1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Córka a syn - dwa różne wyzwania dla mężczyzny

Córka a syn - dwa różne wyzwania dla mężczyzny

Dzieci wnoszą w życie każdego rodzica nowe, ciekawe doświadczenia. Są one jednak inne w przypadku synów, jak i córek. Na co warto się otworzyć, aby czerpać radość z rodzicielstwa? (fot. iStock)
Dzieci wnoszą w życie każdego rodzica nowe, ciekawe doświadczenia. Są one jednak inne w przypadku synów, jak i córek. Na co warto się otworzyć, aby czerpać radość z rodzicielstwa? (fot. iStock)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Przed jakimi wyzwaniami stoi mężczyzna, gdy rodzi mu się córka, a przed jakimi, gdy rodzi się syn? „Te wyzwania są różne, a jednocześnie podobne: ojciec poznaje swoje dziecko, istotę o niepowtarzalnym potencjale. Od jakości tego spotkania będzie zależała jakość ich życia”  – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

„Oby tylko była córka!” – życzą sobie młodzi mężczyźni. Coraz więcej kobiet mówi o tym, że ich partnerzy pragną córek, a nie synów, co je zdumiewa. Być ojcem córki wydaje się łatwiejsze, bezpieczniejsze? Przed jakimi wyzwaniami stoi ojciec, gdy rodzi mu się córka, a przed jakimi, gdy rodzi się syn?
Spora część mężczyzn świadomie lub nieświadomie obawia się synów. Mają mieszane uczucia – z jednej strony syn to znany świat: „Też byłem chłopcem, więc wiem, jak to jest”. Teoretycznie więc powinno być łatwiej oswoić się z rolą ojca chłopca niż dziewczynki. Jednak dochodzą do głosu atawistyczne wzorce: oto pojawi się kolejny samiec w stadzie.

Uruchamia się nawyk walki o władzę i dominację?
Od lat pracuję z synami, którzy borykają się z takim właśnie dziedzictwem. Dominujący ojciec, który za wszelką cenę, przy każdej okazji musi postawić na swoim, wygrać, bo wie lepiej – to jest plaga życia rodzinnego. Ojcowie narzucają synom swoją wolę, chcą decydować o ich życiu, bo przecież „gówniarz dużo jeszcze musi się nauczyć”. Sytuacja dodatkowo się komplikuje, gdy synek od dziecka jest faworyzowany przez mamę. To do niego mama mówi: „kochanie”, co budzi zazdrość i złość ojca. Mężczyzna czuje się zaniedbany, zdetronizowany. Także z tego powodu może – oczywiście nieświadomie – zwalczać syna w sensie emocjonalnym. Zazdrość, pretensje i żal o czas i uwagę poświęcone dziecku mogą dotyczyć także córek, jednak w wypadku synów są dużo większe. Gdy syn rośnie, ojciec wydatkuje coraz więcej energii na wytykanie błędów, udowadnianie, że „gnojek sobie nie radzi”, że „nic z niego nie będzie”. Tym samym walczy o uwagę dla siebie, podkreśla swoją rolę autorytetu i przewodnika.

Gdy więc ma się urodzić syn, mężczyzna przeczuwa, że będzie musiał mierzyć się z napięciami w sobie?
Dotyczy to wielu mężczyzn, ponieważ ciągle jest dosyć kiepsko z męskim poczuciem wartości. Chociaż, oczywiście, wiele zmienia się na lepsze. Mężczyzna ugruntowany w swoim poczuciu wartości nie będzie zazdrosny o uczucia partnerki do syna. Wręcz przeciwnie, będzie jej wdzięczny za opiekę nad dzieckiem, będzie jej pomagał, budował partnerską więź.

Zanim to się stanie, syn wydaje się rywalem?
Obserwuję dramat takich synów i ojców. Ojcowie prezentują się synom jako idealni, nieomylni, bez skazy, po prostu krynica mądrości. Są przekonani, że jak się syna od początku ułoży, będzie posłuszny, będzie chodził jak w zegarku. Od dziecka wszelki opór jest łamany. W ten sposób tak naprawdę łamane są wola i tożsamość chłopca. Wielu mężczyzn traktuje synów jak zwierzątka, które się tresuje. Pamiętam takiego ojca, który w ten sposób utracił dwóch synów.

Utracił?
Przestali się z nim kontaktować. Jeden z synów oświadczył, że nie będzie żył tak, jak ojciec sobie życzy, stał się hardy, a jednocześnie uważał ojca za niedościgniony wzór. Czuł się zbyt mały wobec ojca, nie wypełnił życia sensownymi działaniami. Drugi syn spełniał ojcowskie ambicje, jednak nie oddawał należnego hołdu. W końcu skonfliktowany z ojcem poszedł własną drogą i słuch o nim zaginął. To pokazuje cenę, jaką płacą ojcowie za idealizowanie siebie i wywieranie presji. Takie działanie zawsze budzi opór. Ojciec, który jest przekonany, że wie, jak powinno wyglądać udane życie, jak ten świat naprawdę wygląda, ma dla syna sztywny program i nie znosi sprzeciwu. To prawdziwy dramat. Synowie się oddalają, wycofują, uciekają, zrywają kontakty. Z różnych prac psychoterapeutycznych pamiętam mężczyzn, którzy kontaktując się z emocjami z dzieciństwa, płakali, błagając przywołanych w pamięci ojców: „Nie chcę z tobą walczyć! Chcę być blisko ciebie, potrzebuję cię”.

Nie trzeba z synem walczyć?
Mam wrażenie, że często ojcowie wpadają w pułapkę, zmuszając synów, żeby z nimi walczyli, ponieważ inaczej nie potrafią być z nimi blisko. Chłopcy podejmują walkę, żeby w ogóle mieć z ojcem jakiś kontakt. Wielu mężczyzn nie ma pozytywnych wzorców bycia ojcem, bo albo ojca nie było, albo był emocjonalnie nieobecny. Jeśli dodatkowo nie mieli bliskich kontaktów z innymi mężczyznami w rodzinie, niosą trudne dziedzictwo męskości. Poczucie bezradności i niepewność próbują nadrabiać gniewem i przemocą. Próbują jakoś wypełnić w sobie ten brak. Niestety, wypełniają go najgorszym śmieciem. Te destrukcyjne tendencje można, oczywiście, odwrócić.

Silne emocje związane z obecnością syna pokazują zranienie ojca, bolesne miejsca – tę świadomość wielu ojców już ma. Jak sobie radzą?
Obiecywali sobie, że nie będą tacy jak ich ojcowie, a zauważają, że odruchowo powielają stare schematy. Jeśli potrafią to zauważyć, to już bardzo wiele, dobry grunt do zmiany. Pojawienie się syna czy synów w życiu mężczyzny to wielka sprawa – szansa, aby przekroczyć stare uwarunkowania i rozwijać zdrowe, bliskie relacje z innymi mężczyznami. A tym samym tworzyć nowe wzorce męskości i ojcostwa dla nowych pokoleń.

Mężczyźni mają ambicje, żeby synowie stanęli na wysokości zadania, żeby im się udało, żeby coś osiągnęli. To może być wsparcie dla syna.
Zbyt często stoi za tym myślenie: „Mnie się nie udało, więc przynajmniej ty bądź kimś”. Wielu ojców chciałoby, aby syn był ich przedłużeniem albo dopełnieniem. Albo spełniał to, czego ojciec nie mógł spełnić, bo nie było warunków, bo nie te czasy. Synowie często rozwijają cechy, których ojcowie nie mają. Robią rzeczy, których ojcowie się obawiają, na które nigdy sobie nie pozwolili. Ojciec jest twardym ekonomistą, a syn chce zostać muzykiem. Ojciec musi popatrzeć szerzej – na aspekty, których u siebie nie zna. Wówczas uczy się poznawać i akceptować inność syna. Syn wnosi w życie ojca brakujące wymiary egzystencji. My, mężczyźni, bardzo potrzebujemy elastyczności, otwartości na to, co odmienne. Gdyby ojciec naprawdę chciał syna wspierać, sprawdzałby, jaką on chce pójść ścieżką, rozmawiałby, pytał, słuchał, a nie tylko wymagał.

Trzeba by tu uruchomić inteligencję emocjonalną.
Świadomość uczuć, otwartość, ciekawość – to wymaga zaangażowania, praktyki. Kim jest mój syn? Co to za istota? Nikt nigdy nie był i nie będzie taki jak on. Jest jedyny w swoim rodzaju, wyjątkowy. To głębokie przeżycie, gdy uświadamiamy sobie, że oto ten nasz syn ma swoją odrębną, głęboką tożsamość. I że możemy go wspierać w spełnianiu jego niepowtarzalnego potencjału. Możemy otwarcie dzielić się sobą. Zrozumienie, kim jest ojciec, czego doświadcza, co przeżywa, także syna wspiera. Wzajemna więź wspiera obu.

Syn otwiera wiele przestrzeni w życiu ojca: jest wyzwaniem, szansą na rozwój i spełnienie. A córka?
Podobnie. Mężczyzna z bliska poznaje kobiecość w rozwoju. To może być zachwycające doświadczenie.

Ponieważ tak inne, nieznane?
Można nareszcie zrozumieć kobietę! Pod warunkiem, oczywiście, że zostawimy swoje wyobrażenia o tym, jaka córka powinna być. Niestety, wobec córek wielu mężczyzn stosuje tak samo restrykcyjny sposób wychowania jak wobec synów: mają osiągać wyniki, muszą być silne, żeby sobie radzić w świecie. Myślą, że nie wolno córek za bardzo chwalić, bo im się przewróci w głowie.

Z czym więc może być związana ulga, gdy rodzi się córka? Kobiecości będzie uczyła się od mamy. Mężczyzna przeczuwa, że będzie grał drugoplanową rolę? To go uspokaja?
Ta ulga może być bardzo łatwo zepsuta nieświadomym przekonaniem, że chłopak jakoś sobie w życiu poradzi, ale na dziewczynkę czyha tak wiele zagrożeń, że trzeba ją chronić. Jest przecież wrażliwsza, słabsza. Troska, ochrona – to wspaniałe intencje, szkoda tylko, że przeradzają się w surowość, w dyscyplinowanie. Opowiadała mi jedna z klientek, że była już na studiach, gdy ojciec nie pozwalał jej wracać do domu po godzinie 23. Szła na imprezę i gdy wszyscy dopiero się schodzili, ona musiała wychodzić. Ojciec mówił jej, że jak będzie miała męża, będzie mogła robić, co chce, a teraz on rządzi. Ta kobieta czym prędzej wyszła za mąż – okazało się potem, że bardzo nieszczęśliwie – żeby nie mieszkać z ojcem. To nie jest ochrona ani wsparcie.

