysz w nim swoją prawdziwą twarz. W innych ludziach drażni cię to, czego nie akceptujesz w samej sobie, albo odwrotnie – to, czego ci brakuje. (Fot. iStock)
Skąd takie postanowienie? Ocenianie wprawdzie oszczędza czas i daje ujście frustracji, ale czy naprawdę ułatwia życie?

Niedawno trafiła do mojego gabinetu Iza, młoda kobieta w ósmym miesiącu ciąży. Lęki i wątpliwości, typowe dla przyszłych mam, zakłócające jej błogosławiony stan, skłoniły ją do poszukania pomocy.

– Jestem złą matką – powiedziała, surowo się oceniając. –  Nie mam nawet czasu, żeby wypełnić dokumenty do płacenia wyższego ZUS-u, co zapewni mi spokój finansowy po porodzie. Nie dbam o siebie tak jak inne kobiety w ciąży.

Słuchałam jej uważnie, patrzyłam na jej niespokojne ciało: siedziała pochylona, jakby chciała ukryć brzuch, na nogach miała buty na wysokich obcasach, poprosiła o kawę, „bo jeszcze tyle ma dzisiaj do zrobienia”. Kobieta w ciąży powinna być spokojna, skoncentrowana na sobie i dziecku – oceniałam ją, na szczęście tylko w myślach. Muszę pomóc jej się wyciszyć, nauczyć nawiązywania kontaktu z dzieckiem – mój film „w głowie” rozkręcał się na dobre. W końcu ja – jako terapeuta – wiedziałam lepiej, czego potrzebuje przyszła mama. Iza, jakby czytając w moich myślach, kontynuowała swoją opowieść.

– A poza tym dziecko jest ułożone pośladkowo, a ja chcę rodzić naturalnie. Lekarz dał mu dwa tygodnie, żeby odwróciło się główką w dół.

No tak – pomyślałam – wiadomo, że poród pośladkowy jest trudniejszy i dla matki, i dla dziecka. Lekarz, ja, cały świat wiedzieliśmy lepiej, jak powinno być ułożone dziecko w brzuchu matki. A potem zrobiło mi się tak jakoś smutno.

Gra w życie

Dzisiejszy świat jest zawiły, skomplikowany i na dodatek pędzi w zawrotnym tempie. Zupełnie jak wirtualna gra, w której liczy się czas – bezlitośnie migające cyferki zegara umieszczonego w rogu monitora oceniają nasz spryt, szybkość myślenia i sprawność motoryczną (ilość skutecznych kliknięć). Dlatego wymyślono (i w grze, i w życiu) zestaw reguł, których opanowanie obiecuje nam mistrzostwo: patrz jak robią to inni, opanuj zasady i oceń swoje szanse, bo jak nie, to wypadniesz z gry.

Niedawno miałam okazję trzymać na rękach ośmiotygodniowe niemowlę. Maleńka dziewczynka z niesamowitym skupieniem obserwowała moją twarz. Kiedy uśmiechnęłam się – jej buźkę również rozjaśnił uśmiech. Gdy coś do niej powiedziałam – złożyła usteczka w dzióbek, jakby próbowała mi odpowiedzieć. Twarz jest dla niemowlęcia pierwszym, najważniejszym nauczycielem życia. Obserwując, na początku bez zrozumienia, emocje odzwierciedlające się na ludzkiej twarzy, jako niemowlęta zaczynamy istnieć w świecie. Dzięki komunikatom odczytywanym z mimiki twarzy matki, tonu jej głosu, uczymy się, co jest dobre, pożądane, co gwarantuje miłość i akceptację. Potem dochodzi porównywanie z innymi dziećmi.

Dorośli, oceniając nasze zachowanie, a także wygląd, wzrost, tuszę itp., przydzielają nam odpowiednie miejsce w ludzkim szeregu. Jesteś inteligentna, bo nauczyłaś się korzystać z nocnika szybciej niż dziecko sąsiadki. Jesteś odważna, bo nie płakałaś pierwszego dnia w przedszkolu, tak jak inne dzieci. Grzeczna, bo budzisz się w nocy rzadziej niż twój starszy brat itp. Porównywanie to pierwszy etap procesu oceniania – sprawdzanie, jak wypadasz na tle innych. Ten mechanizm będzie towarzyszył ci przez całe życie.

W poszukiwaniu winowajcy

„Przyszłam do pani, bo dwie moje najlepsze przyjaciółki też chodzą na terapię” – to częsty komunikat, który słyszę na pierwszej sesji. „Poleciła mi panią moja szefowa, a ona się zna na ludziach” – takie zdania również nie są rzadkością. „Ciekawe, czy pani sobie poradzi z moim problemem, jest pani moją trzecią terapeutką” – tego typu oceny nie wróżą dobrze terapii, bo przecież to nie ja mam sobie poradzić z kłopotem pacjentki.

Patrzę, obserwuję, uważnie słucham i… także oceniam: motywację pacjentki do terapii, jej główny problem, sposoby radzenia sobie w życiu do tej pory itp. Psychologiczna diagnoza to także ocena – dopasowanie pacjentki do „normy”. Czy na pewno jest niezbędna? Czy stwierdzenie, że człowiek, który siedzi przede mną, ma osobowość histeryczną, naprawdę pomoże (mnie czy jemu)? A obserwacja jego ciała: gestów, mimiki, napięcia – czy ułatwi mi skontaktowanie się z jego duszą?

– Na czym polega twój kłopot? – pytam i… otwieram puszkę Pandory, z której wylewa się morze ocen: „moi rodzice byli nadopiekuńczy”, „mój partner to prawdziwy narcyz”, „mój szef to despota”… Mijają kolejne sesje, stopniowo poznaję bliższe i dalsze otoczenie pacjenta. Wiem, jakich miał rodziców, dlaczego jego siostra jako nastolatka uciekła z domu itd. Tylko o nim samym, tym prawdziwym, wiem niewiele. Zdarza się, że stawiam pacjentkę przed dużym lustrem i proszę: „Popatrz na siebie tak, jakbyś widziała się po raz pierwszy. Kogo widzisz?”.

„Jestem za gruba”, „wyglądam zbyt poważnie jak na swój wiek” – coraz dalej brniemy w ocenianie. Kiedy przychodzi do mnie para, mój gabinet zamienia się w salę rozpraw. Zamiast się ze sobą komunikować, partnerzy na wyścigi wyliczają przewinienia drugiej strony, licząc, że wskażę winowajcę, wymierzę mu karę, każę się zmienić i tym samym uratuję związek.

Dlaczego tak bardzo lubimy oceniać innych?

Odsłoń lustro

Życie wśród ludzi, a jednocześnie pozostanie sobą, ze swoimi potrzebami, pragnieniami, marzeniami – to najtrudniejsze wyzwanie dla każdego z nas. Pod warunkiem że przyznajemy sobie prawo do bycia prawdziwymi. Ocenianie innych to pragnienie zasłonięcia lustra, z lęku, że ujrzysz w nim swoją prawdziwą twarz. W innych ludziach drażni cię to, czego nie akceptujesz w samej sobie, albo odwrotnie – to, czego ci brakuje. Jeśli np. oceniasz, że ktoś jest skąpy, być może to ty masz problem z dzieleniem się, albo przeciwnie – twoja hojność cię wypala.

