1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Nieśmiałość - lęk przed kontaktem z ludźmi

Nieśmiałość - lęk przed kontaktem z ludźmi

Jak rodzi się nieśmiałość? I co zrobić, gdy zaczyna nam zatruwać życie? (fot. iStock)
Jak rodzi się nieśmiałość? I co zrobić, gdy zaczyna nam zatruwać życie? (fot. iStock)
Co nam dodaje skrzydeł? Radość życia, entuzjazm, miłość, przyjaźń, ciekawa praca, pasja tworzenia... Tego wszystkiego może pozbawić nas nieśmiałość. Mało, że podcina skrzydła. Czasem pęta nogi tak, że trudno zrobić krok.

Słowo nieśmiałość zostało zapisane w średniowiecznych annałach już ponad 1000 lat temu. Jako nieśmiałą określano osobę trudną w kontakcie z powodu swojej bojaźliwości. Rzecz nie jest więc „nowoczesnym wynalazkiem”, może tylko współcześnie bardziej boli, bo wszystkie możliwe media, a także poradniki przedstawiają model człowieka sukcesu: idącego przez życie na zasadzie cel-pal, zwalczającego własne słabości równie łatwo, jak łatwo łamie się zapałkę. Tymczasem – to nie takie proste. O ile zupełnie możliwe jest wykorzenienie i unicestwienie jakiejś drobnej przywary, o tyle trudno w ten sam sposób wychować w sobie przebojową kobietę czy dynamicznego, rzutkiego mężczyznę, jeśli właśnie nieśmiałość jest podstawowym zrębem naszej osobowości. Aby sobie z nią poradzić, trzeba najpierw odpowiedzieć na pytania: czym jest?, skąd się może brać?, a dopiero potem szukać sposobów, aby ją opanować.

Wachlarz nieśmiałości

Jak to zwykle bywa, definicji zjawiska jest wiele. Najbardziej pojemną wydaje się ta, która określa nieśmiałość jako zachowanie osoby świadczące o świadomej niezdolności do podjęcia czynności, mimo że ma na ich temat wiedzę. Amerykański psycholog społeczny, prof. Zimbardo twierdzi, że osoba nieśmiała czuje się stale skrępowana wśród ludzi lub w różnych sytuacjach. Charakteryzuje ją rezerwa i brak wiary we własne siły. Jest to więc pewien rodzaj lęku społecznego.

Oczywiście, nieśmiałość nieśmiałości nierówna. Może być sytuacyjna albo chroniczna. Występuje też w różnym zakresie: przybiera lekką formę, np. zakłopotania, w momencie zainteresowania naszą osobą, aż po upośledzenie psychiczne, które może okaleczyć człowieka równie silnie jak poważny fizyczny defekt (tak pisze o tym Zimbardo) i uruchamia autoagresywne mechanizmy: uniemożliwia zawieranie przyjaźni, przeszkadza w publicznej obronie własnych praw, każe nadmiernie przejmować się własnymi reakcjami, obawiać, jak zostaną ocenione przez innych, zamyka człowieka w skorupie lęku, z którego nie potrafi wyjść. Gdy stan się przedłuża, do psychicznych bolączek mogą dojść kłopoty ze zdrowiem: spowodowane stresem choroby autoimmunologiczne (czyli organizm atakuje sam siebie), depresyjność, lęk i przeraźliwa samotność.

Typowa nieśmiałość ma kilka objawów fizjologicznych: przyspieszone bicie serca, czerwienienie się, wystąpienie plam na szyi i twarzy, suchość w ustach, pocenie się, drżenie rąk, nudności. Te trzy ostatnie symptomy typowe są dla fobii społecznej: mogą nawet utrudniać podstawowe czynności, jak wyjście z domu do pracy.

Gdy dziecku czegoś brak

Nieśmiałości nie można rozpatrywać jako cząstki „wyjętej” z człowieka, jak kawałek tortu. Jak to zwykle bywa, odpowiedzi na pytania: kim jesteśmy i dlaczego właśnie tacy?, należy szukać w dzieciństwie. Mamy na myśli charakter, na który mają wpływ przede wszystkim rodzice. Jego zręby tworzą się od pierwszych chwil życia, przy czym pierwszych sześć lat to kluczowy okres, kiedy formuje się baza dla późniejszego rozwoju człowieka. Właśnie psychologia rozwojowa zwraca uwagę na to, jak ważne są pierwsze tygodnie, czas tuż po narodzeniu i niemowlęctwo – jego przebieg traktowany jest jak matryca, w której odlewa się późniejszy charakter. Jeśli rodzice są wystarczająco dobrzy, człowiek przechodzi przez życie bez chorobliwej nieśmiałości. Może okazać się introwertykiem, wrażliwcem, ale nie będzie mieć lęku przed kontaktem ze światem.

Nieraz zdarza się, że spotykamy na swojej drodze kogoś, o kim mówimy, że „przeprasza, że żyje”. Ma bladą, woskowatą twarz, skurczone ciało, zawsze stoi z boku. Można z pewnym prawdopodobieństwem wnioskować, że w bardzo wczesnym dzieciństwie musiał doznać traumy, która zablokowała w nim „prawo do życia”. Może to być nieszczęśliwy los: porzucenie, dom dziecka albo długotrwałe przebywanie w szpitalu we wczesnym okresie – słowem sytuacja, w której zabrakło opieki rodzica. W tym wczesnym okresie absolutnie najważniejsza jest adekwatność zachowania rodziców do potrzeb małego dziecka: zaspokajanie jego głodu (dla dziecka głód to prawdziwy ból), potrzeby fizycznego kontaktu, głosu, który słyszało będąc jeszcze w brzuchu matki, dotyku znanych rąk, znajomego zapachu. Jeśli tego nie brakuje, w małym człowieku gruntuje się przeświadczenie, że ma prawo czuć potrzeby, na które ktoś odpowie. Tak formuje się zaufanie do samego siebie. Zaniedbany niemowlak może wyrosnąć na człowieka, który unika kontaktów albo ma kontakty „dzikie”, znajduje ucieczkę w świecie idei, woli obcować z książkami niż z ludźmi, jest samotnikiem-intelektualistą, inwestuje w rozwój duchowy, w bycie ponad potrzebami. To tylko kilka możliwych scenariuszy. W tym wszystkim kryje się przekaz: nie potrzebuję ludzi, nie potrzebuję więzi, bo nie wierzę w to, aby moja potrzeba została uznana za ważną. Bywa też inaczej: upośledzenie następuje w nieco późniejszym okresie.

Jest taki fajny moment w rozwoju dziecka, mniej więcej od około roku do półtora. Pierwszy raz staje na nogi, mówi pierwsze słowa, może się samo przemieszczać, manifestować swoją wolę. Czuje się panem sytuacji, nabiera odwagi w obcowaniu ze światem. Jeśli rodzice pozwolą dziecku na ten mały „podbój kosmosu” – rozwój szybko i naturalnie przejdzie w fazę urealnienia: za chwilę mały człowiek zrozumie, że nie jest wszechmocny. Natomiast jeśli rodzice podchodzą do wszystkiego z przesadnym lękiem, dziecko uwewnętrznia przeświadczenie, że nie ma prawa sięgać po to, czego chce. Przeświadczenie to może być źródłem późniejszej nieśmiałości.