Co byłoby wsparciem?
Zrozumienie, które zaczyna się od zainteresowania. Ojciec ma fantastyczną okazję, aby uczyć się otwartości na kobiecość, wrażliwości na potrzeby kobiet, na ich sposób przeżywania świata, na uczucia. Obserwowanie kobiecości w rozwoju daje ojcu szansę docenienia tych jakości, których dotąd nie znał i nie rozumiał. Jeden z ojców opowiadał mi, że robił coś w ogrodzie ze swoją dorastającą córką, rozmawiali, śmiali się, po czym nagle córka zaczęła płakać, ponieważ coś jej się przypomniało. To był dla ojca szok – taki wachlarz uczuć! Zastanowiło go to, wzruszyło. Innym razem czekał przez godzinę pod drzwiami łazienki, bo córka się malowała. Po godzinie wybiegła z łazienki z płaczem, bo i tak się sobie nie podobała! Innym razem przeżywała, że chłopak ją rzucił. Ten ojciec wyjaśnił córce, że to nie ma nic wspólnego z nią, że to nie znaczy, że ona jest mało wartościowa. Być może chłopak przestraszył się jej dojrzałości albo nie jest jeszcze gotowy na bliską relację. Troska, ochrona, wsparcie zaczynają się od obecności, zaufania, szczerości, słuchania.

Córka otwiera ojca na jego kobiecą część psychiki?
Oczywiście. Uczy ojca wrażliwości, łagodności, ciepła. Dzięki temu mężczyzna może lepiej rozumieć swoją partnerkę i inne kobiety. Może coraz bardziej otwierać się na tajemnicę kobiecości. Rozmawiałem z ojcem 30-letniej córki, która właśnie została mamą. Mówił: „Kobiecość jest taka… przemieniająca. Jak rozwijający się kwiat. Dojrzewa, owocuje. Patrzę na córkę i jestem zafascynowany, ileż ona instynktownie rozumie, intuicyjnie przeczuwa, widzi jakimś szóstym zmysłem. Kobiecość to wielka tajemnica”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Naturalne nie znaczy łatwe

Bardzo dużo szkody wyrządza kobietom każda presja, zarówno ta, żeby karmić jak i nie karmić. Matki stresują się, napinają, co źle wpływa na laktację. (Fot. iStock)
Bardzo dużo szkody wyrządza kobietom każda presja, zarówno ta, żeby karmić jak i nie karmić. Matki stresują się, napinają, co źle wpływa na laktację. (Fot. iStock)
Dzisiaj nikt nie kwestionuje naukowych argumentów przekonujących, że najlepszym pokarmem dla dziecka jest mleko matki. Nadal jednak pokutuje na ten temat wiele mitów i przekłamań.

W różnego rodzaju badaniach, między innymi przeprowadzonym przez Kantar w 2015 roku wynika, że ponad 90 procent kobiet w ciąży deklaruje chęć karmienia piersią. Przyszłe mamy na ogół doskonale znają zalecenia Światowej Organizacji zdrowia (WHO) i Amerykańskiej Akademii Pediatrii, które mówią: karmimy wyłącznie piersią przez pierwsze 6 miesięcy życia dziecka, potem kontynuujemy ten sposób odżywiania tak długo, jak możemy i chcemy. Od 6. miesiąca życia wprowadzamy też inne pokarmy, ale mleko matki (bądź modyfikowane) jest podstawą żywienia do 12. miesiąca życia. Po tym okresie  karmienie mlekiem matki jest zalecane ze względów innych niż tylko żywieniowe - zawiera wiele elementów potrzebnych dla zdrowia i rozwoju dziecka, wspiera jego odporność, rozwój mózgu, zapewnia bliskość, poczucie bezpieczeństwa i komfort, zmniejsza ryzyko SIDS, otyłości i wystąpienia cukrzycy typu 2. Przy czym, jak zauważa Aneta Korcz, doradczyni karmienia noworodków, pielęgniarka w Royal Berkshire Hospital w Reading, karmienie ma także korzyści zdrowotne dla mam: wspomaga zwijanie macicy do jej wielkości sprzed ciąży, może zmniejszyć krwawienie, obniża ryzyko wystąpienia osteoporozy, raka jajnika - im dłużej karmimy piersią, tym mniejsze ryzyko.

Większość przyszłych matek ma tego świadomość. Zamierzają karmić piersią także dlatego, że to wydaje im się po prostu wygodne. Dlaczego zatem nie wszystkie z tych, które deklarują chęć karmienia piersią, potem to robią?

Fabryka mleka

Marta Moeglich - promotorka karmienia piersią i doula, współtwórczyni przestrzeni wsparcia dla mam „Babki z piersiami” - widzi dwa obszary przyczyn, o które jej zdaniem trzeba zadbać. Pierwszy to edukacja na temat laktacji.

- Bardzo często kobiety, które mają rodzić, nie wiedzą jak działa laktacja. Przy czym chcę wyraźnie zaznaczyć, że to nie ich wina, tylko braku edukacji na ten temat na lekcjach biologii, przez lekarzy prowadzących kobietę w ciąży. Wiele kobiet ma w głowie wizję, że wystarczy przystawić dziecko do piersi i od razu poleją się hektolitry białego płynu. A tak nie jest. Białe mleko pojawia się dopiero po kilku dniach, na początku jest siara. Też bardzo wartościowa! Nawet jeżeli więc kobieta w ogóle nie zamierza karmić piersią, to warto podać dziecku siarę, bo to działa jak pierwsza szczepionka. Można ją zebrać jeszcze przed porodem.

Ekspertki od karmienia zgodnie podkreślają, że niewiedza na temat laktacji to jedna z głównych przyczyn problemów z karmieniem piersią. Część matek po prostu nie ma świadomości, że tuż po porodzie mleko może się nie pojawić (a pojawia się siara, w drobnych kropelkach) i że to jest normalne. Mama, która tego nie wie, myśli: nie mam mleka, więc podam mieszankę. A jak podaje mieszankę to nie rozkręca laktacji. A jak nie rozkręca laktacji, to mleko rzeczywiście się nie pojawia. I tak powstaje błędne koło, w które wpada część młodych mam.

Marta Moeglich: - Warto wiedzieć, że mleko powstaje wtedy, gdy dziecko jest przystawiane do piersi na żądanie albo gdy laktacja rozkręcana jest laktatorem (choć ten zawsze będzie działał gorzej niż dziecko, bo jest maszyną, do której nic nie czujemy i nie produkuje śliny). Wtedy przysadka mózgowa dostaje informację o zapotrzebowaniu na mleko, przekazuje ją do piersi, które to mleko produkują. Nie ma tak, że dziecka się nie przystawia albo nie pobudza się piersi laktatorem, a mleko się pojawia. Tak, niestety, nie będzie.

Promotorki karmienia walczą z nadal dość powszechnymi praktykami podawania sztucznych mieszanek w szpitalach. Z rozpędu, bo tak jest wygodnie. Efekt takich praktyk jest niestety taki, że dziecko najedzone mieszanką, niechętnie ssie pierś. A niestymulowana pierś nie produkuje mleka. Promotorki porównują ten proces do produkcji w fabryce. Jeśli fabryka dostanie małe zamówienie, produkuje mniej, jeśli duże – więcej.

- Kiedy pojawia się problem i matka nie może karmić, bo tak też się zdarza, to zamiast butelki warto próbować podawać mleko matki na małym palcu, łyżeczką albo kubeczkiem – podpowiada Marta Moeglich. - Te sposoby mniej zaburzają odruch ssania niż butelka, która powinna być podawana w ostateczności. Przy czym warto zaznaczyć, że są sytuacje, kiedy butelka się sprawdza, na przykład w przypadku słabego odruchu ssania.

Lekarze zwracają uwagę, że niemowlę może nie chcieć ssać z wielu przyczyn, innych na każdym etapie karmienia. Na przykład z powodu nieprawidłowej techniki podawania piersi, bólu wywołanego pleśniawkami, ząbkowaniem, dlatego, że mleko wypływa za szybko lub nie wypływa w ogóle. Przeszkadzać może maluchowi nawet silny zapach perfum mamy. Może odmawiać ssania także z powodów medycznych, na przykład dlatego, że jest ospałe pod wpływem leków podanych w czasie porodu.

Cenna pomoc 

Marta Moeglich zwraca uwagę na inny powód niechęci do ssania – za krótkie wędzidełko (czyli błonka pod językiem). - Doświadczona certyfikowana doradczyni laktacyjna potrafi ocenić wędzidełko. Niestety, czasami jednak upływa dużo czasu zanim zostanie postawiona prawidłowa diagnoza. I teraz wyobraźmy sobie, że noworodek z za krótkim wędzidełkiem dostaje mieszankę. To nie rozwiązuje ani obecnego problemu ze ssaniem, ani przyszłego z mówieniem, bo wędzidełko wpływa na pracę języka. Podcięcie wędzidełka nie rozwiąże problemu jeśli technika przystawiania jest nieprawidłowa. Nie każda mama, zwłaszcza po trudnym porodzie, potrafi ocenić swoją sytuację. Dlatego tak ważna jest pomoc ekspertek laktacyjnych, które ocenią problem i doradzą, co z nim dalej robić. Chodzi o zdrowie dziecka, ale także o to, by nie zaburzyć odruchu ssania. Na oddziałach położniczych jest jednak wiele pacjentek, a doradczyni jedna, w dodatku ma określony czas pracy.

Gdy pojawia się problem z karmieniem, w głowach, nie tylko mam, ale także ludzi wokół niej, pojawia się butelka - cudowne rozwiązanie na wszystko: płacz niemowlęcia, spadek na wadze, budzenie się nocy.

- Sztuczna mieszanka została stworzona po to, żeby ratować zdrowie i życie niemowląt. To jedyna jej rola – przypomina Marta Moeglich. – Ale przez działania promocyjne producentów mieszanek, które sięgają lat 70., stała się lekiem na wszystkie problemy z karmieniem. Bywa używana nie zawsze wtedy, gdy trzeba, czyli kiedy jest niezbędna do ratowania życia dziecka. To trochę tak, jakby stosować antybiotyk zanim poda się lżejsze leki, tak na wszelki wypadek.

Promotorka karmienia uważa, że mieszanka powinna być traktowana jak lek i jeśli jest podana w szpitalu - być uwzględniana w karcie medycznej dziecka. Z wyjaśnieniem przyczyn jej zastosowania. Czyli, że na przykład dziecko dostało butelkę dlatego, że spadło na wadze powyżej 10 procent wagi urodzeniowej. Ale nawet wtedy można dokarmiać odciągniętym mlekiem matki (wcześniaki  mlekiem z Banku Mleka - dopóki mama nie rozkręci laktacji), a dopiero potem mieszanką. Ta nie powinna być pierwszym wyborem, ale najczęściej niestety jest.