Ocenianie, którego celem jest lepsze poznanie samej siebie, jest w porządku. Jednak najczęściej służy ono samousprawiedliwianiu. Kiedy uda mi się zauważyć ów mechanizm, staram się wykorzystywać go w terapii. Jeśli np. mówisz mi: „Mój partner jest tyranem” – pytam: ,,A co by było, gdyby on przestał cię kontrolować”. Albo gdy powiesz: „Przez jego picie musiałam rzucić pracę, zerwać relację z przyjaciółmi”, dam ci zadanie: „Wyobraź sobie, że on przestaje pić. Co wtedy robisz ze swoim życiem?”. Może okazać się, że rola ofiary, osoby kontrolowanej, to jedyna, jaką znasz. On przestaje pić, a ty nadal stoisz w miejscu, niczego nie robisz ze swoim życiem. Ocenianie pozwala odwrócić uwagę od nas samych – świata, ale także własną. Bywa doskonałym usprawiedliwieniem kłopotów, porażek, kompleksów i urazów. Dowartościowuje – kiedy stawia nas wyżej od innych. Daje zielone światło dla narzekania. Obniża trudne do wytrzymania napięcie. Nakłania innych do użalania się nad nami i pomagania. Jednak dopóki oceniasz, nie masz szans na spotkanie z samą sobą, żyjesz w iluzorycznej bajce. Narażasz się na to, że będziesz jak bohater książki napisanej przez pisarzynę bez polotu.

Dzień bez oceniania

Zafunduj sobie choć dzień bez punktowania innych i zobacz, jakie przyniesie to efekty.

1. Rano, tuż po obudzeniu wypowiedz na głos mantrę: "Wszystko, co mnie dziś spotka, będzie dla mnie dobre” i naprawdę w to uwierz. 2. Zamiast oceniać, skup się na faktach. Na przykład zamiast kręcić nosem: Ale brzydka pogoda, na pewno będę miała migrenę”, powiedz: ,,Pada śnieg. Na termometrze –10 stopni”. 3. Przyjmuj ze spokojem wszystko, co cię spotyka ze strony innych ludzi, i w myślach im za to podziękuj. 4. Kiedy obudzi się w tobie mechanizm oceniania, skoncentruj się na doznaniach w ciele: jak się ma twoja lewa stopa? 5. Patrz na bliskich i dalszych znajomych tak, jakbyś ich widziała po raz pierwszy, uważnie i z miłością. 6. W rozmowie z ludźmi unikaj stwierdzeń: „bo ty nigdy…”, „bo ty zawsze…”. 7. Poobserwuj przyrodę: świeci słońce, wieje wiatr, nadchodzi zmierzch – natura ma w nosie naszą ocenę. Ty też po prostu rób swoje. 8. Unikaj natrętnych myśli w stylu: „nie zadzwonił, choć obiecał”, „jest niesłowny albo mu na mnie nie zależy” – stop, nie wiesz, dlaczego nie zadzwonił.

  1. Psychologia

Co mówią o naszych potrzebach wybierane przez nas kolory?

Kolory, które wybieramy, niosą wiele informacji o naszej osobowości. (fot. iStock)
Kolory, które wybieramy, niosą wiele informacji o naszej osobowości. (fot. iStock)
Wybór ubioru w określonym kolorze jest tylko pozornie przypadkowy. W rzeczywistości barwa, po którą sięgamy, określa nasze nastroje, tęsknoty, a nawet głęboko skrywane problemy i potrzeby psychiczne.

Kolory, podobnie jak muzyka, wywołują uczucia i nastroje, wyrażają najbardziej subtelne emocje. I jak muzyka mają właściwości terapeutyczne, bo stymulują nasz system nerwowy. Dlaczego, wchodząc do sklepu z ubraniami, odruchowo sięgamy po te lub inne kolory? Nawet wtedy, gdy pragniemy przełamać schemat i odmienić kolorystykę swojej szafy? Bo podświadomość podpowiada co innego niż świadomość. To ona decyduje o wyborze konkretnej rzeczy, a świadomość racjonalizuje te decyzje zwykle po fakcie. Wolność wyboru jest tylko pozorna. Zakładając to, co nam się podoba, ukazujemy osobowość, wewnętrzne problemy i przeżycia. Dlatego upodobanie do określonych barw może zmieniać się z wiekiem, sytuacją, a nawet z nastrojem chwili. Apetyt na kolory jest związany ze stanem wewnętrznym, w jakim jesteśmy w danym czasie.

Często po rozpadzie związku kobieta, która nigdy nie lubiła czerwonego, nagle zaczyna nosić ubrania w tym kolorze. To manifestacja: „Jestem aktywna, dzielna, silna, ze wszystkim sobie poradzę!”. Osoby trzymające się jednej gamy kolorów zazwyczaj są konserwatywne i wyciszone. Ludzie często zmieniający kolorystykę są twórczy, ale i wewnętrznie niespokojni. Kolor mówi o naszych tęsknotach i chwilowych nastrojach, ale także o głęboko ukrytych w podświadomości potrzebach psychicznych. W książce „Zrozumieć człowieka z wyglądu” Dariusz Tarczyński, ekspert w dziedzinie mowy ciała, komunikacji i autoprezentacji, opisał skrótowo charakterystyczną dla kultury europejskiej symbolikę kilku podstawowych kolorów. Pamiętajmy, że każdy kolor ma swoją pozytywną i negatywną stronę. Wiele też mówi o człowieku, gdy sięga on po daną barwę często lub gdy całkowicie ją odrzuca.

Biel

  • Zwiększa przestrzeń.
  • Kojarzy się z uroczystymi chwilami.
  • Jest dowodem dbałości o wygląd.
  • Sygnalizuje: „Nie dotykaj mnie”.
  • Uwydatnia inne kolory.
  • Oznacza: sterylność, jasność, niewinność, uczciwość i czystość, prostotę, wyrafinowanie, efektywność, oziębłość, zahamowania, wrogość, elitarność, koncentrację na sobie, poszukiwanie energii do działania, myśli egzystencjalne i tęsknotę za miłością, smutek i izolację.

Kolor żółty

  • Stymuluje.
  • Niektóre odcienie poprawiają nastrój i zwiększają poczucie własnej wartości.
  • To kolor pewności siebie i optymizmu.
  • Nadmiar lub nieodpowiednia tonacja może wzmagać strach, budzić niepokój.
  • Może też wskazywać na kłopoty z przewodem pokarmowym na tle nerwowym.
  • Oznacza: optymizm, pewność siebie, siłę emocjonalną, życzliwość, twórczość, irracjonalność, strach, obawę emocjonalną, depresję, niepokój, skłonność do samobójstwa, potrzebę kontaktu z innymi i dążenie do rozładowania problemów psychicznych, symbolizuje lęk przed samotnością.