Czasem zdarza się i tak, że „błąd w matrycy” pojawia się między osiemnastym a dwudziestym czwartym miesiącem życia. Wtedy dziecko jest już odrobinę „odpępowione”, idzie do świata i przynosi mamie różne rzeczy: a to cudny samochodzik, a to lalę. Chce w ten sposób na nowo przywołać ją do układu więzi, mówi: pochwal mnie, pobaw się ze mną. Jednak zdarza się, że mama zdążyła się już przyzwyczaić do wygodnej sytuacji, w której dziecko potrafi zająć się samo sobą. Przeszkadza jej, że znów chwyta się jej spódnicy, strzepuje więc małe łapki, mówiąc: zostaw, nie przeszkadzaj, idź baw się sam. Malec zapamiętuje, że to, co go cieszy, nie jest ważne, że nikt nie chce się tym cieszyć razem z nim. To także może być źródłem nieśmiałości.

Nic nie poradzimy: te krótkie miesiące najwcześniejszego dzieciństwa rzutują na cały nasz psychologiczny życiorys. Czasem nabyta w pierwszych miesiącach trauma ciągnie się długimi latami. Potrafi zniszczyć życie. Nie wolno sobie na to pozwolić. Przygotowując się do tego „wykładu” o nieśmiałości przeglądałam rozmaite psychologiczne fora internetowe. Pewna borykająca się z problemem nieśmiałości internautka pisała: mam już 60 lat, moje rodzeństwo odnosi sukcesy w życiu zawodowym, ma udane rodziny, przyjaciół, a ja, mimo upływu lat, wciąż pozostałam tą samą wzgardzoną, odrzuconą dzikuską...

Wola zmian

Na nieśmiałość nie ma niebieskiej tabletki szczęścia. Każdy musi znaleźć własną drogę, a przede wszystkim wzbudzić w sobie wolę ZMIANY. Kochająca osoba. Przyjaciele. Terapeuta. Trzeba znaleźć własny trop. Matryca matrycą, ale człowiek cały czas się STAJE. Nigdy nie jest za późno, żeby poprawić jakość życia.

W przypadku niezbyt głębokiej nieśmiałości sytuacyjnej wystarczy zapewne odrobina pracy nad sobą. Jeśli ogarnia cię lęk przed konkretnym wyzwaniem – mimo lęku zrób milimetrowy krok. Coś tam się zawsze uda utargować, pchniesz swój świat o ten milimetr. Takie pozytywne doświadczenie daje nam poczucie „sprawstwa” . Czasem, jeśli ktoś ma dostatecznie dużo szczęścia i trafi na życzliwego, dobrego człowieka – przyjaciela lub życiowego partnera – on pomoże nabrać pewności siebie, cierpliwie poczeka na ujawnienie tych skrywanych czy tłumionych emocjonalnych potrzeb. Odpowie na nie tak, że odbudujemy to, czego zabrakło w dzieciństwie. Nieraz przecież zdarza się, że dzikus w objęciach miłości potrafi się zmienić w normalnie funkcjonującego człowieka. Ile razy wypowiadaliśmy takie zdanie: „jak on się przy niej wyrobił!”, „jak ona przy nim wypiękniała, nabrała pewności siebie!”.

Wbrew obiegowej opinii, nie tylko kobiety mają problemy ze znalezieniem tej drugiej połówki – bo są zbyt nieśmiałe. W grupach terapeutycznych jest mnóstwo mężczyzn. Próba pokazania własnej wartości jest tłumiona u nich przez lęk przed odrzuceniem. Nieśmiali mężczyźni obawiają się, że kobieta ich pochłonie lub odrzuci, boją się zbliżyć i nie potrafią stworzyć dobrego związku. Może to i banał, ale nigdy dość go powtarzać: jeśli człowiek otworzy się na ludzi, otrzyma wielokrotnie więcej, niż oczekiwał. I jeszcze: gdybyśmy mieli dobre stosunki z ludźmi, terapeuci nie byliby potrzebni. Jednak bardzo często bez nich nie dokonamy zmian, nie ruszymy z miejsca. Terapia czy grupa wsparcia, w której przekonamy się, że ze swoim problemem nie jesteśmy sami, potrafi zdziałać cuda. W przypadku głębokiej fobii społecznej jest absolutnie niezbędna i trzeba ją wspierać lekami.

Cały czas mówimy o nieśmiałości, tej głębokiej, jako o poważnym upośledzeniu życia i to prawda, ale też niecała. Oczywiście, nie jest to pieprzyk na urodzie, to problem, który musimy rozwiązywać, ale... może on również mieć swój urok. Na ogół nieśmiali ludzie są także wrażliwi – więcej czują i widzą, głębiej rozumieją. To ma swoją wartość, o ile nie obniża zbyt drastycznie jakości życia. Jeśli nas blokuje, unieszczęśliwia, wtedy mamy święty obowiązek zaopiekować się sobą, coś zrobić. Jeśli próbujemy walczyć z nią bez niczyjej pomocy, musimy pamiętać, że w nieśmiałości typowy jest rozjazd między „ja” idealnym i tym realnym. A to łatwiej jest dostrzec podczas konfrontacji z grupą terapeutyczną czy też w rozmowie z życzliwym człowiekiem. Postarajmy się być dla siebie jak życzliwi, wyrozumiali rodzice. Nie stawiajmy sobie nierealnych celów. Te realne są naprawdę wystarczająco dobre.

Opowiadała Elżbieta Brodowska: psychoterapeutka, absolwentka podyplomowego Studium Psychoterapii Psychoanalitycznej oraz Podyplomowego Studium Psychoterapii Indywidualnej i Grupowej oraz Treningu w Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Absolwentka i certyfikowana psychoterapeutka w podejściu ISTDP. Prowadzi Ośrodek Psychoterapii i Psychoprofilaktyki w Katowicach.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Krytyka – broń masowego rażenia

Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. (fot. iStock)
Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. (fot. iStock)
Kto z nas lubi być krytykowanym? Jakie emocje wywołuje w nas krytyka i czy faktycznie motywuje nas do wzrostu, doskonalenia? Kto samowolnie się jej poddaje?

Krytykanctwo (krytykowanie) jest jedną z form zaliczanych do tak zwanego języka „szakala”, używając terminu wprowadzonego przez Marshalla Rosenberga, twórcy idei porozumienia bez przemocy. Krytyka, tak jak poniżanie, pretensjonalizm, obwinianie, obarczanie odpowiedzialnością, zamierzone ignorowanie, wyszydzanie niesie w sobie „ujemny ładunek energetyczny” i wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, pobudzaniem kreatywności, tworzeniem czegoś, co ma tchnienie życia w sobie.

Kto z Was ma w swoim otoczeniu zawodowym czy rodzinnym osoby, które niemal na wszystko co zrobimy reagują krytyką?

Nie pamiętasz, kiedy ostatni raz zostałeś/łaś pochwalony/a przez swojego męża, żonę, matkę, ojca? Masz wrażenie, że możesz się starać za każdym razem coraz bardziej, a wystarczy drobne potknięcie i cały wysiłek na marne, bo zapłata jaką otrzymujesz od innych to w dużej mierze sama krytyka?

Słyszeliście, kiedyś podobne słowa?: „Na ciebie nigdy nie można liczyć”; „No mogłam się tego po tobie spodziewać”, „Dawaj, sam to zrobię, bo ty jak się za coś zabierasz, to jak zwykle porażka”; „Po co ty w ogóle się wychylasz, lepiej siedź w domu i słuchaj innych, to przynajmniej problemu nie będzie”. Przypominacie sobie, co się wtedy w was działo? Co czuliście?

Pewnie wśród tych uczuć były smutek, żal, wstyd, beznadzieja, chęć wymierzenia sobie kary, za niespełnione oczekiwania, rozgoryczenie, odrzucenie… Słowo ma wielką moc, może dać życie, ale może też je zniszczyć. Krytyka niszczy życie, jakie jest w człowieku i jego twórczym potencjale.