Ważna umiejętność

Promotorki karmienia obalają kolejny mit, jakoby dziecko karmione mieszanką lepiej spało, natomiast karmione piersią częściej się budziło: - Budzenie się noworodków w nocy jest fizjologiczną normą – mówi Marta Moeglich. - Zdarzają się oczywiście noworodki przesypiające całą noc, ale rzadko, większość budzi się kilkakrotnie i to normalne. Mama myśli, że skoro się budzi, a dziecko karmione mieszanką – jak słyszała – przesypia całą noc, to może powinna dokarmiać. To błąd. Bo mleko modyfikowane jest cięższe, dziecko czuje się po nim trochę tak, jak dorośli po zjedzeniu porcji kaczki z kluskami i kapustą. Czyli sennie, ospale. Natomiast mleko matki jest jak lekkostrawna sałatka, która nie obciąża.

Aneta Korcz: - To noworodek, który nie budzi się na karmienia powinien zwrócić naszą uwagę. Dziecko po urodzeniu nie ma uregulowanego trybu snu, nie rozpoznaje dnia i nocy jak dorosły, zatem u noworodków ważne są karmienia na żądanie, ale nie rzadziej niż 7-8 razy na dobę. Głód na ogół nie jest przyczyną budzenia się w nocy dziecka w wieku poniemowlecym, natomiast  noworodki i niemowlęta budzą się głównie dlatego, że są głodne. O wszystkich niepokojach warto porozmawiać ze specjalistą.

Nie do końca da się obronić kolejny sąd, że wiele kobiet nie ma pokarmu. Może to być spowodowane na przykład działaniem niektórych leków albo schorzeń, jak zespołu policystycznych jajnikow, bądź niedorozwojem tkanki gruczołowej. Ale to bardzo rzadka przyczyna, ma ją co najwyżej 4 procent kobiet w wieku rozrodczym.

Aneta Korcz: - Jeśli piersi są odpowiednio stymulowane to pokarm zazwyczaj się pojawia. A to, że nie ma go w pierwszej dobie po porodzie (lub dłużej jeśli nie ma stymulacji) jest dość częste i fizjologiczne. Mało mówi się o możliwości stymulacji piersi i odciąganiu siary przed porodem, a  to bardzo wartościowa umiejętność. Można, powiedzieć, że dzięki temu, zaczynamy rozkręcać laktację, aby po przyjściu na świat dziecko miało łatwiej. W dodatku, jeżeli mamie uda się zebrać nawet kilka mililitrów do strzykawki, a z przyczyn medycznych nie będzie mogła być z dzieckiem, to ten pokarm zostanie mu podany. Często kobieta po porodzie, jeśli jest rozdzielona z dzieckiem, w ramach wsparcia dostaje laktator. A w pierwszych dwóch dobach laktator zazwyczaj nie ma sensu. Ważna jest regularna, imitująca karmienia, stymulacja własną ręką, zbieranie kropelek. Żaden laktator nie zbierze tyle mleka co dziecko. Jest to szczególnie istotne, u mam wcześniaków, które, jeśli są rozdzielone z dzieckiem, poddają się nie widząc efektów używania laktatora w pierwszych dobach.

Doradczynie laktacyjne powtarzają do znudzenia: żeby matki karmiły piersią, trzeba kłaść większy nacisk na edukację na temat tego, jak przebiega laktacja, jak ją stymulować, jak ważne jest kangurowanie, kontakt skóra do skóry. W tym obszarze w dalszym ciągu jest wiele do zrobienia. Także w szpitalach.

- Wiele z nich ma status Szpitala Przyjaznego Dziecku, co bardzo mnie cieszy, ale nie wszędzie ten tytuł jest w pełni rozumiany, a wartości tej inicjatywy –przestrzegane – uważa Aneta Korcz.

Szpital powinien móc umożliwić mamie karmienie dziecka nie tylko wtedy, gdy znajduje się ona na oddziale położniczym, ale i na innych, oczywiście gdy jej stan zdrowia na to pozwala. Powinna mieć możliwość częstego przychodzenia do dziecka na oddział noworodkowy, mieć dostęp do laktatora jeśli sama trafia na oddział. Wiedzę, o której mówimy, powinny posiadać, a przynajmniej mieć spisane odnośniki i stosować je w praktyce, wszystkie osoby sprawujące profesjonalna opiekę nad matka i dzieckiem, ale czasami wystarczy po prostu ludzka troska.

Marta Moeglich: - Drugim obszarem, który powinien być lepiej zaopiekowany, nawet nie wiem, czy nie ważniejszym od edukacji, jest siatka wsparcia dla kobiet. Mam na myśli wsparcie zarówno pod kątem karmienia, jak i w ogóle wchodzenia w macierzyństwo, które potrafi, oj potrafi, dać kobiecie po głowie.

Aneta Korcz: - To wsparcie profesjonalne niestety nie jest w Polsce powszechne i dostępne dla każdej kobiety. Jest niejednolite i nieukierunkowane podmiotowo. Żeby to zmienić, potrzebne są zmiany systemowe, nie wystarczy jedno szkolenie, jednego czy dwóch członków zespołu na cały szpital. Ta wiedza musi być uaktualniana i podawana  dalej, regularnie przez wszystkich opiekujących się kobieta i dzieckiem, w szpitalu, w przychodni, w szkole rodzenia.

Więcej luzu

Chodzi o to, żeby mamy mogły liczyć na pomoc promotorek karmienia, certyfikowanych doradczyń, położnych, pielęgniarek, douli. Ale także bliskich osób, które przyniosą obiad, powiedzą: odpuść sobie wszystko, siadaj w fotelu, tul dziecko, rozkręcaj laktację. Jeśli tego oczywiście chcesz i potrzebujesz.

Bardzo dużo szkody wyrządza kobietom każda presja, zarówno ta, żeby karmić jak i nie karmić. Matki stresują się, napinają, co źle wpływa na laktację.

- Podczas karmienia wydzielana jest oksytocyna, hormon szczęścia, związany z przyjemnością – wyjaśnia Marta Moeglich. - Natomiast gdy się napinamy i stresujemy, to zamiast oksytocyny wydziela się kortyzol, hormon stresu.

Więc danie sobie trochę luzu jest bardzo ważne. Mogą w tym pomóc inne kobiety, partner, profesjonalne doradczynie. A często kobiety nie mają wsparcia ani przestrzeni, żeby zaopiekować się sobą. Poddawane są za to presji zarówno w sprawie karmienia, jak i zaprzestania.

No właśnie, kiedy przestać karmić? Aneta Korcz: - Uniwersalna odpowiedź na to pytanie mogłaby być taka: mama kończy karmić wtedy, kiedy ona lub dziecko podejmują taką decyzję. Nie ma dobrego i złego momentu. A może inaczej: każda decyzja w tej sprawie podjęta przez mamę, jest dobra, ale wiąże się z pewnym procesem i niesie za sobą określone konsekwencje. Czasem dziecko samo rezygnuje z piersi i mówimy wtedy o samoodstawieniu. A zalecenia medyczne do zaprzestania karmienia piersią? Na przykład zakażenie mamy przez wirusa HIV, zapalenie wątroby typu B, C, czy inne schorzenia związane z ryzykiem zakażenia dziecka. Ale to bardzo rzadkie sytuacje. Na pewno warto zwrócić uwagę na samopoczucie i emocje towarzyszące karmieniu. Jeśli staje się ono niekomfortowe pod względem psychicznym to jest to wystarczający argument, by zakończyć karmienie.

Aneta Korcz wyjaśnia, że inaczej wygląda odstawianie dziecka w pierwszym roku życia. Wtedy trzeba zadbać o podanie mu mleka modyfikowanego, tzw. jedynki, czyli mleka początkowego (takiego mleka nie wolno reklamować, jak mlek następnych). Niemowlęciu 7-8- miesięcznemu można podać mleko niekoniecznie w butelce, ale na przykład z kubeczka. Taki sposób wart jest rozważenia, ponieważ zdejmuje potem problem odstawiania od butelki.

- Decyzja należy jednak do rodziców – mówi Aneta Korcz. – Jako doradcy chcemy wspierać te decyzje, które rodzice sami podejmują.

Jak wyhamować

Ekspertki od karmienia zauważają, że z odstawieniem dziecka od piersi jest bardzo podobnie jak ze startem do karmienia. Wokół tych dwóch spraw nabudowano mnóstwo mitów, które narzucają mamom, co powinny robić, a czego nie, wbrew ich pragnieniom. Ta presja działa w dwie strony – zarówno, gdy sugeruje im się karmić dłużej niż by chciały, jak i krócej, na przykład do roku. Słyszą tak czasem od lekarza ortopedy, teściowej lub pani w żłobku. Chce pani posłać półtoraroczne dziecko do żłobka? To musi pani odstawić je od piersi – autorytatywnie wypowiada się wychowawczyni w żłobku. Bo jeżeli nie, to będzie mu trudniej znieść rozłąkę.

- A to nie jest prawdą – mówi Marta Moeglich. - Wręcz przeciwnie, pierś pomaga ukoić dziecięce emocje, które w tym trudnym momencie się pojawiają, bo pójście do żłobka to duża zmiana w życiu małego człowieka. Inna sprawa jest taka, że pierś w społecznym postrzeganiu służy głównie do seksu. Może dlatego karmienie powyżej roku jest źle widziane. Natomiast w świecie laktacyjnym długie karmienie zaczyna się dopiero powyżej dwóch lat. Dla każdej mamy oznacza to jednak co innego. Dla jednej długo to 8 miesięcy, dla innej rok, dla innej trzy lata. Jeśli chce skończyć przed rokiem, to ją w tym wspieramy. Tak samo jak wesprzemy mamę, która chce karmić trzy lata. Ale jeżeli za pół roku zmieni zdanie, to też ok.

Jak podkreślają ekspertki, kończenie karmienia nie jest zerojedynkowe – wszystko albo nic. To nie odbywa się tak, że dzisiaj karmimy kilka razy dziennie, a jutro całkowicie odstawiamy. Można karmienie zredukować do pór, kiedy dziecko zasypia. Albo do karmienia tylko nocą. Można utulać karmieniem po powrocie ze żłobka. Każda mama robi tak, jak uważa i nikomu nic do tego.

Aneta Korcz przyznaje, że odstawienie od piersi kilkulatka może być trudne. To proces zarówno biologiczny, jak i emocjonalny. Wymaga z jednej strony wyhamowania laktacji, a z drugiej – podjęcia wewnętrznej decyzji bez poczucia winy. Zanim podejmiemy decyzję o sposobach na zaprzestanie karmienia warto zadać sobie pytanie dlaczego chcemy przestać karmić. Motywacja może być inna jeśli rozważamy to w pierwszych tygodniach po porodzie, a inna po roku, dwóch czy trzech latach.

To, że wiele kobiet deklaruje chęć karmienia piersią, a rezygnuje z niego po paru tygodniach najczęściej spowodowane jest bólem, obawą o zdrowie dziecka, a te często wynikają z braku realnego wsparcia otoczenia i personelu medycznego. Instruktaż prawidłowego przystawienia noworodka, pozycja ciała, odchylenie główki, ocena wędzidełka, ocena dolegliwości ze strony mamy powinny odbyć się kilkukrotnie w pierwszych tygodniach. Wszystkie te czynniki wpływają na to, czy dziecko najada się, czy prawidłowo przybiera na masie, czy karmienie jest dla mamy komfortowe. Czasami mamy, kończą karmienie przed zajściem w kolejna ciążę. Z biologicznego punktu widzenia nie muszą tego robić, jeśli nie ma wskazań medycznych, a jeśli  chcą, to jest wystarczający powód.

