1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dlaczego boimy się zmian? Jak wzmacniać poczucie sprawczości i trenować otwartość na nowe?

Dlaczego boimy się zmian? Jak wzmacniać poczucie sprawczości i trenować otwartość na nowe?

Bojąc się zmiany, prawie zawsze w jakimś stopniu, obawiamy się reakcji innych. Jak odbierze to otoczenie? (Fot. iStock)
Bojąc się zmiany, prawie zawsze w jakimś stopniu, obawiamy się reakcji innych. Jak odbierze to otoczenie? (Fot. iStock)
Jako gatunek wykazujemy wielkie zdolności w kwestii adaptacji. Inaczej nie przetrwalibyśmy tyle czasu na Ziemi – mówi psychoterapeutka Magdalena Guzik. Dlatego zamiast unikać zmian, lepiej się ich spodziewać i przyjmować je z otwartymi ramionami. Niczym falę, która obmywa nam stopy, a zaraz potem odpływa, by zrobić miejsce kolejnej. 

Żyjemy w czasach, w których mamy coraz wyższą samoświadomość, a zagadnienia psychologiczne są nam dużo bliższe niż naszym rodzicom czy dziadkom. Czy to znaczy, że mniej boimy się zmian? Przede wszystkim żyjemy w świecie, w którym panuje duży nacisk na nieustanny rozwój. Z tematem zmiany mierzymy się zatem w sposób bardziej zaplanowany i przemyślany. Inaczej jest oczywiście w przypadku osób z dużym poziomem lęku czy doświadczających zaburzeń lękowych – dla nich strach przed zmianą staje się niejako głównym tematem życia, czymś, z czym borykają się bardzo realnie, doświadczając go wręcz fizycznie.

Nie trzeba jednak cierpieć na stany lękowe, by czuć się niepewnie w podlegającej ciągłym przeobrażeniom rzeczywistości. Dlaczego coś, co powinno być naturalne jak przypływy i odpływy morza, które obserwujemy siedząc na plaży – w większości ludzi budzi opór i niepokój? Mieliśmy tysiące lat, by się do tego przyzwyczaić. Panta rhei – mawiali starożytni, czyli wszystko płynie. W naszej epoce to już jednak nie płynięcie, to rozszalały nurt! Zmiany społeczne i kulturowe zachodzą tak szybko, że ciężko za nimi nadążyć. Myślę więc, że nawet jeśli nauczyliśmy się czegoś przez tysiąclecia, to dziś i tak znajdujemy się w sytuacji bezprecedensowej. Fakt, że od wieków trudno jest nam mierzyć się z czymś nowym, wynika z prostego faktu, że każda zmiana zaburza znajomy i oswojony już porządek rzeczywistości. Budzi to szereg emocji: od niepewności do niepokoju, a stąd już blisko do lęku, który może być paraliżujący. Przeglądu tych emocji mogliśmy dokonać w ostatnich miesiącach, kiedy wybuchała i rozwijała się pandemia – sytuacja była tak nieprawdopodobna i tak zupełnie nowa, że większość z nas reagowała szokiem, niedowierzaniem; następnie pojawiał się lęk o zdrowie, który stopniowo oswajaliśmy, później lęk o przyszłość. Nadal się z nimi mierzymy.

Kolejna rzecz, o której należy wspomnieć, to wydatek energetyczny, jaki wymuszają na nas zmiany. One zawsze wymagają jakiegoś działania, choćby namysłu i podjęcia decyzji, jak do nich podejdziemy. Można więc powiedzieć, że są emocjonalnie kosztowne – gdy zachodzą, musimy poradzić sobie z rozmaitymi emocjami, przede wszystkim tymi, które łączą się z utratą kontroli. Oczywiście inaczej ma się sprawa w wypadku zmian, które wymuszają na nas okoliczności zewnętrzne, a inaczej, gdy wypływają one z nas samych. W tym drugim przypadku są dużo łatwiejsze do przyjęcia. Chociaż nie zawsze…

Historia pokazuje, że jako gatunek wykazujemy jednak wielkie zdolności w kwestii adaptacji. Do większości jesteśmy w stanie naprawdę wspaniale się przystosować, choćby łączyło się to z tak zwanymi negatywnymi emocjami. Inaczej nie przetrwalibyśmy tyle czasu na Ziemi!

Mówimy o historii, a stąd już blisko do uwarunkowań kulturowych. Na ile są one istotne? Przyznam, że obracając się w środowisku bardzo międzynarodowym, często odnoszę wrażenie, że w nas, Polakach, lęk przed zmianą jest szczególnie mocny. Rzeczywiście jesteśmy społeczeństwem dosyć tradycyjnym, konserwatywnym, przywiązanym do pewnych wartości i niechętnie z nich rezygnującym. Z drugiej strony – i to warto podkreślić – jesteśmy także narodem, który w wielu momentach dziejów pokazał, że potrafi doskonale i niezwykle twórczo poradzić sobie z trudnościami. Mówi się przecież: „Polak potrafi!”. Sądzę więc, że kwestia polskiego podejścia do zmian nie jest jednoznaczna. Ja wprawdzie nie mam bardzo wielu kontaktów z przedstawicielami innych nacji, za to wnikliwie obserwuję moich pacjentów. Szczególnie wśród młodego pokolenia, tego już aktywnego zawodowo, widzę sporą otwartość na zmiany. Te osoby świetnie odnajdują się w nowych specjalnościach, podróżują, eksperymentują.

Może tym, co podskórnie czułam, był dysonans między tym, jacy rzeczywiście jesteśmy, a tym, jak siebie wyrażamy? Lubimy przecież w Polsce ponarzekać, na zmiany także, co rzeczywiście nie musi oznaczać, że ich nie akceptujemy i nie próbujemy sobie z nimi poradzić. Tak czy inaczej, gdy w naszym życiu zachodzą zmiany, u wielu osób emocje wymykają się spod kontroli. Jak zachować wewnętrzny spokój? Dotyczy to nie tylko sytuacji dramatycznych, ale także tych wyczekiwanych – ślubu, narodzin dziecka, nowego domu... Jak już wcześniej powiedziałyśmy, warto rozróżnić zmiany narzucone z zewnątrz (np. choroba kogoś bliskiego) od tych, które pochodzą od nas (np. decyzja o remoncie mieszkania). W obu przypadkach pewien stres jest potrzebny, bo mobilizuje nas do planowania i działania. U osób z większą wrażliwością może jednak stać się paraliżujący. Takie osoby rzadziej będą samodzielnie wprowadzać w życie jakiekolwiek zmiany, czyli te z drugiej kategorii – nie polubią remontów, przeprowadzek i nowych doświadczeń, choćby inni uważali je za ekscytujące. Aby opanować napięcie, które może pojawić się przy zmianach, warto skrupulatnie planować ich przebieg lub − w wypadku zmian z pierwszej kategorii − przemyśleć, co zrobimy, kiedy już zaistnieją. Pomaga to odzyskać przynajmniej częściowe poczucie kontroli.

Oczywiście trzeba też pamiętać, że na wiele rzeczy nie mamy wpływu i wszystkiego nie zaplanujemy, nie rozpiszemy, nie przewidzimy. Pomocna może więc być zasada małych kroków – skupienie się na poszczególnych etapach. Sprawdza się ona zwłaszcza w sytuacjach, gdy obrany cel jest dla nas tak ważny, że z obawy przed porażką nie robimy nic. Gdy rozpiszemy go na etapy: mniejsze, czasem nawet bardzo drobne czynności, które pomału doprowadzą do efektu finalnego − cel przestanie wydawać się tak bardzo nieosiągalny.

Wspomniałaś o poczuciu kontroli. Skojarzyło mi się to z popularnym motywem wielu komedii romantycznych, gdzie panna młoda – a więc osoba mierząca się z piękną, upragnioną zmianą – wpada w zupełny popłoch. Czy to właśnie brak poczucia kontroli powoduje stres, także w chwilach zmian przez nas wyczekiwanych? Zdecydowanie tak. To, że czegoś wyglądamy, na coś czekamy, że podjęliśmy pewną decyzję – nie oznacza, że nie towarzyszą nam trudne emocje. Mogę przecież być ogromnie zakochana i szczęśliwa, a jednocześnie odczuwać wątpliwości, czy poradzę sobie w nowej sytuacji. Czynników stresogennych jest tu więc wiele. Kolejnym, bardzo zresztą ważnym, jest presja środowiska. W wypadku ślubu i wesela jest ona często silnie odczuwana – staramy się zadowolić rodziców, gości, partnera. Dotyczy to zresztą wszystkich zmian. Każda z nich wpisana jest bowiem w jakiś kontekst, w którym żyjemy – rodzinny, towarzyski, zawodowy....

Przypomina mi się własne doświadczenie sprzed kilku lat, gdy podjęłam decyzję o zmianie pracy. Byłam z tego powodu bardzo szczęśliwa, pełna entuzjazmu, nie mogłam doczekać się rozpoczęcia nowego projektu. Bardzo zdziwiły mnie wtedy reakcje znajomych, w większości negatywne. „Nie boisz się?” – pytali wielokrotnie, jakby lęk miał determinować moje wybory. „Może nie odniesiesz już sukcesu po raz drugi?”. Pamiętam, że bardzo mnie to zaskoczyło; dziś myślę, że może po prostu przyjaciele projektowali na mnie swoje obawy. Możemy powiedzieć, że twoje otoczenie na decyzję o zmianie zareagowało dużym niepokojem. Bez względu na powody – to nie miejsce i czas na ich analizę – wyobrażam sobie, że było to dosyć obciążające. Komunikaty, jakie wtedy otrzymałaś, mogą bardzo podcinać skrzydła; odbierać poczucie przekonania co do dokonanego wyboru, ale też złościć. To kolejna emocja, która może pojawić się podczas dokonywania zmiany. Szczególnie, gdy coś lub ktoś staje na naszej drodze.