Lubimy otaczać się regułami, mieć jasno określone schematy postępowania dla danej płci, wieku, grupy społecznej, czy formacji politycznej. Jeśli ktoś w naszym otoczeniu nie postępuje wedle tych reguł, np. samotna matka z dwójką dzieci zakłada nową rodzinę, komentujemy, że jej już nie przystoi, bo powinna zostać sama i dziećmi się zająć… tak, jakby je nagle zostawiła i się nimi nie zajmowała. Inny przykład, kiedy dojrzała kobieta po 60-stce postanawia założyć biznes, krytykujemy, że na pewno jej się nie uda, że nie zna wymagań rynku, itp., itd. Jeśli ktoś podejmuje wysiłek, łamie konwenanse i onieśmiela własne lęki musi jeszcze zmierzyć się ze środowiskiem, w którym chce rozwinąć skrzydła i wzbić się w powietrze, realizując swój pomysł na życie, czy pracę. Tu nierzadko właśnie napotyka na krytykę, porównywanie i powątpiewanie w powodzenie. Dlaczego? Czy celowo chcemy sobie zrobić na złość? Czy może wyrazić niezadowolenie, czasem wręcz oburzenie, że ktoś ma odwagę po prostu żyć, zamiast bać się żyjąc?

Odpowiedź tkwi w prostym mechanizmie wzajemności. Ty, który krytykujesz tego, któremu się powiodło, lub zwyczajnie „chciało” zawalczyć o lepszy komfort dla siebie w dowolnej sferze życia, gdzieś, kiedyś, głęboko w swoim sercu odmówiłeś sobie tego sam…Tak jak agresja rodzi agresję, tak krytyka względem siebie, wzmacniana przez najbliższych poprzez atmosferę braku akceptacji dla naszych działań, decyzji... rodzi krytykę wobec innych. Gdy chcemy rozliczać się wzajemnie z praw, reguł, zasad - musimy pamiętać, że wchodzimy do świata, w którym nie ma miłosierdzia, elastyczności, wyrozumiałości. Straszne, prawda? Krytykując, poniżając siebie i innych zamykamy sobie okno na życie, odcinamy sobie dostęp do powietrza. Świadomie wybieramy ciemny pokój, bez okien, do którego, gdy byliśmy dziećmi nie chcieliśmy wchodzić, bo było ponuro i nudno. Teraz sami pokornie go odwiedzamy, bo weszło nam to w krew, poza tym widzimy innych, którzy też go często odwiedzają, albo się tam zasiedzieli i oddychają tym zatęchłym powietrzem konwenansów i zasad.

Nowa myśl, twórcza myśl oraz życie rodzą się w wolności… Nie zniewalajmy własnych serc przez bombardowanie siebie samych i siebie nawzajem słowami krytyki.

Stary nawyk, nawet ten werbalny czy myślowy zawsze można zmienić, wyeliminować, zastępując go innym, tym pożądanym.

Lekarstwem na nasz żal… na ten smutek i odrzucenie, jakie czuliśmy, gdy kolejny raz zostaliśmy skrytykowani, nie jest oddanie komuś innemu tego samego na zasadzie: „a masz!, ja tak miałem, to Tobie niech też nie będzie lepiej”. Uzdrawiającą moc i pozytywną myśl niesie ze sobą akceptacja i miłość. Słowa wypowiadane z troską, wzmacniające naszą siłę sprawczą - nasze poczucie własnej wartości. Nie jest trudno je wypowiedzieć, choć wydaje się, że niektórym nie przechodzą przez usta. A może tym, którym tak trudno skierować słowa miłości, życzliwości, dobroci, szacunku i akceptacji do samego siebie i do innych będzie łatwiej, jeśli uświadomią sobie, że tym sposobem pomagają. Człowiek z zasady lubi pomagać i to jest dobre. Krytyka nie pomaga. To mit. Mówmy do siebie z intencją pobudzenia życia, twórczości. Nie podcinajmy skrzydeł. Otwórzmy się na zmiany i pozwólmy zmieniać innym.

Krytyka to broń, broń masowego rażenia, od której na końcu giniemy my sami. Życie zaczyna się od akceptacji i dialogu…

Warto żyć nie po to, by mieć rację, lecz po to by być szczęśliwymi!

Ewelina Jasik, propadatorka rozwoju osobistego, life coach i trenerka umiejętności interpersonalnych.

  1. Styl Życia

„Wychodź poza schematy myślowe” – radzi buddyjska mniszka Pema Chödrön

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Za każdym razem, gdy ktoś pytał pewnego mistrza zen, jak się ma, ten zawsze odpowiadał: „Dobrze”. W końcu jeden z jego uczniów powiedział: „Roshi, jak to możliwe, że zawsze dobrze się czujesz? Czy ty nigdy nie masz złego dnia?”. Mistrz zen odpowiedział: „Pewnie, że mam. W złe dni czuję się dobrze. W dobre dni też czuję się dobrze”. Na tym polega równowaga.

Praktykując maitri (miłującą życzliwość), współczucie i radość, szkolimy się w wychodzeniu poza schematy myślowe, w otwieraniu się całym sercem na siebie, na naszych przyjaciół, a nawet na ludzi, których nie lubimy. Rozwijamy obiektywny stan równowagi. Bez tej czwartej niezmierzoności pozostałe trzy są ograniczone przez nawykowe lubienie i nielubienie, akceptowanie i odrzucanie.

Praktykuj bez uprzedzeń we wszystkich obszarach. Ważne jest, aby zawsze robić to dogłębnie i z oddaniem. - Wskazanie treningu umysłu Atiszy
Tradycyjnym wyobrażeniem równowagi jest bankiet, na który zaproszeni są wszyscy. To znaczy, że wszyscy i wszystko bez wyjątku jest na liście gości. Pomyśl o twoim najgorszym wrogu. Pomyśl o kimś, kto mógłby cię skrzywdzić. Pomyśl o Pol Pocie i Hitlerze oraz dilerach narkotykowych zaczepiających młodych ludzi. Wyobraź sobie, że zapraszasz ich na tę ucztę.

Trening równowagi to nauka otwierania drzwi wszystkim, przyjmowania z radością wszystkich istot, zapraszania życia w odwiedziny. Oczywiście będziemy odczuwać strach i niechęć w stosunku do niektórych gości. Na początek pozwalamy sobie tylko na uchylenie drzwi, jeśli to wszystko, co możemy obecnie zrobić, i pozwalamy sobie na zamykanie drzwi, gdy jest to konieczne. Rozwijanie równowagi jest pracą w toku. Dążymy do tego, aby spędzić nasze życie, ćwicząc się w miłości i odwadze, które są potrzebne, żeby przyjąć wszystko, co przychodzi – chorobę, zdrowie, ubóstwo, bogactwo, smutek i radość. Z radością przyjmujemy i poznajemy wszystko.

Równowaga obejmuje coś więcej niż naszą zwykłą ograniczoną perspektywę. Mamy nadzieję, że dostaniemy to, co chcemy, i boimy się stracić to, co mamy – to opisuje nasze trudne jak zawsze położenie. Nauki buddyjskie wskazują na osiem odmian skłonności do odczuwania nadziei i strachu jednocześnie: przyjemność i ból, pochwała i potępienie, zysk i strata, sława i hańba. Dopóki dajemy się wkręcać w którekolwiek z tych skrajnych uczuć, dopóty potencjał drugiego zawsze istnieje. Te skrajności cały czas podążają jedna za drugą. Żaden rodzaj trwałego szczęścia nie jest możliwy do osiągnięcia, gdy tkwimy w  tym cyklu pragnienia i niechęci. Życia nam nie starczy, żeby po ­ zbyć się wszystkiego, co wywołuje w nas lęk, i na koniec zostać tylko z tym, co dobre. Dlatego bodhisattwa pielęgnuje równowagę, szeroki umysł, który nie zawęża rzeczywistości do za i przeciw, lubienia i nie ­ lubienia.