Aneta Korcza: - Na pewno warto próbować kończyć karmienie jak najmniej agresywnie. To znaczy stopniowo, rozkładając ten proces w czasie. Bywa, że mama jest zmuszona sytuacją, żeby przestać karmić jak najszybciej. Wtedy zdarza się, że przepisywane są leki, inhibitory prolaktyny, które szybko hamują laktację, ale z kolei skutki uboczne mogą być bardzo dokuczliwe. Takie rozwiązanie jest wskazane w pewnych sytuacjach, ale na pewno nie powinno się po nie sięgać rutynowo. Kończenie karmienia to długi proces, może trwać kilka tygodni, a nierzadko kilka miesięcy. Karmienie kilkulatka odbywa się często raz dziennie lub co parę dni. Ale chcę uspokoić – samoodstawienie nastąpi na pewno zanim dziecko pójdzie do szkoły.

Nie tylko w głowie

Aneta Korcz wylicza sposoby wspierające proces odstawiania. Po pierwsze: to sukcesywna redukcja karmień (produkcja mleka będzie się zmniejszać na zasadzie popytu i podaży). Po drugie: zaangażowanie innych, w tym partnera, w kontakt z dzieckiem, kiedy prosi ono o pierś (może pomóc wyjście mamy na spacer). Po trzecie: przeniesienie uwagi dziecka na coś innego co ono lubi, na przykład zabawę, czytanie. Po czwarte: zaproponowanie alternatywy: wody, mleka z kubka, czegoś do zjedzenia. Jeśli jesteśmy w trakcie procesu odstawiania, a jednak zdecydujemy się na podanie piersi, to warto wcześniej zaproponować coś do picia. Po piąte - zapewnienie, że malec zawsze może się przytulić. Po szóste - odciągnięcie karmienia w czasie (po kąpieli, po śniadaniu, po przedszkolu). Albo wymyślenie nowego rytuału w zamian za jedno karmienie. Warto być konsekwentnym i nie proponować piersi, kiedy dziecko nie wspomina, tak na pocieszenie, ale też nie mówić bezwzględnie „nie”, kiedy prosi. Raczej warto unikać rozpoczęcia odstawiania wtedy, gdy w życiu dziecka zachodzą duże zmiany, na przykład idzie do przedszkola. Trzeba liczyć się z przejściowymi, możliwymi konsekwencjami odstawienia dla mamy, to jest z obniżeniem nastroju, przepełnieniem piersi, zapaleniem gruczołu (najczęściej przy nagłym odstawieniu) i wiedzieć, jak im zaradzić. Dobrze jest ograniczyć produkty wzmagające laktację (słód jęczmienny) oraz mieć kontakt do lekarza lub specjalisty laktacyjnego.

Tu i ówdzie słyszy się obawy, że długie karmienie piersią zagraża autonomii malca.

- Jest wręcz przeciwnie – odpowiada Aneta Korcz. – Mówią o tym zarówno badania, jak i moje doświadczenie. Obserwuję mianowicie, że karmienie piersią umacnia poczucie bezpieczeństwa dziecka, a to z kolei buduje jego poczucie własnej wartości, a więc także autonomię.  Na poczucie bezpieczeństwa i wspieranie autonomii wpływa wszystko co robimy: pozwalanie na samodzielność w innych sferach, rozumienie  tego, co dziecko sygnalizuje, okazywanie bliskości w innych sytuacjach niż karmienie piersią. Jeżeli akt karmienia piersią jest jedynym momentem, kiedy dziecko jest z mamą blisko to odstawienie może być trudniejsze, bo dziecko będzie zabiegać właśnie o tę bliskość.

Marta Moeglich: - Mówi się, że karmienie siedzi w głowie. My, promotorki karmienia, nie lubimy tego określenia. Bo kobiety się obwiniają, jeśli coś potem pójdzie nie tak. Myślą: z tą moją głową chyba nie jest w porządku, skoro zawaliłam, widocznie za mało się staram, za mało chcę. Głowa jest oczywiście ważna, ale czasem nie przeskoczymy tego, co ktoś nam wcześniej rozwalił. Bardzo często dużo złego dzieje się w szpitalach. Jeśli mama nie dostała tam wsparcia od specjalistów i nie rozkręciła laktacji, to czasem trudno jej to naprawić. No chyba że wykaże się dużym samozaparciem, zainwestuje w doradczynie laktacyjne, bo to też kosztuje, choć to wciąż będą mniejsze pieniądze niż cena karmienia mieszanką.

Promotorki karmienia podkreślają: karmienie piersią jest naturalne, ale nie znaczy, że łatwe. Matka i dziecko mają wszystko, co do karmienia niezbędne od strony fizjologicznej. Ale karmienia trzeba się najzwyczajniej w świecie nauczyć. A do tego potrzeba edukacji i wsparcia.

  1. Psychologia

Nie skazujmy dzieci na rywalizację. Uczmy je współpracy

Jak wykazali amerykańscy badacze, rywalizacja zabija motywację wewnętrzną: uczę się, rozwijam nie dlatego, że to jest fascynujące, tylko dlatego, żeby być lepszym od innych. (fot. iStock)
Jak wykazali amerykańscy badacze, rywalizacja zabija motywację wewnętrzną: uczę się, rozwijam nie dlatego, że to jest fascynujące, tylko dlatego, żeby być lepszym od innych. (fot. iStock)
Dlaczego wychowywanie dzieci na „czempionów”, życie ich sukcesami jest tak niebezpieczne? Dziecko zaczyna wyobrażać sobie, że zasługuje na miłość, tylko kiedy wygrywa. Również rodzice, nawet jeśli mają najlepsze intencje, niepostrzeżenie wpadają w pułapkę okazywania dziecku miłości jedynie wtedy, gdy osiągnie sukces – mówi psycholożka.

Dlaczego wychowywanie dzieci na „czempionów”, życie ich sukcesami jest tak niebezpieczne? Dziecko zaczyna wyobrażać sobie, że zasługuje na miłość, tylko kiedy wygrywa. Również rodzice, nawet jeśli mają najlepsze intencje, niepostrzeżenie wpadają w pułapkę okazywania dziecku miłości jedynie wtedy, gdy osiągnie sukces – mówi psycholożka Dorota Wiśniewska-Juszczak. Współczesny świat nastawiony jest na konkurencję, więc rodzice wychowują dzieci do rywalizacji. Argumentują: chcemy, aby umiały sobie radzić. Czy to dobra strategia?
Oczywiście, że ważne jest, aby dzieci umiały sobie w życiu radzić. Jednak co to znaczy umieć sobie radzić? Czy oznacza to umiejętność walki z przeciwnościami losu, znoszenia porażek? Czy jednak wygrywanie? A może oznacza to konkretne umiejętności? Od zdefiniowania przez nas pojęcia „radzenia sobie” zależą nasze pomysły na wychowanie…

Często radzenie sobie bywa utożsamiane z osiąganiem sukcesów, rzadziej – z dobrymi relacjami z ludźmi. Dlaczego nie doceniamy relacji?
Dla wielu rodziców sukcesy dzieci, najlepiej spektakularne, są ich sukcesami. A czy spektakularne będzie pochwalenie się: „moja córka jest lubiana w przedszkolu”? Ponieważ myśląc o sobie, koncentrujemy się na skuteczności, to na dzieci również patrzymy z tej perspektywy – żeby miały osiągnięcia, które można zmierzyć, zważyć. Natomiast kwestie związane z cechami wspólnotowymi są niewymierne, dlatego schodzą na drugi plan.

Rodzice często podsycają ducha współzawodnictwa. Czy słusznie? Czy rzeczywiście rywalizacja jest sukcesotwórcza?
Rywalizacja, jak wykazali amerykańscy badacze Deci i Ryan, zabija motywację wewnętrzną: uczę się i rozwijam nie dlatego, że to jest fascynujące, tylko dlatego, żeby być lepszym od innej osoby, grupy. Nie jesteśmy jednak w stanie funkcjonować bez porównań. Nawet nie musimy pokazywać dziecku, że na przykład Kasia jest lepsza, ono samo doskonale to widzi. Ale ono może to porównanie odebrać inaczej – że jest gorsze od innych. Myśli wtedy: nie spełniam oczekiwań rodziców, Kasia bardziej by je spełniła. I to jest niebezpieczne. Badacze już w początkach lat 80. wykazali, że skłaniani do rywalizacji uczniowie i studenci mieli gorsze wskaźniki zdrowia psychicznego.

Ale z drugiej strony nie można oszukiwać dziecka, że jest w czymś świetne, skoro nie jest.
Dziecko porównuje się z innymi i na tym też polega budowanie jego tożsamości. Ale wzmacnianie przez nas różnic nie jest potrzebne. Nam się wydaje, że to motywuje, a może być wręcz odwrotnie – może zniechęcić do działania. Trzeba pamiętać, że dzieci są bardzo różne. I może się okazać, że porównując córkę z innymi dziećmi osiągającymi sukcesy na jakimś polu, przeoczyliśmy to pole, na którym ona by się sprawdziła. Nie zauważamy tego, ponieważ koncentrujemy się bardziej na innych dzieciach niż na własnym. Porównujmy osiągnięcia dziecka z jego własnymi wynikami sprzed rozpoczęcia trenowania: kiedyś nie umiałaś skręcać na rowerze, a dziś już to potrafisz.

Córka chce tańczyć, bo koleżanka tańczy, ale córce brakuje talentu. Wyperswadować jej to zajęcie?
Nie można tego zabronić, ale można pomóc jej znaleźć jakiś inny obszar, w którym jest dobra. Ciągłe porównania z koleżanką, w których wypada gorzej, nie wpłyną dobrze na jej samoocenę. Jak pokazują badania, jeżeli w ważnej dla nas dziedzinie ktoś bliski osiąga sukcesy większe niż my, to albo pomniejszamy znaczenie dziedziny, która do tej pory wydawała się dla nas istotna, albo oddalamy się od tej osoby, aby ochronić samoocenę. Wielce prawdopodobne, że przyjaźń dziewczynek bardzo by na tym ucierpiała. Powinniśmy porozmawiać z córką na ten temat. I nawet jeśli w pierwszej chwili się zbuntuje, powie, że nie jesteśmy dla niej autorytetem, to ważna jest sama rozmowa, wysłuchanie, co ona myśli, wyrażenie naszego zdania, z którym gdzieś w głębi duszy jednak dzieci się liczą. W tym konkretnym przypadku możemy także zaproponować, żeby córka opowiadała o sukcesach koleżanki, cieszyła się razem z nią, choć to oczywiście trudne, ale możliwe.