Bojąc się zmiany, prawie zawsze, w jakimś stopniu, obawiamy się reakcji innych. Jak odbierze to otoczenie? Nie chodzi tu zresztą tylko o jednoznacznie negatywne konsekwencje zmiany – to, co pozytywne, odniesiony sukces, też może budzić zazdrość czy zawiść. Co więcej, zmiana może zupełnie zaburzyć kontekst, w którym żyjemy. Weźmy za przykład rodzinę, w której kobieta, dotąd zajmująca się domem, staje się aktywna zawodowo. Taka zmiana diametralnie przeformułowuje jej życie, ale równie silnie wpływa na osoby trzecie − dzieci, partnera. To też musimy brać pod uwagę.

Wracając do twojej historii – warto podkreślić, że każdy ma inny próg otwartości na zmianę. Może twoi znajomi ustawili go w innym miejscu? Może są mniej otwarci na doświadczenia, mają większy poziom lęku? Podejrzewam, że ich reakcje w tej sytuacji były niegroźne i nie zaprzepaściły twoich planów. Ale wyobraźmy sobie reakcję lękliwej matki z małym dzieckiem, naturalnie chętnym do odkrywania świata. Ciągły komunikat z jej strony w stylu: „Uważaj, zaraz się przewrócisz. To niebezpieczne” może zaważyć na chęci eksplorowania, a w dłuższej perspektywie sprawić, że dziecko przejmie lęk matki.

Czyli otwartość na zmiany wynika nie tylko z  naszej osobowości, ale także z doświadczeń i wychowania, z dzieciństwa? Zdecydowanie tak, ale pamiętajmy, że na te wzorce wdrukowane w dzieciństwie możemy wpływać, możemy je zmieniać w dorosłym życiu. Pomocna może być w tym terapia, w czasie której przyglądamy się wczesnym relacjom. Na ile nas one wzmacniały, budowały, a na ile przeciwnie, podcinały nam skrzydła? To przecież w tych wczesnych relacjach budujemy zaufanie do siebie i do świata. Czy jest on bezpieczny? Czy mam prawo sięgać po to, co sobie wymarzyłam? Jakie jest moje poczucie sprawstwa, poczucie wpływu? Co dostałem? Czego zabrakło? Na szczęście kształtuje nas w życiu wiele czynników, nie tylko wczesne relacje, ale też na przykład właśnie relacja terapeutyczna. Może ona stać się relacją korygującą, wzmacniającą, pokazującą, że wbrew temu, czego nauczyłem się w dzieciństwie, mogę sobie ufać i mieć poczucie wpływu na własne życie.

Poza cechami osobniczymi i nauką wyniesioną z wczesnych relacji mamy jeszcze trzeci element formujący naszą otwartość na zmiany: przeżyte już w późniejszym, nawet dorosłym wieku doświadczenia i traumy. Są w naszym życiu zdarzenia, które mogą zaburzać poczucie bezpieczeństwa i stanowić takie obciążenie, że wpływają nawet na osobę, która wcześniej nie bała się zmian.

Doskonale to rozumiem. Uwielbiam zmiany i nowe doświadczenia, ale w zeszłym roku przeszłam poważne załamanie, straciwszy dość zaawansowaną ciążę. Nagle ogarnął mnie lęk o przyszłość, zaczęłam  się bać wszystkiego i o wszystko – o bezpieczeństwo bliskich, o swoje zdrowie. Strata, którą przeżyłam, stanowiła właśnie takie obciążenie. Warto dodać, że zmiany przez nas pożądane też oznaczają w pewnym sensie stratę. Oczywiście. Każda zmiana łączy się z jakąś stratą, z tego prostego powodu, że zawsze wybierając bycie w jednym miejscu, rezygnujemy z bycia w drugim. Może to być bolesne, nawet jeśli z nową rzeczywistością łączą się radość i liczne korzyści. To zresztą refleksja, która przychodzi i pogłębia się z wiekiem – im więcej mamy lat, tym wyraźniej widzimy, że każda decyzja oznacza rezygnację z czegoś innego. You can do anything, but you can't do everything – mówi anglojęzyczne porzekadło. Możemy wiele, ale nie damy rady zrobić wszystkiego jednocześnie. Trzeba się z tym pogodzić.

W artykułach na temat lęku przed wprowadzaniem modyfikacji w życiu kilkakrotnie spotkałam się z wyrażeniem „aktywne zarządzanie zmianą”. Czy to właśnie to? Pogodzenie się z faktem, że nie możemy wszystkiego, i wybór pola, na które mamy wpływ, a następnie aktywne go kształtowanie? Przyznam, że termin, na który się powołujesz, brzmi dla mnie bardziej jak hasło coachingowe niż wyrażenie z zakresu psychologii. Domyślam się, że związany jest z aktywnym planowaniem działań, które mają doprowadzić do zmiany – coś takiego bardzo potrzebne jest w organizacjach. Możemy nawiązać tu do innego ważnego terminu, mianowicie poczucia sprawczości. Pippi Pończoszanka mawiała: „Nie martwcie się o mnie, ja sobie zawsze dam radę”. Im więcej w nas takiego przekonania i poczucia sprawczości, tym lepiej. Jeśli mamy go niewiele, też czeka na nas dobra wiadomość: poczucie zaufania do siebie można wzmacniać, można nad nim pracować; znamy narzędzia, które temu służą. Powtarzam jednak, że trzeba zostawić pewien margines na to, czego w życiu nie da się kontrolować. „Jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, powiedz mu o swoich planach” – tę myśl Woody'ego Allena też trzeba mieć gdzieś w zanadrzu. 

Magdalena Guzik psycholog, psychoterapeutka, trenerka. Prowadzi terapię osób dorosłych z zaburzeniami lękowymi, doświadczających kryzysów osobistych czy trudności w relacjach. Wspiera Fundację Melancholia, zajmującą się edukacją społeczną w zakresie szerzenia wiedzy o depresji

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Nie bój sie zmian

Zmiana zawsze oznacza, że przyszedł czas na coś nowego. (Fot. iStock)
Zmiana zawsze oznacza, że przyszedł czas na coś nowego. (Fot. iStock)
Zmiany pojawiają się zwykle w najmniej spodziewanym momencie. Są jak znajomi, którzy zaskakują cię wizytą, kiedy chcesz iść spać. Dlatego spokojnie nastaw wodę na herbatę, a zanim się zagotuje, będziesz wiedziała, co robić.

Wiosna, koniec studiów, 18. czy 40. urodziny – to momenty, które jednoznacznie kojarzymy ze zmianą, z końcem czegoś starego i początkiem nowego i, jak chcemy wierzyć, lepszego. Nieuchronne, ale konieczne zamknięcie jednego etapu, po to, by móc rozpocząć drugi. Często nie rozumiemy jednak zmian, jakich doświadczamy.

Nie widzimy sensu w tym, że zwalniają nas z pracy albo że partner decyduje się na rozstanie. Zmiana zawsze oznacza, że przyszedł czas na coś nowego. Być może obecna sytuacja życiowa przestała służyć naszemu rozwojowi. I właśnie dlatego los stawia przed nami nowe wyzwanie. Oczywiście, boimy się utraty tego wszystkiego, do czego się przyzwyczailiśmy: np. miejsca pracy czy długoletniej relacji. Aby zminimalizować poziom strachu, warto krok po kroku i z uważnością rozszerzać perspektywę widzenia całej sytuacji. Zwłaszcza, że zwykle to, co na początku wydaje się trudne, przestaje takie być, kiedy poziom adrenaliny się obniży i zaczniemy patrzeć na nową sytuację bez silnych emocji.

Zmiany to oznaka postępu. Jeśli właśnie ich doświadczasz, to znaczy, że przechodzisz teraz przyspieszony kurs rozwoju osobistego. Sęk w tym, że zwykle wolimy święty spokój od karuzeli zdarzeń, która zmusza do działania. Opieramy się zmianom, a czasami nawet udajemy, że ich nie widzimy. Dotyczy to szczególnie takich sytuacji, kiedy nie chcemy się przyznać, że np. praca od lat odbiera nam radość życia, a w związku od dawna nie doświadczamy miłości i zrozumienia. Zmiana odbywa się zatem pod powierzchnią codziennego życia, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu…

Przyzwyczajenie do życia w tym samym miejscu, w tej samej pracy i z tym samym partnerem zawęża perspektywę widzenia. Czasami z lęku przed wzięciem życia we własne ręce wolimy trwać w iluzji, że możemy być szczęśliwi tylko w takim układzie, w jakim jesteśmy. Zużywamy więc mnóstwo energii na podtrzymywanie status quo. Ale jeśli jakaś część ciebie bardzo pragnie zmiany, będzie ci za wszelką cenę dawała o tym znać. Możesz odczuwać apatię, a niekiedy frustrację i złość. Możesz zazdrościć znajomym, że powodzi im się w życiu lepiej niż tobie. Możesz zaczytywać się w książkach z wartką akcją i marzyć o wielkich podróżach. Pytanie tylko, czy robisz coś, aby przekuć marzenia w rzeczywistość.