W celu rozwijania równowagi uczymy się, jak uchwycić moment, w  którym zaczynamy czuć pragnienie lub niechęć, zanim zamienią się odpowiednio w zaborczość lub negację. Uczymy się pozostawać w miękkim miejscu i wykorzystujemy nasze uprzedzenia jako pomosty łączące nas z  zamętem, którego doświadczają inni. Silne emocje są pod tym względem bardzo przydatne. Cokolwiek się pojawi – bez względu na to, jak przykre jest to uczucie – może być wykorzystane do zwiększenia poczucia pokrewieństwa łączącego nas z innymi, którzy cierpią z powodu tego samego rodzaju agresji lub pragnienia, którzy tak jak my wpadają w sidła nadziei i strachu. Właśnie w ten sposób dociera do nas, że wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Wszyscy mamy dramatyczną potrzebę rozpoznania, co prowadzi do szczęścia, a co do cierpienia.

Ostatnio odwiedziłam przyjaciółkę w ośrodku medytacyjnym. Każdego dnia wiele osób narzekało, że moja przyjaciółka ciągle się spóźnia. Byli z tego powodu niezadowoleni i poirytowani. Za każdym razem używała argumentów, które jej zdaniem usprawiedliwiały spóźnienie. Jej egoizm dawał się wszystkim we znaki. Pewnego dnia podeszłam do niej, kiedy siedziała na ławce. Miała czerwoną twarz i trzęsła się z wściekłości. Była z kimś umówiona i czekała już piętnaście minut, a ta osoba się nie pojawiła. Z trudem powstrzymałam się od komentarza, że jej reakcja jest co najmniej zabawna. Czekałam jednak, by sprawdzić, czy potrafi dostrzec, że role właśnie się odwróciły, że przez wiele lat to ona stawiała innych w takiej sytuacji. Ale nie było żadnej refleksji. Jeszcze nie potrafiła postawić się na ich miejscu. Zamiast tego trwała w gniewie i potęgowała swoją złość, robiąc przesycone wściekłością notatki. Nie była jeszcze gotowa, by poczuć więź z tymi wszystkimi ludźmi, którym kazała na siebie czekać. Tak jak większość z nas nieświadomie zintensyfikowała własne cierpienie. Zamiast pozwolić, by to doświadczenie ją zmiękczyło, wykorzystała je do wzmocnienia swojej zatwardziałości i obojętności.

Trwanie w gniewie i oburzeniu przychodzi z łatwością nawet po latach praktyki. Jeśli jednak uda nam się skontaktować z bezbronnością i bezradnością żalu czy wściekłości lub jeszcze innego uczucia, może pojawić się szersza perspektywa. W momencie, gdy zdecydujemy trzymać się tej energii, zamiast ją odrzucić lub stłumić, ćwiczymy się w równowadze, w myśleniu wykraczającym poza dobro i zło. W ten sposób wszystkie cztery niezmierzoności ewoluują z ograniczonych do bezgranicznych: ćwiczymy się w wychwytywaniu momentów, kiedy nasze myśli zmieniają się w twarde przekonania, i robimy wszystko, co w naszej mocy, aby je zmiękczyć. Bariery znikają dzięki zmiękczaniu.

Praktykowanie równowagi

Praktykowanie równowagi na miejscu polega na chodzeniu ulicami z intencją pozostania jak najbardziej świadomym wobec każdego, kogo spotykamy. Jest to szkolenie się w emocjonalnej uczciwości wobec siebie i stawaniu się bardziej przystępnym dla innych. Kiedy mijamy ludzi, skupiamy uwagę na tym, czy się otwieramy, czy zamykamy. Zauważamy, czy czujemy zainteresowanie, niechęć, czy obojętność, bez dodawania niczego więcej, bez oceniania.

Możemy współczuć komuś, kto wygląda na przygnębionego, lub radować się z kimś, kto uśmiecha się do siebie. Możemy odczuwać strach i niechęć do drugiej osoby, nawet nie wiedząc dlaczego. Zauważanie, gdzie się otwieramy i gdzie zamykamy – bez pochwał i obwiniania – jest podstawą naszej praktyki. Ten sposób praktykowania, choćby w czasie krótkiego spaceru, otworzy nam oczy na wiele spraw. Możemy w  tej praktyce pójść jeszcze dalej, wykorzystując to, co się pojawia, jako podstawę do odczuwania empatii i zrozumienia. Zamknięte uczucia, takie jak strach czy wstręt, pozwalają zrozumieć, że inni również dają się w ten sposób złapać. Otwarte stany, takie jak życzliwość i radość, również pozwalają na bardzo osobisty kontakt z ludźmi, których mijamy na ulicach. Tak czy inaczej, rozszerzamy nasze serca.

Podobnie jak w przypadku pozostałych niezmierzoności, formalna praktyka równowagi składa się z siedmiu etapów. Równowaga pojawia się wtedy, kiedy mamy poczucie przestronności i swobody, które nie tkwi w pułapce preferencji lub uprzedzeń. Możemy życzyć sobie i tym, których kochamy, abyśmy przebywali w tym poczuciu wolności. Następnie rozszerzamy tę aspirację na naszego przyjaciela, na osoby neutralne i na naszego wroga. Wtedy naszą aspiracją jest, abyśmy my i pozostali mogli żyć w równowadze. W końcu możemy rozszerzyć tę aspirację na wszystkie istoty w czasie i  przestrzeni. „Oby wszystkie istoty żyły w wielkiej równowadze, wolne od namiętności, agresji i uprzedzeń”.

Możemy również praktykować równowagę przed rozpoczęciem praktyki miłującej życzliwości czy współczucia. Po prostu zastanawiamy się, ile cierpienia wynika z pragnień i z niechęci, ile jest wynikiem strachu przed utratą szczęścia, a ile jest wyrazem przekonania, że niektórzy ludzie nie są godni naszego współczucia czy miłości. Potem możemy wyrazić życzenie, aby mieć siłę i odwagę, żeby odczuwać nieograniczone maitri i nieograniczone współczucie dla wszystkich istot bez wyjątku – łącznie z tymi, których nie lubimy i których się boimy. Z taką intencją rozpoczynamy siedmioetapową praktykę.

Jak mówi Sutra maitri: „Nieograniczony umysł pozwala otoczyć opieką wszystkie żywe istoty, promieniując życzliwością na cały świat, powyżej, poniżej i dookoła, bez żadnych ograniczeń”. Praktykując równowagę, ćwiczymy się w poszerzaniu naszego kręgu zrozumienia i współczucia na tyle, żeby objąć dobro i zło, piękno i brzydotę. Jednakże bezgraniczna równowaga, wolna od jakichkolwiek uprzedzeń, nie jest tym samym, co ostateczna harmonia, gdzie wszystko w końcu się zrówna. Jest to bardziej kwestia bycia w pełni zaangażowanym we wszystko, co nas spotyka. Możemy nazwać to życiem w pełni.

Ćwiczenie się w równowadze wymaga zostawienia za sobą pewnego bagażu: na przykład komfortu odrzucania jakiejś części naszego doświadczenia oraz negowania bezpieczeństwa wynikającego z przyjmowania tylko tego, co przyjemne. Odwaga niezbędna do kontynuowania tego rozwijającego się procesu wynika ze współczucia dla siebie i z dania sobie tyle czasu, ile potrzeba. Jeśli będziemy praktykować w ten sposób przez kolejne miesiące i lata, poczujemy, że nasze serca i umysły się powiększają. Kiedy ludzie pytają mnie, jak długo to trwa, mówię: „Co najmniej tak długo, jak długo będziesz żył”.