Jednak trudniejsza dla dziecka jest chyba sytuacja odwrotna – kiedy to rodzice stymulują je do czegoś, co jest poza jego zasięgiem.
Badania pokazują, że małe dzieci bardzo łatwo stosują się do naszych instrukcji. Gdy skłaniamy je do rywalizowania, niezwykle szybko przejmują taki sposób funkcjonowania. A rywalizacja zabija wewnętrzną motywację nawet u dzieci czteroletnich. Dopiero dzieci po 12. roku życia potrafią same rozsądzić, czy chcą wchodzić w rywalizację. Natomiast maluchy, stymulowane przez nas do rywalizacji, będą rywalizować. Wynika to z ogromnej potrzeby akceptacji. Dziecko zaczyna wyobrażać sobie, że zasługuje na miłość, kiedy wygrywa. Pewnie rodzice tak nie myślą, sądzą tylko, że jeżeli będą dziecko zachęcać do ćwiczeń, pilnować, to ono będzie im potem wdzięczne. Natomiast sami nie wiedzą, kiedy wpadają w pułapkę okazywania dziecku miłości tylko wtedy, gdy osiągnie sukces.

Podsyca to szkoła, która stawia na rywalizację. O tak. Pamiętam zakończenie roku w przedszkolu mojej córki Zosi. Część dzieci dostała nagrody za rysunki, które zwyciężyły w konkursie. Zosia nie była wśród nich. Muszę powiedzieć, że doświadczyłam dwóch rodzajów uczuć. Po pierwsze, pojawiła się emocja, którą szybko chciałam wymazać z pamięci: Szkoda, że moja Zosia nie dostała nagrody. Bo to było miłe dla rodziców usłyszeć nazwisko swojego dziecka wyczytane na uroczystości. Drugie uczucie to rodzaj współczucia, gdy spojrzałam na córkę, której było z tego powodu przykro. Pytała: „a gdzie wisi mój rysunek, dlaczego nie dostałam nagrody?”. A jej rysunek nigdzie nie wisiał. Odpowiadałam wymijająco, bo widziałam, że to dla niej bardzo ważne. To dobre przedszkole, ale nawet w nim, pewnie nieświadomie, pojawiła się rywalizacja.

 
Można przecież powiesić rysunki wszystkich dzieci.
Rzeczywiście w końcu znaleziono sposób, by pokazywać również te nienagrodzone rysunki. Ale za podsycanie rywalizacji odpowiedzialni są w dużym stopniu rodzice, którzy wychowują swoje dzieci na „czempionów”. Oddają je do dobrych szkół jak do korporacji o 8 rano, a odbierają o 18. Wożą na języki, konie, aikido, aby pokazać, że ich dziecko jest najlepsze. Wydają dużo pieniędzy, ale poza tym nie mają żadnych zasług. Bo samo płacenie za zajęcia dzieci jest w gruncie rzeczy łatwe. Taka sytuacja jest podwójnie niebezpieczna, bo po pierwsze, rodzice tracą wpływ na dziecko (przejmuje je szkoła korporacja), i po drugie, zaczynają niepostrzeżenie traktować swoje dziecko przedmiotowo, jako dostarczyciela sukcesów podnoszących ich osobisty prestiż. Ducha rywalizacji podsycamy też, wypytując, jaką ocenę dostał kolega. Nawet jak tego nie skomentujemy, to nasze pytanie jest dla dziecka sygnałem, że przywiązujemy wagę do porównań, do rywalizacji.

Tymczasem tak naprawdę w pracy, poza nielicznymi wyjątkami, istotna jest współpraca. A my do tego nie przygotowujemy.
Niestety, system szkolny stawia na indywidualne osiągnięcia, a więc także na rywalizację. Profesor Czapiński trafnie zauważył, że jeśli Polacy nie zaczną współpracować, to w pewnym momencie nasz kraj przestanie się rozwijać, ponieważ indywidualne osiągnięcia już zdobyliśmy, natomiast sukcesy sportowe w grach zespołowych, budowanie dróg, mostów, kręcenie filmów wymagają pracy zespołowej, a my nie jesteśmy tego nauczeni. Współpracy bowiem trzeba się nauczyć, ona nie jest uwarunkowana genetycznie.

Pewna nauczycielka argumentowała, że zajęcia w grupie się nie sprawdzają, bo i tak pracuje tylko jedna osoba.
Uczenie zespołowe wymaga bardzo dużo pracy ze strony nauczyciela. Kilkanaście lat temu Eliot Aronson zrobił badania, które pokazują, jak współpraca może fantastycznie działać, gdy zastosuje się „system układankowy”. Polega to na tym, że każda osoba uczy się jakiejś części materiału, a potem przekazuje zdobytą wiedzę kolegom. Jeśli kolega nie pozna części, której uczą się pozostali, nie zrozumie całości. Mnie ta metoda sprawdza się od kilku lat w prawie wszystkich grupach, z którymi realizuję seminarium z psychologii społecznej.

A jak uczyć dzieci współpracy w rodzinie?
Bracia i siostry mogą na przykład wspólnie zajmować się dbaniem o porządek. Moi rodzice fantastycznie to wykorzystali. Mam brata i siostrę i każdy z nas był za coś odpowiedzialny. To powodowało, że wzajemnie się pilnowaliśmy, ale gdy czasami ktoś z nas nie mógł czegoś zrobić, umawialiśmy się, że zrobimy to za niego. Po prostu sami się dogadywaliśmy. Bo współpraca polega na tym, że jesteśmy odpowiedzialni za różne rzeczy, ale wspólnie korzystamy z owoców pracy wszystkich. Jesteśmy systemem i musimy dziecku pokazać, że jako rodzina współpracujemy, że do tego systemu każdy coś dokłada, że każdy ma w nim swoją ważną rolę do odegrania i że ten system nie będzie działał, jeżeli zawiedzie choćby jedno ogniwo. Bo to nie chodzi o to, że robimy wszystko razem, ale że każdy zrobi to, co do niego należy. I że taki podział pracy ma wymierne korzyści.

Co dziecko zachęca do takiej wymiany?
Pochwały, a nie porównywanie, że inni robią to lepiej. Mój kolega z katedry dr Konrad Maj odkrył, że do wymiany wiedzy, doświadczeń, do większej współpracy zachęca tzw. nagroda kooperacyjna przyznawana całemu zespołowi. Wyobrażam sobie, że w rodzinie z dwójką dzieci można powiedzieć: „słuchajcie, jak uda nam się w sobotę rano posprzątać dom, to po południu idziemy na lody”. Wszyscy wtedy skorzystamy w takim samym stopniu, a nie że Krzyś dostanie samochód, a Basia lalkę. Natomiast w rywalizacji zawsze ktoś wygrywa, a ktoś inny przegrywa. Są oczywiście dziedziny takie, jak sport, w które wpisana jest rywalizacja. Ale w nauce, pracy, życiu zdecydowanie bardziej sprawdza się współpraca.

Dorota Wiśniewska-Juszczak: psycholog społeczny, adiunkt w Katedrze Psychologii Społecznej i Osobowości SWPS. W pracy naukowej koncentruje się na zagadnieniach związanych z władzą i przywództwem.

  1. Psychologia

Jak wychować jedynaka?

To, jaki jedynak będzie jako dorosły, zależy od jego indywidualnych cech, a przede wszystkim od tego, czy rodzice mądrze i rozważnie pokierują jego rozwojem. (Fot. iStock)
To, jaki jedynak będzie jako dorosły, zależy od jego indywidualnych cech, a przede wszystkim od tego, czy rodzice mądrze i rozważnie pokierują jego rozwojem. (Fot. iStock)
Nie trzymaj go pod kloszem, zadbaj o kontakt z rówieśnikami i daj prawo do popełniania błędów.

Tata trzyletniego Karola: – Długo czekaliśmy na synka. Od kiedy się urodził, jesteśmy przeszczęśliwi. Jedno tylko nam tę wielką radość mąci – że nie będzie miał rodzeństwa. Chuchamy na niego i dmuchamy, ale staramy się też uczyć współpracy z innymi dziećmi, dzielenia się zabawkami, co – przyznam – jest bardzo trudne, bo w domu ma przecież wszystko dla siebie. Choć wcześniej nie planowaliśmy posyłać synka do przedszkola, bo jest chorowity, teraz poważnie się nad tym zastanawiam. Uważam, że w przedszkolu mógłby się uspołecznić, nauczyć współpracy z dziećmi. Moim zdaniem, dom mu tego nie zapewni. Żona uważa jednak, że tego wszystkiego możemy go sami nauczyć.

Mama i tata na wyłączność

Coraz więcej rodzin w Polsce ma – z różnych powodów – tylko jedno dziecko. Możemy wręcz mówić o pokoleniu jedynaków. I choć wydawałoby się, że wychować jedno dziecko jest łatwiej niż dwoje czy troje, to rzeczywistość pokazuje, że sprawa jest bardziej skomplikowana, a problem – jak zwykle – tkwi w rodzicach, a konkretnie w ich dobrych chęciach.

Być jedynakiem to znaczy dostawać w rodzinie wszystko, co najlepsze. Także większą niż dzieci z rodzin wielodzietnych możliwość rozwijania swoich pasji i talentów. Rodzice mogą zapewnić jedynakowi to, czego potrzebuje. Dzięki temu ma lepszy start w dorosłe życie. Posiada też na wyłączność ich miłość, uwagę i czas. Ponieważ częściej przebywa z rodzicami, szybciej zdobywa wiedzę o świecie, ma lepszy kontakt z dorosłymi i jest odważniejszy. A to z kolei wpływa na szybsze dojrzewanie intelektualne, co wprawdzie nie zawsze znaczy także społeczne i uczuciowe. Niby wszystko pięknie, ale sytuacja bycia jedynakiem ma również pewne wady.

Zagrożenia

Rodzice mają wobec jedynaka wielkie oczekiwania. Dają mu bardzo wiele, ale także dużo od niego wymagają, co sprawia, że dziecko żyje w ciągłym stresie i ogromnej odpowiedzialności – nie tylko za siebie, ale też za rodziców, za ich samopoczucie, a na starość – za opiekę nad nimi, której nie ma z kim dzielić. Bez rodzeństwa trudniej także poznać samego siebie. Jedynak skupia się na sobie, a to często prowadzi do egocentryzmu. Dziecko, które nie musi z nikim dzielić się tym, co ma, wokół którego wszystko się kręci, może mieć w przyszłości  problem z poświęcaniem uwagi innym, a nawet wyrosnąć na narcyza lub przejawiać skłonność do zachowań aspołecznych.

Jedynacy mają też z reguły większe, niż dzieci wychowujące się z rodzeństwem, problemy z rywalizacją i rozwiązywaniem konfliktów. Gorzej dostosowują się do reguł zarówno w zabawach, jak i pracy. Chcą grać pierwsze skrzypce w grupie, dlatego bywają odrzucani przez rówieśników. Zdarza się, że przyzwyczajeni do uprzywilejowanej pozycji w rodzinie, potrafiący wymóc na rodzicach respektowanie swojej woli, narzucają ją później rówieśnikom.