Kolor pomarańczowy

  • Kolor zmiany.
  • Łączy ze sobą fizyczność i emocje.
  • Kieruje nasze myśli na komfort fizyczny: pokarm, ciepło, schronienie oraz zmysłowość.
  • Barwa radości.
  • Może też skupiać się na potrzebie straty.
  • W zbyt dużej ilości oznacza frywolność i brak poważnych wartości intelektualnych.
  • Oznacza: komfort psychiczny, pokarm, ciepło, bezpieczeństwo, wrażliwość, pasję, obfitość, radość, ubóstwo, frustrację, frywolność, brak dojrzałości, dążenie do osiągnięcia celu, który odpowiada za nasze szczęście.

Kolor czerwony

  • Mówi o potrzebie aktywności emocjonalnej i fizycznej.
  • Może informować o słabym krążeniu krwi i niskim ciśnieniu.
  • Przyciąga naszą uwagę.
  • Podnosi ciśnienie krwi, jest pobudzający, żywotny i bardzo przyjazny, jednocześnie jednak może być postrzegany jako wymagający.
  • Wpływa pobudzająco na organizm.
  • Osoby wybierające ten kolor pragną zainteresowania ze strony innych, są dynamiczne, uwielbiają być adorowane i pewnie dążą do celu.
  • Jest to kolor namiętności.
  • W nadmiarze może zwiększać agresję.
  • Oznacza: odwagę, fizyczną siłę, ciepło, energię, fizyczne przetrwanie, stymulację, męskość, ekscytację, bunt, wizualną agresję, napięcie, życie, wolę, wiarę, odwagę, przedsiębiorczość i dominację, energię, pewność siebie, entuzjazm.

Kolor różowy

  • Dobry na ukojenie nerwów, raczej wycisza niż pobudza.
  • Jest psychologicznie znaczącym kolorem, reprezentującym zasady kobiecości i przetrwanie gatunku.
  • Jednak w zbyt dużych ilościach wyczerpuje fizycznie i nieco zubaża.
  • Nadmiar różu może świadczyć o tęsknocie za delikatną, nieco infantylną miłością.
  • Często, kiedy w domu panuje chłód emocjonalny, jest za mało czułości, tęsknimy za różem. Sprawia wrażenie ciepła, łagodności i jest kojarzony z bezinteresowną miłością.
  • Osoby wybierające ten kolor są bardzo uczuciowe, potrzebują wsparcia i opieki.
  • W obecności tego koloru szybciej wracają do normy podwyższone ciśnienie oraz przyspieszony puls.
  • Oznacza: spokój fizyczny, proces wychowania, ciepło, kobiecość, miłość, wrażliwość, zahamowania, klaustrofobię emocjonalną, słabość fizyczną, zniewieściałość.

Kolor fioletowy

  • Przenosi naszą świadomość na wyższe poziomy, nawet do sfer duchowych.
  • Jest introwertyczny, zachęca do głębokiej kontemplacji i medytacji.
  • Kojarzy się z majestatem i zazwyczaj oznacza najwyższą jakość.
  • Wiąże się z czasem, przestrzenią i kosmosem.
  • Symbolizuje zainteresowanie sferą duchową, religią, poszukiwanie odpowiedzi na pytania egzystencjalne.
  • Może świadczyć o dewocji.
  • Przesadne użycie fioletu może jednak wnosić zbyt wiele introspekcji.
  • Zły odcień oznacza coś taniego i tandetnego, bardziej niż w przypadku innych kolorów.
  • Oznacza: świadomość duchową, wizje, luksus, jakość, prawdę, autentyczność, introwertyzm, dekadencję, tłumienie uczuć.

Kolor niebieski

  • Kolor umysłu.
  • Jest zimny, ma działanie kojące, łagodzi stresy.
  • Mocne błękity rozjaśniają myśli, jasne uspokajają umysł i wzmagają koncentrację.
  • Jest kolorem czystej komunikacji. Pomaga w nawiązywaniu nowych kontaktów, gdyż wzbudza zaufanie.
  • Może być jednak odbierany jako zimny, bez emocji i nieprzyjazny.
  • Mówi o potrzebie dokonań, tworzenia czegoś oryginalnego i docenianego.
  • Wyraża pragnienie, by inni dostrzegli naszą mądrość i kreatywność. Osoby wybierające ten kolor charakteryzują się sprawiedliwością, otwartym umysłem, lubią uchodzić za specjalistów w swojej dziedzinie i wykazywać się kreatywnością.
  • Odmładza.
  • Oznacza: inteligencję, komunikację, pełne zaufanie, spokój, obowiązek, logikę, opanowanie, rozwagę, ciszę, oziębłość, rezerwę, brak emocji, brak życzliwości.

Ciemnoniebieski i granatowy

  • Podkreśla naszą odpowiedzialność i chęć kontrolowania świata zewnętrznego.
  • Uśmierza ból i obniża ciśnienie krwi.
  • Oznacza:  autorytet i władzę, budzi zaufanie i szacunek, rozsądek, równowagę wewnętrzną, porządek,  nadzieję, sprawiedliwość, wierność, inteligencję, dyplomację.

Kolor zielony

  • Nie wymaga żadnego przystosowywania się oczu, jest kojący. Instynktownie czujemy się ukojeni zielenią.
  • To kolor równowagi (w o wiele większym stopniu niż to sobie uświadamiamy).
  • Relaksuje, bo kojarzy się z przyrodą i wzrostem.
  • Gdy zieleń wypełnia świat, oznacza to obecność wody i brak zagrożenia głodem.
  • Przywraca równowagę energetyczną i poczucie bezpieczeństwa.
  • Osoby wybierające ten kolor mogą być postrzegane przez otoczenie jako osoby poszukujące spokoju, czujące silną więź z naturą oraz godne zaufania.
  • Działa stabilizująco, uzdrawia i wzmacnia.
  • Oznacza: harmonię, równowagę, świeżość, ciągłą odnowę, uspokojenie, świadomość naturalnego środowiska, wszechobecną miłość, wyważenie, pokój, nudę, stagnację, osłabienie, zwątpienie, kłopoty emocjonalne, potrzebę skupienia się na sobie i tęsknotę za równowagą wewnętrzną, pragmatyzm, zrozumiałość i ugodowość.

Kolor brązowy

  • Składa się z czerwieni, żółci, oraz znacznej ilości czerni. W konsekwencji tak jak i czerń ma w sobie wiele powagi, jest jednak cieplejszy i bardziej miękki.
  • Jest kolorem ziemi i natury.
  • To solidny kolor dodający otuchy. Wspiera, w sensie pozytywnym, bardziej niż czerń, która jest raczej tłumiąca.
  • Zapewnia człowiekowi poczucie bezpieczeństwa, stabilność życiową, ciepło rodzinne i wytrwałość.
  • Kolor ludzi pracowitych, mocno stąpających po ziemi, preferujących ład i porządek. Może oznaczać pracoholika, osobę gotową do dyspozycyjności w pracy.
  • Może również łączyć się ze skrytością emocjonalną i obawą przed światem zewnętrznym. Kolor kojarzony ze zubożeniem.
  • Oznacza: powagę, ciepło, naturalność, doczesność, niezawodność, wsparcie, brak poczucia humoru, ociężałość, brak wyrafinowania, zagrożone poczucie bezpieczeństwa, niepewność jutra, brak wiary w siebie i potrzebę stabilizacji, osłabienie i niskie ciśnienie.