  1. Psychologia

Kiedy boimy się bliskości i zaangażowania?

Konflikt psychiczny, związany z bliskością, często uaktywnia się przy osobach, które są dla nas interesujące (fot. iStock)
Konflikt psychiczny, związany z bliskością, często uaktywnia się przy osobach, które są dla nas interesujące (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Czy wspólna codzienność może przerażać? Czy życie dzień po dniu z drugą osobą może być czymś tak trudnym, że aż niewykonalnym? Czy zaangażowania można się bać i przed nim uciekać? Na ile zjawisko singli jest wynikiem przemian społecznych i świadomych wyborów, a na ile to oznaka wzrastającej niezdolności ludzi do bycia ze sobą?

Decydująca jest tak naprawdę motywacja, dla której wybieramy życie w pojedynkę. Można żyć samemu z miejsca wyboru, ale można również dlatego, że nie potrafi się inaczej.

Co dzieje się w przypadku, kiedy mamy do czynienia z dysfunkcją emocjonalną? Osoby, które wpisują się w taką charakterystykę, doświadczają wewnętrznego zapętlenia, konfliktu sprzecznych uczuć – chcą być z kimś blisko i jednocześnie obawiają się tego. Sytuacja wejścia w pełnowymiarową relację kojarzy im się z czymś niezwykle groźnym: z utratą tożsamości, mentalnym zniknięciem, zatraceniem siebie. Związek oznacza dla nich pozbawienie kontroli, sprawczości, integralności wewnętrznej. I nie jest to jedyne zagrożenie. Lękiem napawa również możliwość odtrącenia, odrzucenia. To, że osoba, którą obdarzę uczuciem, której zaufam i którą zaproszę do swojego świata powie – nie chcę cię, nie chcę cię takiego, jakim jesteś. - Tego typu konflikt psychiczny dosyć często uaktywnia się wobec osób w jakiś sposób dla nas interesujących. Właśnie ich atrakcyjność jest czynnikiem wyzwalającym lęk. A pochodzi on z przeszłości.

Gdy zabrakło akceptacji

Ci, którzy lękiem reagują na potencjalną bliskość, prawdopodobnie doświadczyli zranienia w ważnej relacji. Zwykle dotyczy to wczesnego okresu życia, kiedy kształtuje się psychika. Najczęściej chodzi o relację z rodzicem, opartą przykładowo na dominacji i nadmiernej symbiozie. W takim układzie autonomia dziecka nie jest szanowana, natomiast funkcjonuje wzorzec niezdrowej zależności, kiedy rodzic jest przekonany, że potrzeby dziecka i jego są tożsame. Wówczas niezbędny etap oddzielania się córki czy syna traktuje jako zagrożenie względem siebie, nie zauważa odrębności małego człowieka. Czym to skutkuje dla dziecka? - Ktoś taki, jako dorosły, może bać się tego, żeby zbliżyć do partnera. Będzie rządził nim lęk, że nie zdoła się obronić, tak jak kiedyś przed rodzicem.

Równie trudne są konsekwencje wybiórczej akceptacji, doświadczonej w dzieciństwie. To tak naprawdę manipulacja emocjonalna, kiedy rodzic daje siebie w ramach nagrody za spełnienie czegoś, co uważa za słuszne. Jeśli dziecko nie spełnia jego oczekiwań, wycofuje się – emocjonalnie, mentalnie czy fizycznie – w ramach kary. Nie ma tu miejsca na akceptację dziecka takiego, jakie ono jest. Później skutkuje to lękiem przed odrzuceniem, który na nowo przeżywamy w relacjach, gdzie dwie strony co jakiś czas się wycofują.

Działania „zamiast”

Jak wyglądają relacje osób, które boją się bliskości? To spotkania przelotne, okazyjne, dotyczące tylko życia zawodowego czy hobby. Zwykle oparte są na jakiejś zależności, na przykład tylko na seksie, przynależności do grupy, wspólnym biznesie. Właśnie takie pozwalają utrzymywać relację na pewnym poziomie powierzchowności, na zaangażowaniu ograniczonym jedynie do wybranej sfery, wycinka życia. Ktoś, kto funkcjonuje w taki sposób, porusza się w obrębie konwecji, dającej bezpieczne ramy. Są to zabiegi „zamiast”, pozwalające nie schodzić na taki poziom relacji, który jest zagrażający, a jednocześnie pozwalają ukryć trudność, usprawiedliwić przed samym sobą wycofanie.

Ten sposób radzenia sobie, kompensowania rzeczywistości ma bardzo wiele twarzy. Wspinamy się na skałki, podróżujemy, działamy w fundacjach, pracujemy zbyt ciężko, wchodzimy w wiele relacji i znikamy z nich. Jesteśmy osobami niosącymi pomoc, realizującymi wspólne pasje, buntującymi się, odgrywamy role, wypełniamy czas. Po co to wszystko? Po to, aby ochronić się przed pełnym napięcia stanem emocjonalnym, kiedy obawa przed zatraceniem tożsamości miesza się lękiem przed brakiem akceptacji, byciem odrzuconym.

Znikający punkt

Czy wycofywanie się z relacji jest złe? Na pewno jest to mocno rozbudowany mechanizm obronny i zastępczy, czasami jednak nie należy go zwalczać czy omijać. Człowiek może mieć potrzebę doświadczania go i stosowania, po to, aby zbudować w sobie podwaliny poczucia bycia niezależną, integralną jednostką. Zasadnicza jest tutaj świadomość własnych motywacji, samowiedza na temat: co mną kieruje.

Można nie wchodzić w relację z powodu strachu. Można również dlatego, że wszystkie znane sposoby radzenia sobie z problemami, które w nich zwykle występują, zawodzą i potrzeba tak radykalnego rozwiązania jak odejście, aby się obronić. Ten drugi przypadek to rozwój, budowanie siebie. Tego typu niedostępność, bycie świadomym „znikającym punktem” prowadzi do klarowania się wewnętrznego przekonania, że w pokonywaniu problemów nie jest się kimś bezsilnym, bezwolnym, zdanym jedynie na zewnętrzny wpływ. To wzrastające przekonanie pozwoli w przyszłości nie sięgać do ostatecznych rozwiązań polegających na unikaniu.

Paradoksalnie, zrozumienie i świadoma zgoda na to, co jest (czyli w tym momencie zgoda na dysfunkcję) pozwala na pójście dalej, transformuje, umożliwia funkcjonowanie w bardziej zaawansowanych formach współzależności. Podążanie w takim kierunku stopniowo przewartościowuje stan bliskości z zagrożenia w doświadczenie wzbogacające. Relacja coraz bardziej staje się okazją do zaspokojenia ciekawości drugim człowiekiem, odbierania go w rzeczywistym wymiarze, czucia się z kimś dobrze, dzielenia chwilą, codziennym życiem, byciem obok, wzajemnej wymiany. Kolejne dni kojarzą się z więzią, a nie z uwięzieniem.

Jarosław Józefowicz, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog. Prowadzi terapie indywidualne, par i małżeństw, pracuje z dziećmi, rodzinami, grupami, organizacjami. Prowadzi treningi psychologiczne, grupy i warsztaty, zajęcia rozwojowe. 

  1. Psychologia

Mężczyzna niedostępny emocjonalnie - dlaczego wchodzimy w toksyczne relacje?