I jeszcze coś: o wiele trudniej przychodzi im oddzielenie emocjonalne od mamy i taty. Z jednej strony mają więc łatwiej niż dzieci z rodzin wielodzietnych, z drugiej – trudniej, zwłaszcza w sferze emocji: wiele z nich tłumią, ponieważ żyją w przekonaniu, że nie mogą wypaść z roli, jaką wyznaczyli im rodzice, oraz częściej doświadczają samotności.

Bez zbytniego lęku i nadziei

– Rodzice jedynaka są w sposób szczególny zainteresowani jego wychowaniem – mówi psycholog Aleksandra Godlewska. – Mają tylko jedno dziecko i pokładają w nim wszystkie swoje nadzieje. Jeśli rodzice kilkorga dzieci przeżywają jakiś kłopot, niepowodzenie czy zawód związany z jednym, mogą to sobie rekompensować satysfakcją i radością z zachowania pozostałych. Dla mamy i taty jedynaka każdy sukces jest stuprocentowy, a każde niepowodzenie – całkowite.

Chcąc dla dziecka jak najlepiej, nieświadomie popełniają wiele błędów, takich na przykład, jak:

  • „Chcesz – masz”. Skoro ukochane dziecko domaga się natychmiastowego spełnienia życzenia, dla świętego spokoju mu ulegają. 
  • „Daj, pomogę ci”. Roztaczają nad nim opiekuńczy parasol nawet wtedy, gdy samo mogłoby sobie poradzić.
  • „To mi się podoba, to nie”. Nieustannie je oceniają: krytykują albo chwalą, zachwycają się nim albo pouczają.
  • „Co zamierzasz zrobić z…?”. Ingerują w każdą sferę jego młodzieńczego życia.
  •  „Chcesz jedno – dostaniesz dwa”. Aby mu wynagrodzić to, że nie ma rodzeństwa, starają się dać mu w zamian jak najwięcej – bywa więc, że dziecko skrzętnie to wykorzystuje i manipuluje nimi.
  •  „Tylko nas troje”. Trzymają je pod kloszem, izolują od świata, a to powoduje, że ma mniejsze szanse na zetknięcie się z innymi wartościami i postawami niż te, które zna z domu.
  •  „Tak się o ciebie martwię”. Towarzyszy im permanentny lęk o dziecka: bezpieczeństwo, zdrowie, naukę, przyszłość… Mają ogromne trudności z emocjonalnym oddzieleniem się od niego. Rozstanie z synem czy córką, np. z powodu wyjazdu na wakacje, studia czy stworzenia z kimś związku – bywa, zwłaszcza dla matki, bardzo bolesne. Jak sobie i dziecku tego wszystkiego oszczędzić?

Więcej swobody

Jedynactwo nie musi bynajmniej stanowić przeszkody w relacjach dziecka z otoczeniem ani negatywnie wpływać na jego umiejętności społeczne. Pod warunkiem, że jego rodzice pogodzą się z myślą, że mają... więcej (!) obowiązków niż sąsiedzi z czwórką hałaśliwych latorośli.

Wychowanie jedynaka wymaga – wbrew pozorom – większych starań i zabiegów. Rodzeństwo zwykle samo, w sposób naturalny, często poza kontrolą dorosłych, uczy się współpracy i rozwiązywania konfliktów, czyli zdobywa bardzo ważną umiejętność życia w grupie. Jedynakowi także można stworzyć do tego warunki.

Na pewno jedno trzeba sobie powiedzieć: jedynak nie musi być skoncentrowany na sobie, nie ma prawa więcej oczekiwać niż dawać, nie musi wyrosnąć na człowieka zależnego. To, jaki będzie jako dorosły, zależy od jego indywidualnych cech, a przede wszystkim od tego, czy rodzice mądrze i rozważnie pokierują jego rozwojem. O co więc powinni zadbać?

Stopniowe oddalanie

Psycholog Marta Maruszczak uważa, że najważniejsze jest to, żeby rodzice zapewnili dziecku liczne i częste kontakty z rówieśnikami. I to już od najmłodszych lat – bez względu na częstotliwość kontaktów z dorosłymi. Relacje z rodzicami, ciociami, wujkami nie mogą wypełniać jedynakowi całego życia. To robienie na siłę z dziecka dorosłego. Ono ma prawo do dziecięcych zajęć, zabaw i zachowań.

Nie można też wyręczać go we wszystkich obowiązkach. Dziecko powinno mieć zadania do wypełnienia, ale nie musi ich wykonywać perfekcyjnie. Dobrze jest pozostawić mu trochę swobody i nie oczekiwać, że będzie nam ciągle we wszystkim towarzyszyć. Trzeba też przyznać mu prawo do popełniania błędów, do wyboru kolegów, zainteresowań oraz sposobu spędzania wolnego czasu.

Marta Maruszczak apeluje do rodziców jedynaków: – Nie dopuście, żeby dziecko było dla was całym światem. Dbajcie o inne sfery swojego życia, rozwijajcie własne pasje, tak by wypełnić czas, gdy maluch się usamodzielni. Nie należy podtrzymywać relacji zależności za wszelką cenę. Dla dobra i emocjonalnego zdrowia dziecka, pozwólcie mu się stopniowo od siebie oddalać.

Warto przeczytać:

Kümpel, „Jedynak”, Wydawnictwo Lekarskie PZWL 2004, Pitkeathley, D. Emerson, „Jedynacy”, Czarna Owca 2007, Encyklopedia „Rodzice i dzieci”, Wydawnictwo Park 2002, Kasten, „Rodzeństwo. Ideały, rywale, powiernicy, Springer PWN 1997. 

  1. Psychologia

Śpij, Kochanie

Dziecko jest na ogół doskonale regulowane przez zegar dobowy, tylko rodzice muszą sami się doregulować. I zastanowić, w jakim stanie umysłu i serca siadają przy jego łóżeczku. (Ilustarcja: Katarzyna Bogucka)
Dziecko jest na ogół doskonale regulowane przez zegar dobowy, tylko rodzice muszą sami się doregulować. I zastanowić, w jakim stanie umysłu i serca siadają przy jego łóżeczku. (Ilustarcja: Katarzyna Bogucka)
Dziecko w łóżku z nami czy osobno? Usypiać czy zostawiać, aż samo zaśnie? Na pytania zmęczonych zarwanymi nocami rodziców odpowiada psychoterapeuta Wojciech Eichelberger. 

Kiedy małe dziecko powinno samo zasypiać? Nie ma tu reguły, każde dziecko jest inne.

To kiedy powinniśmy je tego uczyć? Im wcześniej, tym lepiej? Bo to przecież jeden ze sposobów kształcenia jego autonomii. Do drugiego roku życia staramy się dziecka nie frustrować. To nie czas na budowanie jego autonomii, jest to natomiast czas na szybkie, adekwatne zaspokajanie rozwojowych potrzeb dziecka. Nie ma obawy, nie stracimy czasu, bo zaspokojenie tych potrzeb we wczesnym okresie życia dobrze posłuży szybkiemu osiągnięciu przez dziecko autonomii w przyszłości. Nie ma przebacz, jeśli ktoś decyduje się na dziecko i chce je dobrze wychować – co znaczy: szybko uniezależnić – musi to sobie wziąć do serca. I nie dajmy się zwieść w tej sprawie żadnym pseudonaukowym nowinkom. Na przykład takim, że jeśli dziecko będziemy zamykać na noc w ciemnym pokoju i pozwalać mu płakać tak długo, aż wymęczone i przerażone zaśnie, to mu to w przyszłości wyjdzie na dobre.

A nie jest tak, że czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał? W okresie do dwóch lat, gdy dziecko jest zupełnie bezradne i zdane na opiekę rodziców, najważniejsze jest jego poczucie bezpieczeństwa i ważności. Doświadczenie tego, że mimo braku jakichkolwiek osiągnięć i sprawiania tak wielu kłopotów jest najważniejszą istotą na świecie dla tych dwojga ludzi, którzy sprowadzili je na świat. Poczucie bezpieczeństwa i wartości, jeśli mocno się w dziecku zakorzeni, będzie niezastąpionym skarbem na resztę jego życia. Dlatego nie słuchajmy pseudowychowawczych porad, których większość powstała w Prusach w czasie rewolucji przemysłowej, bo w istocie służyły one nie dobru dziecka, lecz wyłącznie temu, żeby rodzice jak najprędzej wracali do fabryk, kopalń i tkalni. To była wielka manipulacja służąca systemowi, a nie dziecku czy rodzicom.

Jak wobec tego to, co mówisz, ma się do filozofii wychowania dzieci w innych krajach, na przykład we Francji? Tam lekarz pediatra zaleca rodzicom: proszę kłaść niemowlę do łóżeczka i je „wypłakać”, bo w ten sposób szybko przyzwyczai się do samodzielnego zasypiania. To podobno działa, dzieci rzeczywiście szybko się tego uczą. A jakie mają wyjście? Każda żywa istota, nawet w skrajnie niebezpiecznej, grożącej życiu sytuacji, w końcu zaśnie. To może dobrze służyć jedynie komfortowi rodziców. A dalekosiężne konsekwencje tego okrucieństwa dla psychiki człowieka terapeuci widzą po latach w swoich gabinetach w postaci zaburzeń depresyjno-lękowych.

To służy, jak tłumaczą we Francji, temu, żeby rodzice odpoczęli, bo to pozwala im zachować dobrą kondycję fizyczną i psychiczną. Służy też temu, żeby mogli uprawiać seks, co jest trudne, gdy dziecko śpi razem z nimi. A w jaki sposób w uprawianiu seksu przeszkadza im dwuletnie śpiące dziecko? Wystarczy tylko zapewnić sobie wystarczająco duże łóżko albo łóżeczko dziecka postawić tuż obok materaca rodziców – i po kłopocie.

Lekarze z Centrum Badania Snu Dziecka w Bostonie twierdzą, że każdego malca można w ciągu kilku dni nauczyć zasypiania i przesypiania całej nocy. To dla rodziców umęczonych nocnym wstawaniem nęcąca propozycja. Co w niej złego? Oczywiście, że dziecko zostawione samo sobie w końcu zaśnie, tak jak zaśnie żołnierz w ostrzeliwanym okopie, gdy będzie dostatecznie zmęczony. Nie ma nic odkrywczego w tej okrutnej procedurze. Dziecko w wieku do dwóch lat powinno do woli korzystać z bliskości i obecności rodziców. To jedyny taki okres w naszym życiu pozwalający doświadczyć miłości, ciepła, troski, poczucia bezpieczeństwa, a także bezwarunkowo ofiarowanego poczucia własnej wartości.