Czerń

  • To wszystkie kolory razem - pełna absorpcja.
  • Skupia całą energię biegnącą w twoim kierunku.
  • Może stwarzać bariery ochronne i chronić osobowość, ale też może przyciągać zło.
  • W sensie pozytywnym wyraża pełną jasność, wyrafinowanie i bezkompromisowe zalety.
  • Kreuje percepcję rozwagi i powagi.
  • Jest nieobecnością światła, dlatego może też przerażać.
  • Oznacza koncentrację na sobie, poszukiwanie energii do działania, a także myśli egzystencjalne i tęsknotę za miłością.
  • Jest to też kolor smutku.
  • Symbol tajemniczości, niedostępności, wiedzy i śmierci.
  • Kolor ten wybierają osoby zdyscyplinowane, mądre i pewne siebie albo wręcz odwrotnie - ludzie niepewni swojej wartości, samotnicy i szukający własnego sposobu na życie.
  • Oznacza: prestiż, elegancję, powagę,wyrafinowanie, czar, zaufanie, bezpieczeństwo emocjonalne, skuteczność, solidność, ucisk, oziębłość, ociężałość.

Kolor szary

  • Niezwykle tłumiący.
  • Jest wirtualną nieobecnością koloru i dlatego wywołuje depresję. Gdy świat staje się szary, instynktownie przygotowujemy do zimowego snu.
  • W nieodpowiedniej tonacji działa gasząco również na inne kolory.
  • Intensywne stosowanie szarego wskazuje zazwyczaj na brak pewności siebie i obawę przed obnażeniem.
  • Grafit w biznesie oznacza władzę i profesjonalizm.
  • Może podkreślać wiek i zmęczenie.
  • Oznacza: neutralność, profesjonalizm, autorytet i władzę, brak pewności siebie, przygnębienie, depresję, hibernację, brak energii.
Dariusz Tarczyński: założyciel i dyrektor Instytutu Nieinwazyjnej Analizy Osobowości. Autor książek: „Jak odczytać człowieka z wyglądu”, „Zrozumieć człowieka z wyglądu”, „Psychografologia”, „Słowa klucze”.

  1. Psychologia

Jaka osobowość najbardziej odzwierciedla epokę, w której dziś żyjemy?

Wraz z upowszechnieniem Internetu wyłoniła się nowa formacja osobowościowa – osobowość transmisyjna poruszająca się w świecie „fastnetu”, gdzie ważniejsza jest szybkość reakcji niż wyciąganie wniosków. SMSy, emotki, posty, tweety służą kontaktowi, ale pozwalają też unikać bliskości. (Fot. iStock)
Wraz z upowszechnieniem Internetu wyłoniła się nowa formacja osobowościowa – osobowość transmisyjna poruszająca się w świecie „fastnetu”, gdzie ważniejsza jest szybkość reakcji niż wyciąganie wniosków. SMSy, emotki, posty, tweety służą kontaktowi, ale pozwalają też unikać bliskości. (Fot. iStock)
W latach 70. XX wieku wiele osób rozpoznawało swoje lęki, pragnienia i mechanizmy obronne w osobowości neurotycznej opisanej ponad 30 lat wcześniej przez niemiecką psychoanalityczkę Karen Horney. Jaka osobowość najbardziej odzwierciedla epokę, w której żyjemy dzisiaj – zastanawia się psycholożka Hanna Samson.

Kilka dni temu prowadziłam zajęcia z grupą młodych ludzi i na początku jak zwykle zapytałam, z czym zaczynają, co czują, co przeżywają tu i teraz. Większość odpowiedziała, że czuje się dobrze, dwie osoby czuły się źle, bo miały jeszcze jakieś rzeczy do zrobienia i nie wiedziały, czy zdążą po zajęciach.

A więc to tak? Czują się dobrze albo źle, i tyle? Przypomniałam sobie takie rundki z czasów mojej młodości, gdy na pytanie, co czujemy, badaliśmy wnikliwie swoje uczucia, próbując nazwać każde drgnienie duszy, zanurzaliśmy się w siebie, aby wydobyć to, co rozgrywa się w naszym wnętrzu. Działo się to oczywiście w grupach, które szkoliły się do pracy z ludźmi, ale ci młodzi, z którymi miałam kontakt niedawno, również są taką grupą. I gdy w tej grupie doszło do konfliktu między dwiema osobami, który udało nam się zresztą dość zgrabnie rozwiązać, nagle okazało się, że nie wszystkim się podobało, że w ich obecności ktoś przeżywa silne emocje. To chyba jakieś nadużycie, przekroczenie granic i manipulacja, bo prowadząca nie powinna była dopuścić do konfliktu między uczestnikami! A skoro już dopuściła, to powinna go rozwiązać gdzieś na boku, a nie na forum, żeby inni nie musieli tego przeżywać!

„No nie, co wy?!” – chciałam zakrzyknąć, ale to też mogłoby zostać uznane za nadużycie i manipulację, więc pozwoliłam sytuacji toczyć się dalej, aż kilka osób dostrzegło jej absurd i mogliśmy ją już spokojnie omówić. I można by pomyśleć, że była to jakaś szczególna sytuacja i szczególna grupa, bo generalnie ludzie są tacy sami jak kiedyś. Ale nie. Już od jakiegoś czasu w różnych grupach obserwuję tendencję do określania swoich uczuć słowami „dobrze” i „źle”. Zastąpienie tych słów nazwami uczuć często stanowi kłopot, choć wydawałoby się, że z uczuciami mamy bezpośredni kontakt. Czasem ludzie opowiadają o ważnych wydarzeniach ze swojego życia, ale nie potrafią powiedzieć, co wtedy czuli. Zdarzają się też sytuacje, że ktoś rezygnuje z uczestnictwa w grupie terapeutycznej z obawy przed tym, że przeżycia innych uczestników mogłyby go przytłoczyć. Jeszcze kilkanaście lat temu taka postawa należała do rzadkości, dziś spotykam się z nią znacznie częściej. Czyżbyśmy się naprawdę zmienili?

Bez kontaktu

Niedawno w Polsce ukazała się książka Christophera Bollasa „Znaczenie i melancholia. Życie w epoce oszołomienia”. Autor jest psychoanalitykiem i z tej perspektywy przygląda się naszej cywilizacji. Próbuje opisać to, co przez wieki działo się z ludźmi, i analizuje to, co dzieje się z nami teraz. Podobnie jak Karen Horney, która swojego czasu opisała osobowość neurotyczną – wyznacza tropy, w których możemy rozpoznać samych siebie i osoby wokół nas. Ta książka pomaga też zrozumieć, co wydarzyło się w tej grupie młodych ludzi, którzy wydali mi się tak różni od swoich rówieśników sprzed kilkudziesięciu lat.

Christopher Bollas zauważa, że od przełomu XX i XXI wieku w Europie i Ameryce następuje odejście od życia introspekcyjnego. Świadczy o tym chociażby fakt, że znacząca liczba ludzi przyjmuje leki antydepresyjne, które ułatwiają ignorowanie uczuć i związanych z nimi myśli. Dążenie do mniej niepokojącej codzienności doprowadziło do powstania nowej formacji osobowościowej – osobowości normopatycznej.