Otwarcie na zmiany

Warto wysłuchać głosu tej części siebie, która potrzebuje zmian. Zamiast na siłę ratować tonący statek i tkwić w starym schemacie, dobrze jest zapytać samej siebie: „Czego tak naprawdę pragnę i co mogę zrobić, aby zacząć realizować swoje marzenia?”. Statek musi zatonąć, aby na horyzoncie mogło pojawić się coś innego. Albo abyśmy mogli w ogóle to zobaczyć. Dlatego zamiast zużywać energię życiową na wtłaczanie życia w stare koleiny, sprawdź, co się stanie, jeśli po prosu pozwolisz zmianie się dopełnić. Życie nie przebiega jak długa, pozioma linia. Jest jak ocean, czasem spokojny, a czasami burzliwy. Fale to wyzwania, które dają ci możliwość dalszego rozwoju. Pomyśl o tym, jak twoje życie może się przeobrazić, jeśli każdą zmianę będziesz witać z uważnością, bez oceniania, czy jest dobra, czy zła. Zarówno tę, której doświadczasz niespodziewanie, jak i tę, która zachodzi niepostrzeżenie, pod osłoną codziennego życia. Każda zmiana to ruch energii, a ruch to impuls życia. Płyń więc z nurtem rzeki, a nie pod prąd. Kiedy płyniesz z nurtem, zmiany nie muszą być trudne do przeprowadzenia. Wręcz przeciwnie, otworzą cię na ocean nowych możliwości.

Pomogą ci w tym poniższe ćwiczenia.

Weź kartkę papieru i wypisz wszystkie kroki, jakie powinnaś podjąć, aby jak najlepiej przygotować się do przeprowadzenia zmiany. Podkreśl pięć najważniejszych, od których powinnaś zacząć. Wypisz również wszystkie znajome osoby, które przechodziły podobną zmianę i mogą pomóc ci się z nią oswoić. Skontaktuj się z trzema z nich i zaproponuj spotkanie. Rozmowa może ci pomóc w lepszym oswojeniu się z życiową zmianą.

Twórcza wizualizacja

Wyobraź sobie, że przenosisz się teraz na piękną plażę. To szczególne miejsce – tu spotkasz się z tym aspektem siebie, który jest bardzo kreatywny i posiada narzędzia do harmonijnego przeprowadzania zmian. Wyobraź sobie, że możesz teraz zadać mu wszystkie potrzebne pytania i poprosić o wskazówki. Możesz też zapytać, czy mógłby przekazać ci jakiś symbol, który pomoże ci aktywizować własną moc (może to być np. kamień lub pióro). Po wykonaniu ćwiczenia zapisz wszystkie wskazówki i postaraj się znaleźć realny kamień, pióro lub cokolwiek innego, co możesz utożsamić z tym aspektem siebie, by przypominał ci o tym, że moc i odwaga są w tobie.

Powiedz sobie, że…

Jeśli doświadczasz zmiany, spróbuj uwierzyć, że masz w sobie wszystkie narzędzia potrzebne do tego, by znaleźć się w nowej sytuacji i dać sobie ze wszystkim radę. Wewnętrzna moc aktywizuje się w sytuacjach, które określamy jako wyzwania. Zmiana może zatem zmotywować do obudzenia uśpionych dotąd potencjałów. Każdy koniec jest zapowiedzią początku. Kiedy coś się kończy, co innego się rozpoczyna. Jest jeszcze moment „pomiędzy”, w którym asymilujemy zmianę i zbieramy potrzebną energię. Ten czas nie musi być tylko trudny i stresujący, jest również ciekawy i rozwojowy. Pamiętaj o tym!

  1. Psychologia

Jakie role odgrywamy, żeby „ułatwić” sobie życie?

W życiu prowadzimy różne gry, często zupełnie nieświadomie. Z jakiegoś powodu utrwaliliśmy w dzieciństwie pewien schemat, który potem często nas uwiera. (fot. iStock)
W życiu prowadzimy różne gry, często zupełnie nieświadomie. Z jakiegoś powodu utrwaliliśmy w dzieciństwie pewien schemat, który potem często nas uwiera. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
W co grają ludzie? W co grasz Ty? - Pierwszy spytał o to Eric Berne, amerykański psychiatra, twórca analizy transakcyjnej. Według niego wszyscy – świadomie lub nie – niczym bohaterowie „Gry o tron” zawieramy sojusze, ale też knujemy intrygi i oszukujemy (w tym samego siebie). To strategia przyjmowana już w dzieciństwie – miała nas przed czymś chronić lub coś gwarantować. Tylko czy zawsze sprawdza się w dorosłym życiu? Co zyskujemy, a co tracimy w naszych codziennych grach?

O tym, że prowadzę z ludźmi gry, dowiedziałam się na terapii – opowiada Magdalena, 37 lat. – Miałam dość pracy, męża, wszystkich, więc w końcu trafiłam do psychologa. „Nikt nie traktuje mnie poważnie” – żaliłam się. Ale terapię często odwoływałam i notorycznie zapominałam zapłacić. „Zrobię przelew” – mówiłam, ale potem coś mnie zajmowało i zamiast w poniedziałek, robiłam go w kolejny wtorek. Któregoś dnia terapeutka wyznała: „Czuję się jak pani rodzic. Muszę zabiegać, upominać się. Czy jest jeszcze ktoś w pani życiu, kto może mieć podobne wrażenie?”. Nagle uświadomiłam sobie, że zawsze tak robię. Nie pamiętam o obietnicach, nie dotrzymuję terminów. A potem rozkładam ręce i mówię: „Przecież nic się nie stało”. Dlaczego więc mam pretensje, że nikt nie traktuje mnie poważnie?

Jestem taka biedna, czyli jakie plusy z życia ma ofiara

– Latami planowałam pójść do terapeuty – wspomina Magdalena. – Momentem przełomowym był awans młodszej koleżanki na szefa marketingu. Dlaczego ona, a nie ja? Pracuję dłużej, to dzięki mnie dyrektorka, która decydowała o sprawach personalnych, dostała tak wysoką funkcję. Właściwie napisałam za nią prezentację. I proszę, znała moje kompetencje, ale mnie nie awansowała. Najgorsze, że nawet nie potrafiłam zdrowo się zezłościć… Pogratulowałam koleżance, szefowej powiedziałam, że świetnie zrobiła, a w domu się popłakałam. A potem przyszła lawina myśli: dlaczego mąż mnie nie szanuje? Dlaczego dzieci wchodzą mi na głowę? Na terapii powoli zaczynałam rozumieć siebie. Mój ojciec był despotyczny, mama uległa. Unikała konfliktów, kompromis zawsze stawiała na pierwszym miejscu. Robiłam podobnie. Wolałam przełknąć zupę z włosem w restauracji niż zachować się agresywnie, jak ojciec. Taka sama byłam wobec szefowej, wykorzystywała mnie, a ja nigdy nie powiedziałam jej „nie”. Jak miała mnie szanować, skoro przemykałam skulona obok niej i ciągle załatwiałam za nią sprawy?

– Człowiek, który gra w życiu ofiarę, unika konfliktów, bo są dla niego zagrażające – tłumaczy Magdalena Nowak-Strelnikov, psycholog i psychoterapeutka. – Najczęściej w dzieciństwie, w domu i w szkole, nauczył się, że ta rola przynosi jakieś korzyści, pozwala mu przetrwać. Może wydaje mu się, że jest bardziej lubiany? Nikt nie musi się go bać? Jest przecież taki dobry, wymaga pomocy, a ludzie uwielbiają pomagać… Największym sukcesem jest zobaczenie tego mechanizmu u siebie. Powiedzenie sobie: „Są chwile, w których zachowuję się, jakbym w ogóle nie miała swojego zdania. Nie potrafię postawić komuś granicy i czuję się potem źle”. Jeśli „ofiara” zobaczy, co traci przez swoją życiową postawę, łatwiej będzie jej się zmienić. A traci czasem lepszą pracę, czasem szacunek u innych. Sabotuje swoją niezależność i blokuje rozwój.

Ja to wiem lepiej, czyli gdy zamieniasz się w rodzica

Przyjaciółki nazywają Karolinę potworem. Niby żartobliwie. „Oj, nie mów Karolinie, bo znów będzie pouczać” – szepczą między sobą.