Szukając odpowiedniego partnera nie zawsze kierujemy się miłością. Często towarzyszą nam nieuświadomione pragnienia i tęsknoty, które mogą być dla nas toksyczne (fot. iStock)
Szukając odpowiedniego partnera nie zawsze kierujemy się miłością. Często towarzyszą nam nieuświadomione pragnienia i tęsknoty, które mogą być dla nas toksyczne (fot. iStock)
Jest, ale jakby go nie było. Odległy, szorstki, a nawet trochę groźny. Niczego nie obiecuje i nie bierze odpowiedzialności za twoje uczucia. Ma zamknięte serce i ramiona. Jeśli zakochałaś się w niedostępnym mężczyźnie, mylisz tęsknotę z miłością.

Może wydawać się taki męski, w jego obecności czujesz swoją kobiecość. Drżysz z emocji, płaczesz, złościsz się, a on taki twardy i konkretny. Jego ulubione słowa to niezależność i wolność. Niewiele o nim wiesz, bo niewiele o sobie mówi. Miał zimny dom i zimne kobiety mu się trafiały. Jest nieco ekscentryczny, jakby trochę dziki. Masz fantazje, że jest namiętny. Tak, bywa agresywny, ale tobie to się nawet podoba. Jego wyrachowanie też ci nie przeszkadza, bo mylisz je z autentyczną siłą. Prawdziwi mężczyźni przecież tacy są, tłumaczysz sobie.

Twój ukochany jest mistrzem ogólników i teoretyzowania. Niezastąpiony w niedopowiedzeniach. Asekurant po to, by w dowolnym momencie wycofać się, powiedzieć: „Ale to nie o to chodzi. Wydawało ci się”. Gdy zbliżasz się, spotyka cię przykrość („Jesteś tylko fajną osobą, z którą się fajnie gada”), gdy oddalasz się, słyszysz coś na kształt komplementu („Miałaś dzisiaj ładny sweter”). Ten mężczyzna trzyma cię na dystans. A ty marzysz i czekasz, dajesz, czekasz, łudzisz się, czekasz. A on to czekanie podsyca mglistą obietnicą, że już za chwilę...

Z niedostępnym mężczyzną możesz nawet stanąć przed ołtarzem i zbudować dom, ale żyjąc z nim, będziesz miała wrażenie, że zawsze jest go za mało. Nigdy go nie poznasz. I tak tkwić będziecie między ustami a brzegiem pucharu w bolesnym niespełnieniu.

Miłość, której nie ma...

Jeśli w dzieciństwie nie zostałaś obdarzona dostateczną dawką akceptacji, ciepła, opieki, jako dorosła kobieta będziesz odczuwać miłość nie wtedy, kiedy ona jest, tylko wtedy kiedy jej nie ma. Szukasz tęsknoty, bo wydaje ci się boleśnie znajoma. Po uświadomieniu sobie tego destruktywnego schematu, warto przestać go powtarzać. Zasługujesz bowiem na coś lepszego. Twoim minimum powinna być czuła i wzajemna troska - i to realna, a nie wyobrażona. Zejdź z obłoków na ziemię i znajdź miłość, a nie niekończące się fantazje i pragnienia.

Dlaczego pociąga się ktoś, kto zachowuje się bezczelnie, jest nieczuły i myśli głównie o sobie? Ponieważ kontakt z nim zapowiada ekscytację i wyzwanie. Tymczasem prawdziwa miłość nie sprowadza się do tanich dreszczy, opiera na się na zaufaniu i poczuciu bezpieczeństwa. Zastanów się, jakie emocje przeżywasz w obecności tego mężczyzny. Jeśli czujesz się nerwowo, niespokojnie, niepewnie, przemyśl sobie, czy ta relacja da ci szczęście i spełnienie. Erupcję tego rodzaju emocji raczej nie zapewni ci partner, który będzie cię dobrze traktował. Pełne napięcia sceny, wzloty i upadki, prawdziwe chwile grozy i cierpienia nie wydarzą się. Nie martw się jednak, że dobry związek musi być nudny. Nie. Jest w nim miejsce na gorącą namiętność, kłótnie, poczucie humoru, pewną dozę życiowej nieprzewidywalności. Ale w dobrym związku nie będziesz czuła się raniona, ani samotna.

"Miłość" bywa niebezpieczna - może złamać ci serce i zmarnować wiele lat. Dlatego ważne jest w jakim mężczyźnie się zakochujesz. Przekonaj się czy ma otwarte serce, umysł oraz ramiona. Słuchaj tego, co komunikuje, obserwuj jego zachowanie. Starannie wybierz swojego partnera. Nie wybierzesz dobrze, jeśli rozkoszować się będziesz nieuchwytnością mężczyzny, towarzyszącą mu aurą tajemniczości albo mamiącym przyciąganiem i odpychaniem, związanym z jego strachem przed zadeklarowaniem miłości. Dobry wybór nigdy nie oznacza agresywnego zachowaniem, niezależnie od jego błahości. Ani też niczego, co obarczone jest balastem potężnych, nierozwikłanych problemów z przeszłości. Nie łączy się też z niebezpieczeństwem. Poczucie zagrożenia, które w początkowej fazie trzyma cię w niepewności, na późniejszym etapie doprowadzi cię do bólu emocjonalnego.

Nie wiąż się uczuciowo z mężczyzną, który:

  • w jakikolwiek sposób cię oszukuje,
  • potrzebuje cię mniej niż ty jego,
  • sprawia, że w jego obecności odczuwasz zaniepokojenie,
  • czuje się dobrze, gdy ty czujesz się źle,
  • jest bardziej hojny w słowach niż czynach,
  • ma nadmierną potrzebę sprawowania kontroli nad tobą,
  • wstydzi się okazywać czułość, życzliwość, wrażliwość.
Poświęcanie uwagi któremuś z tych typów mężczyzn jest stratą czasu. Lepiej obejrzyj film lub przeczytaj książkę o kobiecie, która zakochuje się w szefie mafii lub w facecie, który zapomniał jej powiedzieć, że ma żonę. W ten sposób zaspokoisz potrzebę ekscytacji, nie poświęcając jej swojego życia. Twoja miłość to najcenniejszy dar, jaki możesz ofiarować. Nie roztrwoń go. Odwołaj się do rozsądku, kiedy twoje serce będzie wyło z rozpaczy, by zostać z mężczyzną, przy którym nie czujesz się zadbana i bezpieczna.

Niedostępni mężczyźni - dlaczego ich wybierasz?

To prawda, że istnieją mężczyźni niezdolni, by obdarzyć kobietę miłością, troską, szacunkiem. Ale nie na tym polega problem. Rzecz w tym, że to ty ich wybierasz. Dlaczego kobiety składają serce w ewidentnie niewarte tego dłonie? Czyżby nie dostrzegały niebezpieczeństwa takiej sytuacji? Nie wiedziały kim jest ten mężczyzna, aż do momentu zranienia, aż poczują nieopisany ból? Zostaną zdradzone, zostawione bez wsparcia? Dlaczego są z mężczyzną, który oszukuje, obiecuje jedno, a robi coś zupełnie innego? Bo mylą dramatyczność tej podróbki z prawdziwym uczuciem. Kochanie niedostępnego mężczyzny to sprzeczność. Miłość wiąże się z obcowaniem, a nie marzeniem o czymś, co chciałabyś przeżyć. Miłość to wzajemność, a niedostępność nigdy tego nie oferuje. Dlaczego tkwimy w relacjach, które są pozbawione bliskości? Marzymy o niemożliwym, usprawiedliwiając się: „Gdybym tylko była mądrzejsza, ładniejsza, bardziej cierpliwa, umiała z nim postępować...”. I tak nam bez miłości mija czas.