Bostońscy lekarze przekonują, że można z miłością i bez naruszania bezpieczeństwa dziecka uczyć je samodzielnego zasypiania. Pokazują, jak to robić nieinwazyjnie. Na przykład czule pożegnać dziecko, odłożyć na minutę do łóżeczka, pojawić się, kiedy protestuje, znów wyjść na minutę. I tak aż do skutku. Według nich taka nauka zasypiania skutkuje też tym, że dziecko będzie zasypiać samo, gdy się przebudzi w nocy. Po co tyle trudu? Dziecko przecież i tak zacznie zasypiać i spać samo. Po roku, maksimum dwóch bezwarunkowego i bezstresowego dopieszczenia, gdy będzie czuło się komfortowo, bezpiecznie, samo zaśnie w swoim łóżeczku. Wyjmuje mu się tylko jeden szczebelek, żeby mogło, jeśli poczuje taką potrzebę, przejść do rodziców. Nie mówię tego teoretycznie, sam przez to przeszedłem. Z matką moich synów urządziliśmy sypialnię tak, że mieliśmy ogromną platformę do spania. Synowie zajmowali miejsce za naszymi głowami, w niczym nam nie przeszkadzali, a my byliśmy spokojni, bo mogliśmy w każdej chwili ich dotknąć, pogłaskać, chwycić za nogę lub rękę, uspokoić i dalej spać. Gdy dostali swoje łóżeczka, to z radością poszli spać do swojego pokoju.

Widzisz jakieś „za” w uczeniu dziecka samodzielnego zasypiania? Nie widzę żadnego. Spanie to naturalny proces, nie trzeba dziecka w tym trenować. Powtórzę: jeśli zapewni mu się poczucie bezpieczeństwa, troskę i miłość, to wszystko przebiegnie naturalnie i szybko.

Nie do końca tak bywa. Znam rodziców, którzy nie przespali całej nocy od pięciu lat. Dziecko wciąż domaga się ich obecności w nocy i nie chce słyszeć o spaniu w swoim pokoju. Jego mama powiedziała mi, że żałuje, że nie przysposabiała go do samodzielnego spania. Dzieci są różne. A poza tym za ich problemem ze spaniem mogą kryć się jakieś zaburzenia somatyczne lub trudne emocje i napięcia między rodzicami. Dorośli powinni więc przyjrzeć się też sobie. Dziecko tej mamy z jakichś powodów potrzebuje nadal jej bliskości i wsparcia. Oczywiście można doprowadzić bezbronne dziecko do rezygnacji z jego ważnych potrzeb i wychować dorosłego, który nie będzie rozpoznawał sygnałów nadawanych przez własny organizm i nie będzie wiedział, jak na nie odpowiadać.

We Francji nie widać jakichś strasznych skutków. Pewna pisarka pracująca w bogatej francuskiej wielodzietnej rodzinie opowiadała mi, że gdy kilkumiesięczne niemowlę, wykąpane i nakarmione, odnoszono do swojego pokoju, wszyscy zasiadali do kolacji i nikomu nie przeszkadzał płacz dochodzący zza ściany. Starsze dzieci, zapewne wcześniej też tak trenowane, wydawały się szczęśliwe, a od polskich różniło je tylko to, że były bardziej zdyscyplinowane. Ci pozbawieni empatii rodzice byli zapewne wychowani w chłodnym, bezuczuciowym reżimie, więc tak też wychowywali swoje dzieci. To transpokoleniowa fala: „Skoro ja dostałem w kość w dzieciństwie od swoich rodziców, to moje dzieci dostaną w kość ode mnie”. Niestety, we Francji powszechną praktyką jest to, że trzymiesięczne dziecko oddaje się do żłobka. Trenowanie niemowląt w samotnym zasypianiu to część tego samego sposobu myślenia o wychowaniu dziecka – systemu, który racjonalizuje egoizm rodziców, w którym ich potrzeby stają się ważniejsze od potrzeb dziecka. A konsekwencje są takie, że Francja jest krajem o największej liczbie singli i rozwodów w Europie. Bo jeśli człowiek nie zaspokoił w dzieciństwie potrzeby bezpieczeństwa, doznawania troski i bezwarunkowej miłości, to będzie tego obsesyjnie szukał w swoich dorosłych związkach, nieustannie zmieniając partnerów w próżnej nadziei, że ta kolejna osoba będzie w stanie to dostarczyć. Będzie więc – jak małe dziecko – nastawiony wyłącznie na branie, wiecznie niezadowolony z tego, co dostaje, i nieskory do rezygnacji ze swoich planów i potrzeb na rzecz innych. Dotyczy to również stosunku do dzieci.

Decydując się na dziecko, musimy z góry założyć, że rezygnujemy z wielu naszych potrzeb. Jeśli je kochamy, będzie nam to łatwiej zrobić, rezygnacja nie będzie bolesna. Jeśli natomiast dziecko ma być tylko zadaniem, projektem lub dodatkiem do facebookowego obrazka szczęśliwego życia, to lepiej pozostać bezdzietnym.

Badacze snu twierdzą, że dzieci, które nie potrafią same zasypiać, nie są wcale dziećmi z problemami. Wprost przeciwnie – są bardzo pojętne. Szybko uczą się, że gdy głośno domagają się obecności przy zasypianiu mamy, i są w tym konsekwentne, to mama to życzenie spełni. Czy nie ma obawy, że w ten sposób wychowamy terrorystę? Jeśli od początku trzeciego roku życia dziecka nie zaczniemy stopniowo wymagać od niego większej samodzielności, to może się tak stać. Ale człowiek ma pewną hierarchię potrzeb. Kiedy zostaną zaspokojone te podstawowe, jak poczucie bezpieczeństwa, przechodzi on niejako do zaspokajania następnych. Oczywiście dzieci nie są duplikującymi się klonami, każde potrzebuje czego innego. Ale wszystkie bez wyjątku potrzebują miłości i bezpieczeństwa. Przedwczesny trening i zbyt duże wymagania sprawią, że choć dziecko w końcu się do tego dostosuje, to jednak poniesie w swoją dorosłość wiele deficytów i ograniczeń, które bardzo skomplikują mu życie. Jestem pewny, że badania cytowanych przez ciebie lekarzy nie uwzględniają tych długofalowych konsekwencji.

Do jakiego wieku spanie z dzieckiem w jednym łóżku jest dobrym rozwiązaniem? To indywidualna sprawa. Na pewno wygodne jest wtedy, gdy mama karmi piersią, co nie powinno trwać dłużej niż rok*, czyli do czasu, gdy dziecku urosną zęby, których pojawienie się jest sygnałem tego, że czas usamodzielniać dziecko w dziedzinie odżywiania. Ale w okresie karmienia wspólne legowisko naprawdę się sprawdza. Trzeba znaleźć złoty środek między potrzebami dziecka i naszymi, żeby też nie wychować "potwora"**, który nas terroryzuje. Ale to nie grozi dziecku do drugiego roku życia.

Przywołam tu ogólną zasadę, zaczerpniętą z mądrości Wschodu, gdzie dzieci bardzo szybko uniezależniają się i stają się autonomicznymi ludźmi. Zasada jest następująca: przez pierwsze pięć lat rodzice są niewolnikami potrzeb swojego dziecka, od 5 do 15 lat dziecko jest niewolnikiem swoich rodziców (wtedy następuje proces socjalizacji), a od 15. roku życia stopniowo staje się ich partnerem. W myśl tej zasady dzieci hinduskie od urodzenia pozostają w stałym kontakcie z matką, są noszone w chuście, czują jej zapach i słyszą bicie jej serca. Wzrastające w takim poczuciu bezpieczeństwa maluchy szybko stają się samodzielne i odważne. Dopieszczone i dokochane, szybko podążają w kierunku coraz większej autonomii i emocjonalnie dojrzewają. Podobnie dzieje się w innych kulturach.

Usypianie dziecka bywa utrapieniem rodziców. Znam takich, którzy muszą wozić synka autem, bo twierdzą, że tylko wtedy zasypia. Rytuały z zasypianiem są ważne, to nie ulega wątpliwości. Które z nich są według ciebie najważniejsze? Spokój rodziców i zadbanie o ich własny rytm dobowy. Dobrze na przykład o zmroku zmniejszyć oświetlenie domu, zapalać żółte światło, nie włączać telewizora, laptopa. Jeżeli rodzice sami wejdą w stan resetu, odpoczynku, wyciszenia, to dziecko za tym pójdzie. Dziecko jest na ogół doskonale regulowane przez zegar dobowy, tylko rodzice muszą sami się doregulować, a też zastanowić, jakim wzorcem są dla dziecka i w jakim stanie umysłu i serca siadają przy jego łóżeczku, dotykają go czy karmią. Czy tam jest duża doza irytacji, zniecierpliwienia, niechęci, złości? Jeżeli tak, to trzeba zastanowić się nad sobą, a nawet pójść do psychologa czy terapeuty i zapytać, dlaczego taką niechęcią reaguję na swoje dziecko, dlaczego mam tak mało cierpliwości, tak mało serca, dlaczego jest we mnie takie napięcie, dlaczego czuję się obrabowywany z energii i czasu przez swoje własne dziecko, które zaprosiłem na ten świat. Trzeba zadać sobie takie niewygodne pytania, a nie tresować dziecko po to, żeby od tych pytań uciec i żeby było nam wygodniej.

Nie ma jedynej recepty na wychowanie. Rodzice powinni po prostu ufać sobie, to chyba najlepszy drogowskaz. To prawda. Trzeba przyjąć założenie, że dziecko to nie tabula rasa. Przychodzi na świat już z pewnym bagażem zapisanym w genach. Niektórzy mówią, że rodzi się z kwantowym programem, który ma swoją historię i dynamikę, więc rodzi się w nieprzypadkowym miejscu i ma nieprzypadkowych rodziców. Jeżeli można sformułować ogólną zasadę, to taką: do drugiego roku życia wyposażamy dziecko w poczucie bezpieczeństwa i bezwarunkową miłość, która nie stawia żadnych wymagań typu: śpij na żądanie, jak najszybciej usiądź na nocniku, zacznij kontrolować zwieracze, najlepiej to bądź gotowy na rozstanie ze mną w szóstym miesiącu życia i zaakceptuj żłobek, bo chcę wrócić do pracy. Takie wygórowane przedwczesne wymagania to emocjonalna przemoc wobec dziecka i racjonalizacja rodzicielskiego egoizmu. Oczywiście zawsze będą od tego jakieś wyjątki ze względu na predyspozycje dziecka, cechy charakteru rodziców i poziom ich osobistego rozwoju. Bo nawet jeśli namówimy rodziców do tego, żeby traktowali dziecko przez dwa lata w taki sposób, jaki tu proponuję, a oni do tego wewnętrznie nie dorośli, to i tak nie dostarczą dziecku poczucia bezpieczeństwa, ważności, bezwarunkowej miłości. Bo chociaż na poziomie praktycznym wprowadzą w życie wszystkie zasady, to fakt, że będą zniecierpliwieni, źli, a nawet wrogo nastawieni do dziecka, zniweczy ich wysiłki. Stąd zasada, że mniej ważne w sprawach międzyludzkich jest to, co robimy, a najważniejsze to, w jakim stanie ducha, serca i umysłu jesteśmy, gdy to robimy.  