– Zawsze byłam dumna z tego, że taka jestem. Ostro wyrażam swoje zdanie, nie daję sobie w kaszę dmuchać. Odnoszę sukcesy. Jestem ogarnięta. Jasne, gdzieś słyszałam, że się mądrze, nie dopuszczam cudzych racji. Ale uważałam to za zwykłą zawodową zazdrość – opowiada 40-letnia Karolina. – Przełomem był rozwód. Mąż zdradził mnie nie z młodszą i ładniejszą, ale ze starszą ode mnie sekretarką. „Bo ona mnie nie krytykuje, czuję się przy niej sobą” – powiedział podczas sprzeczki. Nienawidziłam go za to. Jak to?! Przecież to ja pomogłam mu znaleźć pracę, ja mówiłam, jak ma się zachowywać na rozmowach, dzięki mnie zmienił styl ubierania się, w końcu założył firmę. Kubeł zimnej wody wylały na mnie przyjaciółki. Usłyszałam, że krzyczałam na niego, pouczałam go, że i tak długo był święty. Przypomniałam sobie własne dzieciństwo i mamę, która wciąż stawiała nas po kątach. Ojciec był jej kompletnie podporządkowany. Naprawdę byłam jak ona? Byłam… Co więcej, nie tylko wobec eksmęża. Ale w ogóle ludzi: „Dlaczego pani mi tak zapakowała wędlinę? Trzeba inaczej”, „Rzuć tego faceta, jak można się tak szmacić?”, „W tym wieku chcesz iść na psychologię? To szaleństwo!”, „Jak mogłaś wobec niej tak postąpić?”. Jednocześnie w towarzystwie matki wciąż potrafiłam się zachowywać jak dziewczynka. Przez pół roku ukrywałam przed nią rozwód, żeby nie usłyszeć: „To twoja wina, co z ciebie za żona?!”.

– Krytyczny rodzic w nas ma w dzisiejszych czasach ogromne pole do popisu, przecież zawsze możemy coś poprawić, być w czymś doskonalsi. Poza tym to najlepiej znamy z domów – opowiada Magdalena Nowak-Strelnikov. – Dlatego tak trudno nam się powstrzymać, żeby nie oceniać innych. Poza tym krytykę mylimy z miłością i troską. „Przecież mama mówiła, że mnie kocha, a potem wrzeszczała, że beznadziejnie się uczę”. Gdy krytyczny rodzic jest w nas dominujący, nie potrafimy budować zdrowych relacji z innymi, a przede wszystkim męczymy siebie, bo przecież inni zawsze mogą od nas odejść, co zresztą często się dzieje.

– Wobec siebie też byłam surowa. Dręczyłam się milion razy dziennie. „Ty kretynko, jak mogłaś być tak głupia?!”, „Masz 30 lat i jeszcze nie jesteś słynną panią prezes? To po co kończyłaś prawo i zarządzanie? Wstyd!”, „Nie dziwię się, że dzieci cię nie słuchają, jak można być tak beznadziejną matką?!” – opowiada Magda. – Im bardziej dręczyłam siebie, tym bardziej byłam nieznośna dla innych.

Wszystko muszę sama, czyli gierka pani perfekcyjnej

– Telefon dzwoni, nie odbieram. Widzę, że to Kaśka, ale jest mi niedobrze, kiedy o niej myślę – opowiada Marzena, 36 lat. – Wieczna ofiara, beztroska i niedostrzegająca, jak inni się poświęcają. Oddycham głęboko i wracam do punktu wyjścia. Czy ona mnie wykorzystała, czy ja za bardzo się poświęcałam? Odbierałam jej dzieci z przedszkola, sprzątałam i gotowałam, gdy miała depresję, robiłam tort na urodziny, bo ona „nie ma głowy do takich spraw”. „Powiedz jej, co czujesz” – radził mąż. A ja milczałam, bo przecież przyjaźń to pomaganie. Zresztą mężowi też nie potrafię nic powiedzieć. To z jego powodu poszłam kiedyś do psychologa. Wyrzuciłam z siebie całą złość na jego brak pomocy. Usłyszałam: „A poprosiła go pani?”. Na początku chciałam trzasnąć drzwiami, wyjść. Przecież nie za takie porady płacę. Ale potem pomyślałam, że ja nikogo o nic nie proszę. Wstaję o piątej, ogarniam dom, robię dzieciom śniadanie, zawożę, jadę do pracy, wracam, odbieram dzieci. Lekcje, zadania, sprzątanie, gotowanie... O trzeciej w nocy potrafię wstać, bo przypomniałam sobie, że nie wywiesiłam prania albo nie skończyłam prezentacji. Do tego jestem wiecznie uśmiechnięta. Długo dawało mi to siłę, poczucie sprawczości. Dziś jestem już tym strasznie zmęczona. Co więcej, czuję agresję do ludzi, choćby do takiej Kaśki. Nie chcę, żeby mnie wykorzystywali.

– Perfekcjonizm to ogromna pułapka – tłumaczy Magdalena Nowak-Strelnikov. – Stoi za nią często lęk przed słabością, bezradnością. Nienawidzimy jej u siebie, ale też u innych. Takie osoby mają podświadomy lęk przed tzw. pochłonięciem, czyli nawiązaniem z kimś bliskiej i prawdziwej relacji – perfekcjonizm to tylko narzędzie: „Nie zbliżaj się, jestem idealna”. Oczywiście, to prawie nigdy nie jest świadome. Nieświadome jest też ranienie innych, bo przecież gdy taka perfekcyjna przyjaciółka czy partnerka nagle znikną z naszego życia, jesteśmy w szoku. „Wydawała się zadowolona, że robi mi tort, pomaga przy dzieciach, siedzi w domu. Nigdy nie narzekała”. A w niej nakręcała się podskórna bomba złości, która w końcu wybuchła, raniąc wszystkich – także ją samą. Ludzie perfekcyjni często czują się samotni. Niemówienie innym o swoim żalu, smutku czy złości jest pewną formą przemocy psychicznej: „Ty przeżywasz emocje, ja nie”. Nie tylko odcinamy się wtedy od swojego wnętrza, ale też nie dajemy sobie i drugiej osobie szansy na zmianę.

Och, przecież nic się nie stało, czyli jakie plusy ma bycie wiecznym dzieckiem

– Zabawa i zabawa. Tak od lat traktuję mężczyzn. Potrafię umawiać się z kilkoma jednocześnie, każdy zaspokaja mi inne potrzeby – opowiada 30-letnia Katarzyna. – Do pewnego momentu sprawiało mi to przyjemność, dawało poczucie władzy i kontroli. Miałam lepiej niż koleżanki, które żyły w nudnych związkach. Ale ostatnio dobił mnie komentarz przyjaciela: „Ty używasz ludzi”. Najpierw poczułam się okropnie, potem zaczęłam zastanawiać się, czy on nie ma racji. Jestem niby blisko z każdym, a tak naprawdę z nikim. Koleżanki wychodzą za mąż, rodzą dzieci, a ja?

– Dziecko w nas ma różne twarze – mówi Magdalena Nowak-Strelnikov. – Bywa uległe, bo boi się kary surowego rodzica, czasem jest spontaniczne i radosne, a niekiedy nieznośne i roszczeniowe. To nieznośne dziecko myśli tylko o swoich potrzebach, jest impulsywne, egoistyczne. I pogrywa innymi, by osiągnąć swój cel. Najczęściej takie zachowanie wynika z lęku przed odpowiedzialnością, zrozumieniem, że dorosłe życie polega na dokonywaniu wyborów i ponoszeniu ich konsekwencji.

W tę grę często grają nieodpowiedzialni mężowie i żony z głową w chmurach. W przeszłości albo obserwowali kogoś nieodpowiedzialnego, albo sami nauczyli się, że to najlepsza metoda na życie („nie muszę brać odpowiedzialności za innych, ale dzięki nim mogę się dobrze czuć”). To jak mieć ciastko i zjeść ciastko, ale do czasu, bo rola dziecka, podobnie jak każda inna, w końcu zaczyna ciążyć.

Trzy osoby w nas

To tylko kilka przykładów gier, w które gramy na co dzień z innymi, ale też z samymi sobą. Początkowo coś nam dają w relacjach, coś załatwiają lub ułatwiają – lepsze traktowanie, sympatię, współczucie. Po jakimś czasie jednak stają się zbyt uciążliwe – wymagają zakładania ciągle tej samej maski, stałej czujności i tłumienia emocji. Oddalają nas od innych i od siebie samych.

– Wszyscy w jakimś sensie udajemy, dlatego nie demonizowałabym gier międzyludzkich – uspokaja Magdalena Nowak-Strelnikov. – W psychologii wolimy nazywać je transakcjami, czyli wymianami komunikacyjnymi. Jak to wytłumaczyć prościej? Nasze „ja” składa się z trzech części, które w analizie transakcyjnej nazwano: rodzicem, dzieckiem i dorosłym. Dziecko w nas odpowiada za potrzeby, pragnienia, atawizmy. Dorosły pozwala nam kontaktować się z rzeczywistością. Dzięki niemu oceniamy, kim jesteśmy, w jakim punkcie życia się znajdujemy. Rodzic to z kolei nasze normy i zasady, przekonania, co wolno, a czego nie. To, jak kontaktujemy się z ludźmi, nawiązujemy z nimi relacje, zależy od tego, jak te trzy części w nas funkcjonują. Przy różnych ludziach wchodzimy w różne role. Wobec niektórych jesteśmy ulegli jak dziecko, wobec innych zachowujemy się jak rodzic. Matkujemy im albo pouczamy ich jak surowy ojciec. Przy jeszcze innych zachowujemy się jak dorośli i komunikujemy się po partnersku. Te wszystkie części w nas są, a w określonych sytuacjach uruchamiamy jedną z nich – najważniejsze, by wybrać tę najwłaściwszą.