Mężczyzna niedostępny boi się zbliżyć do kobiety. W dzieciństwie odmówiono mu miłości, dlatego bliskość stanowi dla niego zagrożenie. Żyje w ochronnym pancerzu, który chroni go przed bólem. On jest przekonany, że miłość boli. Dlatego jego system obronny każe mu atakować lub wycofywać się, kiedy ktoś okazuje mu ciepłe uczucia. Stąd wasz taniec zbliżeń i oddaleń. W momencie kiedy wyrazisz, co do niego czujesz, poprosisz o wsparcie lub gest przynależności, możesz zostać odrzucona. On nie wierzy, że jest godny miłości, zaufania, akceptacji. Dlatego zrobi coś, by zostać pozbawionym twojego uczucia. Zniknie albo zrani cię. Ale z jakiegoś powodu taki mężczyzna cię pociąga. W relacjach często mamy do czynienia z własnym lustrem. Ty też lękasz się bliskości. On może bardziej, dlatego twój problem jest przy nim mniej widoczny. Kochając tego mężczyznę, pozostając przy nim, masz wymierną korzyść - nadal nie jesteś z nikim blisko, nie jesteś kochana. A tego się boisz. Strach przed bliskością prowadzi do więzienia samotności. Można go łatwo ukryć, co stanowi dodatkową trudność, ponieważ aby rozwiązać jakiś problem, trzeba wiedzieć o jego istnieniu. Oto kilka sygnałów, alarmujących że lękasz się pokochać prawdziwie:

  • Masz trudności z obdarzaniem mężczyzn zaufaniem.
  • Czujesz się bezbronna w ich towarzystwie.
  • Boisz się ujawniać swoje myśli i uczucia, wyrażać je wprost.
  • Masz problem z utrzymaniem przyjacielskiej relacji z partnerem.
  • Nie czujesz się swobodnie, pozwalając mężczyźnie na pewną zależność od ciebie.
  • Gdy zwierza się ze swoich problemów, postrzegasz go jako słabego lub niemęskiego.
  • Mężczyzna nie jest przy tobie w pełni otwarty.
Jeśli masz tego typu ograniczenia, pozbawiasz się szansy doświadczania miłości. Dlatego relacja z niedostępnym mężczyzną tak cię fascynuje. Dlaczego tak trudno ci odejść od niego, mimo że czujesz się niekochana i niespełniona? Bo za byciem z nieobecnym uczuciowo mężczyzną kryje się niezwykle silna potrzeba dopełnienia i poczucie niepewności siebie. W uwodzicielu szukamy czegoś, czego nam brakuje. Siły, która w nas tkwi, ale trudno nam ją uruchomić. To ta część psychiki, która domaga się zaistnienia w życiu.

Oszalałaś na punkcie brutala? - Może potrzebujesz być bardziej przebojowa, powalczyć o swoje. Przestań być Piękną, stań się Bestią. Jest duże prawdopodobieństwo, że twój wewnętrzny pierwiastek męski czeka, by wkroczyć na scenę życia.

Straciłaś rozum dla wyrachowanego drania? - Zadbaj wreszcie o swoje interesy.

Pociąga cię jego samotnictwo? - Może brakuje ci własnej przestrzeni, egoistycznych chwil tylko dla siebie.

Oddałaś serce nieodpowiedzialnemu artyście? - Wróć do rysowania, które rzuciłaś po studiach, albo zrób coś naprawdę szalonego.

Elektryzuje cię jego ciało? - Twoja seksualność woła o uwagę.

Ważne też jest jak się czujesz przy niedostępnym amancie.

Uległa i słaba? - Zastanów się, czy nie nadszedł czas, byś przestała być kobietą, która zawsze ze wszystkim sobie radzi i sprawuje kontrolę.

Zabawna i swobodna? - Użyj poczucia humoru w relacjach, które dają ci więcej spełnienia niż ta z niedostępnym mężczyzną.

Tylko z nim możesz się tak fantastycznie awanturować i wtedy czujesz swoją dzikość? - Pomyśl jak możesz poczuć swoją moc w mniej raniących sytuacjach. Gdy nauczysz się taką być, mężczyzna, który przynosi ci ból, będzie mógł zniknąć z twojego życia. A ty odważysz się na prawdziwą miłość. Pełną ciepła i zaufania.

Szczypta afirmacji

Powiedz sobie - "mam prawo do":
  • opieki (elementarnej troski i wsparcia),
  • poświęcania mi uwagi (bycia słuchaną i wysłuchaną),
  • godności,
  • szacunku,
  • akceptacji (nie muszę być idealna),
  • sympatii,
  • prywatności,
  • niezależności,
  • posiadania przyjaciół,
  • wyrażania i zgłębiania własnych zainteresowań, opinii, poglądów i wartości,
  • swobodnego i odpowiedzialnego wyrażania uczuć,
  • samodzielnego podejmowania decyzji.

  1. Psychologia

Dobre nawyki: nie oceniam

Ocenianie innych to pragnienie zasłonięcia lustra, z lęku, że ujrzysz w nim swoją prawdziwą twarz. W innych ludziach drażni cię to, czego nie akceptujesz w samej sobie, albo odwrotnie – to, czego ci brakuje. (Fot. iStock)
Ocenianie innych to pragnienie zasłonięcia lustra, z lęku, że ujrzysz w nim swoją prawdziwą twarz. W innych ludziach drażni cię to, czego nie akceptujesz w samej sobie, albo odwrotnie – to, czego ci brakuje. (Fot. iStock)
Skąd takie postanowienie? Ocenianie wprawdzie oszczędza czas i daje ujście frustracji, ale czy naprawdę ułatwia życie?

Niedawno trafiła do mojego gabinetu Iza, młoda kobieta w ósmym miesiącu ciąży. Lęki i wątpliwości, typowe dla przyszłych mam, zakłócające jej błogosławiony stan, skłoniły ją do poszukania pomocy.

– Jestem złą matką – powiedziała, surowo się oceniając. –  Nie mam nawet czasu, żeby wypełnić dokumenty do płacenia wyższego ZUS-u, co zapewni mi spokój finansowy po porodzie. Nie dbam o siebie tak jak inne kobiety w ciąży.

Słuchałam jej uważnie, patrzyłam na jej niespokojne ciało: siedziała pochylona, jakby chciała ukryć brzuch, na nogach miała buty na wysokich obcasach, poprosiła o kawę, „bo jeszcze tyle ma dzisiaj do zrobienia”. Kobieta w ciąży powinna być spokojna, skoncentrowana na sobie i dziecku – oceniałam ją, na szczęście tylko w myślach. Muszę pomóc jej się wyciszyć, nauczyć nawiązywania kontaktu z dzieckiem – mój film „w głowie” rozkręcał się na dobre. W końcu ja – jako terapeuta – wiedziałam lepiej, czego potrzebuje przyszła mama. Iza, jakby czytając w moich myślach, kontynuowała swoją opowieść.

– A poza tym dziecko jest ułożone pośladkowo, a ja chcę rodzić naturalnie. Lekarz dał mu dwa tygodnie, żeby odwróciło się główką w dół.

No tak – pomyślałam – wiadomo, że poród pośladkowy jest trudniejszy i dla matki, i dla dziecka. Lekarz, ja, cały świat wiedzieliśmy lepiej, jak powinno być ułożone dziecko w brzuchu matki. A potem zrobiło mi się tak jakoś smutno.

Gra w życie

Dzisiejszy świat jest zawiły, skomplikowany i na dodatek pędzi w zawrotnym tempie. Zupełnie jak wirtualna gra, w której liczy się czas – bezlitośnie migające cyferki zegara umieszczonego w rogu monitora oceniają nasz spryt, szybkość myślenia i sprawność motoryczną (ilość skutecznych kliknięć). Dlatego wymyślono (i w grze, i w życiu) zestaw reguł, których opanowanie obiecuje nam mistrzostwo: patrz jak robią to inni, opanuj zasady i oceń swoje szanse, bo jak nie, to wypadniesz z gry.