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

* Od redakcji: Zdanie o karmieniu piersią, sugerujące, że nie powinno ono trwać dłużej niż rok to nasz błąd, za który przepraszamy. Wszelkie kwantyfikatory, a zwłaszcza określenie „powinno się” w odniesieniu do karmienia piersią, są niedobre. KAŻDA matka robi w tej kwestii tak, jak uważa, jak może. Karmi piersią, zgodnie z wytycznymi WHO, czyli do 6. miesiąca życia dziecka wyłącznie piersią, a potem - rok, dwa, trzy, czy do 6. roku życia. Szacunek i zrozumienie należy się też matkom, które  z różnych powodów nie mogą karmić.

** Używając tego słowa chciałem zwrócić Czytelniczkom uwagę na konieczność stopniowego stawiania dziecku  granic w sytuacjach, gdy narusza lub/i nadużywa rodzicielską przestrzeń (łóżko, miejsce i narzędzia pracy, toaletę i łazienkę), czas zarezerwowany dla rodziców, a także granice rodzicielskiego ciała. Pierwsze wymagania związane z przestrzeganiem tych granic mogą się zacząć pojawiać już na początku trzeciego roku życia. To bardzo ułatwi dziecku adaptację do sytuacji przedszkola i do zasad współżycia w grupie rówieśniczej - a także wśród dorosłych. W kontekście wieloletniego karmienia piersią nie stawianie granic z wolna instaluje w umyśle już nawet trzyletniego dziecka tendencję do instrumentalnego traktowania matki. Wiele długokarmiących matek, z którymi miałem do czynienia przy okazji ich terapii, opowiadało mi o tym, że ich nawet 5-6 letnie dzieci potrafiły agresywnie i aktywnie (np.  zadzierając mamie bluzkę ) domagać się natychmiastowego dostępu do piersi, gdy tylko z jakiś powodów poczuły się sfrustrowane. Zdarzało się to także w sytuacjach towarzyskich i w miejscach publicznych. Nie ulega wątpliwości, że takie zachowanie świadczy nie tylko o instrumentalnym i uprzedmiotowującym stosunku do matki lecz także o silnym uzależnieniu dziecka od piersi matki oraz braku zdolności do autonomicznego radzenia sobie z trudnymi emocjami." Wojciech Eichelberger 

  1. Psychologia

"Przyjdzie wilk i cię zje". Do czego może prowadzić wychowanie oparte na strachu?

Wychowanie oparte na strachu to ogromna pokusa dla rodziców. Przynosi wprawdzie natychmiastowy skutek, ale w dłuższej perspektywie przybywa strat. (Fot. iStock)
Wychowanie oparte na strachu to ogromna pokusa dla rodziców. Przynosi wprawdzie natychmiastowy skutek, ale w dłuższej perspektywie przybywa strat. (Fot. iStock)
Rodzice straszą dzieci z wielu powodów: z braku czasu, lepszych pomysłów, dlatego, że ich też w dzieciństwie straszono… Wydaje się to niegroźne, a jest krzywdą i wychowawczą porażką. 

Wielu dorosłych uważa, że autorytet należy budować na strachu. W związku z tym wiele dzieci jest grzecznych tylko wtedy, gdy mama i tata patrzą… Używanie straszaków to bardzo skuteczna metoda wychowawcza – oczywiście jeśli chce się wychować człowieka posłusznego, i nic poza tym. Jeśli jednak nade wszystko pragniesz, by twoje dziecko było mądre, pewne siebie, spokojne i szczęśliwe, nie idź tą drogą. Prowadzi może i na skróty, ale donikąd.

Poczekaj, aż tata się dowie…

Cygan, dziad z worem, diabeł, Baba Jaga… Tradycja, w tym znakomita większość bajek, stworzyła wiele postaci służących do straszenia dzieci. Są wprawdzie nierealne, ale właśnie w tym tkwi ich wielka siła oddziaływania na wyobraźnię. Dlaczego straszenie abstrakcyjnymi postaciami jest tak skuteczne? Bo dziecko samo wymyśla swój strach. W zależności od wieku wybierze też, czego ma się bać – czy samego spotkania, czy porwania, a może zjedzenia…

Do straszenia idealnie „nadają się” też realne, konkretne osoby („poczekaj, pan sąsiad cię zabierze”), ale najskuteczniejsze i najbardziej obciążające psychikę dziecka jest straszenie członkami rodziny („jak tatuś wróci…”, „no, jak powiem babci…”). Zawieszasz głos i nie precyzujesz, co się wtedy właściwie stanie. A dziecko w swojej wyobraźni tworzy dalszy scenariusz. Tylko że podczas, gdy ty już dawno o tym zapomnisz, ono nadal będzie nosiło w sobie strach i podświadomie czekało na wymierzenie kary. Gdy tato wraca i nic się nie dzieje, maluch wcale nie odczuwa ulgi i nie dochodzi do wniosku, że mama użyła straszaka, bo była bezradna – ono cały czas się boi.

Dzieci nie rozumieją, że to było powiedziane tak sobie, na niby, dla żartu. Boją się naprawdę. A dorośli się potem dziwią, dlaczego maluch wpada nagle w histerię czy zaczyna się nieracjonalnie zachowywać. Nie kojarzą wybuchów paniki, nocnego moczenia, kłopotów ze zdrowiem czy problemów z nauką z tym, że kiedyś go nastraszyli.

Przestanę cię kochać

Elementarną potrzebą emocjonalną każdego dziecka jest poczucie bezpieczeństwa i bycie kochanym. Dlatego aby najskuteczniej nastraszyć dziecko, wystarczy zagrozić mu, że to utraci. Odbieranie miłości to niezwykle uniwersalny straszak, bo można go zastosować zarówno do bieżących zachowań („umyj zęby, bo będzie mi smutno”), jak i do tych bliżej niesprecyzowanych („nie po to tyle się staram, żebyś wyrósł na byle kogo”).

Warto wiedzieć, jakie skutki wywołuje mówienie do dziecka np.:

„To przez ciebie jestem smutna/y”. W konsekwencji za każdym razem, gdy rodzic ma gorszy nastrój, dziecko obarcza siebie za to winą. A ponieważ nie umie wymyślić, co takiego zrobiło, dręczą go nieuzasadnione wyrzuty sumienia. W skrajnym przypadku, gdy mama czy tata poważnie zachorują, dziecko może żyć w przekonaniu, że to przez nie, bo za mało się starało.

„Denerwujesz mnie”. W tym komunikacie brak jakichkolwiek konkretów i dlatego jest on tak skuteczny. Dziecko musi samo odgadnąć, co ma robić, żeby rodzic przestał się gniewać. Zamiast na nauce czy zabawie skupia się więc na zadowalaniu mamy czy taty. Jest rozdrażnione, płaczliwe, ma kłopoty z koncentracją i nie może pozwolić sobie na naturalne zachowanie, ponieważ wciąż się kontroluje, żeby rodzice byli z niego zadowoleni.

„Piotruś jest grzeczniejszy niż ty”. Każde dziecko, które to usłyszy, pomyśli, że mama albo tata już go nie chcą, nie kochają. Maluchy bardzo długo nie rozumieją, że między rodzicami a dzieckiem istnieje silna biologiczna więź, więc żarty w rodzaju „wymienię cię, nie chciałam takiego dziecka, wezmę sobie inne” – traktują z całkowitą powagą. Poza tym w wyniku takich komunikatów przestają lubić dzieci, które podejrzewają o to, że mogą być ich konkurentami o względy rodziców, bo są np. grzeczne, dobrze się uczą...

„Mam już dość takiego zachowania”. Pierwsza myśl dziecka jest taka: „mama/tata chce mnie zostawić”. Gdy rodzic wychodzi i ma zostać samo, choćby na krótko – wpada w panikę. Boi się, bo nigdy nie wie, kiedy groźba zostanie zrealizowana. Nie może znieść chwili bez mamy czy taty. Groźba, że je zostawią, może przetrwać w dziecku nawet kilka lat i być przyczyną tego, że – już jako nastolatek – nie będzie chciało np. jechać na kolonie.

„Jeśli coś zrobisz/czegoś nie zrobisz, będę bardzo zła/y”. Dziecko, które ciągle słyszy taki komunikat, w przyszłości może podejmować życiowe wybory opierając się na strachu, stosując kryterium braku kary, a nie wewnętrznej satysfakcji.

Robi to, co mu każą

Czymkolwiek lub kimkolwiek dziecko jest straszone, wcześniej lub później zrozumie, że dorośli mówili mu bzdury. Baba Jaga nie istnieje, w piwnicy nie ma wilka, od brudnych zębów czy jedzenia cukierków przed obiadem się nie umiera, mama nigdy mnie nie zostawi, bo jestem sensem jej życia, a to, czy mam porządek na biurku, nie przełoży się na mój sukces zawodowy. Wkrótce i tak dziecko zweryfikuje słowa rodziców, a ci bezpowrotnie stracą swój autorytet.

Poza tym jeśli maluch słyszy jedynie groźby, zamiast  racjonalnych powodów, to nie wie, dlaczego właściwie powinien coś robić. Myć zęby, jeść marchewkę, mówić prawdę albo być uczciwym czy miłym wobec innych. Nie widzi i nie rozumie korzyści płynących z przestrzegania zasad współżycia społecznego. Dziecko straszone umie robić to, co mu w danej chwili każą. Tylko czy o to chodzi?

Wychowanie oparte na strachu to ogromna pokusa dla rodziców. Przynosi wprawdzie natychmiastowy skutek, ale w dłuższej perspektywie przybywa strat. Jest wyrazem braku cierpliwości dorosłych i ich bezradności. Nie straszmy zatem dzieci, bo to po prostu wychowawcza porażka.

Zamiast straszaka

  • Gdy czytasz dziecku bajkę, w której pewnych postaci maluch może się bać, daj mu jednoznaczną informację, że to tylko literacka fikcja. Powiedz np.: „Jak to dobrze, że Baba Jaga istnieje tylko w bajkach, a my nigdy jej nie spotkamy”.
  • Nigdy nie żartuj, że przynosi ci zawód, że je zostawisz. Raczej mów mu, jakie chcesz, żeby było – bez komentarza, co się stanie, gdy takie nie będzie.
  • Poświęcaj mu czas, wykaż się cierpliwością, tłumacz wszystko, co tylko się da. Dzieci słuchają osób, z którymi są głęboko związane.
  • Nie zmuszaj do robienia czegoś tylko dlatego, że ty tak chcesz. Nie myl sukcesu wychowawczego z posłuszeństwem.
  • Nie pozwalaj, by inni straszyli twoje dziecko – nawet gdy jest nieposłuszne, niegrzeczne. Jeśli o czymś takim usłyszysz, zawsze mów, że to tylko żart, nieprawda, że tak nie jest. Dziecko doceni twoją szczerość. Nawet za cenę konfliktu z dziadkami czy nauczycielką broń dziecko przed strachem.