Gdy mamy czas wolny, dziecko w nas pozwala odpocząć i cieszyć się chwilą, ale gdy trzeba będzie zajmować się sprawami urzędowymi, dorosły sprawi, że zachowamy się dojrzale. W innych sytuacjach, na przykład wobec córki czy syna, kontrolę przejmie rodzic. Problem zaczyna się wtedy, gdy jedna z postaci zaczyna dominować. Wtedy nie tylko mamy kłopot z budowaniem zdrowych relacji, ale też nieświadomie ranimy siebie. Ważna jest właśnie ta nieświadomość, bo my najczęściej nie wiemy, że w ogóle w coś gramy. Złościmy się na innych, a sami sprawiamy, że traktują nas tak, a nie inaczej.

– Na szczęście każdy może zrozumieć gry, w które gra. Uświadomić sobie, co mu dają, co blokują – mówi psychoterapeutka. – Najtrudniejsze może być wyłapanie gry, którą uprawiamy najczęściej. Nie zawsze jest ona tak oczywista. Dlatego polecam książkę „W co grają ludzie” Erica Berne'a – to jedno z pierwszych, świetnych opracowań dotyczących gier transakcyjnych, kopalnia wiedzy o nas samych. Przeczytanie jej może być pierwszym krokiem do zmian. I budowania autentycznych relacji z ludźmi

  1. Psychologia

Nigdy nie jest za późno...

Zmiana jest chyba jedyną składową rzeczywistości, której możemy być absolutnie pewni. (Fot. iStock)
Zmiana jest chyba jedyną składową rzeczywistości, której możemy być absolutnie pewni. (Fot. iStock)
...by rzucić pracę, nauczyć się języka, odbić się od dna, pojechać w podróż życia. Jedną z najpowszechniejszych wymówek, którą odżegnujemy się od jakiejkolwiek próby zmiany, jest czas. Jesteśmy za starzy, by się zakochać; za starzy, by podróżować, uprawiać sporty, odkrywać nowe pasje. Nie zdobędziemy już przecież mistrzostwa w danej dyscyplinie, a tylko wygłupimy się, ośmieszymy. Prawda? Nieprawda! 

Artykuł archiwalny.

Zmiana jest chyba jedyną składową rzeczywistości, której możemy być absolutnie pewni. A jednak wielu z nas unika zmian jak ognia. Wolimy zamknąć się w trybach codziennej rutyny, choćby znienawidzonej, bo jest stała, okiełznana, oswojona. Boimy się tego, co nowe, bo każdy początek zmusza nas do zadawania pytań i ponownego szukania odpowiedzi. Do wysiłku, który wiele kosztuje, ale jest przecież kluczem do rozwoju. Sama myśl, że ktoś mógłby próbować przekonać nas do nowych wyzwań, przeraża, paraliżuje. Jednak zmiana nie musi być czymś narzuconym z zewnątrz: zamiast tego, może wypływać z nas samych, wynikać z naszej decyzji, z naszego postanowienia. Jest wówczas dużo łatwiejsza do przyjęcia, wzbudza mniejszy lęk i niepokój.

Rzadko kiedy pamięta się fejsbukowe posty sprzed wielu miesięcy, a ten inspiruje mnie do dzisiaj, choć przeczytałam go niemal przed rokiem. Miguel jest z zawodu notariuszem. Jakiś czas temu skończył 80 lat, ma sześcioro wnuków i wielką pasję życia. Przeszedł atak serca, wszczepiono mu poczwórne bypassy, a po tym wszystkim zapisał się na uniwersytet w Walencji, by studiować ukochaną historię. W minionym roku akademickim Hiszpan udał się też na Erasmusa do malowniczej włoskiej Werony. Bo przecież każdy moment jest dobry, by zacząć spełniać marzenia. Czego powinniśmy bać się ty czy ja, skoro Miguel, mimo problemów zdrowotnych i mocno zaawansowanego wieku, zdecydował się na studencką przygodę?

Szczelina na zmianę

Moja teściowa skończy lada dzień 72 lata. Kiedy odwiedzam na dłużej dom rodzinny męża i akurat uda mi się ją tam zastać, rankami przeklinam ją serdecznie. Wstaje przed piątą i zaczyna dzień od energicznej gimnastyki, sprawiając, że czuję się jak truteń wylegujący się do południa, choć przecież rzadko wstaję później niż o ósmej. Kiedy półprzytomna gramolę się na śniadanie, ona zwykle przerzuca już przewodniki albo szuka informacji w Internecie. W skupieniu notuje ciekawostki, sprawdza godziny otwarcia, przegląda fotografie. Od kilku lat pracuje jako przewodniczka i pilotka wycieczek, a portfolio krajów, do których zabiera turystów, rozszerza się z dnia na dzień. W ostatnich miesiącach odwiedziła m.in. Gwatemalę, Rosję, Tunezję, Uzbekistan, Grecję i Ukrainę. – Nie byłam jeszcze wszędzie, ale jest to na mojej liście – cytuje słynne zdanie Susan Sontag, a ja stwierdzam, że brakuje jej chyba niewiele, bo większą część roku spędza w podróży. Nie zawsze tak było – z wykształcenia jest mikrobiologiem, przez lata pracowała w przyszpitalnym laboratorium. Pomysł na zmianę trybu życia i zawodu przyszedł po sześćdziesiątce. – Pomyślałam, że skoro zmianą, której oczekuje ode mnie otoczenie, jest emerytura i siedzenie w domu, a ja sama mogę wprowadzić zupełnie inną, wybierając aktywność i poznawanie świata, to zdecydowanie wolę tę drugą opcję – esemesuje do mnie z lotniska. W ramach odpoczynku od pilotowania wybiera się właśnie z moim teściem do Etiopii.

Z lotniska pędzi do mnie natomiast Łucja, lat 50, nieustannie kursująca między Warszawą a Malagą. W Andaluzji mieszka Steven, jej wielka miłość, poznana przed laty. – Naszą historię opowiadam chętnie ku pokrzepieniu serc – uśmiecha się Łucja, dolewając mi mrożonej herbaty z dodatkiem kwiatu hiszpańskiej pomarańczy. – Jesteśmy żywym dowodem na to, że wszystko, co piękne, może wydarzyć się w dowolnym momencie, niespodziewanie. Co więcej, jedno piękne zdarzenie rodzi kolejne, które z niego pączkują. Trzeba tylko uwierzyć w dobro, piękno, w drugiego człowieka.

Ze Stevenem poznali się w Londynie na początku lat 90. Mieli po 20 lat, strzała Amora trafiła ich na pierwszej randce, planowali wspólne życie w Wielkiej Brytanii. Na skutek niefortunnego zbiegu okoliczności, który zaistniał, gdy Łucja wróciła na chwilę do Polski, by przedłużyć wizę – stracili kontakt na ponad 20 lat. W międzyczasie on wyjechał do Hiszpanii; oboje założyli rodziny, pojawiły się dzieci, ale też kłopoty, poczucie niedopasowania, niespełnienia. Usłyszeli się ponownie pięć lat temu. Decyzję podjęli w tym samym czasie – kończą niesatysfakcjonujące związki, wracają do siebie, zaczynają od nowa, bo ich historia domaga się, by pisać ją dalej.

– Po czterdziestce często pojawia się w człowieku szczelina, przez którą może prześlizgnąć się zmiana – tłumaczy Łucja. – Od nas zależy, czy zdecydujemy się na szczerą rozmowę ze swoim wnętrzem, przestaniemy oszukiwać się, że jest nam dobrze, chociaż nie jest, i otworzymy się na to, co szykuje dla nas świat. Kiedy raz powiemy zmianie „tak” – rusza lawina. Decyzja jest oczywiście trudna, towarzyszy jej wiele lęku, ale gdy już ją podejmiemy, ogarnie nas wielki spokój. Zresztą, jak powiedział Wojciech Eichelberger, lęk to coś, za czym warto podążać – podkreśla. – Wszystko, czego naprawdę chcemy, jest po drugiej stronie lęku. To stały element życia, który pokazuje, co jest dla nas ważne; nie powinien nas paraliżować, a służyć za drogowskaz.

Tak też zrobiła Łucja. Weszła w nowy związek, sprzedała dom, jest w trakcie przeprowadzki do Hiszpanii. Promieniuje szczęściem.

Status quo rzadko cieszy

Podobne wrażenie robi na mnie Marcin. Czterdzieste urodziny ma już dawno za sobą. Obchodził je na południu Polski, gdzie mieszka wraz z żoną Anią i dziećmi. Przez wiele lat pracował jako policjant. – Wtedy chyba nie promieniałem – śmieje się – a już na pewno nie w ostatnim okresie służby. W mundurze spędziłem 18 lat, ale ostatnie osiem rozmyślałem o zmianie. Ostateczną decyzję podjął za mnie ktoś inny. Głupota ludzka kosztowała mnie kalectwo w lewej dłoni i nadmiar lęku w sercu. Przestałem być policjantem.

Wypadek z bronią, której nie zabezpieczył kolega po fachu, wymusił na nim nowy początek. Marcin otworzył slowfoodową cukiernię, w której realizował swoje kulinarne pasje, a z żoną nauczycielką założyli pogotowie rodzinne. Jednak i ta droga okazała się niewłaściwa – cukierniczego interesu nie udało się wystarczająco rozkręcić, zaś prowadzenie rodziny zastępczej zetknęło ich z niewyobrażalną ilością cierpienia i ludzkiego okrucieństwa, malwersacji i nadużyć, których nie chcieli tolerować. Zdecydowali, że zaczną raz jeszcze, daleko od wszystkiego, co znają. Za kilka tygodni wyjeżdżają na stałe na Sardynię, gdzie planują pracować w małej lokalnej kawiarni.