Osoba normopatyczna chroni się przed życiem psychicznym poprzez zanurzenie w świecie materialnym i dążenie do egzystencji rekreacyjnej. „Od supermarketu do sklepu z żywnością dla zwierząt, od sklepu z ubraniami sportowymi do marketu budowlanego, z lunchu z przyjaciółmi, na którym omawia się szczegółowo podejmowane przez każdego działania, do domu, gdzie ospale sprząta się kuchnię, z meczu tenisowego do jacuzzi – taka osoba może przeżyć życie bez mrugnięcia okiem” – pisze Bollas, który dostrzega zagubienie i osamotnienie tych osób, nawet jeśli żyją w kochającym ich otoczeniu.

Normopata nie przeżywa gwałtownych uczuć jak borderline, nie zalewa go gniew czy uraza, wydaje się zadowolony z życia, ma jednak duży kłopot ze zrozumieniem spraw, które wymagają wglądu w siebie lub w innych. Ktoś z takim typem osobowości wydaje się nieświadomie dążyć do tego, by „stać się przedmiotem w świecie przedmiotów” – stwierdza Bollas. Jego zdaniem pewna część normatycznego społeczeństwa schroniła się na grodzonych osiedlach – dosłownie lub w przenośni – „żyjąc tam bez kontaktu ze zwykłymi ludźmi zamieszkującymi zwykły świat”. Choć nie wszyscy mogą sobie pozwolić na życie w takich enklawach, etos życia na terenach zamkniętych zaczął przenikać do innych warstw społecznych. Nie trzeba już wychodzić do sklepu, można zamawiać przez Internet, w restauracjach nadal można być w swojej bańce, po ulicach własnego miasta można spacerować jak turysta, patrząc z zainteresowaniem lub troską na różne aspekty życia lokalnej społeczności. Takie odcięcie się od świata nie uchodzi jednak bezkarnie. Z czasem ludzie zaczynają odczuwać dolegliwości, bo „mają wszystko, ale nic im to nie daje” – stwierdza Bollas. Brakuje im stymulacji i nowych doświadczeń, ich osobowość staje się niedożywiona, co wywołuje depresję. Znajomi z grodzonego osiedla mogą zapewniać sobie nawzajem podziw i uznanie, ale przy braku nowych przeżyć pojawia się znużenie i ludzie czują się wyalienowani. Jedni próbują się ratować alkoholem, inni sięgają po leki antydepresyjne, jeszcze inni uciekają się do psychoterapii, lecz jest to próba wejścia na teren nieznany.

W świecie fastnetu

Niedawno zgłosiła się do mnie po pomoc kobieta, która generalnie jest zadowolona z życia i z siebie, ale czasem zmienia się w – jak sama to nazywa: „miękką kluchę”, czego nie znosi.

– Kim jest ta klucha? – zapytałam. – No to taka osoba, która nie wie, co powiedzieć, nie umie ripostować, jest rozlazła, niepewna siebie, czasem nawet się maże, ma jakieś wątpliwości, użala się nad sobą albo czegoś się boi lub tęskni nie wiadomo za czym… Nienawidzę tej kluchy, ona nie jest mną, przeszkadza mi skutecznie działać, chciałabym ją wyeliminować... Czy może mi pani w tym pomóc? – Czy dobrze rozumiem, że chciałaby pani być tak sprawna jak maszyna? – Tak byłoby najlepiej! – Wyeliminować tę część siebie, która czasem coś czuje i w ten sposób pani przeszkadza? – upewniam się, czy dobrze rozumiem. – Przecież chyba wszyscy tego chcą, prawda?

Na szczęście jeszcze nie wszyscy, choć zdaniem autora „Znaczenia i melancholii” jesteśmy na dobrej drodze.

Osobowość normopatyczna wyłoniła się jeszcze przed erą Internetu, który sprawił, że ludzie kontaktują się ze światem za pośrednictwem czegoś. Wraz z upowszechnieniem sieci wyłoniła się nowa formacja osobowościowa – osobowość transmisyjna. Stajemy się coraz bardziej zaprogramowani na poruszanie się w świecie „fastnetu”, w którym ważniejsza jest szybkość reakcji niż refleksja czy wyciąganie wniosków. Coraz bardziej wycofujemy się ze swojego świata wewnętrznego, bierzemy udział w spektaklu, w którym nasze selfie jest ważniejsze niż nasze „ja”. Esemesy, emotikony, posty, tweety służą kontaktowi z innymi, a jednocześnie pozwalają unikać bliskości i odsłaniania siebie. Coraz bardziej rezygnujemy z podmiotowości. Świat się zmienia, a my razem z nim.

Ukryci w bańkach

Kierunki zmian osobowości analizowane przez Bollasa mogą nas nie dotyczyć, a przynajmniej możemy ich w sobie nie rozpoznawać. Nie zmienia to faktu, że psychoanalityczna perspektywa pozwala zrozumieć zjawiska polityczne, które nas dotyczą, a które często wydają się niezrozumiałe. Gwałtowny rozkwit fundamentalizmów, nacjonalizmów, ksenofobii można rozumieć jako ucieczkę od złożoności świata.

Życie w „epoce oszołomienia” prowadzi do poczucia alienacji, a jego tempo sprawia, że można mieć dość. Ciągłe dążenie do przyspieszania wszelkich procesów nie uwzględnia wymiaru ludzkiego. Aby znaleźć spokój, ludzie szukają wroga, który nie pozwala im żyć, tak jak chcą. Politycy wskazujący Innego, na którego można skierować złość, mogą liczyć na aplauz tłumów. Inny też reaguje wrogością i pogardą. Zamykamy się w swoich bańkach, nie chcąc nawzajem zobaczyć. Psychoanalityk przypomina, że „wszyscy mamy w swych umysłach te same wymiary pozytywne i negatywne, że aspekty nawet najbardziej odrażających osób lub grup możemy w jakiejś formie odnaleźć w sobie”. Jeśliby uznać, że podział między złem i dobrem nie przebiega między poszczególnymi ludźmi, lecz wewnątrz każdego z nas, nie trzeba by oddzielać się murem pogardy i niechęci od innych. Ale żeby to uznać, trzeba by wejść w głąb siebie, a nie uciekać od własnej podmiotowości.

Hanna Samson, psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak „Dom wzajemnych rozkoszy” i „Sensownik”.

  1. Psychologia

Kobiety często utożsamiają swoje ciało z wyglądem

Wiele kobiet patrząc na ciało tylko zewnętrznie, nie wsłuchuje się w jego potrzeby. (fot. iStock)
Wiele kobiet patrząc na ciało tylko zewnętrznie, nie wsłuchuje się w jego potrzeby. (fot. iStock)
Wiadomo, że nasza kultura uprzedmiotawia kobiety. Ale żebyśmy same to sobie robiły? A robimy! Przynajmniej część z nas na hasło: „ciało” odpowiada: „wygląd”. Obraz w lustrze przesłania nam to, co dzięki ciału przeżywamy.