Niedawno miałam okazję trzymać na rękach ośmiotygodniowe niemowlę. Maleńka dziewczynka z niesamowitym skupieniem obserwowała moją twarz. Kiedy uśmiechnęłam się – jej buźkę również rozjaśnił uśmiech. Gdy coś do niej powiedziałam – złożyła usteczka w dzióbek, jakby próbowała mi odpowiedzieć. Twarz jest dla niemowlęcia pierwszym, najważniejszym nauczycielem życia. Obserwując, na początku bez zrozumienia, emocje odzwierciedlające się na ludzkiej twarzy, jako niemowlęta zaczynamy istnieć w świecie. Dzięki komunikatom odczytywanym z mimiki twarzy matki, tonu jej głosu, uczymy się, co jest dobre, pożądane, co gwarantuje miłość i akceptację. Potem dochodzi porównywanie z innymi dziećmi.

Dorośli, oceniając nasze zachowanie, a także wygląd, wzrost, tuszę itp., przydzielają nam odpowiednie miejsce w ludzkim szeregu. Jesteś inteligentna, bo nauczyłaś się korzystać z nocnika szybciej niż dziecko sąsiadki. Jesteś odważna, bo nie płakałaś pierwszego dnia w przedszkolu, tak jak inne dzieci. Grzeczna, bo budzisz się w nocy rzadziej niż twój starszy brat itp. Porównywanie to pierwszy etap procesu oceniania – sprawdzanie, jak wypadasz na tle innych. Ten mechanizm będzie towarzyszył ci przez całe życie.

W poszukiwaniu winowajcy

„Przyszłam do pani, bo dwie moje najlepsze przyjaciółki też chodzą na terapię” – to częsty komunikat, który słyszę na pierwszej sesji. „Poleciła mi panią moja szefowa, a ona się zna na ludziach” – takie zdania również nie są rzadkością. „Ciekawe, czy pani sobie poradzi z moim problemem, jest pani moją trzecią terapeutką” – tego typu oceny nie wróżą dobrze terapii, bo przecież to nie ja mam sobie poradzić z kłopotem pacjentki.

Patrzę, obserwuję, uważnie słucham i… także oceniam: motywację pacjentki do terapii, jej główny problem, sposoby radzenia sobie w życiu do tej pory itp. Psychologiczna diagnoza to także ocena – dopasowanie pacjentki do „normy”. Czy na pewno jest niezbędna? Czy stwierdzenie, że człowiek, który siedzi przede mną, ma osobowość histeryczną, naprawdę pomoże (mnie czy jemu)? A obserwacja jego ciała: gestów, mimiki, napięcia – czy ułatwi mi skontaktowanie się z jego duszą?

– Na czym polega twój kłopot? – pytam i… otwieram puszkę Pandory, z której wylewa się morze ocen: „moi rodzice byli nadopiekuńczy”, „mój partner to prawdziwy narcyz”, „mój szef to despota”… Mijają kolejne sesje, stopniowo poznaję bliższe i dalsze otoczenie pacjenta. Wiem, jakich miał rodziców, dlaczego jego siostra jako nastolatka uciekła z domu itd. Tylko o nim samym, tym prawdziwym, wiem niewiele. Zdarza się, że stawiam pacjentkę przed dużym lustrem i proszę: „Popatrz na siebie tak, jakbyś widziała się po raz pierwszy. Kogo widzisz?”.

„Jestem za gruba”, „wyglądam zbyt poważnie jak na swój wiek” – coraz dalej brniemy w ocenianie. Kiedy przychodzi do mnie para, mój gabinet zamienia się w salę rozpraw. Zamiast się ze sobą komunikować, partnerzy na wyścigi wyliczają przewinienia drugiej strony, licząc, że wskażę winowajcę, wymierzę mu karę, każę się zmienić i tym samym uratuję związek.

Dlaczego tak bardzo lubimy oceniać innych?

Odsłoń lustro

Życie wśród ludzi, a jednocześnie pozostanie sobą, ze swoimi potrzebami, pragnieniami, marzeniami – to najtrudniejsze wyzwanie dla każdego z nas. Pod warunkiem że przyznajemy sobie prawo do bycia prawdziwymi. Ocenianie innych to pragnienie zasłonięcia lustra, z lęku, że ujrzysz w nim swoją prawdziwą twarz. W innych ludziach drażni cię to, czego nie akceptujesz w samej sobie, albo odwrotnie – to, czego ci brakuje. Jeśli np. oceniasz, że ktoś jest skąpy, być może to ty masz problem z dzieleniem się, albo przeciwnie – twoja hojność cię wypala.

Ocenianie, którego celem jest lepsze poznanie samej siebie, jest w porządku. Jednak najczęściej służy ono samousprawiedliwianiu. Kiedy uda mi się zauważyć ów mechanizm, staram się wykorzystywać go w terapii. Jeśli np. mówisz mi: „Mój partner jest tyranem” – pytam: ,,A co by było, gdyby on przestał cię kontrolować”. Albo gdy powiesz: „Przez jego picie musiałam rzucić pracę, zerwać relację z przyjaciółmi”, dam ci zadanie: „Wyobraź sobie, że on przestaje pić. Co wtedy robisz ze swoim życiem?”. Może okazać się, że rola ofiary, osoby kontrolowanej, to jedyna, jaką znasz. On przestaje pić, a ty nadal stoisz w miejscu, niczego nie robisz ze swoim życiem. Ocenianie pozwala odwrócić uwagę od nas samych – świata, ale także własną. Bywa doskonałym usprawiedliwieniem kłopotów, porażek, kompleksów i urazów. Dowartościowuje – kiedy stawia nas wyżej od innych. Daje zielone światło dla narzekania. Obniża trudne do wytrzymania napięcie. Nakłania innych do użalania się nad nami i pomagania. Jednak dopóki oceniasz, nie masz szans na spotkanie z samą sobą, żyjesz w iluzorycznej bajce. Narażasz się na to, że będziesz jak bohater książki napisanej przez pisarzynę bez polotu.

Dzień bez oceniania

Zafunduj sobie choć dzień bez punktowania innych i zobacz, jakie przyniesie to efekty.

1. Rano, tuż po obudzeniu wypowiedz na głos mantrę: "Wszystko, co mnie dziś spotka, będzie dla mnie dobre” i naprawdę w to uwierz. 2. Zamiast oceniać, skup się na faktach. Na przykład zamiast kręcić nosem: Ale brzydka pogoda, na pewno będę miała migrenę”, powiedz: ,,Pada śnieg. Na termometrze –10 stopni”. 3. Przyjmuj ze spokojem wszystko, co cię spotyka ze strony innych ludzi, i w myślach im za to podziękuj. 4. Kiedy obudzi się w tobie mechanizm oceniania, skoncentruj się na doznaniach w ciele: jak się ma twoja lewa stopa? 5. Patrz na bliskich i dalszych znajomych tak, jakbyś ich widziała po raz pierwszy, uważnie i z miłością. 6. W rozmowie z ludźmi unikaj stwierdzeń: „bo ty nigdy…”, „bo ty zawsze…”. 7. Poobserwuj przyrodę: świeci słońce, wieje wiatr, nadchodzi zmierzch – natura ma w nosie naszą ocenę. Ty też po prostu rób swoje. 8. Unikaj natrętnych myśli w stylu: „nie zadzwonił, choć obiecał”, „jest niesłowny albo mu na mnie nie zależy” – stop, nie wiesz, dlaczego nie zadzwonił.