– Przekroczyliśmy smugę cienia – tłumaczy Marcin. – W pewnym momencie nastąpiło jakieś przebudzenie z marazmu, uświadomienie sobie, co dla nas ważne. Nie jest to złudne bezpieczeństwo finansowe, etat Ani w szkole czy przymykanie oczu na zło tego świata. Wybieramy piękno przyrody, wiejską społeczność, życie skromne, ale szczere, oparte na wolności. Oczywiście, że się boimy. Prawdopodobnie łatwiej byłoby odłożyć wyjazd „na potem”. Ale kiedy to wypadnie? Kiedy będzie „lepszy czas”? Życia nie da się cofnąć, a właściwy moment jest wtedy, kiedy my go takim wybierzemy.

Marcinowi i Łucji przytakuje Ania Chmura, właścicielka warszawskiego studia Kameralnyfitness.pl. Jej klientkami są zarówno młode dziewczyny, zabiegane mamy, jak i osoby po sześćdziesiątce. Te ostatnie okazują się często szalenie inspirujące. Wiele z nich rozpoczyna przygodę ze sportem dopiero teraz; z różnych powodów właśnie ten moment, już na bardzo dojrzałym etapie życia, uznają za przełomowy, za właściwy, by zaopiekować się sobą. Zgodnie ze słowami Łucji, postanawiają podążać za lękiem, choć czują się onieśmielone, niedoświadczone, nieporadne.

– Lęk przed zmianą odczuwamy wszyscy; warto jednak zadać sobie pytanie, co daje mi stan obecny, czym ten lęk karmi, jak go zasila – zauważa trenerka. – Przecież status quo rzadko kiedy jest idealne. Jeśli na przykład prowadzę siedzący tryb życia, mam nadwagę, cierpię na bóle kręgosłupa, a mimo to wzbraniam się przed podjęciem aktywności fizycznej – oznacza to, że ten ból, ta nadwaga, to cierpienie są mi do czegoś potrzebne. Do moich klientek dociera jednak, że aby dbać o innych, jak robiły przez lata, pielęgnując dzieci, wspierając męża – muszą zająć się także sobą. Nie chodzi tu o katorgę diet, wyczynowy sport i wyrzeczenia, ale o poświęcenie sobie uwagi, wsłuchanie się w siebie. I o zrozumienie, że każda porażka, każda przegrana może zostać przekuta w sukces, jeśli wykorzystamy ją jako przyczynek do szukania nowych rozwiązań. Jeśli zdecydujemy, że to my, dzięki naszym decyzjom, będziemy mieć moc sprawczą i będziemy mogli czerpać z życia pełnymi garściami.

Nie ma chwili do stracenia

Tak właśnie robi pani Ela (dobrze po sześćdziesiątce), z którą umawiam się w żoliborskiej kawiarni. Kiedy wchodzę, czeka już przy stoliku. Na głowie ma jak zwykle wielki słomkowy kapelusz, który sprawia, że zawsze wygląda elegancko i wyrafinowanie, a zarazem tak, jakby właśnie wróciła z egzotycznej podróży – lub się do niej szykowała. Zamawiamy same pyszności, nie bacząc na kalorie i indeksy glikemiczne. Pytając, co słychać, szykuję się na listę niezwykłości. Pani Ela robi rzeczy niesamowite, a do wszystkiego, nawet do najprostszych życiowych czynności, podchodzi z zaraźliwym entuzjazmem, i opowiada o nich, jakby stanowiły nie lada przygodę. – Właśnie zasadziłam nowe róże w ogrodzie – oznajmia triumfująco, bo choć z zawodu jest prawniczką, to ogrodnictwo pochłonęło ją do tego stopnia, że już na emeryturze pokończyła liczne kursy i dziś jest wspólniczką w firmie oferującej szkolenia dla aspirujących ogrodników. – Poza tym wróciłam z Chile – dodaje – a już nie mogę doczekać się Argentyny. Przede mną jeszcze kilka miesięcy przygotowań do wyjazdu. Lubię przyszykować się do podróży, poczytać, posłuchać innych podróżników. Dla takich jak ja napisałam książkę o Nepalu, którą udało mi się wydać kilka miesięcy temu – mam więc sporo spotkań autorskich, gdzie poznaję osoby równie aktywne jak ja. Do tego dochodzi czwarta wystawa moich akwarel. Malarstwo ogromnie dużo mnie nauczyło – inaczej widzę teraz kolory, światło, wszystko to, czego doświadczam w podróży i na co dzień, a czego wcześniej prawie nie zauważałam – wylicza.

Kiedy pytam o zdrowie, wspomina, że pobolewa ją kolano; lekarz orzekł, że swoje zrobiły lata intensywnego trekkingu. Na jej twarz szybko wraca jednak uśmiech. – Co ciekawe, kolano boli mnie najmniej, gdy wkładam buty na obcasach. I całe szczęście, bo dzięki temu mogę dalej w każdy piątek biegać na zajęcia z tanga argentyńskiego. Życie ucieka, nie mam ani chwili do stracenia. Chcę pić pyszną kawę w najładniejszych filiżankach, poznawać świat i smakować każdą chwilę. Na nic innego nie mam przecież czasu.

  1. Psychologia

Mistrzostwo rodzi się w głowie - rozmowa z Darią Abramowicz, psycholożką pracującą z Igą Świątek

Igą Świątek jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. BEW)
Igą Świątek jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. BEW)
Jak to możliwe, że młoda tenisistka, jaką jest Iga Świątek, wykazała się tak niesamowitą siłą psychiczną? – Bez trudnych turniejów Igi w Stanach, w Rzymie nie byłoby jej świetnej dyspozycji w Paryżu. Porażka może być źródłem siły. Pod warunkiem że wyciągniemy z niej wnioski. 

Jesteśmy niestabilne, rozchwiane, rozhisteryzowane, a to świadczy o naszej słabości. Jest w takich sądach ziarnko prawdy? Bywamy emocjonalne, to prawda. Ale czy to nas osłabia? Z moich doświadczeń zawodowych wynika, że zawodniczki są w stanie dochodzić do mistrzostwa w swoich dziedzinach, podobnie jak mężczyźni. I tak jak mężczyźni podczas rywalizacji przejawiają różne cechy, w tym cechy uznawane za stereotypowo męskie. Czasem na przykład wyrażają, używając silnej ekspresji, swoją złość, co przypisuje się mężczyznom. A z kolei mężczyźni niejednokrotnie reagują bardzo emocjonalnie, co przypisywane jest kobietom.

Według innej obiegowej opinii jesteśmy od mężczyzn odporniejsze na ból, stres. Sport to potwierdza? Widywałam kobiety potrafiące przezwyciężać ból i bardzo silny dyskomfort, nawet podejmować ryzyko związane z zagrożeniem zdrowia, żeby realizować swój cel. I widywałam mężczyzn o – jak to nazywam – niekonstruktywnej relacji z bólem. Ale bywa też odwrotnie. Z moich obserwacji wynika, że kiedy zawodnicy stają przed bardzo długą i żmudną pracą, która wiąże się z pokonywaniem przeszkód, wieloma trudnymi sytuacjami wymagającymi odporności psychicznej, to kobiety często są tu sprawniejsze. Aczkolwiek nie twierdzę, że mężczyźni tego nie potrafią.

Przykład Igi Świątek pokazuje, jak ważna w sporcie jest siła psychiczna. Jako młoda zawodniczka rzucała rakietkami, teraz potrafi trzymać nerwy na wodzy w meczach o najwyższą stawkę. Jak buduje się taką siłę? Mistrzostwo rodzi się w głowie. I to nie tylko to sportowe. Psychologiczne mechanizmy rządzące sportem są absolutnie takie same jak te w życiu. Siłę i odporność kobiet buduje się poprzez pracę nad samooceną, poczuciem własnej wartości, nad świadomością siebie w różnych obszarach: obrazu własnego ciała, inteligencji emocjonalnej, relacji. No i wreszcie w obszarze umiejętności poznawczych i treningu mentalnego, który daje poczucie sprawczości, skuteczności.

Co jednak musiało się stać, żeby Iga nagle uruchomiła w sobie taką siłę? Zdecydowanie nie stało się to nagle. To proces związany – co warto podkreślić – z jej ogromną pracą, którą cały czas wykonuje z dużym oddaniem. Wyszła trochę laurka, ale absolutnie prawdziwa. W przypadku Igi nic nie stało się samo. Istotnym elementem jej pracy, przez wiele miesięcy, był trening mentalny, który wciąż trwa, a jego celem jest wykorzystywanie przez Igę swoich zasobów w danym momencie, czy to podczas treningu, czy meczu.

Na czym konkretnie ten trening polega? Nie ma jednej prostej recepty. Ogólnie mówiąc, polega na stopniowym budowaniu samoświadomości, samooceny, byciu blisko siebie. Bo to wszystko sprawia, że kiedy przychodzi do meczu, czasem bardzo wymagającego, na wysokim poziomie napięcia, można uwierzyć w to, że da się przejąć nad nim kontrolę, czyli zrobić swoje. To jest siła.