Nie wiedziałam, że bywa z nami tak źle, aż do niedawnych warsztatów, na których przyglądałyśmy się temu, jak to jest być kobietą i czy można nią być inaczej. W zamierzeniach miałyśmy wyjść poza stereotypy i dać sobie prawo do własnego sposobu istnienia. I dać takie prawo innym kobietom. Wszystko szło dobrze, aż w pewnym momencie zaproponowałam rozmowę o ciele. Grupa już nieźle się znała, więc taki osobisty temat nie wydał mi się za trudny. Uczestniczki dobrały się w pary i każda z nich przez kilka minut mówiła o swoim ciele. Mogła mówić wszystko, co przyjdzie jej do głowy. I wszystkim przyszło do głowy to samo! Wygląd i jego odstępstwa od ideału.

Kobiety opowiadały sobie o tym, co im się nie podoba w ich ciele, co ukrywają, a z czego są zadowolone i jak to zmieniało się w czasie. A potem usiadłyśmy w kręgu i dzieliłyśmy się tym, co wydarzyło się w parach. Jedne narzekały na zbyt mały biust, inne z kolei na zbyt duży, szczególnie w wieku dojrzewania było to dotkliwe. Jedne jako nastolatki były zbyt chude, inne zbyt grube, jedne mają za proste włosy, innym bez sensu się kręcą, bo rzadko jest tak, żeby było dobrze. We wszystkich parach okazało się, że z wiekiem nasze niedoskonałości są mniej dolegliwe, jakoś udaje nam się z nimi pogodzić, co było optymistycznym akcentem w tej lawinie zarzutów i zażaleń pod adresem ciała. No i tyle.

Niemożliwe, myślałam, słuchając tych relacji ze spotkań w parach. Przecież któraś musiała powiedzieć o tym, jak ciało jej służy, że lubi swoją sprawność, że lubi dotyk, że lubi zmęczenie po wysiłku, no takie normalne sprawy i drobne przyjemności płynące z ciała. Czekałam, że któraś powie o tym, że ma do ciała zaufanie albo że sprawia jej ono problemy i to ją martwi albo złości. A tu nic. Jakby ciało było ciałem obcym, na które patrzymy z zewnątrz. Przedmiotem, który spełnia jakieś wymogi estetyczne albo nie, a nie nami.

To jak to jest? To po cholerę nam to ciało? Żeby wyglądać? Nic dziwnego, że mamy kompleksy i trudno nam lubić siebie, bo przecież ciała nie są doskonałe. Może nawet nie po to są, żeby były? W intymnych rozmowach w parach kobiety przyjęły perspektywę obserwatorek – nie wzięły pod uwagę własnych doznań, jakby one były nieistotne. Ważne jest dla nas to, co widać – ciało jako przedmiot prezentacji. Ani słowa o naszej sile, sprawności, zdrowiu, wytrzymałości, zdolności działania. Ani słowa o radości z ruchu, jedzenia, seksu. Czyżbyśmy tego nie doświadczały?

– I to już? – zapytałam bezradnie, gdy ostatnia osoba skończyła mówić.

– Niczego wam tu nie brakuje?

Dziewczyny patrzyły zdziwione.

I co im miałam powiedzieć?

– A gdybyście były mężczyznami? Wyobraźcie sobie, co wtedy byście mówiły o swoim ciele.

Tą sytuacją kobiety nieźle się bawią. Rozsiadły się swobodnie, poklepują po brzuchach i udach, są rozluźnione i zadowolone.

– Lubię swój duży brzuch – mówi jedna.

– Każdy ptaszek ma swój daszek – dopowiada druga i grupa wybucha śmiechem.

Jeden za drugim padają żarty, z których wynika, że mężczyźni akceptują swoje ciała i są z nich zadowoleni.

– I to już? – znów zapytałam bezradnie, gdy żarty ucichły.

Zapadła cisza.

– No pewnie oni też mają kompleksy, na przykład jak są za niscy – zastanawia się jedna.

– Albo jak mają odstające uszy – dopowiada druga.

Patrzą na mnie wyczekująco, czy uznam to za prawidłową odpowiedź. I po co ja im zaproponowałam tę rozmowę o ciele? To miał być tylko krótki przerywnik pozwalający zbliżyć się do siebie samych i siebie nawzajem, a teraz muszę w to brnąć dalej i nie wiadomo, czy coś z tego wyniknie, bo te kobiety zdają się być bezcielesne!

– A jeśli ci mężczyźni uprawiają jakiś sport, to powiedzieliby o tym w takich rozmowach?

– No! Chwaliliby się swoimi osiągnięciami!

– A myślicie, że oni lubią grać w piłkę czy w tenisa? Że lubią swoją siłę i sprawność? Że lubią się zmęczyć? Że lubią prysznic po treningu i napić się wody i...

– Chyba tak – przerywa mi któraś.

– A wy nie?

– Ja lubię się ruszać – mówi jedna. – I lubię się zmęczyć.

– Ja lubię tańczyć – dołącza druga.

Uff! A jednak mają ciało, dzięki któremu czują, a nie tylko wyglądają! Szybko okazuje się, że lubią się przeciągać i pić kawę, że lubią ćwiczyć, że lubią swoją sprawność, lubią dotyk, cierpią, gdy są chore, okazuje się, że lubią jeździć na rowerze, umieją stać na głowie lub zrobić szpagat i są z tego dumne. W końcu otworzyły wielki worek z doznaniami, których doświadczamy dzięki ciału.

– A seks? Też bywa źródłem przyjemności? – drążę dalej, bo ciągle mi mało.

Konsternacja.

– Ja już nie pamiętam, jak to jest – mówi w końcu jedna, inne też ledwie pamiętają, tylko niektóre przytakują, że seks może być źródłem rozkoszy.

Ach! Wpuścić tu Joannę Keszkę z jej zestawem wibratorów i innych gadżetów dla kobiet! Znacie jej książkę „Grzeczna to już byłam. Kobiecy przewodnik po seksie”? Warto przeczytać. Od dawna podziwiam odwagę autorki. Mówi otwarcie o kobiecej seksualności. O tym, że mamy prawo do orgazmu! Niby wszystkie o tym wiemy, ale jak cieszyć się seksem, gdy najważniejszy jest wygląd i to, co pomyślą o nas inni? Chętnie bym zawołała za Joanną Keszką: „Drogie siostry, pora uwolnić swój orgazmiczny potencjał!”. Albo przytoczyła jej złotą myśl, jedną z wielu równie zabawnych: „Mam wibrator i nie zawaham się go użyć!”. Ale trochę się wstydzę, bo przecież jestem kobietą. I nie wiem, co pomyślałyby o mnie uczestniczki? O matko! Ta grupa wpędza mnie w stereotypy, z których miałyśmy się przecież wyzwalać!

Włączam muzykę i proponuję taniec Afrodyty. Na początku jest nieco sztywno, ale potem…

Dziewczyny czują radość z kontaktu z ciałem. Mówią o tym, za co są mu wdzięczne. Doceniają, jak świetnie im służy. I może to jest w ciele najważniejsze?

– A wygląd? – pytam jeszcze dla porządku.

– Chrzanić wygląd! – wykrzykuje jedna, a inne podchwytują bojowy okrzyk.

Artykuł archiwalny

  1. Psychologia

Jak kierować swoją energią, żeby uwolnić się od stresu i wewnętrznych konfliktów?

Najbardziej podstawowymi zasobami, do których możemy się odwołać, poszukując w sobie energii, są samoświadomość i harmonia, spójność wewnętrzna. (Fot. Getty Images)
Najbardziej podstawowymi zasobami, do których możemy się odwołać, poszukując w sobie energii, są samoświadomość i harmonia, spójność wewnętrzna. (Fot. Getty Images)
Cel – nie dać się stresom. Strategia – chronić własną energię. Przede wszystkim przed... nami samymi. Bo nic nas tak nie osłabia jak wewnętrzny chaos i konflikty. Spójność, harmonia i świadomość siebie to nasze najważniejsze zasoby – tłumaczy coach Lidia Czarkowska.

Jakie wewnętrzne zasoby mogą nam pomóc radzić sobie ze stresem?
Rozumiem, że rozmawiamy o stresie jako o czymś, co nas podkopuje, drenuje z energii? Bo może być też stres stymulujący, konstruktywny.

Chodzi mi o wewnętrzne zasoby, które nas wzmacniają, sprawiają, że tak zwana rzeczywistość nas nie przerasta.
To ważne pytanie, choć nieczęsto je sobie zadajemy. Co nam daje energię, a co nas jej pozbawia? W tym sensie najbardziej podstawowymi zasobami, do których możemy się odwołać, są samoświadomość i harmonia, spójność wewnętrzna. Bo nic tak nas nie osłabia jak chaos i wewnętrzne konflikty. Ważne jest też nasze osobiste nastawienie do tego, co nas spotyka. Często przytaczam takie dwa zdania: doświadczenie to suma popełnionych błędów. Oraz: doświadczenie to nie jest to, co nas spotyka w życiu, tylko to, jak reagujemy na te wydarzenia i co zrobimy z tym, co nas spotyka. Takie podejście to wielki potencjał obronny przed stresem i załamaniem. Można powiedzieć, że same wydarzenia zewnętrzne to są tak zwane fakty. Na doświadczenie składają się jednak również nasze reakcje i wnioski, jakie z nich wyciągamy. Dlatego jeden człowiek, gdy straci pracę, może wpaść w depresję, a inny uzna, że to świetna okazja, by coś w życiu zmienić i zacząć żyć w zgodzie ze sobą.

Choć mam świadomość, że taka zmiana sposobu myślenia jest możliwa, wiem, że nie jest to szybka droga.
A kto powiedział, że ma być?

Nie chciałaby pani, żeby były takie sposoby radzenia sobie ze sobą jak nowoczesne pigułki przeciwbólowe? Szybko, skutecznie i już z uśmiechem kręcimy się na karuzeli
Nie ma szybkich rozwiązań dających trwałe efekty, choć są rozwiązania proste. Na przykład jedna z zasad Huny mówi, że wszystko, czemu dajemy energię – rośnie. Tak jakbyśmy pielęgnowali ogród. Te rośliny, których doglądamy, mają się dobrze. Te, które zostawiamy samym sobie, obumierają. Takim doglądaniem jest nasza uwaga, bo za nią podąża energia. Jeśli chcemy wyhodować szczęście, powinniśmy się koncentrować na tym, co w naszym życiu dobre, a nie na tym, co nam się nie udało. A to oznacza m.in. nie rozpamiętywać złych chwil, nie snuć czarnych scenariuszy, nie nurzać się zbyt długo w trudnych emocjach. To jeden ze skuteczniejszych sposobów zmiany myślenia.

Który wymaga dyscypliny i dużej samoświadomości
. Dlatego od tego zaczęłam. Samoświadomość pozwala panować nad życiem. Bez niej jesteśmy bezbronni, zależni od okoliczności. To podstawowy zasób, który należy pielęgnować. Sposobów jest mnóstwo. Na przykład coaching dysponuje konkretnymi narzędziami ułatwiającymi samopoznanie. Dzięki nim jesteśmy w stanie ustalić, na czym polega nasz obecny wewnętrzny chaos, na jakim poziomie są konflikty, niespójności. Jeśli to wiemy, możemy z tym pracować. Jeden z modeli pokazuje na przykład, że nasze działanie jest zawsze wypadkową trzech czynników: tego, co myślimy na dany temat, jakie mamy w związku z tym emocje i czego chcemy. Komponent wolicjonalny, czyli wola, umiejscowiony jest w brzuchu, komponent emocjonalny, czyli uczucia – w sercu, a komponent poznawczy, czyli nasze przekonania i myśli – w głowie. Gdy głowa, serce i brzuch mówią jednym głosem, kiedy wszystkie te trzy sfery są spójne, działamy zgodnie ze sobą, nie wytracamy energii. Do tego należy dążyć. Problem w tym, że rzadko kiedy tak się dzieje.

Większość ścieżek rozwojowych mówi to samo: należy dążyć do tego, by nasze ciało, serce i umysł były zjednoczone. Bo kiedy tak się dzieje, możemy spełniać swoje marzenia, działamy zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że coaching też to zaleca.
To, o czym mówię, to klasyczny psychologiczny model postawy. Pięknie opisuje nasz wewnętrzny świat i walki, jakie w nim toczymy. Bo co się dzieje na przykład, kiedy w jakiejś sprawie nasz umysł i serce nie są w zgodzie? Częsta sytuacja: wiem, na poziomie głowy, że palenie mi szkodzi, ale tak bardzo to lubię, że nie umiem sobie odmówić. Albo nie mam ochoty przestać. W efekcie – palę, ale próbuję ciągle rzucić palenie albo mam poczucie winy, miotam się. W każdym przypadku kosztuje mnie to sporo energii.

Może być też tak, że chcę czegoś i nie chcę jednocześnie. Na przykład zjeść czekoladkę i nie zjeść czekoladki. Pójść gdzieś i nie iść.
Niespójność może występować na wszystkich poziomach, nie tylko pomiędzy poszczególnymi elementami, ale też w obrębie każdego z nich. To, co pani mówi, oznacza, że musimy popytać siebie bardziej szczegółowo o motywację, zajrzeć głębiej. Jedną z przyczyn wewnętrznych konfliktów jest niespójność celów. Mamy ich zwykle wiele w życiu, w dodatku nie zawsze są one uświadomione. Niektóre stawiamy sobie sami, inne przejmujemy, na przykład od rodziców, albo narzuca nam je kultura. W dodatku to się zmienia w czasie. Często panuje tu niezłe zamieszanie. Warto co pewien czas robić z tym porządek. Wypisać sobie te cele, uporządkować, zhierarchizować. Niektóre okazują się nieaktualne, a inne wzajemnie się blokują. Typowym objawem takiej sytuacji jest to, że czegoś chcemy i jakoś nam się to nie udaje. Na przykład planujemy, że od przyszłego roku zaczniemy płatne studia, ale jakoś nie możemy odłożyć na nie pieniędzy. Mamy cel, ale działania wcale nas do niego nie przybliżają, wręcz przeciwnie. To znaczy, że nasz faktyczny, głęboki cel jest inny niż ten zadeklarowany, podejmujemy decyzję na głębszym poziomie, choć czasem nawet tego sobie nie uświadamiamy.