Łatwo wyobrazić sobie, że siła może przerodzić się w agresję, a poczucie własnej wartości – w egocentryzm. Nie o taką siłę przecież chodzi. Rzeczywiście siła bywa czasem utożsamiana z arogancją, agresją, egoizmem. Tę autentyczną buduje się poprzez zaufanie, bliskość, przekazywanie pozytywnych wzorców, co nie jest takie proste, bo żyjemy w czasach kryzysu autorytetów. Młodzi sportowcy też mają coraz mniej idoli, na których patrzą z uznaniem. A pozytywne wzorce są niezwykle ważne.

Co mogą robić rodzice, żeby wychować córki na silne kobiety? Najważniejsza, choć może brzmi to banalnie, jest bliskość, uważne słuchanie i wola usłyszenia. Dzięki rozmowie mamy szansę poznać córkę, przekazać jej to, co myślimy, no i przede wszystkim zacieśniać z nią relację. Rozmowa sprawdza się także w sporcie. Ja na przykład rozmawiam z zawodniczkami o tym, jak postrzegają swoje ciało, gdzie upatrują źródeł swojej siły, jak ją sobie wyobrażają. I tworzymy razem wizję tego, jak chciałyby funkcjonować, a później dzień za dniem drobnymi krokami staramy się to realizować. Dla wielu kobiet takim filarem siły jest praca, bo daje im poczucie sprawczości, skuteczności, kontroli. Dobrze, żeby rodzice wzmacniali talenty córek. I żeby pracowali nad komunikacją i ich asertywnością, które są absolutnym kluczem do wyrażania własnych potrzeb i emocji w sposób, który nie narusza wolności innych. Tego też uczę intensywnie zawodniczki.

Są do tego jakieś narzędzia? Czasem takie właśnie pytanie słyszę od zawodniczek: „Co zastosować, żeby od razu zadziałało?”. No, tak się nie da. Zmiana postaw, przekonań, nawyków to wynik procesu, czasem długotrwałego.

Czy takim rodzajem narzędzia może być myślenie pozytywne? Mecz źle idzie, a ja sobie wyobrażam wygraną. Pamiętam słowa Ewy Woydyłło na jednym z wykładów o traumie: „Każdy z nas na koniec dnia ma wybór, czy chce się trzymać kurczowo przeszłości, czy jednak pomyśleć o pozytywnej wizji przyszłości i iść do przodu”. Co do zasady myślenie pozytywne ma wielką moc. Niemniej zachęcam zawodniczki, żeby pracować z konstruktywnym nastawieniem. Czyli myśleć o tym, ile pracy potrzeba, aby coś osiągnąć. I że nie będzie to zawsze przyjemne. Że czasem będzie mnie wszystko bolało, być może będę płakać z bólu czy z bezsilności, ale wiem, że to zaprocentuje, kiedy będę tego najbardziej potrzebować. Myślenie jednoznacznie pozytywne może przekłamywać rzeczywistość, która nas czeka. Zachęcam, żeby koncentrować wysiłki na pracy, na możliwościach.

Ważne chyba, nie tylko w sporcie, żeby traktować porażki jako lekcje. Zdecydowanie tak, porażka może być źródłem siły. Pod warunkiem jednak, że wyciągniemy z niej wnioski. Bez bardzo trudnych turniejów Igi w Stanach, w Rzymie nie byłoby jej świetnej dyspozycji w Paryżu. Mogę też powiedzieć, że nie byłabym zawodowo w tym miejscu, gdzie jestem, gdyby nie wiele trudnych doświadczeń.

Ale niepowodzenia czasem mogą nas złamać. Tak, mogą działać destrukcyjnie, szczególnie wtedy, gdy nie wypracujemy sobie zgody na ich pojawienie się w naszym życiu. Dlatego tak ważna jest akceptacja niepowodzeń.

Jak to osiągnąć? Chciałabym podkreślić, że nie musimy tego robić sami. Ogromne znaczenie w radzeniu sobie z niepowodzeniami, ale też w budowaniu siły, ma sieć wsparcia społecznego, bliskich, a w sporcie – trenerów, psychologów, lekarzy. Dla sportowców symbolem niepowodzenia jest kontuzja. Jedni potrzebują wtedy silnego wsparcia terapeutycznego, innym wystarczy wsparcie bliskich. Podobnie jest w społeczeństwie. Nie po każdym traumatycznym zdarzeniu i nie każda osoba będzie potrzebowała pomocy terapeutycznej czy psychiatrycznej. Niemniej jeżeli jej potrzebujemy, to nie oznacza, że jesteśmy słabi.

Kobiety przez wieki były uczone, żeby służyć innym, więc budowanie swojej siły muszą zacząć od myślenia, żeby służyć sobie, od polubienia siebie. Życie w zgodzie ze sobą jest czymś ekstremalnie istotnym dla każdego człowieka. Wszystko zaczyna się w nas i od nas. Trudno mówić o sile, odporności psychicznej, jeżeli nie kochamy siebie. W tenisie bardzo ważne jest skupianie się na sobie, żeby właściwie ustawić ciało, przygotować się do uderzenia. W życiu podobnie. Otworzyć się na siebie bardzo pomaga trening uważności. W pracy ze sportowcami często odwołuję się do metaforycznej skrzynki na narzędzia. Wkładamy do niej wspólnie różne narzędzia treningu mentalnego: młotek, wkrętarkę, klucz francuski, śrubokręt płaski czy krzyżak. Ta skrzynka może być dobrze wyposażona, ale jeżeli nie wiemy, do czego używa się młotka, a do czego klucza francuskiego, to te narzędzia nie do końca są użyteczne. Dlatego trzeba nie tylko mieć świadomość własnych potrzeb, swoich reakcji, postaw, nawyków, lecz także umieć je modelować.

Wydaje się, że Iga nie boi się rywalek. Jak pani pomogła jej to osiągnąć? Pytam, bo wiele z nas wycofuje się z lęku przed trudnościami. Staramy się skupiać na mocnych stronach, tym zresztą charakteryzuje się praca w sporcie, aby być świadomym swojego potencjału i z niego w pełni korzystać. Rozmawiamy o Igi zasobach, o tym, w czym jest dobra, bo to pomaga redukować potencjalny lęk. A kiedy on się mimo wszystko pojawia, dużo łatwiej zakotwiczyć się w tym, co mocne, dobre, pozytywne.

Mówi się o sile spokoju. Zachowanie zimnej krwi w stresujących sytuacjach to sprawdzian siły? Myślę, że tak. I znów – ten spokój łatwiej osiągnąć, gdy koncentrujemy się na sobie, na tym, na co mamy wpływ, czyli na pracy, bo na wynik nie zawsze mamy wpływ, a na pracę już tak. Budowanie siły spokoju polega też na regulacji emocji, uczeniu się ich rozpoznawania, nazywania, interpretacji, ekspresji, żeby – co jest niesamowicie ważne – być w stanie je potem regulować. Celowo nie używam słowa „kontrolować”, bo kontrola kojarzy się z powstrzymywaniem się, tymczasem każdy z nas odczuwa emocje i powinien je wyrażać. Trzeba jednak robić to asertywnie, ale w sposób, który nie rani i nie narusza wolności innych. Uczymy sportowców, że adekwatne do sytuacji wyrażanie emocji może pomagać wykorzystywać swój potencjał. Myślę, że dobrze byłoby uczyć tego już małe dzieci, bo to długi proces. Jeśli natomiast z jakichś powodów nie przebiegał on konstruktywnie i takich zasobów brakuje dorosłym kobietom, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby o to zadbały. Bo regulacja emocji stanowi jeden z filarów wewnętrznego spokoju.

Iga otwarcie mówi, jak wiele zawdzięcza pani, podkreśla wpływ wsparcia psychologicznego na jej sukces. Obie zrobiłyście ogromnie dużo dla rozpropagowania znaczenia psychologii w naszym życiu. Staram się, aby sportowcy, z którymi pracuję, rozumieli, po co coś robią, co to daje. No bo ostatecznie to, jak pracują i jak żyją, to system naczyń połączonych. Bardzo jestem wdzięczna Idze za to, że w swoich wypowiedziach podkreśla wartość pracy mentalnej dla budowania swojej siły. To świadczy o tym, że osiągnęłam jeden z celów mojej pracy. I nadal staram się robić swoje. 

Daria Abramowicz, psycholożka, studiowała także na AWFiS w Gdańsku. Pracuje ze sportowcami, w tym, od ponad półtora roku, z tenisistką Igą Świątek, która jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. Katarzyna Milewska) Daria Abramowicz, psycholożka, studiowała także na AWFiS w Gdańsku. Pracuje ze sportowcami, w tym, od ponad półtora roku, z tenisistką Igą Świątek, która jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. Katarzyna Milewska)

 

  1. Styl Życia

Zmiana jest podstawą naszego życia – tłumaczy buddyjska mniszka Pema Chödrön

Ciągła zmiana to nasza prawdziwa rzeczywistość. Trudno jednak zaakceptować tę prawdę na poziomie emocji (fot. iStock)
Ciągła zmiana to nasza prawdziwa rzeczywistość. Trudno jednak zaakceptować tę prawdę na poziomie emocji (fot. iStock)
Budda nauczał, że istnieją trzy główne cechy ludzkiej egzystencji: nietrwałość, bezinteresowność oraz cierpienie lub niezadowolenie. Według Buddy życie wszystkich istot jest naznaczone przez te trzy cechy. Uznanie ich za prawdziwe poprzez własne doświadczenia pomaga nam odnaleźć spokój w tym, co jest – pisze Pema Chödrön w najnowszej książce „Odważne życie. Jak być nieustraszonym w dzisiejszym świecie”.