Dla mnie ważnym momentem było uświadomienie sobie, że czasem podejmuję decyzję, choć wydaje mi się, że tego nie robię, tylko „tak wyszło” albo „tak trzeba”.
Coaching zgadza się tu z Biblią: po owocach nas poznacie. Wynik pokazuje, jaka ostateczna decyzja zapadła, nawet jeśli jej sobie nie uświadamiamy. Jeśli nie pojechałam na wakacje, „bo jakoś tak wyszło”, to po prostu znaczy, że gdzieś w sobie podjęłam taką decyzję, że nie jadę. Rozumiem jednak, skąd się bierze przekonanie, że to nie była decyzja. Kiedy mówimy: „podjęłam decyzję”, to znaczy potocznie, że pojawiła się w mojej głowie jakaś myśl na ten temat. Ale to iluzja. Ostateczna decyzja zapada wtedy, gdy za czymś podąży nasza energia. A emocje mają najwyższą energię, więc to one decydują. I tu wracamy do naszego trójkąta: brzuch – serce – rozum. Jeśli nie ma spójności, decyzja mentalna może mieć się nijak do ostatecznego wyniku. Albo może się dziać coś, choć pozornie nie podjęliśmy żadnej decyzji, bo nie zaistniała na poziomie myśli.

Co jeszcze może powodować brak wewnętrznej harmonii?
Często zdarzają się nam konflikty na poziomie przekonań i ról. By to zrozumieć, proponuję ćwiczenie, które jest wersją używanego w coachingu koła jakości życia. Rysuję sobie kwiatek ze środkiem i płatkami. Płatków jest tyle, ile ról, jakie odgrywam w życiu. Np. jestem mamą, żoną, wykładowcą, autorem publikacji, trenerem, coachem, córką, przyjaciółką itd. A środek to jest moje ja, czyli to, kim jestem jako człowiek. Kiedy już to wszystko mam, mogę się przyjrzeć, ile czasu i energii wydatkuję na bycie w poszczególnych rolach. I czy mi to odpowiada. Może któraś rola za bardzo dominuje i to mi nie pasuje. Sprawdzam, czy są w tym rysunku jakieś słabe miejsca, role, które chciałabym wzmocnić. Oczywiście, może być tak, że z którejś z nich świadomie rezygnuję w danym momencie. Ale bywa, że nie panuję nad tym, i taki deficyt mnie na dłuższą metę osłabia, bo czuję się niespełniona. W ostatecznym rozrachunku energetycznym ważne jest określenie, ile czasu, energii i uwagi zabiera każda z ról, a ile daje.

Jak to ocenić?
Generalnie jest tak, że rola nas karmi, gdy jest spójna z nami. Na przykład jeśli bawię się beztrosko z moimi dziećmi, czerpię z tego siły. Jeśli spędzam z dziećmi czas, ale w głębi duszy tego nie lubię, tylko to robię, bo czuję, że powinnam, zabiera mi to energię. To subiektywna sprawa. Trzeba to sobie uświadomić, bo zawsze są jakieś możliwości, by dopasować tę rolę do siebie. Wówczas nie tracimy energii. Jeśli jest odwrotnie, drenujemy się z energii i osłabiamy. Tracimy radość życia. Walka z samym sobą nas zjada.

Tylko że do tego trzeba wiedzieć, kim się jest.
Po to jest w tym ćwiczeniu środek kwiatka. Kim jestem? Gdybym spytała o to panią, co by pani odpowiedziała?

Hm... sobą.
Super. A co to dla pani znaczy?

Że się nie boję. No i jest w tym jakaś radość, wolność.
Co panią wyróżnia spośród innych ludzi, którzy też są sobą?

Trudno mi to nazwać, byłoby mi to łatwiej pokazać.
Świetnie. Powiem pani, co zobaczyłam w tym ruchu. Kreatywność i lekkość. Coś jeszcze?

Chyba wystarczy. Rozumiem, że w ten sposób można to odkryć?
Tak. Choć dla wielu ludzi takie ćwiczenie jest trudne, bo mają kiepski dostęp do siebie. Np. definiują siebie tylko poprzez role. Skończyłam takie a takie studia, nie pracuję, mam tyle a tyle lat, jestem kobietą. Trzeba długo pracować, by pomóc im oddzielić siebie od ról. Czasem ludziom pomagają etykietki, symbole, określenia o charakterze porównawczym, np. jestem wcieloną dobrocią. Poszukują nazwy na swoją tożsamość.

Mnie przychodzi na myśl motyl.
Świetnie. A więc pani jest motylem, który pełni funkcje dziennikarki, matki, żony itp. Jak to się ma do siebie? Każda rola ma swoje ramy, które określają, co się w niej mieści, a co nie. Rola społeczna to jest pakiet oczekiwań przypisanych do konkretnej pozycji w strukturze społecznej. Poza tym są jeszcze oczekiwania konkretnych osób. Na przykład jestem żoną i to ma konkretne społeczne i kulturowe ramy, ale oprócz tego są jeszcze oczekiwania mojego męża, moje własne, moich teściów itp. Dlatego na styku ja – rola dochodzić może do wewnętrznych konfliktów, które, jak już mówiłyśmy, są energetycznie kosztowne. Możliwy jest konflikt pomiędzy osobą a rolą, pomiędzy rolami, konflikt w roli – istnieje nieskończenie wiele odmian tej sytuacji. Choćby na poziomie wartości: ktoś jest katolikiem i ginekologiem, który dokonuje aborcji. Albo w ramach samej roli, np. menedżer średniego szczebla, od którego zwierzchnicy oczekują, że będzie uległy wobec nich, ale nieugięty wobec podwładnych.

Przeżywałam spory konflikt między moją osobowością a rolą matki. Dużo mnie to kosztowało, wpadłam niemal w depresję, nie mogąc sprostać wymaganiom. Wcale mnie to nie dziwi: tu motyl, a tu odpowiedzialność, przyziemność, dbanie o innych... podczas takiej analizy zadałybyśmy sobie pytanie: jak napisać dla pani rolę mamy. Jak kreatywnie stworzyć ją na nowo, by mogła pani ją odegrać z radością. Chodzi o to, by nasze role przedefiniować, a nie z nimi walczyć. Wojna zawsze nas osłabia. Jeśli to, co robię, zmusza mnie do udawania kogoś, kim nie jestem – więdnę, słabnę. Jeśli moja dusza emanuje poprzez to, co robię – rozkwitam. Do takiej spójności dążymy. To w sumie proste.

Dr Lidia D. Czarkowska, psycholog, socjolog, antropolog; konsultant, trener, coach, mentor i superwizor. Od ponad 20 lat wspiera rozwój ludzkiego potencjału. Założycielka i dyrektor w latach 2010-2018 Centrum Coachingu i Mentoringu Akademii Leona Koźmińskiego, Twórca i kierownik trzech kierunków studiów podyplomowych: Coaching profesjonalny, Coaching menedżerski oraz Mentoring, adiunkt w Katedrze Nauk Społecznych Akademii Leona Koźmińskiego. Mama czwórki dzieci. Miłośniczka gór, tanga i kotów.