Kiedy po raz pierwszy wysłuchałam tego nauczania, wydało mi się akademickie i odległe. Gdy jednak zachęcono mnie do skupienia uwagi – do zaciekawienia się tym, co dzieje się z  moim ciałem i  moim umysłem – coś się zmieniło. Na podstawie własnego doświadczenia mogłam zaobserwować, że nic nie jest statyczne. Moje nastroje zmieniają się nieustannie jak pogoda. Zdecydowanie nie mam kontroli nad tym, jakie myśli lub emocje pojawiają się, ani nie mogę powstrzymać ich przepływu. Po bezruchu następuje ruch, a  ruch wraca do bezruchu. Nawet najbardziej uporczywy ból fizyczny zmienia się, jak przypływy i odpływy, gdy skupiam na nim uwagę.

Nowe nastawienie pojawia się wtedy, gdy zaczynamy dostrzegać, że wczoraj było wczoraj, a teraz już go nie ma; dziś jest dziś i teraz jest nowe. Tak jest – każda godzina, każda minuta się zmienia. Jeśli przestajemy obserwować zmiany, to przestajemy postrzegać wszystko jak nowe. Dzigar Kongtrul Rinpocze
Czuję wdzięczność dla Buddy za wskazanie, że to, z czym zmagamy się przez całe życie, można traktować jako zwykłe doświadczenie. Życie nieustannie przynosi wzloty i upadki. Ludzie są nieprzewidywalni, podobnie jak sytuacje i jak wszystko inne. Święci, grzesznicy, zwycięzcy, przegrani – wszyscy znamy ten ból, gdy przytrafia nam się to, czego nie chcemy. Czuję wdzięczność za to, że ktoś zobaczył prawdę i wykazał, że nie odczuwamy bólu z powodu naszej osobistej niemożności naprawienia sytuacji.

Pierwszą oznaką istnienia jest to, że nic nie jest statyczne i  niezmienne, że wszystko jest ulotne i  nietrwałe. Wszystko jest w toku. Wszystko – każde drzewo, każde źdźbło trawy, wszystkie zwierzęta, owady, ludzie, budynki, to, co żywe i nieożywione, cały czas się zmienia, z minuty na minutę. Nie musimy być ani mistykami, ani fizykami, żeby to wiedzieć. Jednak na poziomie osobistego doświadczenia nie przyjmujemy do wiadomości tego podstawowego faktu. Oznacza to, że życie nie zawsze toczy się po naszej myśli. Oznacza to, że jest strata, ale jest i zysk. Ale nam się to nie podoba.

Kiedyś zmieniałam pracę i dom w tym samym czasie. Odczuwałam niepewność, niepokój, bezzasadność. Pożaliłam się Trungpie Rinpocze, że mam problem ze zmianami, w  nadziei, że powie coś, co pomoże mi w  pracy nad tym. Popatrzył na mnie jakby pustym wzrokiem i powiedział: „Zawsze jesteśmy w procesie zmiany”. A potem dodał: „Jeśli możesz się z tym zwyczajnie pogodzić, nie będziesz miała żadnych problemów”.

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe) Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe)

Wiemy, że wszystko jest nietrwałe, wiemy, że wszystko się kończy. Chociaż tę prawdę jesteśmy w  stanie zaakceptować na poziomie intelektualnym, to jednak w sferze emocjonalnej odczuwamy głęboko zakorzenioną niechęć. Chcemy stabilności, oczekujemy jej. W  naturalny sposób poszukujemy bezpieczeństwa. Wierzymy, że możemy je znaleźć. Doświadczanie nietrwałości w życiu codziennym jest źródłem frustracji.

Każdego dnia wykorzystujemy naszą aktywność jak tarczę chroniącą nas przed fundamentalną niejednoznacznością sytuacji, w  jakiej się znajdujemy. Zużywamy ogromną ilość energii, próbując uchronić się przed nietrwałością i śmiercią. Nie podoba nam się, że nasze ciała zmieniają się z  upływem czasu. Nie podoba nam się, że się starzejemy. Boimy się zmarszczek i zwiotczałej skóry. Używamy kosmetyków pielęgnacyjnych tak, jakbyśmy naprawdę wierzyli, że nasza skóra, włosy, oczy i zęby mogą w jakiś cudowny sposób uciec od prawdy o nietrwałości.

Nauki buddyjskie mają na celu uwolnienie nas od tego ograniczonego sposobu odnoszenia się do rzeczywistości. Zachęcają nas, żeby stopniowo i w pełni zanurzyć się w zwyczajną i oczywistą prawdę o zmianie. Uznanie tej prawdy nie oznacza, że widzimy tylko to, co ponure. Oznacza, że zaczynamy rozumieć, że nie tylko my przestajemy się z tym wszystkim wyrabiać. Już nie wierzymy, że są ludzie, którym udało się uniknąć niepewności.

Inną oznaką istnienia jest brak niezmiennego ja. Jako istoty ludzkie przemijamy tak samo jak wszystko inne. Każda komórka naszego ciała podlega ciągłym zmianom. Myśli i  emocje nieustannie pojawiają się i znikają. Na czym opieramy przekonanie, że jesteśmy kompetentni lub że jesteśmy beznadziejni? Na tej ulotnej chwili? Na wczorajszym sukcesie czy porażce? Trzymamy się utrwalonego przekonania o tym, kim jesteśmy, i to nas paraliżuje. Tymczasem nic i nikt nie jest niezmienne. To, czy zmiany są dla nas źródłem wolności, czy też źródłem straszliwego niepokoju, robi istotną różnicę. Czy mijające dni przynoszą coraz więcej cierpienia, czy też zwiększają naszą zdolność do odczuwania radości? To jest ważne pytanie.

Czasami brak niezmiennego ja nazywany jest brakiem duszy. Te słowa mogą wprowadzać w błąd. Budda nie sugerował, że znikamy albo że możemy wymazać naszą osobowość. Pewien uczeń zapytał kiedyś: „Czy doświadczanie braku niezmiennego ja nie sprawia, że życie traci blask?”. To nie jest tak. Budda zwracał uwagę na to, że twarde przekonania, jakie mamy na swój temat, mianowicie, że jesteśmy niezmienni i oddzieleni od innych, są boleśnie ograniczające. Możemy przez to występować na scenie naszego życia, nie wierząc aż tak gorliwie w  postać, którą gramy.

Kłopot polega na tym, że traktujemy siebie tak poważnie, że nadajemy sobie aż tak absurdalne poczucie ważności. Uważamy, że mamy prawo irytować się na wszystko, poniżać siebie lub myśleć, że jesteśmy mądrzejsi od innych. Poczucie własnej ważności wyrządza nam krzywdę, zamyka w ciasnym świecie naszych upodobań i niechęci. W końcu znudzimy się na śmierć sobą i naszym światem. W końcu nigdy nie znajdziemy zadowolenia.

Mamy dwie możliwości do wyboru: albo zakwestionujemy nasze przekonania, albo nie. Albo zaakceptujemy nasze dotychczasowe wersje rzeczywistości, albo zaczniemy je odrzucać. W  opinii Buddy ćwiczenie się w otwartości i ciekawości, a także w rezygnacji z założeń i przekonań to najlepszy sposób, w jaki możemy przeżyć nasze życie.

Mówiąc wprost, brak niezmiennego ja oznacza elastyczną tożsamość, która przejawia się w dociekliwości, zdolności do adaptacji, poczuciu humoru, chęci do zabawy. To nasza umiejętność odnalezienia spokoju bez wiedzy o wszystkim, bez rozgrywania wszystkiego, bez żadnej pewności co do tego, kim jesteśmy ani kim są inni. (…)

Jak mamy zamiar przeżyć to krótkie życie? Czy będziemy doprowadzać do perfekcji umiejętność walki z niepewnością, czy też będziemy doskonalić się w odpuszczaniu? Czy będziemy uparcie trzymać się przekonania „Ja jestem taki, a ty taki”? Czy też mamy zamiar wyjść poza ten ograniczony sposób myślenia? Czy możemy rozpocząć trening wojownika, aspirując do ponownego połączenia się z  naturalną elastycznością naszego bytu i pomagając innym robić to samo? Jeśli zaczniemy iść w tym kierunku, otworzą się przed nami nieograniczone możliwości.

Nauczanie o  braku niezmiennego ja podkreśla znaczenie naszej dynamicznej, zmieniającej się natury. To ciało nigdy nie czuło się dokładnie tak samo jak teraz. Ten umysł kreuje myśl, która, chociaż może wydawać się powtarzalna, nigdy więcej się nie pojawi. Mogę powiedzieć: „Czyż to nie wspaniałe?”. Ale zazwyczaj nie doświadczamy tego jako czegoś wspaniałego, lecz raczej jako coś denerwującego, co sprawia, że walczymy o swoje. Budda w swej szczodrości pokazał nam alternatywę. Nie jesteśmy uwięzieni w tożsamości sukcesu lub porażki ani w żadnej innej tożsamości, ani w tym, jak widzą nas inni, ani w tym, jak widzimy siebie sami. Każda chwila jest wyjątkowa, nieznana, zupełnie nowa. Dla praktykującego wojownika brak niezmiennego ja jest powodem do radości, a nie strachu.